Dziewczyna, której oczy w kolorze przypominały wzburzone morze, spoglądała w dół. Stała na wysokim urwisku kończącym się kilka centymetrów przed czubkami znoszonych vansów w czarno-białą kratę. Wpatrywała się w ciemną, falującą wodę, która uderzała o skały pod klifem tak długo, że jej tęczówki zdawały się być lustrzanym odbiciem morskiej, nieprzeniknionej toni, mieszającej się z czernią źrenicy.
Wiatr sięgał jej włosów, uderzając pasmami o bladą, lekko poszarzałą twarz. Usta bez wyrazu, pozbawione wyraźnego koloru, zaciśnięte w wąską linię, mogły świadczyć zarówno o strachu, jak i uporze. Żywioł wdzierał się pod cienki materiał dwurzędowego płaszcza, który sięgał jej kolan. Kaptur szarej bluzy zatrzymał się w połowie jej głowy, dając ledwo osłonę uszom, w których płatkach pobłyskiwało wiele tanich kolczyków.
Słońce, gdy wydostawało się zza gęsto rozsianych, ciężkich, deszczowych chmur, grzało niemiłosiernie, brutalnie traktując skórę dziewczyny, a mimo to – stała z dłońmi z kieszeniach płaszcza, pochylona nad urwiskiem i drżała. Z bólu. Ze strachu. Z samotności.
Pojedyncza łza spłynęła po policzku, migotliwie odbijając promienie słońca, które zaraz po tym schowało się za kolejną partią chmur. Dwie nieprzyjemnie zimne krople uderzyły o grzbiet lekko piegowatego nosa. Jej twarz, która jeszcze trzy lata temu była pełna barw, zdrowych odcieni i blasku, straciła teraz na wyrazistości.
Stojąc na klifie zdawała się być niemal niewidzialna, jej sylwetka zlewała się z szarością nieba i z pewnością stałaby się jednością z ciemną, morską tonią. Great Hangman w Parku Narodowym Exmoor był okazałym klifem, ponad dwieście czterdzieści metrów dzieliło drobną sylwetkę od wzburzonych fal.
Nie miała pojęcia, czemu znalazła się w hrabstwie Devon i wystawiała się na tutejsze żywioły, które powinny być dokładnie takie same, jak na całym świecie. Wiatr wszędzie był wiatrem, morze morzem, a słońce słońcem, ale miała wrażenie, że to nie były te same chmury, które obserwowała na francuskim niebie, że to nie była ziemia, którą chciałaby nazywać domem. Wróciła do Anglii, bo to tutaj miała wszystko. I wszystko straciła. A teraz czuła się tutaj wyjątkowo obco.
Spojrzenie dziewczyny padło na materiał znoszonych butów. Czarno-biała krata była zakurzona, więc szara była czerń i szara była biel. Przez przetarty materiał na szerokości dużego palca lewej stopy prześwitywała czerwona skarpetka, a pod pękniętą podeszwą prawego buta czuła chłód i wilgoć gleby.
Płaszcz i spodnie, których za długie nogawki wywinęła kilkukrotnie, były brudne. Ona była brudna. Czuła się niewygodnie we własnym ciele, a gdy docierało do niej, że wydała ostatnie oszczędności na podróż do tego miejsca, chciała skoczyć.
— Skocz. — Cichy, przyjemny w brzmieniu, dziewczęcy głosik dochodził zza jej pleców. Aurora obejrzała się za siebie, by natrafić spojrzeniem na pustkę. W oddali majaczyła sterta kamyków, a jeszcze dalej kilka drzew, które pokłaniały swoje łyse, wczesnowiosenne gałęzie przed wiatrem.
Zwróciła się z powrotem w kierunku morza, a to zajmowało bezczelnie cały horyzont. Na granicy mieszało się z granatem ciężkich, burzowych chmur. Długie westchnienie wyrywające się z ust Nielsen, zmieszało się z kolejnym podmuchem wiatru.
Skok wcale nie był takim złym pomysłem. Przecież po to tutaj wróciła. Dla końca.
— No skacz.
Znowu ten sam słodki głosik. Tym razem po karku wiedźmy przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Spojrzała w bok, jakby doskonale wiedząc, że powinna zerknąć również w dół. I trafiła. Na oczy, których kolor był tak samo niedookreślony, jak jej własny, które codziennie zdawały się być inne. Raz ciemnoniebieskie, raz szare, raz przypominające mętną toń, a innym razem klarowne północne wody mórz.
— Skacz.
Dziewczynka mogła mieć maksymalnie dziesięć lat. Miała ubrany intensywnie czerwony płaszczyk z kapturem. Białe, bawełniane rajstopki zdobione były kwiatuszkami, a musztardowa, dziergana czapka osłaniała głowę przed chłodem. Uśmiechnęła się do Aurory, która w pierwszym logicznym odruchu poderwała spojrzenie i rozejrzała się dookoła. Były same.
— Gdzie twoi rodzice? — spytała cicho, wsuwając dłonie głębiej w kieszenie płaszcza, aż wymacała w jednej z nich dziurę w podszewce, przez którą zawsze uciekały jej drobniaki.
Dziewczynka odpowiedziała śmiechem, jej rumiane policzki przyciągnęły spojrzenie wiedźmy, a dłonie ubrane w ciepłe rękawiczki sięgnęły czapki, która uparcie osuwała się na jasne czoło. Poprawiła niesforny materiał i spojrzała na Rory, błyskając nierównymi zębami w rozkosznym uśmiechu.
— Jak masz na imię? — Aurora zadała kolejne pytanie, ale nie doczekała się odpowiedzi. Dziewczynka zachichotała, przykładając do ust dłoń zaciśniętą w pięść, jakby wstydziła się wybuchu nagłej wesołości. Mała w czerwonym płaszczyku zrobiła kolejny krok w stronę urwiska, stojąc tak blisko krawędzi, jak stała czarownica.
— Chcesz skoczyć?
Pytanie zaskoczyło Aurorę, która zamiast gromić spojrzeniem wścibską małolatę, zwiastującą nic więcej, jak kolejne problemy, skupiła się na niebie. Chmury kłębiące się nad jej głową przybierały coraz ciemniejszy odcień, schowały słońce w swoich objęciach, zazdrośnie nie pozwalając wychylić mu nawet promyka.
W odpowiedzi skinęła głową. Oszczędnie. Wyciągnęła dłonie z kieszeni płaszcza, sucha, spękana skóra wyglądała niemal boleśnie, ale sięgnęła palcami do swoich włosów i odgarnęła miotane wiatrem kosmyki za uszy.
— To skocz.
Głosik tym razem rozbrzmiał z drugiej strony. Aurora przeniosła spojrzenie tam. Dziewczynka spoglądała na nią z uśmiechem. Sięgnęła do poranionej dłoni i zacisnęła palce w rękawiczce na palcach wiedźmy.
— Jeśli skoczysz, ja też skoczę — dodała, przechylając głowę. Czapka osunęła się znowu na czoło, dziewczynka zmrużyła śmiesznie oko, chroniąc ją przed ingerencją materiału w jego strukturę.
Pociągnęła Aurorę, ruszając w przepaść.
— Co? — To jedno paniczne pytanie wyrwało się z ust szatynki, która wyrwała rękę z uścisku, cofnęła się o krok, potknęła o nierówność i upadła na plecy. Siła upadku była na tyle duża, że impet uderzenia wydusił jej dech z płuc. Leżała. Z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w ciemniejące niebo. Pojedyncze krople uderzały w jej twarz coraz szybciej i coraz mocniej.
Wzięła łapczywy wdech i podniosła się do siadu.
Nigdzie nie było dziewczynki, ale do Aurory dotarło, że wyglądała znajomo. Widziała ją na zdjęciu. Na zdjęciu z własną matką.
Matką, która obejmowała swoje jedyne dziecko. Córeczkę. W pięknym, czerwonym płaszczyku.
Ojej jak mi smutno, jak ciężko na piersi, a przez to ciężko cokolwiek napisać. Biedna Aurora, tak bardzo, bardzo biedna 💔 Spodziewałam się, kim może być ta dziewczynka, ale dwa ostatnie akapity i tak we mnie trzasnęły i mną wstrząsnęły.
OdpowiedzUsuńA sama notka piękna, ślicznie i przejmująco napisana. Czytałam szybko i z zainteresowaniem, a przez to nie widziałam żadnych literówek 😉 Więc może jednak ich nie ma? 😉
Idę sobie teraz powzdychać ciężko, bo tylko dobrego się nadaję po tej notce 💔