ogar śmierci (barghest) – piekarz w Czarnym Piecu – ponad trzydziestoletnie ciało – w Last Salvation od kilku lat – nie pamięta okoliczności pojawienia się w mieście – nie rozumie systemu – zwykle nie sypia w przydzielonym mieszkaniu, ale na leśnym poszyciu lub murach cmentarza – psia forma generowana przez silny impuls lub polecenie – mało je, mało śpi – dużo pali, dużo chodzi – drażliwy na dotyk i nagłe dźwięki – gniew trzymany krótko przy karku, rzadko spuszczany ze smyczy – oczy głodne śmierci – łasi się do ognia
Nie pamięta pierwszego zwiastowania. Amok spłynął znikąd, oblepiając lepko długie, drżące z głodu kły. Wlewająca się pod powieki ciemność, była jak narkotyk, za którym gotów był pobiec na skraj świata. Na kraniec życia. Tego, które miało zostać zabrane. Wezwanie. Głos dudniący mocniej niż uderzenie własnego serca. Echo, które boleśnie dźwięczało w uszach. Miażdżył i tłamsił, by jednocześnie napędzać do działania. Mięśnie drżały na granicy skoku. Gotowe do ruchu, pogoni, ataku. Świat zawężał się do zapachu. Do ciężaru ziemi. Do rytmu krwi, która zaczynała bić szybciej niż myśli. Pamięta tylko impuls. I to, że świat zwolnił, jakby ktoś przycisnął mu kark do ziemi. W miejsce, w którym już pozostanie.
Nie pamięta chłodu tamtego ciała. Odbijających się od lustra księżyca kości, nieśmiało postukujących wraz z krwistym wiatrem. Piekło nie miało imion i twarzy, tylko ścieżki wydeptane przez ogary, które kroczyły zawsze dalej, niż powinny. Węszył między cieniami jak narzędzie, nie pytając o sens ani o koniec. Polecenie.
Zwiastowania przychodziły i odchodziły jak noc. Jedno po drugim. Każde ciche, ciężkie i konieczne. Każde rozrywało tę cienką granicę między krokiem a cieniem, zostawiając po sobie mrok, który nie gasł wraz ze świtem.
Tamto było inne. Nie pachniało strachem, nie cofało się przed kipiącym pyskiem. Stał nad nim dłużej, niż pozwalała natura. Słuchał, jak cisza rozchodzi się po kościach, jakby ktoś wciskał noc w piekielny żar. Jego cień zatrzymał się na tyle długo, by wypalił jego imię. Na tyle krótko, by wziąć to za błąd.
Nie pamięta tropu do miasta. Nie pamięta jak z zewnątrz wygląda brama Last Salvation. Przebiegł przez nią w szale, bo ślad zdawał się prowadzić donikąd. Skręcał, rwał się, cofał, a on czuł jakby ktoś ciągnął go za kark i jednocześnie odpychał. Gniew przyszedł pierwszy. Towarzyszyła mu pustka. Utknął w oczekiwaniu. Tortura. Głód. Zawieszenie.
Czuł, że przybył za wcześnie. Że zwiastowanie przyszło przed śmiercią. Zapach końca był prawdziwy, ale ciało, które miał odnaleźć, wciąż oddychało. Biegł, jakby mógł nadrobić czas, który jeszcze się nie wydarzył.
Nie pamięta jak długo kopał. Pamiętał zapach obcej ziemi, która miała stać się jego nowym posłaniem. Przyjęła jego kark bez oporu, jakby znała ciężar takich jak on. Pazury wbijały się głębiej, rozrywając warstwy ciszy. Każdy ruch był odpowiedzią na wezwanie, którego już nie słyszał, a które wciąż pulsowało gdzieś pod skórą.
Nie wiedział, czy kopie drogę ucieczki, czy własny ślad. Nie wiedział, czy coś czeka pod spodem, czy mamiło go ciepło pustki, nauczonej oddychać jego rytmem.
Rano zostawały tylko dłonie pobrudzone ziemią i uczucie pozornego spełnienia, które ustępowało na tyle szybko, by znów mógł poczuć odległy i kuszący zapach końca.
I tak co noc.
Pamięta płomienie świec, które odbijały się od martwych nazwisk. Uczucie ciepła zmarzniętych murów. Ciepło pieca i rytm wyrabianego ciasta, powtarzalny jak oddech, którego nie potrafił uspokoić. Pamięta smak ognia i alkoholu oraz ulgę, która przychodziła tylko na chwilę, zanim znów wracał głód.
Pamięta, po co przybył do Last Salvation. Jest zwiastunem czyjejś śmierci.
A może
Śmierci Nas wszystkich.
* * *
cześć, u mnie nieszczęścia zwykle chodzą parami
można głaskać, ale nie obiecujemy trzymania zębów przy sobie, haha
fc: Pinterest; wedsdxxc@gmail.com
[no szalejesz dziewczyno ;) rozumiem, że jest piekielnym ogarem? No słodki, ale i mroczny - lubię takie postacie, bo mają głębię. Aż strach mieszkać w lesie hehe
OdpowiedzUsuńPowodzenia z drugą postacią i ciekawych wątków ;) ]
Hotarubi
Gdyby Noor wiedziała, że kundle chodzą wolno po ulicach azylu, zastanowiłaby się dwa razy, nim zgodziła na to schronienie, które trzyma każdego w kagańcu. Gdyby ktoś ją ostrzegł, że tu szepty cuchną padliną i warczą z budy, wspomogłaby Ratusz w zatrudnieniu hycla.
OdpowiedzUsuńWracaj do kopania dołów, kundlu. Wykop w końcu ostatni dla siebie.
[Moją opinię już znasz. Czekam na moment przełamania i wyzwolenia najgorszego! Ten mrok i tragizm, jakieś nieszczęście i nieuchronność losu aż we mnie zgrzyta.
Niemniej... Tak mnie bolało, gdy pisałam z nienawiścią! >.<]
Noor Dubois
[Moja pierwsza myśl: piesek! No, ale to nie jakiś tam piesek!
OdpowiedzUsuńŁadnie napisana karta, wszystko ujęte tak, że chce się poznawać Grimma i jakoś mu trochę pomóc, oswoić? Chociaż podobno dzikie zwierzę to dzikie zwierzę, niezależnie od czego, czy jednak dało się je wytresować :>
Od siebie dodam, że wizerunek bardzo mi się podoba, pasuje do tego mrocznego vibe'u.
Niedługo tutaj przyjdziemy!]
Baldwina Heart & Anastasius von Weiss
[Cześć! Cudowny jest Twój Pan. ♥ Moje panie z pewnością chciałyby poznać go bliżej. Co prawda z Minervą mogliby się pożreć, ale Lilith z przyjemnością wzięłaby go pod swoje demoniczne skrzydła.]
OdpowiedzUsuńLilith Morveth & Minerva Cove
[Dla Ciebie to nieszczęścia, a dla nas jako administracji szczęście, że jesteście tak aktywni i wpadacie na tak wspaniałe pomysły! ♥ Cieszę się, że rozgościłaś się już w Azylu i mam nadzieję, że i Grimmowi będzie tutaj dobrze.
OdpowiedzUsuńZdjęcie jest mega hipnotyzujące i przez dłuższą chwilę po prostu się na nie patrzyłam. Samych wspaniałości! ♥]
Rory Nielsen
Baldwina Heart przybyła do azylu jako jedna z pierwszych istot, pomagając zadbać o to miejsce, choć tak naprawdę ona równie mocno potrzebowała pomocy. Chciała przestać uciekać, przestać być kukiełką w czyichś rękach. Ktoś mógłby powiedzieć, że w miasteczku też była marionetką. I być może ten ktoś miał rację, ale tym razem Baldwina nie chodziła w łachmanach, nie była głodna, nie bito jej ani nie opluwano, nie karano jej i nie zmuszano do odkrywania ciała. Miała tutaj swoje małe, zagracone mieszkanko, swoją bezpieczną przystać, ubierała to, co chciała i miała pełny żołądek.
OdpowiedzUsuńObserwowała, jak miasteczko się rozwija, jak przybywa tutaj więcej istot, które były tak inne, kompletnie odmienne. Mierzyła się więc z różnymi charakterami, temperamentem, który czasem ogniście objawiał się, gdy nakładała runy ograniczające moce. Najgorzej znosiły to osoby, które do tej pory widziały w swoich umiejętnościach własne ja, zupełnie jakby tylko one określały to, kim były. Bez nich stawały się więc gorszą wersją siebie, tą wersją, którą zamknięto w więzieniu, które miało imitować miasteczko – kiedy ta okrutna prawda docierała do niektórych, pojawiała się agresja i niezrozumienie, a Baldwina po prostu czekała. Każdy byt traktowała tak samo, nakładała runy, tłumaczyła, co się dzieje, odpowiadała rzetelnie i wyczerpująco na pojawiające się pytania, uśmiechała się. To, czy ktoś potem widział w niej wroga, zależało tylko od jego samego, bo Heart nie czuła żalu ani niechęci. Po prostu wykonywała swoją pracę.
Istota taka jak Baldwina, czyli stary, skomplikowany byt, miała w sobie sporo wyuczonej rezerwy. Poza tym była inna, gdy nie pracowała, wtedy zamieniała się w zwykłą Baldwinę Heart, która piekła ciasteczka, tańczyła w salonie do starych, ludowych piosenek i dziergała – niewielu znało ją właśnie taką.
Ułożyła dokładnie dokumenty i sprawdziła je sześć razy. Lubiła liczby parzyste, były lepsze od nieparzystych, choć w jej gestach czasem pojawiały się nawet one. Baldwina miała wiele dziwactw, ale były one niegroźne i zazwyczaj dotyczyły jej życia osobistego, a nie zawodowego. Jako urzędniczka była dokładna, uważna i nie wahała się, aby zareagować. Podchodziła do każdego z mieszkańców z pewną dozą empatii – próbowała zrozumieć, pomóc i zazwyczaj niczego nie utrudniała. Nie lubiła jednak chaosu i nieuzasadnionego buntu, który nic sobą nie wnosił, a jedynie sprawiał, że wszystko stawało się męczące – nie tylko dla urzędu, ale i innych mieszkańców.
Podniosła się z miejsca, wygładzając białą, delikatną sukienkę i sięgnęła po ciemny płaszczyk. Zapięła wszystkie z guzików, owinęła szyję szalikiem i złapała za bawełnianą, dużą siatkę, w której trzymała o wiele za dużo rzeczy.
Czarny Piec był jedną z najstarszych piekarni w azylu. Baldwina dokładnie pamiętała moment, kiedy się otworzyła i chwilę, w której posmakowała czegoś innego niż ochłapów, które dotychczas jadła. Chleb, bułki śniadaniowe, bagietki, drożdżówki – smakowała wszystkiego, co widziały oczy. I w tamtym momencie, gdy naprawdę mogła zjeść coś, co jej smakowało, a nie to, co było, żeby nie głodować, poczuła, że też chce nauczyć się piec. Od tamtego czasu minęło wiele, wiele lat, a Baldwina umiała przygotować pyszne ciasteczka z czekoladą, bakaliami i suszonymi owocami czy ciasta, które wychodziły nawet w jej wysłużonym piekarniku.
Weszła do środka, mówiąc grzeczne dzień dobry. Była stałym bywalcem w Czarnym Piecu i zazwyczaj wychodziła stąd z pełną siatką. Pierwsze, co poczuła, to przyjemny zapach mąki i pieczonego chleba. Rozejrzała się dookoła po prostym wnętrzu, niezmiennym od lat – to był jeden z uroków tego miejsca.
Usuń— Witaj, Grimm — odezwała się, zauważając znajomą sylwetkę. Jej wzrok omiótł jego twarz, omijając oczy, a usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu. Zaraz potem Baldwina przerzuciła spojrzenie w stronę ostatnich wypieków. — Zostało coś słodkiego, czy znowu się spóźniłam?
Zapewne gdyby wychodziła z pracy punktualnie, to nie musiałaby walczyć o ostatnią drożdżówkę z owocami, ale Baldwina sprawdzała wszystko przed wyjściem po sześć razy – gdy tego nie robiła, czuła niemal bolesne mrowienie w palcach.
Baldwina Heart
[Dobry wieczór, cześć i czołem, witam serdecznie Twoją drugą postać!
OdpowiedzUsuńLevi i Grimm to chyba powinni żyć ze sobą jak przysłowiowi pies z kotem? xD Bez wątpienia ciekawie, a może także zabawnie byłoby ich ze sobą zestawić, ale tak bardzo nie mam już miejsca na wątki, że kolejny byłby dla mnie strzałem w kolano - a wystarczy, że stopę mam skręconą ;c
Karta bardzo ładnie napisana, lubię Twój styl, podoba mi się :) Jestem też ciekawa, jaka historia kryje się za dotarciem Grimma do Azylu, bo szkoda, że ten nie pamięta okoliczności zjawienia się w Last Salvation - na jego miejscu na pewno byłabym sfrustrowana :/
Życzę udanej zabawy z druga postacią i mnóstwa czasu na pisanie, bo tego sama chciałabym mieć więcej!]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Last Salvation było dla niej czymś na kształt domu. Ułożyła tu swoje życie skrawek po skrawku, będąc jedną z pierwszych mieszkanek miasteczka. Była lojalna wobec Rady, a jej brutalna dłoń funkcjonariuszki pomagała zachować porządek w mieście. Choć ona sama często wprowadzała tu chaos, ale czyż to nie leżało w naturze demona? Na szczęście swoje grzeszki skutecznie tuszowała i nigdy nie została przyłapana na gorącym uczynku. Przynajmniej nie przez członków Rady. Od początku zajęła dom na wzgórzu, zdecydowanie na uboczu, z dala od innych istot i budynków. Z biegiem lat w domu zaczęły pomieszkiwać też demony: sukkuby, inkuby i cienie. Każdy z jej krwi był tu mile widziany. I choć czasem działy się tu dziwne rzeczy, a miejscowi plotkowali o rytuałach odprawianych przez demony nocy, to wciąż były to jedynie plotki, bez żadnych dowodów. Nikt nie był w stanie udowodnić jej winy, a demony były jej wręcz fanatycznie wierne.
OdpowiedzUsuńNoc wydawała się być spokojna, choć gdzieś w oddali było słychać przerażające wycie, które przecięło noc niczym ostrze. Lilith zerknęła na księżyc będący w pełni i winę na to całe zamieszanie zrzuciła na wilki. Uświadomiła sobie w jak wielkim błędzie była dopiero kiedy usłyszała skomlenie pod drzwiami. Poczuła go. Jego ból i cierpienie. Uniosła głowę znad stołu, przy którym inni demony szeptały między sobą, kartkowały księgi lub ostrzyli broń nie z potrzeby walki, lecz z przyzwyczajenia. Płomień świec zadrżał, choć nikt nie poruszył powietrza.
— Idźcie po niego. — zwróciła się do dwóch demonów, siedzących po jej prawej stronie. Ci bez dyskusji zostawili ostrza na stole i wtachali bestię do środka. Za nimi lał się strumień świeżej krwi, która sączyła się z ran ogara. — Połóżcie go na stół. — powiedziała cicho i rzeczowo.
Jej bose stopy dotknęły chłodnych desek, a cień, który rzucała, poruszył się odrobinę wolniej niż ona sama, jakby niechętnie podążał. Kiedy dotknęła jego futra piekielna krew w jej żyłach zareagowała, rozlewając się ciepłem pod skórą.
— Kim jesteś i jakie licho Cię tu przyniosło? — szarpnęła za kark bestii i warknęła cicho.
Lilith zacisnęła szczękę, zirytowana własną bezradnością. Zapach był znajomy, aż nazbyt, ale rozmyty, jak wspomnienie przeciągnięte przez popiół. Forma ogara była zbyt niestabilna, zbyt głęboko zakotwiczona w instynkcie, by mogła sięgnąć głębiej. A Last Salvation dodatkowo tłumiło to, co w piekle było dla niej naturalne jak oddech.
— Nieważne. — syknęła pod nosem, puszczając kark bestii. Ogar poruszył się niespokojnie, jakby wyczuł zmianę w jej nastroju. Jego pazury zadrapały blat stołu, zostawiając w drewnie płytkie, nierówne ślady. Lilith położyła dłoń na jego łopatce, przyciskając ją pewniej, nie brutalnie, ale wystarczająco stanowczo, by przypomnieć mu, gdzie się znajduje. Teraz liczyło się jedno: ogar wciąż oddychał, choć każdy jego oddech brzmiał jak zgrzyt łamanej stali.
— Zamknijcie drzwi i okna. — jej głos nie podniósł się ani o ton, a jednak cienie w pomieszczeniu natychmiast zgęstniały, posłusznie spełniając rozkaz. — Nikt stąd nie wyjdzie przed świtem. Ani nikt tu nie wejdzie. — mruknęła, mając świadomość, że istota, która mu to zgotowała wciąż mogła być niedaleko.
Ogar drgnął, gdy przecięła resztki futra wzdłuż jego boku. Jego rany były głębokie, zadane ze wściekłością i w amoku. Krew pulsowała powoli, ciężka i ciemna. Lilith zanurzyła w niej palce bez wahania. Piekielny żar pod jej skórą odpowiedział natychmiast, choć słabiej niż dawniej. Last Salvation tłumiło stare moce, wysysało je jak truciznę, ale nie potrafiło odebrać jej wszystkiego.
— Trzymajcie go. — poleciła. Inkuby przytrzymały masywne łapy, ostrożnie lecz stanowczo.
Odeszła na chwilę, sięgając po flakon stojący na półce przy ścianie. Ciecz w środku była gęsta, ciemna, reagowała na jej dotyk subtelnym światłem. Nie była to czysta magia, raczej obejście. Jedno z wielu, których nauczyła się, odkąd Last Salvation zaczęło narzucać swoje zasady. Wylała zawartość na dłonie i ponownie pochyliła się nad ogarem. Gdy substancja dotknęła ran, ciało bestii zadrżało, a z gardła wyrwał się niski, zduszony dźwięk.
Usuń— Będzie cholernie bolało, ale przynajmniej przeżyjesz. — uniosła kącik ust w uśmiechu. Pracowała w milczeniu, skupiona, metodyczna. Nie próbowała zaglądać głębiej, nie szarpała się z tym, czego i tak nie mogła teraz dosięgnąć. Tożsamość musiała poczekać. Forma musiała się ustabilizować. Dopiero wtedy, jeśli w ogóle, będzie sens zadawać pytania. Po dłuższej chwili odsunęła się i wyprostowała powoli.
— Będzie żył — stwierdziła krótko. — Ale na razie musi zostać w tej formie. — odchyliła się lekko, pozwalając, by ktoś podał jej wilgotną szmatę. Wytarła dłonie, choć krew i tak wsiąkła w linie papilarne, jakby chciała tam zostać.
— Obserwujcie go, a jeśli będzie się miotał, bądź odzyska swoją ludzką formę, powiadomcie mnie. — Lilith rzuciła szmatę na podłogę i zaraz zniknęła na krętych schodach.
Cienie skinęły głowami, sukkuby rozpłynęły się przy ścianach, a dom na wzgórzu znów zapadł w czujną ciszę.
Lilith 🖤
[Wow, jak tu mrocznie. Chyba niełatwy los ma ta istota, szczególnie w azylu, z którego nie będzie mogła się wydostać, aby zwiastować śmierć gdzieś indziej. Dla niego to może być prawdziwe więzienie. Nie jestem pewna czy Tove może mu się do czegoś przydać, jednak gdyby była ochota, serdecznie zapraszam. :)]
OdpowiedzUsuńTove Sandvik
Odór zgnilizny otoczył ją niczym mgła kładąca się cienką pierzyną nad bagnem pełnym niedopowiedzeń i widm. Nim dotarł do niej dźwięk ciężkich kroków, nim rozpoznała głos drania, czuła w koniuszkach palców, że nadchodzi. Powietrze zadrgało od mroku, z jakiego był utkany, a na odśłoniętych żebrach wystąpiły dreszcze, przestrzegając ją cudzą obecnością. Szpikulec pogardy i wrogości wbił jej się pod skórę przy czaszce niemal natychmiast, gdy pojęła, kto idzie, a ciało stężało, chcąc się obronić nim przyjdzie uderzenie, choć wiedziała, że nie złamie zasad azylu. Był psem, musiał mieć polecenia i musiał znać smak kary za ich złamanie.
OdpowiedzUsuńBezwładna powłoka jej skóry i kości i wszystkiego co obejmowało flaki, a także i one same, spoczywały w ziemi. Twarz miała wciśniętę w stertę kiedyś dawno zgrabionych liści, w które upadła nagle bezsilna, a jej krótki świszczący oddech poruszał drobne ziarenka ziemi przy miekkich i teraz brudnych wargach. Rozrzucone kasztanowe pasma, w słońcu jątrzące się jak rozpalona rana, skóra bielsza niż śnieg i gładsza niż jedwab i rozrzucone w nienaturalnym ułożeniu kończyny zdradzały jedno - nie została zaatakowana.
Nie bolało jej ciało, nie takim bólem jaki umiała opanować i który rozumiała, ale jej stan od tygodni toczył się ku porażce. Noce nie były już tylko bezsenne, bo szarpały ją od środka. Dni nie były już tylko trudne do przetrwania, a uporczywie z niej drwiły kolorem, zapachem i światłem. Zmysły miała w jednej chwili wyostrzone, była zbyt szorstka, a potem jak zużyty papier ścierny, wszystko szarzało, miękło, stępione odpadało od znanych form, kształtów i struktur. Świat wokół niej się sypał, a ona wiedziała, że to dotyczy tylko jej i nie rozumiała nic. Nie wiedziała, jak to przerwać i jak przetrwać. I jak maskować się pozorami, w które ubierała się przecież do tej pory tak skutecznie.
Szła na cmentarz, dobrze wiedząc po co i dlaczego, ale tak blisko bram, gdzie powietrze gęstniało i zaczynało wibrować, nogi odmówiły jej posłuszeństwa, a serce uderzyło zbyt wolno, by nad sobą zapanowała. Obraz zamigotał, a ziemia odwróciła swoje położenie przy drobnych kobiecych stopach. Szczęściem duży kamień znalazł się po upadku obok jej skroni, a nie w... Ale było to również nieszczęście, bo ukróciłoby męki. I oszczędziłoby jej spotkania tego psa.
Zieleń błysnęła chłodno w ruchu gałki lewego oka, bez siarki, bo piekło nie bawiło się z kundlami, a drobne palce ledwie drgnęły po ziemi. Musiała wstać, lecz poza świadomością, coś przerwało działanie jej ciała.
- Zapomniałeś kagańca, w ratuszu na pewno najdzie się taki z kneblem do gardła - syknęła, charknęła, nienaturalnym i drapiącym nic to szeptem, ni pełnym głosem. Świadoma jaką ma nad nią przewagę, czekała... I to nie pierwszy raz, gdy znaleźli się na takiej szali, lecz pierwszy, gdy mogła zrobić nic.
Noor
Baldwina znała Grimma jeszcze sprzed zapachu drożdży i mąki, zanim znalazł swoje miejsce w Czarnym Piecu. Poznała go w dniu, w którym trafił do azylu. Wtedy wydawał się bardziej dzikim zwierzęciem niż człowiekiem, zupełnie jakby nigdzie nie pasował.
OdpowiedzUsuńTo ona nałożyła mu runy. Jej małe, delikatnie palce, które zawsze były zimne, prowadziły linie po jego skórze ze starannością i uwagą. Znała kolejność, ciężar każdego z symbolów. Wiedziała, które mają uspokajać, które wiązać, które odcinać dostęp do tego, co pierwotne, niebezpieczne.
Nie każdy dobrze radził sobie z ciężarem run i zasad, które panowały w miasteczku. Jednak gdy już się tutaj było, bunt wydawał się bezcelowy. Reguły istniały po to, aby chronić mieszkańców – poza tym czy cokolwiek mogłoby istnieć w chaosie? Baldwina była częścią tej wielkiej machiny niemal od samego początku, a choć miała świadomość, że jest jedynie trybikiem, który zapewne dało się szybko wymienić, to czuła się potrzebna. I to jej wystarczało.
Od tamtej pory sprawdzała, co u niego. Nie robiła tego nachalnie, raczej przy okazji. Czasem po prostu pytała, niekiedy jedynie patrzyła. I nie chodziło w tym wszystkim o litość czy współczucie – była za niego odpowiedzialna; runy, które nosił, były jej dziełem, misterną pracą rzemieślnika, który za każdym razem tworzy inny wzór.
Od Baldwiny zawsze biło coś chłodnego, uspokajającego. W jej gestach i dziwactwach dało się też zauważyć pewną logikę – liczby parzyste, mniej lubiane nieparzyste, brak kontaktu wzrokowego, ulubiony palnik, ulubione buty, ulubiony zapach. Nie była jednak kapryśna, raczej konsekwentna. Świat w jej oczach posiadał określoną strukturę. Miała swoje własne punkty orientacyjne, które porządkowały rzeczywistość, pozwalając jej być częścią azylu bez utraty własnego ja.
— W takim razie wezmę dwie bułki drożdżowe z migdałami i dwie świeże chałki — powiedziała, co pewnie Grimm już wiedział, bo zawsze brała wszystkiego po dwa, uciekając wzrokiem w tę samą stronę, w którą pobłądził piekarz. Zdecydowanie się spóźniła, bo nawet jeśli Czarny Piec nie był miejscem, które pasowałoby do współczesnego świata, to miało w sobie coś niezwykłego.
Zerknęła w jego stronę, gdy wspomniał o cynamonkach.
— Jeśli smakują gorzej, niż wyglądają, to znaczy, że albo przepis nie jest dobry, albo coś przeoczyłeś. W obu przypadkach problem jest techniczny, nie estetyczny. — Przechyliła lekko głowę, jakby naprawdę to analizowała. — Możliwe, że zmieniłeś proporcje. Cynamon bywa mściwy. Albo skróciłeś czas wyrastania ciasta. Ale w takim razie tym bardziej powinnam spróbować. Poproszę dwie.
Wyciągnęła z torby czarny portfel, nieco już wysłużony. Miała dokładnie odliczoną gotówkę – to sprawiało, że nigdy nie stała przy kasie dłużej niż to konieczne.
Przez moment wpatrywała się w martwy punkt, nie mówiąc nic ani nawet nie drgając. Słyszała jedynie, że Grimm pakuje wszystko do torebek, które delikatnie szeleściły – był to jeden z jej ulubionych dźwięków. Ożywiła się, gdy Ashbrook zbliżył się do lady.
Usuń— Dziękuję, Grimm. — Uśmiechnęła się do niego delikatnie. Zapłaciła za zakupy, odkładając pieniądze w równym rzędzie. — Kończysz już? — spytała, bo już wcześniej zauważyła, że znikał z Czarnego Pieca, gdy pojawiała się tutaj po godzinach, licząc, że zdąży jeszcze kupić coś słodkiego. Może Grimm był pracoholikiem, a może traktował to miejsce jak swoją bezpieczną przystań? Nie miała pojęcia, bo nigdy o to nie pytała.
Jej fioletowe oczy obserwowały jego palce, gdy brał pieniądze – były silne, dość długie. Dostrzegła też, że miał popękane, wiecznie napięte dłonie, które kryły swoją historię i tajemnice, być może o wiele bardziej przerażające, niż ktokolwiek myślał.
— Jak sobie radzisz? Wiem, że ostatnio było ciężko… — Trzymała jeszcze chwilę lekko otwarte usta, jakby teraz zdała sobie sprawę z tego, że powiedziała to głośno. W końcu je zamknęła, uciekła wzrokiem w bok. To nie była jej sprawa, ale wiedziała, że Grimm miał swoje nocne epizody, po których zazwyczaj bywał srogo traktowany przez funkcjonariuszy porządkowych. Tylko że Ashbrook niczego nie pamiętał, wydawał się zorientowany i Baldwina za każdym razem stawała w jakiś sposób po jego stronie, choć zgadzała się z tym, że ten jego amok mógł być niebezpieczny – nie tylko dla miasteczka czy mieszkańców, ale przede wszystkim dla niego.
Baldwina Heart 🥯
Lilith zostawiła go tam, gdzie leżał, już poza granicą śmierci, ale jeszcze nie w pełni po tej stronie życia. Leczenie było skuteczne. Doskonale o tym wiedziała od chwili, gdy zamknęła za sobą drzwi. Jej sypialnia była cicha, nienaruszona obecnością obcych. Świece paliły się nisko, rzucając ciężkie cienie na ściany przesiąknięte zapachem suszonych ziół i starej magii. Zdjęła z ramion ciemny płaszcz, pozostając w samej czarnej sukience, długiej, sięgającej do jej stóp, z głębokim wycięciem na plecach sięgającym niemal do linii pośladków i z równie głębokim dekoltem. Podeszła do niskiego stołu alchemicznego i zapaliła kolejną świecę. Płomień zadrżał, jakby wyczuwał jej nastrój. Lilith westchnęła cicho i sięgnęła po moździerz. Mikstura wzmacniająca nie była zwykłym lekiem. Nie dla kogoś takiego jak on. Musiała odbudować ciało, ale nie obudzić tego, co mogło przyciągnąć piekielny wzrok. Równowaga była kluczowa. Pierwszym składnikiem, którego użyła był korzeń asfodelu: kruchy, blady, pachnący chłodną ziemią. Rozgniotła go powoli, rytmicznie, pozwalając myślom odpłynąć tylko na tyle, by dłonie mogły pracować bez zawahania. Potem kilka kropel ciemnej żywicy, gęstej i lepkiej, jakby sama nie chciała opuścić palców Lilith. Dodała sproszkowane liście werbeny, dokładnie odmierzone. Zbyt duża ilość mogłaby zadziałać na niego zbyt uspokajająco, wręcz usypiająco, a ona chciała, żeby był przytomny i świadomy. Ostatnim składnikiem była krew. Jej krew. Pobrała ją cienkim ostrzem z opuszka palca, patrząc z obojętnością jak kilka kropel spływa do mikstury. Zamieszała kilkukrotnie, a kiedy eliksir przyjął odpowiednią formę przelała go do niewielkiej fiolki z ciemnego szkła i zamknęła korek głuchym stuknięciem. Poczuła przypływ wibracji, a zaraz do drzwi rozległo się subtelne pukanie.
OdpowiedzUsuń— Proszę. — szepnęła, a kiedy zobaczyła w drzwiach Elyrę, młodą demonicę, uśmiechnęła się delikatnie. — Obudził się, tak? — wstała, chwytając za flakonik z miksturą. — No dobrze, sprawdźmy kogo tu nam przywiało. — zerknęła przez okno, księżyc wciąż unosił się na niebie, a do świtu pozostało jeszcze trochę czasu. Cholera, ta przemiana nastąpiła szybko. Zbyt szybko.
Zeszła po schodach, a za nią powoli, niczym cień kroczyła Elyra. Reszta demonów stała i obserwowała mężczyznę, który jeszcze przed chwilą był groźną bestią. Lilith podeszła bliżej. Przez krótką chwilę tylko patrzyła. Naga ludzka forma była jej doskonale znana. Aż za bardzo. Grimm. Imię padło w jej myślach, lecz nie wypowiedziała go na głos. Pozwoliła mu zawisnąć w powietrzu, ciężkie i znaczące, jak wyrok, który jeszcze nie został wypowiedziany. Zatrzymała się tuż przy nim. Wystarczająco blisko, by poczuł zapach jej skóry, głęboko zmysłowy, mocny, wręcz odurzający, przytłumiający resztki krwi. Wyciągnęła smukłe palce i uniosła jego brodę jednym, zdecydowanym ruchem. Jej kciuk przesunął się po linii szczęki. Gest był intymny, ale nie czuły. Dominujący.
— Zostawcie nas samych. — mruknęła, a demony niczym cienie rozproszyły się po posiadłości. — A Ty, czego szukałeś pod moimi drzwiami? — syknęła, świdrując go wzrokiem, zupełnie jakby chciała samym spojrzeniem zmusić go do wyznania prawdy. Unikała go w miasteczku nie bez powodu. Zbyt wiele razy widziała, jak Szatan odzyskuje to, co uznał za swoje: cierpliwie, metodycznie, cudzymi rękami. Ogar piekielny, który wymykał się spod kontroli, nigdy nie był przypadkiem. A Grimm… Mimo że kiedyś był jej bliski… cóż, nie wiedziała czy mogła mu ufać.
— Wypij to — wcisnęła mu do gardła miksturę, która miała postawić go na nogi i uleczyć rany, które przeniosły się na jego ludzkie ciało. — To nie trucizna, głupcze — warknęła widząc grymas na jego twarzy. — Wzmocni Cię — usiadła przy nim, na stole, na którym wciąż leżał i omiotła wzrokiem jego sylwetkę. Nagi. Umięśniony. Zakrwawiony. Ta mieszanka sprawiła, że krew w jej żyłach wręcz się gotowała. Musiała jednak zachować trzeźwy umysł.
Usuń— Kto Cię tak urządził? — jej dłoń przesunęła się po jego biodrze, a palce subtelnie muskały jego skórę. — I ważniejsze… Co u tatusia? — jej usta wykrzywiły się w podłym uśmiechu. Nie widziała Szatana kilka dobrych lat, a może kilkanaście… tak samo było z Grimmem i wszystkim co zostawiła za sobą, opuszczając piekło. Odchodząc bez słowa, spaliła za sobą mosty, ale wiedziała, że piekło się kiedyś upomni o swoją królową.
— Nie pozwolę, żebyś mnie stąd zabrał — syknęła jadowicie i niespodziewanie na niego wskoczyła. Kształtnymi biodrami mocniej przycisnęła go do stołu. Pochyliła się nad jego twarzą, a jej długie, czarne włosy łaskotały jego skórę. — Jeśli tylko spróbujesz, to ukaram Cię na tysiąc różnych sposobów. — ostrzegła, a jej iskrzące złością oczy wpatrywały się prosto w jego tęczówki.
Lilith🖤
[Cześć!
OdpowiedzUsuńOjej, niezwykle miło było mi przeczytać Twoje powitanie. Nie spodziewałam się tak ciepłego przyjęcia. Pisząc kartę Beliala miałam wrażenie, że totalnie zardzewiałam, bo od kilku miesięcy prawie w ogóle nie miałam sposobności do pisania. Cieszę się, że po przerwie jestem w stanie coś z siebie wykrzesać. Mam nadzieję, że dzięki praktyce wrócę na właściwe tory.
Przychodzę do Grimma, bo głaskanie pieska jest silniejsze ode mnie i zawsze wygra 🩶
Poza tym, myślę, że panowie mieli na siebie możliwość wpaść jeszcze poza azylem, a to otwiera kilka dodatkowych opcji, jeśli oczywiście wyrazisz chęć na takie powiązanie.]
Belial
[Przyznam szczerze, że długo zastanawiałam się, pod którą kartą się odezwać, ale końcowo morda Grimma wygrała, call me shallow. Ogólnie powiedziałabym, że istnieje spora szansa, że albo bardzo się polubią, albo wręcz przeciwnie, ale chętnie sprawdziłabym, która z tych teorii jest prawdziwa.]
OdpowiedzUsuńDorian
Być może wcale nie powinna tego sugerować, ale nie zrobiła tego specjalnie. Nic, co mówiła lub robiła Baldwina, nie było przepełnione urazą, dumą czy uprzedzeniem – mówiła to, co myślała, nie zastanawiając się nad brzemieniem słów. Nie do końca rozumiała skomplikowane konteksty i paletę emocji, które mogły nieść. Dla niej zazwyczaj liczyło się rozwiązanie. Jeśli coś nie działało, musiało zostać naprawione, niezależnie od tego, co to było.
OdpowiedzUsuńNie poczuła się zawstydzona, słysząc jego uwagę, ale zauważyła, jak uniósł brew. To mogło oznaczać jedno: irytację albo rozbawienie.
— Jeśli cię to uraziło, przepraszam. Doceniam twoją pracę i… cierpliwość — powiedziała, uśmiechając się lekko. Dla niektórych Baldwina była zbyt bezpośrednia, zbyt konkretna i zdystansowana. Grimm pewnie zdążył już zauważyć, że była dziwna i że nie zostawiała po sobie żadnych niedopowiedzeń.
Wiedziała, że dobrze radził sobie w Czarnym Piecu. Praca zawsze pozwalała się nieco wyciszyć, zająć się czymś innym, wypełnić dzień, który czasem zdecydowanie się dłużył. Baldwina jak nikt inny była tego świadoma – ona także lubiła swoją pracę, poczucie obowiązku. Przede wszystkim jednak ceniła sobie bezpieczeństwo.
Grimm wcale nie musiał obchodzić się z taką przesadną dokładnością z tym, co sobie wybrała. To, że od siebie wymagała niektórych rzeczy (bo niektóre były po prostu jej natręctwami), nie oznaczało, że obserwuje innych przez ten pryzmat. Doceniała jednak to, że się starał.
— Kawa i mąka… kto by pomyślał, że staną się utrapieniem w odczytaniu proporcji? — Uśmiechnęła się. W jej głosie słychać był żartobliwą, przyjemną nutę.
Baldwina obserwowała jego ruchy. Zgarnął monety jednym gestem. To oznaczało zaufanie, rutynę albo zdolność do szybkiego liczenia. Jej wzrok podążył za metalem. Dźwięk uderzających o siebie monet był niemal ogłuszający, ale przyjemny, a skrzypnięcie drewna wydawało się takie samo od lat – głębokie, wysłużone, pamiętające różne palce pokryte tą samą mąką.
Zauważyła jego czujną uważność. Nie dziwiła się temu. W azylu było wiele tajemnic, sekretów i układów – niektóre lepsze, inne grosze, bardziej intymne lub mroczne. Dla niej jednak to nie miało znaczenia. Nie była teraz urzędniczką, a zwykłą mieszkanką, która przyszła kupić kilka wypieków – ten, kto zdołał poznać ją bliżej, zapewne zdążył to odkryć. Baldwina-urzędniczka, a Baldwina-kościeja to zupełnie inne ja, choć zdecydowanie się ze sobą mieszały.
— Może. — Kiwnęła dwa razy głową, a kiedy wspomniał o ludziach, uciekając się do analogii z zakalcem, uśmiechnęła się delikatnie.
Zatrzymała się w progu, gdy Grimm ją przepuścił. Nie cofnęła się, oceniła odległość, ciepło skóry, możliwy kontakt. Zrobiła kilka kroków, opuszczając piekarnię, a słysząc jego propozycję, minimalnie przechyliła głowę.
— Nie musisz tego robić… — odparła, nie chcąc, aby tracił czas, ale Grimm wcale nie zamierzał odpuścić, więc koniec końców jedynie wydała z siebie ciche: w tamtą stronę.
Ruszyła przed siebie, równym, miarowym tempem. Jej idealnie wypastowane buty odbijały się od chodnika, płaszczyk lekko rozwiewał wiatr, a nos Baldwiny lekko się marszczył przy mocniejszych podmuchach, ale nie było jej zimno.
Usuń— Mówiłeś, że niektórzy ludzie zadowolą się lub staną zakalcem — odezwała się, zerkając w jego stronę kątem oka. — Ale… to zależy od temperatury. Ciasto opada, kiedy jest ona zbyt gwałtowna albo nierówna. Potrzeba więc kogoś, kto może kontrolować tę temperaturę lub chociaż pilnować, żeby ciasto nie stało się zakalcem.
Spojrzała przed siebie. Ulica była niemal pusta, powietrze chłodne, a światła w oknach rozproszone i nierówne.
— Sporo myślałam o tobie i tych nocnych incydentach. Wiem, że po wszystkim niczego nie pamiętasz, ale to nie jest wymówka, a raczej niedługo przestanie nią być, bo Rada zaczyna być tym wszystkim zaniepokojona. Pomyślałam więc, że jeśli chcesz, mogę pomóc. Może ty też potrzebujesz kogoś, kto będzie kontrolować temperaturę, żeby nie wyszedł zakalec? Mogę cię pilnować dzisiejszej nocy, zbadać to, co się dzieje, może udałoby mi się wtedy przekonać Radę, że te nocne kopanie nie jest zagrożeniem dla miasteczka.
znawczyni ciasta Baldwina Heart
Noc sczerniała, ziąb oblepił ją niczym gęsta smoła, a oddech zaświszczał w płucach, gdy poczuła, jak wbija w nią palce, podnosząc w górę. Nie widziała jego twarzy, by znać jej wyraz. By czuć, jak odbija to, czym jest również dla niej. Niczym - w najbardziej pogardliwej formie. Podłym gońcem ostateczności. Zawistnym przedsmakiem bólu końca.
OdpowiedzUsuńKiedy łopata wykopywała dół, krew w jej żyłach zwalniała, zmrożona, choć nie dopuszczała do siebie myśli, że to dla niej... a jednak. Był zgnilizną.
Uderzyła całą sobą, spadając w dół. Lekkie, drobne ciało gruchnęło, choć nie cisnął z złością, ani nie spadała z wysoka. Uznał chyba, że dla niej to zbyt wiele, nie jest godna. Wilgoć ziemi zaczęła jej ciążyć, drobne ziarenka przyklejone do skóry żeber przy runie przy podwiniętym swetrze, przy nosie i ustach, zaczęły niemiłosiernie drapać i uwierać. Czuła ziemię w ustach, między zębami i w gardle, nie miała sił nawet odkaszlnąć. Każdy drobny kamyczek drażnił delikatne ciało, większa gruda wwiercała się za mocno w miękkie tkanki, a Noor poczuła, jak serce bije jej mocniej, szybciej, goni za ratunkiem, który nie ma prawa nadejść. Nie jęknęła, nie miała głosu.
Słowa ogara trafiały celnie tam, gdzie nie miały prawa się zbliżać. Do bólu i lęku, od którego się odgradzała. Nie wierzyła, że to przypadek. Nienawidziła go przez to jeszcze bardziej.
Ciemność zamkneła się wokół niej jeszcze ciaśniej, kiedy Grimm zakończył swoją robotę. Ciało nie walczyło, świadomość nie odchodziła. Ziemia zasypała ostatni ślad jej istnienia, jakby każdy jej koszmar miał zniknąć pod warstwą martwego gruntu wraz z dziewczyną. Jednak w powietrzu unosił się niepokojący chłód, jakby sam cmentarz szeptał zakazane słowa, których nie powinni znać żywi i sprzeciwiał się temu, co zaszło.
To nie był koniec, czarna głębia, którą właśnie pogrzebał, nie przykryła jej na wieki.
Jeden oddech, ziemia nie zadrżała. Drugi oddech, nic się nie poruszyło. Wraz z trzecim wiatr zerwał się gwałtownie. Z czwartym, smukła, blada dłoń wyłoniła się spod świeżego gruntu błyskawicznie, a palce zamknęły szczelnie wokół kostki Grimma, jakby Noor miała zamiar pociagnąć go na dno wraz z sobą. Do samego piekła, do dna otchłani i głebiej, aż spopielą się oboje. Niczym imadło złapała za materiał spodni i pociągnęła. Nie poczuła jak drugie ciało spada. Usłyszała natomiast, jak wszystkie szwy w ubraniu puszczają pod naporem tej zdumiewającej siły, której drobna kobieta pozornie nie powinna dzierżyć. Uniosła się odrobinę, ziemia była ciężka, zawalczyła o oddech. Jego spodnie zostały w jej dłoni, ale ogar pozostawał na wolności. A Noor nadal spoczywała w ziemi.
Noor 💥 👖