nagłówek

19.01.2026

[KP] Żebyś nie spał, żebyś się bał.

Asta Delorme

między jeszcze chwilę, a już za późno ● mara nocna ● jako dziecko przeklęła samą siebie ● duch nocy w ciele dwudziestosześciolatki ● sprzątaczka w Ratuszu ● w Last Salvation od niespełna roku ● miłośniczka pomieszczeń pustych i bez wyjścia ● pędzi bimber i szkicuje ulice ● szare mieszkanko z pięcioma łóżkami ● dziennik koszmarów

Pamiętasz te pokoje, które wiszą nad Tobą i z cichym spokojem wołają nad głową?
Rysowałam je długo, schowana pod kołdrą. Czekałam, aż zaśnie. Aż dom ucichnie, kroki ustaną. Dom wciąż pachniał tak samo – słodki i gorzki, jak dwaj kompani splatali się wokół ust niczym dynamit. Błagałam, by nie brał więcej ich dla mnie. Nie chciałam tabletek, nie cukierków. Chciałam papier.

Korytarze długie, żółte i bezkresne. Chciałam, by w nich zginął albo potknął się na podeście. Rysowałam dla niego domy niestworzone, wyboiste dachy, piwnice zasmolone. Czasem drzwi chowały pustki, robiły za lustra, ale czasem były zwyczajne. Chciałam, żebyś poszedł o krok dalej, zginął w bezkresie pokoi ukochanych, pustych tylko dla Ciebie, tatusiu kochany.

Ulubiony to basen, cichy i zielony. Był spokojny, chłodny, kojący i wygodny. Nie zabrałeś mnie tam nigdy, więc ja Cię wysłałam. Utoniesz lub zginiesz, ale to tylko zabawa.

Pokoje są piękne, wielkie i kolorowe.
Nie chodzę w nich sama. Krzątamy się razem, widzę Wasze plecy.
Oddam je Wam – skoro już bywacie.

Mogę być Waszym gardłem, które nie przecina ciszy. Mogę być nogami miękkimi, gotowymi do ucieczki. Chętnie pchnę Was w przepaść, miękką i bezkresną.
Mogę odebrać zęby lub tylko stać za plecami. Mogę mieć ten uśmiech, z rozwartymi zębami. Zabiorę Wasze twarze, zmieszam je ze swoją.
Dam Wam miękkie stroje i cukierki kolorowe. Wspomnę tamte usta, rozmasuję skronie.
Czasem dam zrobić krok za daleko, ale złapię w połowie.
Lubię nosić kaptur i pazury długie, czasem siadam pod kołdrą, nieraz tylko stoję. Przysiądę na piersi, gdy tak się zmęczycie. Zabiorę władzę rękom, odbiorę płucom oddechu chwilę. Nie na długo. Na moment.

Poznamy się tylko.

* * *

hej! bierzemy wszystko, nawet słodkie sny
fc: Pinterest; wedsdxxc@gmail.com

32 komentarze:

  1. [Cześć. Karta przepiękna i wyjątkowo działa na wyobraźnię, aż faktycznie chciałoby się Astę poznać tylko. Na ten moment nie przychodzi mi jednak żaden pomysł, jak można by ich połączyć z Fionntánem, ale w razie chęci zapraszamy do nas.]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Creeeeepyyy! Absolutnie klimatycznie i obrazowo. Czytając treść karty, miałam chwilami dreszcze! Serio!
    Nie wiem, czy to wariatka, czy postać tragicznie poharatana, ale przyciąga. Jest straszna, ale w ten przyjemny sposób xD Kilka fragmentów przypominało pamiętnik ofiary zbrodniarza, kilka przywołało skojarzenie modlitewnika... ciary mam. Bardzo ciekawa kreacja! Proszę straszyć dalej - tylko trochę :)
    W razie chęci zapraszam do nas, a poza tym to udanej gry!! <3]

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  3. [Jeju! Tyle się nasłuchałam o marach nocnych od swojej mamy i babci, że w pewnym okresie życia bałam się iść spać, bo miałam wrażenie, że będę się budzić duszona właśnie przez te niedobre mary! Podziękowania dla rodzinki. :D
    Niemniej, pomysł na postać wspaniały! Bardzo, ale to bardzo podoba mi się to, w jakim kierunku rozwija się nasz bloga i jak bardzo różnorodne są Wasze postaci.
    Aż chciałoby się wątki z Wami wszystkimi, szkoda tylko, że doba ma pewne ograniczenia, których nie da się przeskoczyć. ;-)
    Myślę, że jak tylko zwolni mi się jakieś miejsce, to przyjdę z moją czarownicującą Aurorą, bo szkoda, żeby źródło bimberku przeszło jej koło nosa.
    Bawcie się z Astą dobrze. Mnóstwa wątków. Zostańcie z nami jak najdłużej! ♥]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  4. [Podzielam powyższe zdania – pomysł na postać świetny, kreacja bardzo ciekawa i przyciągająca, a pędzony gdzieś po cichu bimberek tylko dodaje jej smaczku! Proszę rozsądnie nim dysponować i nie rozpijać młodzieży! :D Standardowo życzę wyłącznie dobrej zabawy na blogu i samych fajnych wąteczków!]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  5. [Ja też uwielbiam ten klimat - mam nadzieję, że dziewczęta (hoho, jak niewinnie) będą miały okazję nieco nabroić, a przynajmniej kogoś wystraszyć :D Dzięki wielkie za przywitanie, w mailach będziemy knuć <3 ]
    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  6. [podbijam powyżej. Pani ma swój urok.
    Zapraszam w razie chęci. Baw się tutaj dobrze ;)]

    Hotarubi

    OdpowiedzUsuń
  7. [Pomysł brzmi fantastycznie, co więcej Fionntánowi igranie z nią we śnie na pewno nie wystarczy i będzie chciał wyrównać rachunki również na jawie. Jak dokładnie działa Asty moc? Fionntán wyczuje jej obecność we śnie czy też ją zobaczy? I jak wyglądają jej pokoje? Mój dżinn, jak na dżinna przystało, wyczuwa cudze trzy pragnienia, najczęściej te aktualne, więc zapewne wyczuje jej obecne i wykorzysta tę wiedzę, także ta informacja też mi się przyda.]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  8. [Moja wyobraźnia została skutecznie poruszona narracją karty Asty. I ten wizerunek! *.* Idealnie pasuje do kreacji nocnej mary.
    Świetnej zabawy i w razie chęci zapraszam do mnie, może uda nam się coś zbroić w Azylu :)]

    Faith Smith

    OdpowiedzUsuń
  9. [No jak jej mary nie ześlesz to czemu nie ^^ Jeśli chciałabyś zacząć i nie chcesz czekać to śmiało - ja sama dopiero co z pracy wróciłam, więc jak już ja bym zaczęła to jutro ;)]

    lisica

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzisiejszy dzień był jednym z tych, które chciała zdrapać jak strupa z kolana. Odkąd zmieniła profesję ze Ściągającej na Urzędniczkę, czuła się, jakby ktoś powoli zaciskał jej pętlę na szyi. Azyl dławił. Ograniczał. Wysysał z niej możliwość prawdziwego posilenia się, zmuszając ją do wegetowania na głodzie tak uporczywym, że coraz częściej czuła zaciskającą się na jej wnętrznościach pięść.
    Chodziła zmęczona, jakby to ją ktoś nocą obgryzał do kości. Ten stan nigdy nie dopadał jej poza granicami Last Salvation — tam mogła najeść się do syta, aż w gardle czuła jeszcze cudze ciepło. I choć w Azylu znalazła coś, co nazywała sensem, to nie wystarczało, by uciszyć Mrok. Mrok nie rozumiał idei, nie uznawał przynależności. Mrok rozpoznawał tylko głód.
    Strach w ostatnich dniach był dla niej jeszcze bardziej niż zwykle wyczuwalny. Czuła się jak spuszczony ze smyczy chart, ilekroć tylko poczuła jego słodycz. Odpowiadała na to przyciąganie instynktownie, bezmyślnie, z odrażającą dla niej nadzieją posilenia się szukając źródła jak palacz na nikotynowym głodzie.
    Poczuła niepokój koleżanki jeszcze zanim ta zamknęła drzwi jego gabinetu. Urzędnika, którego Damroka od początku nie potrafiła znieść. Próżny, nadęty, śliski. Taki, którego twarz aż prosiła się o zniekształcenie. W służbowym życiu był jak cierń wbity pod paznokieć — drobny, ale nie do zniesienia.
    — Coś się stało? — zapytała kilka godzin później, w pokoju socjalnym, wdychając gorzki zapach kawy.
    — Znowu kazał mi trzymać na przydziale Kevina. On nie nadaje się do pracy z dziećmi, Dam. One się go boją. Wygląda jak trup, który zapomniał umrzeć — westchnęła kobieta, mieszając herbatę ogonem. — Podobno nie ma zastępstwa. A przecież ty…
    Damroka przestała słuchać. Słowa przelatywały przez nią jak przez pustą skorupę.
    Kevin. Pachnący śmiercią, strachem i cudzym płaczem. Wykonujący jej wymarzoną pracę tylko dlatego, że potrafił nalać odpowiednią ilość alkoholu odpowiedniemu człowiekowi. Wiedziała, że on to lubi. Dziecięcy strach był czysty, intensywny, łatwy do przełknięcia, a jego bałaby się nawet ona, bo daleko było mu do przystojniaka.
    Wyszła z kuchni z drżącymi dłońmi. Gniew buzował w niej jak gorączka. Chciała, żeby się bał. Nie Kevin, bo jego przestraszyć nie była w stanie, ale ten, który umożliwiał mu żer. Chciała poczuć, jak jego oddech rwie się w piersi, jak sen zamienia się w pułapkę, z której nie da się obudzić. Pragnęła jego szlochu, śliny zbierającej się w kącikach ust, paznokci raniących prześcieradło w ślepym odruchu obrony. Przez siedzenie za biurkiem brakowało jej miejsca, gdzie mogła wyładować swój ból, dlatego nie było jej wiele potrzebne do chęci szerzenia przemocy. Może jednak mieli rację, że trzymali ją daleko od magicznych latorośli?
    Im dłużej pozwalała tym myślom rosnąć, tym szybciej traciła resztki kontroli. Mrok wypełzał spod skóry, rozpychał się w stawach, łamał ją od środka. Bariery Azylu tej nocy nie były w stanie jej powstrzymać — przemiana przyszła gwałtownie, brutalnie, po raz pierwszy od miesięcy.
    Czarna forma przecisnęła się przez dziurkę od klucza jak zadra. Była ledwie cieniem, drganiem powietrza, błędem w ciemności. I niemal nie parsknęła śmiechem, gdy zobaczyła, że nie jest sama.
    Przyłożyła kościsty palec do ust, tam, gdzie twarz rozpływała się w czarną mgłę. Cisza była wystarczająca, bo obie istoty snu były tu w tym samym celu. Bu!

    ---
    niech się boi
    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dzień dobry, cześć i czołem :) Witam Cię serdecznie w naszym gronie i mam nadzieję, że zostaniesz z nami na długo :) To między jeszcze chwilę, a już za późno to tak bardzo ja, że nie dziwię się, że jeśli to swoista definicja nocnej mary, to później nie potrafię zasnąć ;) Chyba podświadomie wiem, co może mnie czekać ;)
    Bardzo ciekawy pomysł na postać i myślę, że ma on duży potencjał wątkowy, więc śmiało korzystaj! Od siebie życzę udanej zabawy i czegoś, co zawsze lubię powtarzać, a co nigdy nie miało tak dobrego kontekstu, jak będzie miało przy postaci Asty - wątków, które nie dają spać po nocach ;)]

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  12. Ostatnie noce byłe okrutne. Zmiana nastąpiła nagle, nieproszona i brutalna. Gdy bezsenność ustępowała, zamiast łagodnej ulgi, namiastki odpoczynku, docierała do niej potężną falą, mocnym szarpnięciem, ułuda spokoju, która wdzierała się w nią zbyt ostro. Noce zaczęły ją dręczyć, a sen który zwykle był wyczekiwany, teraz oznaczał walkę o kolejny oddech i Noor nie rozumiała, co się dzieje. Zwykle sypiała po dwie trzy godziny i nauczyła się funkcjonować tak, by nie tracić poczucia rzeczywistości, ale teraz... było inaczej. I to co się zmieniało, lepiło się do niej, nie chcąc odejść. Sądziła, że to urok, ale oczyściła się i każda kolejne noc dobierała się do niej wciąż coraz brutalniej.
    Apteka działała bez zmian, codziennie o ósmej otwierała drzwi, by przyjąć potrzebujących czegokolwiek, a po zmroku wracała, żegnając pracownicę, by dopilnować interesu zza drugich drzwi. Jej jasna twarz nosiła znamiona zmęczenia, a jednak nie odbierało jej to uroku. W zielonych oczach tańczyła wiosna, a malinowe wargi kusiły, choć nie uśmiechała się często. Krok miała leciutki, a sylwetkę wciąż gibką jak kwiat ozdobiony niewiele tylko ciążącą płatkom rosą i tylko ktoś, kto znał ją dłużej, dostrzegły zmianę. Noor jednak nie pozwalała być nikomu na tyle blisko, by mógł cokolwiek dostrzec, niosła więc troski samodzielnie, czując coraz wieksze rozdrażnienie. I strach, choć obiecała sobie, że po przekroczeniu granic azylu, to już do niej nie wróci.
    Krew, w której szumiał chaos i trawił żyły ogień, była gęsta. Kobieta nie walczyła nigdy o uwagę, bo tę utrzymywała przez to, kim jest i chyba dlatego potrafiła uciec od nieszczęść i następstw tego, co przypisał jej los. Tutaj kuła go na nowo samodzielnie, choć szereg zasad nie sprawiał, że czuła się całkowicie wolna. Ale była bezpieczna. Jednak uczucie, jakie pojawiało się od paru nocy sprawiało, że dobijało się do niej coć, co dawno temu zapieczętowała.
    Ostry ból wdzierał się pod czaszkę i pulsował, a dłoń trzymająca filiżankę z kawą drżała, kiedy za chudym, wysokim chłopakiem zatrzasnęły się drzwi zaplecza na tyłach apteki. Zmęczenie sprawiało, że pod skórą coś jej pełzło, że obraz się rozmazywał, że to co wokół szarzało, ale Noor siedziała na stołku przy ladzie prosto, niezachwianie. Nie złamana. Piękna i silna, nieuchwytna jednak. Upiła łyk ciemnego płynu, by odgonić ramiona Morfeusza, bo ten kochanek ją teraz zdradzał i kpił z niej okrutnie, gdy do jej uszu doszło pukanie. Zastygła w pół gestu, a potem przyłożyła porcelanę do ust i sączyła kawę aż do dna. Nikt nie pukał. Kto był umówiony, przychodził. To były niezapisane zasady i ona wiedziała, że to oznacza jedno - obcy.
    - Czego tu szukasz? - spytała łagodnie, cicho, a głos melodyjny i bez cienia ciepłoty owinął się niczym szal wokół zmysłów nieznajomej, jaką Noor zobaczyła na tyłach swojego interesu. Sama stanęła w progu, choć jej delikatna sylwetka nie stanowiłaby żadnej przeszkody, nawet dla równie kruchej kobiety. Nie była głupia, sama doskonale wiedziała, jak mylne są pozory, nie tylko w wyglądzie zresztą.
    Cisza wokół nich nie była ciężka, ale była nietypowa. Noor nie chcąc świadków tego spotkania, cofnęła się i wróciła do środka, dając tamtej nieme przyzwolenie na wejście. Jeśli nie będą miały nic do załatwienia, po prostu ją stąd wyprowadzi, ale rozmowy nie powinny się toczyć tam, gdzie inni mogą słuchać.

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  13. [No hej piękna, czekam, aż będą sobie uprzykrzać nawzajem żyćko <3]

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  14. Malphas nie drgnął, choć pojawienie się kogoś tak blisko, w miejscu, które wybrał na chwilę odosobnienia, powinno wywołać w nim natychmiastową reakcję obronną. Zamiast tego powoli wypuścił dym z płuc, pozwalając, by szary obłok zmieszał się z nocną mgłą. Nie odwrócił się od razu. Czuł jej obecność nie jako fizyczny ciężar, ale jako specyficzne drżenie powietrza, chłodne, lepkie i nienaturalnie ciche. Dopiero gdy wybrzmiały jej słowa, Malphas powoli obrócił głowę. Jego oczy, wciąż przystosowane do ciemności, spoczęły na drobnej sylwetce siedzącej na murku. Wyglądała krucho, ale biła od niej aura, której nie dało się pomylić z niczym ludzkim.
    - Niektórzy powiedzieliby, że noc jest najbezpieczniejsza wtedy, gdy wszyscy inni śpią - odpowiedział niskim, zachrypniętym głosem - Ale ty chyba nie należysz do tych, którzy szukają bezpieczeństwa w nieświadomości, prawda? - zrobił krok w jej stronę, nie po to, by ją zastraszyć, ale by lepiej przyjrzeć się twarzy, która zdawała się wyłaniać bezpośrednio z cieni. W Last Salvation spotkał już wielu uciekinierów, ale ona pachniała inaczej, starym lękiem i cudzymi tajemnicami.
    - Ładna noc... - powtórzył z kwaśnym uśmiechem, rzucając niedopałek, który zgasł w locie - Szkoda nie spać, a jeszcze większa szkoda marnować czas na sny, w których i tak nie znajdzie się nic prócz tego, co próbuje się zostawić za bramą tego miasta - przechylił głowę, bacznie obserwując Astę. Wyczuwał jej ciekawość, to niemal namacalne przyciąganie, które kierowała w stronę jego energii. Dla kogoś takiego jak on, kto nosił w sobie pokłady stłumionego gniewu i mrocznej historii, taka obserwacja była jak dotyk na otwartej ranie.
    - Obserwujesz mnie od jakiegoś czasu, mała? - zapytał, a w jego głosie, obok chłodu, pojawiła się nuta drapieżnego rozbawienia - Co cię tu sprowadza? Ciekawość nowym mieszkańcem, czy może w moich myślach jest coś, co smakuje lepiej niż u reszty tych otępiałych istot w Azylu? - wyprostował się, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza. Wyglądał teraz na dziwnie odprężonego, choć w jego postawie wciąż czaiła się gotowość do skoku - Jeśli szukasz dymu i krwi, to trafiłaś pod właściwy adres, ale uważaj - ostrzegł, a w jego głosie pojawiła się nuta drapieżnej przestrogi - Ci, którzy podchodzą zbyt blisko pożaru, zazwyczaj kończą z poparzonymi skrzydłami. A ty wyglądasz na kogoś, kto bardzo lubi swoją skórę - przesunął wzrokiem po horyzoncie Azylu, wskazując głową na uśpione pod nimi domy - Skoro jesteś taką świetną obserwatorką, powiedz mi jedno. Kto w tym przeklętym miejscu skrywa najwięcej pod maską świętości? Kto udaje najbardziej niewinnego, a w środku gnije ze strachu lub pragnień? Skoro już tu jesteś i marnujesz mój czas, daj mi coś, co sprawi, że nie umrę tu dzisiaj z nudów - wzruszył bezradnie ramionami, skupiając wzrok na widoku, jaki się przed nimi rozpościerał.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  15. Malphas nie próbował jej powstrzymać, gdy zaczęła krążyć wokół niego jak drapieżny ptak, który znalazł coś, co w końcu nie jest padliną. Jej słowa o aniołach i upiorach spłynęły po nim jak deszcz, znał te metafory aż nazbyt dobrze, ale w jej ustach brzmiały one mniej jak poezja, a bardziej jak raport z sekcji zwłok tego miasta. Kiedy stanęła ramię w ramię z nim, poczuł ten specyficzny chłód bijący od jej postaci, ale nie drgnął. Patrzył prosto przed siebie, na migoczące światła Last Salvation, które z tej perspektywy wyglądały jak żar niedopalonego ogniska.
    - Mój strach? - powtórzył nisko, a w jego głosie nie było już rozbawienia, tylko twarda, metaliczna pewność - Mój strach zdechł z głodu dawno temu, mała. To, co czujesz, to nie jest lęk przed wyborem sprzymierzeńca. To niecierpliwość - odwrócił głowę w jej stronę dopiero wtedy, gdy zaczęła balansować na krawędzi. Obserwował jej bose stopy na betonie z niemal klinicznym spokojem, choć wewnątrz czuł, jak jego własna energia napina się, reagując na jej bezwstydną pewność siebie.
    - Masz rację w jednym. To miasto jest wykastrowane z instynktów. Ludzie tutaj tak bardzo boją się utraty kontroli, że przestali zauważać, iż dawno ją stracili w chwili, gdy pozwolili się tu zamknąć -mruknął, robiąc krok w jej stronę, tak by ich ramiona niemal się zetknęły - Ale ja nie szukam kontroli. Ja szukam pęknięcia. A ty... ty wyglądasz na kogoś, kto potrafi wsunąć w nie palce i rozrywać je, dopóki wszystko nie runie - uśmiechnął się drapieżnie, a jego oczy rozbłysły odbitym światłem gwiazd - Skoro tak dobrze czytasz w tych nudnych umysłach, powiedz mi: co zobaczysz, jeśli to ja przestanę trzymać swoje pazury przy sobie? Jeśli zamiast obserwować, zacznę brać to, po co tu przyszedłem? Bo skoro twierdzisz, że jawa zbliża się do snu, to radzę ci mocno trzymać się tej krawędzi. Nadchodzi moment, w którym sny przestają być bezpiecznym azylem, a stają się polem bitwy - wyciągnął dłoń, ale nie po to, by ją złapać przed upadkiem, lecz by wskazać na ratusz majaczący w oddali - Skoro wszyscy czegoś "żałośnie chcą", to daj mi imię. Kto w tym Azylu jest tak blisko krawędzi jak ty w tej chwili, ale nie ma odwagi skoczyć? Chętnie mu pomogę - przesunął wzrokiem po jej twarzy, szukając w niej choćby cienia wahania. Nic takiego nie znalazł. To go intrygowało, ta istota nie miała w sobie ani grama tego ludzkiego instynktu przetrwania, który zazwyczaj kazał ludziom uciekać od kogoś takiego jak on.
    - Wiesz, co jest najzabawniejsze w ludziach, którzy boją się utraty kontroli? - zapytał, a jego uśmiech stał się jeszcze bardziej złowrogi - To, że wystarczy im pokazać, że ta kontrola od zawsze była iluzją, by sami zaczęli niszczyć to, co kochają. Nie potrzebuję armii, mała. Potrzebuję tylko jednego imienia. Jednej pękniętej duszy, która pociągnie za sobą resztę tego domku z kart - pochylił się jeszcze bardziej, niemal muskając jej włosy swoimi ustami, gdy szepnął - Daj mi ten jeden klucz. Pokaż mi kogoś, kto pod tą białą bluzką niewinności skrywa najczarniejszy z koszmarów. Bo skoro ja mam jeszcze pazury, to ty wyglądasz na kogoś, kto bardzo chce zobaczyć, jak one rozdzierają tę nudę, na którą tak narzekasz. Czy to nie byłaby najładniejsza noc ze wszystkich? Taka, po której nikt w Last Salvation już nigdy nie zaśnie spokojnie? - nie czekał na pozwolenie, by wejść głębiej w tę dziwną grę. Skoro ona tak pewnie stąpała po krawędzi, on postanowił sprawdzić, jak bardzo stabilny jest jej własny świat. W jego oczach, czarnych i głębokich, odbijało się nie tylko światło gwiazd, ale i ta specyficzna, drapieżna radość, którą odczuwa się tuż przed wybuchem.

    Malp

    OdpowiedzUsuń
  16. [sorki, trochę z opóźnieniem, ale już do cb biegnę ;)]

    Dzień zapowiadał się pogodny, trochę chmur na niebie nie zwiastowało żadnych śnieżyc, więc wzięła się za porządki. Mogła sobie co prawda pomóc trochę magia lisa, ale szkoda było marnować na to energię. Zatem sukcesywnie ogarniała norę chodząc i wychodząc z niej co jakiś czas. Gdy się zmęczyła pobiegła do małego strumyczka, aby ugasić pragnienie. Wracając do nory upolowała kilka ryb i wróciła z nimi zanosząc w głąb nory. Rozkoszowała się śniadaniem, ale trzeba było iść do "pracy". Miała pomóc w tutejszej bibliotece przez parę godzin. Zatem się nie nudziła i zanim się obejrzała zaczęło być mocno po 16. Nie chciała jeszcze wracać, więc porobiła niewielkie zakupy przydatne do kamuflażu namiotu. Było by prościej, gdyby miała mieszkanie, ale prowadzać wędrowniczy tryb życia, nawet o nim nie myślała. Miała już wracać, gdy zauważyła wystawkę cukierni a w niej uśmiechające się do niej pyszne faworki. Uwielbiała je w każdym wydaniu, zatem wstąpiła do lokalu i kupiła kilka nie zauważając, że zgubiła resztę pieniędzy, które wypadły z dziurawej kieszeni. Cóż.. wszystko było stare i rzadko kiedy coś miewała nowego. Zajadała dalej swoje faworki a czas mijał, gdy tak spacerowała uliczkami aż zaczęło robić się już ciemno.
    Nie do końca poznała to miasto, więc o dziwo w pewnej chwili zauważyła, że się zgubiła. Było to trochę śmieszne przeżycie, bo zwykle się nie gubiła. Nawet nie wiedziała, gdzie znajdzie jakiś hotelik lub coś w tym guście, aby móc przenocować. Pomacała ręce w kieszeni, aby wyciągnąć chusteczkę, aby wytrzeć nimi palce z reszty pudru i w końcu zauważyła brak pieniędzy.
    - shimatta... - przeklęła w duchu. W świetnym nastroju całkiem o tej dziurze zapomniała i teraz płaciła za swe roztargnienie. Co gorsza całkiem straciła orientacje a że nie nawykła zaczepiać mijanych ludzi, to za pierwszym rogiem weszła w boczna uliczkę i przyparła plecy o murek. Co tam parę godzin, robiło się chłodniej. W radiu słyszała, że ma padać. Westchnęła cicho. Inari-kamisama daj mi znak, cokolwiek...
    Przysiadła na brudnej ziemi i chuchała w dłonie, aby je ogrzać.

    Hota.

    OdpowiedzUsuń
  17. Malphas poczuł, jak jego ciało sztywnieje, gdy Asta wypowiedziała jego imię. Nie powinien być zdziwiony, w tym mieście nikt nie był anonimowy dla kogoś, kto potrafił wyciągać prawdę z cudzych snów, a jednak usłyszenie go z jej ust, w tej konkretnej chwili, brzmiało jak wyrok. Jej pazury, zaciskające się na jego kołnierzu, drażniły skórę, przypominając o fizyczności tej dziwnej istoty, która z każdą chwilą traciła na realności, stając się jedynie cieniem i szeptem. Nie odsunął się. Wręcz przeciwnie, pozwolił jej oprzeć się o swoją pierś, choć chłód bijący od jej szarzejącego ciała był niemal bolesny. Słuchał o barierach, o runach i o własnej bezsilności, którą tak skrupulatnie próbował ukryć przed światem pod maską arogancji. Każde jej słowo było jak precyzyjne cięcie skalpela, obnażające to, co w nim najbardziej zdruzgotane.
    - Więc to tak... - mruknął, a jego głos był teraz głęboki, pozbawiony resztek kpiarskiego tonu - Pasiesz się moją walką z tymi murami? Patrzysz, jak runy zdzierają ze mnie skórę, gdy próbuję sięgnąć po to, co mi odebrano? - chwycił ją za nadgarstki, nie po to, by ją odepchnąć, ale by poczuć ten ulotny puls, który wciąż w niej drgał. Jego dłonie, choć pozornie nieruchome, pulsowały gorącem, kontrastując z jej lodowatą skórą. Spojrzał prosto w jej czarne, pozbawione bieli oczy, szukając w nich odbicia własnego upadku, o którym tak chętnie mówiła.
    - Jeśli chcesz widowiska, to je dostaniesz - syknął, a w jego spojrzeniu zapłonął ten sam mrok, który widział u niej - Ale nie myśl, że moje koszmary mnie pożrą. Ja się w nich urodziłem. To, co dla ciebie jest "potwornie piękną" udręką, dla mnie jest po prostu paliwem. Jeśli zamierzasz iść ze mną w ten ogień, to nie licz na to, że będę cię oszczędzał, gdy bariery w końcu pękną - pochylił się tak blisko, że ich czoła niemal się zetknęły. Czuł jej zapach, zapach nocy, prochu i czegoś, co dawno umarło.
    - Skoro wiesz o mnie tak wiele, to wiesz też, że nie zatrzymam się, dopóki to miasto nie zrozumie, że ich "bezpieczeństwo" jest tylko kłamstwem. A ty? Ty będziesz moimi oczami tam, gdzie ja nie mogę jeszcze sięgnąć. Pokażesz mi te słabe punkty u innych, o których wspomniałaś. Calyx, Lilith, Michał... rozbijemy ich wszystkich po kolei, zaczynając od ich snów - uśmiechnął się drapieżnie, ignorując dreszcz, który przebiegł mu po kręgosłupie. Poczuł, jak jego krew buzuje pod wpływem tej bliskości, nie był to jednak żar pożądania, a raczej drapieżna ekscytacja towarzysząca chwili, w której orientujesz się, że znalazłeś idealne narzędzie do zniszczenia świata. Jej pazury drapiące jego skórę były jak obietnica, wiedział, że ta istota nie cofnie się przed niczym, bo dla niej granica między koszmarem a życiem dawno przestała istnieć.
    - Nie boisz się moich koszmarów? - mruknął, a jego palce zacisnęły się na jej nadgarstkach nieco mocniej, choć wciąż z dziwną, niemal nieludzką fascynacją - Powinnaś. Bo to nie są tylko obrazy, to siła, która wyrywa fundamenty. Skoro tak bardzo chcesz więcej... to nakarmimy ten twój głód strachem tych, którzy myślą, że są tu nietykalni - przesunął spojrzeniem po dachu, ignorując na moment palące runy, o których wspomniała. Skoro widziała jego słabość, nie miał już sensu jej ukrywać. Zamiast tego, zamierzał przekuć ją w broń.

    ogień?

    OdpowiedzUsuń
  18. Najpełniej czuć było jego obecność tuż po poranku, gdy ciepło świetlistej smugi, zraszające przestrzeń przez ramę okiennicy, osadzało się na skórze, rozgrzewając ożywione mięśnie i tkanki. Czerpał z tej aury, jak czerpie się ze źródła studni, z tą różnicą, że od zawsze jego środkiem do życia i przekazu pozostawało światło, nie woda. W podobnym tonie do łuny słońca po przestrzeni pokoju rozlewała się bowiem jego własna, duchowa energia. Jak obietnica łagodnego przejścia, tworzyła pomost pomiędzy nim, a zwykłymi ludźmi. Nigdy nie wchodził przy tym natarczywie w głowę rozmówcy. Istotą bycia peri były subtelność i nienamolne piękno. Za dnia skrupulatnie i konsekwentnie wślizgiwał się więc w neurony cudzych myśli, jakby chciał smagnąć myśli dotykiem ciepła i subtelnej perswazji, wniesionej w każdy jeden gest.
    Nie był alegorią dnia, nie był bogiem. Nie był nawet opowiadaniem, powtarzanym licznie w książkach i legendach, jak te o popularnych wampirach, aniołach, czy dżinach. W przeważającej większości czasu, dla oczu i doświadczeń śmiertelników pozostawał ledwie wyczuwalną o b e c n o ś c i ą —
    ciepłem w powietrzu, świetlistą łuną, widzianą kątem oka, czy zapachem jaśminu i naturalną częścią świata.
    Pierwiastkiem, dzięki któremu dzień wydawał się mniej pusty.
    Noc za to zawsze pozostawała jego wrogiem. Osłabiała aurę Ishaana i w następstwie towarzyszącej jej ciemności, zabierała część duchowej siły, zamkniętej w ludzkim, słabym ciele.
    Dzisiejszej nocy, błąkając się pod skromną i chłodną łuną księżyca – jego jedyną przyjaciółką – szukał miejsca dla własnej ucieczki. Świadomie odwracał się plecami do wspomnień minionych tygodni, zagłuszając w sobie dominujące w nim uczucia – w tym żewnie rozlaną w nim tęsknotę za ciałem i bliskością Faith. Pieczęć pamięci głęboko odbiła w nim obraz miękkich pocałunków, których z nią doświadczył, dzisiaj pozostawiając po sobie jedynie rozmyty tusz sentymentów.
    Jahanam (pers. do diabła z tym)
    Pomruk niezadowolenia Ishaana wzbił się w przestrzeni jak świeżo ściągnięty kurz, nieco tylko pyląc powietrze mrukliwą nutą, gdy wyrwał się do przodu. Słowo, skąpe ale treściwe, jasno wskazywało na próbę odrzucenia przez niego dręczących go myśli, gdy wychodząc po pracy ze sklepu zielarskiego w nagłym przyspieszeniu, przemierzał wąską alejkę.
    Kroki periego odbijały się pustym echem po twardym bruku. Grubym, głuchym dźwiękiem odcinały się od ciszy, niepodobnie do niego za dnia, uwidaczniając go w przestrzeni, gdy w kątach spojrzenia, przeciwnie do Ishaana, coś napłynęło. Coś miękkiego.
    Wciągnięte w noc głębiej nawet, niż pobladła smuga księżyca, zachodziło sprytnie i dyskretnie pod skórę świata. Słabło w krawędziach i skrywało się gdzieś w najbliższym otoczeniu.
    Ishaan zwolnił, na ułamek sekund odnosząc wrażenie, jakby przy tym wszystkim jego własny cień odłączył się od stóp w rozlaniu ciemni, a kontury kamienic, dotąd ostre, zaczęły rozciągać się i ulatniać. Trochę jak mgła, a może nawet gęściej, jak widmo.
    Przeszedł parę jeszcze kroków, przymknął na moment oczy i otworzył je ponownie o ton czujniejszy, niż moment temu. Dopiero wtedy zobaczył. Nocna zmora, jak mu się wydawało, stała nieopodal, ze swą charakterystyczną aurą – jej włosy poruszały się wraz ze zwiewnością wieczornego wiatru, a sylwetka zbliżała się nieubłagalnie wraz z każdym kolejnym krokiem Ishaana w jej kierunku, krzyżując ich drogi ze sobą.
    — Zawsze o Was słyszałem. Nigdy jednak nie miałem okazji spotkać mojej liminalnej "przeciwniczki".
    Głos przeciął powietrze, dźwiękiem i neutralną nutą wypełniając pozostały dystans między nimi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, że tak bez zapowiedzi. Po prostu naszła mnie wizja ich spotkania, jako że "gatunkowo" są swoimi niemal przeciwieństwami. Do tego przeczytałam Twoją Kartę Postaci i parę wątków i nie mogę przejść obok Twojego stylu obojętnie. Pięknie piszesz i budujesz nastrój w wątkach. Dlatego nie mogłam się powstrzymać przed zaczęciem. Z góry przepraszam za umiejscowienie postaci w wątku - nie chciałam zostawiać rozpoczęcia bez żadnej interakcji. A gdybyś jednak nie miała chęci na grę, to śmiało pisz, nie obrażę się.

      Ishaan

      Usuń
  19. Zapach kwaśnego potu splatał się w powietrzu ze słodyczą kadzideł i eliksirów, których tajemne zastosowanie odbijało się w oczach wiedźm. Podziemia drżały od targowych krzyków, od muzyki i dopingów niosących się z oddalonej areny i pijackich zawodzeń dobiegających z obskurnego baru.
    Piwo smakowało tutaj inaczej — jakby prawdziwiej, pozbawione otoczki surowej pół-realności życia. Kleiste stoły i szemrane gry w kości nikogo nie dziwiły, jakby brud i niechlujność były urokiem tego miejsca.
    Uśmiech pełen niczego rozlewał się w zwolnionym tempie na twarzy kobiety okrytej przytłumionym cieniem latarni. Czarne, ledwo widoczne, starte oczka ponownie ukazały liczbę sprzyjającą jej rychłej wygranej, a tym razem stawka została podniesiona ku upokorzeniu.
    Kanciaste zagrywki starego orka zostały przez Faith przejrzane już tydzień temu. Przez pierwsze dni pozwoliła sobie jedynie na obserwację, zanim sama zasiadła do stołu. Dziwnym, zbyt częstym trafem wielkimi kłykciami opinającymi kość “szorował” swoje wystające zębiska. Na szczęście — powiadał. W prawdzie ustawiał ściankę z metalowym obciążeniem, tak aby zawsze wypadała liczba, której potrzebował.
    Przegrała — nie raz i nie dwa, przy okazji zbesztana od naiwnych dziewuch. Uciszenie czujności złodzieja było kluczowe w całym przedsięwzięciu, co też uczyniła godząc się ze stratą paru wartościowych przedmiotów. Z udawaną naiwnością dziewuchy, co z głupkowatym uśmiechem namawia kanciarza na “wszystko albo nic” nie ma co wielce dyskutować, tylko brać się za sztuczki. Tylko tym razem to on miał zostać okantowany. Faith z przyjemnością nakładała woal iluzji na kości orka, a on spoglądał z przerażeniem na kapryśne oczka grające według jej zasad.
    — Nie martw się, pewnie jeszcze się odkujesz, w końcu jesteś mistrzem Podziemia! — pożegnanie godne naiwnej dziewuchy wraz z cnotliwym uśmiechem dodało kwintesencji rzekomemu fartowi. Wypchała wszystkie kieszenie pamiątkami, artefaktami, czy pierścieniami wyglądającymi bardziej jak upominki, aniżeli kosztowności, bowiem w tej grze nie o złoto jej chodziło, a o zwycięstwo. Zwycięstwo nad bezwzględnym kanciarzem okradającym słabszych, poszukujących odrobiny szczęścia.
    — Chodźmy stąd, zanim ktoś przejrzy mój mały trick. Wydaje mi się, że wzięłam wszystkie pierścienie, które tam leżały. Pamiętasz jak on wyglądał? — szepnęła do Asty, towarzyszki “zabawy” powoli — nie wzbudzając podejrzeń — oddalając się od wściekło buchającego orka.

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  20. [Omg, dziękuję za przemiłe słowa, nie spodziewałam się T_T.
    Ale przychodzę nie tylko podziękować, a i przystać na zaproszenie, bo nie ukrywam, że opcja wspólnego babrania się w tych niezbyt oczywistych i lepkich niciach porozumienia, bardzo nas skusiła. Tym bardziej, że Asta fabularnie przyciąga tak mocno...!
    Może skontaktujemy się mailowo i ustalimy sobie tam wszystkie szczegóły?]

    siwoo

    OdpowiedzUsuń
  21. [ a i niech mu sprząta, on działa ludziom na nerwy to i czasem można odbić piłeczkę, żeby nie miał za lekko :| dziękuję oczywiście również za miłe słowa, mam nadzieję, że moje krzywe pisanie poradzi sobie jakoś z fantastyką i myślę, że faktycznie fajnie byłoby coś wykombinować potencjalnie dla naszej dwójki, więc zapraszam, jeśli masz ochotę, na maila<3 ]

    Hanbin

    OdpowiedzUsuń
  22. [Hej!
    Dziękuję za przywitanie i miłe słowa. <3 Anasti jest dość specyficzny, ale w swój sposób uroczy i kochany, zyskuje przy bliższym spotkaniu, haha :D
    Co do wąteczku, oczywiście, że nie odmówimy. Zamarzyło mi się nawet, o ile istniałaby taka opcja, że Anasti mógłby jakoś Astę złapać, gdy ta by się jakoś z tymi jego koszmarami pojawiła? Kombinuję z tym motywem snu, mar i strachu, bo to byłoby super, no i mega niekomfortowe dla mojego lisza :>
    Kombinujmy!]

    Anastasius von Weiss

    OdpowiedzUsuń
  23. [Hej, dzień dobry!

    Jeny, nie wiem, jak Ci się to udało, ale od kiedy zaczęłam sprawdzać tutaj Bloggera, to ten nagłówek: "Żebyś nie spał, żebyś się bał." - został ze mną do tej pory. Astę przeczytałam praktycznie bez tchu, bez wątpliwości z kim tak naprawdę mam tutaj do czynienia. Te krótkie akapity przedziurawiają na wylot. Bardzo doceniam to, jak bardzo było to przemyślane... Mroczne nie w ten typowo straszący sposób, ale taki, jaki za tobą cały czas chodzi, nawiedza i właśnie - budzi lub patrzy pod powieki na sny. Klementyna najczęściej śni o swojej przeszłości, ma to być jeden z moich ulubionych elementów na jakieś przeplatanie skromnych retrospekcji, a mam wieki opowieści od czasów średniowiecza. Dla Asty mogłaby to być już prawdziwa, wielotomowa powieść :D

    Zostańcie tutaj w Azylu jak najdłużej z bezgraniczną weną i poznawajcie!

    Dziękuję również za miłe powitanie <3 Lupin na pewno zdążył już kilka razy szturchnąć Astę mokrym nosem, kiedy szkicowała ulice gdzieś na rogu.]

    Klementyna

    OdpowiedzUsuń
  24. Niektóre wspomnienia powinny być martwe, powinny zostać pogrzebane głęboko w odmętach umysłu, aby nie miały szansy zatruć ciężko budowanej rzeczywistości. Anastasius von Weiss miał wiele wspomnień, które mniej lub bardziej katowały jego mózg. Tych, które były dobre i przyjemne, trzymał się mocno, wierząc, że tylko one się liczą. Pamiętał więc narodziny młodszego brata, swoje pierwsze egzaminy czy pacjenta, którego wyleczył z choroby. Potem tylko śmierć, zniszczenie i podejmowanie decyzji za decyzją – wtedy nawet nie wiedział, czy wybór jakiejś opcji nie skończy się tragicznie. Ale takie było życie i Anastasius nie zamierzał się poddawać ani ukrywać. Nie był tchórzem.
    Ostatnie tygodnie były cholernie męczące. Prawie w ogóle nie spał, a jeśli już udawało mu się zasypiać, wracał do koszmarów. I wojna światowa, potem II wojna – praca ze zwłokami w obozie, selekcje, potem życie pod innym imieniem i nazwiskiem, powrót do domu, którego już nie było. Koszmar wydawał się nigdy nie kończył, zaczynał się nagle i ciągnął się w nieskończoność z wyraźnym zadowoleniem jakiejś istoty. Tak, Anastasius wyczuł czyjąś obecność, choć udało mu się to dopiero za którymś razem – energia tak delikatna, tak… lepiąca, zupełnie jakby ktoś tkał nić w sieci jego neuronów, łapiąc najgorsze możliwe koszmary.
    Tej nocy wszystko miało być inaczej. Anastasius wiele czytał o świadomym śnieniu, a że był pojętny i nauka przychodziła mu dość łatwo, stwierdził, że dowiedział się już dość, aby móc przejść do czynów. Tego typu sen wiązał się przede wszystkim ze świadomością; z tym, że osoba śniąca zdawała sobie sprawę, że jest we śnie i że może kontrolować wszystko wokół: postacie czy otoczenie. Najczęściej tego typu stan bywał wykorzystywany po to, aby spełnić swoje marzenia, żeby doświadczyć czegoś niezwykłego, ale Anastasius wcale nie chciał sięgać po swoje pragnienia – cel był inny.
    Usiadł na łóżku i przez moment garbił się brzydko, zaczesując swoje długie włosy w tył. Powinien je w końcu ściąć, ale do tej pory nigdy się za to nie zabrał. Może nie chciał, a może traktował je jak coś swojego. Nie wiedział.
    Uśmiechnął się lekko i skinął głową w stronę Oggy’ego, który przyniósł mu filiżankę herbaty ziołowej. Szkielet zasyczał cicho, przyglądając się jego sylwetce. Nawet Oggy czuł, że coś jest nie tak i zachowywał się nieswojo. Był markotniejszy i miał mniej energii niż zazwyczaj, co było dziwne, bo kościotrup zawsze łatwo się ekscytował.
    Objął dłońmi filiżankę, potarł palcami jej krawędzie, a potem upił łyk, rozkoszując się słodkim, ziołowym smakiem. Oddał naczynie Oggy’emu i ściągnął z siebie czarny szlafrok, zostając w samych luźnych spodniach od piżamy. Wziął głębszy oddech, pozwalając, aby tlen rozszedł się po jego ciele, zahaczył o płuca i dotarł do każdej z komórek.
    Oggy przyglądał się ciekawsko, obserwując, jak Anastasius się kładzie. Kościotrup podszedł bliżej, okrył mężczyznę kołdrą i zatrzeszczał niepokojąco kośćmi, gdy Anastasius pogrążał się w śnie.
    Pierwsze, co poczuł, to zapach rozkładających się ciał. Widział swoich kompanów w okopach, wokół było ciemno, nad ziemią unosiła się mgła, słychać było strzały i krzyki, wybuchy zawładnęły ciszą, gwałcąc spokój, który jeszcze kilka godzin temu zagościł wśród żołnierzy.
    Zaciągnął się słodką wonią, oglądając się za siebie. W śnie ubrany był w swoje eleganckie ubrania – wypastowane, ciemne buty, czarne spodnie w kant, koszula z czerwoną apaszką pod szyją, szelki, kamizelka i dłuższa marynarka z poręcznymi kieszeniami. Anastasius ruszył przed siebie, próbując wychwycić energię, którą czuł ostatnio – i wiedział, że nie będzie to tak proste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny wybuch niemal uderzył mu w twarz, powodując pisk w uszach. Z irytacją machnął ręką, a sen zmienił swój kształt. Tym razem widok sprawił, że w jego oczach pojawiło się coś mrocznego, zimnego. Prosektorium, a wokół wiele nagich, martwych ciał, niektóre z otwartą klatką piersiową, inne pozbawione oczu, nosa czy kończyn – nieudane eksperymenty i badania. Anastasius dotknął zakrwawionego stołu, a potem kucnął, aby spojrzeć po trupach.
      Podniósł się, wyciągając rękę, a jego palce poczerniały nagle, gdy z jego ust padła krótka, ostra komenda:
      — Powstańcie.
      Ciała, tchnięte mroczną energią, zaczęły się wyginać, wić, aż w końcu wyprostowały się, gotowe, aby służyć. Anastasius zamruczał cicho pod nosem, rozglądając się wokół – to musiało zachęcić intruza do przybycia, a gdy poczuł impuls, a sen wyraźnie został nadszarpnięty, wykonał ruch jako pierwszy i chwilę później trzymał drobną kobietę za szyję, ściskając palce tak, że czuł jej puls.
      — Kogo my tu mamy? — Przechylił delikatnie głowę. Ciała za Anastasiusem stanęły za jego plecami, szczerząc się; niektóre z żółtymi zębami, inne bezzębne, śliniące się. Każdy trup przyglądał się dziewczynie pustymi oczami, czekając aż padnie komenda: zabij.
      Anastasius pamiętał, oczywiście, że to sen, że tutaj nic nie było prawdziwe, ale dobrze było poczuć choć część swoich dawnych mocy.
      — Spotkaliśmy się już — powiedział wolno, ostrożnie, oglądając jej twarz, jakby była kolejnym obiektem, który musiał zbadać. — I w jakiś sposób znalazłaś się teraz tutaj, w moim śnie, i zapewne w kilkunastu poprzednich, mącąc i panosząc się, jakbyś zajmowała teren, który nigdy do ciebie nie należał.
      Zabrał gwałtownie rękę i odsunął się o krok, aby się zdystansować. To było… ciekawe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie spotkał się z taką osobliwością jak ona. Piękno i brzydota – bo było w niej coś nieprawdopodobnie ślicznego, ale pod tą idealną maską krył się powód utraty zmysłów. Anastasius złożył ręce za swoimi plecami, obserwując.

      Anastasius von Weiss

      Usuń
  25. [W tej karcie ujawnił się niesamowity warsztat pisarski. Chyba pierwszy raz spotkałam się na blogu z rytmizowaną prozą, wspaniale się to czytało — jak upiorną kołysankę dziecka, które ma ochotę zamordować. Ja się Asty trochę po tym wszystkim boję. XDD
    Życzę dużo dobrej zabawy i wielu pięknych snów!]

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  26. To zawsze wracało… Choć nie każdej nocy, nie tuż po zamknięciu oczu, gdy pozwalał sobie na to, by poddać się w końcu słodkiej wizji wytchnienia w objęciach kolejnej sennej wędrówki. Przychodziło nagle, bez ostrzeżenia, zwłaszcza wtedy, gdy spodziewał się tego najmniej. Gdy tak dobrze szło mu przekonywanie samego siebie, że zdołał… o tym zapomnieć. Postawić krok ku odzyskaniu drobinek spokoju, nawet jeśli te okazywały się później jedynie pozornymi wrażeniami; ochłapami dawnej stałości, której łaknął tak bardzo, że czasem było to wręcz bolesne.
    Nie potrafił tego wyjaśnić, ale od kiedy znalazł się w azylu, niewygodne wspomnienia atakowały jego umysł ze zdwojoną siłą, znacznie częściej niż dotychczas. Wdzierały mu się do świadomości, ilekroć tylko pozostawiał ją bez należytej ochrony. Bez trudu odnajdywały dla siebie uchylone drzwi, wpełzając przez niewielką lukę, mimo braku wyraźnego zaproszenia.
    Teraz znów tkwił w koszmarze. Wiedział o tym od pierwszej sekundy.
    Las był zbyt ciemny, by być prawdziwym. Drzewa rosły tak ciasno, że ich pnie zdawały się stapiać w jedną, nieprzeniknioną ścianę, ale mimo to Siwoo szedł naprzód, czując pod stopami miękką, wilgotną ziemię. Powietrze było ciężkie, pachniało żywicą i czymś metalicznym. Czymś niepokojąco znajomym, choć nie potrafiłby teraz tego dobrze nazwać. Z każdym kolejnym krokiem obrazy migotały mu przed oczami. Dłoń mokra od krwi, echo śmiechu urwanego w połowie, błysk światła odbijający się w mokrych liściach. Nie wiedział jednak, czy były to już same wspomnienia, czy tylko sny udające przeszłość. Nie do tej jednej chwili, gdy wszelkie wątpliwości odpłynęły gwałtownie w nicość, wraz z pojawieniem się osoby, która nawiedzała go w nocnych iluzjach od tak wielu dekad. Zatrzymał się, gdy zobaczył go między drzewami. Stał tyłem, z lekko opuszczonymi ramionami, dokładnie tak jak tamtego dnia. Junseo. Przechylał głowę w ten sam sposób jak wtedy, gdy chciał coś powiedzieć, ale jeszcze się wahał. Sylwetka zbyt dobrze znana, by mogła należeć do kogoś innego.
    Siwoo otworzył usta, ale głos ugrzązł mu żałośnie w gardle. Ułuda czegoś (kogoś), niegdyś tak drogiego jego sercu, odwróciła się powoli. I nie wiedział już, co zaskoczyło go teraz bardziej. Fakt, że przyjaciel wyglądał dokładnie tak, jak przed wieloma laty, gdy widział go po raz ostatni, czy to, że jego twarz była teraz tak spokojna… niemal obojętna. Jakby śmierć była tylko kolejnym szczegółem, o którym zapomniano wspomnieć w tej krótkiej historii.
    Zostawiłeś mnie — szepnął. Słowa mary rozbrzmiały od razu w głowie Siwoo. Ciężkie. Lepkie jak pajęczyna, która osadziła mu się na twarzy, gdy tego ranka znów błądził po wilgotnym lesie, otaczającym azyl. Chciał odpowiedzieć, ale chyba nie potrafił. A może tak, ale wmówił samemu sobie, że milczenie było jedynym rozwiązaniem, którego powinien się teraz trzymać? Zupełnie tak jak wtedy. Jak w dniu, w którym podjął ryzyko, odbierające mu potem wszystko, co posiadał.
    Trwał więc w ciszy, w bezruchu.
    Przez ułamek sekundy Han poczuł coś, co smakowało jak tęsknota, aż… wszystko znów pękło.
    — Nie masz prawa tu być — warknął.
    Gniew wybuchł w nim z niespotykaną gwałtownością. Zbyt dużą, by dało się go jeszcze powstrzymać. Senny majak lasu odpowiedział mu tym samym; liście poderwały się w powietrze, a drzewa wiły się nienaturalnie, jak gdyby próbowały uciec przed własnymi korzeniami. Junseo nie znikał. Patrzył przed siebie, wprost w oczy Siwoo, a w jego spojrzeniu nie kryło się nic ze strachu. Było tam tylko rozczarowanie. I właśnie to przelało czarę. Demon ruszył naprzód, ale w tym samym momencie, obraz dawnego przyjaciela rozmył się w ciemności, zupełnie tak jakby go tam nigdy nie było. A Siwoo odwrócił się gwałtownie i…
    I właśnie wtedy znów ją zobaczył.
    Choć może już sam fakt jej obecności dotarł do jego umysłu pół sekundy wcześniej? Stała z boku, spokojnie, poza chaosem, nietknięta i niewzruszona. Jak zawsze. Jak każdej z trzech poprzednich nocy, odkąd pojawiła się tu nieproszona po raz pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siwoo nie był pewny, czy była prawdziwa, czy stanowiła jedynie nieznośny wytwór jego wyobraźni, ale wzbudzała w nim tyle samo złości co niezdrowego zainteresowania. Nie wiedział także, ile razy ujrzał już jej twarz, a ile razy poczuł jedynie wyraźnie, że kryła się gdzieś obok, niedostrzegalna, ale czujna.
      Stracił kilka sekund, nim zdecydował się na to, przed czym się do tej pory wzbraniał.
      — Nie znam cię. — Krótkie stwierdzenie, pozbawione emocji. Tylko tyle wystarczyło, by przypomniał sobie, że mimo wszystkiego, czego właśnie doświadczał, wciąż miał tu kontrolę. Wciąż trzymał ją we własnych dłoniach, niezależnie od tego, co by mu teraz gorączkowo wmawiano. Wierzył w to. Łapał się tego jak ostatniej deski ratunku. Nie pozostało mu przecież nic innego.
      — Przestań — dodał po chwili, gubiąc się na moment w tym, czego właściwie teraz od niej żądał. Czy chodziło mu o to, by przerwała to niepokojące milczenie? By wyjaśniła, co wabiło ją właśnie do tego koszmarnego miejsca, w którym tkwili; do absolutnie najgorszej z możliwych wizji, bo pozbawionej wszystkiego, co dobre? A może pragnął jedynie dopilnować tego, by w końcu zniknęła? By wróciła tam, skąd przyszła, nie łamiąc więcej jego cennej prywatności? — To nie jest twoje. Nic tu nie jest twoje.

      [...mam nadzieję, że początek jako tako spełnia oczekiwania. :x]

      S.

      Usuń
  27. Drobne ramiona, miękkie usta, lekki krok, dyskrecja - były jej wizytówką i mówiły więcej o niej i samej aptece, niż czyste półki, lub szyld nad drzwiami. A teraz, nawet tak słaba, zmęczona i cierpiąca dzierżyła niewidzialną siłę magnetyczną, acz subtelną, nieodpartą i wiodącą ku zgubie. W mrocznej ciszy apteki, jej półdemoniczne korzenie drżały pod dotykiem obecności tajemniczej klientki. Noor, z jej jasnymi oczami jak bezkresne tafle traw i skórą, która zdawała się łączyć światło i cień, spojrzała na Astę z wyczuciem, jakby próbując odczytać nie tylko słowa, ale i emocje, które się za nimi kryły.
    - Wiem, czego szukasz - wyszeptała Noor, jej głos był miękki, ale pełen siły, jakby sama noc śpiewała w jej krtani zduszonej bezsennością. - To nie jest zwykły środek na sen. To jest coś, co może cię uśpić tak głęboko, że zapomnisz o wszystkim - ostrzegła, choć widząc to, co obca sobą przedstawiała, nie obawiała się, że jej zaszkodzi. Nie przeszło jej nawet przez myśl, że to co zaraz zaproponuje, zadziała wciągając w sen zbyt głęboko i nie pozwoli się obudzić.
    Stała jeszcze nieruchomo, sekundę, dwie, kolejną, wędrując spojrzeniem po półprzezroczystej sylwetce, po nagich ramionach, kruczych pasmach i temu, co wokół. Powietrze się zmieniało, opadało, jakby nie miało sił nawet drżeć... A ją znów rozbolała mocniej skroń.
    Bez słowa obróciła się i skierowała głebiej między półki. To co nieoczywiste i zaciera granice, było pozornie na wierzchu i wiedziała, gdzie sięgnąć, by szczupłe palce objęły odpowiednią butelkę. Nie chciała zdradzać swoich tajemnic i nie miała zamiaru niczego odkrywać. Wąskie długie szkło z połyskującą fioletową mieszanką ozdobione srebrną nakrętką błysnęło inaczej niż oko Noor. Spokojnie i bez ostrzeżenia. Napełniła nią niewielką szklaną fiolkę wysuniętą z szuflady niżej, a potem podała ją kobiecie.
    - To jest esencja snu. Pije się ją z odrobiną wiary, że nie wszystko musi się skończyć w mroku - wyjaśniła, trzymając otwartą dłoń przed dziewczyną, zupełnie jakby to nie był zwykły zakup, ale jakby dobijały targu. Czarnooka, nieznajoma, nierzeczywista i eteryczna. I Noor - ktoś, kto stoi na rozdrożu.
    Czekała cierpliwie na decyzję, czy tamta przyjmie na siebie ryzyko, czy zaufa aptekarce i plotkom, a jej oczy znów zatopiły się w głębi cienia. Wahała się tylko chwilę, czy ostrzec dziewczynę...
    - Pamiętaj, że sny są jak morze, mogą cię unieść, ale mogą też zatopić. Uważaj, żeby nie zaplątać się w ich głębiny - dodała. Postanowiła nie zostawiać tego tylko dla siebie, bo te puste oczy... za bardzo przypominały jej o czymś, co odganiała.
    Noor sama zastanawiała się, czy nie zażyć tego środka, choć jej ciało było ciałem z krwi i kości, z skórą i mięśniami i wyznaczonym terminem końca. Mogła tego nie przeżyć, gdyby jej ciało od razu poczuło się jakby zanurzyła się w lodowatej wodzie, aż straciłaby dech, a serce zamarło. W oczach zaczęłaby się pojawiać mgła, a świat wokół niej zacząłby się rozmazywać. Może bezpowrotnie. Zanim zdążyłaby się załamać, poczułaby, jak powoli opada w głęboki, spokojny sen, pełen cichych, ulotnych marzeń i oddechów, które nie miały już nic wspólnego z koszmarami. I mogłaby nie wstać. Była przecież śmiertelna i bardziej ludzka, niż większość mieszkańców azylu.


    Noor

    OdpowiedzUsuń
  28. Anastasius lubił mieć kontrolę nad tym, co się działo w jego życiu. Sądził, że to przez to, że wychował się w rodzinie, która nie tolerowała tego, co słabe, a więc i nieprzewidywalne, bo jeśli coś takie było, przebiło się przez uniesioną gardę. Tak było ze wszystkim. Został znakomitym lekarzem, nekromantą i osiągnął to, co udawało się niewielu – był liszem, nieumarłym, który teoretycznie zyskał nieśmiertelność.
    Teraz, będąc w swoim śnie, powoli odzyskiwał utraconą kontrolę. Znów widział wyraźnie, znów złapał to, co wymykało się jego dłoniom – poczuł niemal dreszcz przechodzący przez kręgosłup; ten impuls, który sprawiał, że jego serce w całym swoim rytmie gubiło jedno uderzenie.
    Wydał z siebie ciche „mmm”, a potem odezwał się wolno:
    — Tak, tylko że tym razem znajdujemy się w nieco innej sytuacji. Ty ukrywasz się w moich koszmarach, może nawet w jakiś sposób wywołujesz jeszcze gorsze, a ja próbuję cię znaleźć… i w końcu znalazłem.
    Obserwował jej reakcję; to, jak jej usta wykrzywiły się w słodkim uśmiechu, jak koszmar zniknął z delikatnych rys, zostawiając tylko to, co niewinne.
    Przyjrzał się jej oczom, które były czarne jak węgiel, czarne jak nocne niebo, które nie miało w sobie gwiazd. Anastasius pomyślał, że to kompletny obłęd – te oczy, cała ona, ubrana w marną, zakrwawioną sukienkę. Nie zachowywała się jednak jak ofiara, miała odważnie podniesioną głowę, jakby rzucała mu wyzwanie, jakby wcale nie została złapana, a zaproszona.
    — Zakłóciłaś? — mruknął pod nosem, zastanawiając się, czy grała teraz niewiniątko, czy może faktycznie nie zdawała sobie sprawy z tego, że przez ostatnie tygodnie niemal obsesyjnie myślał o tym, aby ją złapać, bo wiedział, że wędrowała po jego snach, że istniała i że jeśli w odpowiednim momencie wyciągnie rękę, to ją dosięgnie.
    — Czy możesz cokolwiek zakłócić podłemu starcowi, mała maro? — Rozejrzał się wokół, przesuwając wzrok po ożywionych trupach. — Nie, niczego nie zakłóciłaś, raczej wtargnęłaś tutaj bez zaproszenia, snułaś się po moich koszmarach… musisz wiedzieć, słodka maro, że bardziej od moich koszmarów nie lubię, gdy ktoś próbuje odebrać mi kontrolę. To całkiem zabawne. Powinienem być pogodzony z tym, że nie zawsze wszystko układa się według mojego planu, w końcu jestem lekarzem, wiem, że zdarzają się rzeczy, które nie obejmuje żaden plan, a mimo to… to ja mam ostatnie słowo.
    Przez jego ciemne, brązowe oczy przemknął mrok, toksyczna ambicja i duma godna von Weissów. Zaraz potem Anastasius wyprostował się, pochylił delikatnie głowę i wyciągnął dużą dłoń w stronę dziewczyny.
    — Pozwolisz, że zmienimy scenerię? — Gdy to powiedział, prosektorium zaczęło się rozmywać, a otoczenie zmieniło się w przytulny, drewniany pokój z kominkiem; było tutaj kilka regałów, rodowy obraz przedstawiający rodzinę von Weiss oraz stoliczek z świeżo zaparzoną kawą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Czego szukałaś w moich koszmarach? — spytał, nalewając kawy do pięknie zdobionych filiżanek z zestawu porcelany jego matki. — Chciałaś przyjrzeć się życiu starca czy może oczekiwałaś, że znajdziesz coś, co będziesz mogła przeciwko mnie wykorzystać?
      Uprzejmie podał dziewczynie filiżankę, uprzednio zostawiając na małym talerzyku dwie kostki cukru i maślane ciasteczko.
      — Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale to, co zaszło między nami wcześniej, nie było moim celem. Nie chciałem cię przyzwać jako… ducha, który będzie wycierać kurze i odkurzać dywany — wtrącił, zajmując skórzany fotel. Skrzyżował nogi, upił łyk kawy i wbił spojrzenie w jasną sylwetkę mary. Uśmiechnął się dżentelmeńsko. — Chętnie wynagrodzę ci tę potwarz, ale nie we śnie, bo tutaj ty i ja dzielimy kontrolę, a chciałbym porozmawiać z tobą bez potrzeby gonienia cię po koszmarach. Myślisz, że to możliwe? Nie chcę się narzucać, ale mimo wszystko nalegam, abyś pokazała mi się w realnym świecie.

      Anastasius von Weiss

      Usuń