Levi Ackermann
urodzony 14 grudnia 1998 roku w Coventry, w Wielkiej Brytanii // 27 lat // kotołak // od 6 lat Łącznik // w Last Salvation od 16 roku życia // mieszka wraz z jeżdżącym na wózku inwalidzkim ojcem, Thatcherem // zajął wolny wakat Łącznika po ojcu, który uległ wypadkowi i został sparaliżowany podczas pracy na zewnątrz na rzecz azylu // wspólnie zajmują parterowy dom przy uliczce, która z prawej i z lewej zabudowana jest dokładnie takimi samymi, parterowymi domami // zbieżność nazwisk z tym Ackermannem przypadkowa
Walk the layout, routines in the night. Some doors have stay out spray-painted in white. While all the world's asleep, I walk around instead through the memories, down the halls of my head. So beautiful, the space between a painful reminder and a terrible dream. I've been here before and I've got time.
I'll give you the tour, show you why I...
I'll give you the tour, show you why I...
Nie od zawsze było ich tylko dwóch.
Dawniej był klan Ackermannów. Niewielki, liczący sobie około trzydziestu członków, z których część była rozproszona po Wielkiej Brytanii. W Coventry oraz jego najbliższym sąsiedztwie pozostało ich osiemnastu, skupionych wokół tutejszego sabatu. W tym Levi i jego ojciec, ponieważ matka zmarła w wyniku komplikacji przy porodzie i czasem Levi zastanawiał się, czy to po jej śmierci ojcu nie zostało nic oprócz tej szorstkości, którą miał dla Leviego, bo całą resztę Millicent zabrała ze sobą.
Nie od zawsze było ich tylko dwóch.
Dawniej był sabat, mniejszy nawet niż klan Ackermannów. Składający się z wiedźm i czarowników osiadłych w Coventry i okolicach, stanowiący zbieraninę kilku rodzin i pojedynczych maruderów, którzy poszukiwali dla siebie miejsca, do którego mogliby pasować i tak się złożyło, że pasowali.
Jedenaście lat temu wyrżnięto ich wszystkich.
Od jedenastu lat jest ich tylko dwóch.
Sprowadzeni do Last Salvation przez Ściągającego, zostali zmuszeni do odnalezienia się w pełnej ograniczeń rzeczywistości, ale czy mieli inne wyjście? Tam, poza azylem, nie było już niczego, co by znali. I odnaleźli się, nadzwyczaj dobrze. Thatcher szybko dołączył do Łączników, mając do tego więcej niż doskonałe predyspozycje i pozostawał w formacji przez pięć lat. Jego karierę zakończył wypadek i to wyjątkowo głupi, ponieważ przebiegającego przez ulicę w postaci kota Thatchera potrącił samochód. Rozległy uraz uniemożliwił mu przemianę. Znalazł go przechodzień, a odratował weterynarz. Do Last Salvation wrócił po kilkumiesięcznej nieobecności, w ostatniej chwili zapobiegłszy wykuciu jego imienia i nazwiska w cokole pomnika Morrisa Stroble’a.
Od jedenastu lat jest ich tylko dwóch.
Po uzyskaniu zgody Rady, z mieszkania w jednym z budynków przeprowadzili się do parterowego domu, który w miarę możliwości dostosowali do potrzeb jeżdżącego na wózku Thatchera. Zrobili łagodny podjazd, zlikwidowali progi, poszerzyli wąskie wejście do łazienki i zamontowali w niej poręcze, a wszystko to wykonali rękoma Leviego, który jako jedyny zdaje się wiedzieć, że ta szorstkość Thatchera, która po wypadku przybrała na sile, potrafi być też na swój drapiący sposób czuła.
Od jedenastu lat jest ich tylko dwóch.
Od sześciu lat jest też Levi, Łącznik.
Szmugluje, co tylko da radę przytargać do azylu o własnych siłach. Nie spełnia każdej prośby i zachcianki, ale ich większość. Jest obrotny i wszędobylski, szczególnie chętnie włóczy się po azylu po zapadnięciu zmroku i czasem żałuje, że nie może włóczyć się po nim w postaci kota, co i tak nie przeszkadza mu w łażeniu po dachach. Jeszcze z żadnego nie spadł, choć pewnie znalazłoby się parę osób, które chciałoby go z tego dachu zrzucić, ponieważ Levi dba przede wszystkim o własną wygodę, jak to kot.
Ludzie, którzy nie lubią kotów, nie polubią także Leviego.
Od sześciu lat jest tylko on, jeden.
ODAUTORSKO
[Karta przekazuje dokładnie wszystko, co trzeba, poza tym super wyszedł Tobie ten kotołak, a ja jestem team koty, więc bardzo lubię Leviego! Myślę, że Zay też go polubi, jeśli z jego szmuglowania będzie mógł wyciągać własne korzyści. Może jakiś sensowny deal? 🧐 Zapraszamy na maila na burzę mózgów, a tymczasem życzymy diabelnie dobrej zabawy! <3]
OdpowiedzUsuńZayden Ward
[A ja przychodzę po wątek, który został mi obiecany już w karcie — bo pewnego kapitana ze skłonnością do pedantyzmu znam nie od dzisiaj...
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za powitanie! <3 Morrigan jak najbardziej można kojarzyć, na pewno z Woodwick i Valmont Academy, chociaż na obu tych blogach prezentowała się troszkę inaczej. A twarz Katie po prostu doskonale pasuje do wszelkiego rodzaju wiedźm, czarownic czy po prostu mrocznych postaci, więc musiałam skorzystać!
Levi na pewno mógłby się do czegoś przydać — być może w środku nocy natknąłby się na nią, będącą pod wpływem transu?]
Morrigan
[Morrigan raczej wygląda jak chodzący trup, tzn. nie wzdryga się nawet pod wpływem uderzeń gałęzi czy niskiej temperatury, ale podświadomie unika bezpośredniego niebezpieczeństwa, czyli na przykład nie skoczy z klifu do morza. Od czasu pobytu w miasteczku jednak jej transy robią się bardziej niebezpieczne i ta uważność trochę się rozprasza, więc może się wydawać, że wyrządzi sobie poważną krzywdę.
OdpowiedzUsuńPewnie, to miałoby sens. Wyobrażam sobie nawet, że jest już do tego całkiem przyzwyczajony. XDD]
Morrigan
[Bardzo mi milutko i cieplutko na sercu po Twoim powitalnym komentarzu, a rozpoczęcie... miód! *-* Trafnie wychwyciłaś dwoistość mojej dziewczyny, ja w sumie sama nie wiem, co to za typ.
OdpowiedzUsuńNatomiast Twój kotołak, jak już pisałam, jest przecudny! Szczególnie ujmują mnie wszystkie jego kocie cechy i ciekawy charakterek!
No i oczywiście, ja samej siebie nie zaskoczyłam, dołączając do Was! <3 i mam nadzieję zostać bardzo długo ;)]
Ręka nigdy jej nie drżała, czy to na widok krwi, czy to przy zagrożeniu, gdy było obok lub wymierzone w nią, a choć strach nie był jej nieznany, potrafiła panować nad sobą, myślą i odruchem, naprawdę doskonale. Noor trzymała wszystko w sobie, pozwalała kumulować się emocjom, podobnym jak i sprzecznym, kłębić, zacieśniać i zaciskać. Chaos w jej wnętrzu, w duchu i wszelkich wnętrznościach, czasami prowadził do migreny, czasami do niemożliwego bólu brzucha. Ale po niej nie widać było nic. I nikt nie wiedział, czy taka istota jak ona cokolwiek czuje. Ona sama czasami zastanawiała się, jak to jest... czuć, choć jednocześnie nigdy nie czuła się pusta.
Apteka stała się jej miejscem niedługo po tym, jak dotarła do azylu. Przesycona jej osobą, jej aurą, przesiąknięta charakterystycznym zapachem leków i ziół, oferowała wszystko, czego można chcieć. Było tu jak w archiwum biblioteki, chłodno, niezbyt jasno, cicho. Bezosobowo, czysto i zarazem jakoś. Sedno i konkret umykał zmysłom, ale było to miejsce, jak żadne inne. Potrzebne, nawet w takim miejscu, gdzie nie było zwykłego człowieka i teoretycznie aspiryna nie miałaby prawa się sprzedać. Ale Noor zarabiała i szło jej na tyle nieźle, że czasami potrafiła odłożyć kilka stówek. Nie wiedziała tylko po co.
Dni mijały jej podobnie, każdy poprzedni i następujący wyglądały bliźniaczo. Brała zmiany zahaczające o godziny nocne, albo od osiemnastej do czwartej nad ranem, albo od czwartej do południa. Gdy było ciemno, czuła się najswobodniej, mogła sprzątać, prowadzić inwentaryzację, sprawdzać zamówienia i rozliczać zysk. Mogła wtedy też przyjmować klientów za drzwiami, na zapleczu. Mogła troszkę łudzić się, że oszuka Radę i ugra coś dla siebie pod ich nosem, chociaż to też nie o to chodziło... chodziło o to, aby zapewnić sobie pozorne poczucie bezpieczeństwa i wolności. Bo Noor stara nie była, ale głupia tym bardziej, a runy który niekiedy piekły ją pod łopatką, skutecznie przypominały jej nie tylko o ograniczeniach, ale i o tym, że jej spokój kosztuje swoje.
Pamiętała jak to jest się bać. Albo nie spać. Albo spędzać noc w zimnie, w półśnie, z lekko uchylonymi powiekami, obserwując drzwi z takim strachem ściskającym jej wszystkie flaki, że oddychanie bolało. Nigdy tego nie zapomni, niezależnie czy minie kolejne kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat. I nigdy stąd nie odejdzie, by tego znów nie przechodzić. Jakakolwiek cenę przyjdzie jej zapłacić za bezpieczeństwo, była na to gotowa i jak dotąd nie było ani jednego dnia, by żałowała. Zbudowała tu sobie nowe życie i dostosowała się do panujących zasad. Na swoich własnych, jak wierzyła.
Apteka działała w tygodniu codziennie od dziewiątej do dziewiętnastej, w soboty do czternastej, a niedziele do południa. Klienci co prawda nie walili do niej drzwiami i oknami, ale było ich wystarczająco, aby i ona miała ręce pełne roboty i aby nie musiała się martwić, że któryś z pracowników zacznie kombinować, bo ma zbyt wiele wolnego czasu. Aż dziw, że nie musiała się o to martwić. Mieszkała nad apteką, w kawalerce z wydzieloną sypialnią, lubiła tę zatęchłą dziurę. Chociaż to nie była dziura, ale Noor lubiła tak o niej mówić, czuła się wtedy bardziej jak u siebie.
Dziś wyjątkowo przyszła w środku dnia do pracy i miała zamiar posiedzieć góra do dwudziestej, bo była nie w sosie. Nie wyspała się i to nie tak, że umiała to zwyczajowo ukryć. Nie przespała więcej jak godzinę poprzedniej nocy i czuła swędzenie pod skórą za lewym uchem, znak że coś się wydarzy. Gdyby była czystej krwi, pewnie takie durnoty nie miałyby miejsca, ale nauczyła się z tym żyć. Z wieloma rzeczami się oswoiła, choć wiele irytowało ją ciągle tak samo mocno.
UsuńSkakała po kartonach na zapleczu, aby je jak najbardziej zgnieść i przygotować do wywalenia. Dbała o porządek i czystość, dbała właściwie bardzo i o bardzo dużo, choć nie przyznałaby się, że na czymś szczególnie jej zależy. Spytana, dlaczego tak sama siebie chowa przed światem, nie umiałaby odpowiedzieć, ale już taka była. Otoczona skorupą, nieodgadniona i trudna. Kiedy usłyszała, że ktoś wchodzi do apteki, za uchem zaswędziało ją znowu, a gdy plecak wylądował na szklanej ladzie aż huknęło, skoczyła jeszcze tylko raz na makulaturę i wysunęła się do przodu. Krok miała lekki, wydawało się że płynie, gdy wynurzyła się za ladą i od razu mogła zarejestrować, że nie jest z nim dobrze. I że nie tylko dobrze się nie czuje, ale i nastrój ma podobnie do niej niezbyt pogodny.
- Ostrożnie, to szkło - upomniała Levi'ego, ocierając dłonie z paprochów po papierze o tył jeansów. Poczuła pieczenie za uchem, a potem pieczenie na serdecznym palcu jednej dłoni, gdzie się zacięła o karton, gdy przystanęła i lekko mrużąc oczy przyjrzała sie obitej facjacie dostawcy. - Dobrze, że jesteś - oceniła łagodnie, bo znalazł się w najlepszym możliwym miejscu, aby się nim zajęto. Mógłby też iść gdzieś, gdzie byłby lekarz, a nie aptekarka bez wykształcenia farmaceutycznego, ale... byli tu i tu ona umiała się przydać. A jeśli Noor czegoś potrzebowała, to odszukać sensu tego, że jest.
Ona nie oferowała pomocy obcym, nie narzucała się, nie proponowała nawet swojego towarzystwa. Levi dostarczał jej leków i produktów rozmaitej maści nie od dzisiaj, przyzwyczaiła się do niego, więc zwyczajnie nie był nieznajomym. On znał jej imię, a ona jego, wiedzieli o sobie już wystarczająco, aby się nawet rozpoznać na ulicy. Mogła spokojnie uznać, że go zna, a choć teraz wcale nie powiedziała wprost, że sie nim zajmie, to właśnie miała na myśli. I tę decyzję podjęła zdumiewająco szybko. Problem polegał na tym, że Levi pewnie się nie zorientował w jej myślach, bo w nich nie czytał, a ona się nimi śmiało nie dzieliła.
Krew pod nosem, grymas bólu, krzywa postawa. Wyglądał okropnie. Troski w niej nie było za wiele, a i ciepła bardzo malutko, ale to nie znaczy że nic a nic. Mogło być nawet ogrom, gdyby sobie na to pozwoliła, ale za krótką miała smycz. Ściągnęła nieco brwi a jej spojrzenie spochmurniało, gdy tak jeszcze raz prześledziła jego postać. Wywalił wszystko na szklaną ladę, prawie jej to zbił, waląc nieelegancko fiolkami, aż odetchnęła głebiej przez nos, widząc porozrzucane pudełka.
- Zaniesiemy to na zaplecze? - zaproponowała, trochę sposobem, chcąc go tam zwabić, aby przyjrzeć się z bliska co to się mu zadziało. Swoje już wiedziała i to chyba przez niego swędziało ją za uchem, bo co innego mogło się przydarzyć, jak zjawienie dostawcy poturbowanego jakby wpadł pod kosiarkę i obsikał go pies?
Pochyliła się, zbierając kilka opakować w ramiona. Jedno mniejsze wrzuciła do szerokiej szarej bluzy, jaką na sobie miała, ale było tego jeszcze trochę do zgarnięcia. Liczyła, że Levi nie ucieknie stąd z fochem.
Noor dziwaczka
[KOCHAM ten pomysł o tradycji wybudzania się przy Levim, to takie tragikomiczne. XDD
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że skoro miasteczko otoczone jest lasami, to pewnie jest tam sporo jakichś stromych zejść, wystających korzeni, może jakichś małych strumyków? Wystarczy, że próbowałaby właśnie zejść taką trasą, to już się można przestraszyć, że w takim stanie kark sobie połamie, wpadnie w pień, straci przytomność i wyląduje twarzą w wodzie. XDD
A co do ojca Leviego, to nie wydaje mi się; wizje banshee zawsze się sprawdzają, chociaż nie mają ograniczenia czasowego. Może coś innego w tym domu byłoby związane ze śmiercią?
Podrzucam też maila, może tam będzie latwiej dogadać szczegóły: ketsurui567@gmail.com ]
Morrigan
[Hej! Dziękuję bardzo za powitanie *.*
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc zastrzeliłaś mnie tym podobieństwem wizerunku Faith do Matyldy, wcześniej tego nie zauważałam, a faktycznie coś w tym jest. Nie mogę teraz wyrzucić tego z głowy xD
Masz absolutną rację: nie pogodziła się z drwiną, co więcej coś mi się wydaje, że to nie koniec jej zmagań z szaleństwem ojca :D
Od wczoraj myślę czy jakoś udałoby nam się podziałać w wątku: z pewnością chciałabym odkryć świat zewnętrzny umożliwiający im pełnię mocy (obydwoje mogą się tam udawać, więc idealnie pasuje), jak i zwiedzić zakamarki Podziemnej Areny, gdzie Levi mógłby coś nie coś dorobić (kwestia czy to miejsce zna, jeśli nie to Faith mogłaby mu je pokazać - świadomie lub nie ;) ).
Co prawda to wszystko co mam na ten moment, ale jeśli byłabyś zainteresowania zgłębieniem któregoś z tych obszarów możemy zorganizować burzę mózgów :)]
Faith
Tu było dziwnie. Nadal nie oswoiła się z tym miejscem ani z ludźmi i nie-ludźmi, którzy tutaj przebywali. Minął niemal miesiąc odkąd postawiła pierwsze kroki na ziemiach należących do Last Salvation. Prawie cztery tygodnie od momentu, w którym wyryto na jej ramieniu pierwszą z run. Poddawała się temu zabiegowi z drżącym sercem i nie podobało jej się to, jak czuła się w momencie, gdy opuściła ratusz, dzierżąc w dłoni pęk kluczy.
OdpowiedzUsuńMiała swoje miejsce. Ale czy właśnie na tym jej zależało? Na ograniczeniu czegoś, co czyniło ją… nią. Aurora obawiała się jednego — utraty samej siebie. Mówili jej, że to normalne, że przejdzie, że jej obawy są uzasadnione, ale to minie. Harriett patrzyła na nią badawczo, witając w gronie mieszkańców, a Eva nie uraczyła jej nawet spojrzeniem. Z tego, co było jej wiadome, nie poznała wszystkich Członków Rady, ale i tak pozostawała pod wrażeniem tego, jak prezentował się azyl.
Sądziła, że to będzie prosta osada, przypominająca wioski, w których spędzała większość czasu. Ale nie. Last Salvation wyglądało jak miasto. Prawdziwe miasto. Stojąc przed ratuszem była pełna podziwu dla szerokich ulic, choć nie poruszały się po nich żadne samochody, dla równych chodników, dla posągu posągu założyciela i tego porządku, jaki tu panował.
Minął miesiąc, a ona z tego podziwu nadal nie umiała wyjść. Po trzech dnia od przybycia, zaczęła pierwszą zmianę w barze. Przydzielono jej tę pracę właściwie bez pytania. Nie miała wykształcenia, bo ścieżkę edukacyjną przerwała w wieku piętnastu lat. Nie miała żadnych umiejętności, które mogłyby wspomóc pozostałych, ale potrafiła mieszać drinki i otwierać piwa. Ostatnie kilka lat spędziła na pracy w małych barach. Powiedziano jej, że ma szczęście, że Hans akurat szuka kolejnego pracownika. Dziwiło ją jednak to, że skoro nie było tutaj prawa własności, że nazywano osoby zarządzające danymi interesami ich właścicielami.
Rory może i nie miała wykształcenia, ale była nadwyraz bystra i sprytna. Obserwowała. Odnosiła wrażenie, że azyl jest azylem tylko z nazwy, że prędzej przypomina komunę, w której wszystko dla wszystkich, ale dla każdego nic. I każdego ranka, kiedy stawała w oknie swojej kawalerki, wychodzącej na plac centralny miasteczka, obserwowała goniących ludzi. Codziennie te same twarze, ci sami urzędnicy, ci sami funkcjonariusze, czasami gdzieś przemknął ktoś z Rady, czasami jakaś zbłąkana dusza pokazała jej się pierwszy raz, ale każdy wiedział, gdzie było jego miejsce i co miał robić.
Kolejna zmiana, kolejny wieczór w barze. Brudershaft przyciągał tłumy. Rory nie wiedziała, czy miasteczko liczyło kilkaset czy raczej kilka tysięcy mieszkańców, ale bar był wiecznie pełny. Szczególnie w weekendy. Przychodzili tu wszyscy. Szukający przygody, randkujący, lubiący bilard i ci, którzy musieli wyjść pijani.
Stała za barem, robiąc to, co do niej należy. Ze starodawnego radia sączyła się muzyka. Bez reklam, bez wywiadów. Zdołała dostrzec, że byli odcięci od świata zewnętrznego, a audycje, na które mogli sobie pozwolić, były nagrywane tutaj — w Last Salvation i zazwyczaj zajmowały jeden konkretny blok radiowy w ciągu dnia.
Nawet teraz, podczas pracy, obserwowała ludzi. Nie-ludzi, jak lubiła ich wszystkich nazywać w myślach. Widziała tego, który pojawiał się po zmroku i wszyscy szeptali po kątach, że to wampir. Blady, wysoki mężczyzna był jednak jednym ze spokojniejszych gości i jeśli wlewał coś do kielicha z winem, Rory pozostawała na to ślepa, póki pił to tylko on.
Oczywiście, że zwróciła uwagę na parę, która weszła do baru. Młody mężczyzna prowadzący przed sobą kobietę, która wyglądała niczym ideał niejednego wierszoklety, wzbudził zainteresowanie większości. A właściwie to ona przyciągnęła tę uwagę.
Natomiast Rory wbiła spojrzenie jasnych oczu w mężczyznę. Wyglądał znajomo. Nie miała jednak zbyt wiele czasu, aby mu się przyglądać, kiedy przywołała ją do siebie jedna z tutejszych rusałek. Pijały one wymyślne drinki i nazywały je nektarem.
Ostatecznie podeszła w końcu pary, spoglądając na ich przedstawienie co najmniej z jawnym grymasem, który mógłby zniechęcić… prawie wszystkich. Rory stanowiła przeciwieństwo ciemnowłosej piękności. Z pewnością była od niej wyższa, bo to cudowne metr siedemdziesiąt pięć czyniło ją kimś, kto nie ginął za barową ladą. Była znacznie szczuplejsza od przyjemnie zaokrąglonej syreny. Twarz Rory nosiła też znikome ślady makijażu, który skupiał się przede wszystkim na podkreśleniu oczu ciemną kredką i wytuszowaniem rzęs.
Usuń— Omnipollo — powtórzyła po mężczyźnie, unosząc lekko brew. Obejrzała się za siebie, chwytając w palce wisiorek, z którym nigdy się nie rozstawała. Był prosty, okrąg z białego złota, na którym wytłoczono kwiatowy wzór układający się w półksiężyc. Każdy z takich medalików ozdobiony był kamieniem szlachetnym, który charakteryzował daną wiedźmę. W jej przypadku był to jadeit.
Miała przed sobą dwa wysokie, barowe regały, sięgały sufitu, a ich półki pełne były butelek po alkoholu, który mieli w sprzedaży. Omnipollo tam nie było, ale Rory wiedziała, że parę skrzynek jest na zapleczu. I tam miały zostać, dopóki nie pozbędą się tego, co zalegało na stanie.
— Nie ma — odparła, wzruszając lekko ramionami, gdy wróciła swoją uwagą do pary. — Jest paulaner. — Poinformowała, nachylając się nieznacznie nad ladą, kiedy dłonie swobodnie oparła na jej niższym poziomie, niewidocznym dla klientów. I choć może to było niegrzeczne, patrzyła teraz tylko na mężczyznę, zupełnie ignorując tą, która z natury powinna pochłaniać uwagę wszystkich.
Rory Nielsen
[ Aww! Dziękuję za ciepłe przyjęcie! Mega się cieszę, że udało się mi się oddać jego spokój i wrażliwość <3
OdpowiedzUsuńO matko! Tym pomysłem mnie totalnie kupiłaś i go chce! Będziemy sprzedawać kocimiętkę albo waleriankę dla kici! W zamian za opowieści o fajnych nowościach z drugiej strony!
W ogóle, kotołaki są cudowne! Sama kiedyś chciałam taką postać stworzyć :3 Levi lubi drapanko za uszkiem? xD]
Mokseo
[ Ooo a więc to taki kotek! To by się z nim dogadał idealnie, ja chce go pokizać, a on ucieka Mokseo
OdpowiedzUsuń[ O nie! A co mi się tu tak brzydko dodało? :O
OdpowiedzUsuńNo nic, co powiecie na rabacik stałego klienta? Coś Mokseo mógłby pomyśleć :D ]
Ocknęła się nagle.
OdpowiedzUsuńPierwszym, co poczuła, był niewyobrażalny chłód. Przeniknął przez jej skórę i bezlitośnie wbił w kości, skutkując drżeniem całego ciała. Do otępiałej Morrigan dotarło, że zapewne telepała się już od jakiegoś czasu — po prostu trans pomógł jej organizmowi w ignorowaniu jawnego zagrożenia, jakie stanowiła tak niska temperatura.
Dopiero po krótkiej chwili zauważyła cudzą rękę, obejmującą jej blady, pokryty cienką siatką błękitnych żył nadgarstek. Zamrugała powoli, rozejrzała się dookoła. Stała po kolana w leśnym strumyku, gdzieś głęboko w kłębowisku drzew, a obok niej stał wyraźnie niezadowolony Levi. Kojarzyła tę okolicę; budziła się w tym miejscu już wcześniej.
W Last Salvation panowała aura śmierci, której źródła Morrigan nie mogła odszukać. Jej otępiałe lekami zmysły nie do końca prawidłowo rejestrowały rzeczywistość, a ledwie kontrolowana — chociaż przecież wyraźnie osłabiona — moc nie pozwalała na dokładne poznanie tego, co ją woła. Jej wizje były niejasne, znacznie bardziej, niż wcześniej; Morrigan zawsze umiała analizować swoje wizje, w jej głowie wszystko układało się w całość. Odkąd przebywała w miasteczku, przychodziło jej to z coraz większym trudem. Śmierć stała się duchem, którego nie umiała pojąć.
Zadrżała, zanim spojrzała w dół. Musiała sprawdzić, czy nie stoi właśnie obok jakiegoś trupa — zdarzało się i tak. Odetchnęła z ulgą, widząc swoje zupełnie przemoczone skarpetki. Nauczyła się kupować wielkie, puchate skarpety właśnie z powodu takich sytuacji. Kiedy wpadała w trans, nie było istotne to, co ma na sobie. Raz zdarzyło się, że opuściła wannę i wyszła z domu nago. Wiedząc, że nie będzie w stanie włożyć butów, postawiła na drugą najlepszą alternatywę. Oczywiście, po dzisiejszym wypadzie będzie musiała wyrzucić w zasadzie całość swojego ubioru.
Zauważyła jednak, że ani na twarzy, ani na odsłoniętych ramionach nie miała ani jednego zadrapania. Czasami, kiedy trafiała do tego przeklętego lasu, na jej skórze pojawiały się różowo-czerwone pręgi, będące pamiątką po bezlitosnych i cienkich gałęziach. Morrigan nie znosiła spojrzeń, które łapała na drugi dzień w bibliotece, kiedy pojawiała się w pracy z podkrążonymi oczami i czerwonymi śladami na policzkach czy nosie.
Wiedziała, że powinna podziękować za to Leviemu.
— Nie musisz tego robić — powiedziała cicho, kiedy spojrzała na jego twarz. Cóż, to zdecydowanie nie był pierwszy raz, kiedy się przy nim budziła, ale przy każdym takim spotkaniu odczuwała dziwny rodzaj zażenowania. Nie zasługiwała na taką opiekę. — Kotom nie służy wchodzenie do lodowatych strumyków.
Morrigan
[cześć Mamo ;>
OdpowiedzUsuńCzy kociek ma ochotę na wspólne pisanie czegośkolwiek? ]
Hocik-białobury (dobrze, że żaden japonista nie widzi takich zdrobnień ;> ).
Last Salvation było dla Malphasa jak zbyt ciasny but, eleganckie z wierzchu, ale uwierające przy każdym kroku. Ten „azyl” śmierdział sterylną nadzieją i desperackim udawaniem, że wszystko jest w porządku, podczas gdy on łaknął autentycznego brudu ludzkich słabości. Brak pełni mocy sprawiał, że czuł się tu jak wygłodniały drapieżnik na diecie z tektury. Zatrzymał się w cieniu, niedaleko jednego z domów. Przez uchylone okno kuchni niosły się głosy. Malphas przymknął oczy, pozwalając, by jego Aura Chaosu delikatnie musnęła ściany budynku. Poczuł to, gęstą, lepką frustrację młodszego mężczyzny i twardy, nieustępliwy upór starszego. Każde warknięcie, każde uderzenie dłonią o blat było dla kambiona jak zastrzyk adrenaliny. Karmił się tym echem kłótni, czując, jak w jego żyłach, dotąd uśpionych przez blokady Azylu, pulsuje odrobina skradzionej energii. Kiedy drzwi huknęły o ścianę i chłopak wykuśtykał na mróz, Malphas odczekał chwilę. Obserwował go przez moment, tę żałosną postać z opuchniętym nosem i skrzywioną kostką, która próbowała zachować resztki godności przed samym sobą. Wyłonił się z mroku uliczki dokładnie w momencie, gdy Levi musiał przystanąć, by odciążyć bolącą nogę. Nie podszedł blisko, stanął pod latarnią, trzymając dłonie w kieszeniach płaszcza, wyglądając na kogoś, kto po prostu wybrał się na wieczorny spacer.
OdpowiedzUsuń- Nie chcę cię martwić, ale jeśli planujesz tak dojść na drugi koniec miasta, to prędzej zamarzniesz, niż tam dotrzesz - odezwał się. Jego głos był niski, aksamitny i celowo pozbawiony agresji - Słyszałem ten huk drzwi aż dwie ulice dalej. Brzmiało jak całkiem solidna wymiana zdań - posłał chłopakowi spojrzenie, które było idealną maską empatii. Jego Język Pragnień już zaczął pracować, wychwytując palącą potrzebę Leviego, potrzebę bycia zrozumianym, a nie ocenianym - Nie znamy się, jestem tu od niedawna - dodał z lekkim, niemal przepraszającym uśmiechem, robiąc powolny krok w jego stronę - Wiem, jak to jest, kiedy ściany w tym miejscu stają się za ciasne. Wyglądasz, jakbyś potrzebował ramienia, na którym możesz się wesprzeć, albo kogoś, kto po prostu nie będzie cię pytał „dlaczego znowu wracasz w takim stanie” - zatrzymał się, dając Leviemu przestrzeń na decyzję - Malphas - przedstawił się krótko - A ty wyglądasz na kogoś, komu dzisiejszy dzień dłużny jest przynajmniej jedną dobrą rzecz. Pomóc ci dojść do apteki? Widzę, że ledwo stoisz. No chyba, że wolisz bar? Wyglądasz, jakbyś potrzebował czegoś mocniejszego niż okład z lodu. Apteka nie ucieknie, a ból i tak nie zniknie do rana. Może zamiast kuśtykać w samotności, dasz się zaprosić na jedną kolejkę? Prawie nikogo tutaj nie znam, nie mam żadnych planów na wieczór. To jak? - uniósł pytająco brew, utrzymując z nim przez cały czas kontakt wzrokowy.
Malphas
Może być paulaner.
OdpowiedzUsuńTe proste zdanie dźwięczało w głowie Rory. Dziwnie otępiałej i opustoszałej, bo zamiast zająć się pracą, stała i wgapiała się w kotołaka. Chwila – w mężczyznę i nadal nie była pewna, czy to ten kotołak, o którym myślałam. Wyglądał podobnie, miał podobną mimikę i identyczne oczy, a w te oczy, swojego czasu, Rory zdążyła się napatrzeć. Kącik jej ust drgnął ku górze, gdy spostrzegła, że i ona przyciągnęła uwagę młodego mężczyzny. Po czasie, a właściwie to po ułamku minuty, dotarło do niej, że łapał kontakt wzrokowy z jej biustem. Podciągnęła tylko materiał prostego t-shirtu, żeby zakryć nieco skóry, ale ostatecznie i tak odwróciła się za siebie.
Jej serce tłukło się niespokojnie w klatce piersiowej, gdy spojrzeniem szukała butelek paulanera. Mogłaby im nalać z kranu, ale ten był popsuty od tygodnia. Podeszła do lodówki, wyciągnęła dwie butelki z ciemnego szkła z jasną etykietą i wprawnym ruchem nadgarstka, otworzyła je. Minimalnie pianka wychyliła się zza szyjki, ale zaczęła powoli opadać ku dołowi, gdy piwo w szkle się uspokoiło. Gdyby chciała, mogłaby sprawić, że postawione napoje wykipiałyby w jednej chwili, ale wcale nie zależało jej na tym, aby uprzykrzyć tę dziwaczną randkę.
Nie miała wątpliwości, że to była randka. To, jak młody mężczyzna zwrócił w swoją stronę ciemnowłosą syrenę, to, jak ona patrzyła na niego i jak domagała się uwagi, niezaprzeczalnie świadczyło o tym, że to była randka. Może pierwsza, może jedna z wielu, ale gdyby miała dać sobie obciąć rękę i powiedzieć, że między tą dwójką była chemia, to nie miałaby ręki.
Powinna była postawić te piwo przed nimi i odejść, ale zamiast tego, stała tuż przy parze. Jej spojrzenie skakało od kobiety do mężczyzny i z powrotem. Cień bladego uśmiechu pałętał się na jej ustach, ale sama Rory ani nie wtrącała się w niezbyt intensywną wymianę zdań, ani nie mówiła nic od siebie. Sięgnęła po świeżo umytą szklankę i zaczęła ją polerować białą, miękką ściereczką. Nadal był w pobliżu i nadal skupiała na sobie uwagę mężczyzny, a właściwie to jej łańcuszek, choć w domyśle syreny i wiedźmy – jej biust.
Zamarła w połowie drogi ścierki do wnętrza trzymanego przez nią kufla, gdy syrena próbowała oblać swojego towarzysza piwem. Brew Aurory skoczyła ku górze, a na bladej twarzy malowało się zdziwienie. Znała go. Musiała go znać. Wyraźnie znaczył się w jej umyśle, ale początkowo nie umiała go w ogóle dopasować do historii.
Drgnęła, gdy dźwięk uderzenia przerwał większość rozmów w barze. Drobna dłoń szatynki odcisnęła ślad na policzku mężczyzny. Rory odłożyła wycierany kufel, szmatkę przerzuciła przez swoje ramię i patrzyła jak dumna, drobniutka kobieta znika z baru. Na dworze była zima. Prawdziwa górska zima. Nie zazdrościła jej samotnego spaceru w taki wieczór, ale… miała dziwne przeczucie, że syrena nie wróci sama do domu.
Gdy drzwi zamknęły się za Sybil, a dzwoneczek oznajmił jej wyjście, tok rozmów w barze wrócił do normy. Niektórzy jeszcze spoglądali na mężczyznę przy barze, ale raczej bez cienia uśmiechu, z rosnącym zdziwieniem i zainteresowaniem. Ba, przyprowadził pewnie jedną z większych piękności do baru, a został sam. Oblany piwem.
Rory nie mogła się nie uśmiechnąć, choć jej zwyczajowy uśmiech przypominał raczej grymas, gdy walczyła z tym, aby kąciki ust nie rozciągnęły się aż nadto. I gdy trzymał tak ręce do góry, a potem się otrzepywał i ostatecznie łapał za butelkę piwa, już wiedziała.
Drobne palce zacisnęły się na medaliku, spojrzenie przesunęło się na jego twarz, a właśnie przybyły do baru klient został zignorowany, mimo nawoływań o napitek.
— Levi? — spytała cicho. Nie wierzyła w to. Nie wierzyła w to, że przez ponad jedenaście lat żyła z świadomością śmierci ich wszystkich, podczas gdy… Jej serce na moment się zatrzymało, twarz pobladła jeszcze bardziej, a usta przypominały teraz wąską kreskę. — Jak?
I to było jedyne, co wyrwało się z jej ust, gdy stała nieruchomo, kurczowo chowając wisiorek w dłoni, ignorując cały świat dookoła.
Rory Nielsen
Nie była pewna, czy tej swobody mu zazdrościła, choć na pewno bardzo jej się Levi przydawał, włócząc sie na zewnątrz. Podziwiała to, że nic go nie wiązało po żadnej z stron, że miał swoje ścieżki i swoje własne tempo wędrówek, że jakby na wszystkim zależało mu mniej w pewien nonszalancki sposób, choć może to ostatnie to to tylko pozory, ale jeszcze bardziej ciekawiło Noor, czy naprawdę nie boi się być tam na zewnątrz - gdzie ona wracać nie chciała. On lubił swoją zwykłą niezwykłość, dzięki której i wśród istot i ludzi umiał się elastycznie dostosować, podczas gdy kobieta w samej sobie z trudem doszukiwała się czegoś, co można lubić i uznać za cenne. Co jest więcej niż tylko ładne, bo i śliczne oczy, buzia i ciało czasami były dla niej... nie takie, jak trzeba. Całe szczęście świetna była z niej aktorka, bo tej wewnętrznej niezgody i rozdarcia chyba nikt nie dostrzegał.
OdpowiedzUsuńKącik ust lekko jej drgnął, gdy Levi wydawał się reagować oburzeniem na upomnienie. Nie była złośliwa, lubiła jego reakcje, co więcej, może trochę go tak zaczepiała. Podobała jej się ta szczerość, którą w sobie miał, choć pewnie i to mocno jej dawkował. Znali się przecież nie od dziś i może powinien dostrzec to, jak bardzo się starała nie być tylko skałą - na swój dziwny osobliwy sposób.
Zza ciemnych zakamarków, w które się wtoczyła, wchodząc pierwsza na zaplecze pełne wysokich regałów z równiutko i gęsto wyłożonymi towarami, obserwowała Levi’ego przez ramię, nie chcąc, by czuł na sobie jej skupienie. Miał w sobie coś, co nakazywało zatroszczyć się o niego, gdy tak kuśtykał a nos przybierał coraz ciemniejszej malinowej barwy, choć Noor nie potrafiła tego wyrazić głośno, nie dlatego, że nie ufała mu do końca. Po prostu... ona nie mówiła co ma w głowie, lub co ją dusi w piersi. Ale ta jego dzisiejsza zwykła, a zarazem dziwna ułomność, coś co zwykle nie pasowało do mężczyzny pełnego gracji i sprytu, skrzywiona twarz i skręcona kostka, to wszystko było dla mnie jak cichy sygnał. I naprawdę bardzo chciała coś z tym zrobić tak, by nie poczuł się urażony, gdy zauważy jego słabość.
Część z tego, co przyniósł kotołak odstawiła na niską, za to długą ławę ustawioną na końcu pomieszczenia za trzema rzędami półek, na którą padało ciepłe światło starej lampki. Kilka delikatniejszych i mniejszych rzeczy, a w tym pudełko schowane wcześniej do kieszeni szarej bluzy, ustawiła na pierwszej półce tuż przy ławie, na najbliższym regale. Obok stało wysłużone obrotowe krzesło, które zaskrzypiało krótko, gdy przesunęła je w stronę mężczyzny stopą, zgrabnie i nienachalnie. Patrzyła ukradkiem, na drobne odruchy, którymi Levi maskował to, jak mocno mu się oberwało. Wiedziała, że to nie jest zwykłe zmęczenie i wynik potknięcia i choć jego ostrożność wydawała się dzisiaj bardziej kocia niż zwykle, a w ruchach brakowało płynności, Noor miała swoje własne, wypracowane przez lata, metody troski i zaleczania wszystkiego. I to nie było tylko uważanie na każdy krok i czekanie, aż się samo zagoi. To że chciała mu pomóc, to nie było współczucie, to było coś głębszego, choć nie umiałaby tego nazwać, ani nadać temu kształtu, niepewna i niejednoznaczna, jak zawsze.
Wiedziała, że Levi musi się zatrzymać, odpocząć choćby na chwilę. I choć nie ufała mu do końca, bo nie ufała nikomu, to czuła, że może, a nawet powinna mu to zapewnić, a przede wszystkim chce. Dlatego obróciła się, zatrzymała jasne przejrzyste jak strumyk w górach oczy na jego twarzy i podeszła bliżej, starając się, by jej ruchy były jak najdelikatniejsze, jakby nie chcąc go przestraszyć, aby nie odczytał jej źle.
Usuń- Levi - wyszeptała miękko, głosem który nosił w sobie coś z tajemnicy, z troski i ostrożności jednocześnie, ale zarazem przyciągał. - Usiądź na chwilę. Nie musisz się spieszyć. Tu nikt nie przyjdzie - zapewniła cicho i nie kłamała. Umiała mieszać w głowie, potrafiła motać myśli, ale teraz nie zwodziła i nie czarowała. Była spokojna i bardziej odkryta, niż zwykle, pokazując, że on też może się odsłonić.
Wpatrywała się w niego, próbując odczytać coś z jego spojrzenia, ale póki sam jej nie pozwoli, nie mogła rozpozna niewypowiedzianych słów. Miała za to w sobie coś, co mówiło, że nie jest pewna, czy może go wypuścić, bo się martwi. Noor się nie przywiązywała, więc było to naprawdę dziwne, ale i wielkie. Od kiedy tu przybyła, trzymała się na dystans, ale w głębi duszy czuła, że nie ona jedna w tym zamknięciu odnajduje spokój. I nie ona jedna w tym spokoju się dusi. Na nim mogła polegać, przynosił to, o co prosiła, czasami nawet znajdował coś wyjątkowego i zaskakiwał ją, wywołując na jej twarzy szczery, szeroki, a może nawet promienny uśmiech bez gry. Zdecydowanie powinna mu pomóc.
Wyciągnęła dłoń, ale zatrzymała sie, czekając na pozwolenie z palcami skierowanymi ku jego twarzy. Chciała przyjrzeć się z bliska temu, co ktoś mu urządził z nosem, a potem z kostką, żeby móc znaleźć odpowiednie zioło, maść, napar, czy susz do przeżucia, no i bandaże, albo nawet zwykły niemagiczny lek. Bez pytania, przyglądała się mu cierpliwie, czekając, czy każe jej się opamiętać, czy jednak wyjątkowo przyjmie pomoc. Bo mógł uznać, że przesadza, a ona nie zdziwiłaby się wcale, bo teraz sama nie poznawała siebie.
Noor i rozczulona stara ja
Pojawił się w umówionym miejscu punktualnie. Ukryty pozornie zaułek, gdzie cienie drzew mieszały się z kurzem starych murów, wyglądał raczej jak dekoracja do taniego kryminału niż sceneria spotkania, podczas którego miałoby dojść do jakiegoś poważnego targu, ale właśnie o to chodziło. Dyskrecja była najważniejsza, a oni obaj od dawna wiedzieli, że najlepiej prowadzi się interesy, gdy nikt nie patrzy, i że najlepszym kamuflażem jest wtopienie ich w zwykłą codzienność. Mieli to opracowane, bo to nie był ich pierwszy raz, gdy coś sobie przekazywali na przestrzeni lat. W zasadzie ich transakcje stały się utrwaloną praktyką wzajemnych korzyści, i trzeba przyznać, że w rodzinie Ackermannów to chyba geny, bo pierwsze umowy na szmuglowanie różnorakich dobroci Zayden zawierał jeszcze z Thatcherem. To było dawno temu i niemal się skończyło, gdy pewnego razu Thatcher z wyprawy nie wrócił, ale koleje losu potoczyły się tak, że dziś Zayden miał dokładnie taki sam układ, tyle że z jego synem. Ach, te długi wdzięczności, które nigdy się nie kończą.
OdpowiedzUsuńNieznaczną chwilę później, gdy Levi pojawił się w zasięgu wzroku, Zayden uśmiechnął się krótko, symbolicznie, a w jego oczach mimowolnie błysnęło spokojne uznanie. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby wystawił go do wiatru – dzięki bogu, bo za taki szczyt chamstwa musiałby spłacić go z procentami, a trochę wątpliwa sprawa, by przy swojej ilości zamówień znalazł na to czas. Ich układ miał zresztą bardzo prostą konfigurację: Levi przynosił mu fanty, z których on w zaciszu swoich czterech ścian mógł pozyskać popiół, a on w zamian patrzył dokładnie tam, gdzie powinien, czyli wszędzie, byle nie na jego ręce. Wszystkie inne drobiazgi, które magicznie pojawiały się przy okazji, a nie dotyczyły jego zamówienia, pozostawały poza polem jego widzenia. Taka selektywna ślepota była w ich interesach równie cenna jak lojalność.
Spojrzał kontrolnie w bok, leniwie obrzucając wzrokiem ich pobliskie otoczenie, bo znajdowali się w miejscu ogólnodostępnym, gdzie w każdej chwili ktoś mógł sobie do nich dołączyć, chociażby na pogawędkę o tym, która reklama w telewizji jest głupsza, albo która książka z półki bestsellerów zasługuje na tytuł literackiego arcydzieła. Kto wie, ale ludzie naprawdę lubią karmić siebie i innych takimi pierdołami. Jego też otaksował na koniec uważnym spojrzeniem, zdając sobie sprawę, że chyba dopiero co wrócił z wojaży i nie zdążył nawet porządnie się ogarnąć. Miał na sobie ten charakterystyczny chaos kogoś, kto wciąż znajduje się mentalnie w drodze. Ciekawe, czy zdążył chociaż odmeldować się w Ratuszu, bo jeśli nie, to całkiem możliwe, że ściągnie na nich kłopoty. Nieodhaczony łącznik i funkcjonariusz porządkowy na wiecznym teście zaufania, razem w miejscu, w którym teoretycznie nigdy nie powinno ich być – czy to mogło skończyć się dobrze? Zayden już wyczuwał ten specyficzny swąd niedopilnowania prawa, który atakował go od wewnątrz. Gdy w ogólnie przyjętym porządku powstaje pęknięcie, Zayden po prostu je czuje, a kiedy to on sam za nie odpowiada, ciężar tej świadomości wraca do niego ze zdwojoną siłą i łamie go od środka. A to znaczy, że będzie potrzebował więcej popiołu. Zdecydowanie.
— Udało się? — zapytał, gdy odległość między nimi wyraźnie zmalała. Jego brew powędrowała ku górze, a spojrzenie opadło chwilowo na jego dłonie. On swoje własne trzymał jeszcze w kieszeniach kurtki, bo znał te schematy i wiedział, że dopóki nie wyciągnie ręki, nikt nie będzie mógł mu nic zarzucić. W tej grze liczyły się detale, a brak gestu bywał czasem najlepszym alibi.
— Byłeś w Ratuszu — rzucił jeszcze, a nie brzmiało to ani jak pytanie, ani jak stwierdzenie, bo z jednej strony chciał wierzyć, że Levi w Ratuszu był, ale z drugiej był święcie przekonany, że jego podejrzenie stoi po dobrej stronie. Nie był. I to zaczyna śmierdzieć problemami.
Zayden Ward
[ Pewnie, że tak! To grzecznie będziemy czekać w takim razie :3 ]
OdpowiedzUsuńMokseo
Znał już ją dobrze. Morrigan była wdzięczna za to, że nie próbował wyrwać jej z otępienia za wszelką cenę czy wołać po imieniu. To tylko bardziej wyprowadziłoby ją z równowagi i zakłóciło wszelkie próby odzyskania spokoju — na tyle, na ile w ogóle można być spokojnym w środku lasu. Szczerze mówiąc, cieszyła się, że to właśnie Levi na nią wpadł; pomijając już sam charakter ich relacji, odznaczał się przyjemną, przynajmniej w jej odczuciu, osobowością: ani się nad nią nie roztkliwiał, ani nie okazywał pogardy.
OdpowiedzUsuńUśmiechnęła się słabo, widząc, jak się otrząsa. Te jego kocie ruchy często wzbudzały w niej rozbawienie. Lubiła koty, odkąd pamiętała — podobała jej się ich niezależność, subtelna dostojność i, oczywiście, słodziutkie futerko. Może dlatego Levi dawał jej jakieś dziwne poczucie komfortu, które, choć miłe, wciąż nie było w stanie zamazać zażenowania, jakie odczuwała za każdym razem, gdy budziła się w jego towarzystwie.
Pozwoliła mu się prowadzić, zupełnie bezwiednie. Stan, w którym znajdowała się tuż po swoim transie, czynił z niej istotę niemalże zupełnie bezbronną — Morrigan, zanim w zasadzie przestało jej zależeć na własnym bezpieczeństwie, często właśnie tego obawiała się najbardziej. W tym momencie można było zrobić z nią wszystko, a i tak nie potrafiłaby się obronić. Oparła się o chropowate, grube drzewo, stojące na wyciągnięciu ręki.
— Nie wiem — odpowiedziała po chwili, być może mało inteligentnie, ale za to prawdziwie. Moc nakazała jej tutaj przyjść, ale Morrigan nie wiedziała, co z tą wiedzą ma zrobić. W miasteczku jej wizje czy przeczucia utraciły znaczną większość swojej dawnej prezycji. — Potwornie tutaj cuchnie. — Dla pewności rozejrzała się dookoła jeszcze raz, ale nie widziała żadnego trupa. — Też to czujesz czy to tylko element mojej wizji?
Zdarzało się, że wyczuwała śmierć dosłownie — odór rozkładu po prostu unosił się w powietrzu, niezależnie od tego, czy w pobliżu faktycznie znajdowały się zwłoki czy nie. W doświadczeniu Morrigan taki zapach najczęściej znajdował się w miejscach, w których ktoś zginął w tragicznych okolicznościach, ale nie była to żadna reguła. Odkąd znalazła się w miasteczku, wszystko się jej mieszało. Czasami miała wrażenie, że transe nie prowadziły jej w żadne istotne miejsca. Z drugiej strony — do tego lasu wchodziła bardzo często.
Patrzyła, jak Levi pozbywa się wody ze swoich butów, i zerknęła na swoje skarpety. Uniosła jedną brew, niezadowolona, widząc przemoczony i brudny materiał. Miło byłoby chociaż raz nie wyglądać w towarzystwie Leviego jak bezdomna.
Morrigan
[Bo to takie zdjęcie, które każda babeczka powinna mieć kiedyś zrobione i wtedy żadna by nie narzekała, że jest niefotogeniczna! Jak je zobaczyłam, to od razu wiedziałam, że to jest właśnie to zdjęcie :D
OdpowiedzUsuńÉlara jest kociolubna, jak na czarownicę przystało, a i myślę, że sama mogłaby mieć interes do Leviego tak po prostu, więc chętnie coś pokombinuję ^^ Uchylając nieco rąbka tajemnicy (powiedzmy, haha ;), mogę zdradzić, że mojej parki nikt nie porzucił i jakby się udało, to jakiś sporadyczny kontakt z ojcem Caleba na pewno by ją ucieszył, więc jakby ktoś mógł podrzucić gdzieś w świecie jakiś liścik od niej...
Dziękuję za miłe słowa i będę się ich mocno trzymać 💜]
Élara Durant
Nerwowo obejrzała się za siebie szybkim ruchem gałek ocznych lustrując wszystkie sylwetki niczym laserami — w poszukiwaniu jakichkolwiek odstępstw od normy wskazujących na niebezpieczeństwo. Zaklęła w duchu, czując, jak emanująca od półanielskiego dziecka czysta, potężna moc zakłóca jej własny chaos. Nie mogła stworzyć żadnej efektywnej iluzji, która choćby minimalnym wysiłkiem ukryłaby je obie przed tajemniczym łowcą, o którym Marissa – z pełną powagą, choć nazbyt emocjonalnie – opowiedziała jej jakieś dwadzieścia minut drogi stąd.
OdpowiedzUsuńChwyciła mocniej nadgarstek dziewczynki, niezbyt zadowolonej tym szaleńczym pędem przez uliczki miasteczka. Swoją drogą Faith przebywała tutaj na tyle często, że znała już każdy zakamarek, ukrytą drogę, czy zakrzywienie kamiennego podłoża, dzięki czemu zyskały przynajmniej pięć minut przewagi. Wiedząc, że goni je stworzenie anielskie Faith nie chciała się na niego natknąć. Tym bardziej, że nie był przyjaźnie nastawiony.
A miał to być spokojny dzień…
Nie zwróciła szczególnej uwagi na Leviego, przechodzącego tuż przy ostatnich domach miasteczka. Zignorowała nawet jego nikłe powitanie całkowicie zafiksowana na drzewach lasu widocznych w oddali – pośród których czułaby się nieco bezpieczniej, niż na otwartym terenie zdana wyłącznie na łut szczęścia. Wiedziała, że nie będzie w stanie pomóc niewinnemu dziecku, jak łowca je dopadnie. Co więcej sama nie była pewna czy uszłaby w tym starciu z życiem. Nie miała czasu na strategię, musiały jak najszybciej dotrzeć za bezpieczne mury Azylu.
Jej imię, niczym głośny dzwon rozbrzmiało w głowie Faith, a ona z przerażeniem wymalowanym na twarzy momentalnie odwróciła się, czując przyspieszające bicie serca. Machinalnie szarpnęła ręką dziewczynki i schowała ją za swoimi plecami rozglądając się panicznie dookoła szukając jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Nagle sylwetka zbliżającego się mężczyzny rozjaśniła się, a Faith skuliła się pod naporem rażącego światła. Cofnęła się i – ku zdziwieniu – nie wpadła na dziewczynkę. Po omacku spróbowała wyczuć jej obecność, jednakże bezskutecznie. Odrzuciła głowę w prawą stronę pod nagłym naciskiem uderzenia i padła na ziemię nie wiedząc co właściwie się wydarzyło wciąż oślepiona anielskim światłem.
Pieprzone stworzenia…
— Pożałujesz tego. — warknęła pod nosem czując wzbierający się w niej gniew. Dźwignęła się na kolana starając się zmysłami wyczuć moc napastnika. W tym samym momencie tępy ból rozszedł się po jej ciele przypominając płynny ogień pochłaniający wszechświat. Osunęła się na ziemię zaciskając mocno szczękę chcąc powstrzymać krzyk.
Nie trwało to dłużej niż minutę, choć wydawało się wiecznością. Wypuściła wstrzymywane powietrze z ulgą, kiedy światło przestało ją razić, a niewiadomego pochodzenia tępy ból zelżał.
Faith Smith
[Zgłaszamy chęci na wątek, w końcu mój dżinn potrzebuje źródła, dzięki któremu będzie mógł spełniać potrzeby miejscowych bez użycia magii. Levi został Łącznikiem rok po tym, jak Fionntán pojawił się w azylu, a to, plus fakt, że koty w kulturze arabskiej, z której dżinny się wywodzą, cieszą się dużym szacunkiem, mogło sprzyjać nawiązaniu trwałej współpracy, tj. lubienie kotów mogło być dodatkowym czynnikiem, dla którego nawiązał ją właśnie z Ackermannem. Pytanie, co teraz? Można by wprowadzić jakieś komplikacje w stylu, że Levi nie był w stanie pozyskać jakiegoś przedmiotu, którego mój kapryśny antykwariusz od dłuższego czasu poszukuje i doszłoby do konfrontacji. Albo właśnie by nie doszło, bo Levi by Fionntána unikał i ten musiałby się trochę wysilić, żeby się z nim skonfrontować, co tylko bardziej by go zirytowało. Pytanie, co bardziej leży w naturze Twojego chłopca.
OdpowiedzUsuńZ Cŵn Mamau jest taki pomysł, że Fionntán zajumał ją walijskiemu bogowi zaświatów, kiedy nie dostał tego, czego chciał, czyli rozwiązania problemu syna. Psina była więc wcześniej ogarzycą piekielną i mój dżinn zmusił ją niejako do funkcjonowania w świecie żywych, związując ją ze sobą. Ogólnie dobra z niej dziewczyna i widzę to tak, że wbrew oczekiwaniom Fionntána, który korzysta z niej jako straszaka na niesfornych klientów/współpracowników, ona jest natychmiast kupiona przez każdego, kogo nie odstręcza jej faktyczna postać - także wiele tutaj zależy od Leviego, bo ona raczej ściga instynktownie dusze martwych kotów, a nie koty w ogóle, a jak ją pomizia po śliskiej skórze, to od razu się przewróci na plecki XD]
Fionntán Ó Cuanáin
Nie lubił spóźnień i nie lubił pośpiechu, a już tym bardziej, gdy jedno i drugie występowało razem, trzymając się pod ręce jak para starych znajomych, ale od tych dwóch stanów bardziej nie lubił błędów, a szczególnie tych, które wynikają z niedostatecznego przeanalizowania sytuacji i możliwych scenariuszy. Czyli, mówiąc krótko, wolał poczekać niż nie przemyśleć i odjebać, a potem wpaść po sam pas w bagno pełne problemów. Kolejnych, bo to przecież nie tak, że jako tutejszy funkcjonariusz porządkowy nie stoi na bakier z żadnymi zasadami. Gdyby tak było, z pewnością mógłby liczyć na taki sam kredyt zaufania, jakim u zarządców azylu od lat cieszą się starszy i młodszy Ackermann, ale tak nie jest i nie będzie, bo to byłoby sprzeczne z jego naturą. Zresztą, nie ma co dorabiać do tego pompatycznej otoczki, bo jego obecność tutaj niewiele ma wspólnego z oddaniem i bohaterską lojalnością, tylko z korzyściami, jakie daje mu dobry układ z Radą. Oczywiście, układ układem, ale mimo to żadna ze stron nie ufa drugiej na tyle, by całkowicie spuścić ją z oka, dlatego to, że spotykał się gdzieś potajemnie z łącznikiem, niosło ryzyko, a jeśli był to łącznik nieodhaczony po swoich wojażach, wtedy skala ryzyka mogła osiągnąć swój punkt kulminacyjny. I osiągnęła Czy powinien być wkurwiony? Pewnie tak, może nawet bardzo, bo obaj mogli wiele stracić na tych nikczemnych interesach, gdyby to wszystko się wydało, ale przecież Levi nie ściągnął im na głowę kłopotów specjalnie. Przyznać trzeba nawet, że wybrał mniejsze zło, nie zgłaszając się najpierw w Ratuszu, bo gdyby pokazał się tam ze wszystkimi fantami, które zwiózł pod niewiedzę najczcigodniejszej Rady, kara dla niego byłaby bardziej sroga, a z tego, że właśnie zostali przyłapani prawie że na gorącym uczynku, mogli się jakoś wykaraskać. Szkopuł w tym, że będą musieli wspiąć się na wyżyny swojej gry aktorskiej, bo funkcjonariusz, który ich dostrzegł, miał dar czytania z mowy ciała. Ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, czyż nie?
OdpowiedzUsuńJego spojrzenie przesunęło się kontrolnie po sylwetce zbliżającego się do nich funkcjonariusza, Harrisa, kolegi po fachu, a ramiona pod kurtką napięły się lekko. Wiedział, że to nie był zwykły patrol, który trafił im się z przypadku, bo Harris to przydupas Stroble'ów, poza tym, napięcie było wyraźnie wyczuwalne w sposobie, w jaki tamten stawiał kroki, a jego spojrzenie nie błądziło, tylko mierzyło ich z wyraźną gotowością do działania. Ewidentnie miał jakiś cel i właśnie po niego szedł, niemal przekonany, że to, co widzi, jest potwierdzeniem wszelkich jego podejrzeń. A Zayden poczuł to wszystko szybciej, niż zdążyłby nazwać to myślą. Jego intuicja ruszyła z miejsca natychmiast, analizując dystans, możliwe ścieżki odwrotu, reakcje Leviego i to, ile czasu zostało, zanim zwykła kontrola przerodzi się w coś znacznie mniej wygodnego. Musieli wypaść przekonująco, choć mogli jedynie improwizować, a przy tym musieli zdać się na zaufanie, którym na swój sposób wzajemnie się darzą. Żadnych porozumiewawczych gestów, żadnych znaczących spojrzeń i szczypania w skórę. Tylko gra, czysta i prawdziwa, bo pójście w narrację funkcjonariusza to najrozsądniejsze wyjście. A Levi, kiedy już zrozumie, na pewno mu to wybaczy.
Przeskoczył spojrzeniem z powrotem na wyciągniętą dłoń Leviego i bez mrugnięcia złapał go za nadgarstek po czym jednym, bezpardonowym ruchem wykręcił mu ramię w nienaturalny sposób, brutalnie zrównując jego sylwetkę z parterem. Kolano wbił w jego plecy z pełną świadomością ciężaru własnego ciała, dociskając go do ziemi tak, żeby z płuc ledwie wyrywało się powietrze. Nie obchodziło go, że śnieg pod nimi był twardy i bezlitosny, ani że te wygibasy mogły boleć, bo musiały. Niestety, kurwa, musiały. Harris czyta z mowy ciała, więc zaciśnięte w bólu zęby Leviego będą bardziej przekonujące niż pozornie poważny, a realnie znudzony wyraz twarzy, gdy będzie słuchał jakichś śmiesznych kazań starych dziadów.
— Co się dzieje, Ward? — Stanowczy głos Harrisa wybrzmiał tuż nad nimi, gdy ten znalazł się obok, aż w końcu pochylił się, żeby spojrzeć Leviemu prosto w twarz. — To dzieciak Thatchera? — dopytał, nie kryjąc lekkiego zaskoczenia. Wyprostował się zaraz i otaksował spojrzeniem Zaydena, który przytaknął skinięciem głowy, zapinając właśnie na nadgarstkach Leviego kontraktowe kajdanki. A kontraktowe, bo działające na zasadzie chwilowego kontraktu, gdy osoba zatrzymana zostaje wpisana w warunek, że nie użyje mocy ani siły, dopóki ma na sobie obręcze. Złamanie warunku, to natychmiastowa reakcja, a im silniejsza istota, tym mocniejsza odpowiedź kajdanek, więc igranie z tym nie miało sensu dla nikogo.
Usuń— Dzieciak pamięta, żeby porozdawać zwiezione fanty, ale zapomina, że należy odmeldować się w Ratuszu. Ciekawe, co nie? — stwierdził, nakrywając ręką tę dłoń Leviego, w której trzymał zawiniątko. — Spóźniłeś się na przeszukanie, ale jak chcesz się na coś przydać, to niech na komisariacie przygotują moją ulubioną salę do przesłuchań — rzucił do Harrisa, podnosząc na niego spojrzenie. Oczy miał matowe i ciemniejsze niż zwykle, ale dzielnie znosił uporczywe pieczenie kary, które czuł teraz pod skórą. Nawet powieka mu nie drgnęła, gdy patrzył się w gębę Harrisa, manipulując faktami i w tym samym czasie wyciągając z dłoni Leviego zawinięty pakunek, podnosząc kolano i ostatecznie wsuwając przesyłeczkę w cholewkę własnego buta.
— Podnoś się, Ackermann — nakazał oschle i szarpnął go w górę, gdy sam w końcu wyprostował się tuż nad nim. — Nie mam czasu tarmosić się z tobą w tym śniegu.
Zayden Ward
Niemal podskakiwała za każdym razem, gdy Levi w ogóle się odzywał. Podskoczyła, gdy powtórzył jej pytanie. Drgnęła, gdy spytał, czy jest duchem i drgnęła jeszcze intensywniej, gdy przywołał doppelgängera. Za każdym z tych razów jej oczy robiły się coraz większe, otwierała je coraz szerzej, jakby w ogóle nie wierząc w to, że Levi, ten Levi mógłby w ogóle chcieć zadawać jej takie pytania.
OdpowiedzUsuńMiała świadomość, że minęło jedenaście lat i zmienili się oboje. Zmienił się też świat, który ich otaczał, zarówno ten, który pozostawał na zewnątrz azylu, jak i ten, który Aurora dopiero poznawała, a który miał być ziemią obiecaną, rajem na Ziemi. Nie był. Rory wcale nie czuła się tutaj dobrze i choć przez chwilę poczuła tę kiełkującą w niej nadzieję, to Levi zasypujący ją absurdalnymi pytaniami, szybko tę nadzieję zgasił. Stłumił w zarodku, a w czarownicę uderzyła wszechpotężna fala smutku i samotności, które dusiła w sobie przez jedenaście ostatnich lat.
Zacisnęła mocniej szczupłe, kościste palce na wisiorku, gdy o niego spytał. Jej bliżej nieokreślone w barwie oczy skupiły się na twarzy młodego mężczyzny. Czarownica kompletnie odcięła się od tego, co działo się dookoła. Zignorowała nawet stałego klienta, który wieszał się na barowej ladzie po lewej stronie Leviego. Wpatrywała się za to w kotołaka, który również próbował zawładnąć barem, znajdując się coraz bliżej niej.
Powietrze między nimi zgęstniało, serce Rory dudniło głośno i mocno, a krew szaleńczo szumiała w żyłach. W oczach pojawiła się pierwsza zapowiedź łez, które nie śmiały jednak spłynąć po bladych policzkach kobiety.
Im dłużej patrzyła na Leviego, tym więcej dostrzegała zmian, które w nim zaszły, ale widziała także to, jak z upływem kolejnych sekund złagodniał.
— Nie jestem duchem — odpowiedziała cicho, bo w innym wypadku nie byłaby w stanie kontrolować brzmienia swojego głosu. Aurorę trudno było wybić z rytmu, wyprowadzić z równowagi, ale wspomnienie masakry, która ominęła ją tylko dlatego, że stało się coś w metrze, było słabym punktem czarownicy. I choć upłynęła dekada, to nadal nie pogodziła się z tym, że wyrżnięto wszystkich jej bliskich. Matkę, ciotkę. Leviego i jego tatę. Wszystkich.
Ale Levi stał tutaj i na pewno nie był omamem jej zmęczonego umysłu.
— Ani sobowtórem. A ten łańcuszek należy do mnie — dodała w końcu, siląc się na to, aby nie brzmieć tak słabo. — Jak ci mam udowodnić, że ja to ja, Levi? — spytała cicho.
Wyswobodziła wisiorek z własnego uścisku, patrząc na niego tak, jakby faktycznie zobaczyła ducha, ale docierało do niej coraz wyraźniej i coraz boleśniej, co zaskakujące, że to naprawdę był Levi.
Rozpoznałaby go wszędzie. Zawsze. I wszędzie.
Rory Nielsen
[Idealnie, nawet mam już pomysł jak Fionntán zareaguje, kiedy wyczuje, jakie jest najpilniejsze pragnienie Leviego. Może dżinn do niego przyjdzie, kiedy się zorientuje, że przedmiot jest przeklęty, a klątwa zadziała z opóźnieniem i Levi będzie się przez chwilę głowił, z czego wynika? Fionntán oczywiście pomoże, ale nie za darmo.]
OdpowiedzUsuńFionntán Ó Cuanáin
Tutaj w aptece była u siebie, czuła się swobodnie, znała każdy kąt i było jej lepiej niż w samym mieszkanku to piętro wyżej. Żadna mysz i żadna mucha się tu nie błąkała, a gdy już coś próbowało się nieproszone wedrzeć w jej cztery kąty, nie mijało pół dnia, jak sprytna właścicielka pozbywała się intruza. Gdy była sama, pozwalała ramionom nieco opaść, głowie się pochylić i zdradzała światu, kiedy jest zmęczona, albo coś jej doskwiera. Kiedy wchodził klient, jej spokojne, ładne, ale uważne spojrzenie czytało z niego, o bolączkach, potrzebach, pragnieniach i sama zamykała się na takie odczytywanie pilnując by wszystko co ma, zostało tylko dla niej. Kilka miesięcy, czy lat pobytu w azylu nic nie zmieniało i Noor wiedziała, że nic sie nie zmieni. Ale nie była oschła, a z tymi których znała umiała sie obchodzić łagodniej i teraz Levi jeśli pozwoli, zobaczy że nie jest wcale paskudą bez uczuć, a w jej skorupie są pęknięcia. Choć może akurat tych pęknięć nie dostrzeże, bo skoro była nie w sosie i już sprzedała mu upomnienie, może być tylko gorzej.
OdpowiedzUsuńNabrała powoli powietrza, a oddech sprawił, że choć odrobina paskudnego humoru z niewyspania oddaliła się od niej. Teraz miała się na czym skupić i kiedy Levi już zajął miejsce na krześle, podeszła do niego, nie ustępując, ale i też cierpliwie czekając na pozwolenie. Przyglądała się dalej jego obitej twarzy, próbując odgadnąć, jak, z jaką siłą i którędy doszło do uszkodzenia tego, ładnego swoją drogą, nosa. Albo pozwoli sobie pomóc, albo mężczyzna ucieknie i już nic jej nigdy nie dostarczy najwyżej.
Obróciła się na drzwi, upewniając że za sobą zamknęli i oparła się biodrem o kant biurka. O tej porze już raczej nikt nie przyjdzie, ale tutaj niczego nie mogła być pewna. Noor wydawało się, że jego ramiona lekko zadrżały, a spojrzenie stało się mniej ostre, ale przecież mogło jej się tylko przywidzieć z tej nagle obudzonej troski. W jej głowie pojawiła się myśl, że może jeszcze nie czas, żeby pozwolić mu za pięć minut zebrać się i wyjść bez słowa, a coś czuła, że będzie zaraz ruszał dalej. Jak zwykle, bo nigdy nie zostawał dłużej, niż to konieczne.
- Levi - powtórzyła jego imię łagodnie, a jej głos choć zabrzmiał miękko, to też zdecydowanie. - Wiem, że to wszystko jest ważne, ale nie musisz od razu iść do ratusza. Możesz pokazać mi nos i kostkę? - zaproponowała. Może bardziej poprosiła, bo bez jego zgody to mogła chcieć pomóc i na chceniu się kończyło.
Noor uśmiechnęła się delikatnie, choć w jej oczach błysnęło coś jeszcze. Coś słodkiego i jasnego jak świeży miód, co miało go złagodzić i zachęcić do zgody. Mozę nie chciała, aby odmówił i bała się, że naruszy to delikatne porozumienie, jakie udało im się powoli i mozolnie nawiązać. A może naprawdę się o niego zmartwiła i nie chciała tego przyznać, bo to by oznaczało, że ma te cholerne bardziej ludzkie uczucia i jest nadal mieszańcem, który się łamie pod byle chwilą. Podniosła się z krzesła i powoli wyciągnęła rękę, dając mu czas na akceptację, albo odrzucenie tej pomocy. Mogło boleć, a nawet powinno, jeśli był pogruhotany tak, jak to sobie wyobrażała.
- Mogę przygotować coś na ból i na gojenie, jeśli pozwolisz mi najpierw na to spojrzeć - wyjaśniła, pozostając tak samo cierpliwa i spokojna. Bo to był jego nos i jego kostka i na siłę też nie miała zamiaru go ratować. Choć bardzo by chciała, najzwyczajniej jej zależało.
Noor ✨
Z krótkotrwałego otępienia wyrwał ją głos Leviego, który potrząsał jej ciałem niczym bezwładną marionetką. Zmarszczyła brwi zirytowana jego zachowaniem, choć podłożem całej zburzonej wewnętrznie złości był tak naprawdę pieprzony skrzydlaty od siedmiu bo(sko)leści. Machnęła dłonią jak gdyby odganiała natrętną muchę i oparła się na łokciach wciąż walcząc z zawrotami głowy.
OdpowiedzUsuńWiedziała jak postępować po ataku tych kreatur, choć bardzo rzadki odsetek posiadał umiejętność emanowania anielskim światłem; co więcej po użyciu tak dużych nakładów mocy z pewnością przez dłuższy czas nie będzie mógł go ponownie wytworzyć — przynajmniej nie w pełnej śmiercionośnej okazałości — co działało na jej korzyść.
Faktem było, że Faith nie znosiła pół aniołów. Natknęła się na nich parokrotnie i żadne ze spotkań nie kończyło się nigdy happy-endem. Z pewnością główne znaczenie odegrało w tym przypadku zderzenia się przeciwstawnych biegunów nadprzyrodzonych, choć będąc świadomym możliwego upadku pół boskiej powłoki Faith z automatu sprowadzała wszystkie możliwe scenariusze współistnienia ku nieodwracalnej katastrofie.
Niewyjaśnionym więc pozostawało skąd pojawiła się nagła chęć pomocy pół anielskiemu dziecku, w tym niechybnej potrzeby jego ochrony — włączając w to zakrycie (w tej sytuacji) kruchym ciałem przed łowcą.
Lampka nagłej myśli zabłysła w umyśle Faith niosąc ze sobą (nie)przyjemną konsternację. Połączenie boskiej energii: tak bardzo nieskazitelnej i czystej w swojej naturze całkowicie gryzło się z definicją łowcy istot nadprzyrodzonych. Przemożona chrapka odkrycia wyjaśnienia owego faktu mocno zakorzeniła się w umyśle gorliwej Ściągającej znacznie mocniej niż by tego chciała (a raczej powinna).
Ściągnęła brwi, kiedy pytanie Leviego niechętnie ściągnęło ją do początku całego zajścia. Zdała sobie sprawę, że we własnym umyśle zaszła już daleko poza atak anielskiego światła, choć pominęła wiele znacznie istotniejszych aspektów jak przykładowo obmyślenie planu odnalezienia dziewczynki czy pokonanie, a przynajmniej chociażby unieruchomienie łowcy. Podniosła się z ziemi, po czym zgrabnie otrzepała swoje ubranie ze śniegu. Podała grzecznościowo dłoń Leviemu chcąc pomóc mu wstać. Nie była pewna czy u niego również zawroty głowy powoli zaczynały mijać. Po starciu z anielskim światłem pomagał jedynie czas.
— To był niezwykle silny pół anioł i jego tandetny pokaz mocy. — wyjaśniła zwięźle rozglądając się dookoła za jakimikolwiek śladami ucieczki Marissy. Wiedziała, że część z pół aniołów potrafi wykształcić skrzydła, aczkolwiek nie brała tego pod uwagę przy niedoświadczonej dziesięciolatce.
— Ten mężczyzna, którego sam przyprowadziłeś był łowcą, który z niewiadomych przyczyn polował na Marissę. Starałam się bezpiecznie przetransportować ją do Azylu. — dodała przesadzając zdziebko z sarkastycznością. Nie potrafiła odpuścić mu pstryczka w nos, choć doskonale zdawała sobie sprawę z ludzkiej naiwności, a przede wszystkim konceptu popełniania błędów. Może dzięki temu kolejnym razem będzie bardziej ostrożny, a ona jakoś rozwiąże tę sprawę — jak zawsze. Nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia. A im więcej przeciwności losu tym ciekawiej.
Faith
Malphas dostosował swój krok do nierównego tempa kotołaka, starając się nie robić tego w sposób zbyt ostentacyjny. Choć zazwyczaj brakowało mu cierpliwości do cudzych słabości, w kuśtykającym chłopaku było coś, co budziło w nim rzadki odruch szacunku, może ten specyficzny rodzaj uporu w spojrzeniu, który znał z własnego odbicia w lustrze.
OdpowiedzUsuń- Parę tygodni temu - odpowiedział, a jego głos rozniósł się echem po opustoszałej uliczce - Ściągający zgarnęli mnie, kiedy pętla zaczęła się zaciskać zbyt mocno. Nie dali mi wyboru, nie dali czasu na spakowanie czegokolwiek, co nie mieściło się w kieszeniach płaszcza. Można powiedzieć, że wylądowałem tu jako „prezent od losu”, choć dla mnie to raczej wyrok w zawieszeniu - westchnął i szedł przez chwilę szli w milczeniu, kątem oka obserwowując mijane budynki. Last Salvation wydawało mu się martwe, przykryte warstwą kurzu i wymuszonej uprzejmości, co drażniło jego demoniczne zmysły.
-Wyglądasz na kogoś, kto zna tu każdy kamień - zauważył, rzucając Leviemu krótkie, badawcze spojrzenie - Ja po kilku godzinach mam wrażenie, że to miasto jest jak klatka, która udaje salon, a wszyscy mieszkańcy udają, że nie słyszą szczęku zamków w drzwiach. Ciekaw jestem, jak długo trzeba tu siedzieć, żeby przestać to zauważać, albo żeby zacząć szukać wyjścia - zatrzymał się na moment przed drzwiami baru, z których dobiegał stłumiony gwar. Odwrócił się do kotołaka, uśmiechając się lekko, choć w jego oczach wciąż tlił się chłód - Skoro już się znamy, to powiedz mi, warto tu w ogóle z kimś rozmawiać, czy lepiej po prostu trzymać głowę nisko? Bo mam wrażenie, że w takim miejscu jak to, informacja jest jedyną rzeczą, która ma jakąkolwiek wartość - pchnął ciężkie, drewniane drzwi i przepuścił Leviego przodem, wchodząc w cieplejsze wnętrze lokalu - Chodź, usiądziemy gdzieś w kącie. Obiecałem coś do picia, a widzę, że po tej kłótni z ojcem i spacerze na mrozie, obaj potrzebujemy chwili wytchnienia i zapomnienia o tym, że jesteśmy tu uwięzieni - mruknął niemalże pod nosem. Lokal był pełen ludzi, ale panowała w nim ta specyficzna, ciężka atmosfera miejsca, w którym każdy próbuje coś ukryć lub o czymś zapomnieć. Znalazł wolny stolik wciśnięty w najciemniejszy kąt, z którego miał widok na całą salę i oba wyjścia, stary nawyk, którego nie zamierzał się wyzbywać, nawet w "bezpiecznym" azylu. Skinął na Leviego, by usiadł naprzeciwko. Odchylił się na oparciu krzesła, bacznie przyglądając się kotołakowi. Obrócił szklankę w dłoniach, obserwując, jak światło neonów załamuje się w jej szkle, po czym skierował wzrok prosto na Leviego.
- No więc, Levi... powiedz mi - zaczął, zniżając głos, by nie musieć przekrzykiwać muzyki - Jak długo się tutaj kisisz w tym całym Last Salvation? - uniósł brew, a w jego spojrzeniu pojawiła się autentyczna, choć nieco cierpka ciekawość - Podoba ci się tutaj? - zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała nuta sceptycyzmu - Pytam serio, bo dla mnie, kogoś, kto dopiero co wpadł w te tryby, to miejsce wygląda jak wielka poczekalnia, w której wszyscy udają, że nie widzą, jak ściany powoli się do siebie zbliżają. Chcę wiedzieć, czy po pewnym czasie człowiek faktycznie zaczyna to nazywać „domem”, czy po prostu uczy się ignorować fakt, że to tylko złota klatka z nieco lepszym jedzeniem - uśmiechnął się krzywo, nie czekając na natychmiastową odpowiedź, dając Leviemu przestrzeń na to, by sam zdecydował, jak wiele chce ujawnić.
Malpi
Cześć! Dzięki za powitanie i bardzo się cieszę, że kreacja jakoś się spina. Jednocześnie też muszę pochwalić za kartę Leviego, bo bardzo podoba mi się jej klamrowość i to, że dzięki temu zachowujesz dobry balans między przedstawieniem historii, a interesującą treścią. Czytając KP Leviego niby dostaje się solidną garść informacji o nim i tym, jak znalazł się w Azylu, a jednak jest przedstawiony w tak charakterystycznym ujęciu, że i tak czuję niedosyt, bo brak mi tego, co będzie potem. Jak dalej rozwinie się jego historia. Także możliwe, że będę to po cichu śledzić w Twoich wątkach :D
OdpowiedzUsuńA na ten moment też trzymam za siebie kciuki, żeby udało mi się zostać na dłużej, bo nie pogardziłabym wątkiem z kotołakiem.
Życzę ciekawego rozwinięcia bieżących wątków i miejmy nadzieję, że do napisania (przydałoby się kiedyś, bo rzeczywiście się mijamy)!
Ishaan
[Dzień dobry :) Bardzo dziękuję za powitanie i dużo zdrówka ^^
OdpowiedzUsuńBardzo mnie cieszy, że przerwy nie widać, ale rdzę trochę czuję - całe szczęście, że tu tylu wspaniałych autorów, bo czuję już działanie WD-40 :D
Mam nadzieję, że tak będzie ;) ]
Damroka
Przyzwyczaiła się już do zapachu rozkładu, więc nie czuła w tym momencie szczególnego obrzydzenia. Czasami znajdowała zwłoki, których widok u normalnych ludzi wywołałby prawdziwy szok, ona jednak zazwyczaj tylko się skrzywiła. Gorsze od pustej już powłoki za każdym razem okazywały się wizje.
OdpowiedzUsuńPatrzyła wyczekująco na Leviego. Nie odzywała się, pozwalając na to, by mógł całkowicie skoncentrować się na swoim zmyśle węchu. Teraz mogła polegać tylko na nim i naprawdę nie widziała w tym żadnego problemu. Zmarszczyła nagle brwi, próbując przypomnieć sobie ten konkretny moment, w którym odkryła, że w jego towarzystwie czuje się naprawdę bezpiecznie. Morrigan nie była przecież ufna z natury. Najwidoczniej Levi musiał przekonać ją do siebie zupełnie tak, jak robią to koty — nagle i nieodwracalnie.
Uniosła brew, słysząc jego stwierdzenie. Skoro już tutaj była, skoro znowu moc zmusiła ją do opuszczenia ciepłego łóżka w celu przejścia do środku lasu, to chciała dowiedzieć się, dlaczego tak się stało. Często nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wezwano ją w konkretne miejsce, ale teraz był z nią Levi, który mógł jej w tym pomóc.
— Daj spokój —fuknęła, lekko zirytowana, gdy zarzucił jej własną kurtkę na plecy. Tak, cóż, być może właśnie z powodu takiego zachowania mu zaufała. Akurat temu trudno było się oprzeć. Wsunęła więc posłusznie ręce w rękawy i tylko lekko się wzdrygnęła, gdy Levi postanowił wyręczyć ją w zapinaniu kurtki. — Tak, ale poczekaj chwilę. Chcę się dowiedzieć, o co tutaj chodzi.
Ruszyła do przodu, starając się ignorować nieprzyjemne uczucie, którego źródłem były przemoczone skarpety, i rozejrzała się dookoła już któryś raz. Zapach dochodził zewsząd, zapewne dlatego, że nie odczuwała go zmysłem węchu, a za pomocą tego przeklętego daru.
Odwróciła się w kierunku Leviego i uśmiechnęła się kącikiem ust, widząc jego wyraźnie niezadowoloną minę.
— Nie przejmuj się, nie umrę. Wiedziałabym o tym — zapewniła go z lekkim rozbawieniem, chociaż w gruncie rzeczy nie wiedziała, czy mówiła prawdę. Czy banshee umiały przeczuwać własny koniec? Jeśli tak, to musiała być jedyna ulga w ciągu ich przeklętego życia. — Tylko to sprawdźmy, dobrze? Skąd dochodzi ten zapach?
Morrigan
[Dzień dobry! Mogę przywitać się akurat dużo później o jaśniejszej porze (też jestem fanką jasnych poranków). Levi był tutaj pierwszą przeczytaną postacią oraz (z pewną dozą mojej perfidnie głodnej ciekawości) podglądaną w wątkach (uwielbiam ten z Morrigan).
OdpowiedzUsuńKoty to zawsze (!) zwierzęta o indywidualnej naturze.
Miałam okazję śnić o tym, jak Klementyna wędruję między budynkami miasteczka w towarzystwie przemykającego, nonszalanckiego cienia po dachach - ale do takich nie wychodzi się naprzeciw, dopóki sami się nie zdecydują na pierwszy krok w naszą stronę. Myślę nawet, że pomimo wielu oczywistych różnic, oboje bardzo by siebie nawzajem szanowali, znając mniej więcej swoje życiorysy z plotek, z historii opowiadanych przez sąsiadów oraz oczywistych domysłów... Oboje bezgranicznie lojalni tym, na którym im zależy. Małomiasteczkowi zawsze się znają, nawet jeśli nie wymienili między sobą słowa poza klasycznymi: "Dzień dobry", "Miłego dnia", "Dobrej nocy".
Bardzo mnie to ujęło. Ta wypunktowana przez Ciebie prostota. Długo nad tym myślałam. Tak naprawdę banalna z niej babeczka, która cieszy się od setek lat dokładnie tak samo, kiedy nie wyjdzie jej zakalec, a herbata nie jest ani za słodka, ani za gorzka c:
Mam tylko nadzieję, że nie będziecie mieć nic przeciwko dalszemu podglądaniu. Zostawimy ciastka na parapecie.]
Klementyna
[ Dzięki za cierpliwość <3 ]
OdpowiedzUsuńKiedy przyszło jego zamówienie na nowe sadzonki, był wręcz wniebowzięty. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Towarzystwo nowych roślin było dla niego czymś niesamowitym, chciał poszerzać swoją wiedzę, podchodzić do tego wyzwania. Jako dokkebi miał zdecydowane fory i ułatwienie, nie dało się temu zaprzeczać. Od razu mógł, zaledwie za dotknięciem, zdiagnozować problem rośliny, a także pomóc jej osiągnąć swój potencjał. Co prawda azyl nałożył na niego sporo ograniczeń, nie mógł już dbać o całe pola, o tysiące roślin jednocześnie. Teraz było to o wiele trudniejsze, wymagało od niego więcej energii, a leczenie czy zmienianie stanu zajmowało mu o wiele więcej czasu. Dlatego uczył się dbania o rośliny jak przeciętny śmiertelnik. Zazwyczaj to wystarczało, choć nie raz przychodzili do niego znajomi czy też osoby z polecenia z gorącą prośbą o ratowanie ledwo żywej roślinki.
Przeciągnął wielki worek z ziemi i pomniejsze z przygotowanymi mieszankami. Zakasał rękawy i wziął się do sadzenia gotowych sadzonek. Nucił przy tym cicho. Dzisiejszy dzień był spokojny, takie lubił najbardziej. Miał wiele czasu dla siebie, towarzyszyła mu cisza, spokój i ukochane zioła, którym uwielbiał poświęcać każdą wolną sekundę. Oczywiście rozmowy z klientami, znajomymi, którzy odwiedzali go w pracy były przyjemne, jednak to z naturą, z ziołami czuł najsilniejszą więź.
Mógł zdecydowanie zaliczyć ten dzień do udanych. Robiło się coraz później, a zmrok przebijał się przez okurzone witraże. Mężczyzna zapalił światło, które nie dawało dużo światła przez duży, kolorowy klosz.
Wiązał akurat zioła mięty, które dawały przyjemny, świeży zapach. Mokseo odetchnął głęboko, wieszając kilka przygotowanych pęków pod sufitem. W tym momencie usłyszał cichy dźwięk dzwonka, który oznajmiał pojawienie się klienta. Zszedł więc powoli z drabiny, szybko otrzepał ręce i wyszedł do głównego pomieszczenia, gdzie zobaczył swojego ulubionego kotka! Uśmiechnął się szczerze do mężczyzny, żwawym krokiem podchodząc do lady.
– Hej – przywitał się z zadowoleniem, którego wcale nie ukrywał.
Levi był jednym z jego ulubionych, stałych klientów. Raczył go ciekawymi opowieściami zza murów, przez co Mokseo poniekąd doświadczał i obrazował sobie zmiany jakie zachodziły na świecie. A w ostatnich latach było one bardzo dynamiczne.
– To zależy z czym do mnie przychodzisz – oznajmił, opierając się o blat lady, wbijając w niego zaciekawione spojrzenie. – Mogę mieć coś specjalnego – dodał po chwili namysłu, zerkając w stronę zaplecza, a potem półki pod ladą. Tak, zdecydowanie mógł przygotować dla niego ciekawą mieszankę.
Mokseo
Od wyziębionego i zmęczonego kotołaka bił ziąb, ale nie odstraszało jej to i nie zniechęciło w zaoferowaniu pomocy. Noor spojrzała na niego z delikatnym uśmiechem, który mimo wszystko nie sięgał jej oczu. Wiedziała, że Levi niełatwo się poddaje, ale i tak czuła, że dokonała czegoś dużego, gdy ustąpił i nawet dał jej dostęp do kostki, odsłaniając ją z buta. Przyglądała się jeszcze chwilę jego zaciętym wargom, zastanawiając się, czy uda jej się choć trochę złagodzić jego opór.
OdpowiedzUsuń- Będą cię szukać, ale nie teraz i nie tutaj - zauważyła rozsądnie, bo być może wcale sie nie bała złamania zasad, a może nie bała się przyłapania na tym, wierząc w swoją ostrożność. - Tak, zawsze tutaj jest tak ciepło - skłamało zaraz gładko, próbując utrzymać ton głosu łagodny, choć w głębi się zmartwiła. Musiał być naprawdę mocno poturbowany, może miał nawet gorączkę, skoro tak było mu ciepło.... A ciepło nie było przecież wcale, bo większość jej zamówień by nie przetrwała od czasu umówionych odbiorów.
Delikatnie muskając palcem jego rękę, jakby chciała podkreślić tu swoją obecność, pochyliła się, przyglądając nodze. Levi wydawał się nieswój, ale może to nie tylko ból, a jakiś stan zapalny i zmęczenie. Lub działo się coś jeszcze, czego jej nie powie i ona to zaakceptuje. Mogła mu pomóc, ale jeśli działo się coś poważniejszego, powinien dać się komuś obejrzeć. Czuła, jak patrzy na nią z lekkim zaciekawieniem, choć jeszcze nie do końca odrzucał swoją niechęć. Było w tym coś cholernie znajomego.
Przyklękła na kolanie na ciemnej posadzce i chłodne palce objęły jego kostkę. Miała zręczne, sprytne i drobne dłonie, nie musiał się obawiać bólu, bo była też delikatna i uważna, ale potrzebowała sprawdzić, gdzie skóra jest najcieplejsza, gdzie może być uraz i jak bardzo jest źle. Oczy lekko jej pociemniały przy tym skupieniu i zacisnęła wąsko usta, studiując przypadek tej kostki. Czuła na każde drgnięcie, czy głośniej nabierany oddech, starała się jak mogła nie przyprawić mu bólu. W końcu wstała i obejrzała się na regał po drugiej stronie.
- Nie zajmie to długo, przygotuję maść i owinę ciasno nogę bandażem, ale nie jestem pewna, czy mogę zrobić więcej - powiedziała cicho z nadzieją, że nadal będzie siedział nieruchomo. Chociaż chwilę.
W pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana jedynie oddechem kotołaka i delikatnym szmerem, stuknięciem lub szelestem płynącym z ruchów Noor. Obróciła się i z wprawą ustawiła na blacie średniej wielkości moździerz, miarki, tłuczek i deskę z nożem, który już z daleka wydawał się dość ostry, by obciąć nie tylko palce. Podeszła do ostatniego regału nieco bardziej z tyłu i zdjęła z półki dwie szklane butelki pełne kolorowych płynów, a wracając, chwyciła za bawełniany woreczek z czymś szeleszczącym i wiązankę suszonych ziół, których kwiaty straciły kolor. Ruchy miała płynne i było w nich coś znajomego, gdy odkładała wszystko po kolei na blat obok zajętego krzesła. To coś kazało obserwatorowi mieć poczucie, że nie tylko ona robiła to wiele razy wcześniej, ale sam był świadkiem... Bo Noor nie była obca, nigdy, dla nikogo. W tym też tkwił jej czar, że nawet gdy nie chciała, wywoływała drganie w żyłach.
Cisza prysła, gdy po odpowiednim zmierzeniu składników, potrzebna część znalazła się w moździerzu i Noor zabrała się do ucierania. Kamień szorował o kamień, a to co było stałe i ciekłe, niebawem przerodziło się w brązowo-niedzianą maź o zapachu gorzko-słodkim, ciężkim i lepkim.
- To był dobry wypad? - spytała, tak tylko aby nie zasypiał. Nie była pewna, czy odpowie szczerze, bo może nie mógł. Nie była skłonna zapamiętać wszystkich panujących tu zasad, bo nie wszystkie ją interesowały, choć wszystkie dotyczyły.
Zanurzyła palec w moździerzu, nabrała odrobinę mazi między ten wskazujący i kciuk i chwilę badała konsystencję na opuszkach, nim nie postanowiła dosypać jeszcze odrobiny tego, co miała w woreczku, a co przypominało bardzo drobne czarne kuleczki. Zerkała co chwila na mężczyznę i w jej ramionach rodziło się napięcie determinacji, aby go nie wypuszczać w tym stanie. Naprawde nie był obcy i naprawdę miękła.
pielęgniarka Noor
[Oggy mimo wszystko wciąż słodziutki, więc no, ale musiał dostać straszne zaplecze xD
OdpowiedzUsuńA bo widzisz, ja to jestem tą osobą, po której nie spodziewasz się ciekawostek o zwłokach i mordercach, ale mam cały wachlarz takowych. Polecam się do rozmów! :D
I damy się wciągnąć w wątek i porwiemy też. Levi jest uroczy, wydaje się trochę takim łobuzem, ale odpowiedzialnym i troskliwym… i totalnie Anastasius mógłby pomagać i ojcu, i samu Leviemu. W sumie to Anastasius znałby go od nastolatka, więc widziałabym tutaj też taką nieco relację ojcowską, gdzie to Anastasius podpytuje, czy wszystko ok, czy Levi jest cały albo czy potrzebuje pomocy. No i Anastasius mógłby też prosić Leviego o jakieś drobne rzeczy ze świata zewnętrznego – potrzebuję momentu, jak go prosi o kaszkiet xD
PS Czy imię i nazwisko jest po naszym pedancie, kapitanie Liwaju? :>]
Anastasius von Weiss
Zayden doskonale zdawał sobie sprawę, że Rada miała świadomość wielu spraw, i że na równie wiele z nich świadomie przymykała oko. Sam niejednokrotnie przegiął i mimo to uniknął kary, będąc żywym dowodem na tę pobłażliwość. Poza tym nie wszystkie zlecenia wydawane przez tutejszych rządzących dało się nazwać moralnymi czy szlachetnymi, a co więcej, niektóre z nich były w stanie zaskoczyć nawet demona z krwi i kości. To, że na szmuglowanie przedmiotów Levi miał pewnego rodzaju ciche przyzwolenie, to wydawało mu się oczywiste, bo jakby nie patrzeć wszyscy na tym zyskiwali, ale biorąc pod uwagę zasady, które w teorii dotyczyły tutaj każdego, gdyby sprawa wyszła na światło dzienne i stała się publiczna, taryfa ulgowa dla niego byłaby co najmniej wątpliwa. Wszyscy wiedzą, ale nikt nie mówi głośno, bo takie informacje mogłyby zaburzyć porządek tego miejsca. Dlatego w strażniczej ekipie są zarówno tacy, którzy – tak jak Zayden – działają wedle własnego widzimisię, ale są i tacy, jak Harris, którzy nadgorliwie pilnują każdej kropki w regulaminie. I akurat w tym zestawieniu starły się obie te postawy, choć na pewno nie z przypadku, bo to, że Harris pojawił się właśnie teraz, było wynikiem jego obserwacji i łażenia za Zaydenem za każdym razem, gdy coś wydawało mu się podejrzane. A że istnienie Zaydena to jeden wielki kocioł układów ważnych i ważniejszych, to materiału do takich podejrzeń Harrisowi nigdy nie brakowało. Dziś wyniuchał spisek i prawie udałoby mu się złapać go na gorącym uczynku, a gdyby do transakcji doszło, miałby może nawet dwie pieczenie na jednym ogniu. I pomyśleć, że to wszystko tylko dla kilku pochwał rzuconych mimochodem, dla chwilowego poczucia spełnienia i przekonania, że skrupulatne pilnowanie cudzych potknięć czyni go kimś więcej niż tylko kolejnym trybikiem w tej machinie. Niezwykły dureń z tego Harrisa, doprawdy.
OdpowiedzUsuńTo, że Levi współpracował, działało mocno na plus, bo istniała duża szansa, że na komisariacie wśród procedur i innych papierkowych pierdół temat rozejdzie się po kościach. Kwestią nadrzędną było uśpienie czujności Harrisa i danie mu do zrozumienia, że to, co sobie ubzdurał, jest nic niewartym zlepkiem podejrzeń, które nie mają żadnego realnego oparcia w faktach. Jak dobrze pójdzie, to Levi nie tylko uniknie nocki w celi, ale i kara za niedopilnowanie obowiązku odhaczenia się w Ratuszu będzie znośna. Finanse to przecież ważna rzecz, a szkoda stracić kilka monet tylko dlatego, że komuś zachciało się wykazać nadgorliwością.
Zayden wziął jeszcze plecak Leviego, a gdy ruszyli, szedł swobodnie tuż za nim, zastanawiając się, jak rozegrać sprawę po dotarciu na komisariat, żeby obecność Harrisa przy nich stała się zbędna, a najlepiej zupełnie niewskazana. Nie pilnował go zbytnio, bo dobrze wiedział, że Levi nie jest głupi i nie porwie się na ucieczkę. W milczeniu stawiał kroki na skrzypiącym śniegu, czując w cholewce buta zawiniątko, które uwierało go w nogę i szczypiącą pod skórą gorąc naginanej przysięgi, i słuchał tylko krótkiej wymiany zdań przed sobą. Harris na pewno wiedział, że Thatcher jeździł na wózku i że należało go doglądać, ale potrafił też dostrzegać istotne fakty, a tu istotnym faktem jest to, że skoro Thatchera faktycznie należy doglądać, to raczej nie tylko w momencie powrotu do Azylu, a regularnie? Czy to nie tak, że pod nieobecność Leviego Thatcher powinien mieć zapewnioną jakąś sensowną opiekę, jeśli doglądanie go jest na tyle istotne, że zaważyło nad odhaczeniem się w Ratuszu tuż po powrocie?
— Również proszę ojca później pozdrowić — odparł krótko Harris, przerywając rozmyślania Zaydena nad tym, czy wymówka Leviego o konieczności wstąpienia do domu wystarczy, żeby udobruchać drugiego funkcjonariusza. Zresztą, o tym czy to wystarczy i tak zadecydują ostatecznie urzędasy, albo ktoś z Rady. Oni, jako funkcjonariusze, spiszą jedynie zeznania i sporządzą protokół zatrzymania, a Zayden postara się zrobić to w taki sposób, żeby wyszedł on dla Leviego jak najkorzystniej. Grali do tej samej bramki, to jasne, że nie będzie kopał pod nim dołków. Jakoś to ogarną.
Usuń— W takim razie udzielimy ci skutecznego wsparcia w tej drodze, Ackermann — Zayden odezwał się z tyłu. — Tak skutecznego, że to Ratusz przyjdzie do ciebie — zapewnił, mając na myśli to, że gdy zbiorą od Leviego zeznania, to któryś z urzędników najpewniej pojawi się na komisariacie, żeby zamknąć tę sprawę odpowiednią karą. Brzmiał rzeczowo, bo wiedział, że Harris słucha, choć w jego tonie pobrzmiewała nuta ironii, którą łatwo było odczytać opacznie, zwłaszcza przez kogoś, kto w każdym niedopowiedzeniu doszukiwał się drugiego dna. Ale to, że między słowami przekazywał Leviemu, jak może wyglądać przebieg i finał tej sytuacji, to inna sprawa. I był święcie przekonany, że jest ona zupełnie niesłyszalna dla idącego przed nimi funkcjonariusza.
Zayden Ward 👮
[Aż kusi stworzyć babkę, co by mu to mówiła codziennie, a jak byłby w postaci kota, to go głaskała za uszkiem xD KOCIARY TEAM
OdpowiedzUsuńTak, myślę, że Anastasius pasowałby do tej roli, taka trochę figura w życiu, której możesz powiedzieć to, co może być trudne, bo wiesz, że jest dobry w tajemnice i sekrety.
Hmmm, a co powiesz na to, żeby Levi sprowadził jakiś artefakt dla Anastasiusa, coś związanego z magią śmierci? Mogłoby być to coś np. niewinnego dla Oggy’ego, a tutaj wyszło, że to coś grubego i… mogłoby się coś odwalić w trakcie (to możemy sobie ustalić) i byłby dym, że aż Rada by się zainteresowała? A z racji tego, że Anastasius ściśle współpracuje z Radą, to może ostatecznie bym im się to jakoś upiekło? To tak luźno, trochę łobuzersko, trochę niebezpiecznie, niech się Anasti trochę rozrusza!]
Anastasius von Weiss
Malphas przyjął to powolne tempo z niemal nieludzką cierpliwością, choć w każdym jego kroku czuć było energię kogoś, kto woli biec prosto w ogień niż snuć się po chodnikach. Obserwował Leviego z boku, rejestrując zwinność, której nie stłumił nawet ból. Kiedy chłopak nazwał go "świeżakiem", Malphas jedynie uniósł brew, a w kąciku jego ust błąkał się cień rozbawienia. Jedenastu lat nie dało się przeliczyć na doświadczenie, gdy mowa o istotach, które widziały upadki królestw, ale dla kogoś takiego jak Levi, to faktycznie mogła być wieczność. Gdy siedzieli już przy stoliku, Malphas nie śpieszył się z odpowiedzią. Oparł się wygodnie, pozwalając, by chłód barowego światła wyostrzył rysy jego twarzy. Słuchał o "domu" z uwagą, która mogła wydawać się niemal współczująca, gdyby nie ten drapieżny błysk w jego oczach.
OdpowiedzUsuń- Dom - powtórzył cicho, jakby testował smak tego słowa i uznał je za wyjątkowo gorzkie - Dom to miejsce, do którego chcesz wracać, Levi. Azyl to miejsce, z którego nie możesz wyjść. Granica między jednym a drugim bywa cienka, zwłaszcza gdy na zewnątrz nie czeka już nic poza popiołami. Rozumiem, dlaczego trzymasz się tego miejsca. Strach przed pustką bywa silniejszy niż pragnienie wolności - rzucił. Kiedy Levi zadał to bezpośrednie pytanie, nie odwrócił wzroku. Przeciwnie, pochylił się nieco nad stolikiem, a jego cień wydawał się na moment zgęstnieć, jakby barowe lampy straciły na mocy.
- "Czym"? - zaśmiał się cicho, a był to dźwięk przypominający trzask pękającego lodu - Zadajesz właściwe pytania, choć odpowiedzi mogą ci się nie spodobać. Jestem kambionem, Levi. Mieszańcem dwóch światów, z których żaden mnie nie chce. W moich żyłach płynie krew, która pamięta rzeczy starsze niż to miasto i wszystkie twoje jedenaście lat razem wzięte - upił łyk alkoholu, ale nie odrywał wzroku od twarzy chłopaka - Jestem błędem w systemie, który to miejsce próbuje naprawić, ale runy, które nam tu wypalają, nie zmieniają natury. One ją tylko rozsierdzają. Ja nie szukam tu poczekalni, Levi. Szukam pęknięć w tych murach. Bo widzisz, dom, który buduje się na kłamstwie i uwięzieniu, prędzej czy później musi runąć. A ja zazwyczaj jestem tym, który przynosi zapałki - odstawił szklankę z głuchym stukotem o drewniany blat - A ty? Naprawdę czujesz się tu bezpieczny? Czy tylko wmówiłeś to sobie tak mocno, że boisz się sprawdzić, co się stanie, gdy ktoś w końcu otworzy te bramy na oścież? - zamilkł na chwilę, bębniąc palcami o blat w rytm muzyki dobiegającej z baru - Skoro to twój dom, to opowiedz mi, co sprawia, że warto tu zostać? Co tu jest tak cennego, że jesteś gotów przymknąć oko na fakt, że jesteś tu tylko numerem w czyjejś ewidencji?- oparł się wygodnie o oparcie krzesła, nie spuszczając wzroku z Leviego. Obserwował, jak kotołak obraca szklankę w dłoniach, ten gest był tak ludzki, tak zwyczajny, że aż kłócił się z drapieżną naturą, którą obaj nosili pod skórą. Czuł, jak runy na jego własnym ciele pulsują tępym, rytmicznym bólem, jakby reagowały na samą wzmiankę o poddaniu się systemowi.
- Wy, którzy nazywacie to miejsce domem, macie jedną wspólną cechę, niesamowitą zdolność do ignorowania zapachu zgnilizny, dopóki sufit nie zwali wam się na głowy - odezwał się po chwili, a jego głos był teraz suchy i pozbawiony wcześniejszej kpiny.
Malpi
[Hej, dziękuję pięknie za powitanie i za każde miło słowo! Ogromnie mi ulżyło, że Siwoo został przyjęty tak dobrze, choć było to dla mnie i tak spore zaskoczenie ^^"
OdpowiedzUsuńNie możemy niestety zagwarantować dekompletowania zastawy stołowej, skoro jest cały czas pod ręką, ale postaramy się nie narobić zbyt wielu kłopotów.]
To co się działo w szeregach lojalnych Radzie pozostawało poza wiedzą Noor i ona skutecznie odwracała głowę nawet wtedy, gdy miała okazję poznać szczegóły, ciekawe i cenne. Miała świadomość, gdzie spojrzeć, gdzie słuchać, gdzie dotrzeć głębiej, ale nie szukała informacji, z których nie miałaby zysku. Zależało jej na spokoju i bezpieczeństwie, przestrzegała reguł, budowała tu swoje nowe, ciche życie i to co dawała jej apteka, głównie ta nocna część, w zupełności dziewczynie wystarczyło.
OdpowiedzUsuńSłuchała go, nie biorąc sobie do serca tonu i spojrzeń, jakimi nadal buńczucznie ją obrzucał. Doceniała za to, że dzielił się chociaż opowieścią, co go spotkało, choć nie mówił nic, co nie mogłoby wyjść poza próg apteki. To nic, ona też nie ufała innym. Gdyby nie chciała mu pomóc i gdyby nie zależało jej na tym pomaganiu, nie zatrzymałaby go w środku. Był obolały a przez to marudny, potrafiła to zrozumieć i chłonęła jego emocje, czując, że na nią samą działają tak, jak się nie spodziewała. Rozpraszają jej własny mętlik.
- No tak, to się w sumie wszystko zgadza - powiedziała powoli, starając się uśmiechnąć, ale wcale nie kpić. - Podrywała cię dziewczyna i ostatecznie nie udało się jej poderwać, więc musiała wyjść z twarzą... Tylko... nie wiedziałam, że masz takiego pecha. Jakby czarny kot przebiegł ci drogę co najmniej -spojrzała na niego spod brwi, z lekkim uśmiechem, który wyjątkowo dzisiaj sięgał jej oczu.
Nie naciskała na dalsze opowieści, wydawało jej się, że jest tak obolały i tak ciężko mu oddychać, że nawet mówienie sprawia dyskomfort. Zamiast tego, wzięła do ręki bandaż i zaczęła go powoli rozprostowywać, przygotowując do oklejenia kostki.
- Dobrze, że wróciłeś cało, a przynajmniej z tego, co widzę, jeśli o siebie zadbasz i nie będziesz się nadwyrężać, szybko wrócisz do formy - dodała jeszcze, znów skupiona na swoim zadaniu.
Gdyby ktoś nie wiedział, z Noor była wspaniała osoba, gdy pozwalała samej sobie okazać troskę i opiekuńcze gesty. Tkwiła w niej ciepła czułość i delikatność, które subtelnie i nienachalnie wspierały. Tak jak jej nigdy nikt nie wsparł. Kiedy tylko przestawała wznosić wokół siebie mury, ukazywała się wyjątkowa aura, która nie miała nic wspólnego z chaosem przeciw któremu nieustanie sie buntowała.
Uklęknęła na kolanie ponownie przy odsłoniętej kostce. Przysunęła sobie moździerz z przygotowanym lekiem i sięgnęła jeszcze po płaską szpatułkę, którą nakładała specyfik na spuchnięte miejsca. Było zimne, ciemne, ale niebawem miało uśmierzyć ból i przynieść ulgę, zbić stan zapalny choć na kilka godzin. Jej zdaniem nie obejdzie się bez wizyty u lekarza, ale nie pouczała kotołaka. Był dorosły, wiedział, czy sam się wyliże. Noor uśmiechnęła się lekko, kończąc nakładanie maści i zabrała się za owijanie nogi bandażem. Tutaj była szczególnie ostrożna, bo materiał musiał ciasno przylegać do nogi i usztywnić choć odrobinę kostkę.
- Czy ty przysiadłbyś się do niej w barze, gdyby sama nie podeszła? - zagadnęła, rzucając mu jedno, krótkie spojrzenie. Chciała aby się skupił na czymś innym, niż jej dotyk, ruch i bandaż. - Dam ci na noc coś jeszcze, co pomoże ci zasnąć mimo bólu później - zaproponowała jeszcze, nie nalegając. Przynosił jej różne rzeczy, jeśli raz coś z nim wróci, dla niej to niewielka strata.
Noor
[Oj znam takie koty i kocham je całym serduszkiem, nie ma to jak usłyszenie jak taki jegomość mruczy ;_;
OdpowiedzUsuńCo do pomysłu, bardzo mi się podoba i jasne, możemy się wstrzymać, nie ma problemu. :D Czekamy!]
Anastasius von Weiss
Zorientowała się — po raz kolejny — że wyrzucała informacje, jakby każdy rozmówca dokładnie znał jej myśli. Levi nie mógł wiedzieć kim była Marissa; swoją drogą ona sama nie znała dość dobrze jej historii, aby móc powiedzieć coś konkretnego. Wiedziała jedynie tyle, ile sama jej przekazała. Wszystko mogło okazać się jednym wielkim kłamstwem, lecz wiedziona intuicją jak i podstawową wiedzą na temat półaniołów skreśliła tę możliwość niemal natychmiast.
OdpowiedzUsuń— Spotkałam ją w miasteczku. Marissa tak jak ten łowca, jest pół aniołem. Była przestraszona i śmiem twierdzić, że swoją — z pewnością — nieuświadomioną mocą wpłynęła na mnie powodując niemożliwą do stłumienia potrzebę jej ochrony. — zaczęła wyjaśniać z cichą nadzieją na jego pomoc. Szczególnie przez wzgląd na charakter owej sprawy, a raczej istoty paranormalne w nią uwikłane. Po raz pierwszy nie miała pewności czy podołałaby w pojedynkę, choć nigdy by się do tego otwarcie nie przyznała.
— Opowiedziała mi o łowcy, który ją ściga i odpowiedziała tylko jedno z moich pytań dotyczące jego rasy. Na więcej nie było czasu, deptał nam po piętach. — Poczuła nieprzyjemne mrowienie, zapewne zwiastujące rosnące niebezpieczeństwo Marissy.
Przez moment stała wryta w ziemię, kiedy Levi zaproponował miejsce, które warto byłoby sprawdzić. Nie znała go dość dobrze, by ufać jego intencjom, a z natury nikomu nie ufała, zwłaszcza w tak ryzykownej pogoni, w której sama nie czuła się pewnie. Mimo to uśmiechnęła się lekko na myśl, że tym razem strach uniosą we dwoje.
— Poczekaj! — krzyknęła za oddalającym się Levim, podbiegła i zatrzymała go w półkroku.
— Uważam, że pomysł powrotu do miejsca, w którym ją znalazłam jest dobry, jednak nie mogę zignorować drugiej możliwości, jaką jest las. Czas nie jest teraz naszym sprzymierzeńcem, więc muszę skorzystać ze zmiennokształtności. — wyjaśniła swój pomysł, choć obawa przed możliwymi konsekwencjami biła mocno w dzwon czujności.
— Znajdę Cię w miasteczku, powinnam zdążyć wrócić zanim dotrzesz na miejsce. Swoją drogą spotkałam ją przy Ratuszu na drugim końcu. — wskazała dłonią wysoki budynek zdecydowanie wyróżniający się od innych.
— Nie mogę zbyt długo pozostać krukiem, w którego się przemienię, więc będę musiała prosić cię o pomoc. — odrząknęła próbując pozbyć się nieprzyjemnej guli w gardle zwiastującej lęk przed przemianą.
— Może… nie dam rady sama wrócić do ludzkiej postaci… — zaczęła niepewnie. Nieliczni znali mechanikę jej chaotycznej zmiennokształtności. Nie były to informacje, którymi dzieliła się z przy popołudniowej herbatce czy wieczornym drinku.
— Gdybyś mógł wypowiedzieć imię Elara powinno zadziałać. — wyrzuciła z siebie potok szybkich słów. Podniosła nieśmiały wzrok na Leviego, który właśnie poznał jedną z jej największych słabości. Jakże ogromny wpływ wywarła na niej moc Marissy, że właśnie dla jej bezpieczeństwa potrafiła podejmować ryzyko przemiany, jak i obnażyć się z największych boleści serca.
Faith Smith
[Cześć! :) Oto i jestem! Mam nadzieję, że Minervy nie poniesie za bardzo i nie zrobi zbyt wielkiego chaosu w miasteczku. ^^ Też uwielbiam Deborah! Chociaż tak dawno oglądałam ten serial, że niewiele pamiętam... Chyba będę musiała sobie odświeżyć. :D
OdpowiedzUsuńLevi wydaje się być ciekawą osóbką i chętnie porwałabym Cię na jakiś wątek, ale na NYC wspominałaś, że nie masz już miejsca na kolejne, więc nie będę się pchała. ^^ Ale dziękuję za powitanie mojej pani!]
Minerva Cove
Nie była ani zimna, ani martwa, choć przez ostatnie jedenaście lat nie marzyła o niczym innym, jak faktycznie zapaść się pod ziemię. Próbowała, ale usilnie, jej instynkt przetrwania, wynosił ją na powierzchnię, pomagał uniknąć jej i śmierci, i schwytania. Miała pecha, choć ktoś inny mógłby stwierdzić, że ma szczęście, bo w końcu żyła. Ale co to było za życie? Jedenaście lat wiecznej ucieczki, ukrywania swojej prawdziwej tożsamości. Coraz częstsze zmiany miejsca zamieszkania, życie na ulicy, nocowanie w dziurawych namiot, łapanie się pracy w każdej spelunce, chodzenie w zniszczonych ciuchach. Były też lepsze momenty, gdy było ją stać na wynajem mieszkania, gdy zyskiwała choć jednego przyjaciela, ale trwały one krótko. Bardzo krótko.
OdpowiedzUsuńTęskniła do czasów, kiedy miała piętnaście lat. Gdy wszystko było łatwiejsze, nawet obcowanie z magią, bo miała wokół siebie ludzi, którzy to rozumieli, którzy chcieli ją uczyć. Potem została tylko ona i ta trudna do wytłumaczenia energia. Stała więc za barem, patrząc na to, jak zmienia się wyraz twarzy stojącego po drugiej stronie mężczyzny. Obserwowała prawdziwy spektakl, gdy do kotołaka docierały pewne informacje. To była ona. Żywa. I ciepła.
Cofnęła się o krok, gdy zrozumiała, co zamierza mężczyzna. Chwilowo nie miała przed oczami żadnych obrazów, w głowie nie tliły się żadne wspomnienia. Ciemna, bolesna pustka. Levi żył. Levi miał się dobrze. Levi musiał tkwić w tym pierdolonym azylu od jedenastu lat. Bez niej. Zostawili ją. Pozwolili jej na to, aby dbała sama o siebie, aby radziła sobie bez nikogo, aby życie pastwiło się nad nią tak, jak nad nikim innym. Przynajmniej tak sądziła. Miała prawo tak myśleć.
Levi przeskoczył wysoki bar tak, jakby nie stanowił dla niego żadnej przeszkodzi. Miał tę świadomość swojego ciała, która cechowała kotołaki i Rory doskonale o tym wiedziała. Pamiętała, że nie było miejsca, do którego nie mógłby się dostać. Pierwsze obrazy sprzed jedenastu lat pojawiały się w jej głowie, ale nadal usilnie próbowała je przegonić. Powtarzał jej imię, a właściwie jego zdrobnienie tak, jakby stanowiło jakąś mantrę.
Krok w tył, gdy pokonał przeszkodę, a potem już bez żadnego wahania pozwalała mu się przyciągnąć do siebie. Czuła jego dotyk i nie była w stanie zaprotestować, choć jej ciało rwało się do ucieczki.
Ostatecznie przylgnęła do niego, dopiero po chwili nieśmiało układając dłonie na jego plecach, brodę opierając przy zagłębieniu szyi. Poczuła twardość męskiego barku i dopiero wtedy pozwoliła sobie na to, aby przymknąć powieki i przywołać na usta delikatny, blady uśmiech.
Długie, przeciągłe westchnienie wyrwało się z jej ust, gdy przez chwilę trwali w tym uścisku. Nielsen chciała płakać, ale nie mogła. Nie płakała, bo płacz oznaczał słabość, a ona nie mogła być słaba.
Opuściła ramiona, gdy Levi się odsunął. I dopiero wtedy na niego spojrzała. Z bliska, choć nadal w przytłumionym, barowym świetle.
— Ktoś jeszcze przeżył? — spytała tylko, próbując opanować to nieznośne drżenie brody, które jednak zapowiadało płacz. Oczy błyszczały od nagromadzonych w nich łez, gdy stała naprzeciwko Leviego. Którego już dawno pozostawiła w przeszłości. Którego pogrzebała razem z innymi. Ale on był. Żył. I nadal mówił to głupie sorki, bo na standardowe przepraszam brakowało mu czasu.
Rory Nielsen
Nie był aktywnym odbiorcą poczty pantoflowej, żeby orientować się doskonale we wszystkich wydarzeniach z życia azylu, ale to byłby już szczyt ignorancji, gdyby nie wiedział, że Levi szmugluje fanty hurtowo i masowo. To jasne, że Ackermann nie był jego prywatnym szmuglarzem, i że w plecaku czeka jeszcze cały stos istotnych zamówień do rozdania wśród reszty mieszkańców. Gdyby o tym nie wiedział, to miałby w głębokim poważaniu los szmacianego zasobnika, a już tym bardziej nie uczyniłby siebie tragarzem cudzych rzeczy, bo co jak co, ale nie miał w zwyczaju robić z siebie darmowego kuriera ani ryzykować karku dla spraw, które nie były jego. Na ten moment nie miał pewności, czy dostał od Leviego już wszystko, a żeby dodatkowo chronić jego futrzasty tyłek, wolał nie powierzać tego pełnego cudowności plecaka komuś takiemu, jak Harris, bo ten to nawet ze spinki do włosów zrobiłby artefakt o znaczeniu kosmicznym, najlepiej jeszcze zgubiony, sprzedany i opatrzony legendą. Taka była część układu, że Levi dostarcza mu potrzebne towary, a on dba o to, żeby cała reszta jego transakcji mogła toczyć się swobodnie, z dala od oczu nadgorliwych funkcjonariuszy. Nie bez przyczyny odgrywali teraz szopkę z zatrzymaniem. Ten teatrzyk dawał Zaydenowi kontrolę nad przebiegiem wydarzeń, a to było zbawienne w porównaniu z przesłuchaniem, które w tym drugim, gorszym przypadku prowadziłby Harris. Teraz przynajmniej istniała duża szansa na to, że ich rozmowa w pokoju przesłuchań będzie zwykłą prowizorką, a nie przepytywaniem z każdej sekundy życia, która minęła od momentu powrotu Leviego aż do złapania.
OdpowiedzUsuńWestchnął tylko ciężko, a para z jego ust uleciała małym kłębkiem, gdy Levi zapierał się swoim stanowczym zawsze, mimo że ono nie miało w tej chwili znaczenia, bo to zawsze przestało być zawsze dokładnie tego dnia. Poza tym, procedury to rzeczywiście procedury, choć gdyby to zależało tylko do niego, to na pewno nie zrobiłby z tego takiego halo, jakie w zwyczaju miał robić Harris. Do tej pory Levi nigdy nikomu nie podpadł, nie wspominając już o nadwyrężaniu zaufania, a Rada miała o Ackermannach dobre zdanie, więc cała ta szopka była zbędna, ale w tej sytuacji musiała się dziać dla ich obopólnego dobra.
Poza tym, ziołowa nalewka? No proszę bardzo, na dodatek pewnie z przemyconych spoza azylu ziół. Procedury widocznie nie obowiązują, gdy można się uchlać darmowym bimbrem. Zayden popatrzył na kolegę po fachu, który chyba nie spodziewał się, że ktoś tu zacznie paplać takie rzeczy i niechętnie powstrzymał się od komentarza. Chociaż cisnęło mu się na usta kilka celnych słów, którymi mógł podsumować tę nowinę, wolał nie zaogniać sytuacji. Nie teraz. Co zrobi z tym później, to się okaże, ale teraz musiał ładnie i grzecznie skupić się na tym, by odsunąć od nich wszelkie podejrzenia. Docinanie koledze musi poczekać.
Gdy przekroczyli próg komisariatu, rozmowy za biurowym okienkiem ucichły jak na zawołanie. Szmer głosów urwał się w pół zdania, a spojrzenia funkcjonariuszy siedzących za ladami, spoczęły na nich z tą charakterystyczną, zawodową beznamiętnością, w której ciekawość mieszała się z rutyną. Znowu kogoś przyprowadzili, a jakże, ale tym razem przynajmniej weszli do środka spokojnie i nawet nie wnieśli zbyt dużo błota.
— Zaraz do was dołączę — oznajmił Zayden, zatrzymawszy się przy okienku. Musiał załatwić tam dość istotną sprawę, a konkretnie przekazać plecak i sprawić, żeby trafił do depozytu rzeczy osobistych, a nie do magazynu dowodów, bo granica między tymi dwiema szafkami jest cienka, a problemów może być potem co niemiara. Po przesłuchaniu cała zawartość tego plecaka miała bezpiecznie wrócić do Leviego.
Skorzystał jeszcze z tego, że na zmianie była koleżanka, z którą miał dobre układy i poprosił ją o znalezienie dla Harrisa jakiegoś innego zajęcia, najlepiej takiego, które wybije mu z głowy nadzorowanie tego przesłuchania. Dostał zadowalającą odpowiedź, że nie ma sprawy, coś wymyślę i skierował się do pokoju przesłuchań, w którym Levi siedział już na krzesełku, a Harris jeszcze stał, zatruwał powietrze swoją obecnością i akurat zadawał pytanie.
Usuń— Co pokazywałeś Wardowi, zanim do was podszedłem?
— Zaufanie — rzucił sucho Zayden, wchodząc do środka. — Towar deficytowy, jak widać.
Drzwi się zatrzasnęły, a kajdanki oplatające nadgarstki Leviego zniknęły, zwracając mu swobodę. Nie było przecież potrzeby trzymać go tutaj jak jakiegoś rasowego przestępcy. Tak na dobrą sprawę kajdanki wcale nie były potrzebne, ale nadały teatrzykowi małego dreszczu grozy, a o to chodziło, żeby wszystko wypadło autentycznie.
— Pokazywał kolekcjonerski drobiazg, który wymaga gustu, Harris — wyjaśnił mu, tym razem na poważnie, nie dając na razie dojść do słowa Leviemu, bo ten będzie miał szansę wypowiedzieć się dosłownie za chwilę. — Czyli nic, co by cię dotyczyło — dorzucił, nie mogąc oprzeć się uszczypliwości. Stanął przy stoliku, rzucając Harrisowi krótkie spojrzenie od niechcenia. Musieli kontynuować teatrzyk, dopóki on tu był.
— Odpowiedź nam teraz od początku, dlaczego szedłeś do Ratusza okrężną drogą, Ackermann. A my spróbujemy w to uwierzyć — zachęcił go i odsunął sobie drugie krzesełko, na razie jednak na nim nie siadając.
Zayden Ward
[Jeśli Cię to pocieszy, mnie przygniatają ograniczenia czasowe i brak wystarczających zasobów energii, także może nasz wątek aż tak bardzo nie przyczyni się do Twojej zagłady 😅
OdpowiedzUsuńSzybka odpowiedź na Twoje zapytanie: TAK!
Totalnie tak. Élara prowadziła względnie normalne życie i mimo dalekiej świadomości, że po świecie chodzą różne istoty, to nawet wiedząc, że w Azylu jest kotołak, to po spotkaniu kota, ostatnią rzeczą, jaką by podejrzewała, to jakaś zmiennokształtność :D Poza tym kotu prędzej zaufa niż jakiemuś humanoidowi, a kiedy Levi by sobie poszedł (bo domyślam się, że bez względu na wspaniałą opiekę, jaką Élara by mu chętnie zapewniła, to musiałby wrócić do swoich spraw), to nawet zrobiłoby jej się trochę smutno :D
A dla Leviego byłaby to okazja, by podpatrzeć, jak wygląda taka najbardziej codzienna codzienność Élary i Caleba, bez żadnej powściągliwości czy strachu o wścibskie spojrzenia :D
Ja bym najchętniej zaczęła właśnie od tego, jak Levi robi zamieszanie w piwnicy i Élara schodzi zobaczyć, co się tam wyrabia. Jeśli chcesz, to mogę też zacząć tak... fizycznie, odpisem :D]
Élara Durant
Malphas uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech kogoś, kto poczuł się urażony. Wręcz przeciwnie, w surowym spojrzeniu kambiona błysnęło coś na kształt mrocznego uznania. Obserwował, jak kotołak niemal zapada się w siedzenie, przybierając pozę kogoś, kto niby panuje nad sytuacją, a jednak instynktownie szuka oparcia dla poobijanego ciała. Pochylił się nad stołem, nie zważając na to, że runy na jego przedramionach zaczęły lekko pulsować w odpowiedzi na gęstniejącą między nimi atmosferę. Nie próbował używać swojej natury, by zmusić chłopaka do mówienia, prawda była taka, że szczerość Leviego, podszyta goryczą i alkoholem, była o wiele ciekawsza niż jakiekolwiek wymuszone wyznanie.
OdpowiedzUsuń- Masz rację, nie znasz mnie. I słusznie zakładasz, że nienawidzę tego miejsca od pierwszej sekundy, w której poczułem zapach tutejszego powietrza. Mylisz się jednak w jednym, opinia o demonach nie ma znaczenia w miejscu, gdzie "dobrzy ludzie" budują klatki i nazywają je domem - bębnił palcami o blat, przyglądając się śladom po bójce na twarzy Ackermanna. Widział w nim kogoś, kto przestał walczyć z systemem nie dlatego, że go polubił, ale dlatego, że świat poza murami Last Salvation stał się dla niego cmentarzem. Uniósł swoją szklankę, ale nie upił łyka. Patrzył na Leviego przez pryzmat bursztynowego płynu, z tym samym nienasyconym zainteresowaniem, które towarzyszyło mu od początku ich rozmowy. Pochylił się ponownie, tym razem drastycznie skracając dystans. Jego głos stał się ledwie słyszalnym szeptem, który jednak przeciął hałas baru z chirurgiczną precyzją.
- Skoro nie chcesz mi powiedzieć, co cię tu trzyma, to pozwól, że ja ci powiem, co ja widzę. Moje moce są dość ograniczone, ale to miejsce i te przeklęte runy nie są w stanie tego całkowicie wyłączyć - mruknął poirytowany zasadami, jakie tu panowały. Nienawidził ograniczeń, a tylko je ciągle napotykał tutaj na drodze - Widzę kogoś, kto boi się, że jeśli stąd wyjdzie, nie znajdzie już nic poza popiołem. Boisz się, że twoje życie skończyło się jedenaście lat temu, a cała reszta to tylko długie, nużące napisy końcowe - uniósł dłoń i przez chwilę wydawało się, że chce dotknąć ramienia chłopaka, ale w ostatniej chwili zacisnął palce w pięść i oparł ją o blat - A co do sufitu... - rzucił, przenosząc wzrok na pękający tynk nad ich głowami - Gdyby spadł, połowa tych ludzi nie wiedziałaby, czy uciekać, czy dziękować za koniec nudy - odstawił szkło i znów skupił całą uwagę na kotołaku - Skoro nie powiesz mi, co cię tu trzyma, powiedz mi chociaż jedno: czy w tym całym Azylu jest choć jedna rzecz, której nie boisz się stracić? - uniósł pytająco brew, zamawiając przy tym kolejne szklanki whisky i badawczo mu się przyglądając.
Malphas
Noor nie pozwalała się dobrze poznać i faktycznie nikt nie wiedział, jaka jest, nie miał o niej wiele do powiedzenia. Jednocześnie ją to irytowało i sprawiało, że anonimowa, niepoznana, odczuwała ulgę. Skoro nikt nie mógł jej nic zarzucić i nie miał na nią haka, nie był zagrożeniem, prawda? Mimo że kilka lat już przebywała w azylu, to właśnie myśli jak ta, że musi dbać o swój interes, nieustannie jej towarzyszyły. Bo czuła się bezpieczna, ale nie wolna i wiedziała, że swobody może mieć tylko tyle, ile pozwoli jej odczuć Rada z swoimi zasadami. Lub ile sama sobie niepozornie od nich zabierze.
OdpowiedzUsuńGdyby jednak znalazł się ktoś, kto byłby równie nieustępliwy w poznaniu jej, jak ona była w prowadzeniu interesów, z ostrożnością ale i uwaga, dostrzegłby, że tyle samo co ukrywa, potrafi odsłonić. Tyle samo ile nie dawała, miała do zaoferowania. I również tyle samo beznamiętności ile było widać, tyle samo emocji i uczuć się w niej kotłowało. Miała dwoistą naturę i żyła w ciągłym konflikcie sama z sobą, ale to nie ujmowało jej niczego.
Levi nie musiał się martwić, że dzisiejszego wieczoru powstanie jakikolwiek dług do spłacenia. Noor nie po to mu pomagała, aby potem móc cokolwiek egzekwować. Po prostu może pierwszy raz pozwalała sobie być bardziej sobą, osobą która rozumie i coś wie, niż aptekarką, która handluje tym, co jest na półkach. Na jego słowa uśmiechnęła się lekko, z rozbawieniem i nadal skupiona opatrywała nogę. Czuła spięcie mięśni, udawała że nie widzi grymasu bólu na twarzy kotołaka i robiła swoje. Jeśli coś można było jej zarzucić, to konsekwencje i to bezduszną, kiedy się za coś zabierała.
- Nawet Kopciuszek miał swoją wróżkę... czy to czyni mnie tą dobrą? - uniosła jasne spojrzenie do twarzy chłopaka i mocniej, z pewnością w szczupłych palcach zawiązała ciaśniej koniec bandaża wokół kostki, nie spuszczając uważnych oczu z twarzy mężczyzny. - Nie mam stu lat, Levi... chyba jestem najmłodsza z sąsiedztwa - rzuciła z rozbawieniem i powoli wstała.
Zaczesała kilka kosmyków za ucho i chwyciła za pusty mały słoik, aby resztę z moździerza właśnie tam przełożyć. Levi będzie mógł zabrać to z sobą do domu. Katem oka zerknęła na jego zdobycz z towaru, jaki do niej przyniósł i lekko zmarszczyła nos, a wiele drobnych piegów zatańczyło na jej skórze uroczo. W tym wszystkim, co działo się wokół nich, poczucie wspólnoty, choć tak skomplikowane, dawało im choć odrobinę otuchy i teraz absolutnie nie miała mu nic do zarzucenia, że zagarnął tabletki. Bardziej zmartwiło ja, że myślał, że pomogą.
- Wiesz, Levi - powiedziała po chwili, wręczając mu w ręce mały słoik z świeżą maścią i delikatnie przesuwając dłonią po jego ramieniu - mogę ci dać coś silniejszego, jeśli trzeba. Tylko powiedz - zapewniła, po czym zabrała się za uprzątnięcie blatu. Musiała mieć miejsce na rozłożenie nowych rzeczy, bo chciała opatrzyć i obejrzeć mu ten nieszczęsny nos.
Pewna myśl załomotała jej za lewym uchem, ale już bez swędzenia. Płynnie i z wprawą na blacie zamiast moździerza, deski, noży i składników wcześniej zebranych, pojawiły się gaziki, patyczki higieniczne i buteleczki z rzadkimi płynami.
- Myślisz, że ile mam lat? - zagadnęła, wciąż rozbawiona tym pytaniem, czy zna ludzkie bajki.
Noor
Baldwina była starym, skomplikowanym bytem, a jeszcze dziwniejszą osobą. Miała swoje dziwactwa. Lubiła liczby parzyste, miała swój ulubiony widelec do jedzenia, ukochany palnik, gdy gotowała, uwielbiała swoją rutynę i nie lubiła, kiedy działo się coś, co zaburzało jej wewnętrzną harmonię, w której dało się pogubić, bo Baldwiny nie należało w żaden sposób kategoryzować. Była więc po prostu sobą, Baldwiną Heart, tą, która piecze zawsze tuzin ciasteczek, która dzierga, która słucha starych piosenek, dbając o gramofon – ten pamiętał już lepsze czasy. Cała jej istota zamykała się w rzeczach, których nikt już nie chciał, a ona chętnie je do siebie zabierała, wierząc, że mają duszę.
OdpowiedzUsuńW pracy jednak te dziwactwa przestawały mieć znaczenie. Jako urzędniczka była skrupulatna, uważna i przede wszystkim nie dało jej się złamać. Nie interesowały ją ani obietnice, ani układy – dla wielu była wrogiem numer jeden, bo to ona nakładała te przeklęte runy, odbierała część mocy, zupełnie jakby dokładnie to było jej zamiarem, a przecież chodziło o coś innego. W tej pracy przydawało się jej spokojne podejście i brak gwałtownych reakcji, bo nie przejmowała się wyzwiskami ani buntem ze strony nowo przybyłych. Baldwina po prostu robiła to, co do niej należało – bez pośpiechu, dokładnie, i nigdy nie wahała się, aby zareagować, gdy ktoś ignorował jej listy czy wezwania do Ratusza.
Baldwina była w azylu od niemal zawsze. Przybyła tutaj jako jedna z pierwszych istot, pomagając zadbać o to miejsce, choć tak naprawdę ona równie mocno potrzebowała pomocy. Chciała przestać uciekać, przestać być kukiełką w czyichś rękach. Ktoś mógłby powiedzieć, że w miasteczku też była marionetką. I być może ten ktoś miał rację, ale tym razem Baldwina nie chodziła w łachmanach, nie była głodna, nie bito jej ani nie opluwano, nie karano jej i nie zmuszano do odkrywania ciała. Miała tutaj swoje małe, zagracone mieszkanko, swoją bezpieczną przystać, ubierała to, co chciała i miała pełny żołądek.
Przeglądała dokumenty, siedząc w fotelu. Jej biurko, stojące przy jednym z okien, zawsze było czyste, choć znajdowały się też tutaj jej osobiste rzeczy. Wysłużona filiżanka z kwiatami, w której piła kawę, kosmetyczka, a w niej kilka gumek do włosów i ulubiony truskawkowy błyszczyk, który pomagał jej z popękanymi ustami, czy książka, która zmieniała się dokładnie co tydzień, w środę.
Wbiła wzrok w kartkę z konkretnym imieniem i nazwiskiem: Levi Ackermann. Jego status? Miał stawić się do urzędu, aby odnowić runy… i nie przyszedł. Zazwyczaj nie miał z tym problemu – pojawiał się za każdym razem, często nawet przed umówioną godziną. Co więc się stało, że tym razem nie przyszedł?
Nie była zdziwiona, gdy Levi nagle pojawił się w gabinecie w towarzystwie funkcjonariuszy. Podniosła się z miejsca, a jej biała sukienka zatańczyła; Baldwina spięła się lekko, otworzyła nieco usta, aby odpowiedzieć, gdy Levi zaczął się tłumaczyć, ale zamilkła, słysząc całą tę plątaninę słów. Coś było nie tak, bardzo nie tak.
— Czy tak ostre traktowanie jest wskazane? Levi Ackermann nie stawia oporu ani nie próbuje uciec, ledwo się trzyma, po co więc ta agresja? Od kiedy funkcjonariusze porządkowi nie umieją rozpoznać buntu od niemocy? Czy Ratusz powinien rozważyć przymusowe badania, aby mieć pewność, że pracownicy widzą i wiedzą, gdy coś jest nie tak? — Jej fioletowe oczy przesunęły się po funkcjonariuszach.
— Proszę stąd wyjść i zostawić mnie z panem Ackermannem, muszę uzupełnić dokumenty, zanim przejdę do nałożenia run. Mogą panowie poczekać pod drzwiami i zastanowić się nad swoim zachowaniem, a najlepiej, jeśli panowie wymyślą dobrą wymówkę, dlaczego traktujecie w ten sposób bezbronnego mieszkańca azylu, bo na pewno zgłoszę ten incydent wyżej.
UsuńŻaden z mężczyzn nie dyskutował, ale jeden posłał jej ostre spojrzenie, które nie było ani trochę ładne, raczej należało do tych, które mówiły: dorwę cię w ciemnym zaułku i nikt nie będzie za tobą płakać.
Gdy drzwi się zamknęły, Baldwina podeszła do Leviego, obserwując jego twarz. Był blady i spocony.
— Hej, Levi… — szepnęła w jego stronę. Wyciągnęła do niego ręce, dotknęła policzków, zbadała puls, a potem zmarszczyła się nieco, wyczuwając coś niepokojącego. Pochyliła się, żeby móc dokładnie poczuć jego zapach. — Nie ruszaj się — poprosiła cicho i mocniej złapała jego twarz, bezceremonialnie liżąc jego policzek.
Odsunęła się gwałtownie, zasłaniając usta ramieniem i krzywiąc się przy tym brzydko.
— Cuchniesz i smakujesz klątwą… to dlatego... nie dotarłeś do urzędu w wyznaczonym terminie, prawda? — Wpatrywała się w jego twarz, unikając kontaktu wzrokowego. — Skup się, Levi, musisz to potwierdzić, żebym mogła to wpisać w akta, inaczej możesz mieć problemy i zostać zawieszony… najpierw zajmiemy się runami, potem całą resztą.
Baldwina Heart
Akurat tym razem paplanie Leviego okazało się naprawdę zbawienne, bo przyniosło całkiem sporo przydatnych informacji, które w innych okolicznościach pewnie by go ominęły. Już pomijając to, że nie miał pojęcia, że stary Ackermann trzyma się tak dobrze z Harrisem, że panowie w wolnym czasie razem popijają sobie naleweczkę, to dzięki temu miał na Harrisa całkiem solidny haczyk. Może niewielki, bo popijanie alkoholu nie jest przecież zakazane, ale wystarczający, by w razie potrzeby przypomnieć mu o kilku sprawach i delikatnie przechylić szalę na swoją stronę. Był to już zawsze jakiś argument podważający autorytet człowieka, którego wszyscy uważają za chodzącą prawomyślność, co nie? Harris zrobi raczej wiele, żeby zadbać o swoją nieskazitelność i podtrzymać status prawomyślnego funkcjonariusza, więc istnieje duża szansa na to, że przestanie mu się tak naprzykrzać. Każde starcie mogło być teraz dogodną okazją do tego, że Zayden użyje argumentu, a jeśli to zrobi, raczej pewne było, że nie przedstawi go tak lekko, jak lekko wypuściły go usta Leviego, tylko podniesie go do rangi poważnego przewinienia. Zrobi z igły widły i dźgnie go nimi w ten nadęty, święcie przekonany o własnej racji tyłek, a potem z przekąsem będzie przyglądał się efektowi, gdy Harris zacznie tracić w oczach tych, którzy uważali go za wiernego strażnika porządku.
OdpowiedzUsuńTaki miał plan, ale na potem. Teraz wciąż trwali jeszcze w sytuacji, gdzie to nie Harris był podejrzanym o jakieś lewe przekręty, a on sam. Musieli doprowadzić teatrzyk do finału, odegrać swoje role do końca i pozwolić, żeby wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak powinno, czyli korzystnie dla nich. Jak na razie improwizowanie szło im całkiem nieźle, może powinni zapisać się do jakiegoś koła teatralnego, czy coś?
Spojrzał krótko na drugiego funkcjonariusza i zasiadł na odsuniętym przez siebie krzesełku, a potem wsłuchał się w tłumaczenia Leviego, które z prawdą miały tyle wspólnego, co jego zegarek z mierzeniem kroków. To znaczy w działanie zegarka może nie wątpił, bo to urządzenie faktycznie mogło coś tam sobie liczyć, ale wątpił raczej w to, że Levi serio używał go do liczenia śladów, które zostawiał, łażąc po tej ziemi. Najważniejsze, że czas odmierzał nim bezbłędnie, skoro jeszcze nigdy nie spóźnił się na ich spotkanie, dostarczając zamówienia na czas. Może przypadłoby się zapakować taki zegarek na rękę Harrisa, żeby sprawdzić, czy trzyma się drogi do pracy, czy zdarza mu się skręcić gdzieś na bok, żeby dyskretnie chlapnąć kieliszek naleweczki dla kurażu.
Zayden siedząc przed Levim, skierował spojrzenie na drzwi, które znajdowały się dalej za jego plecami. Ktoś szedł, na szczęście, bo miał dziwne przeczucie, że Harris zacznie zaraz dopytywać, dlaczego jakiś jego śmieszny obowiązek dobicia kroków był ważniejszy, niż obowiązek odmeldowania się w Ratuszu, skoro kroki mógł dobić później, o dowolnej porze dnia i nocy, ale w momencie, w którym otworzył już usta, by zadać pytanie, drzwi w końcu się uchyliły. Młoda urzędniczka wsunęła dyskretnie głowę, jakby celowo omijając spojrzeniem twarz Zaydena, i popatrzyła przelotnie na młodego Ackermanna, a potem bezpośrednio na Harrisa, który podniósł brew w pytającym wyrazie.
— Panie Harris, jest pan pilnie proszony do biura rzeczy skonfiskowanych — oznajmiła miło. — Wystąpiła jakaś nieprawidłowość w związku z ostatnim protokołem przekazania i poproszono, żeby wyjaśnił pan to osobiście — dodała dla wyjaśnienia, a gdy Harris skinął głową, zniknęła z progu i zamknęła za sobą drzwi. Wypadła przekonująco, nawet bardzo.
Zayden powrócił spojrzeniem do twarzy Leviego, a Harris wahając się lekko, ruszył w końcu do wyjścia z pomieszczenia, zachodząc w głowę, co mogło pójść nie tak przy jego rzetelnym podejściu do wszelakiej biurokracji.
Usuń— Dokończ to, Ward — rzucił tylko z przebijającym w głosie zrezygnowaniem, a gdy wyszedł, w pokoju przesłuchań słychać było jeszcze przez krótką chwilę jego stłumiony głos, jakby za drzwiami wdał się z urzędniczką w jakąś dyskusję. Na pewno nie było żadnych nieprawidłowości ze strony Harrisa, ale niewykluczone, że pani urzędniczka zrobiła psikusa gdzieś w rejestrze. Będzie musiał dobrze się jej odwdzięczyć.
Zayden Ward 😎
Mokseo uśmiechnął się delikatnie, wyczuwając dość mocne napięcie u swojego towarzysza. Nawet nie musiałby mieć swoich zdolności, by go czytać. Niecierpliwość wręcz wyraźnie malowała się na twarzy chłopaka. Rim nie zamierzał go w tym utrzymywać, więc dość sprawnie sięgnął po kilka pudełeczek, które miał przy ladzie.
OdpowiedzUsuń– Tak, domyślam się, że nie przyszedłeś po prostu w odwiedziny – oznajmiłem cicho, unosząc wysoko brew.
Mężczyzna zaraz westchnął, kierując się w kierunku regałów. Powolnie przesuwał drewniane pudełka, uwalniając zapach umieszczonych w nich ziół. W powietrzu stworzyła się całkiem nowa mieszanka, która z pewnością mogła podrażnić co delikatniejsze i bardziej wrażliwe nosy. A właśnie taki posiadł jego klient, więc Mokseo starał się dość sprawnie wyciągać konkretne zioła, by nie drażnić Leviego.
– Bardziej chodziło mi o jakość twoich opowieści – przyznał w końcu, by na kilka sekund zniknąć na zapleczu, skąd przyniósł kolejne, malutkie pudełko.
Ze wszystkim wrócił do lady, tuż obok rozłożonych sprzętów, którymi kompletnie się nie przejął. Pokręcił głową delikatnie tylko na to zniecierpliwienie u młodego Ackermanna, ale nie skomentował tego w żaden sposób.
Położywszy kamienny moździerz przed sobą, włożył kilka suchych ziół. Zastanowił się przez chwilę, po czym dodał odrobinkę, by wystarczyło na więcej. Powoli zaczął je mielić, choć zazwyczaj tego nie robił. Kotołak był jednym z niewielu klientów, dla których wykonywał taką dodatkową usługę. Zazwyczaj nie wnikał w to, co i po co potrzebuje konkretnych ziół. Jedynie, gdy jego klienci szukali remedium na dane schorzenie, wówczas doradzał, co, jak i w jakich konkretnych proporcjach spożywać. Nie zaliczali się do tego grona ci, którzy zdecydowanie przychodzili do niego częściej. Gdy kogoś polubił, był skłonny nieco nagiąć swoją zasadę o nie mieszaniu się.
– Tyle? Czy potrzebujesz więcej? – spytał, unosząc brew.
Mokseo
[Cześć! Nie powiem, że Levi może spać spokojnie, ale postaramy się za bardzo nie rozrabiać. ^^ Dziękuję za powitanie mojej drugiej pani, przyznam, że ostatnio mam za dużo pomysłów na postacie :D]
OdpowiedzUsuńLilith Morveth
[Cześć. Dzięki za przywitanie i dobre słowo. Faktycznie to stereotypowe połączenie mogłoby przynieść coś ciekawego, więc tym bardziej żałuję, że nic wspólnie nie napiszemy ;<
OdpowiedzUsuńJestem totalną kociarą, więc będę podglądać również Twojego kocurka ;3
Owocnego pisania!]
Grimm
Najlepszym rozwiązaniem dla nich wszystkich byłoby, gdyby wnętrze baru i jego bywalcy rozpłynęli się w powietrzu. Aurora chciała doprowadzić ich do funkcjonowania w stanie zawieszonych, rozpierzchniętych atomów, tak, aby nie mogli im przeszkodzić. Jej i Ackermannowi. Nadal patrzyła na Leviego tak, jakby nie wierzyła. Obserwowała uważnie każdy jego ruch, dłonie splatające się na karku, to jak pochylał swoją sylwetkę. Kiedyś wydawało jej się, że w ciele dojrzewającego mężczyzny był zwyczajnie i uroczo niezdarny, jakby nie do końca oswoił się ze swoją drugą naturą. I choć zaskakująco łatwo było jej dzisiaj wrócić myślami do przeszłości, tak nadal nie była w stanie się uśmiechnąć. Nie była w stanie się cieszyć, że spotkała kogoś, z kim kiedyś była w jakiś sposób powiązana. Westchnęła cicho, żałując tego, że nie zdołali wyjaśnić swoich nastoletnich spraw, kiedy był na to czas. Teraz byli innymi ludźmi. Ona była inna. Zmieniła się w trudną do zdobycia twierdzę, jak najmniej podatną na kolejne skaleczenia. Poznała zbyt wiele oblicz bólu, by na niego czekać. A gdyby Levi okazał się… nie Levim, a sobowtórem, gdy sobie teraz z niej drwił, mogłaby tego nie znieść. Ale to musiał być Levi. Chciała, żeby to był on.
OdpowiedzUsuńI jak ona, wyjątkowo, puszczała mimo uszu słowa pijaczków, którzy nadal pozostawali jej klientami i musiała w końcu ich obsłużyć. I pewnie w ogóle nie zareagowałaby w jakikolwiek sposób, gdyby nie to, że odezwał się kotołak. Syknęła, wiedząc, że takie słowne przepychanki mogą nie skończyć się zbyt dobrze i nim w ogóle zdążyła zrobić cokolwiek, Levi już wciskał swoją dłoń do gęby pyskacza. Otworzyła szeroko oczy i rozchyliła usta, na krótką chwilę po prostu tężejąc na tyle, że nawet nie drgnęła, poddając się zalewającemu ją zaskoczeniu.
— Ej… — szepnęła tylko, gdy Levi wymachiwał palcami na wysokości oczu gagatka, który wydawał się być tak samo zdziwiony, jak barmanka. — Starczy. — W końcu się zmotywowała, odchrząknęła, by wydobyć z siebie coś więcej niż szept. — Levi — mruknęła, zaciskając kościste palce na jego ramieniu. Boleśnie, aby wiedział, że nie żartuje. — Nie wszyscy muszą wiedzieć, jak sprawne masz te palce — dodała i kiedy zdała sobie sprawę, jak dwuznacznie to mogło zabrzmieć, jak właściwie zabrzmiało, cień uśmiechu przemknął przez jej buźkę, a ona cofnęła swoją dłoń, obserwując jak Ackermann w końcu opuszcza miejsce, w którym w ogóle nie powinien się znaleźć.
Kto by pomyślał, że Levi dopuści się tego, aby wsadzać palce w czyjeś gardła. Mógł ten spryt i tę zwinność wykorzystywać w zupełnie inny sposób… i nagle jasnym stało się, dlaczego wcześniej towarzyszyła mu tutaj jedna z piękniejszych kobiet, jakie Aurora miała możliwość zobaczyć w swoim życiu. Uniosła obie brwi i aż się zadławiła powietrzem, gdy wnioski docierały do jej głosy w tempie i w sposób, na które nie była przygotowana. Zakasłała, a potem chwyciła po duży, szklany kufel z uchem i napełniła go piwem, podając je pyskaczowi.
Przyjęła kolejne zamówienie na podwójną szkocką z lodem i colą, sięgnęła po szklaneczkę i składniki, mieszając prosty trunek, gdy dotarły do niej słowa kotołaka. Za barem czuła się dobrze, osłonięta przed innymi wysoką ladą, która dla Leviego nie stanowiła żadnej przeszkody. Co też skwitowała cichym westchnieniem.
— Zamykam koło pierwszej. Możesz przyjść przed drugą — dodała, wzruszając lekko ramionami. Szkocka z colą znalazła się na blacie, a Rory odebrała należną za drinka gotówkę. W tygodniu najczęściej wychodziła koło drugiej, w weekendy najczęściej nad ranem, jeśli brała drugie zmiany, a tak było. Nie lubiła spędzać nocy sama. Wolała mieć zajęcie, a to, które gwarantowało jej osłonę i konieczność bycia w ruchu niemal cały czas, było zajęciem idealnym.
Poczuła to. To przeklęte uczucie stresu, które skręciło jej wnętrzności, gdy uświadomiła sobie, że będzie musiała z nim rozmawiać. Sama. O tym, co było. Co się działo. Pobladła jeszcze bardziej, ale skinęła mu głową i tyle. Krzątała się za barem, przygotowując kolejne drinki, robiąc łyk wody w międzyczasie i próbując zatuszować drżenie dłoni.
UsuńRory Nielsen
[Ja jestem stworzenie rytuałów i jak się uprę na jakiś wizerunek to będę go używać aż mi wyjdzie bokiem. Nie wiem czego spodziewałam się, klikając w "Kotołak", ale nie, że przez chwilę będę musiała się zastanawiać, kiedy mój kot stał ostatnio na tyle nieruchomo, żeby dało mu się zrobić wyraźne zdjęcie. Trzymamy za słowo w kwestii wątku i bardzo dziękujemy za powitanie!]
OdpowiedzUsuńDorian
— Wiem, że próbujesz — odparła, chcąc, aby miał tego świadomość. Chodziło jednak o to, żeby spróbował nieco bardziej.
OdpowiedzUsuńWpatrywała się w jego twarz, a widząc, jak Levi ogląda się za siebie, zerknęła w tamtą stronę. Nikogo, oprócz nich, tutaj nie było. Raczej żaden z funkcjonariuszy nie chciał się kłócić z Baldwiną, bo Heart zawsze wiedziała lepiej. Nie chodziło o to, że się wymądrzała, ale pamiętała każdą zasadę w azylu i często to wykorzystywała w takich sytuacjach. Być może była koszmarem funkcjonariuszy, a jeśli nie, to z całą pewnością tych pracowników, którzy lekko traktowali swoje obowiązki i nieco nadużywali władzy. Baldwina była jednym z trybików tej wielkiej, skomplikowanej machiny i nie miała zamiaru narażać ani miasteczka, ani mieszkańców.
— Więc to stało się poza azylem — skwitowała, co oczywiste. Ze słów Leviego zdążyła wyciągnąć jeden wniosek: to wszystko mogło być poważniejsze, niż się wydawało. Klątwy miały to do siebie, że były różne. Niekiedy wystarczyło proste zaklęcie czy rytuał, a niekiedy potrzebna była ofiara.
Baldwina miała talent do rzucania uroków i klątw, ale też sprawnie radziła sobie z cofaniem ich skutków. Jako kościeja, jeszcze w lesie, mimo że była znienawidzona, pomagała wieśniakom za dary. Futra, jedzenie lub inne przedmioty, które mogłyby się jej przydać – wszystko miało swoją cenę.
Cofnęła się o krok, widząc, jak Levi puścił krzesełko, a potem stało się… to. Chłopak zniknął, zostawiając po sobie ubrania. Teraz w gabinecie znajdował się czarny kot, który strząsnął z tylnej łapki skarpetkę i żałośnie zamiauczał.
Nie zareagowała od razu. Baldwina pomyślała o konsekwencjach, które ciągnęłyby się za nią, gdyby nie nałożyła run, ale w tej sytuacji, gdy Levi był kotem, nie była w stanie tego zrobić. Poza tym jeśli ktoś wymierzył w niego jakąś paskudną klątwę, runy mogłyby w ogóle nie zadziałać albo być słabsze niż dotychczas. Było wiele zmiennych, wiele niewiadomych i przez moment Baldwina poczuła nieznośnie swędzenie w palcach. Poskubała dwa razy dół swojej sukienki.
— Domyślam się, że gdybyś mógł się zmienić z powrotem w człowieka, to byś to zrobił, ale nie jesteś w stanie — odezwała się, nie licząc, że Levi jej odpowie. Mógł jedynie miauknąć albo zasyczeć.
Co jednak miała zrobić z kotem? Kucnęła przed zwierzakiem i wolno wyciągnęła rękę, najpierw pozwalając Leviemu wyczuć swoje palce. Wydała z siebie ciche mmm, jakby próbowała rozwikłać tajemnicę ciemnej materii, a ostatecznie powiedziała:
— Nie ruszaj się stąd.
Choć wątpiła, czy w ogóle by potrafił uciec w tym stanie. Poza tym nie podejrzewała Leviego o igranie z zasadami panującymi w azylu. Każdy musiał mieć nałożone runy – Baldwina była już świadkiem kilku nieprzyjemnych incydentów i zdecydowanie nie chciała, aby Ackermann dołączył do grona tych nieszczęśników.
Zebrała jego ubrania i schowała do swojej torby. Mogły się później przydać, a ona nie miała pod ręką żadnego męskiego odzienia w domu, żeby Levi miał w co się ubrać, gdyby jednak udało mu się przestać być kotem. Poza tym nie mogła zostawić tutaj jego rzeczy.
W raporcie opisała całą sytuację i wzięła odpowiedzialność za runy Ackermanna, a to znaczyło, że gdyby Levi faktycznie uciekł albo zrobił coś głupiego, to zostałaby odpowiednio ukarana. Baldwina jednak nie widziała innego rozwiązania. Co miała zrobić? Zostawić kota w gabinecie, czekać, aż Ackermann znów odzyska ludzkie ciało? Nie miała pojęcia, ile to może potrwać, a przecież jeszcze nie wiedziała nic o klątwie, z którą wrócił do miasteczka.
— Teraz cię podniosę. Wiem, że niektóre koty nie lubią noszenia, ale nie mamy innego wyjścia, więc zróbmy to szybko. Zabiorę cię do mnie, a tam pomyślimy co dalej — oznajmiła, schylając się do Leviego. Zrobiła to sprawnie, chwytając kota i przyciskając do siebie, a gdy zakładała płaszcz, było widać tylko jego czarny łepek. Pewnie gdyby wciąż miała serce, chłopak mógłby poczuć jego bicie, ale klatka piersiowa Baldwiny była pusta, więc kot musiał zadowolić się wystającymi obojczykami, miękkim materiałem białej sukienki i płaszczem, który zapewniał prywatność.
UsuńJej mieszkanko było małe, ale przytulne, wystrojem przypominając namiot cygańskiej wiedźmy i rosyjskie salony. Dywany na ścianach, stare meble, kryształowe żyrandole. Baldwina naprawdę lubiła to miejsce; uwielbiała swoją kuchnię, w której zawsze unosił się zapach cynamonu, salon, który zawalony był poduszkami, książkami, ubraniami i włóczkami, zawsze ciemną sypialnię i łazienkę, w której stała stara żeliwna wanna.
Wyciągnęła Leviego spod płaszcza, a potem pozwoliła, żeby jego łapy dotknęły wydzieranego koca na kanapie. Baldwina ściągnęła z siebie okrycie i popatrzyła w stronę zwierzaka, a im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej czuła, jak w jej głowie coś klika, przesuwa się, układa.
— Nie mogę nałożyć run… i teoretycznie powinny one znajdować się na ciele, ale w tym przypadku musimy spróbować czegoś innego — odezwała się. Podeszła do jednej z włóczek, rozciągnęła ją i przyczepiła mały ciemny guzik, a na nim, ryjąc szpilką, narysowała dwie określone runy. Baldwina nie wiedziała, czy to zadziała, ale chciała mieć coś, co pozwoliłoby jej dyskutować, gdyby któryś z funkcjonariuszy wpadł tutaj i miał zamiar urządzić piekiełko z powodu naruszenia.
Zbliżyła się do Leviego, luźno zawiązując włóczkę z guzikiem wokół jego kociej szyi, a potem usiadła naprzeciwko kanapy – jej twarz znajdowała się niemal przy zwierzęcym pyszczku.
— Czujesz jakąś różnicę? Jedno miauknięcie to nie, a dwa to tak. — Jej oczy delikatnie pulsowały, skupione, by wyłapać jakiś szczegół w kocim ciałku; coś, co pozwoliłoby jej dostrzec naturę schorzenia, które męczyło Leviego. — Miałeś bezpośredni kontakt z tym mężczyzną?
Baldwina Heart i kradzież kota
Baldwina widziała i doświadczyła wielu rzeczy. Niekoniecznie tych dobrych, jeszcze wtedy, gdy żyła w wiosce, wśród wieśniaków, a potem w lesie, kiedy zmierzyła się z siłą starego, zimnego Kościeja.
OdpowiedzUsuńKlątwy, choroby, złorzeczenie, wróżenie – w ten sposób jakoś sobie radziła. Ludzie przychodzący do lasu zawsze czegoś pragnęli, a w zamian składali ofiary. Chleb, wino, wełna. Nie prosiła o żadne kosztowności, choć zdarzyło się, że tego żądała, gdy któryś z wieśniaków nie miał niczego innego. Wszystko miało swoją cenę, nic nie mogło być dobrodusznym uczynkiem zrodzonym z serca, które nie biło już w jej klatce piersiowej, bo wtedy pokazałaby, że ma w sobie coś łagodnego, a łagodność nigdy jej nie sprzyjała.
Levi jednak nie był kolejną nic nie znaczącą osobą, o której byłaby w stanie zapomnieć w ciągu dnia lub dwóch. Nie oczekiwała też ofiary. Chciała mu pomóc, bo się przyjaźnili, i to od wielu lat. Baldwina wciąż pamiętała, gdy Levi miał zaledwie szesnaście lat i trafił do azylu, a teraz był dorosłym mężczyzną i nijak nie przypominał już nastolatka, któremu wciskała ciastka i inne słodkości.
Przyjaźń w ogóle była dla niej ciekawym konceptem. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu odrzuciłaby możliwość, aby mieć kogoś bliskiego; kogoś, kto będzie wiedział o niej więcej niż jej imię. Gdy po raz pierwszy spotkała się z serdecznością, nie wiedziała, jak zareagować. Wędrując z cyrkiem, szybko pojęła, że tylko w grupie jest w stanie przetrwać. Nauczyła się też, że nie każdy ma tendencję do krzywdzenia innych i że to wynika raczej z czegoś, co siedziało w człowieku o wiele, wiele głębiej.
Pojawiając się w miasteczku, nie oczekiwała zbyt wiele. Chciała jedynie ciepły kąt, własne łóżko i trochę jedzenia. Nie przypuszczała, że jakiś czasem potem będzie mieć mieszkanko, kuchenkę i naprawdę wygodny materac z miękkim kocem – to było więcej, niż śmiałaby kiedykolwiek prosić.
A teraz była tutaj, z kotołakiem, który ewidentnie niezbyt dobrze się czuł. Nie wiedziała, czy słusznie wzięła Leviego ze sobą, ale jeśli by tego nie zrobiła, to zapewne Ackermann znów spotkałby się z funkcjonariuszami. Kto wie, może tym razem byliby milsi.
Zauważyła, że położył po sobie uszy, ale nie miała pojęcia, co powiedzieć, żeby pocieszyć Leviego. Nie chciała niczego obiecywać, bo gdyby zrobiło się paskudnie, to byłaby to jej wina. Lepiej więc było trzymać się faktów: brak run, guzik, który miał je imitować, Levi w formie kota, klątwa, chaos. Najprawdopodobniej żaden z urzędników nie doświadczył tego typu sytuacji – jeśli jednak zostałoby to opisane w dokumentacji, Baldwina już dawno by po nią sięgnęła.
Levi miauknął raz, a potem stało się… coś wybitnie niespodziewanego. Jej fioletowe oczy rozszerzyły się lekko, ale Baldwina nie cofnęła się ani nie wykonała żadnego ruchu. Po prostu się gapiła, jakby z opóźnieniem rejestrowała goliznę Ackermanna. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio widziała nagiego mężczyznę, co wywołało w niej gwałtowne i zdecydowanie niechciane zawstydzenie. Przez twarz Baldwiny przemknął rumieniec, bardziej widoczny na tle białej skóry, a cztery wolne mrugnięcia oznaczały, że podzielała panikę Ackermanna.
Chłopak wykonał gwałtowny gest, zakrywając swoje intymne miejsce, a Heart otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale potem Levi znów zmienił się w kota, a potem w człowieka…
Dopiero słysząc, że będzie rzygał, podniosła się i zanim faktycznie Levi opróżnił swój żołądek, podsunęła pod jego nos najbliższą rzecz, która mogłaby robić za miskę. Baldwina poświęciła jednego ze swoich kwiatków, który do tej pory dzielnie rósł w doniczce, teraz jednak został dość brutalnie potraktowany.
Usuń— Wszystko będzie dobrze — odezwała się, a potem złapała za koc, aby okryć materiałem sylwetkę Leviego. Nie wiedziała, czy znów za chwilę nie będzie kotem, więc nie było sensu podawać mu ubrań, ale też nie chciała, aby siedział nago i przejmował się tym, co mogła zobaczyć, a właściwie co już zobaczyła.
— Nie ruszaj się stąd. I trzymaj doniczkę — poleciła, przechodząc przez salon. Jeśli mogła jakoś pomóc w tym momencie, to tylko tym, że poratuje Leviego ziołami. Wciąż nie udało im się porozmawiać o tym, co wydarzyło się poza azylem, ale jeśli kotołak miał zamiar wymiotować i zamieniać swoje formy kilka razy w przeciągu kilku minut, to lepiej było zająć się jego stanem.
Otworzyła kuchenną szafkę nad zlewem i wyjęła mały, płócienny woreczek. Wysypała na blat suszony piołun, kilka listków mięty i odrobinę startego imbiru. Zawahała się sekundę, po czym dodała szczyptę soli. Czajnik już się grzał, a gdy woda zawrzała, zalała zioła w glinianym kubku. Zapach był gorzki, drażniący.
Stała nad naparem chwilę dłużej niż gdyby to robiła, podając herbatę czy kawę. Oparła dwa palce o krawędź kubka. Ciepło ostro przeszło przez jej skórę. Magia Baldwiny nie była widoczna; nie było światła ani dźwięku, jedynie delikatne napięcie w powietrzu.
— Wypij to. — Zbliżyła się do Leviego, który zajmował kanapę, ale widząc jego stan, pochyliła się nieco i pomogła mu trafić kubkiem do ust; jedną rękę trzymała po jego brodą, drugą obejmowała kubek.
minuta ciszy dla obrzyganego kwiatka... Winnie i jej ziołowe czary-mary
Baldwina zdawała sobie sprawę z tego, że Levi się starzał, że z każdym rokiem był bogatszy o pewne doświadczenia i że za jakiś czas jego twarz przykryje kilka zmarszczek, że włosy staną się rzadsze, siwe. Wiele razy myślała o tym, czy nie zaproponować mu kilku kropelek martwej wody, bo ta leczyła rany, a jej picie dawało długowieczność, ale gdyby powiedziała o tym głośno, musiałaby zażądać czegoś w zamian, a Baldwina nie wiedziała, czego mogłaby chcieć od Leviego Ackermanna. Brała też pod uwagę to, że kotołak mógłby po prostu pragnąć godnie się zestarzeć. Może właśnie to było kwintesencją życia – starość, a później śmierć.
OdpowiedzUsuńBaldwina nie mogła umrzeć tak po prostu. Ciało szybko się leczyło po urazach, nawet tych poważnych, które teoretycznie powinny być śmiertelne, bo całe jej jestestwo było zamknięte w sercu schowanym w czarnej skrzynce pod łóżkiem. Stary Kościej powiadał, że w ten sposób kościeje mogą przetrwać tysiące lat, że zbierają wiedzę, a gdy któryś jest gotów, aby umrzeć, zazwyczaj szuka swojego następcy.
Rumieniec i zawstydzenie miały swoje wytłumaczenie, choć nie to było teraz ważne. Baldwina bardziej przejęła się owym rzyganiem i stanem Leviego, żeby dłużej pomyśleć o tym, że jej twarz wygląda jak lico nieśmiałej, niewinnej dziewczyny, która jeszcze nigdy nie widziała żadnego mężczyzny nago. Poza tym może i dobrze, że Ackermann niczego nie dostrzegł, inaczej mógłby jej to wytknąć, a Levi miewał charakter typowego czarnego kocura, który robił to, co chciał. Kiedyś Baldwina usłyszała od kogoś, że koty wybierają sobie swoich niewolników – co, jeśli właśnie dała się spętać tej kociej mordce?
— Następnym razem postaram się, żeby nie śmierdział — odpowiedziała, słysząc jego narzekania, co akurat było trochę zabawne, bo w całej tej sytuacji Levi doskonale wyczuł, że napar nie był raczej pyszną kawą z pianką i cynamonem.
Obserwowała, jak pił, pilnując, aby wlał w siebie wszystko, a potem posłusznie zabrała ręce, gdy odepchnął kubek od swojej twarzy. Nie zrobił tego gwałtownie, ale stanowczo, co Baldwina uznała za dobry znak. Gdyby wciąż czuł się tak źle jak wcześniej, zapewne nie byłby w stanie zrobić żadnego konkretnego ruchu.
Odłożyła kubek, stawiając naczynie obok bibelotów ozdabiających stary, nieco podniszczony kredens, i spojrzała w stronę Leviego, który oparł się o kanapę. Obejmował doniczkę, jakby była jego kotwicą, i okrył się bardziej kocem – dobrze, że był tak duży, aby wszystko zasłonić.
Nie odezwała się, pozwalając Leviemu odpocząć, a raczej dojść do siebie po wypiciu śmierdzącego naparu. Wiedziała, że to pomoże, ale w tej sytuacji mogło być różnie, dlatego jedynie obserwowała, a kiedy Ackermann otworzył jedno oko, które ewidentnie się w nią wbiło, podeszła bliżej.
— Mhm, cieszę się, że już nie wymiotujesz i że nadal masz co najmniej dziewięć kocich żyć — odpowiedziała, siadając obok. Bezceremonialnie wyciągnęła dłoń, aby dotknąć czoła Leviego. — Lepiej wyglądasz, nie jesteś już tak blady, to dobrze, ale masz lekką temperaturę.
Zabrała rękę i nie wiedząc, co z nią zrobić, położyła ją obok drugiej, zajmując swoje kolana. Palce Baldwiny zaczęły delikatnie skubać materiał białej sukienki.
Usuń— Więc? Opowiesz mi o tym, co się stało poza miasteczkiem, dopóki wciąż jesteś człowiekiem? — spytała. Teraz liczyło się to, że Levi nie był kotem i mógł cokolwiek powiedzieć. Poza tym Baldwina chciała zająć się klątwą, która nie wydawała się aż tak koszmarna; widziała o wiele gorsze rzeczy, a ofiary niekiedy kończyły nieprzytomne, leżąc w kałuży własnej krwi. Kiedyś przyszedł do niej mężczyzna, który wymiotował ślimakami, a innym razem pojawiła się kobieta, której czerniały i odpadały palce. Klątwy były różne, miały swoje określone działanie, czasem miały być jedynie nauczką, a niekiedy zemstą. Te, które określało się mianem najbardziej paskudnych, atakowały szybko, najczęściej doprowadzając do śmierci.
Zerknęła w jego stronę, obserwując jego wciąż bladą, ale nie trupiobladą twarz. Omijała oczywiście same oczy, nie nawiązując kontaktu wzrokowego, ale o tym akurat Levi doskonale wiedział, więc nie mógł być zdziwiony tym dziwacznym zachowaniem.
Baldwina Heart i troska o dziewięć kocich żyć 😺
Gdyby otworzyli się przed sobą i porozmawiali, chociażby ze względu na to jak długo już trwa ich znajomość, zapewne oboje byliby zaskoczeni, ile ich łączy. Przyjmowanie narzuconych ról - to brzmiało perfekcyjnie i niezwykle trafnie, również w przypadku Noor. Choć jak Levi nie wiedział, kim jest, gdy wszystkie te role odrzuci, ona miała świadomość, co pozostaje poza płaszczem pozorów i oczekiwań. Dziecko mieszaniec, gwałt na naturze, istota której nie powinno być. Dubois choć poniekąd lubiła siebie, nie podobało jej się to kim jest i choć nie miewała żadnych załamań czy epizodów, ani nie targnęła się na swoje życie więcej niż raz, to nie ulegało wątpliwości, że jej nieufność, ostrożność i odgradzanie się od wszystkich i wszystkiego szkodą jej i zatruwają ją na własne życzenie. Pielęgnowała poczucie niezrozumienia i bycie wybrykiem i nie umiała się sama od tego odciąć.
OdpowiedzUsuńLevi zawsze wydawał jej się uprzejmy i nawet sympatyczny w tym najbardziej ponurym i marudnym nastroju. Wszystko w nim było kocie, ale Noor koty lubiła i nawet ta niezależność i nietykalskość, przemawiały do niej. Może zwyczajnie wyczuwała wszystko to, czego Levi nie pokazywał, a że w tym akurat byli podobni również, lubiła go.
- Mogłabym być macochą a nawet jedną z myszy - stwierdziła, nieco mocniej w odpowiedzi na to droczenie, kończąc wiązanie bandaża. Nie uśmiechnęła się, ale zrozumiała przekaż i coś wesołego przeskoczyło jej w spojrzeniu. Nie była urażona, ale skupiała się na tym, by poskładać do kupy kotołaka i to stanowiło w tej chwili priorytet.
Noor była miła, ale trzymała rezerwę. Pozostawała stabilna w tym chaosie emocji, które wycieńczały ją niekiedy za bardzo. Zapewne gdyby pozwoliła sobie mieć przyjaciół, na pewno umiałaby o nich dbać, bo tliło się w niej wiele troski i czułości, tyle że zazwyczaj wszystko zostawało zduszone w zarodku. Była przekonana, że jej bliskość oznacza zgubę, że jej ciepło może sparzyć i ona sama stanowi po prostu zagrożenie, nawet jeśli przekonywała się na każdym kroku, że tutaj dzięki runom, nie skrzywdzi nikogo. A jednak mijało pięć lat, a ona nadal nie umiała ufać samej sobie i tylko wyjątki liczone na palcach jednej ręki potwierdzały, że nie jest chodzącym złem.
Spojrzała na niego z uśmiechem, pochylając się nisko, by znaleźć tuż przy jego twarzy z patyczkami i wacikami zamoczonymi w płytkiej miseczce wypełnionej rzadkim płynem o silnym zapachu ziołowo-alkoholowym z domieszką jeszcze czegoś tak specyficznego, aż jednocześnie ciężko było to wychwycić i nazwać.
- Usiądź sobie wygodnie i odchyl proszę głowę - poprosiła, z rozbawieniem chwytając pierwszy wacik, którym miała zamiar zabrać całą krew z rozbitego nosa i twarzy. - To tak naprawde nieistotne ile mam lat... ale strzeliłeś. W maju będę obchodzić urodziny, dwudzieste piąte. Mówisz, że nie widzisz zmian, od kiedy się znamy, ale przecież młode osoby się nie starzeją - rzuciła pogodnie, bo akurat ta rozmowa była całkowicie abstrakcyjna. Zupełnie jak wydawało jej się abstrakcyjne obchodzenie jakichkolwiek rocznic, bo czas oznaczał długość ucieczki, a nie czekanie na coś wyjątkowego... i to również się nie zmieniło od przyjazdu do azylu.
UsuńZnów zamilkła, skupiona na tym, aby delikatnie i ostrożnie wyczyścić mu nos z krwi. Nie wydawał się złamany, ale na pewno coś tam zostało poruszone i miało pozostać tkliwe nim się nie wygoi. Jej drobne palce poruszały się przy twarzy kotołaka zwinnie i nie wyrządzały mu dodatkowego bólu.
- Naprawdę... ja się nie znam na flircie, ale to chyba nie tak powinno wyglądać po wszystkim Levi - stwierdziła w końcu, gdy zaczęła po prostu delikatnie dojeżdżać mokrymi patyczkami pod samym nosem. Może jej komentarze były upierdliwe i za mocno trzymała się tego tematu, ale gdy Noor pozwalała sobie na troskę i zmartwienie, to trzymała się tego kurczowo. - I teraz będziesz musiał nieco odczekać, bo chyba pół twarzy będziesz mieć sine i żadnej nie złapiesz nawet na swój urok osobisty - spojrzała mu na krótką chwilę w oczy, by skontrolować, czy jej słucha i czy nic go na pewno nie boli, po czym sięgnęła po kolejny namoczony patyczek i tym razem wsunęła go ostrożnie w lewą nosową dziurke, aby mu wszystko, dosłownie wszystko wyczyścić i odkazić.
Noor 👩⚕️
Levi, gdyby powiedział o swoich wrażeniach głośno, miałby rację, choć Baldwina raczej nie określiłaby się szczęśliwą. Rzadko nazywała emocje, ale jeśli pełny brzuch, ciepły kąt i zajęcie, które nie sprawia jej bólu, były czymś, co mogło owe szczęście oznaczać, to tak, była szczęśliwa. I niczego więcej nie potrzebowała. Przez te wszystkie lata dbała o swoje mieszkanko i rzeczy, których już nikt nie chciał, nauczyła się gotować i piec, bo w końcu przestała głodować. Nie musiała ani podkradać jedzenia świniom, ani prosić o okruchy dziwadeł z cyrku. Poziom jej życia zdecydowanie się podniósł, a Baldwina wciąż cieszyła się z małych, najmniejszych rzeczy.
OdpowiedzUsuńUwielbiała, gdy Levi przynosił jej różne owadzie okazy. Wtedy jej fioletowe oczy zdecydowanie błyszczały i zaczynała mówić o robakach, tłumaczyć kotołakowi, jak zbudowany jest żuk i rzucać ciekawostkami. Jedną z nich, może dość niefortunną, którą mu wyznała, dotyczyła żuka gnojownika, który potrafi przetoczyć kulę odchodów ważącą 1100 razy więcej od niego samego. Potem zazwyczaj proponowała Ackermannowi kawę lub herbatę oraz domowe ciasteczka, a gdy wychodził, wciskała mu jeszcze pojemnik z ciastem – dla niego i dla Thatchera.
I być może, gdyby zaproponował jej jakiegoś ładnego żuka w zamian za martwą wodę, zgodziłaby się. Kto powiedział, że musiało być to coś drogocennego i ważącego tony złota? Levi nie był wieśniakiem, który w każdej chwili mógł rzucić w nią kamieniem czy ją opluć, bo była przeklęta – co najwyżej spodziewałaby się z jego strony jakiegoś syknięcia lub drapnięcia. Był kotem, a koty miały zmienne humory. I Baldwina to rozumiała, choć za każdym razem, gdy widziała Leviego w formie kota, chciała wtulić nos w jego kark i powąchać sierść. Pewnie pachniał miękko i ciepło.
Baldwina nie wiedziała zbyt dużo o kotołakach, jedynie tyle, ile powiedział jej Ackermann i jeszcze trochę raczej suchych faktów, aby jak najlepiej dopasować runy do jego istoty. Osoby paranormalne raczej niechętnie mówiły o swoich mocach, co zresztą wynikało z ogólnej sytuacji i samego w sobie braku zaufania. Dlatego też niekiedy podczas nakładania run bywało nieprzyjemnie, szczególnie gdy nowo przybyły osobnik bardzo cenił sobie korzystanie ze swoich darów i nie chciał, aby ktokolwiek je ograniczał. Podchodziła do tego bez większych emocji, wiedząc, że runy muszą zostać nałożone, nie obchodziło jej za bardzo, co ktoś jej oferował, aby tego uniknąć – ostatecznie Baldwina Heart jako urzędniczka zapewne była postrzegana jako ta, która ma kij w tyłku.
Pewnie gdyby sytuacja była inna, Baldwina wcale nie odwróciłaby wzroku tak szybko. Nie wstydziła się ludzkiego ciała, bo tańcząc w cyrku, przebierała się zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami. Widziała wiele sylwetek, chudych, grubych, umięśnionych, słabych – chodziło raczej o to, że to ciało należało do Leviego Ackermanna, a choć smukłe i silne, i z ładnymi mięśniami i skórą, to wydawało jej się to… nieodpowiednie. Poza tym pewnie Levi wyglądał lepiej, gdy nie rzygał.
— To pewnie dlatego tak idealnie grzeją — odparła, gdy wspomniał o temperaturze kotów i kotołaków. Uśmiechnęła się lekko, słysząc o Coventry i jego babci. — Co wtedy robiła?
Nie musiał odpowiadać, jeśli nie chciał, ale rzadko rozmawiali o jego rodzinie. Baldwina jednak chętnie posłuchałaby o historii Ackermannów, kotołakach, lekarzach i Coventry.
Czuła jego wzrok wzbity w jej dłonie. Nie przeszkadzało jej to. Jej palce wciąż skubały sukienkę, przesuwały się po materiale; paznokcie delikatnie wbijały się w krańce, szczypały i wygładzały.
Nie odzywała się, pozwalając Leviemu mówić, zastanawiać się i przyznać do tego, że nie pamiętał. Przechyliła lekko głowę, gdy to wyznał.
— Spokojnie, nie zmuszaj się — odparła, zerkając w jego stronę. — Zapewne to wina klątwy. Ktoś nie chciał, żebyś cokolwiek pamiętał z tego spotkania, dalsze próby mogą okazać się więc dość… nieprzyjemne.
UsuńMając przechyloną głowę, czarny pająk z irytacją zaczął przemierzać białe pasma, szukając sobie nowego miejsca. Zwierzak poruszał się szybko, ale nagle zatrzymał się gwałtownie, a Baldwina zdała sobie sprawę, że duch wyczuł obcą energię, magię. Nie myliła się więc – Levi został przeklęty.
— Ufasz mi, prawda? — spytała, choć nie pozwoliła mu odpowiedzieć, bo od razu dodała: — Po prostu się nie ruszaj.
Nagle za plecami Baldwiny pojawiła się istota o sylwetce, której nie dało się przypisać ani człowiekowi, ani zwierzęciu. Z jej pleców wyrastały długie, nienaturalnie cienkie łapy, rozpostarte szeroko niczym pajęcze odnóża, wygięte w ostrych kątach. Każde z nich opierało się o podłogę z cichą, niemal ceremonialną precyzją. Czarne i lśniące, zdawały się nie mieć końca. Pośrodku tej upiornej konstrukcji wisiała ludzka sylwetka – wychudzona, z widocznymi żebrami, napiętą skórą, zwieszona bezwładnie, jakby przytwierdzona do kościstego rusztowania. Jej długie, ciemne włosy opadały ciężko, zasłaniając twarz wygiętą w przerażającym grymasie.
Levi wiedział o Limnarze, ale do tej pory nie miał okazji, aby zobaczyć ducha w tej formie. Pajęczak zawsze wędrował gdzieś po jej głowie, ukrywając się we włosach, albo przemierzał swetry, szukając sobie miejsca. Tym razem pokazał się bez filtrów – nie biło jednak od niego nic złowrogiego. Levi Ackermann nie był kimś, kogo Limnar uważał za zagrożenie. Nie robił niczego, co mogłoby zagrozić sercu Baldwiny, które bezpiecznie leżało w czarnej skrzynce pod łóżkiem w sypialni.
— Możemy zdjąć klątwę dość szybko, ale może to trochę zaboleć. Mój duch pożywi się twoją krwią lub włosami, zabierając przeklętą energię. Najpierw jednak zawrzemy układ, ja, jako kościeja, i ty jako ktoś, kto bardzo potrzebuje pomocy. Zdejmę klątwę, a ty… — Oparła dłonie o kolana, dociskając palce do swoich ud, aby przestać skubać sukienkę. — A ty… pozwolisz mi wtulić się w twoją sierść, gdy będziesz kotem.
Baldwina Heart, Limnar i propozycja nie do odrzucenia!
Smaki ich samotności były całkiem różne. Jeśli jego drzewo genealogiczne było potężne, ona widziała swoje jako rozłożyste z jedną odstającą, długą i wysuniętą daleko od innych gałęzią - tam była ona. Nie nienawidziła swojej matki za brak miłości, ale nie umiała jej tego również wybaczyć. Była odchowana, a nie wychowywana, miała dom i zapełnioną lodówkę, nie brakowało jej jedzenia, czystych ubrań, ani dachu nad głową, ale to nie był taki dom, do którego chce się wracać. W jej przypadku, był to taki z którego nieustannie szykowała się do odejścia, do ucieczki wbrew wszystkim i wszystkiemu. To nie było jej schronienie, nie było to jej miejsce nigdy. Opieka jaką ją otoczona pozbawiona była ciepła, nie pozwalano jej zapomnieć o tym, że jest mieszańcem, wyrzutkiem, skazą, a gdy podrastała jasnym stało się, że dla niektórych lepiej by było, gdyby do narodzin nie przetrwała. Więc tak - Levi miał wyjątkowe szczęście, że przyszedł w rodzinie, która go chciała i w której był wystarczający.
OdpowiedzUsuńWyobcowanie towarzyszyło jej od zawsze, ale ona nie starała się go ani zrozumieć, ani wymazać. Pielęgnowała w sobie poczucie, że jest inna, przykrywając to uśmiechem, opanowaniem, spokojem. Nikt nie był w stanie ani jej zrozumieć, ani jej pomóc, więc sama starała się przynajmniej innym nie szkodzić. I w przeciwieństwie to kotołaka, dopiero tutaj odetchnęła. Tutaj każdy był inny na swój sposób, oddzielenie świata magiczną granicą znaczyło dla niej nieco więcej, niż ucieczka od ludzi i ochrona przed ich nienawiścią. Dla niej runy ograniczające jej moce były zbawieniem i przynosiły ukojenie udręce.
- Myszy potrafią zaskakiwać, Levi - zauważyła z namysłem, może tym razem troszkę drocząc się z nim od drugiej strony. - Kto wie, może ja byłabym tą, którą byś polubił - uśmiechnęła się kącikiem ust na tę myśl. To dalej było abstrakcyjne.
Zdała sobie sprawę, że nie zwracała uwagi na błąkające się niekiedy po uliczkach miasteczka zwierzęta. Kruki były tylko krukami, koty kotami, wilki w lasach wilkami. Nie patrzyła dalej, nie sięgała głebiej, żyjąc z dnia na dzień. Możliwe że kilka razy Levi przebiegł jej pod apteką w postaci kota, ale zbyt zajęta codziennymi obowiązkami, nawet tego nie zarejestrowała. Było to zastanawiające, ale nie miała zamiaru się siebie za to wstydzić, najwidoczniej to w jakiej kto był postaci, nie stanowiło aż tak istotnej kwestii. Noor nie lubiła komplikacji, więc i problemów i ukrytych znaczeń nie szukała na siłę.
Pracowała z uwagą, szybko ale i ostrożnie. Miała wprawę w tym i wielu innych tematach, apteka pozwalała jej niekiedy kogoś załatać, nie tylko polecać napary na migrenę i zioła do utarcia samemu przy alergii czy poparzeniu. Ręce miała przyjemnie chłodne i zręczne, a na komentarz o swoim spojrzeniu zaśmiała się już wyraźnie, choć cicho i pochyliła nad nim tak, że praktycznie nad nim zawisła. Oparła dla wygody dłoń z miseczką na jednym podłokietniku i tymi oczami, które komentował, przyjrzała mu się dokładnie.
- Jeśli to flirt, to jesteś najgorszy, szczególnie że brzmisz jak lekko najechany ropuch - oznajmiła z rozbawieniem, wracając zaraz do pracy, bo zostało im niewiele z tego oczyszczania.
Noor się nie zmieniała, to fakt i sama nie do końca wiedziała nawet, czy będzie żyć jak wiedźmy dłużej od zwykłego człowieka nawet bez stosowania czarów. W jej oczach osiadała siarka, w krwi płonął ogień, a ona sama po prostu była pomiotem z skazaną krwią. Miała starą duszę i to pewnie to dostrzegał w jej spojrzeniu Levi, ale sama na razie miała i czuła się tylko na te dwadzieścia pięć lat. Nie miała nawet kogo spytać, co będzie dalej i czego powinna oczekiwać, ale chyba ani starości, ani zmian w sobie się nie bała. To przynajmniej byłoby coś tylko jej i chyba przez to byłoby to dla niej cenne.
UsuńMiała wrażenie, że jego trudności z oddychaniem wzięły się stąd, że gdzieś głęboko utknął jakiś skrzep i Levi będzie musiał po prostu niedługo to mocno wydmuchać. Aż go zaboli i pewnie zakręci mu się w głowie, nie tylko zaswędzi w nosie, ale przynajmniej się tego pozbędzie. Mogła mu tam zajrzeć i wszystkim się zająć, ale... już po chwili okazało się jasne, że nic z tego. Gdy kotołak odskoczył, Noor odstawiła miskę i patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami. Zaskoczył ją.
- Boisz się patyczków? - spytała po prostu i nie minęła sekunda, a musiała aż oprzeć się tyłkiem o blat biurka i roześmiała tak głośno, aż rozbolało ją w klatce.
Słodki śmiech Noor brzmiał jak najsubtelniejsza melodia, rozbrzmiewał w wnętrzu zaplecza niczym delikatny szelest skrzydełek ważki w letni wieczór, poruszając szklane fiolki poukładane starannie na regałach. Ten dźwięk był zarazem lekki i kuszący, jak odgłos kropli miodu spływającej po cienkiej szklance na palce, a jednocześnie pełen nieodpartej zmysłowości. Brzmiał jak cichy kuszący szept, który zdaje się unosić wszędzie wokół, wabiąc słuchacza do zanurzenia się głębiej w jego niepoznane tony.
Jej śmiech był zgubny, bo działa jak urok, który wprowadza w stan fascynacji i pozostawia tlący się w tyle czaszki niepokój. Noor jednak nie była teraz świadoma, że może wedrzeć się pod kości kotołakowi i na pewno nie miała złych intencji, tak spontanicznie wybuchając wesołością. Najwyżej Levi będzie o niej myślał troszkę dłużej i częściej przez kilka kolejnych dni i nocy, bo runy nie pozwalały na opętanie i zgubny koniec.
- To urocze- tchnęła jeszcze tę krótka uwagę, nabierając powietrza i lekko ocierając palcami delikatną skórę pod okiem, zupełnie jakby musiała zetrzeć łzę.
Noor ✨
— To całkiem miłe wspomnienia — odparła, uśmiechając się. — Pomijając, oczywiście, gorączkę.
OdpowiedzUsuńBaldwina nie miała normalnej rodziny. Urodziła się w biednej rodzinie jako przeklęte dziecko, o którym nikt nie chciał pamiętać. Nie wiedziała, jak dokładnie przeżyła jako noworodek, ale podobno jedna ze starych kobiet o to zadbała. Potem jednak wcale nie było lepiej. Stała się wyrzutkiem, którego traktowano gorzej niż zwierzę hodowlane. Świnie, krowy czy kozy – one były użyteczne, a Baldwina? Ani trochę, więc nic by się nie stało, gdyby któreś uderzenie ją zabiło. Szybko nauczyła się więc być niewidzialna, przemykała między wieśniakami niemal bezszelestnie, jadła to, co dawano świniom, a niekiedy spała wtulona w wielkie cielska, gdy przychodziła sroga zima. Nie miała więc nikogo, kto zaprowadzałby ją do lekarza ani się o nią troszczył, bo nawet kiedy dołączyła do cyrku, liczyło się tylko to, jak wysoko umiała się unieść, jak bardzo się wygiąć, jak mocno wyeksponować drobne ciało, by taniec wyglądał lekko.
Limnar był z nią od dawna. Kiedyś żył głęboko w lesie, zabijając zagubionych w borze wieśniaków – tam, gdzie miał swoje leże, wisiały kokony w kształcie ludzkich sylwetek. Baldwina znalazła pajęczaka, gdy ten był martwy. Nie wiedziała, jak umarł, ale pamiętała, że ogarnęło ją wtedy głębokie współczucie do strasznej, powykrzywianej kreatury. Dlatego przyzwała jego ducha i związała się z Limnarem paktem. Od tamtej pory pająk żywił się jej skórą, włosami i krwią. Jego odnóża poruszały się precyzyjnie, w rytm upiornego głodu, wykonując długie, wąskie, równe cięcia. Duch najczęściej wybierał miejsca, gdzie skóra była delikatna; wewnętrzna strona przedramion, łopatki, bok żeber. Nigdy twarz. Nigdy dłonie. Blizny nie były chaotyczne. Tworzyły wzór – pajęczą sieć rozciągającą się po jej plecach, delikatne, białe linie przecinające ciało pod odpowiednimi kątami. Kiedy światło padało na nie z boku, wyglądały jak srebrne nici wszyte pod skórę.
Widząc reakcję Ackermanna, poczuła się nieco… zawstydzona i poruszona. Nie spodziewała się, że Levi będzie zachwycony duchem, ale jego syknięcie zdecydowanie mówiło wiele. Baldwina spuściła wzrok, przez moment żałując, że zdecydowała się pokazać Limnara, który z całą pewnością mógł wywoływać różne emocje. Nie był przyjemnym duchem, który zachwycał, wręcz przeciwnie. Pajęczak jednak nie poruszył się ani nie zareagował, choć doskonale wyczuwał zmianę w postawie kotołaka – upiorna głowa przechyliła się gwałtownie, słysząc męski głos.
— Jeśli obawiasz się bólu, wezmę włosy — powiedziała szybko, jakby nie chcąc jeszcze bardziej się pogrążać w tej sytuacji. Zamrugała wolno dwa razy, próbując jakoś przełknąć to, że teraz Levi zapewne miał ją za jeszcze większą dziwaczkę.
Zaczęła nerwowo wbijać paznokcie w swoje uda, miętosząc sukienkę, a potem dodała nieco niepewnie:
— Przez runy ograniczające moce nie mogę przyzywać Limnara tak często, więc… ja… mmm… po prostu… nie chciałam cię przestraszyć.
Poczuła jego wzrok, ale Baldwina usilnie patrzyła w bok, spięta i zdecydowanie mniejsza niż zwykle. Bała się, że od teraz Levi zacznie ją postrzegać jako przeklętą i że być może właśnie straciła jedną z bliższych osób, które akceptowały jej dziwactwa, a choć nigdy nie szukała owej akceptacji, to nie chciała, aby cokolwiek się zmieniło.
Pokiwała lekko głową, słysząc, jak się zgadza. Wstała niemal mechanicznie z miejsca, a potem sięgnęła po stare nożyce i czarną nitkę – wszystko trzymała w wiklinowym, nieco pożółkłym koszyczku. Zbliżyła się do Leviego, a potem ujęła jeden z kosmyków włosów, skręciła między plecami i odcięła.
Zawinęła pasmo w czarną nić, splatając je trzy razy. Każde owinięcie było ciasne i dokładne.
— Nie ruszaj się — poprosiła, zerkając w stronę Leviego.
Baldwina podała związane włosy duchowi, podsuwając w jego stronę otwartą dłoń. Nić napięła się, choć nikt jej nie dotykał, a kosmyk zadrżał niepokojąco.
UsuńHeart odwróciła głowę w stronę Leviego, który drgnął. Jego pierwszy oddech powinien być gwałtowny, kolejny – urwany. Kościeja wiedziała, że jego źrenice się rozszerzyły, kolor skóry stał się bielszy, a napięcie weszło w szczękę.
Limnar pochylił się nad kotołakiem i dotknął kosmyka włosów, który wcześniej podała mu kościeja. Tasiemka napięła się i zaczęła ciemnieć, jakby nasiąkała smołą. Pająk poruszył szczękoczułkami. Nie gryzł ciał – gryzł coś, co do ciała przylgnęło.
Z przestrzeni nad klatką piersiową kotołaka zaczęła wyciągać się cienka, czarna nić — niewidoczna dla zwykłego oka, ale boleśnie wyczuwalna. Drgała. Szarpała się. Limnar chwycił ją precyzyjnie.
Pierwsze szarpnięcie było delikatne. Drugie mocniejsze. Ruchy pająka były precyzyjne – oplótł czarną nić cienką pajęczyną, zagęścił ją, a klątwa zaczęła się kurczyć. Zamiast rozpraszać się w powietrzu, była zwijana, rolowana, aż przybrała formę ciemnego, pulsującego skupiska. Limnar podniósł je do otworu gębowego. I połknął.
Klątwa została pożarta, ale w tej samej chwili Baldwina poczuła, jak coś głęboko w niej zaczynało pęcznieć. Jakby smak obcej magii osiadł w jej żołądku. Metaliczny. Gorzki. Zbyt ciężki.
Powietrze zgęstniało w jej płucach. Wciągnęła je za szybko – dotknęła dłońmi swojej głowy, przez ułamek sekundy obraz przed jej oczami rozmył się tak bardzo, że nie wiedziała, czy wciąż znajduje się w swoim małym, zagraconym mieszkanku.
— Limnar strawi to do świtu — odezwała się cicho, gdy odzyskała świadomość bycia. — Jak…? — urwała w połowie zdania, czując, jak duch zaczyna się kurczyć, zabierając swoją zapłatę.
Poczuła to natychmiast. Najpierw chłód, a potem ostry, precyzyjny ból, jakby po jej plecach sunęło niewidzialne ostrze. Limnar nie rozrywał skóry. On ją zdejmował.
Cienkie pasma naskórka odchodziły w równych, promienistych liniach, rozchodząc się od kręgosłupa. Każde cięcie było połączone z następnym, aż zaczęły tworzyć wzór – pajęczynę rozciągniętą między łopatkami.
Krew nie płynęła swobodnie. Sączyła się wzdłuż wyznaczonych linii, brudząc materiał białej sukienki. Limnar kurczył się coraz bardziej, a wraz z nim znikały cienkie fragmenty jej skóry. Zapłata była dokładna – ostatecznie nic przecież nie było za darmo.
Baldwina Heart 🕷️
Limnar nie był zbyt piękny i Baldwina rozumiała tę reakcję, choć zdecydowanie czuła się nieco zawstydzona i nie umiała tego wyjaśnić. Może chodziło o to, że robiąc to, obnażyła się w jakiś sposób, pokazała istotę tego, kim była i co to ze sobą niosło, bo ona też nie była zbyt piękna, nawet jeśli wyglądała całkiem znośnie. Nosiła w sobie pewną pustkę i zgniliznę, które osadziły się głęboko, głęboko w jej duszy, jeśli w ogóle ją miała.
OdpowiedzUsuńNie chciała, żeby Levi się bał. Nie tego pragnęła, pokazując mu Limnara – rzadko zresztą w ogóle ktokolwiek widział jej ducha. Zazwyczaj jego pomoc była konieczna przy klątwach, które należało usunąć szybko i w miarę bezboleśnie. Zresztą Limnar uwielbiał zjadać przeklętą energię, mroczną magię. W jakimś sensie był tak samo przeklętym, mrocznym bytem – nie mówił i rzadko ingerował w wybory Baldwiny. W układzie, w którym się znaleźli, Limnar miał pilnować jej serca i pomagać, a kościeja karmiła go swoim ciałem. Im silniejszy duch, tym więcej brał. W niektórych przypadkach tego typu zmory mogły odbierać wzrok, słuch czy żądać oddania którejś z kończyn. Limnar jednak zadowalał się jej smakiem.
— Wytrzymaj — szepnęła w stronę Ackermanna, wiedząc, że ból był nieprzyjemnie ostry. To jednak było konieczne, aby pozbyć się klątwy i uwolnić się od energii kogoś, kto zdecydowanie chciał zaszkodzić kotołakowi.
Ściąganie klątw, zabawa urokami – wszystko miało swoją cenę. I Baldwina wiedziała, jak to się skończy, zanim jeszcze zabrała Leviemu kosmyk włosów. Nic nie brało się znikąd, a energia powinna być zastąpioną inną energią. Zrozumiała to, kiedy stała się uczennicą Kościeja – każda lekcja była bardziej okrutna od poprzedniej, ale Baldwina ostatecznie zrozumiała, że tak wyglądała równowaga. Dlatego też zazwyczaj kościeje żądali czegoś cennego za pomoc; miała to być zapłata godna tego, aby wytrzymać cały ból i konsekwencje ingerencji w czyjąś magię. Niektórzy prosili o niezwykłe rzeczy: najbardziej dotkliwie dla śmiertelników okazywały się układy, w których za pomoc oczekiwano od nich lat życia albo długoletniej służby. Wszystko zależało jednak od kościeja, który decydował się pomóc potrzebującemu.
— Nic mi nie jest… — powiedziała cicho, nie chcąc, żeby się martwił. Była do tego przyzwyczajona, ale zaraz potem pomyślała sobie, że znowu straszy Ackermanna i tym razem nie chodziło o pająka, a o nią samą.
Próbowała się jakoś zakryć, obejmując się ramionami, jakby to miało pomóc w zasłonięciu krwi zdobiącej białą sukienkę. Jej palce wbijały się w skórę, spojrzenie gorączkowo przesuwało się po podłodze, a nagły ruch ze strony kotołaka, sprawił, że zesztywniała.
Doniczka upadła, potoczyła się, kwiatek, który jeszcze chwilę dogorywał, teraz wyzionął ducha, a Levi nagle stanął zbyt blisko niej. Poczuła, jak łapie za jej ramiona, jak delikatnie ją o siebie oparł. To nie było częścią układu, nie musiał tego robić, nie prosiła o to. Dlaczego to robił?
— Nic nie jest za darmo — odezwała się, unosząc ręce tak, aby wyswobodzić się z jego uścisku. — A to… to nie jest częścią umowy, którą zawarliśmy — dodała szybko, nie chcąc, aby pomyślał, że wykorzystuje sytuację albo że oczekuje współczucia, bo do tego uczucia akurat nigdy nie była w stanie się przyzwyczaić.
Wciąż wbijała wzrok w podłogę, przeskakując spojrzeniem dość gorączkowo, ale ból zaczynał maleć, a Baldwina przestała się w sobie kurczyć. Uświadomiła sobie jednak, jak dziwnie musiała wyglądać w oczach Leviego, więc powiedziała:
Usuń— Mój pakt z Limnarem jest… prosty. Pomaga mi, chroni moje… chroni moje serce, a ja pozwalam mu żywić się moją krwią, skórą lub włosami. Moje plecy…
Odwróciła się do Leviego tyłem i zsunęła sukienkę tak, aby mógł obejrzeć jej zakrwawioną skórę oraz inne jasne ślady, które układały się w misterne wzory kształtem przypominające pajęczynę. Cięcia były ostre, dokładnie, bez krzywych krawędzi – wyglądały czysto i być może mogłyby zachwycać, gdyby nie to, że powstały w ten konkretny sposób.
— Czy ty… boisz się mnie? — spytała, podciągając sukienkę. Znów odwróciła się w jego stronę, niepewnie zerkając do jego twarzy; jej spojrzenie utkwiło w policzkach Leviego, a fioletowe oczy pulsowały bardziej niż zazwyczaj.
Baldwina Heart, która chyba jednak nie jest AŻ TAK straszna
Akurat jego prywatna wojna z tym służbistą zaczęła się już w dniu, w którym wcielono go do tej porządkowej formacji, i od tamtej pory nie wygasła ani na moment. Wszystko dlatego, że Harris od samego początku uważał, że miejsce w tej strukturze nigdy nie powinno zostać mu przydzielone, bo istoty jego pokroju wniosą tu więcej chaosu niż porządku. I może było w tym trochę prawdy, ale ta prawda nie miała znaczenia, skoro istoty tak szlachetne jak Harris grzeszą w podobnym stopniu i równie wiele mają za uszami. On sam zaburzał ten porządek i nieważne, że jego działania nie uderzały w nikogo więcej, bo jeśli zasady miały obowiązywać wszystkich, powinny być egzekwowane bez wyjątku. Albo porządek jest wspólny i równy dla każdego, albo jest tylko wygodnym narzędziem w rękach tych, którzy roszczą sobie prawo do moralnej wyższości. A tak się składa, że Harris czuł się moralnie wyższy od każdego w tym miejscu i zachowywał co najmniej tak, jakby był strażnikiem jedynej słusznej wersji porządku. Przy czym wersja musiała być rzecz jasna jego. Zatem to, że darzył go taką niechęcią wynikało w dużej mierze już z samych przekonań, że demony to marni funkcjonariusze porządkowi, ale było oczywiście też kilka takich sytuacji, w których Zayden mu podpadł, bo faktycznie strażnikiem porządku bywał wybiórczym. Interweniował wtedy, gdy uznawał to za zasadne, a przymykał oko tam, gdzie litera prawa kłóciła się z jego własnym kodeksem, czyli wszędzie, gdzie mógł na tym coś ugrać. Ale skoro zasady były bronią, nie widział powodu, by nie nauczyć się nimi władać. Traktował je jak narzędzie, zależnie od tego, co było mu w danej chwili potrzebne, tyle że on wcale nie udawał przy tym świętego. I już tym bardziej nie zamierzał przepraszać za to, że gra według tych samych reguł, którymi inni próbują go spętać. Harris po prostu musiał nauczyć się z tym żyć. Biedaczysko.
OdpowiedzUsuńKiedy zostali sami, Zayden na moment odchylił głowę na oparciu krzesła i ciężko westchnął. Zmarnowali kupę czasu, odgrywając ten teatrzyk, ale przynajmniej zrobili to na tyle przekonująco, żeby dotrzeć do tego pokoju i nie wzbudzić podejrzeń w nadzwyczajnie wyczulonych zmysłach Harrisa. Możliwe, że pani urzędniczka go tak świetnie sobą nie przekona, ale kiedy Harris tutaj wróci, ich na pewno już tutaj nie będzie, więc mogli uznać, że tym razem sprawnie się wywinęli. I oby nie było więcej już takich razów, ale Zayden nie był naiwny i doskonale wiedział, że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował deptać mu po piętach. Nie był książkowym funkcjonariuszem porządkowym ani ucieleśnieniem nieskazitelności. Nie mógł działać przeciwko Radzie ze względu na przysięgę, ale w takim samym stopniu nie musiał być im wcale wierny. I nie był.
Podniósł się zaraz z krzesła, którego nogi lekko zaskrzypiały o podłogę przy odsuwaniu, i podszedł do regału.
— Teraz podpiszesz papier i wyjdziesz, a potem zrobisz coś z fantami i grzecznie odmeldujesz się w Ratuszu — zaczął, grzebiąc w szufladzie w poszukiwaniu odpowiedniego dokumentu. — Ja wypiszę notatkę... — urwał na moment, wyciągając teczkę, w której były puste raporty. Wysunął jedną kartkę, wziął długopis, wrzucił teczkę z powrotem do szuflady i zaraz podszedł do stolika, kładąc przedmioty na blacie przed Levim. — I zamknę sprawę, zanim Harris wróci i zacznie się tłumaczyć, że urzędnicy żyją z głową w chmurach, a potem zadawać pytania — wyjaśnił, czekając aż Levi machnie tam jakiś swój podpis.
— Twoje rzeczy są w depozycie. Podejdź do okienka, to ci je zwrócą — powiedział, bo im szybciej stąd z nimi zniknie, tym lepiej. — Poza tym, czy masz coś jeszcze dla mnie, oprócz... — rzucił krótkie spojrzenie w stronę swojego buta. I właśnie zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiedział, co Levi mu przywiózł, bo nie zdążył tego dobrze pod tym zawiniątkiem obejrzeć. Nie było to nawet jakoś bardzo upierdliwe w tej cholewce, ale nie mogło na razie w niej pozostać, bo jeśli Harris wróci zanim on dokończy pisanie, to może coś wywęszyć. Nie ma co kusić losu.
UsuńPochylił się więc, wyciągnął przedmiot z cholewki i przekazał Leviemu w zaciśniętej dłoni.
— Późnym wieczorem cię namierzę i to odbiorę — zapowiedział. Jeśli miał jakieś swoje plany, to będzie musiał go w nich uwzględnić, ale tylko na chwilę, bo przecież nie zamierzał zabierać mu całego wieczoru.
Zayden Ward
Ta ludzka nienawiść od początku, gdy zaczęła ją dostrzegać i rozumieć, nieustająco ją zdumiewała. Brała się z strachu i niezrozumienia, a jednak ludzie nie podejmowali żadnych kroków, aby cokolwiek zmienić i nabyć wiedzę, która da zrozumienie, a więc ukróci nienawistne pędy wobec inności. Sama Noor może nie była wcale niegroźna, bo jednak umiała omamić zmysły i sprowadzić zgubę choćby tym, jak słodko się uśmiecha, ale poza tym nie było w niej złych intencji. Nie uważała, że stanowi zagrożenie, bo nauczyła się nad sobą panować i tłumić uroki, nim te komuś zaszkodzą, ale przed takowym zagrożeniem od ludzi nierozumiejących i nienawidzących uciekała. Od dawien dawna. I ona również wiedziała, że jakis koniec nadejdzie, choć tutaj, od pięciu lat w azylu, jakoś wydawało się, że będzie on lepszy. Łaskawszy.
OdpowiedzUsuńPodobał jej się ten humor kotołaka, wspominanie bajek, rzucanie metafor analogicznie do sytuacji, w jakiej się znaleźli. Było swobodnie i nawet wesoło i nie miało to nic wspólnego z interesami, jakie zwykle ich łączyły. Ceniła takie chwile. I to już naprawdę nieważne, czy zdarzały się bo sama wyciągnęła dłoń i nieco opuściła gardę, czy to Levi po prostu znalazł się w potrzebie, ważne że takie chwile były. Noor wtedy odrobinę miękła, ramiona jej się rozluźniały i pokazywała więcej tego ciepła, którym bała się szkodzić. Bo sama do końca nie wiedziała, co jest w niej najgorsze i najniebezpieczniejsze.
- Musiałbyś mnie bardzo ładnie poprosić o pocałunek - stwierdziła, zaczesując wysunięte zza ucha kosmyki znów do tyłu i założyła ręce na piersi, obserwując oburzenie, wzburzenie, panikę i w ogóle wszystko to, co się przewinęła jak w filmowej rolce na twarzy Levi'ego.
Uspokoiła się nieco, ale coś w jej oczach skrzyło się nadal pogodnie, na jej policzkach pojawiły się kolory, a przez to cienie zmęczenie i niewyspania jakby zelżały. Jednocześnie też musiała przyznać, że sama poczuła się jakoś lżej, gdy niespokojne myśli uleciały. Śmiała się rzadko, nie tak głośno i radośnie jak teraz na pewno, ale poza tym poczuła, jak coś schodzi jej z ramion. Może ona pomogła kotołakowi w ten oczywisty sposób, ale on też odpłacił się niespodziewanie podarowując jej ulgę.
Odbiła się od biurka, na którym wygodnie przysiadła i ruszyła za nim, odprowadzając go do drzwi. Wyszli z zaplecza, przeszli między regałami pogrążonej w półcieniu apteki, a gdy stanęli przy progu, zapach ziół wydał się wyraźniejszy. Noor ostatnio postarała się przyozdobić szklaną witrynę suszonymi kompozycjami herbat i ziół, które wyglądały ładnie i przyjemnie pachniały, troszkę łamiąc ten standardowy lekarski zapach wnętrza miejsca jak to.
- Uważaj na siebie, pozdrów tatę - pożegnała kotołaka, stając jeszcze chwilę przy drzwiach i odprowadzając jego znikającą w wieczornym półmroku sylwetkę jasnym spojrzeniem.
Wiedziała, że spotkają się niebawem znowu, że przyjdzie od niej z towarami, a choć nigdy nie umawiali się na konkretny dzień i konkretne zamówienie, bo cierpliwość i dyskrecja były kluczem do dobrej współpracy, Noor tak czuła, że tym razem Levi stanie na jej drodze szybciej, niż zwykle. Nie sądziła tylko, że to ona sama pierwsza będzie go szukać.
UsuńGdy nadeszła pełnia, kilkanaście nocy po tym, jak poturbowany kotołak dotarł do jej apteki ledwo powłócząc skręconą nogą, Noor straciła władzę na kilka godzin w całym ciele. Było to następstwo przeciągającej się już w nieskończoność bezsenności, a jej ciało nie miało szans na regenerację. To co miało miejsce tamtej nocy, gdy wszystko wydało się obce, a z nią pozostała jedynie świadomość, to coś o czym nie chciała i nie życzyła sobie rozmawiać. Świadek był tylko jeden, ale to właśnie na nim spoczęły wszystkie jej podejrzenia. Potrzebowała kryształu, czegoś co uwięzi ducha, bo skoro nie znalazła w sobie uroku... pomyślała, że może po prostu coś nad nią wisi.
Był taki wieczór jak ostatnio, gdy się spotkali, a Noor zamknęła aptekę i wyjątkowo zamiast czekać w środku na dostawę, albo klienta, ruszyła ulicami w dół, aby namierzyć młodego Ackermanna. Twarz miała bladą, skórę pod oczami niemal przezroczystą, a drżące dłonie schowała w kieszenie kurtki. Miała nadzieję, że szybciej zamknie ten rozdział osłabienia, niż autentycznie padnie trupem.
Noor 🤒
Baldwina nie chciała od niego niczego drogocennego; nie potrzebowała ani lat jego życia, nie pragnęła służby ani nie oczekiwała, że odda jej jakiś tajemniczy artefakt. Nie goniła też za pieniędzmi, więc nie zażądałaby ani monety. Wydawało jej się, że i tak poprosiła o więcej, niż Levi chciał jej dać, ale układ musiał zostać zawarty – pakty miały w końcu to do siebie, że obie strony do czegoś się zobowiązały, a Baldwina po prostu chciała pomóc Ackermannowi.
OdpowiedzUsuńTo, co zabierał Limnar, i tak było dość niewinne. Duch mógłby zażądać czegoś więcej, czegoś o wiele cenniejszego, ale zadowalał się jej ciałem. Baldwina zdążyła już przyzwyczaić się do bólu. Właściwie ból był czymś, czym nasiąknęła jako dziecko. Uchodząc za przeklętą, była traktowana jak trędowata, tylko że jej nikt nie bał się uderzyć czy opluć.
Wiedziała, jak to zabrzmiało, ale nie myślała, że Levi chciałby ją dotknąć tak po prostu. Nie była przyzwyczajona do prostych gestów, choć dotyk właściwie jej nie przeszkadzał i czasem inicjowała takowy bez zastanowienia; zazwyczaj wiązało się to z jej dziwactwami, wtedy jej palce dziwnie mrowiły i szukały czegoś do dotknięcia. Teraz jednak bardziej obawiała się tego, że Ackermann dostrzega w niej dziwadło i że najlepiej by było, gdyby trzymał się od niej z daleka dla własnego bezpieczeństwa.
Słyszała, jak sięgnął po koc, jak się zakrył. Powinna w końcu oddać mu ubrania, które ze sobą wzięła, i już miała to zrobić, gdy usłyszała jego głos. Spięła się nieco, trawiąc to, co powiedział, powtarzając w głowie słowo po słowie. Boję się o ciebie.
Do tej pory nie usłyszała niczego podobnego ani szczerego. Owszem, czasem się o nią martwiono, ale nie jak o osobę, ale jak o rzecz. Tańcząc wysoko w górze, przyciągała uwagę klientów, więc musiała być w dobrej formie. Ładna, biała, elastyczna, tak elastyczna, że jej ciało potrafiło się wygiąć w różny sposób – nigdy jednak nie bano się o nią. I gdyby Baldwina miała serce we właściwym sercu, zapewne teraz biłoby jak oszalałe, nie wiedząc, jak się zatrzymać.
Kościeja nerwowo zaczęła błądzić wzrokiem po podłodze, nie wiedząc, jak zareagować. Nie bał się jej, bał się o nią. Dlaczego? Miała ochotę sięgnąć do swojej głowy i wbić paznokcie w czaszkę, aby przestać o tym myśleć.
— To… — wydusiła z siebie, a dostrzegając, że opuścił głowę, zrobiła krok bliżej. Ostrożnie wyciągnęła rękę, jakby Levi wciąż był kotem i musiał poznać jej zapach, żeby nie poczuł się zagrożony, a potem delikatnie docisnęła chłodne palce do jego policzka, niewinnie muskając skórę. — Dziękuję. To… wiele dla mnie znaczy.
Zabrała rękę chwilę później, gwałtownie, szybko, niemal jakby się oparzyła, a potem, widząc koc i to, jak Ackermann się nim zakrywał, odwróciła się i sięgnęła po swoją torbę, aby wyjąć ubrania, które należały do kotołaka, a które zostawił w gabinecie, gdy niefortunnie przemienił się w kota.
— Proszę, ubierz się. Jeśli chcesz się odświeżyć albo potrzebujesz chwili dla siebie, tam jest łazienka. — Wskazała ruchem głowy korytarz, a potem dodała: — Mam nadzieję, że zostaniesz coś zjeść? Zrobię kolację, napijemy się herbaty…
Zrozumiałaby, gdyby chciał wyjść i nie próbowałaby tego zmienić, ale byłoby po prostu miło, jeśli zdecydowałby się nie uciekać. Zerknęła w bok, poprawiając sukienkę, i wyminęła Ackermanna, aby zamknąć się w osobnym pokoju.
Sypialnia Baldwiny była niewielka. Ściany miały szary kolor, a jedna z nich została ozdobiona misternym dywanem. W jednym rogu stała ciężka, drewniana szafa z rzeźbionymi motywami roślinnymi. Łóżko było niskie, szerokie, z masywną ramą z ciemnego dębu, a pod nim leżała czarna skrzynka z sercem. W powietrzu unosił się zapach suszonych ziół, piołunu, bylicy, lawendy, powiązanych w pęki i zawieszonych przy oknie. Szyba była lekko zaparowana od chłodu, a parapet ozdabiały białe i czerwone świece.
UsuńBaldwina ściągnęła z siebie zakrwawione ubranie, zdjęła buty i rajstopy. Przez moment stała w półmroku niemal naga, blada, prawie zlewająca się ze ścianą. Wolno sięgnęła po białą, delikatną sukienkę z lnu, ubrała ją, a potem wcisnęła przez głowę ciemny sweter. Włosy rozczesała palcami, a pasma rozlały się po jej plecach – były długie aż do bioder, choć gdy je związywała w perfekcyjnego koczka, wydawały się krótsze.
Opuściła sypialnię, przechodząc boso przez mieszkanie. Kuchnia była ciepła od resztek dnia, nagrzana słońcem, które coraz śmielej się tutaj pokazywało. Baldwina włączyła światło, a naga jarzeniówka rozświetliła mrok. Kościeja podwinęła rękawy swetra, a potem sięgnęła po chleb – kroiła równo, licząc w myślach ruchy ostrza.
Z małej glinianej miski z lodówki wyjęła twaróg, doprawiła go solą i odrobiną suszonego koperku. Obok położyła plasterki ogórka i cienko pokrojoną cebulę. Chwilę później na żeliwnej patelni podgrzała kawałek wędzonej ryby. Zapach był intensywnie słony, ale przyjemny. Otworzyła na chwilę okno, by wpuścić do środka chłodniejsze powietrze.
W międzyczasie nastawiła czajnik, by woda zaczęła bulgotać. Do imbryka wsypała czarną herbatę i kilka listków suszonej maliny. Gdy woda zaczęła wrzeć, zalała liście i przykryła imbryk małą ściereczką w haftowane kury.
Nucąc pod nosem, sięgnęła po talerze i sztućce – poruszała się swobodnie, bose stopy ocierały się czasem o siebie, sukienka delikatnie falowała w tych ruchach, a Baldwina zdecydowanie pasowała do tej starej, wysłużonej kuchni, niedomykających się szafek, zlewu, z którego ciągle kapało, i suszonych ziół wciśniętych niemal wszędzie.
Baldwina Heart, która dokarmia kota 🥐
Odwróciła się w jego stronę, gdy stanął w progu. Uśmiechnęła się lekko, wzrokiem zahaczając o nieco mokrawe, zaczesane do tyłu włosy Leviego. Tym razem był ubrany, więc nie uciekła spojrzeniem tak szybko jak jeszcze chwilę temu.
OdpowiedzUsuń— Usiądź, zaraz podam herbatę — poleciła. Sięgnęła jedną ze swoich najlepszych filiżanek, choć i ta była nieco nadszarpnięta, z widocznym pęknięciem, które było płytkie i sprawiało, że naczynie wydawało się mniej ładne. Baldwina jednak w ogóle się tym nie przejmowała; często zbierała popsute, stare rzeczy i próbowała je naprawić, a jeśli się nie dało, wykorzystywała je w inny sposób.
Rozlała herbaty, nucąc cicho, a słysząc pytanie kotołaka, pokiwała wolno głową. Baldwina nie mogła umrzeć w sposób naturalny; nie chorowała jak przeciętny człowiek, ale odczuwała ból i dało się ją zranić. Rany zazwyczaj goiły się w miarę szybko; Heart odkryła to po tym, jak już została kościeją. Ból wciąż jednak bywał okrutny i potrafił ją złamać, a ciało pokrywały mniejsze lub większe blizny albo relikty po urazach – wciąż pamiętała niektóre z makabrycznych wypadków; jednym z gorszych był moment, w którym spadła z szarf, bo te pękły. To dlatego jej mały palec był nieco krzywy, choć trzeba by było się mu przyjrzeć, oglądając jej dłoń.
Gdy Levi zajął miejsce, Baldwina postawiła herbatę, rybę oraz resztę jedzenia. Rybę podsunęła bliżej Ackermanna – wyciągnęła ją właściwie specjalnie dla niego.
Obok położyła masło czosnkowe, które samodzielnie zrobiła, i usiadła naprzeciwko kotołaka. Przez chwilę wsłuchiwała się w dźwięki: stuknięcie sztućców o talerz, przesunięcie krzesła. To było coś… innego. Zazwyczaj jadała samotnie, ale jeśli ktoś u niej bywał, raczej nie wychodził stąd głodny.
Baldwina miała w sobie mocno zakorzeniony odruch dzielenia się jedzeniem. Może wynikało to z tego, że nie chciała, by ktokolwiek musiał prosić o jedzenie lub wstydzić się przez głód, który odczuwał. Wiedziała, że w azylu raczej nikt nie ma problemu ze zjedzeniem dobrego obiadu, ale to było silniejsze od niej. Prawdopodobnie brało się to z tego, że pamiętała czasy, kiedy głodowała i jadła gorzej niż świnie, które wieśniacy trzymali w zagrodzie. Wtedy każdy posiłek przeliczała mijającymi dniami, a nie porcjami.
Kolacja z Levim była… miła, przyrównałaby to uczucie do ciepła rozchodzącego się powoli od filiżanki herbaty, którą trzymało się w dłoniach.
Przesunęła kubek o milimetr, żeby ich dłonie nie zderzyły się przypadkiem przy sięganiu po chleb – nie chodziło o to, że miałaby problem z dotknięciem Ackermanna, a o to, że jej zdaniem i tak przekroczyła dzisiaj kilka granic. Spojrzała w jego stronę, unikając patrzenia w oczy, gdy uniósł wzrok znad talerza. Wiedziała i widziała, że czuł się lepiej – nie był już blady ani nie wyglądał, jakby zaraz miał znów zwymiotować. Limnar dobrze zajął się klątwą, trawiąc przeklętą energię. Baldwina czuła, jak pająk odpoczywa w jej włosach, nie ruszając się, choć zazwyczaj był dość ruchliwy.
— Ja… moje ciało szybko się regeneruje — odezwała się, jakby dopiero teraz była gotowa o tym porozmawiać. Gdy odłożyła filiżankę, nie wiedziała, gdzie podziać dłonie. Zaczęła więc wygładzać jeden z rękawów swetra, przesuwając palcami po szwie – zaraz potem kciukiem potarła opuszek palca wskazującego.
— Rany nie zostają otwarte długo, a tkanka zrasta się dość sprawnie — kontynuowała. Ostatecznie poruszyła się i wyciągnęła do Leviego rękę, pokazując mu swój mały palec, który w jednym miejscu był nieco krzywy. — To, że szybciej się regeneruję, nie oznacza, że nie zostają ślady. Ten palec jest inny od pozostałych, bo najbardziej ucierpiał podczas mojego upadku z szarf.
UsuńBaldwina lubiła być wysoko w górze, ale nie tęskniła za cyrkiem ani za właścicielem dziwadeł. Wtedy była traktowana przede wszystkim jak rzecz, którą należało dobrze pokazać, aby zarobić. Małe ciało, białe włosy, fioletowe oczy – to wszystko przyciągało spojrzenia, a gdy tańczyła, owinięta szarfami, wygięta i wyeksponowana, wydawała się niemal nieludzka.
Cofnęła dłoń i sięgnęła po filiżankę z herbatą. Jeśli do tej pory Levi nie miał jej za dziwadło, to teraz powinien to rozważyć. Baldwina miała jednak nadzieję, że nie stanie się w jego oczach aż takim dziwadłem, by już nigdy się do niej nie odezwać.
może jednak trochę dziwna Baldwina Heart
[Lepiej późno niż później, ale jestem gapa - 31 stycznia zostawiłaś u mnie komentarz, który raczej nie był do mnie ;) ]
OdpowiedzUsuńDamroka
Mógłby nawet próbować współczuć samemu sobie, gdyby nie to, że równie skutecznie potrafił skomplikować życie innym i uczynić je upierdliwym przez wieczność. Oczywiście, to nie zmieniało faktu, że Harris za nim łaził, i że szukał pretekstu, którego mógłby się uczepić, żeby potwierdzić swoje teorie na temat niewydarzonych demonów, ale to nie tak, że z natręctwem tego dziada musiał mierzyć się codziennie. Bardziej cyklicznie. Harris też miał świadomość, że jeśli przekroczy granice jego cierpliwości, to nie będzie miał spokoju, a przecież razem pracowali, więc byłoby dobrze, gdyby mogli skupić się na tym, co konieczne, a nie na dowalaniu sobie przy każdej możliwej okazji. To była taka niechęć kontrolowana, chociaż Zayden był przekonany, że Harris działał też na zlecenie kogoś, kto siedzi wyżej. Jego zaufanie było testowane bardzo często, więc tym bardziej nie ma nic dziwnego w tym, że miał przypisanego prywatnego sygnalistę, który kontrolował jego służbową codzienność. Gdyby miał anielskie skrzydła, pewnie wyglądałoby to inaczej, ale że nosił diabelskie różki, to cóż – trudno było oczekiwać, że nie będzie czasem psocił.
OdpowiedzUsuńWestchnął tylko, bo rzeczywiście w odpowiedzi Leviego brakowało jedynie salutowania, ale gdyby to zrobił, samo westchnięcie mogłoby ewoluować do strzelenia kartką papieru przez łeb, bo to jeszcze nie był dobry czas na śmieszkowanie. Dopiero co pozbyli się upierdliwego problemu, choć też nie tak do końca, a przynajmniej on się go nie pozbył, bo Levi to sobie zaraz stąd czmychnie i wróci do swoich spraw, ale jemu Harris przez jakiś czas będzie jeszcze suszył głowę o tę sytuację. On wciąż musiał zachować powagę, utrzymać narrację i ciągnąć ten teatrzyk dalej, tyle że teraz już w jednoosobowej obsadzie. W każdym razie wybrnęli z tego całkiem sprawnie, a on upewnił się w przekonaniu, że interesy z Levim to sama przyjemność. Thatcher bez wątpienia wychował sobie godnego następcę.
Na szczęście dogadywali się na tyle dobrze, że nie potrzebowali żadnych paktów do dobrej i owocnej współpracy. Obaj doskonale rozumieli zasady gry i obaj wiedzieli, że zdrada zwyczajnie się nie opłaca, ale niewykluczone, że Zayden był jednym z niewielu funkcjonariuszy, którym Levi ufał w taki sposób, żeby na ślepo podpisać pusty papier, zawierzając jedynie dobrym intencjom. Tak na dobrą sprawę, mając jego podpis, mógł tam wpisać co mu się żywnie podoba, włącznie z paroma niecenzuralnymi zdaniami skierowanymi w stronę Rady, ale to jasne, że nie był idiotą. Dupkiem może i tak, ale nigdy nie strzeliłby w kolano ani sobie ani nikomu, kto w pewnym sensie stoi po jego stronie.
Skinął głową na słowa Leviego i kiedy ten się ewakuował, od razu zasiadł do stolika, żeby wypełnić podpisany papier jeszcze przed powrotem Harrisa. Jeśli zrobi to szybciej, tamten na pewno nie będzie chciał niczego już kreślić, więc sprawa zostanie po prostu zamknięta. Nie zamierzał pisać elaboratów, bo sytuacja, w której się znaleźli, wcale tego nie wymagała, dlatego zamknął się w zaledwie pięciu zdaniach, ale wpisał je z takimi odstępami, że nawet gdyby chciało się coś dopisać, to zwyczajnie nie będzie już gdzie. Został jedynie margines, ale na marginesie to można narysować sobie co najwyżej szlaczki i serduszka przebite strzałą. Oczywiście Harris wrócił, wyraźnie rozjuszony brakiem kompetencji urzędników. Zayden jednak zbierał się już do wyjścia i gdy tamten próbował jeszcze sugerować, że nikt przecież nie ma pewności, czy Łącznik dotrze do Ratusza, uciął krótko, że Ackermann od dawna już tam jest, a potem trzasnął drzwiami na tyle głośno, żeby ostateczność tej decyzji odbiła się echem w jego głowie. I możliwe, że odbiła się skutecznie, bo minęło kilka sekund, zanim Harris wyszedł z pokoju przesłuchań i poszedł w swoją stronę.
Do baru dotarł chwilę po dwudziestej pierwszej. Był już po robocie, ale gdy tylko przekroczył próg, i tak ściągnął na siebie spojrzenia lokalnych pijaczków oraz wszystkich tych, którzy lubili spędzać wolne wieczory właśnie tutaj i z godnością przegrywać hajs w pokera. Nie zatrzymując się, omiótł znużonym spojrzeniem wnętrze lokalu w poszukiwaniu Leviego, a gdy dostrzegł go na końcu nieopodal tarczy, zerknął w stronę baru, żeby sprawdzić, kto dziś pełni wartę i czy nie będzie to przypadkiem panna czarodziejka, z którą w ostatnim czasie uciął tu sobie krótką pogawędkę. Między nalewakami dostrzegł jednak mężczyznę, ale może i dobrze, bo niewykluczone, że tym razem to on mógł być celem mokrej szmaty, którą Aurora w standardzie rzucała w tutejszych pijaczków.
UsuńZamówił butelkę ciemnego portera i podążył do stolika, na którym samotnie stało piwo należące najpewniej do Leviego, skoro był to stolik znajdujący się najbliżej darta. Tarcza nie wydawała tych irytujących dźwięków, ale kilka lampeczek mrugało, gdy ktoś trafiał w środek, więc to przyciągało uwagę. A odkąd wszedł, diody mrugały praktycznie bez przerwy. Trzy rzutki w double bullseye? Rany boskie, nic dziwnego, że nikt nie chciał z nim grać. Wszyscy wyszliby stąd z pustymi kieszeniami, a do wypłaty jeszcze daleko. Aż dziwne, że baterie w tym ustrojstwie nie padły.
— Chyba więcej frajdy dałaby ci tarcza z ruchomymi polami, co? — stwierdził, odsuwając sobie jedno z krzeseł. Zasiadł na nim swobodnie i obserwując ruchy Ackermanna, pociągnął łyk piwa z butelki. Był oczywiście bardzo ciekawy, czym była ta drobnostka, o której Levi wspomniał jeszcze na komisariacie, ale to mogło chwilę poczekać. Dzień rzeczywiście do najlżejszych nie należał, a smak zimnego piwa koił trochę zmysły.
Zayden Ward 🍻
[Cześć, to znowu ja ;) Czy znalazłabyś chęci, czas i moce przerobowe na wątek? Mam pomysł na wątek Damroki z Łącznikiem i byłam ciekawa, czy byłabyś może chętna :) Pozdrawiam! ]
OdpowiedzUsuńDamroka
Miała jasną skórę, ale tym razem i twarz i odsłonięte dłonie wydawały się niemal przezroczyste, jak utkane z pajęczej sieci, która łapie światło i oddaje tylko jego część, rozszczepiając promienie na subtelne, proste barwy. Zieleń jej tęczówek przygasła, za to pojawiało się więcej siarkowych plamek, a to nigdy nie wróżyło nic dobrego. W jej ruchach nie brakowało nadal płynności, le nie były już tak miękkie, natomiast wolniejsze, pełne ostrożności, jakby musiała pilnować się na każdym kroku. Drobna sylwetka wydawała się jeszcze mniejsza, bo trzymała przyciśnięte, nieco skulone ramiona przy sobie i wydawała się nie tyle wystraszona, co obolała. A była po prostu ogromnie zmęczona.
OdpowiedzUsuńNigdy nie widziała aby Levi był tak radosny, ani podczas dostarczania towaru, ani nigdy wcześniej. Zdumiona przystanęła i patrzyła jak do niej podchodzi, jak rozjaśnia wszystko wokół ładnym uśmiechem, jak jego energia wprawia powietrze w ciepłe drżenie. Nie potrafiła odpowiedzieć tą samą pogodą ducha, ani tą znajomą uprzejmością, którą zwykle zasłaniała wszystko inne, ale przynajmniej stała i nogi się pod nią nie uginały.
- Ta zła macocha nie jest w najlepszej formie - przyznała, cofając się dwa kroki, aby oprzeć o słup latarni na krawędzi chodnika przy jezdni. - Potrzebuję, abyś został moim księciem, ale bez żab i bez całowania - dodała i już po chwili kąciki jej ust lekko drgnęły ku górze. Ten subtelny uśmiech nie dosięgał oczu, zdradzał zmęczenie i to, że jest coś jeszcze głebiej.
Jej oczy, choć wciąż pełne tej samej ostrożnej czujności, zdradzały poza tym co oczywiste, również to że dźwigała na barkach więcej, niż powinna. Przez chwilę stała w milczeniu, jakby zastanawiając się, czy powinna mu cokolwiek mówić tutaj, czy też będzie to bezpieczne. W końcu westchnęła głęboko, podnosząc brwi na znak rezygnacji.
- Możemy porozmawiać... sami, w bezpiecznym miejscu? - poprosiła i chyba był to pierwszy raz, gdy to ona potrzebowała czegoś od niego. Zwykle to kotołak wykonywał swoją pracę i już, a Noor przyjmowała towar, a potem rozliczali się odgórnie zgodnie z umówionymi stawkami za to, co przyniósł jej extra. Teraz chciała coś dla siebie, coś co może nigdy do niej nie dotrze, bo albo Lei tego nie zdobędzie, albo ona nie doczeka jego powrotu.
Noor nie wyolbrzymiała i nie bagatelizowała problemów, brała je w rozmiarze rzeczywistym i mierzyła się z nimi z uniesioną głową. Była silna, wytrwała, cierpliwa, a jednak teraz czuła, że gaśnie, że ulatuje z niej energia i nie mając jej jak zregenerować, ani odzyskać... tarci siebie.
Przysunęła się, jakby z nadzieją, że kotołak nie odmówi i wsunęła mu dłoń nienachalnie, ostrożnie pod ramię. Zamiast o zimną latarnię, oparła się teraz o ciepłego mężczyznę i odetchnęła znów głębiej.
- Powiedz, że masz czas... chociaż chwilę. Możemy iść z powrotem do apteki, albo... gdziekolwiek - podniosła nieco głowę, aby obrzucić jego twarz jasnym, szklistym spojrzeniem. Potrzebowała pomocy jak jasna cholera i nie była sobą.
Noor ✨
Damroka nie była świadoma, co robi rezygnując z funkcji Ściągającej. Zauroczona wizją zabawy w dom i swoimi wyobrażeniami o tym zapomniała, ile radości i szczęścia przynosiły jej samotne wędrówki na zewnątrz , towarzysząca temu adrenalina i poczucie misji. Bo chociaż nie wszystkie zasady Azylu jej odpowiadały, niektóre próbowała naginać do samych granic, to czuła wdzięczność za możliwość mieszkania w jednym miejscu dłużej niż kilka lat. Trzynaście wiosen upłynęło jej w tej odciętej od świata krainie we względnym spokoju, pozwoliło na zapuszczenie korzeni i znalezienie swoich. Po przeprowadzce do Azylu była pełna nadziei, pasji i werwy do działania zgodnie ze wszelkimi założeniami Rady, ale upływający czas i sytuacje, których była świadkiem, zweryfikowały jej naiwne postrzeganie całego przybytku. To dziwne poczucie rozdwojenia tylko potęgował fakt, że od kilku miesięcy każdego dnia siadała za brzydkim biurkiem ze sklejki, przerzucała tony papierów i miała wrażenie, jakby umierała na nowo. Nie tak dramatycznie, gdy miało to miejsce za pierwszym razem, za to znacznie bardziej świadomie, bo nawet jej ciało próbowało się temu przeciwstawiać.
OdpowiedzUsuńW przeciągu ostatnich kilku miesięcy, wymęczona nudą, której nie był w stanie zrekompensować jej nawet widok słodko śpiącego Bożątka, Damroka wyraźnie się uspokoiła. Wcześniej wesoła, wręcz tryskająca młodzieńczą energią, zdawała się częściej być poirytowana i nerwowa. Zaczynała coraz lepiej rozumieć Thatchera, kiedy z zazdrością wspominał o wycieczkach swojego syna. Też zazdrościła Leviemu i chociaż Młody Ackermann wprowadzał do jej życia odrobinę słodkiego zamieszania, to nic nie mogło się równać z prowadzeniem obserwacji, poźniejszymi podchodami i całą resztą zadań związanych ze ściąganiem nadprzyrodzonych do Azylu.
— Skończyłam na dzisiaj, uciekam — powiedziała zadowolona, pakując do dużej, skórzanej torby notatnik i wysłużone pióro, z dawno wytartym grawerunkiem. Przyjęła tego dnia wszystkich umówionych petentów, uporządkowała wszystkie dostarczone przez nich dokumenty i nawet znalazła czas na zamalowanie co drugiej kratki na całej kartce A4, co tylko mocniej upewniło ją w tym, że może wyjść wcześniej.
UsuńPowrót do domu zajął jej więcej czasu, niż byłoby to gdyby udała się bezpośrednio do niego. Po drodze zdecydowała się wstąpić do Czarnego Pieca po świeże pieczywo na kolację dla niej i Bożątka, chociaż stworek pewnie i tak miał w planach przynieść do stołu upolowaną wcześniej mysz, czy wygrzebaną z dziupli drzewa wiewiórkę. Może i dieta jej towarzysza była niecodzienna, wielu mogłaby obrzydzić, to Damroka z największą przyjemnością obserwowała, jak jej współlokator opowiada o przebiegu swojego dnia, zajadając się swoimi przysmakami. W końcu to, co jadło Bożątko było i tak lepsze od tego, czym żywiła się Bogorja - krew, mięso i kości spożywała duża część zwierząt, a ona wolała ich strach, łzy i rozpacz. Och, tęskniła za smakiem jakiegoś okropnego koszmaru, który swoją mocą mogła jedynie pogłębiać, wygrzebując z cudzej głowy najgorsze wspomnienia i myśli na powierzchnię. Za każdym razem, gdy próbowała sięgnąć za daleko, zjeść zbyt dużo, przestraszyć kogoś zbyt mocno, runy boleśnie dawały o sobie znać, przypominając jej o ograniczeniach przez następne kilka dni. Tego też jej brakowało z zewnątrz - możliwości karmienia się do syta, dawania upustu energii swojej mrocznej stronie. Do tej pory zawsze udawało jej się rozdzielać dzień od nocy grubą kreską, ale przez brak możliwości bycia w stu procentach sobą po zmroku, granica nieco się zacierała, sprawiając że dzienna Damroka bywała zwyczajnie posępna.
Kiedy otworzyła drzwi w moment wyczuła, że coś jest nie tak i z mocno zaróżowionymi od zimna policzkami, powoli przeszła przez próg. Na podłodze w korytarzu leżało kilka przypadkowych przedmiotów, których była pewna, że nie zostawiała w tym miejscu przed swoim wyjściem. Bożątko bałaganiło jedynie w swoim pokoju, poza tym uprzedziło ją, że nie będzie go dzisiaj cały dzień, bo miało swoje sprawy do załatwienia. Z szybciej bijącym sercem sięgnęła ostrożnie po mosiężny świecznik, ustawiony na palisandrowej konsoli i z wysoko uniesionym orężem weszła w głąb mieszkania, robiąc to możliwie bezszelestnie. Zupełnie zignorowała przy tym wiszącą na haczyku kurtkę, która zupełnie wtopiła się w tło panującego bałaganu.
Już miała uderzyć w głowę włamywacza, gdy uzmysłowiła sobie kim ten włamywacz jest i upuściła swoją broń, która z łoskotem spadła na podłogę, robiąc w niej niewielkie wgłębienie.
— Levi do cholery! Co to ma być? — wykrzyknęła rozglądając się po swojej sypialni, jedynym jeszcze nie zagraconym pomieszczeniu, na którego podłodze dojrzała zarówno swoje dżinsy i wełniane swetry, jak i bieliznę, wraz z gorsetami, które trzymała chyba tylko ze względu na wartość sentymentalną. Na podłodze leżała dosłownie jej cała szafa, zawartość nakastlika i tylko jej biedny sekretarzyk wydawał się być jeszcze nietknięty przez młodego mężczyznę.
— Chyba się trochę zapomniałeś, wyłaź mi z sypialni! — krzyknęła wzburzona, palcem wskazując mu na drzwi. Speszona skopała swoją bieliznę pod łóżko, bo chociaż uparcie ignorowała plotki, jakie krażyły na temat jej znajomości z Młodym Ackermannem, to on wciąż był mężczyzną, a ona wciąż miała w sobie ostatki pruderyjności wyciągniętej z dawnych czasów — I dobrze zastanów się, jak wytłumaczysz mi to pobojowisko!
Damroka
[Cześć kocie! Chwila, czy jak on jest czarny to przynosi pecha? Oby nie, a zresztą Lilija (w przeciwieństwie do jej autorki) i tak nie wierzy w przesądy i zabobony... Dziękuję za docenienie mojej twórczości! Bardzo chciałam żeby pod płaszczykiem delikatności i niewinności była ukryta makabra. Chyba mi się to w miarę udało. Masz ochotę na wątek z moją rusałką? Myślę, że mogłaby się zaprzyjaźnić z Levim kiedy on byłby w postaci kota. Może opiekowałaby się nim kiedy zraniłby się w łapkę, a po kilku dniach w jej chatce, kiedy zmienił formę na mężczyznę, to Lilka byłaby w szoku. Mogłaby się zastanawiać kto to w ogóle jest i co zrobił z jej kotem?]
OdpowiedzUsuńLilija Hollow
Lubiła dzielić się jedzeniem, więc gdy Levi zaczął zajadać się rybą, uśmiechnęła się delikatnie. Zawsze starała się czymś kogoś poczęstować, gdy do niej przychodził, niezależnie, czy było to kilka ciastek, obiad czy kolacja. Nie robiła tego, żeby słyszeć podziękowania czy zachwyty – po prostu dzieliła się tym, co miała.
OdpowiedzUsuńHeart pokiwała wolno głową, a potem napiła się herbaty.
— Tak — odpowiedziała spokojnie. Wbiła wzrok w swoje palce, które trzymały naczynie, zaciskając się w charakterystyczny sposób. — U niektórych blizny są tylko zmianą w skórze. U innych stają się… mapą. Kiedy dotykasz miejsca, które kiedyś było zranione, ciało wydaje się reagować szybciej, jest zbyt czułe.
Blizny Baldwiny były różne, niektóre pamiętała bardzo dobrze, inne wydawały się już nic nie znaczące, wyblakłe. Ostatecznie jednak Heart nie żałowała żadnej z nich – to, czego doświadczyła, należało do niej i takie miało pozostać. Nie potrzebowała współczucia, bo akurat to uczucie było najmniej odpowiednie, choć może gdyby nie jej natura, właśnie tego by potrzebowała. Współczucia, które okazane w odpowiednim momencie, stałoby się skutecznym lekarstwem.
Baldwina miała okazję być zwykłą dziewczyną, ale nie nazwałaby tego w ten sposób. Gdyby Levi ją o to zapytał, to raczej określiłaby się mianem przeklętego dziecka, którego nikt nie chciał. Wątpiła też w to, aby ktokolwiek dostrzegał w niej jakąś wartość – była mniej warta od hodowanych prosiąt i innych zwierząt, a to oznaczało, że nigdy nie zostałaby zaakceptowana i nikt nigdy nie wziąłby jej pod swój dach. Nie miała rodziny ani nikogo, kto by się o nią zatroszczył; czasem po prostu ktoś się litował, rzucając jej coś do jedzenia.
Gdy zapytał o szarfy, zamilkła. Właściwie nie pamiętała, kiedy ostatnio to robiła. Czy to było wtedy, gdy uciekła przed rzezią? Być może. Baldwina wiedziała, jak trudno było jej przełamać się do występów, ale potem przychodziło jej to coraz łatwiej – ostatecznie stała się jednym ze stałych punktów w programie, a właściciel nalegał, aby robiła więcej i bardziej. I robiła, bo wtedy jej pełny żołądek był uzależniony od jednego człowieka, który wszystkim zarządzał. Nauczyła się więc, że jeśli chce mieć, co jeść i gdzie mieszkać, to powinna być posłuszna.
— Nie pamiętam — odpowiedziała szczerze. — Po masakrze w cyrku trafiłam do azylu, zajęłam się runami i… nie wróciłam do szarf. Zresztą skąd bym je tutaj miała wziąć?
Nie poprosiła nigdy o tak prostą rzecz jak szarfy. Nie chciała robić problemów. Poza tym nie było to tak ważne, inne rzeczy wydawały się cenniejsze. Nie miała z tym problemu, bo Baldwina rzadko prosiła o cokolwiek – otaczała się starymi rzeczami, którym dawała drugie życie. Poza tym zajęła się gotowaniem, pieczeniem czy dzierganiem, wszystko inne stało się nieco odległe.
— Szarfy wymagają miejsca — dodała. — I zaufania do punktu zaczepienia. — Jej palce poruszyły się mimowolnie, jakby łapały niewidzialny materiał; zamrugała dokładnie dwa razy, dłonią wykonując tylko sobie znany gest. — W cyrku wiedziałam, ile wytrzyma hak. Wiedziałam, jak napina się lina…
Nie patrzyła już w jego stronę, tylko gdzieś wyżej, jakby przez chwilę naprawdę widziała nad sobą pustą przestrzeń.
Baldwina znała Ackermanna, odkąd był owym gówniarzem. Wtedy wydawało jej się, że chłopak ciągle za czymś gonił, czegoś szukał – być może własnego miejsca, a może czegoś zupełnie innego. Nie było z nim jednak żadnych problemów. Stawiał się w urzędzie w wyznaczonym terminie i raczej nigdy nie zrobił czegoś, co mogłoby zagrozić jego miejscu w azylu. Heart obserwowała więc jak Levi dorasta, przechodząc z nastolatka w mężczyznę.
— Po kolacji nałożę runę — powiedziała, wracając do tego, co najważniejsze. Skubnęła trochę chleba z masłem czosnkowym; Baldwina jadła niewiele, tylko tyle, by nie czuć głodu. — Opiszę wszystko w raporcie, więc nie musisz się niczym przejmować. I tak mamy szczęście, że to wszystko skończyło się w ten sposób, przynajmniej możemy coś wspólnie zjeść.
UsuńUśmiechnęła się i upiła łyk herbaty, pocierając palcem jedno z płytkich pęknięć w porcelanie.
— Smakuje ci? — spytała, wskazując ruchem głowy rybę i masło. — Jeśli tak, zapakuję ci trochę do domu — dodała. To trochę oznaczało oczywiście to, że Levi będzie miał pełną lodówkę co najmniej przez dwa dni.
Baldwina Heart
[Szkoda, to zdecydowanie torpeduje mój pomysł! W razie gdyby po liście obecności Ci się coś zwolniło to wpadnij do mnie, pomyślimy nad czymś innym. <3]
OdpowiedzUsuńLilija
Uniosła brew w wyrazie niezadowolenia, ale nie odezwała się. Wiedziała, że Levi czasem po prostu musi sobie ponarzekać, poburczeć, trochę ją zwyzywać, ale ostatecznie zazwyczaj uginał się i robił to, o co go prosiła. Starała się nie korzystać z jego dobroci zbyt często — już i tak regularnie rezygnował ze swojego komfortu po to, żeby jej pomóc — lecz dzisiaj po prostu nie mogła zignorować tego, co podpowiadały jej moce i otoczenie. Mimo wszystko, trudno przychodziło jej traktowanie martwych ludzi z chłodem czy obojętnością. Nie do końca się na to uodporniła i nosiła głęboko w sobie poczucie obowiązku — zmarłym należał się szacunek, nawet, jeśli miałby polegać tylko na odkryciu ciała.
OdpowiedzUsuń— Sprawdzę — powiedziała poważnie, po czym ostentacyjnie wyciągnęła do przodu palec i dźgnęła Leviego w odsłonięte czoło. Dla pewności powtórzyła gest jeszcze raz. — Widzisz? Żadnych wizji. Będziesz żył długo i szczęśliwie.
Czasami bała się tego, że kogoś dotknie — odruchowo złapie za rękę, przypadkowo muśnie w ciasnym korytarzu — i jej wzrok zamgli się wizjami śmierci. Mogło się tak przecież zdarzyć. W towarzystwie Leviego jednak łatwiej było się tym nie przyjmować; koty mają siedem żyć, a sam mężczyzna zawsze zachowywał się tak, jak gdyby nic poważnego nie mogło mu się przytrafić. Morrigan z łatwością potrafiła mu uwierzyć.
— Nie, za to wyglądasz mi na uroczego kotka — odparowała. — Bardzo zdolnego, uroczego kotka. — Uśmiechnęła się lekko, słysząc to jego fuknięcie i prychnięcie. Levi chyba nigdy nie przestanie jej bawić.
Szła za nim ostrożnie, uważając na to, gdzie stawia stopy. Nie chciałaby się teraz poślizgnąć, upaść i jeszcze mocniej podrapać. Po pierwsze, byłoby to nieprzyjemne. Po drugie zaś — wyjątkowo żenujące. Już i tak cała ta sytuacja wydawała jej się nieco wstydliwa i miała ochoty zwracać na siebie uwagi jeszcze bardziej.
Zatrzymała się w momencie, w którym zrobił to Levi, i skierowała swoje spojrzenie do góry. Zacisnęła usta, widząc ponuro kołyszącego się wisielca, którego rozkład pochłonął w widocznym stopniu.
— Już nic więcej nie możemy zrobić — stwierdziła tylko, chowając dłonie do kieszeni pożyczonej kurtki. — Dziękuję, Levi.
Westchnęła ciężko i przetarła oczy. Nagle poczuła się straszliwie zmęczona — pocieszało ją jednak to, że dowiedziała się, o co tak właściwie chodzi. Dobrze było wiedzieć. Wtedy miała wrażenie, że nie jest szalona tak zupełnie do końca.
— Wracajmy. Jeszcze się przeziębisz i co wtedy zrobimy?
Morrigan
Noor do niesienia swojego brzemienia przywykła, a właściwie ciężar ten był jej już tak znajomy, że poniekąd jego brak lub bardziej drastyczna zmiana wagi odczuwalna była jako dyskomfort, ale nie coś uporczywie uciążliwego. Jej krew zabarwiona ogniem, a tęczówka piekielną siarką dodawały jej sił i wytrwałości w każdej walce, a że ona sama dla siebie wybrała tę cichą i skromną... cóż, wiedziała z czym się mierzy. Sama sobie niekiedy była najgorszym przeciwnikiem. Teraz jednak, gdy bezsenność zamieniła się w żywy koszmar i każdego dnia czuła, że pogarsza się nie tylko jej samopoczucie, ale i zdrowie, a siły opuszczają ciało, znalazła się w nieznanej dotąd sytuacji. Nie wiedziała, przeciw czemu musi się postawić i gdzie szukać źródła problemu.
OdpowiedzUsuńMoże gdyby Levi dalej żartował, jej nastrój by się polepszył, może nawet by się uśmiechnęła szerzej i szczerzej, choć do śmiechu jej nie było. Zwyczajnie bała sie, czuła coraz bardziej niepewnie, a przecież od przybycia do azylu, każdy dzień pozwalał jej oddychać spokojnie i to było wszystko, czego chciała. Ostatnio jednak nawet to jej ktoś odbierał, a Noor po prostu czuła w kościach, że to nie przypadek i nie po prostu się tak dzieje. Nie praktykowała magii, nie mogła nic na siebie ściągnąć, a skoro prostej klątwy nie wyczuła... musiała dotrzeć głębiej. Nie wierzyła w przypadki i potrzebowała sprawdzić wszystkie możliwości, nim poszuka pomocy, lub po prostu przyzna się do porażki. Nie była pewna, jak to jest z runami, czy powinna iść zgłosić problem w urzędzie, ale nakładanie run na jej ciele zawsze wiązało się z bólem, bo w jej przypadku były wypalane, więc chciała to zostawić jako ostateczność. Poza tym im mniej zdradzała o sobie władzom miasteczka, tym sama czuła się bezpieczniej.
Popatrzyła na kotołaka, jego radosny nastrój wcale jej nie drażnił, a w istocie był to interesujący widok. Może nawet lepiej, że Levi był zjarany, bo jak ona sama powie za dużo, jutro mężczyzna pomyśli kilka razy, czy to co usłyszał, wydarzyło się naprawdę. Szli chwilę w milczeniu, pozwoliła sobie się na nim wesprzeć, oplotła jego ramię miękko, opierając drobne palce na ciepłej kurtce i niebywale potulnie przyjęła to, że idą do niego do domu. Ostatnio usłyszała więcej niż raz, że jej nieufność jest jak trucizna i było w tym dużo racji.
- Nie śpię. Nie sypiam od wielu nocy, ani za dnia, w ogóle. To wszystko się na mnie nałożyło - zaczęła cicho, głosem, który był ledwo słyszalny. - Od lat miewałam koszmary, później przyszła bezsenność a wszelkiej maści sny poznikały od run, tylko tym razem jest inaczej, dużo gorzej. Nie chcę jakoś wyolbrzymiać, ale.... czuję się, jakbym tonęła, Levi. I nie wiem, czy to się kiedyś skończy. Czy prędzej skończę się ja.
Noor sie nie poddawała. Nie uginała się, nie była łatwa. Upór jaki w sobie nosiła, był twardy, tworzył szczelną skorupę, który chronił kruche, wrażliwe wnętrze. Tyczyło się to niemal wszystkich aspektów życia. Teraz też nie miała zamiaru ustępować, problem polegał na tym, że nie wiedziała, co robić i jak się ratować. Bo docierała do tego punktu, gdzie zwyczajnie należało szukać ratunku.
Zamilkła, oparła głowę o jego bark i gdy zorientowała się, że mężczyzna nadal nie idzie pewnym, sprężystym krokiem, a jedna noga nadal mu dokucza, wyprostowała się. Nie miała zamiaru go obciążać bardziej, niż konieczne to będzie w interesie, z jakim przyszła. Pogładziła dłonią kurtkę, której się trzymała i zerknęła na niego z nikłym uśmiechem. To, po co przyszła, wolała powiedzieć już daleko od ulicy i ciekawskich uszu.
Usuń- Myśle, że mogę na tobie polegać i prosić cię o pomoc, nawet jeśli się nie całowaliśmy, bo mnie nie poprosiłeś - stwierdziła, zdając sobie też sprawę, że Levi jest jednym z tych, których znała najdłużej, bo od początku swojego pobytu w azylu.
Może to nie była tylko kwestia otwarcia sie na innych i budowania zaufania, ale wiary w to, że nie każdy musi mieć złe intencje... Zajęło jej to kilka lat, a zapewne nie zmieni się w jednej chwili w radosną iskierkę, która wszystkich uwielbia. Ale kotołak już od dawna był kimś, na kim polegała i dawno przestał być obcym. Prowadził ją do swojego domu, a więc on sam musiał w pewnym stopniu jej ufać. Poczuła niejako wstyd... była tak zamknięta, że nie dostrzegała, kiedy może przestać się bronić, bo przecież nikt jej nie atakował.
Noor
— Myślę, że są częścią mnie — odpowiedziała szczerze. Nie wstydziła się żadnej ze swoich blizn, o niektórych mówiła jednak częściej, a o innych rzadziej. Nie znaczyło to jednak, że uważała je za coś szpetnego. Blizny pozwalały pamiętać o rzeczach, które zdarzyły się dawno, dawno temu, ale z czasem nawet one znikały.
OdpowiedzUsuńBaldwina akceptowała to, co nosiła; każdą z blizn, usterek oraz wszystko, co było w niej niedoskonałe. Przez lata tańczenia w cyrku nauczyła się jednak zarywać szpetne części swojego ciała – miała być obrazkiem, od którego nie dało się odwrócić wzroku.
Obserwowała, jak jadł i uśmiechnęła się delikatnie. Robił to wszystko z takim apetytem, zupełnie jakby nie jadł niczego lepszego, choć przecież dała mu tylko rybę, masło czosnkowe i twaróg. Chyba dlatego lubiła, gdy kotołaka tutaj przychodził – patrzenie, jak pochłania jedzenie, które wcześniej zrobiła, było niemal satysfakcjonujące. Poza tym po prostu lubiła, gdy mogła się czymś podzielić.
Gdy usłyszała, jak parsknął, zamrugała wolno dokładnie dwa razy i posłała mu krótkie spojrzenie, spodziewając się, że zaraz usłyszy powód owego parsknięcia. Nie dostrzegała jednak, że jego oczy się do niej śmiały, ale słyszała coś ciepłego i wesołego w jego głosie.
— Levi — mruknęła jego imię, jakby karciła kota, który przymierza się, aby ukraść z talerza pokaźny kawałek kurczaka, a potem pokręciła lekko głową. — Naprawdę zamierzasz mi je przynieść?
Wiedziała, co oznaczało bycie Łącznikiem, ale do tej pory nigdy bezpośrednio o nic nie prosiła, pośrednio zresztą też nie. Baldwina sądziła, że w azylu potrzeba o wiele więcej innych rzeczy; takich, które faktycznie wspierałyby mieszkańców, bo ostatecznie niczego nie dało się ustabilizować jedynie zasadami, a strukturą, dostępem do mniejszych lub większych wygód i poczuciem, że ktoś naprawdę rozumie tych, którzy przenieśli się tutaj ze świata zewnętrznego.
Dostrzegła, jak odpłynął myślami, jakby dokładnie wszystko planował. Jego twarz wydała się nagle mniej żywa, nieco starsza niż zazwyczaj – Baldwina dokładnie przyjrzała się jego rysom, oceniając, jak bardzo Levi zmienił się w ostatnim czasie. Nie miała przed sobą nastolatka, który zawsze się gdzieś spieszył i wywracał oczami, a dorosłego mężczyznę, który być może wciąż się gdzieś spieszył i wywracał oczami, ale był bardziej… dojrzały.
— Lubiłam tańczyć, być wysoko w górze. Występowanie zawsze niosło ze sobą jakiś ciężar i oczekiwania, ale ostatecznie bardziej lubiłam być w górze, niż jedynie się przyglądać — powiedziała. Była szczera i nie próbowała niczego ukrywać; o swojej przeszłości mówiła konkretnie i nie oczekiwała współczucia, bo nie było jej smutno ani nie czuła się aż tak zraniona, aby szukać pocieszenia. W jej słowach dało się usłyszeć rzeczowość, zamiłowanie do faktów; lubiła tańczyć, bo mogła być wysoko w górze, a to dawało jej wolność – i to wystarczyło, żeby występowała przed publicznością. Poza tym w ten sposób dbała o swój byt w cyrku. Jeśli nie pracowała, jej żołądek był pusty, a choć Baldwina nie mogła umrzeć, to odczuwała głód czy pragnienie, a przez te lata zrozumiała, jak bardzo nienawidziła być głodna.
— Nie chciałabym, żebyś zarzygał się na śmierć — stwierdziła, podnosząc się z miejsca. — Mhm, dawno nie widziałam się z Thatcherem. Ostatnio zamieniliśmy kilka zdań, gdy przyniosłam ciasto z wiśniami. Jak się czuje? Choć może powinnam po prostu do niego zajrzeć, zamiast cię wypytywać.
UsuńZaczęła pakować do wełnianej torby, którą wyciągnęła z jednej z kuchennych szafek, jedzenie: rybę, trochę przetworów, które uwielbiała robić, masło czosnkowe, przelała też do słoika część zupy z pomidorów, aby Ackermannowie zjedli coś ciepłego, a potem ukroiła po pokaźnym kawałku kruchego ciasta.
Baldwina, gdyby nie to, że urodziła się przeklęta, być może gotowałaby dla swojego męża i rodziny. Umiała zająć się domem i kuchnią. Wiedziała, ile czasu potrzeba, żeby chleb dobrze wyrósł, kiedy herbata jest już za mocna i jak ustawić naczynia, aby wszystko było pod ręką. Zapewne byłaby dobrą gospodynią. Taką, która pamięta o zapasach, rozdziela jedzenie równo i wie, kiedy ktoś jest zmęczony. Być może w małej wiosce na Rusi znalazłby się mężczyzna, który poprosiłby jej ojca o rękę. Wzięliby ślub, zamieszkaliby w drewnianej chacie, a ona pilnowałaby ognia w piecu i szyła ubrania. Ale tak się nie stało, a Baldwina nie myślała o tym tak często jak wcześniej. Być może zrozumiała, że to wszystko, czego doświadczyła, było niezbędne, aby znalazła się tutaj, w azylu. I była szczęśliwa; miała swoje małe, zagracone mieszkanko, nie chodziła głodna ani zmarznięta.
— Spakuję jeszcze trochę herbaty liściastej, jest słodka i dobrze smakuje nawet jak jest zimna — dodała, chowając do torby mały słoiczek ze wspomnianą herbatą. Nie była pewna, czy Ackermannom posmakuje, więc wolała dać mniejszą ilość.
Winnie 🍰🐟
Aż się skrzywiła, słysząc głuche uderzenie jego głowy o drążek, dodatkowo spotęgowane przez już niemal puste, drewniane pudło wpadające w słaby rezonans. Odruchowo zmimikowała też jego gest, rękę przykładając do swojego czoła.
OdpowiedzUsuń— Przepraszam, że wróciłam zanim wywróciłeś do góry nogami resztę domu — odpowiedziała z przekąsem, rozglądając się sypialni, która wyglądała jak po policyjnym przeszukaniu. Brakowało jeszcze żeby rozszarpał jej materac, albo szukał poluzowanych klepek w podłodze.
Ruszyła za nim, gdy w końcu zdecydował się posłuchać jej prośby, a raczej żądania o opuszczenie sypialni, którą będzie sprzątać prawdopodobnie przez najbliższy tydzień. Tak jak nie miała absolutnie żadnego problemu, żeby pomagać Thatcherowi w sprzątaniu jego domu podczas nieobecności Leviego, tak jeśli chodziło o jej własny… Mimo wieku nadal była krnąbrna, unikała wszelkich obowiązków domowych tak długo, jak to było możliwe - czyli do momentu, gdy zwyczajnie sama miała dosyć przebywania w zagraconej przestrzeni. Lubiła myśleć, że jest to jej objaw buntu przeciwko patriarchatowi, ale prawda była dużo bardziej przyziemna i pozbawiona głębszego sensu. To był pierwszy dom, który mogła nazwać swoim i patrząc na ilość jej podróży, oraz ich długość, to mieszkała tu zaledwie kilka miesięcy - wcześniej określiłaby go raczej jako wygodny hotel, połączony z magazynem i prywatnym muzeum. We wcześniejszym rozdziale swojego życia w TLS nie miała czasu nabrudzić, ale też nie umiała domu zwyczajnie prowadzić - licha z niej była gospodyni, mimo usilnych starań, bo przez ciągłe mieszkanie na walizkach to ona była wiecznym gościem. Wpierw różnego rodzaju gospód i gościńców, aż w końcu wynajmowanych pokoi i hoteli, w których zawsze dbała o posiadanie służby.
W zasadzie, to nawet gdy zdarzały jej się dłuższe pobyty w Azylu, to lwią część czasu spędzała na przesiadywaniu w bibliotece, włóczeniu się po lesie i uliczkach miasteczka, czy leniwym sączeniu whisky w barze. Wszystko, byle nie siedzieć w czterech ścianach samotnie, bo mimo swojej otwartości miewała niewiele gości. Może dlatego sama wyszła z inicjatywą użyczenia swoich czterech kątów Leviemu? A może to ta dziwna potrzeba troski, którą budzili w niej obaj Ackermannowie?
Założyła ręce, patrząc na niego uważnie, gdy w końcu przedarli się do salonu. Przeskakiwała spojrzeniem między twarzą chłopaka, jego szczupłą dłonią, a wskazywanym przez nią regałem.
— Zgaduję, że go nie znalazłeś, więc zupełnie po nic zrobiłeś tylko bałagan — odpowiedziała już spokojnie i westchnęła cicho — Masz szczęście, że nie możecie się spotkać na zewnątrz, widziałam go w trakcie przemiany — wzdrygnęła się na samą myśl, czując dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Tommy był ogromnym facetem i jeszcze większym wilkołakiem - nawet bez przemiany mógł poważnie skrzywdzić Młodego Ackermanna, skoro podobno na Arenie dobrze radził sobie nawet z większymi od siebie (nie było ich wielu).
— Levi, jesteś pewny, że nie położyłeś go w innym miejscu? Albo odebrałeś go i zapomniałeś? Przecież dobrze wiesz, że u mnie by nic nie zginęło, w życiu nie wpadłabym nawet na pomysł, żeby dotykać te rzeczy. Diabli jedne wiedzą, co one mogą robić — obruszyła się na wspomnienie wazy, która wyjątkowo trafiła w jej ręce, a która okazała się wartym uwagi artefaktem. Pod warunkiem, że jej się niedotykało - Damroka długo leczyła potem boleśnie oparzone dłonie, pełne pęcherzy i schodzącej skóry, po której całe szczęście nie było już śladu.
— Przyniosę Ci coś na tego guza. Myślałam, że kotołaki mają lepszy słuch — zaśmiała się nerwowo, chcąc w jakikolwiek sposób rozluźnić napiętą atmosferę i wyszła z pokoju. Mógł usłyszeć, jak przesuwa krzesełko w kuchni, klnie cicho pod nosem kiedy najprawdopodobniej mocuje się z jakąś szufladą i z łoskotem wyciąga coś z zamrażarki
— Trzymaj — podała mu paczkę mrożonego groszku po tym, jak do niego wróciła.
UsuńZmarszczyła mocno brwi, błądząc po meblach w zamyśleniu, aż w końcu, podeszła do drewnianego regału, wcześniej wskazanego przez Leviego i przesunęła po miejscu, gdzie wydawało jej się, że jeszcze rano widziała naszyjnik. Tylko czy ten sam? Wyczuła pod palcami pojedyncze, maleńkie grudki ziemi.
— Czym Ci to pachnie? — zapytała, bez większego namysłu podsuwając mu swoje znalezisko pod sam nos — Jak mi powiesz, że nie-myciem rąk, to utkam Ci koszmar gorszy od złojenia skóry przez Thomasa — ostrzegła, marszcząc przy tym brwi.
Damroka
A on dla odmiany nie zaglądał tutaj zbyt często, nie licząc wezwań, do których przychodzić tutaj musiał, nawet jeśli chodziło tylko o pijackie awanturki, ale o obecności Aurory wiedział od chwili, w której stała się częścią Azylu. I też był trochę zaskoczony, bo przed kilkoma laty, gdy spotkali się poza Azylem, dobili bardzo sensownego targu i wtedy była jeszcze przekonana, że nie zamierza wchodzić w to azylowe bagienko, a ponieważ zrobiła dla niego coś dobrego, on darował jej ściągnięcie, a potem grzecznie zapomniał, że ich spotkanie w ogóle kiedykolwiek miało miejsce. Priorytety wprawdzie się zmieniają, ale kiedy ostatnio spotkali się właśnie w tym barze, Aurora całą sobą dawała do zrozumienia, że to miejsce i istnienie w nim jest dla niej co najwyżej kiepskim żartem, więc albo przeliczyła się co do oczekiwań, albo po prostu nie miała już wyboru i dlatego tutaj trafiła. Może dowiedziałby się czegoś więcej, ale rozmowa im się wtedy nie kleiła, ładnie mówiąc, dlatego pozostawał jedynie przy swoich domysłach.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się na jego słowa o ogrywaniu nowoprzybyłych i pokiwał głową, bo patrzenie na ich sromotne porażki i zrzedłe miny rzeczywiście musiało być satysfakcjonujące. Szanse może nie były równe, bo zdolności Leviego dawały mu przewagę, ale przecież nie oszukiwał. Wszyscy używali tych samych lotek, każdy celował w tą samą tarczę z dokładnie tej samej odległości, więc jego wygrana była w pełni naturalna i uczciwa, a wynikała po prostu z odpowiedniego wykorzystania swojego potencjału.
Upił łyk piwa, gdy Levi zasiadł naprzeciwko, i zawiesiwszy na nim spojrzenie, odchylił się wygodnie na oparciu krzesła. Zsunął chwilowo spojrzenie, gdy grotem lotki zaczął stukać o blat, a kiedy padła propozycja, z powrotem uniósł wzrok, mając na twarzy ten sam spokojny, lekko rozbawiony wyraz.
— Mamy — przyznał. — Różnica w naszej potyczce polegałaby jednak na tym, że nawet jeśli wygrasz ze mną w rzutki, to wcale nie znaczy, że przy okazji też czegoś nie przegrasz — odpowiedział, posyłając mu rozbawiony uśmiech. Było w tym troszkę prawdy, ale wiadomo, że w tej sytuacji zwyczajnie sobie żartował. A tak czysto teoretycznie, gdyby zagrali, mógłby użyć swoich umiejętności i za pomocą iluzji zamienić na tarczy jedynkę z osiemnastką, albo dwójkę z piętnastką, żeby Levi trafiał finalnie w pola mniej punktowane, ale intuicja mu podpowiadała, że kotołak zna rozkład tarczy na pamięć, więc to nie miałoby sensu i to już bez względu na to, czy zagraliby w X01 czy w Cricketa. Takie sztuczki to miałyby sens z nowoprzybyłymi, ale to byłoby już w zasadzie oszustwem, więc gra nie byłaby wtedy fair. Nie, żeby akurat Zayden Ward kiedykolwiek był dobrym przykładem do działania fair play, ale chodziło teraz o sam fakt.
Odstawił butelkę na blat i westchnął na wspomnienie Harrisa. Nie spieszyło mu się. Akurat z cierpliwością nigdy nie był na bakier, w przeciwieństwie do wyrozumiałości, która w jego usposobieniu pozostawała towarem deficytowym, więc mogli sobie pogadać, bo faktycznie okoliczności ich spotkań zwykle temu nie sprzyjały. Załatwiali swoje sprawy szybko, bo obaj wiedzieli, co może się zdarzyć, jeśli ktoś ich nakryje, a dziś doświadczyli tego na własnej skórze. I trzeba przyznać, że wywinęli się z tego bardzo sprawnie. Wątpliwe jednak, żeby Levi dostrzegł jakieś znaki szczególne w jego prywatnej wersji, bo ona zbytnio nie różniła się od tej służbowej. Zayden zawsze pozostawał sobą, choć wiadomo, że na komisariacie musiał prezentować swoje poglądy i podejście z głową, żeby nie wykopać pod sobą dołków głębszych niż te, które podkopywali pod nim inni. Na przykład wspomniany Harris, który był mistrzem tworzenia dziur tam, gdzie nie miały racji bytu.
— Harris był bardzo zaniepokojony tym, że nie dotrzesz do Ratusza i stwierdził, że jeśli coś odjebiesz, zanim się odmeldujesz, to wtedy ja beknę razem z tobą — przytoczył, wzruszając lekko ramieniem, bo taka gadka nie zrobiła na nim wrażenia, oprócz tego, że była śmieszna. Gdyby miał przejmować się tymi wszystkimi groźbami, to już dawno sam poprosiłby von Weissa, żeby wykopał mu na cmentarzu dół. — Ale zakładam, że bez większych problemów rozwiozłeś fanty, a potem grzecznie zrobiłeś w Ratuszu co trzeba.
UsuńNie brzmiało to jak pytanie, bo tym razem nie czuł już w kościach nadchodzących problemów, więc miał pewność, że Levi w pewnym momencie do Ratusza dotarł, ale nie obchodziło go, co w jakiej kolejności zrobił, bo to nie było już istotne. Grunt, że machnął swój zamaszysty podpis gdzie trzeba.
— Co u ojca? — zagaił od razu, bo nie miał pewności, na ile Levi koloryzował fakty na komisariacie i czy w koloryzował cokolwiek tak w ogóle, chociaż wydawało się, że o bolącym kręgosłupie mówił szczerze. — Powinienem go odwiedzić — przyznał i przyłożył butelkę do ust, żeby pociągnąć łyk piwa. — Ale okazało się, że istnieje ryzyko, że mogę przypadkiem natknąć się tam na Harrisa, co nie? — dodał, przypomniawszy sobie to, co Levi mówił o spotkaniach i popijaniu nalewek. W ogóle nie interesowało go to, z kim Thatcher popija sobie alkohol w zaciszu własnego domu, ale miał też na uwadze to, że Harris może przy okazji tych spotkań węszyć, bo na pewno wiedział, że Zayden miał z nim dobry kontakt swego czasu.
Zayden Ward
Poniekąd łączyło ich to, jacy byli, choć wychowanie otrzymali całkowicie inne. Noor wolała nie pokazać zbyt wiele, aby nie zostało to zdeptane, a ona odrzucona i Levi wydawał się w niej to nie tylko dostrzegać, co rozumieć. Było to miłe, lekkie, przypominało, że nie każdy jest taki sam, ale niektórym to nie przeszkadza, bo niektórzy potrafią taką odmienność zaakceptować. Czy kotołak ją akceptował... nie była pewna, przecież nadal za mało o niej wiedział, ale nie dał jej poczuć, że jako mieszaniec, jest też odmieńcem, z którym nie chce mieć wiele wspólnego. Nawet interesy im szły nieźle, dogadywali się dobrze, i to że dziś go szukała, chyba mówiło więcej niż to, jak go zwykle traktowała z suchą uprzejmością w aptece.
OdpowiedzUsuńNie trzymała się go już kurczowo, ale obejmowała go pod ramię z wyczuciem. Uważała na jego nierówny do końca krok i swój własny. Chodniki nie były szczególnie oblodzone, ale nie chodziło ryzyko utraty równowagi przez poślizgnięcie, jej dłoń spoczywała na rękawie kurtki kotołaka, aby Noor mogła sie go złapać, jeśli w pewnym momencie padnie. Albo aby podtrzymać jego, gdy kostka zapulsuje bólem. Jej troska była cicha, ale zrozumiała i ona wiedziała, że ci co znają ją dłużej, ci co potrafią patrzeć, dostrzegają że demona jest w niej o wiele mnij, niż posądzano ją kiedykolwiek.
- Ziołowe napary, olejki, tabletki, relaksacja... przeprowadziłam rytuał oczyszczania mieszkania i... myślałam, że może ktoś rzucił tu urok, ale nic nie znalazłam - przyznała, ściszając głos już niemal do szeptu, bo zeszli z głównej drogi i kręcili się miedzy mniejszymi kamienicami, wydawało się tu już o niebo dyskretniej i bezpieczniej niż blisko centrum miasteczka, ale nadal nie miała pewności, gdzie mogą kryć się niechciane i niespodziewane cudze podsłuchujące uszy. Miała wrażenie, że rada wszędzie ma wtyki i teoretycznie Levi też mógł taką wtyką być, ale nigdy nie wyczuła w nim fałszu. Paradoksalnie, szczególnie wtedy gdy szmuglował jej zamawiane artefakty, ufała mu najbardziej.
Noor miała podejrzenie, że coś się do niej przyczepiło, bo samo z siebie nic się nie działo. Nie znalazła jednak nic, nie wykryła żadnej obecności i zaczynała mieć tego naprawdę dość. Już pal licho że zmęczenie spozierało z jej ślicznej twarzyczki i już taka śliczna nie była, ona po prostu zaczynała się obawiać, że w pewnej chwili zwyczajnie oszaleje, że zmysły zaczną ją zawodzić, albo sie mieszać... Nie chciała oszaleć.
Szła grzecznie krok w krok obok młodego Ackermann'a. Nie rozglądała się na boki, nie wydawała się wystraszona, a jedynie skupiona na tym, aby dotarli do domu, aby móc wreszcie usiąść. Marzyła nagle o tym, aby usiąść, poczuła silne zmęczenie w udach i zaczęło pulsować jej średnim bólem w krzyżu, gdy docierali do osiedla parterowych domków, zbladła i miała wrażenie, że po po prostu brak jej tchu. Czuła, że ta dłoń schowana w kieszeni kurtki, znów jej zaczyna drżeć. Nie chorowała na żadne ludzkie choroby, na grypy i silne przeziębienia, a jednak... teraz objawowo czuła się absolutnie rozbita.
- Tak, mam pewien pomysł, dlatego cię szukałam - przyznała, czekając, aż podejdą do tego jednego domu, do którego zaraz mieli wejść, zniknąć z oczu ciekawskim i móc porozmawiać swobodnie.
UsuńObejrzała się za siebie tylko jeden raz, bo zdała sobie sprawę, że zwykle docierała tu całkiem inną drogą. Może to te kocie i sprawdzone ścieżki ją zmyliły?
- Jestem pewna, że to nie jest zwykła bezsenność - przyznała to, co wydawało się oczywiste od chwili, gdy spotkali się na ulicy i poprosiła o rozmowę. - Myślę, że coś mi odbiera moje sny, koszmary i spokój, chcę to znaleźć - dodała, a gdy poprowadził ją do konkretnego domu, pokonała próg gdy tylko otworzył drzwi i zaprosił ją gestem do środka. - Chciałabym, abyś przyniósł mi czysty kryształ do łapania dusz - wyrzuciła z siebie, stając na środku wejścia w środku jego domu, gdy tylko zamknął drzwi. Wcisnęła już obydwie dłonie w kieszenie i lekko zachwiała się, stawiając stopy szerzej dla złapania równowagi. Duże, zielone oczy teraz pozbawione blasku, wlepiła w jego twarz z oczekiwaniem.
Jeśli on sie nie zgodzi, nie miała kontaktu do świata na zewnątrz i tu musiałaby.... nie wiedziała, co musiałaby konkretnie zrobić, bo liczyła jednak, że Levi się zgodzi. Robiło jej sie niewygodnie i cholernie gorąco, ale stała twardo i czekała na jego odpowiedź.
Noor
Nie odprowadziła go spojrzeniem. Nie była w stanie patrzeć w plecy mężczyzny. Levi nie był już tym chłopakiem, z którym przeżywała swoje pierwsze zauroczenie. Nie był tym, który słuchał ją z niezbyt wielkim skupieniem, ale zawsze z tym samym figlarnym błyskiem w oku. Nie był tym, z którym zaczynała rozumieć, jakim utrapieniem jest siedzenie w jednym miejscu. Dałaby wiele, właśnie teraz, stojąc za barem w Bruderschafcie, żeby wrócić do tamtych czasów, aby uścisnąć palce na nastoletniej dłoni i ruszyć wspólnie w miasto, nie krępując się zupełnie przed psikusami, które jej – wiedźmi i jemu – kotołakowi przychodziły zupełnie naturalnie. Och, dałaby wiele, aby wrócić do tamtych czasów, do tych dni, gdzie uśmiech na ustach i błysk w oku był czymś normalnym, a smutek i niepowodzenia wyjątkami potwierdzającymi regułę. Mieli dobre życie i nawet jeśli ich młodzieńczy związek nie miał szans przeżyć próby czasu, to Rory zawsze upatrywała w Levim przyjaciela i powiernika.
OdpowiedzUsuńA teraz nie była w stanie nawet na niego spojrzeć. W jego plecy, bo obawiała się tego, że gdy dojrzy, jak Ackermann znika za nimi, to nie zobaczy go już nigdy więcej. Że to spotkanie przy barze było wytworem jej chorej, osamotnionej wyobraźni, że głowa spłatała jej figla, bo przecież przez jedenaście lat była zupełnie sama i teraz, w miejscu, gdzie roiło się od jej podobnych istot, spotkanie kogoś z sabatu było logiczne, prawda? Świadomość, że przecież oni wszyscy nie żyli, wcale jej nie pomagała. Wolała sobie nie wyobrażać trupa piętnastolatka wśród innych ciał, ale to robiła. Wielokrotnie, gdy zamykała oczy, widziała gasnący uśmiech Leviego, spojrzenie jego ojca, ale i własnej matki, którzy zdawali się nigdy zbyt przychylnie nie patrzeć na tę parkę.
Kolejne godziny w pracy upływały jej głównie na myśleniu o kotołaku, łapaniu się w panice za wisiorek i obsługiwaniu klientów, choć to ostatnie robiła dziwnie nieobecna. I nie krzyczała, nie rzucała kąśliwych uwag i krzywych spojrzeń. Istoty patrzyły na nią dziwnie, czuła to, ale ignorowała i bagatelizowała. Nalewała, kasowała i wycierała. Gdy lokal zaczął się wyludniać, podchodziła do pustych stolików, zbierała szkło, wycierała blaty, aby zarzucać na nie krzesła. Jeszcze nikogo nie wyganiała, bo działali w myśl zasady otwarte do ostatniego klienta, choć po pierwsze już nikt nowy nie pojawił się w lokalu. Zostali najwytrwalsi, zajmujący dwa stoliki. Grupka mężczyzn, która stanowiła przedziwną zbieraninę i sześcioro osobników – dwie kobiety i czworo panów bawiło się w znacznie bardziej kulturalny sposób. Ciągle było głośno, dopóki grupka facetów nie opuściła lokalu. Zrobili to chwilę przed drugą, więc wtedy Rory mogła zająć się ich stolikiem.
Posprzątała i gdy wracała z kuflami za bar, zwyczajnie zniknęła na zapleczu, gdzie załadowała zmywarkę. Była zmęczona, ale w inny sposób niż dotychczas. Bardziej psychicznie niż fizycznie, choć cały dzień i połowa nocy za barem robiły swoje. Niepokój ściskał swoje zimne szpony na jej żołądku, gdy wypatrywała zamknięcia Bruderschafta.
Bała się, piekielnie bała się tego, że Levi nie przyjdzie.
Wróciła za ladę, chcąc zacząć rozliczać kasę, gdy jej spojrzenie wpierw padło w kierunku drzwi. Levi. Był tam. Musiała nie usłyszeć dzwoneczka, a samo pojawienie się Ackermana sprawiało, że szóstka klientów po prostu wstała i zaczęłą się przyodziewać. Aurora poświęciła im tylko krótką chwilę, wzdychając ciężko, gdy spojrzeniem powracała do kotołaka.
Nie zrobiła kroku w jego stronę, nie obeszła baru, zsunęła z ramienia ściereczkę i oparła dłonie o ten fragment lady ukrytej za wysokim kontuarem.
— Jesteś.
I tylko tyle. Zagłuszone dźwiękiem dzwoneczka, gdy klientela pozostawiła ich samych we wnętrzu baru.
Rory Nielsen
Gdyby Damroka wiedziała, jak duży ból sprawiło Leviemu uderzenie się w metalowy pręt, skomentowałaby to stwierdzeniem, że to karma za bałagan się o niego upomniała, bo ból jego głowy to nic przy tym, co zmora odczuwała na samą myśl o czekających ją porządkach. Zachowanie przyzwoitego uporządkowania w takim pierdolniku wcale nie było tak łatwe, jakim mogłoby się wydawać! Wbrew pozorom znała przecież ułożenie każdego wazonika, puzderka, czy innego przedmiotu dla innych zbędnego, dla niej mającego wartość sentymentalną, bądź inwestycyjną. W czymś, w czym inni widzieli jedynie niepotrzebne graty, Damroka upatrywała kupione przysługi i uprzejmości, z których korzystała bez wyrzutów sumienia, a które były jej darowane przez sporą część mieszkańców, wręcz z wdzięcznością - po co miała wojować mieczem, skoro mogła drobnym prezentem, kawałkiem ciasta i dobrym słowem?
OdpowiedzUsuń— Ubrań z mojej szafy ja sama nie umiem tam ponownie zmieścić. Zniszczyłeś Narnię — zaśmiała się cicho, czując jak wcześniejsze zdenerwowanie zastępuje rozbawienie sytuacją. Było jej do śmiechu, bo to nie ją czekało zebranie bęcków od zdenerwowanego Thomasa, a do sprzątania i tak miała zamiar Leviego zagonić, nawet gdyby spotkanie z wilkołakiem nie skończyło się upadkiem na cztery łapy.
— Przypominam Ci, że to nie ja kopię w żwirku — zauważyła, widząc, jak wykrzywia się w teatralnym obrzydzeniu jeszcze zanim zdążył chociażby przysunąć nos do jej dłoni. Chociaż wiedziała o tym, jak koty wąchają otoczenie przez nozdrza i podniebienie, to zawsze zadziwiało ją to, w jaki sposób robił to Levi, czy jego ojciec - jakby za chwilę oczy również miały dołączyć do olfaktorycznego poznawania świata, bo nos i usta były już tym zajęte.
Kiedy wspomniał o Bożątku mocno zmarszczyła brwi, ale wcale nie była tak zaskoczona, na jaką próbowała wyglądać. Stworzonko od samego początku narzekało na układ, jaki był między nią a Levim, skarżąc się na brak poszanowania przez nich tradycyjnych wartości, jakim było chociażby posiadanie klucza do domu jedynie przez jego mieszkańców, idąc kolejno do niezapowiedzianych wizyt Leviego, w końcu zahaczając o plotki, którymi Bożątko zdawało się przejmować bardziej niż Damroka, która dla odmiany nie przejmowała się żadną z rzeczy, które przeszkadzały jej współlokatorowi. Oczywiście, kiedy wzburzone Bożątko tłumaczyło jej, że to wbrew tradycjom w których zostali oboje wychowani, że to niezgodne z właściwym postępowaniem i że Leviemu to bliżej do diabła, niż nawet jej samej, bo zapach czarownic podobno do tej pory mógł na nim wyczuć, Damroka starała się go uspokoić i przetłumaczyć, jak bardzo czasy uległy zmianie i że z Levim nie robią nic złego. Ba! Oni przecież nic nie robili, może poza wypiciem wspólnie herbaty, czy zjedzeniem razem obiadu, jeśli Ackermann pojawił się u nich w popołudniowej porze, a plotki… Damroka do nich przywykła i w tym wyjątkowym przypadku były jej one całkiem na rękę, bo przynajmniej absolutnie nikt nie wykazywał nią dzięki temu zainteresowania, co pozwalało jej na zajęcie myśli rzeczami znacznie bardziej istotnymi, niż zaloty, flirty i złamane serca.
Wywróciła oczami, kiedy odepchnął jej dłoń, jakby przynajmniej opryskał ją skunks i zapach był trudny do wytrzymania. Dla jej ludzkiej postaci woń ta była niemal niewyczuwalna, może podobna do zapachu zatęchłej piwnicy, ale tego typu nuty budziły w Damroce wiele przyjemnych wspomnień, przez co za nic nie mogłaby się pokusić o obiektywność - Bożątko pachniało dla niej dawno utraconym domem i to był jeden z powodów, dla których przyjęła go pod własny dach.
Usuń— Nie lubi Cię, więc jest to w jakimś stopniu możliwe — powiedziała, patrząc na niego zupełnie niewzruszona jego miną, z której biło oczekiwanie na jakąś reakcję z jej strony i wyszła ponownie do kuchni, w której już po chwili można było usłyszeć szum wody i zaciekłe szorowanie dłoni, bo chociaż nigdy by się nie przyznała, to zrobiło jej się trochę głupio przez jego reakcję na zapach. Wytarła mokre dłonie w wełniany sweter, zupełnie zapominając, o przewieszonej przez rączkę starego piekarnika, ścierce i nie czekając na Leviego udała się do pokoju Bożątka, uprzednio zakładając nitrylowe rękawiczki.
Pokój był ciemny, przez zasłonięte zasuszonymi liśćmi okna wpadało do niego niewiele światła, zaś to z korytarza zatrzymywała utkana z gałązek, pajęczych sieci i mchu girlanda, pod którą Damroka przeszła niemal na kuckach.
Z wprawą zaświeciła latarkę, którą oświetliła pokój. Pomieszczenie przypominało jamę, którą ktoś przeniósł z lasu wprost do niewielkiego mieszkania - na podłodze pełno było ziemi i igliwia, materac znalazł się pod wysokim łóżkiem, którego stelaż przykrywały suche, sosnowe gałęzie tworząc w ten sposób coś na kształt bardzo niskiego namiotu, ściany całe pokryte były zaschniętym błotem a na sznurkach, zawieszonych na ramie łóżka wisiały nagie, zapewne obgryzione, kości gryzoni i ptaków.
— Jak chcesz, to tutaj szukaj. Ja mogę Ci poświecić —powiedziała Damroka i skierowała światło w stronę Leviego, chcąc za wszelką cenę zobaczyć w tej chwili jego minę, bo jeśli była podobna do tej, którą sama miała za pierwszym razem gdy zachwycone Bożątko obwieściło jej, że urządziło swój pokój, to był to widok warty zapamiętania.
Damroka
Pokiwała głową, gdy Levi powiedział, że jego ojciec czuje się dobrze. To jej wystarczyło. Wiedziała, że mężczyzna bywał dość szorstkim typem, ale ostatecznie jakoś udawało jej się zamienić z nim kilka zdań. Poza tym chyba naprawdę polubił jej ciasto z wiśniami.
OdpowiedzUsuńBaldwinie nigdy szczególnie nie zależało, aby być kimś w dobrych czy poprawnych relacjach – to, że teraz miała kilka bliskich osób wokół siebie, było dość… osobliwe. Przyzwyczaiła się już do tego, że jest albo obiektem krzywdy i kpin, albo narzędziem do zyskania czegoś cennego, dlatego bardziej ceniła sobie przewidywalność niż sympatię. Zmieniło się to jednak, gdy osiadła i zaczęła nowe życie w azylu. Tutaj nie musiała oglądać się za siebie, nie próbowała być niewidoczna ani nie chowała się po kątach – po prostu była.
Kątem oka zarejestrowała moment, w którym Levi opuścił kuchnię. Nie wnikała w to, gdzie poszedł – mógł spacerować po jej mieszkaniu, oglądać bibeloty i stare obrazy, przyglądając się porcelanowym figurkom, fiolkom, zasuszonym kwiatom czy ziołom. Baldwina nie ukrywała tutaj niczego niebezpiecznego czy nielegalnego. Mieszkanko było dość ciasne, ale przytulone i zdecydowanie mogło zachwycić klimatem starej Rosji z domieszką czegoś mistycznego i ciężkiego.
Spakował jedzenie do torby, w tym wspomnianą herbatę, i odwróciła się, aby zostawić ją gdzieś, gdzie nie zostanie zapomniana przed wyjściem, a wtedy zobaczyła czarnego kocura, który bezceremonialnie zajął stół. Levi w kociej wersji wyglądał dostojnie i teraz już nie było po nim widać, że coś go bolało lub sprawiało dyskomfort – był dużym kotem z ładnym, błyszczącym futerkiem.
Odłożyła torbę, a potem potarła dłońmi swoje uda, jakby chciała zmyć z palców zapach. Podeszła bliżej, obserwując koci pyszczek, uszka i wąsy. Wiedziała, co oznaczała przemiana Ackermanna, ale nie zrobiła niczego gwałtownie – daleko jej było do impulsywnego zachowania.
— Wyglądasz zdecydowanie lepiej niż w moim gabinecie — odezwała się, bo Levi nie przypominał już tej włochatej kulki, którą był w Ratuszu i którą niosła pod płaszczem.
Uniosła dłoń, aby Levi dokładnie zobaczył jej ruch, jakby chciała się upewnić, że nie spotka się z jego pazurami czy ząbkami. Potem delikatnie wsunęła palce w jego futro. Było czarne, gęste i miękkie w niemal nieprzyzwoicie przyjemny sposób. Nie była to czerń płaska ani martwa, wręcz przeciwnie. Baldwina dostrzegała, jak futerko delikatnie się błyszczy. Przesunęła powoli palcami od czubka jego głowy ku karkowi.
Futro pod jej dłonią było jedwabiście gładkie, ale przy nasadzie gęstsze, bardziej puszyste. Gdy zanurzyła w nim palce odrobinę głębiej, poczuła bijące od Leviego ciepło. Nie powinno ją to dziwić – w końcu koty i kotołaki miały wyższą niż przeciętny człowiek temperaturę.
— Wypełniłeś swoją część układu, Levi. — Zabrała ostrożnie rękę, nie chcąc dłużej męczyć kotołaka swoim dotykiem. Wiedziała, że poprosiła o coś, co dla Ackermanna było trudne; w końcu kiedyś, podczas jednej z odległych już rozmów, zdołała wywnioskować, że nie lubił dotyku i zapewne nie byłby kotem, który jest uwielbiany przez starsze panie. Levi Ackermann miał w sobie coś z łobuza i to widać też było w kocim pyszczku, który zdradzał, że kotołak nie ulega łatwo pieszczotom.
Każdy pakt musiał jednak zostać doprowadzony do końca, bo konsekwencje niewywiązania się ze złożonej obietnicy najczęściej bywały dość okrutne. Baldwina nie prosiła jednak o nic, czego Ackermann nie mógłby jej dać – nie żądała o nic drogocennego i rzadkiego, a o coś, co miał pod ręką. I chyba to w jej definicji nazywało się przyjaźnią.
Winnie ✋
— Sam przyjdziesz po głaski, bo nikt nie drapie za uszkiem tak dobrze, jak ja — powiedziała z całą pewnością, w odpowiedzi na jego gest wytykając mu język. Ponad dwieście lat życia, a Damroka mimo to wciąż zachowywała się czasami tak, jak wyglądała - wręcz dziecinnie. Przez te wszystkie lata nie udało jej się znaleźć przepisu na wieczną młodość dla duszy, ale odkryła, że pogoda ducha i zwykły humor potrafiły zdziałać cuda, zwłaszcza, gdy zatapiała się we własnych wspomnieniach, czując się przez to jak staruszka. Bywały dni, kiedy zaraz po przebudzeniu czuła w ustach gorzki posmak, wcale nie spowodowany wchłoniętym koszmarem, a własnymi traumami, które chociaż nie mogły nawiedzić jej w snach, przypominały o sobie czyimś głosem, znajomym zapachem, czy czymś tak drobnym jak guzik, przypominający któryś z tych, które widziała na mundurze. Chociaż w świecie zewnętrznym wiele było pomników, muzeów czy budynków przypominających jej o przeszłości, to przez swoje życie nauczyła się przechodzić nad tymi hołdami dla historii do porządku dziennego, co znacznie gorzej przychodziło jej w Azylu, w którym czas zdawał się zatrzymać w miejscu. Od kilku miesięcy potrzebowała Leviego bardziej, niż on potrzebował jej, chociaż w żadnym stopniu nie dawała mu tego odczuć - był jej łącznikiem ze światem, w którym czas płynął dalej, bez tego irytującego spowolnienia spowodowanego izolacją. Był także kimś, przy kim czuła się na tyle swobodnie, że miała odwagę pokazywać swoje rogi, krnąbrność i złośliwą naturę, zapominając o wiecznym uśmiechu i niekiedy sztucznych grzecznościach.
OdpowiedzUsuń— Jak tam chcesz — wzruszyła ramionami, kiedy wyciągnął jej z ręki latarkę, uważnie patrząc na niego zamiast na pokój, który sama omijała z daleka.
Zaśmiała się pod nosem, kiedy tak łypał na nią spod rozmrażającego się groszku, wyraźnie niezadowolony z efektu swoich poszukiwań.
— Tutaj pojawia się pewien problem, bo widzisz Kociaku — zwróciła się do niego, nawiązując w tej chwili nie tyle co do jego natury, co do żartach o cholernej kuwecie — Bożątko rano poinformowało mnie, że idzie do lasu załatwiać swoje “sprawy” — wykonała cudzysłów palcami, tym samym jasno przekazując Ackermannowi, co sądzi na temat tejże wycieczki — … a to oznacza tyle, że prawdopodobnie wróci za jakieś dwa, może trzy dni, kiedy już te sprawy załatwi. Wygrzebie hibernującą wiewiórkę z dziupli, upoluje jakiegoś ptaka, podtopi się ze trzy razy w przeręblu, próbując złowić rybę. Będzie robił to, co robią niesforne dzieci, kiedy ktoś je zdenerwuje. Obawiam się, że nie wiem, kto kogo pierwszego znajdzie. Czy ty Bożątko, czy Ciebie Tommy — zaśmiała się, ale widząc minę Leviego momentalnie tego pożałowała. Czyżby Wilkołak faktycznie mógł mu zrobić krzywdę?
— Patrząc na twoje zdenerwowanie domyślam się, że Tommy Ciebie — powiedziała cicho i zmarszczyła mocno brwi, intensywnie nad czymś myśląc — Obawiam się, że pozostaje nam poszukanie Bożątka w lesie. Nie wyczuję go za dnia, mogę spróbować dopiero w nocy, ale… ale Bożątka mało śpią, a przez runy nie jestem w stanie go znaleźć, jeśli będzie na nogach — powiedziała szybko i spojrzała na zegarek, wiszący w przedpokoju — Jeśli wyjdziemy teraz, to powinniśmy dojść do lasu jeszcze przed zmierzchem, ale nie zdążysz zajrzeć do domu po ciepłe ubrania. Co masz przy sobie? Mogę pożyczyć Ci jakiś ciepły sweter, szalik, nawet czapkę… —wymieniła, powstrzymując się nawet od złośliwej zaczepki.
Uświadamiając sobie, co właściwie zrobiło Bożątko poczuła się za to odpowiedzialna, bo w końcu to z nią mieszkało pod jednym dachem, spełniając tym samym jej ciche marzenie o czymś na kształt rodziny. Tyle tylko, że słowiański bożek coraz częściej dawał jej do zrozumienia, że samotna Damroka nie stanowi dla niego żadnej pociechy, nie pozwala mu się cieszyć tradycyjnymi wartościami i irytuje go swoją opiekuńczością. Bogorja, chociaż nigdy by tego nie przyznała, coraz bardziej czuła się zagubiona w tym dziwnym, niezdrowym układzie, za którego nieudolność prowadzenia, płacił w tej chwili jej, jeden z bardzo niewielu, przyjaciel. Mimo wszystkich uszczypliwości i plotek, które o nich krążyły, Damroka prawdziwie uwielbiała Leviego, znajdując zazwyczaj wiele radości w jego towarzystwie i postrzegając go, jako jedną z najbliższych sobie osób w Azylu. Mimo swojego wcześniejszego, niemal nonszalanckiego podejścia do zaistniałej sytuacji, Damroka zaczęła się zwyczajnie martwić, patrząc teraz z wyczekiwaniem na Leviego.
UsuńDamroka
Przyszedł. Niewątpliwie Levi Ackermann przyszedł do Brudershaftu. W azylu. W Last Salvation, jak szumnie nazywano to miejsce. Był w pierwszym barze w tym miejscu. Po jedenastu latach spotkali się w miejscu, które było więcej niż parszywe, które odbierało im część tego, kim byli. Ale Levi nie wyglądał tak, jakby przeżywał coś złego. Wyglądał zdrowo. Wyrósł i zmienił się od momentu, w którym widziała go po raz ostatni.
OdpowiedzUsuń— Fajnie — rzuciła w odpowiedzi na to jego jestem, jakby żadne z nich wcale nie było gotowe ani na to spotkanie, ani na tę rozmowę. Aurora patrzyła na niego uważnie, ignorując klientów, którzy wyszli jako ostatni. Dzwoneczek umilkł, trochę śniegu wpadło do lokalu wraz z chłodnym powietrzem. Nielsen stała za swoim barem, jakby ta wysoka, drewniana lada miała być jej murem, chociaż przed Levim nie powinna chcieć się ukrywać ani bronić.
Chyba trochę spodziewała się tego, że to kotołak zacznie mówić. Zawsze zaczynał mówić. Zadrżała na samą myśl o tym, że nie wiedziała, co działo się z nim przez jedenaście lat. Nie wiedziała, ile czasu spędził w azylu i czy był tutaj sam. Krzywy uśmiech pojawił się na jej twarzy, gdy Levi podszedł bliżej. Obserwowała uważnie, jak rozpinał kurtkę, jak potem rzucał ją na stołek obok, jak siadał naprzeciwko niej i przez chwilę czuła, że nawet nie ma gdzie uciec tym spojrzeniem. Obejrzała się jednak przez ramię, na jedną z lodówek stojących pod ścianą za jej plecami.
— Jak co? — spytała, unosząc lekko brew, gdy rzuciła mu na powrót krótkie spojrzenie. Ich rozmowa była… nie taka, jakiej chciała. Chciała przecież wiedzieć wszystko i zadać mu setki, jeśli nie tysiące pytań, ale nie potrafiła. Nie mogła wydusić z siebie ani jednego, jakby szok, który poczuła na jego widok, nadal nie ustępował, a wręcz się pogłębiał.
Byli teraz sami. Niegdyś bywali sami bardzo często, szukając ucieczki od innych czarownic i kotołaków. Łazili po murkach i dachach, co Rory wychodziło znacznie gorzej niż Leviemu, ale zachody słońca, gdy siedzieli wsparci o jeden z kominów, były warte tego wysiłku.
Odwróciła się i podeszła do lodówki. Wyciągnęła z niej dwie szklane butelki. Postawiła je przed Levim i dopiero wtedy sięgnęła po otwieracz. Szybko pozbyła się metalowych kapsli, a Levi mógł dostrzec, że było to Omnipollo, o które prosił jeszcze wtedy, gdy przyprowadził tu syrenę.
— To była twoja dziewczyna? — spytała nagle, nie z zazdrości, bo przecież w ciągu jedenastu lat Levi mógł nie tylko randkować, ale i ułożyć sobie życie. Może nawet miał rodzinę, z której istnienia nie zdawała sobie sprawy? Sięgnęła po jedną z butelek, uderzyła jej szyjką o tę, która została na ladzie. — Za… — urwała, bo żaden toast nie był odpowiedni. Za spotkanie? Przecież to nie tak, że stracili kontakt dobrowolnie. Za życie? Przecież ona doskonale wiedziała, jakie piekło przeżyła. I wolałaby śmierć. — Za. — Mruknęła, ewidentnie się poddając i zrobiła łyk, spory, ignorując, że część spienionego trunku spłynęła z kącika jej ust po brodzie.
Rory Nielsen 🍺