Levi Ackermann
urodzony 14 grudnia 1998 roku w Coventry, w Wielkiej Brytanii // 27 lat // kotołak // od 6 lat Łącznik // w Last Salvation od 16 roku życia // mieszka wraz z jeżdżącym na wózku inwalidzkim ojcem, Thatcherem // zajął wolny wakat Łącznika po ojcu, który uległ wypadkowi i został sparaliżowany podczas pracy na zewnątrz na rzecz azylu // wspólnie zajmują parterowy dom przy uliczce, która z prawej i z lewej zabudowana jest dokładnie takimi samymi, parterowymi domami // zbieżność nazwisk z tym Ackermannem przypadkowa
Walk the layout, routines in the night
Some doors have "Stay out" spray-painted in white
While all the world's asleep, I walk around instead
Through the memories, down the halls of my head
Some doors have "Stay out" spray-painted in white
While all the world's asleep, I walk around instead
Through the memories, down the halls of my head
Nie od zawsze było ich tylko dwóch.
Dawniej był klan Ackermannów. Niewielki, liczący sobie około trzydziestu członków, z których część była rozproszona po Wielkiej Brytanii. W Coventry oraz jego najbliższym sąsiedztwie pozostało ich osiemnastu, skupionych wokół tutejszego sabatu. W tym Levi i jego ojciec, ponieważ matka zmarła w wyniku komplikacji przy porodzie i czasem Levi zastanawiał się, czy to po jej śmierci ojcu nie zostało nic oprócz tej szorstkości, którą miał dla Leviego, bo całą resztę Millicent zabrała ze sobą.
Nie od zawsze było ich tylko dwóch.
Dawniej był sabat, mniejszy nawet niż klan Ackermannów. Składający się z wiedźm i czarowników osiadłych w Coventry i okolicach, stanowiący zbieraninę kilku rodzin i pojedynczych maruderów, którzy poszukiwali dla siebie miejsca, do którego mogliby pasować i tak się złożyło, że pasowali.
Jedenaście lat temu wyrżnięto ich wszystkich.
Od jedenastu lat jest ich tylko dwóch.
Sprowadzeni do Last Salvation przez Ściągającego, zostali zmuszeni do odnalezienia się w pełnej ograniczeń rzeczywistości, ale czy mieli inne wyjście? Tam, poza azylem, nie było już niczego, co by znali. I odnaleźli się, nadzwyczaj dobrze. Thatcher szybko dołączył do Łączników, mając do tego więcej niż doskonałe predyspozycje i pozostawał w formacji przez pięć lat. Jego karierę zakończył wypadek i to wyjątkowo głupi, ponieważ przebiegającego przez ulicę w postaci kota Thatchera potrącił samochód. Rozległy uraz uniemożliwił mu przemianę. Znalazł go przechodzień, a odratował weterynarz. Do Last Salvation wrócił po kilkumiesięcznej nieobecności, w ostatniej chwili zapobiegłszy wykuciu jego imienia i nazwiska w cokole pomnika Morrisa Stroble’a.
Od jedenastu lat jest ich tylko dwóch.
Po uzyskaniu zgody Rady, z mieszkania w jednym z budynków przeprowadzili się do parterowego domu, który w miarę możliwości dostosowali do potrzeb jeżdżącego na wózku Thatchera. Zrobili łagodny podjazd, zlikwidowali progi, poszerzyli wąskie wejście do łazienki i zamontowali w niej poręcze, a wszystko to wykonali rękoma Leviego, który jako jedyny zdaje się wiedzieć, że ta szorstkość Thatchera, która po wypadku przybrała na sile, potrafi być też na swój drapiący sposób czuła.
Od jedenastu lat jest ich tylko dwóch.
Od sześciu lat jest też Levi, Łącznik.
Szmugluje, co tylko da radę przytargać do azylu o własnych siłach. Nie spełnia każdej prośby i zachcianki, ale ich większość. Jest obrotny i wszędobylski, szczególnie chętnie włóczy się po azylu po zapadnięciu zmroku i czasem żałuje, że nie może włóczyć się po nim w postaci kota, co i tak nie przeszkadza mu w łażeniu po dachach. Jeszcze z żadnego nie spadł, choć pewnie znalazłoby się parę osób, które chciałoby go z tego dachu zrzucić, ponieważ Levi dba przede wszystkim o własną wygodę, jak to kot.
Ludzie, którzy nie lubią kotów, nie polubią także Leviego.
Od sześciu lat jest tylko on, jeden.
Wątek każdemu, kto bez googlowania zgadnie, po kim Levi otrzymał imię i nazwisko.
Nie do końca wiem, co chciałam przekazać w karcie postaci, natomiast (chyba) wiem, co chcę przekazać w wątkach i to do nich serdecznie zapraszam! Levi nie gryzie, ale syczy i drapie.
Wizerunku użycza: Nick Pervak
Cytaty w tytule i treści: Twenty One Pilots - Routines In The Night
Nie do końca wiem, co chciałam przekazać w karcie postaci, natomiast (chyba) wiem, co chcę przekazać w wątkach i to do nich serdecznie zapraszam! Levi nie gryzie, ale syczy i drapie.
Wizerunku użycza: Nick Pervak
Cytaty w tytule i treści: Twenty One Pilots - Routines In The Night
[Karta przekazuje dokładnie wszystko, co trzeba, poza tym super wyszedł Tobie ten kotołak, a ja jestem team koty, więc bardzo lubię Leviego! Myślę, że Zay też go polubi, jeśli z jego szmuglowania będzie mógł wyciągać własne korzyści. Może jakiś sensowny deal? 🧐 Zapraszamy na maila na burzę mózgów, a tymczasem życzymy diabelnie dobrej zabawy! <3]
OdpowiedzUsuńZayden Ward
[A ja przychodzę po wątek, który został mi obiecany już w karcie — bo pewnego kapitana ze skłonnością do pedantyzmu znam nie od dzisiaj...
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za powitanie! <3 Morrigan jak najbardziej można kojarzyć, na pewno z Woodwick i Valmont Academy, chociaż na obu tych blogach prezentowała się troszkę inaczej. A twarz Katie po prostu doskonale pasuje do wszelkiego rodzaju wiedźm, czarownic czy po prostu mrocznych postaci, więc musiałam skorzystać!
Levi na pewno mógłby się do czegoś przydać — być może w środku nocy natknąłby się na nią, będącą pod wpływem transu?]
Morrigan
[Morrigan raczej wygląda jak chodzący trup, tzn. nie wzdryga się nawet pod wpływem uderzeń gałęzi czy niskiej temperatury, ale podświadomie unika bezpośredniego niebezpieczeństwa, czyli na przykład nie skoczy z klifu do morza. Od czasu pobytu w miasteczku jednak jej transy robią się bardziej niebezpieczne i ta uważność trochę się rozprasza, więc może się wydawać, że wyrządzi sobie poważną krzywdę.
OdpowiedzUsuńPewnie, to miałoby sens. Wyobrażam sobie nawet, że jest już do tego całkiem przyzwyczajony. XDD]
Morrigan
[Bardzo mi milutko i cieplutko na sercu po Twoim powitalnym komentarzu, a rozpoczęcie... miód! *-* Trafnie wychwyciłaś dwoistość mojej dziewczyny, ja w sumie sama nie wiem, co to za typ.
OdpowiedzUsuńNatomiast Twój kotołak, jak już pisałam, jest przecudny! Szczególnie ujmują mnie wszystkie jego kocie cechy i ciekawy charakterek!
No i oczywiście, ja samej siebie nie zaskoczyłam, dołączając do Was! <3 i mam nadzieję zostać bardzo długo ;)]
Ręka nigdy jej nie drżała, czy to na widok krwi, czy to przy zagrożeniu, gdy było obok lub wymierzone w nią, a choć strach nie był jej nieznany, potrafiła panować nad sobą, myślą i odruchem, naprawdę doskonale. Noor trzymała wszystko w sobie, pozwalała kumulować się emocjom, podobnym jak i sprzecznym, kłębić, zacieśniać i zaciskać. Chaos w jej wnętrzu, w duchu i wszelkich wnętrznościach, czasami prowadził do migreny, czasami do niemożliwego bólu brzucha. Ale po niej nie widać było nic. I nikt nie wiedział, czy taka istota jak ona cokolwiek czuje. Ona sama czasami zastanawiała się, jak to jest... czuć, choć jednocześnie nigdy nie czuła się pusta.
Apteka stała się jej miejscem niedługo po tym, jak dotarła do azylu. Przesycona jej osobą, jej aurą, przesiąknięta charakterystycznym zapachem leków i ziół, oferowała wszystko, czego można chcieć. Było tu jak w archiwum biblioteki, chłodno, niezbyt jasno, cicho. Bezosobowo, czysto i zarazem jakoś. Sedno i konkret umykał zmysłom, ale było to miejsce, jak żadne inne. Potrzebne, nawet w takim miejscu, gdzie nie było zwykłego człowieka i teoretycznie aspiryna nie miałaby prawa się sprzedać. Ale Noor zarabiała i szło jej na tyle nieźle, że czasami potrafiła odłożyć kilka stówek. Nie wiedziała tylko po co.
Dni mijały jej podobnie, każdy poprzedni i następujący wyglądały bliźniaczo. Brała zmiany zahaczające o godziny nocne, albo od osiemnastej do czwartej nad ranem, albo od czwartej do południa. Gdy było ciemno, czuła się najswobodniej, mogła sprzątać, prowadzić inwentaryzację, sprawdzać zamówienia i rozliczać zysk. Mogła wtedy też przyjmować klientów za drzwiami, na zapleczu. Mogła troszkę łudzić się, że oszuka Radę i ugra coś dla siebie pod ich nosem, chociaż to też nie o to chodziło... chodziło o to, aby zapewnić sobie pozorne poczucie bezpieczeństwa i wolności. Bo Noor stara nie była, ale głupia tym bardziej, a runy który niekiedy piekły ją pod łopatką, skutecznie przypominały jej nie tylko o ograniczeniach, ale i o tym, że jej spokój kosztuje swoje.
Pamiętała jak to jest się bać. Albo nie spać. Albo spędzać noc w zimnie, w półśnie, z lekko uchylonymi powiekami, obserwując drzwi z takim strachem ściskającym jej wszystkie flaki, że oddychanie bolało. Nigdy tego nie zapomni, niezależnie czy minie kolejne kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat. I nigdy stąd nie odejdzie, by tego znów nie przechodzić. Jakakolwiek cenę przyjdzie jej zapłacić za bezpieczeństwo, była na to gotowa i jak dotąd nie było ani jednego dnia, by żałowała. Zbudowała tu sobie nowe życie i dostosowała się do panujących zasad. Na swoich własnych, jak wierzyła.
Apteka działała w tygodniu codziennie od dziewiątej do dziewiętnastej, w soboty do czternastej, a niedziele do południa. Klienci co prawda nie walili do niej drzwiami i oknami, ale było ich wystarczająco, aby i ona miała ręce pełne roboty i aby nie musiała się martwić, że któryś z pracowników zacznie kombinować, bo ma zbyt wiele wolnego czasu. Aż dziw, że nie musiała się o to martwić. Mieszkała nad apteką, w kawalerce z wydzieloną sypialnią, lubiła tę zatęchłą dziurę. Chociaż to nie była dziura, ale Noor lubiła tak o niej mówić, czuła się wtedy bardziej jak u siebie.
Dziś wyjątkowo przyszła w środku dnia do pracy i miała zamiar posiedzieć góra do dwudziestej, bo była nie w sosie. Nie wyspała się i to nie tak, że umiała to zwyczajowo ukryć. Nie przespała więcej jak godzinę poprzedniej nocy i czuła swędzenie pod skórą za lewym uchem, znak że coś się wydarzy. Gdyby była czystej krwi, pewnie takie durnoty nie miałyby miejsca, ale nauczyła się z tym żyć. Z wieloma rzeczami się oswoiła, choć wiele irytowało ją ciągle tak samo mocno.
UsuńSkakała po kartonach na zapleczu, aby je jak najbardziej zgnieść i przygotować do wywalenia. Dbała o porządek i czystość, dbała właściwie bardzo i o bardzo dużo, choć nie przyznałaby się, że na czymś szczególnie jej zależy. Spytana, dlaczego tak sama siebie chowa przed światem, nie umiałaby odpowiedzieć, ale już taka była. Otoczona skorupą, nieodgadniona i trudna. Kiedy usłyszała, że ktoś wchodzi do apteki, za uchem zaswędziało ją znowu, a gdy plecak wylądował na szklanej ladzie aż huknęło, skoczyła jeszcze tylko raz na makulaturę i wysunęła się do przodu. Krok miała lekki, wydawało się że płynie, gdy wynurzyła się za ladą i od razu mogła zarejestrować, że nie jest z nim dobrze. I że nie tylko dobrze się nie czuje, ale i nastrój ma podobnie do niej niezbyt pogodny.
- Ostrożnie, to szkło - upomniała Levi'ego, ocierając dłonie z paprochów po papierze o tył jeansów. Poczuła pieczenie za uchem, a potem pieczenie na serdecznym palcu jednej dłoni, gdzie się zacięła o karton, gdy przystanęła i lekko mrużąc oczy przyjrzała sie obitej facjacie dostawcy. - Dobrze, że jesteś - oceniła łagodnie, bo znalazł się w najlepszym możliwym miejscu, aby się nim zajęto. Mógłby też iść gdzieś, gdzie byłby lekarz, a nie aptekarka bez wykształcenia farmaceutycznego, ale... byli tu i tu ona umiała się przydać. A jeśli Noor czegoś potrzebowała, to odszukać sensu tego, że jest.
Ona nie oferowała pomocy obcym, nie narzucała się, nie proponowała nawet swojego towarzystwa. Levi dostarczał jej leków i produktów rozmaitej maści nie od dzisiaj, przyzwyczaiła się do niego, więc zwyczajnie nie był nieznajomym. On znał jej imię, a ona jego, wiedzieli o sobie już wystarczająco, aby się nawet rozpoznać na ulicy. Mogła spokojnie uznać, że go zna, a choć teraz wcale nie powiedziała wprost, że sie nim zajmie, to właśnie miała na myśli. I tę decyzję podjęła zdumiewająco szybko. Problem polegał na tym, że Levi pewnie się nie zorientował w jej myślach, bo w nich nie czytał, a ona się nimi śmiało nie dzieliła.
Krew pod nosem, grymas bólu, krzywa postawa. Wyglądał okropnie. Troski w niej nie było za wiele, a i ciepła bardzo malutko, ale to nie znaczy że nic a nic. Mogło być nawet ogrom, gdyby sobie na to pozwoliła, ale za krótką miała smycz. Ściągnęła nieco brwi a jej spojrzenie spochmurniało, gdy tak jeszcze raz prześledziła jego postać. Wywalił wszystko na szklaną ladę, prawie jej to zbił, waląc nieelegancko fiolkami, aż odetchnęła głebiej przez nos, widząc porozrzucane pudełka.
- Zaniesiemy to na zaplecze? - zaproponowała, trochę sposobem, chcąc go tam zwabić, aby przyjrzeć się z bliska co to się mu zadziało. Swoje już wiedziała i to chyba przez niego swędziało ją za uchem, bo co innego mogło się przydarzyć, jak zjawienie dostawcy poturbowanego jakby wpadł pod kosiarkę i obsikał go pies?
Pochyliła się, zbierając kilka opakować w ramiona. Jedno mniejsze wrzuciła do szerokiej szarej bluzy, jaką na sobie miała, ale było tego jeszcze trochę do zgarnięcia. Liczyła, że Levi nie ucieknie stąd z fochem.
Noor dziwaczka
[KOCHAM ten pomysł o tradycji wybudzania się przy Levim, to takie tragikomiczne. XDD
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że skoro miasteczko otoczone jest lasami, to pewnie jest tam sporo jakichś stromych zejść, wystających korzeni, może jakichś małych strumyków? Wystarczy, że próbowałaby właśnie zejść taką trasą, to już się można przestraszyć, że w takim stanie kark sobie połamie, wpadnie w pień, straci przytomność i wyląduje twarzą w wodzie. XDD
A co do ojca Leviego, to nie wydaje mi się; wizje banshee zawsze się sprawdzają, chociaż nie mają ograniczenia czasowego. Może coś innego w tym domu byłoby związane ze śmiercią?
Podrzucam też maila, może tam będzie latwiej dogadać szczegóły: ketsurui567@gmail.com ]
Morrigan
[Hej! Dziękuję bardzo za powitanie *.*
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc zastrzeliłaś mnie tym podobieństwem wizerunku Faith do Matyldy, wcześniej tego nie zauważałam, a faktycznie coś w tym jest. Nie mogę teraz wyrzucić tego z głowy xD
Masz absolutną rację: nie pogodziła się z drwiną, co więcej coś mi się wydaje, że to nie koniec jej zmagań z szaleństwem ojca :D
Od wczoraj myślę czy jakoś udałoby nam się podziałać w wątku: z pewnością chciałabym odkryć świat zewnętrzny umożliwiający im pełnię mocy (obydwoje mogą się tam udawać, więc idealnie pasuje), jak i zwiedzić zakamarki Podziemnej Areny, gdzie Levi mógłby coś nie coś dorobić (kwestia czy to miejsce zna, jeśli nie to Faith mogłaby mu je pokazać - świadomie lub nie ;) ).
Co prawda to wszystko co mam na ten moment, ale jeśli byłabyś zainteresowania zgłębieniem któregoś z tych obszarów możemy zorganizować burzę mózgów :)]
Faith
Tu było dziwnie. Nadal nie oswoiła się z tym miejscem ani z ludźmi i nie-ludźmi, którzy tutaj przebywali. Minął niemal miesiąc odkąd postawiła pierwsze kroki na ziemiach należących do Last Salvation. Prawie cztery tygodnie od momentu, w którym wyryto na jej ramieniu pierwszą z run. Poddawała się temu zabiegowi z drżącym sercem i nie podobało jej się to, jak czuła się w momencie, gdy opuściła ratusz, dzierżąc w dłoni pęk kluczy.
OdpowiedzUsuńMiała swoje miejsce. Ale czy właśnie na tym jej zależało? Na ograniczeniu czegoś, co czyniło ją… nią. Aurora obawiała się jednego — utraty samej siebie. Mówili jej, że to normalne, że przejdzie, że jej obawy są uzasadnione, ale to minie. Harriett patrzyła na nią badawczo, witając w gronie mieszkańców, a Eva nie uraczyła jej nawet spojrzeniem. Z tego, co było jej wiadome, nie poznała wszystkich Członków Rady, ale i tak pozostawała pod wrażeniem tego, jak prezentował się azyl.
Sądziła, że to będzie prosta osada, przypominająca wioski, w których spędzała większość czasu. Ale nie. Last Salvation wyglądało jak miasto. Prawdziwe miasto. Stojąc przed ratuszem była pełna podziwu dla szerokich ulic, choć nie poruszały się po nich żadne samochody, dla równych chodników, dla posągu posągu założyciela i tego porządku, jaki tu panował.
Minął miesiąc, a ona z tego podziwu nadal nie umiała wyjść. Po trzech dnia od przybycia, zaczęła pierwszą zmianę w barze. Przydzielono jej tę pracę właściwie bez pytania. Nie miała wykształcenia, bo ścieżkę edukacyjną przerwała w wieku piętnastu lat. Nie miała żadnych umiejętności, które mogłyby wspomóc pozostałych, ale potrafiła mieszać drinki i otwierać piwa. Ostatnie kilka lat spędziła na pracy w małych barach. Powiedziano jej, że ma szczęście, że Hans akurat szuka kolejnego pracownika. Dziwiło ją jednak to, że skoro nie było tutaj prawa własności, że nazywano osoby zarządzające danymi interesami ich właścicielami.
Rory może i nie miała wykształcenia, ale była nadwyraz bystra i sprytna. Obserwowała. Odnosiła wrażenie, że azyl jest azylem tylko z nazwy, że prędzej przypomina komunę, w której wszystko dla wszystkich, ale dla każdego nic. I każdego ranka, kiedy stawała w oknie swojej kawalerki, wychodzącej na plac centralny miasteczka, obserwowała goniących ludzi. Codziennie te same twarze, ci sami urzędnicy, ci sami funkcjonariusze, czasami gdzieś przemknął ktoś z Rady, czasami jakaś zbłąkana dusza pokazała jej się pierwszy raz, ale każdy wiedział, gdzie było jego miejsce i co miał robić.
Kolejna zmiana, kolejny wieczór w barze. Brudershaft przyciągał tłumy. Rory nie wiedziała, czy miasteczko liczyło kilkaset czy raczej kilka tysięcy mieszkańców, ale bar był wiecznie pełny. Szczególnie w weekendy. Przychodzili tu wszyscy. Szukający przygody, randkujący, lubiący bilard i ci, którzy musieli wyjść pijani.
Stała za barem, robiąc to, co do niej należy. Ze starodawnego radia sączyła się muzyka. Bez reklam, bez wywiadów. Zdołała dostrzec, że byli odcięci od świata zewnętrznego, a audycje, na które mogli sobie pozwolić, były nagrywane tutaj — w Last Salvation i zazwyczaj zajmowały jeden konkretny blok radiowy w ciągu dnia.
Nawet teraz, podczas pracy, obserwowała ludzi. Nie-ludzi, jak lubiła ich wszystkich nazywać w myślach. Widziała tego, który pojawiał się po zmroku i wszyscy szeptali po kątach, że to wampir. Blady, wysoki mężczyzna był jednak jednym ze spokojniejszych gości i jeśli wlewał coś do kielicha z winem, Rory pozostawała na to ślepa, póki pił to tylko on.
Oczywiście, że zwróciła uwagę na parę, która weszła do baru. Młody mężczyzna prowadzący przed sobą kobietę, która wyglądała niczym ideał niejednego wierszoklety, wzbudził zainteresowanie większości. A właściwie to ona przyciągnęła tę uwagę.
Natomiast Rory wbiła spojrzenie jasnych oczu w mężczyznę. Wyglądał znajomo. Nie miała jednak zbyt wiele czasu, aby mu się przyglądać, kiedy przywołała ją do siebie jedna z tutejszych rusałek. Pijały one wymyślne drinki i nazywały je nektarem.
Ostatecznie podeszła w końcu pary, spoglądając na ich przedstawienie co najmniej z jawnym grymasem, który mógłby zniechęcić… prawie wszystkich. Rory stanowiła przeciwieństwo ciemnowłosej piękności. Z pewnością była od niej wyższa, bo to cudowne metr siedemdziesiąt pięć czyniło ją kimś, kto nie ginął za barową ladą. Była znacznie szczuplejsza od przyjemnie zaokrąglonej syreny. Twarz Rory nosiła też znikome ślady makijażu, który skupiał się przede wszystkim na podkreśleniu oczu ciemną kredką i wytuszowaniem rzęs.
Usuń— Omnipollo — powtórzyła po mężczyźnie, unosząc lekko brew. Obejrzała się za siebie, chwytając w palce wisiorek, z którym nigdy się nie rozstawała. Był prosty, okrąg z białego złota, na którym wytłoczono kwiatowy wzór układający się w półksiężyc. Każdy z takich medalików ozdobiony był kamieniem szlachetnym, który charakteryzował daną wiedźmę. W jej przypadku był to jadeit.
Miała przed sobą dwa wysokie, barowe regały, sięgały sufitu, a ich półki pełne były butelek po alkoholu, który mieli w sprzedaży. Omnipollo tam nie było, ale Rory wiedziała, że parę skrzynek jest na zapleczu. I tam miały zostać, dopóki nie pozbędą się tego, co zalegało na stanie.
— Nie ma — odparła, wzruszając lekko ramionami, gdy wróciła swoją uwagą do pary. — Jest paulaner. — Poinformowała, nachylając się nieznacznie nad ladą, kiedy dłonie swobodnie oparła na jej niższym poziomie, niewidocznym dla klientów. I choć może to było niegrzeczne, patrzyła teraz tylko na mężczyznę, zupełnie ignorując tą, która z natury powinna pochłaniać uwagę wszystkich.
Rory Nielsen
[ Aww! Dziękuję za ciepłe przyjęcie! Mega się cieszę, że udało się mi się oddać jego spokój i wrażliwość <3
OdpowiedzUsuńO matko! Tym pomysłem mnie totalnie kupiłaś i go chce! Będziemy sprzedawać kocimiętkę albo waleriankę dla kici! W zamian za opowieści o fajnych nowościach z drugiej strony!
W ogóle, kotołaki są cudowne! Sama kiedyś chciałam taką postać stworzyć :3 Levi lubi drapanko za uszkiem? xD]
Mokseo
[ Ooo a więc to taki kotek! To by się z nim dogadał idealnie, ja chce go pokizać, a on ucieka Mokseo
OdpowiedzUsuń[ O nie! A co mi się tu tak brzydko dodało? :O
OdpowiedzUsuńNo nic, co powiecie na rabacik stałego klienta? Coś Mokseo mógłby pomyśleć :D ]
Ocknęła się nagle.
OdpowiedzUsuńPierwszym, co poczuła, był niewyobrażalny chłód. Przeniknął przez jej skórę i bezlitośnie wbił w kości, skutkując drżeniem całego ciała. Do otępiałej Morrigan dotarło, że zapewne telepała się już od jakiegoś czasu — po prostu trans pomógł jej organizmowi w ignorowaniu jawnego zagrożenia, jakie stanowiła tak niska temperatura.
Dopiero po krótkiej chwili zauważyła cudzą rękę, obejmującą jej blady, pokryty cienką siatką błękitnych żył nadgarstek. Zamrugała powoli, rozejrzała się dookoła. Stała po kolana w leśnym strumyku, gdzieś głęboko w kłębowisku drzew, a obok niej stał wyraźnie niezadowolony Levi. Kojarzyła tę okolicę; budziła się w tym miejscu już wcześniej.
W Last Salvation panowała aura śmierci, której źródła Morrigan nie mogła odszukać. Jej otępiałe lekami zmysły nie do końca prawidłowo rejestrowały rzeczywistość, a ledwie kontrolowana — chociaż przecież wyraźnie osłabiona — moc nie pozwalała na dokładne poznanie tego, co ją woła. Jej wizje były niejasne, znacznie bardziej, niż wcześniej; Morrigan zawsze umiała analizować swoje wizje, w jej głowie wszystko układało się w całość. Odkąd przebywała w miasteczku, przychodziło jej to z coraz większym trudem. Śmierć stała się duchem, którego nie umiała pojąć.
Zadrżała, zanim spojrzała w dół. Musiała sprawdzić, czy nie stoi właśnie obok jakiegoś trupa — zdarzało się i tak. Odetchnęła z ulgą, widząc swoje zupełnie przemoczone skarpetki. Nauczyła się kupować wielkie, puchate skarpety właśnie z powodu takich sytuacji. Kiedy wpadała w trans, nie było istotne to, co ma na sobie. Raz zdarzyło się, że opuściła wannę i wyszła z domu nago. Wiedząc, że nie będzie w stanie włożyć butów, postawiła na drugą najlepszą alternatywę. Oczywiście, po dzisiejszym wypadzie będzie musiała wyrzucić w zasadzie całość swojego ubioru.
Zauważyła jednak, że ani na twarzy, ani na odsłoniętych ramionach nie miała ani jednego zadrapania. Czasami, kiedy trafiała do tego przeklętego lasu, na jej skórze pojawiały się różowo-czerwone pręgi, będące pamiątką po bezlitosnych i cienkich gałęziach. Morrigan nie znosiła spojrzeń, które łapała na drugi dzień w bibliotece, kiedy pojawiała się w pracy z podkrążonymi oczami i czerwonymi śladami na policzkach czy nosie.
Wiedziała, że powinna podziękować za to Leviemu.
— Nie musisz tego robić — powiedziała cicho, kiedy spojrzała na jego twarz. Cóż, to zdecydowanie nie był pierwszy raz, kiedy się przy nim budziła, ale przy każdym takim spotkaniu odczuwała dziwny rodzaj zażenowania. Nie zasługiwała na taką opiekę. — Kotom nie służy wchodzenie do lodowatych strumyków.
Morrigan
[cześć Mamo ;>
OdpowiedzUsuńCzy kociek ma ochotę na wspólne pisanie czegośkolwiek? ]
Hocik-białobury (dobrze, że żaden japonista nie widzi takich zdrobnień ;> ).
Last Salvation było dla Malphasa jak zbyt ciasny but, eleganckie z wierzchu, ale uwierające przy każdym kroku. Ten „azyl” śmierdział sterylną nadzieją i desperackim udawaniem, że wszystko jest w porządku, podczas gdy on łaknął autentycznego brudu ludzkich słabości. Brak pełni mocy sprawiał, że czuł się tu jak wygłodniały drapieżnik na diecie z tektury. Zatrzymał się w cieniu, niedaleko jednego z domów. Przez uchylone okno kuchni niosły się głosy. Malphas przymknął oczy, pozwalając, by jego Aura Chaosu delikatnie musnęła ściany budynku. Poczuł to, gęstą, lepką frustrację młodszego mężczyzny i twardy, nieustępliwy upór starszego. Każde warknięcie, każde uderzenie dłonią o blat było dla kambiona jak zastrzyk adrenaliny. Karmił się tym echem kłótni, czując, jak w jego żyłach, dotąd uśpionych przez blokady Azylu, pulsuje odrobina skradzionej energii. Kiedy drzwi huknęły o ścianę i chłopak wykuśtykał na mróz, Malphas odczekał chwilę. Obserwował go przez moment, tę żałosną postać z opuchniętym nosem i skrzywioną kostką, która próbowała zachować resztki godności przed samym sobą. Wyłonił się z mroku uliczki dokładnie w momencie, gdy Levi musiał przystanąć, by odciążyć bolącą nogę. Nie podszedł blisko, stanął pod latarnią, trzymając dłonie w kieszeniach płaszcza, wyglądając na kogoś, kto po prostu wybrał się na wieczorny spacer.
OdpowiedzUsuń- Nie chcę cię martwić, ale jeśli planujesz tak dojść na drugi koniec miasta, to prędzej zamarzniesz, niż tam dotrzesz - odezwał się. Jego głos był niski, aksamitny i celowo pozbawiony agresji - Słyszałem ten huk drzwi aż dwie ulice dalej. Brzmiało jak całkiem solidna wymiana zdań - posłał chłopakowi spojrzenie, które było idealną maską empatii. Jego Język Pragnień już zaczął pracować, wychwytując palącą potrzebę Leviego, potrzebę bycia zrozumianym, a nie ocenianym - Nie znamy się, jestem tu od niedawna - dodał z lekkim, niemal przepraszającym uśmiechem, robiąc powolny krok w jego stronę - Wiem, jak to jest, kiedy ściany w tym miejscu stają się za ciasne. Wyglądasz, jakbyś potrzebował ramienia, na którym możesz się wesprzeć, albo kogoś, kto po prostu nie będzie cię pytał „dlaczego znowu wracasz w takim stanie” - zatrzymał się, dając Leviemu przestrzeń na decyzję - Malphas - przedstawił się krótko - A ty wyglądasz na kogoś, komu dzisiejszy dzień dłużny jest przynajmniej jedną dobrą rzecz. Pomóc ci dojść do apteki? Widzę, że ledwo stoisz. No chyba, że wolisz bar? Wyglądasz, jakbyś potrzebował czegoś mocniejszego niż okład z lodu. Apteka nie ucieknie, a ból i tak nie zniknie do rana. Może zamiast kuśtykać w samotności, dasz się zaprosić na jedną kolejkę? Prawie nikogo tutaj nie znam, nie mam żadnych planów na wieczór. To jak? - uniósł pytająco brew, utrzymując z nim przez cały czas kontakt wzrokowy.
Malphas
Może być paulaner.
OdpowiedzUsuńTe proste zdanie dźwięczało w głowie Rory. Dziwnie otępiałej i opustoszałej, bo zamiast zająć się pracą, stała i wgapiała się w kotołaka. Chwila – w mężczyznę i nadal nie była pewna, czy to ten kotołak, o którym myślałam. Wyglądał podobnie, miał podobną mimikę i identyczne oczy, a w te oczy, swojego czasu, Rory zdążyła się napatrzeć. Kącik jej ust drgnął ku górze, gdy spostrzegła, że i ona przyciągnęła uwagę młodego mężczyzny. Po czasie, a właściwie to po ułamku minuty, dotarło do niej, że łapał kontakt wzrokowy z jej biustem. Podciągnęła tylko materiał prostego t-shirtu, żeby zakryć nieco skóry, ale ostatecznie i tak odwróciła się za siebie.
Jej serce tłukło się niespokojnie w klatce piersiowej, gdy spojrzeniem szukała butelek paulanera. Mogłaby im nalać z kranu, ale ten był popsuty od tygodnia. Podeszła do lodówki, wyciągnęła dwie butelki z ciemnego szkła z jasną etykietą i wprawnym ruchem nadgarstka, otworzyła je. Minimalnie pianka wychyliła się zza szyjki, ale zaczęła powoli opadać ku dołowi, gdy piwo w szkle się uspokoiło. Gdyby chciała, mogłaby sprawić, że postawione napoje wykipiałyby w jednej chwili, ale wcale nie zależało jej na tym, aby uprzykrzyć tę dziwaczną randkę.
Nie miała wątpliwości, że to była randka. To, jak młody mężczyzna zwrócił w swoją stronę ciemnowłosą syrenę, to, jak ona patrzyła na niego i jak domagała się uwagi, niezaprzeczalnie świadczyło o tym, że to była randka. Może pierwsza, może jedna z wielu, ale gdyby miała dać sobie obciąć rękę i powiedzieć, że między tą dwójką była chemia, to nie miałaby ręki.
Powinna była postawić te piwo przed nimi i odejść, ale zamiast tego, stała tuż przy parze. Jej spojrzenie skakało od kobiety do mężczyzny i z powrotem. Cień bladego uśmiechu pałętał się na jej ustach, ale sama Rory ani nie wtrącała się w niezbyt intensywną wymianę zdań, ani nie mówiła nic od siebie. Sięgnęła po świeżo umytą szklankę i zaczęła ją polerować białą, miękką ściereczką. Nadal był w pobliżu i nadal skupiała na sobie uwagę mężczyzny, a właściwie to jej łańcuszek, choć w domyśle syreny i wiedźmy – jej biust.
Zamarła w połowie drogi ścierki do wnętrza trzymanego przez nią kufla, gdy syrena próbowała oblać swojego towarzysza piwem. Brew Aurory skoczyła ku górze, a na bladej twarzy malowało się zdziwienie. Znała go. Musiała go znać. Wyraźnie znaczył się w jej umyśle, ale początkowo nie umiała go w ogóle dopasować do historii.
Drgnęła, gdy dźwięk uderzenia przerwał większość rozmów w barze. Drobna dłoń szatynki odcisnęła ślad na policzku mężczyzny. Rory odłożyła wycierany kufel, szmatkę przerzuciła przez swoje ramię i patrzyła jak dumna, drobniutka kobieta znika z baru. Na dworze była zima. Prawdziwa górska zima. Nie zazdrościła jej samotnego spaceru w taki wieczór, ale… miała dziwne przeczucie, że syrena nie wróci sama do domu.
Gdy drzwi zamknęły się za Sybil, a dzwoneczek oznajmił jej wyjście, tok rozmów w barze wrócił do normy. Niektórzy jeszcze spoglądali na mężczyznę przy barze, ale raczej bez cienia uśmiechu, z rosnącym zdziwieniem i zainteresowaniem. Ba, przyprowadził pewnie jedną z większych piękności do baru, a został sam. Oblany piwem.
Rory nie mogła się nie uśmiechnąć, choć jej zwyczajowy uśmiech przypominał raczej grymas, gdy walczyła z tym, aby kąciki ust nie rozciągnęły się aż nadto. I gdy trzymał tak ręce do góry, a potem się otrzepywał i ostatecznie łapał za butelkę piwa, już wiedziała.
Drobne palce zacisnęły się na medaliku, spojrzenie przesunęło się na jego twarz, a właśnie przybyły do baru klient został zignorowany, mimo nawoływań o napitek.
— Levi? — spytała cicho. Nie wierzyła w to. Nie wierzyła w to, że przez ponad jedenaście lat żyła z świadomością śmierci ich wszystkich, podczas gdy… Jej serce na moment się zatrzymało, twarz pobladła jeszcze bardziej, a usta przypominały teraz wąską kreskę. — Jak?
I to było jedyne, co wyrwało się z jej ust, gdy stała nieruchomo, kurczowo chowając wisiorek w dłoni, ignorując cały świat dookoła.
Rory Nielsen
Nie była pewna, czy tej swobody mu zazdrościła, choć na pewno bardzo jej się Levi przydawał, włócząc sie na zewnątrz. Podziwiała to, że nic go nie wiązało po żadnej z stron, że miał swoje ścieżki i swoje własne tempo wędrówek, że jakby na wszystkim zależało mu mniej w pewien nonszalancki sposób, choć może to ostatnie to to tylko pozory, ale jeszcze bardziej ciekawiło Noor, czy naprawdę nie boi się być tam na zewnątrz - gdzie ona wracać nie chciała. On lubił swoją zwykłą niezwykłość, dzięki której i wśród istot i ludzi umiał się elastycznie dostosować, podczas gdy kobieta w samej sobie z trudem doszukiwała się czegoś, co można lubić i uznać za cenne. Co jest więcej niż tylko ładne, bo i śliczne oczy, buzia i ciało czasami były dla niej... nie takie, jak trzeba. Całe szczęście świetna była z niej aktorka, bo tej wewnętrznej niezgody i rozdarcia chyba nikt nie dostrzegał.
OdpowiedzUsuńKącik ust lekko jej drgnął, gdy Levi wydawał się reagować oburzeniem na upomnienie. Nie była złośliwa, lubiła jego reakcje, co więcej, może trochę go tak zaczepiała. Podobała jej się ta szczerość, którą w sobie miał, choć pewnie i to mocno jej dawkował. Znali się przecież nie od dziś i może powinien dostrzec to, jak bardzo się starała nie być tylko skałą - na swój dziwny osobliwy sposób.
Zza ciemnych zakamarków, w które się wtoczyła, wchodząc pierwsza na zaplecze pełne wysokich regałów z równiutko i gęsto wyłożonymi towarami, obserwowała Levi’ego przez ramię, nie chcąc, by czuł na sobie jej skupienie. Miał w sobie coś, co nakazywało zatroszczyć się o niego, gdy tak kuśtykał a nos przybierał coraz ciemniejszej malinowej barwy, choć Noor nie potrafiła tego wyrazić głośno, nie dlatego, że nie ufała mu do końca. Po prostu... ona nie mówiła co ma w głowie, lub co ją dusi w piersi. Ale ta jego dzisiejsza zwykła, a zarazem dziwna ułomność, coś co zwykle nie pasowało do mężczyzny pełnego gracji i sprytu, skrzywiona twarz i skręcona kostka, to wszystko było dla mnie jak cichy sygnał. I naprawdę bardzo chciała coś z tym zrobić tak, by nie poczuł się urażony, gdy zauważy jego słabość.
Część z tego, co przyniósł kotołak odstawiła na niską, za to długą ławę ustawioną na końcu pomieszczenia za trzema rzędami półek, na którą padało ciepłe światło starej lampki. Kilka delikatniejszych i mniejszych rzeczy, a w tym pudełko schowane wcześniej do kieszeni szarej bluzy, ustawiła na pierwszej półce tuż przy ławie, na najbliższym regale. Obok stało wysłużone obrotowe krzesło, które zaskrzypiało krótko, gdy przesunęła je w stronę mężczyzny stopą, zgrabnie i nienachalnie. Patrzyła ukradkiem, na drobne odruchy, którymi Levi maskował to, jak mocno mu się oberwało. Wiedziała, że to nie jest zwykłe zmęczenie i wynik potknięcia i choć jego ostrożność wydawała się dzisiaj bardziej kocia niż zwykle, a w ruchach brakowało płynności, Noor miała swoje własne, wypracowane przez lata, metody troski i zaleczania wszystkiego. I to nie było tylko uważanie na każdy krok i czekanie, aż się samo zagoi. To że chciała mu pomóc, to nie było współczucie, to było coś głębszego, choć nie umiałaby tego nazwać, ani nadać temu kształtu, niepewna i niejednoznaczna, jak zawsze.
Wiedziała, że Levi musi się zatrzymać, odpocząć choćby na chwilę. I choć nie ufała mu do końca, bo nie ufała nikomu, to czuła, że może, a nawet powinna mu to zapewnić, a przede wszystkim chce. Dlatego obróciła się, zatrzymała jasne przejrzyste jak strumyk w górach oczy na jego twarzy i podeszła bliżej, starając się, by jej ruchy były jak najdelikatniejsze, jakby nie chcąc go przestraszyć, aby nie odczytał jej źle.
Usuń- Levi - wyszeptała miękko, głosem który nosił w sobie coś z tajemnicy, z troski i ostrożności jednocześnie, ale zarazem przyciągał. - Usiądź na chwilę. Nie musisz się spieszyć. Tu nikt nie przyjdzie - zapewniła cicho i nie kłamała. Umiała mieszać w głowie, potrafiła motać myśli, ale teraz nie zwodziła i nie czarowała. Była spokojna i bardziej odkryta, niż zwykle, pokazując, że on też może się odsłonić.
Wpatrywała się w niego, próbując odczytać coś z jego spojrzenia, ale póki sam jej nie pozwoli, nie mogła rozpozna niewypowiedzianych słów. Miała za to w sobie coś, co mówiło, że nie jest pewna, czy może go wypuścić, bo się martwi. Noor się nie przywiązywała, więc było to naprawdę dziwne, ale i wielkie. Od kiedy tu przybyła, trzymała się na dystans, ale w głębi duszy czuła, że nie ona jedna w tym zamknięciu odnajduje spokój. I nie ona jedna w tym spokoju się dusi. Na nim mogła polegać, przynosił to, o co prosiła, czasami nawet znajdował coś wyjątkowego i zaskakiwał ją, wywołując na jej twarzy szczery, szeroki, a może nawet promienny uśmiech bez gry. Zdecydowanie powinna mu pomóc.
Wyciągnęła dłoń, ale zatrzymała sie, czekając na pozwolenie z palcami skierowanymi ku jego twarzy. Chciała przyjrzeć się z bliska temu, co ktoś mu urządził z nosem, a potem z kostką, żeby móc znaleźć odpowiednie zioło, maść, napar, czy susz do przeżucia, no i bandaże, albo nawet zwykły niemagiczny lek. Bez pytania, przyglądała się mu cierpliwie, czekając, czy każe jej się opamiętać, czy jednak wyjątkowo przyjmie pomoc. Bo mógł uznać, że przesadza, a ona nie zdziwiłaby się wcale, bo teraz sama nie poznawała siebie.
Noor i rozczulona stara ja
Pojawił się w umówionym miejscu punktualnie. Ukryty pozornie zaułek, gdzie cienie drzew mieszały się z kurzem starych murów, wyglądał raczej jak dekoracja do taniego kryminału niż sceneria spotkania, podczas którego miałoby dojść do jakiegoś poważnego targu, ale właśnie o to chodziło. Dyskrecja była najważniejsza, a oni obaj od dawna wiedzieli, że najlepiej prowadzi się interesy, gdy nikt nie patrzy, i że najlepszym kamuflażem jest wtopienie ich w zwykłą codzienność. Mieli to opracowane, bo to nie był ich pierwszy raz, gdy coś sobie przekazywali na przestrzeni lat. W zasadzie ich transakcje stały się utrwaloną praktyką wzajemnych korzyści, i trzeba przyznać, że w rodzinie Ackermannów to chyba geny, bo pierwsze umowy na szmuglowanie różnorakich dobroci Zayden zawierał jeszcze z Thatcherem. To było dawno temu i niemal się skończyło, gdy pewnego razu Thatcher z wyprawy nie wrócił, ale koleje losu potoczyły się tak, że dziś Zayden miał dokładnie taki sam układ, tyle że z jego synem. Ach, te długi wdzięczności, które nigdy się nie kończą.
OdpowiedzUsuńNieznaczną chwilę później, gdy Levi pojawił się w zasięgu wzroku, Zayden uśmiechnął się krótko, symbolicznie, a w jego oczach mimowolnie błysnęło spokojne uznanie. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby wystawił go do wiatru – dzięki bogu, bo za taki szczyt chamstwa musiałby spłacić go z procentami, a trochę wątpliwa sprawa, by przy swojej ilości zamówień znalazł na to czas. Ich układ miał zresztą bardzo prostą konfigurację: Levi przynosił mu fanty, z których on w zaciszu swoich czterech ścian mógł pozyskać popiół, a on w zamian patrzył dokładnie tam, gdzie powinien, czyli wszędzie, byle nie na jego ręce. Wszystkie inne drobiazgi, które magicznie pojawiały się przy okazji, a nie dotyczyły jego zamówienia, pozostawały poza polem jego widzenia. Taka selektywna ślepota była w ich interesach równie cenna jak lojalność.
Spojrzał kontrolnie w bok, leniwie obrzucając wzrokiem ich pobliskie otoczenie, bo znajdowali się w miejscu ogólnodostępnym, gdzie w każdej chwili ktoś mógł sobie do nich dołączyć, chociażby na pogawędkę o tym, która reklama w telewizji jest głupsza, albo która książka z półki bestsellerów zasługuje na tytuł literackiego arcydzieła. Kto wie, ale ludzie naprawdę lubią karmić siebie i innych takimi pierdołami. Jego też otaksował na koniec uważnym spojrzeniem, zdając sobie sprawę, że chyba dopiero co wrócił z wojaży i nie zdążył nawet porządnie się ogarnąć. Miał na sobie ten charakterystyczny chaos kogoś, kto wciąż znajduje się mentalnie w drodze. Ciekawe, czy zdążył chociaż odmeldować się w Ratuszu, bo jeśli nie, to całkiem możliwe, że ściągnie na nich kłopoty. Nieodhaczony łącznik i funkcjonariusz porządkowy na wiecznym teście zaufania, razem w miejscu, w którym teoretycznie nigdy nie powinno ich być – czy to mogło skończyć się dobrze? Zayden już wyczuwał ten specyficzny swąd niedopilnowania prawa, który atakował go od wewnątrz. Gdy w ogólnie przyjętym porządku powstaje pęknięcie, Zayden po prostu je czuje, a kiedy to on sam za nie odpowiada, ciężar tej świadomości wraca do niego ze zdwojoną siłą i łamie go od środka. A to znaczy, że będzie potrzebował więcej popiołu. Zdecydowanie.
— Udało się? — zapytał, gdy odległość między nimi wyraźnie zmalała. Jego brew powędrowała ku górze, a spojrzenie opadło chwilowo na jego dłonie. On swoje własne trzymał jeszcze w kieszeniach kurtki, bo znał te schematy i wiedział, że dopóki nie wyciągnie ręki, nikt nie będzie mógł mu nic zarzucić. W tej grze liczyły się detale, a brak gestu bywał czasem najlepszym alibi.
— Byłeś w Ratuszu — rzucił jeszcze, a nie brzmiało to ani jak pytanie, ani jak stwierdzenie, bo z jednej strony chciał wierzyć, że Levi w Ratuszu był, ale z drugiej był święcie przekonany, że jego podejrzenie stoi po dobrej stronie. Nie był. I to zaczyna śmierdzieć problemami.
Zayden Ward
[ Pewnie, że tak! To grzecznie będziemy czekać w takim razie :3 ]
OdpowiedzUsuńMokseo
Znał już ją dobrze. Morrigan była wdzięczna za to, że nie próbował wyrwać jej z otępienia za wszelką cenę czy wołać po imieniu. To tylko bardziej wyprowadziłoby ją z równowagi i zakłóciło wszelkie próby odzyskania spokoju — na tyle, na ile w ogóle można być spokojnym w środku lasu. Szczerze mówiąc, cieszyła się, że to właśnie Levi na nią wpadł; pomijając już sam charakter ich relacji, odznaczał się przyjemną, przynajmniej w jej odczuciu, osobowością: ani się nad nią nie roztkliwiał, ani nie okazywał pogardy.
OdpowiedzUsuńUśmiechnęła się słabo, widząc, jak się otrząsa. Te jego kocie ruchy często wzbudzały w niej rozbawienie. Lubiła koty, odkąd pamiętała — podobała jej się ich niezależność, subtelna dostojność i, oczywiście, słodziutkie futerko. Może dlatego Levi dawał jej jakieś dziwne poczucie komfortu, które, choć miłe, wciąż nie było w stanie zamazać zażenowania, jakie odczuwała za każdym razem, gdy budziła się w jego towarzystwie.
Pozwoliła mu się prowadzić, zupełnie bezwiednie. Stan, w którym znajdowała się tuż po swoim transie, czynił z niej istotę niemalże zupełnie bezbronną — Morrigan, zanim w zasadzie przestało jej zależeć na własnym bezpieczeństwie, często właśnie tego obawiała się najbardziej. W tym momencie można było zrobić z nią wszystko, a i tak nie potrafiłaby się obronić. Oparła się o chropowate, grube drzewo, stojące na wyciągnięciu ręki.
— Nie wiem — odpowiedziała po chwili, być może mało inteligentnie, ale za to prawdziwie. Moc nakazała jej tutaj przyjść, ale Morrigan nie wiedziała, co z tą wiedzą ma zrobić. W miasteczku jej wizje czy przeczucia utraciły znaczną większość swojej dawnej prezycji. — Potwornie tutaj cuchnie. — Dla pewności rozejrzała się dookoła jeszcze raz, ale nie widziała żadnego trupa. — Też to czujesz czy to tylko element mojej wizji?
Zdarzało się, że wyczuwała śmierć dosłownie — odór rozkładu po prostu unosił się w powietrzu, niezależnie od tego, czy w pobliżu faktycznie znajdowały się zwłoki czy nie. W doświadczeniu Morrigan taki zapach najczęściej znajdował się w miejscach, w których ktoś zginął w tragicznych okolicznościach, ale nie była to żadna reguła. Odkąd znalazła się w miasteczku, wszystko się jej mieszało. Czasami miała wrażenie, że transe nie prowadziły jej w żadne istotne miejsca. Z drugiej strony — do tego lasu wchodziła bardzo często.
Patrzyła, jak Levi pozbywa się wody ze swoich butów, i zerknęła na swoje skarpety. Uniosła jedną brew, niezadowolona, widząc przemoczony i brudny materiał. Miło byłoby chociaż raz nie wyglądać w towarzystwie Leviego jak bezdomna.
Morrigan
[Bo to takie zdjęcie, które każda babeczka powinna mieć kiedyś zrobione i wtedy żadna by nie narzekała, że jest niefotogeniczna! Jak je zobaczyłam, to od razu wiedziałam, że to jest właśnie to zdjęcie :D
OdpowiedzUsuńÉlara jest kociolubna, jak na czarownicę przystało, a i myślę, że sama mogłaby mieć interes do Leviego tak po prostu, więc chętnie coś pokombinuję ^^ Uchylając nieco rąbka tajemnicy (powiedzmy, haha ;), mogę zdradzić, że mojej parki nikt nie porzucił i jakby się udało, to jakiś sporadyczny kontakt z ojcem Caleba na pewno by ją ucieszył, więc jakby ktoś mógł podrzucić gdzieś w świecie jakiś liścik od niej...
Dziękuję za miłe słowa i będę się ich mocno trzymać 💜]
Élara Durant
Nerwowo obejrzała się za siebie szybkim ruchem gałek ocznych lustrując wszystkie sylwetki niczym laserami — w poszukiwaniu jakichkolwiek odstępstw od normy wskazujących na niebezpieczeństwo. Zaklęła w duchu, czując, jak emanująca od półanielskiego dziecka czysta, potężna moc zakłóca jej własny chaos. Nie mogła stworzyć żadnej efektywnej iluzji, która choćby minimalnym wysiłkiem ukryłaby je obie przed tajemniczym łowcą, o którym Marissa – z pełną powagą, choć nazbyt emocjonalnie – opowiedziała jej jakieś dwadzieścia minut drogi stąd.
OdpowiedzUsuńChwyciła mocniej nadgarstek dziewczynki, niezbyt zadowolonej tym szaleńczym pędem przez uliczki miasteczka. Swoją drogą Faith przebywała tutaj na tyle często, że znała już każdy zakamarek, ukrytą drogę, czy zakrzywienie kamiennego podłoża, dzięki czemu zyskały przynajmniej pięć minut przewagi. Wiedząc, że goni je stworzenie anielskie Faith nie chciała się na niego natknąć. Tym bardziej, że nie był przyjaźnie nastawiony.
A miał to być spokojny dzień…
Nie zwróciła szczególnej uwagi na Leviego, przechodzącego tuż przy ostatnich domach miasteczka. Zignorowała nawet jego nikłe powitanie całkowicie zafiksowana na drzewach lasu widocznych w oddali – pośród których czułaby się nieco bezpieczniej, niż na otwartym terenie zdana wyłącznie na łut szczęścia. Wiedziała, że nie będzie w stanie pomóc niewinnemu dziecku, jak łowca je dopadnie. Co więcej sama nie była pewna czy uszłaby w tym starciu z życiem. Nie miała czasu na strategię, musiały jak najszybciej dotrzeć za bezpieczne mury Azylu.
Jej imię, niczym głośny dzwon rozbrzmiało w głowie Faith, a ona z przerażeniem wymalowanym na twarzy momentalnie odwróciła się, czując przyspieszające bicie serca. Machinalnie szarpnęła ręką dziewczynki i schowała ją za swoimi plecami rozglądając się panicznie dookoła szukając jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Nagle sylwetka zbliżającego się mężczyzny rozjaśniła się, a Faith skuliła się pod naporem rażącego światła. Cofnęła się i – ku zdziwieniu – nie wpadła na dziewczynkę. Po omacku spróbowała wyczuć jej obecność, jednakże bezskutecznie. Odrzuciła głowę w prawą stronę pod nagłym naciskiem uderzenia i padła na ziemię nie wiedząc co właściwie się wydarzyło wciąż oślepiona anielskim światłem.
Pieprzone stworzenia…
— Pożałujesz tego. — warknęła pod nosem czując wzbierający się w niej gniew. Dźwignęła się na kolana starając się zmysłami wyczuć moc napastnika. W tym samym momencie tępy ból rozszedł się po jej ciele przypominając płynny ogień pochłaniający wszechświat. Osunęła się na ziemię zaciskając mocno szczękę chcąc powstrzymać krzyk.
Nie trwało to dłużej niż minutę, choć wydawało się wiecznością. Wypuściła wstrzymywane powietrze z ulgą, kiedy światło przestało ją razić, a niewiadomego pochodzenia tępy ból zelżał.
Faith Smith
[Zgłaszamy chęci na wątek, w końcu mój dżinn potrzebuje źródła, dzięki któremu będzie mógł spełniać potrzeby miejscowych bez użycia magii. Levi został Łącznikiem rok po tym, jak Fionntán pojawił się w azylu, a to, plus fakt, że koty w kulturze arabskiej, z której dżinny się wywodzą, cieszą się dużym szacunkiem, mogło sprzyjać nawiązaniu trwałej współpracy, tj. lubienie kotów mogło być dodatkowym czynnikiem, dla którego nawiązał ją właśnie z Ackermannem. Pytanie, co teraz? Można by wprowadzić jakieś komplikacje w stylu, że Levi nie był w stanie pozyskać jakiegoś przedmiotu, którego mój kapryśny antykwariusz od dłuższego czasu poszukuje i doszłoby do konfrontacji. Albo właśnie by nie doszło, bo Levi by Fionntána unikał i ten musiałby się trochę wysilić, żeby się z nim skonfrontować, co tylko bardziej by go zirytowało. Pytanie, co bardziej leży w naturze Twojego chłopca.
OdpowiedzUsuńZ Cŵn Mamau jest taki pomysł, że Fionntán zajumał ją walijskiemu bogowi zaświatów, kiedy nie dostał tego, czego chciał, czyli rozwiązania problemu syna. Psina była więc wcześniej ogarzycą piekielną i mój dżinn zmusił ją niejako do funkcjonowania w świecie żywych, związując ją ze sobą. Ogólnie dobra z niej dziewczyna i widzę to tak, że wbrew oczekiwaniom Fionntána, który korzysta z niej jako straszaka na niesfornych klientów/współpracowników, ona jest natychmiast kupiona przez każdego, kogo nie odstręcza jej faktyczna postać - także wiele tutaj zależy od Leviego, bo ona raczej ściga instynktownie dusze martwych kotów, a nie koty w ogóle, a jak ją pomizia po śliskiej skórze, to od razu się przewróci na plecki XD]
Fionntán Ó Cuanáin
Nie lubił spóźnień i nie lubił pośpiechu, a już tym bardziej, gdy jedno i drugie występowało razem, trzymając się pod ręce jak para starych znajomych, ale od tych dwóch stanów bardziej nie lubił błędów, a szczególnie tych, które wynikają z niedostatecznego przeanalizowania sytuacji i możliwych scenariuszy. Czyli, mówiąc krótko, wolał poczekać niż nie przemyśleć i odjebać, a potem wpaść po sam pas w bagno pełne problemów. Kolejnych, bo to przecież nie tak, że jako tutejszy funkcjonariusz porządkowy nie stoi na bakier z żadnymi zasadami. Gdyby tak było, z pewnością mógłby liczyć na taki sam kredyt zaufania, jakim u zarządców azylu od lat cieszą się starszy i młodszy Ackermann, ale tak nie jest i nie będzie, bo to byłoby sprzeczne z jego naturą. Zresztą, nie ma co dorabiać do tego pompatycznej otoczki, bo jego obecność tutaj niewiele ma wspólnego z oddaniem i bohaterską lojalnością, tylko z korzyściami, jakie daje mu dobry układ z Radą. Oczywiście, układ układem, ale mimo to żadna ze stron nie ufa drugiej na tyle, by całkowicie spuścić ją z oka, dlatego to, że spotykał się gdzieś potajemnie z łącznikiem, niosło ryzyko, a jeśli był to łącznik nieodhaczony po swoich wojażach, wtedy skala ryzyka mogła osiągnąć swój punkt kulminacyjny. I osiągnęła Czy powinien być wkurwiony? Pewnie tak, może nawet bardzo, bo obaj mogli wiele stracić na tych nikczemnych interesach, gdyby to wszystko się wydało, ale przecież Levi nie ściągnął im na głowę kłopotów specjalnie. Przyznać trzeba nawet, że wybrał mniejsze zło, nie zgłaszając się najpierw w Ratuszu, bo gdyby pokazał się tam ze wszystkimi fantami, które zwiózł pod niewiedzę najczcigodniejszej Rady, kara dla niego byłaby bardziej sroga, a z tego, że właśnie zostali przyłapani prawie że na gorącym uczynku, mogli się jakoś wykaraskać. Szkopuł w tym, że będą musieli wspiąć się na wyżyny swojej gry aktorskiej, bo funkcjonariusz, który ich dostrzegł, miał dar czytania z mowy ciała. Ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, czyż nie?
OdpowiedzUsuńJego spojrzenie przesunęło się kontrolnie po sylwetce zbliżającego się do nich funkcjonariusza, Harrisa, kolegi po fachu, a ramiona pod kurtką napięły się lekko. Wiedział, że to nie był zwykły patrol, który trafił im się z przypadku, bo Harris to przydupas Stroble'ów, poza tym, napięcie było wyraźnie wyczuwalne w sposobie, w jaki tamten stawiał kroki, a jego spojrzenie nie błądziło, tylko mierzyło ich z wyraźną gotowością do działania. Ewidentnie miał jakiś cel i właśnie po niego szedł, niemal przekonany, że to, co widzi, jest potwierdzeniem wszelkich jego podejrzeń. A Zayden poczuł to wszystko szybciej, niż zdążyłby nazwać to myślą. Jego intuicja ruszyła z miejsca natychmiast, analizując dystans, możliwe ścieżki odwrotu, reakcje Leviego i to, ile czasu zostało, zanim zwykła kontrola przerodzi się w coś znacznie mniej wygodnego. Musieli wypaść przekonująco, choć mogli jedynie improwizować, a przy tym musieli zdać się na zaufanie, którym na swój sposób wzajemnie się darzą. Żadnych porozumiewawczych gestów, żadnych znaczących spojrzeń i szczypania w skórę. Tylko gra, czysta i prawdziwa, bo pójście w narrację funkcjonariusza to najrozsądniejsze wyjście. A Levi, kiedy już zrozumie, na pewno mu to wybaczy.
Przeskoczył spojrzeniem z powrotem na wyciągniętą dłoń Leviego i bez mrugnięcia złapał go za nadgarstek po czym jednym, bezpardonowym ruchem wykręcił mu ramię w nienaturalny sposób, brutalnie zrównując jego sylwetkę z parterem. Kolano wbił w jego plecy z pełną świadomością ciężaru własnego ciała, dociskając go do ziemi tak, żeby z płuc ledwie wyrywało się powietrze. Nie obchodziło go, że śnieg pod nimi był twardy i bezlitosny, ani że te wygibasy mogły boleć, bo musiały. Niestety, kurwa, musiały. Harris czyta z mowy ciała, więc zaciśnięte w bólu zęby Leviego będą bardziej przekonujące niż pozornie poważny, a realnie znudzony wyraz twarzy, gdy będzie słuchał jakichś śmiesznych kazań starych dziadów.
— Co się dzieje, Ward? — Stanowczy głos Harrisa wybrzmiał tuż nad nimi, gdy ten znalazł się obok, aż w końcu pochylił się, żeby spojrzeć Leviemu prosto w twarz. — To dzieciak Thatchera? — dopytał, nie kryjąc lekkiego zaskoczenia. Wyprostował się zaraz i otaksował spojrzeniem Zaydena, który przytaknął skinięciem głowy, zapinając właśnie na nadgarstkach Leviego kontraktowe kajdanki. A kontraktowe, bo działające na zasadzie chwilowego kontraktu, gdy osoba zatrzymana zostaje wpisana w warunek, że nie użyje mocy ani siły, dopóki ma na sobie obręcze. Złamanie warunku, to natychmiastowa reakcja, a im silniejsza istota, tym mocniejsza odpowiedź kajdanek, więc igranie z tym nie miało sensu dla nikogo.
Usuń— Dzieciak pamięta, żeby porozdawać zwiezione fanty, ale zapomina, że należy odmeldować się w Ratuszu. Ciekawe, co nie? — stwierdził, nakrywając ręką tę dłoń Leviego, w której trzymał zawiniątko. — Spóźniłeś się na przeszukanie, ale jak chcesz się na coś przydać, to niech na komisariacie przygotują moją ulubioną salę do przesłuchań — rzucił do Harrisa, podnosząc na niego spojrzenie. Oczy miał matowe i ciemniejsze niż zwykle, ale dzielnie znosił uporczywe pieczenie kary, które czuł teraz pod skórą. Nawet powieka mu nie drgnęła, gdy patrzył się w gębę Harrisa, manipulując faktami i w tym samym czasie wyciągając z dłoni Leviego zawinięty pakunek, podnosząc kolano i ostatecznie wsuwając przesyłeczkę w cholewkę własnego buta.
— Podnoś się, Ackermann — nakazał oschle i szarpnął go w górę, gdy sam w końcu wyprostował się tuż nad nim. — Nie mam czasu tarmosić się z tobą w tym śniegu.
Zayden Ward
Niemal podskakiwała za każdym razem, gdy Levi w ogóle się odzywał. Podskoczyła, gdy powtórzył jej pytanie. Drgnęła, gdy spytał, czy jest duchem i drgnęła jeszcze intensywniej, gdy przywołał doppelgängera. Za każdym z tych razów jej oczy robiły się coraz większe, otwierała je coraz szerzej, jakby w ogóle nie wierząc w to, że Levi, ten Levi mógłby w ogóle chcieć zadawać jej takie pytania.
OdpowiedzUsuńMiała świadomość, że minęło jedenaście lat i zmienili się oboje. Zmienił się też świat, który ich otaczał, zarówno ten, który pozostawał na zewnątrz azylu, jak i ten, który Aurora dopiero poznawała, a który miał być ziemią obiecaną, rajem na Ziemi. Nie był. Rory wcale nie czuła się tutaj dobrze i choć przez chwilę poczuła tę kiełkującą w niej nadzieję, to Levi zasypujący ją absurdalnymi pytaniami, szybko tę nadzieję zgasił. Stłumił w zarodku, a w czarownicę uderzyła wszechpotężna fala smutku i samotności, które dusiła w sobie przez jedenaście ostatnich lat.
Zacisnęła mocniej szczupłe, kościste palce na wisiorku, gdy o niego spytał. Jej bliżej nieokreślone w barwie oczy skupiły się na twarzy młodego mężczyzny. Czarownica kompletnie odcięła się od tego, co działo się dookoła. Zignorowała nawet stałego klienta, który wieszał się na barowej ladzie po lewej stronie Leviego. Wpatrywała się za to w kotołaka, który również próbował zawładnąć barem, znajdując się coraz bliżej niej.
Powietrze między nimi zgęstniało, serce Rory dudniło głośno i mocno, a krew szaleńczo szumiała w żyłach. W oczach pojawiła się pierwsza zapowiedź łez, które nie śmiały jednak spłynąć po bladych policzkach kobiety.
Im dłużej patrzyła na Leviego, tym więcej dostrzegała zmian, które w nim zaszły, ale widziała także to, jak z upływem kolejnych sekund złagodniał.
— Nie jestem duchem — odpowiedziała cicho, bo w innym wypadku nie byłaby w stanie kontrolować brzmienia swojego głosu. Aurorę trudno było wybić z rytmu, wyprowadzić z równowagi, ale wspomnienie masakry, która ominęła ją tylko dlatego, że stało się coś w metrze, było słabym punktem czarownicy. I choć upłynęła dekada, to nadal nie pogodziła się z tym, że wyrżnięto wszystkich jej bliskich. Matkę, ciotkę. Leviego i jego tatę. Wszystkich.
Ale Levi stał tutaj i na pewno nie był omamem jej zmęczonego umysłu.
— Ani sobowtórem. A ten łańcuszek należy do mnie — dodała w końcu, siląc się na to, aby nie brzmieć tak słabo. — Jak ci mam udowodnić, że ja to ja, Levi? — spytała cicho.
Wyswobodziła wisiorek z własnego uścisku, patrząc na niego tak, jakby faktycznie zobaczyła ducha, ale docierało do niej coraz wyraźniej i coraz boleśniej, co zaskakujące, że to naprawdę był Levi.
Rozpoznałaby go wszędzie. Zawsze. I wszędzie.
Rory Nielsen
[Idealnie, nawet mam już pomysł jak Fionntán zareaguje, kiedy wyczuje, jakie jest najpilniejsze pragnienie Leviego. Może dżinn do niego przyjdzie, kiedy się zorientuje, że przedmiot jest przeklęty, a klątwa zadziała z opóźnieniem i Levi będzie się przez chwilę głowił, z czego wynika? Fionntán oczywiście pomoże, ale nie za darmo.]
OdpowiedzUsuńFionntán Ó Cuanáin
Tutaj w aptece była u siebie, czuła się swobodnie, znała każdy kąt i było jej lepiej niż w samym mieszkanku to piętro wyżej. Żadna mysz i żadna mucha się tu nie błąkała, a gdy już coś próbowało się nieproszone wedrzeć w jej cztery kąty, nie mijało pół dnia, jak sprytna właścicielka pozbywała się intruza. Gdy była sama, pozwalała ramionom nieco opaść, głowie się pochylić i zdradzała światu, kiedy jest zmęczona, albo coś jej doskwiera. Kiedy wchodził klient, jej spokojne, ładne, ale uważne spojrzenie czytało z niego, o bolączkach, potrzebach, pragnieniach i sama zamykała się na takie odczytywanie pilnując by wszystko co ma, zostało tylko dla niej. Kilka miesięcy, czy lat pobytu w azylu nic nie zmieniało i Noor wiedziała, że nic sie nie zmieni. Ale nie była oschła, a z tymi których znała umiała sie obchodzić łagodniej i teraz Levi jeśli pozwoli, zobaczy że nie jest wcale paskudą bez uczuć, a w jej skorupie są pęknięcia. Choć może akurat tych pęknięć nie dostrzeże, bo skoro była nie w sosie i już sprzedała mu upomnienie, może być tylko gorzej.
OdpowiedzUsuńNabrała powoli powietrza, a oddech sprawił, że choć odrobina paskudnego humoru z niewyspania oddaliła się od niej. Teraz miała się na czym skupić i kiedy Levi już zajął miejsce na krześle, podeszła do niego, nie ustępując, ale i też cierpliwie czekając na pozwolenie. Przyglądała się dalej jego obitej twarzy, próbując odgadnąć, jak, z jaką siłą i którędy doszło do uszkodzenia tego, ładnego swoją drogą, nosa. Albo pozwoli sobie pomóc, albo mężczyzna ucieknie i już nic jej nigdy nie dostarczy najwyżej.
Obróciła się na drzwi, upewniając że za sobą zamknęli i oparła się biodrem o kant biurka. O tej porze już raczej nikt nie przyjdzie, ale tutaj niczego nie mogła być pewna. Noor wydawało się, że jego ramiona lekko zadrżały, a spojrzenie stało się mniej ostre, ale przecież mogło jej się tylko przywidzieć z tej nagle obudzonej troski. W jej głowie pojawiła się myśl, że może jeszcze nie czas, żeby pozwolić mu za pięć minut zebrać się i wyjść bez słowa, a coś czuła, że będzie zaraz ruszał dalej. Jak zwykle, bo nigdy nie zostawał dłużej, niż to konieczne.
- Levi - powtórzyła jego imię łagodnie, a jej głos choć zabrzmiał miękko, to też zdecydowanie. - Wiem, że to wszystko jest ważne, ale nie musisz od razu iść do ratusza. Możesz pokazać mi nos i kostkę? - zaproponowała. Może bardziej poprosiła, bo bez jego zgody to mogła chcieć pomóc i na chceniu się kończyło.
Noor uśmiechnęła się delikatnie, choć w jej oczach błysnęło coś jeszcze. Coś słodkiego i jasnego jak świeży miód, co miało go złagodzić i zachęcić do zgody. Mozę nie chciała, aby odmówił i bała się, że naruszy to delikatne porozumienie, jakie udało im się powoli i mozolnie nawiązać. A może naprawdę się o niego zmartwiła i nie chciała tego przyznać, bo to by oznaczało, że ma te cholerne bardziej ludzkie uczucia i jest nadal mieszańcem, który się łamie pod byle chwilą. Podniosła się z krzesła i powoli wyciągnęła rękę, dając mu czas na akceptację, albo odrzucenie tej pomocy. Mogło boleć, a nawet powinno, jeśli był pogruhotany tak, jak to sobie wyobrażała.
- Mogę przygotować coś na ból i na gojenie, jeśli pozwolisz mi najpierw na to spojrzeć - wyjaśniła, pozostając tak samo cierpliwa i spokojna. Bo to był jego nos i jego kostka i na siłę też nie miała zamiaru go ratować. Choć bardzo by chciała, najzwyczajniej jej zależało.
Noor ✨
Z krótkotrwałego otępienia wyrwał ją głos Leviego, który potrząsał jej ciałem niczym bezwładną marionetką. Zmarszczyła brwi zirytowana jego zachowaniem, choć podłożem całej zburzonej wewnętrznie złości był tak naprawdę pieprzony skrzydlaty od siedmiu bo(sko)leści. Machnęła dłonią jak gdyby odganiała natrętną muchę i oparła się na łokciach wciąż walcząc z zawrotami głowy.
OdpowiedzUsuńWiedziała jak postępować po ataku tych kreatur, choć bardzo rzadki odsetek posiadał umiejętność emanowania anielskim światłem; co więcej po użyciu tak dużych nakładów mocy z pewnością przez dłuższy czas nie będzie mógł go ponownie wytworzyć — przynajmniej nie w pełnej śmiercionośnej okazałości — co działało na jej korzyść.
Faktem było, że Faith nie znosiła pół aniołów. Natknęła się na nich parokrotnie i żadne ze spotkań nie kończyło się nigdy happy-endem. Z pewnością główne znaczenie odegrało w tym przypadku zderzenia się przeciwstawnych biegunów nadprzyrodzonych, choć będąc świadomym możliwego upadku pół boskiej powłoki Faith z automatu sprowadzała wszystkie możliwe scenariusze współistnienia ku nieodwracalnej katastrofie.
Niewyjaśnionym więc pozostawało skąd pojawiła się nagła chęć pomocy pół anielskiemu dziecku, w tym niechybnej potrzeby jego ochrony — włączając w to zakrycie (w tej sytuacji) kruchym ciałem przed łowcą.
Lampka nagłej myśli zabłysła w umyśle Faith niosąc ze sobą (nie)przyjemną konsternację. Połączenie boskiej energii: tak bardzo nieskazitelnej i czystej w swojej naturze całkowicie gryzło się z definicją łowcy istot nadprzyrodzonych. Przemożona chrapka odkrycia wyjaśnienia owego faktu mocno zakorzeniła się w umyśle gorliwej Ściągającej znacznie mocniej niż by tego chciała (a raczej powinna).
Ściągnęła brwi, kiedy pytanie Leviego niechętnie ściągnęło ją do początku całego zajścia. Zdała sobie sprawę, że we własnym umyśle zaszła już daleko poza atak anielskiego światła, choć pominęła wiele znacznie istotniejszych aspektów jak przykładowo obmyślenie planu odnalezienia dziewczynki czy pokonanie, a przynajmniej chociażby unieruchomienie łowcy. Podniosła się z ziemi, po czym zgrabnie otrzepała swoje ubranie ze śniegu. Podała grzecznościowo dłoń Leviemu chcąc pomóc mu wstać. Nie była pewna czy u niego również zawroty głowy powoli zaczynały mijać. Po starciu z anielskim światłem pomagał jedynie czas.
— To był niezwykle silny pół anioł i jego tandetny pokaz mocy. — wyjaśniła zwięźle rozglądając się dookoła za jakimikolwiek śladami ucieczki Marissy. Wiedziała, że część z pół aniołów potrafi wykształcić skrzydła, aczkolwiek nie brała tego pod uwagę przy niedoświadczonej dziesięciolatce.
— Ten mężczyzna, którego sam przyprowadziłeś był łowcą, który z niewiadomych przyczyn polował na Marissę. Starałam się bezpiecznie przetransportować ją do Azylu. — dodała przesadzając zdziebko z sarkastycznością. Nie potrafiła odpuścić mu pstryczka w nos, choć doskonale zdawała sobie sprawę z ludzkiej naiwności, a przede wszystkim konceptu popełniania błędów. Może dzięki temu kolejnym razem będzie bardziej ostrożny, a ona jakoś rozwiąże tę sprawę — jak zawsze. Nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia. A im więcej przeciwności losu tym ciekawiej.
Faith
Malphas dostosował swój krok do nierównego tempa kotołaka, starając się nie robić tego w sposób zbyt ostentacyjny. Choć zazwyczaj brakowało mu cierpliwości do cudzych słabości, w kuśtykającym chłopaku było coś, co budziło w nim rzadki odruch szacunku, może ten specyficzny rodzaj uporu w spojrzeniu, który znał z własnego odbicia w lustrze.
OdpowiedzUsuń- Parę tygodni temu - odpowiedział, a jego głos rozniósł się echem po opustoszałej uliczce - Ściągający zgarnęli mnie, kiedy pętla zaczęła się zaciskać zbyt mocno. Nie dali mi wyboru, nie dali czasu na spakowanie czegokolwiek, co nie mieściło się w kieszeniach płaszcza. Można powiedzieć, że wylądowałem tu jako „prezent od losu”, choć dla mnie to raczej wyrok w zawieszeniu - westchnął i szedł przez chwilę szli w milczeniu, kątem oka obserwowując mijane budynki. Last Salvation wydawało mu się martwe, przykryte warstwą kurzu i wymuszonej uprzejmości, co drażniło jego demoniczne zmysły.
-Wyglądasz na kogoś, kto zna tu każdy kamień - zauważył, rzucając Leviemu krótkie, badawcze spojrzenie - Ja po kilku godzinach mam wrażenie, że to miasto jest jak klatka, która udaje salon, a wszyscy mieszkańcy udają, że nie słyszą szczęku zamków w drzwiach. Ciekaw jestem, jak długo trzeba tu siedzieć, żeby przestać to zauważać, albo żeby zacząć szukać wyjścia - zatrzymał się na moment przed drzwiami baru, z których dobiegał stłumiony gwar. Odwrócił się do kotołaka, uśmiechając się lekko, choć w jego oczach wciąż tlił się chłód - Skoro już się znamy, to powiedz mi, warto tu w ogóle z kimś rozmawiać, czy lepiej po prostu trzymać głowę nisko? Bo mam wrażenie, że w takim miejscu jak to, informacja jest jedyną rzeczą, która ma jakąkolwiek wartość - pchnął ciężkie, drewniane drzwi i przepuścił Leviego przodem, wchodząc w cieplejsze wnętrze lokalu - Chodź, usiądziemy gdzieś w kącie. Obiecałem coś do picia, a widzę, że po tej kłótni z ojcem i spacerze na mrozie, obaj potrzebujemy chwili wytchnienia i zapomnienia o tym, że jesteśmy tu uwięzieni - mruknął niemalże pod nosem. Lokal był pełen ludzi, ale panowała w nim ta specyficzna, ciężka atmosfera miejsca, w którym każdy próbuje coś ukryć lub o czymś zapomnieć. Znalazł wolny stolik wciśnięty w najciemniejszy kąt, z którego miał widok na całą salę i oba wyjścia, stary nawyk, którego nie zamierzał się wyzbywać, nawet w "bezpiecznym" azylu. Skinął na Leviego, by usiadł naprzeciwko. Odchylił się na oparciu krzesła, bacznie przyglądając się kotołakowi. Obrócił szklankę w dłoniach, obserwując, jak światło neonów załamuje się w jej szkle, po czym skierował wzrok prosto na Leviego.
- No więc, Levi... powiedz mi - zaczął, zniżając głos, by nie musieć przekrzykiwać muzyki - Jak długo się tutaj kisisz w tym całym Last Salvation? - uniósł brew, a w jego spojrzeniu pojawiła się autentyczna, choć nieco cierpka ciekawość - Podoba ci się tutaj? - zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała nuta sceptycyzmu - Pytam serio, bo dla mnie, kogoś, kto dopiero co wpadł w te tryby, to miejsce wygląda jak wielka poczekalnia, w której wszyscy udają, że nie widzą, jak ściany powoli się do siebie zbliżają. Chcę wiedzieć, czy po pewnym czasie człowiek faktycznie zaczyna to nazywać „domem”, czy po prostu uczy się ignorować fakt, że to tylko złota klatka z nieco lepszym jedzeniem - uśmiechnął się krzywo, nie czekając na natychmiastową odpowiedź, dając Leviemu przestrzeń na to, by sam zdecydował, jak wiele chce ujawnić.
Malpi
Cześć! Dzięki za powitanie i bardzo się cieszę, że kreacja jakoś się spina. Jednocześnie też muszę pochwalić za kartę Leviego, bo bardzo podoba mi się jej klamrowość i to, że dzięki temu zachowujesz dobry balans między przedstawieniem historii, a interesującą treścią. Czytając KP Leviego niby dostaje się solidną garść informacji o nim i tym, jak znalazł się w Azylu, a jednak jest przedstawiony w tak charakterystycznym ujęciu, że i tak czuję niedosyt, bo brak mi tego, co będzie potem. Jak dalej rozwinie się jego historia. Także możliwe, że będę to po cichu śledzić w Twoich wątkach :D
OdpowiedzUsuńA na ten moment też trzymam za siebie kciuki, żeby udało mi się zostać na dłużej, bo nie pogardziłabym wątkiem z kotołakiem.
Życzę ciekawego rozwinięcia bieżących wątków i miejmy nadzieję, że do napisania (przydałoby się kiedyś, bo rzeczywiście się mijamy)!
Ishaan
[Dzień dobry :) Bardzo dziękuję za powitanie i dużo zdrówka ^^
OdpowiedzUsuńBardzo mnie cieszy, że przerwy nie widać, ale rdzę trochę czuję - całe szczęście, że tu tylu wspaniałych autorów, bo czuję już działanie WD-40 :D
Mam nadzieję, że tak będzie ;) ]
Damroka
Przyzwyczaiła się już do zapachu rozkładu, więc nie czuła w tym momencie szczególnego obrzydzenia. Czasami znajdowała zwłoki, których widok u normalnych ludzi wywołałby prawdziwy szok, ona jednak zazwyczaj tylko się skrzywiła. Gorsze od pustej już powłoki za każdym razem okazywały się wizje.
OdpowiedzUsuńPatrzyła wyczekująco na Leviego. Nie odzywała się, pozwalając na to, by mógł całkowicie skoncentrować się na swoim zmyśle węchu. Teraz mogła polegać tylko na nim i naprawdę nie widziała w tym żadnego problemu. Zmarszczyła nagle brwi, próbując przypomnieć sobie ten konkretny moment, w którym odkryła, że w jego towarzystwie czuje się naprawdę bezpiecznie. Morrigan nie była przecież ufna z natury. Najwidoczniej Levi musiał przekonać ją do siebie zupełnie tak, jak robią to koty — nagle i nieodwracalnie.
Uniosła brew, słysząc jego stwierdzenie. Skoro już tutaj była, skoro znowu moc zmusiła ją do opuszczenia ciepłego łóżka w celu przejścia do środku lasu, to chciała dowiedzieć się, dlaczego tak się stało. Często nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wezwano ją w konkretne miejsce, ale teraz był z nią Levi, który mógł jej w tym pomóc.
— Daj spokój —fuknęła, lekko zirytowana, gdy zarzucił jej własną kurtkę na plecy. Tak, cóż, być może właśnie z powodu takiego zachowania mu zaufała. Akurat temu trudno było się oprzeć. Wsunęła więc posłusznie ręce w rękawy i tylko lekko się wzdrygnęła, gdy Levi postanowił wyręczyć ją w zapinaniu kurtki. — Tak, ale poczekaj chwilę. Chcę się dowiedzieć, o co tutaj chodzi.
Ruszyła do przodu, starając się ignorować nieprzyjemne uczucie, którego źródłem były przemoczone skarpety, i rozejrzała się dookoła już któryś raz. Zapach dochodził zewsząd, zapewne dlatego, że nie odczuwała go zmysłem węchu, a za pomocą tego przeklętego daru.
Odwróciła się w kierunku Leviego i uśmiechnęła się kącikiem ust, widząc jego wyraźnie niezadowoloną minę.
— Nie przejmuj się, nie umrę. Wiedziałabym o tym — zapewniła go z lekkim rozbawieniem, chociaż w gruncie rzeczy nie wiedziała, czy mówiła prawdę. Czy banshee umiały przeczuwać własny koniec? Jeśli tak, to musiała być jedyna ulga w ciągu ich przeklętego życia. — Tylko to sprawdźmy, dobrze? Skąd dochodzi ten zapach?
Morrigan
[Dzień dobry! Mogę przywitać się akurat dużo później o jaśniejszej porze (też jestem fanką jasnych poranków). Levi był tutaj pierwszą przeczytaną postacią oraz (z pewną dozą mojej perfidnie głodnej ciekawości) podglądaną w wątkach (uwielbiam ten z Morrigan).
OdpowiedzUsuńKoty to zawsze (!) zwierzęta o indywidualnej naturze.
Miałam okazję śnić o tym, jak Klementyna wędruję między budynkami miasteczka w towarzystwie przemykającego, nonszalanckiego cienia po dachach - ale do takich nie wychodzi się naprzeciw, dopóki sami się nie zdecydują na pierwszy krok w naszą stronę. Myślę nawet, że pomimo wielu oczywistych różnic, oboje bardzo by siebie nawzajem szanowali, znając mniej więcej swoje życiorysy z plotek, z historii opowiadanych przez sąsiadów oraz oczywistych domysłów... Oboje bezgranicznie lojalni tym, na którym im zależy. Małomiasteczkowi zawsze się znają, nawet jeśli nie wymienili między sobą słowa poza klasycznymi: "Dzień dobry", "Miłego dnia", "Dobrej nocy".
Bardzo mnie to ujęło. Ta wypunktowana przez Ciebie prostota. Długo nad tym myślałam. Tak naprawdę banalna z niej babeczka, która cieszy się od setek lat dokładnie tak samo, kiedy nie wyjdzie jej zakalec, a herbata nie jest ani za słodka, ani za gorzka c:
Mam tylko nadzieję, że nie będziecie mieć nic przeciwko dalszemu podglądaniu. Zostawimy ciastka na parapecie.]
Klementyna
[ Dzięki za cierpliwość <3 ]
OdpowiedzUsuńKiedy przyszło jego zamówienie na nowe sadzonki, był wręcz wniebowzięty. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Towarzystwo nowych roślin było dla niego czymś niesamowitym, chciał poszerzać swoją wiedzę, podchodzić do tego wyzwania. Jako dokkebi miał zdecydowane fory i ułatwienie, nie dało się temu zaprzeczać. Od razu mógł, zaledwie za dotknięciem, zdiagnozować problem rośliny, a także pomóc jej osiągnąć swój potencjał. Co prawda azyl nałożył na niego sporo ograniczeń, nie mógł już dbać o całe pola, o tysiące roślin jednocześnie. Teraz było to o wiele trudniejsze, wymagało od niego więcej energii, a leczenie czy zmienianie stanu zajmowało mu o wiele więcej czasu. Dlatego uczył się dbania o rośliny jak przeciętny śmiertelnik. Zazwyczaj to wystarczało, choć nie raz przychodzili do niego znajomi czy też osoby z polecenia z gorącą prośbą o ratowanie ledwo żywej roślinki.
Przeciągnął wielki worek z ziemi i pomniejsze z przygotowanymi mieszankami. Zakasał rękawy i wziął się do sadzenia gotowych sadzonek. Nucił przy tym cicho. Dzisiejszy dzień był spokojny, takie lubił najbardziej. Miał wiele czasu dla siebie, towarzyszyła mu cisza, spokój i ukochane zioła, którym uwielbiał poświęcać każdą wolną sekundę. Oczywiście rozmowy z klientami, znajomymi, którzy odwiedzali go w pracy były przyjemne, jednak to z naturą, z ziołami czuł najsilniejszą więź.
Mógł zdecydowanie zaliczyć ten dzień do udanych. Robiło się coraz później, a zmrok przebijał się przez okurzone witraże. Mężczyzna zapalił światło, które nie dawało dużo światła przez duży, kolorowy klosz.
Wiązał akurat zioła mięty, które dawały przyjemny, świeży zapach. Mokseo odetchnął głęboko, wieszając kilka przygotowanych pęków pod sufitem. W tym momencie usłyszał cichy dźwięk dzwonka, który oznajmiał pojawienie się klienta. Zszedł więc powoli z drabiny, szybko otrzepał ręce i wyszedł do głównego pomieszczenia, gdzie zobaczył swojego ulubionego kotka! Uśmiechnął się szczerze do mężczyzny, żwawym krokiem podchodząc do lady.
– Hej – przywitał się z zadowoleniem, którego wcale nie ukrywał.
Levi był jednym z jego ulubionych, stałych klientów. Raczył go ciekawymi opowieściami zza murów, przez co Mokseo poniekąd doświadczał i obrazował sobie zmiany jakie zachodziły na świecie. A w ostatnich latach było one bardzo dynamiczne.
– To zależy z czym do mnie przychodzisz – oznajmił, opierając się o blat lady, wbijając w niego zaciekawione spojrzenie. – Mogę mieć coś specjalnego – dodał po chwili namysłu, zerkając w stronę zaplecza, a potem półki pod ladą. Tak, zdecydowanie mógł przygotować dla niego ciekawą mieszankę.
Mokseo
Od wyziębionego i zmęczonego kotołaka bił ziąb, ale nie odstraszało jej to i nie zniechęciło w zaoferowaniu pomocy. Noor spojrzała na niego z delikatnym uśmiechem, który mimo wszystko nie sięgał jej oczu. Wiedziała, że Levi niełatwo się poddaje, ale i tak czuła, że dokonała czegoś dużego, gdy ustąpił i nawet dał jej dostęp do kostki, odsłaniając ją z buta. Przyglądała się jeszcze chwilę jego zaciętym wargom, zastanawiając się, czy uda jej się choć trochę złagodzić jego opór.
OdpowiedzUsuń- Będą cię szukać, ale nie teraz i nie tutaj - zauważyła rozsądnie, bo być może wcale sie nie bała złamania zasad, a może nie bała się przyłapania na tym, wierząc w swoją ostrożność. - Tak, zawsze tutaj jest tak ciepło - skłamało zaraz gładko, próbując utrzymać ton głosu łagodny, choć w głębi się zmartwiła. Musiał być naprawdę mocno poturbowany, może miał nawet gorączkę, skoro tak było mu ciepło.... A ciepło nie było przecież wcale, bo większość jej zamówień by nie przetrwała od czasu umówionych odbiorów.
Delikatnie muskając palcem jego rękę, jakby chciała podkreślić tu swoją obecność, pochyliła się, przyglądając nodze. Levi wydawał się nieswój, ale może to nie tylko ból, a jakiś stan zapalny i zmęczenie. Lub działo się coś jeszcze, czego jej nie powie i ona to zaakceptuje. Mogła mu pomóc, ale jeśli działo się coś poważniejszego, powinien dać się komuś obejrzeć. Czuła, jak patrzy na nią z lekkim zaciekawieniem, choć jeszcze nie do końca odrzucał swoją niechęć. Było w tym coś cholernie znajomego.
Przyklękła na kolanie na ciemnej posadzce i chłodne palce objęły jego kostkę. Miała zręczne, sprytne i drobne dłonie, nie musiał się obawiać bólu, bo była też delikatna i uważna, ale potrzebowała sprawdzić, gdzie skóra jest najcieplejsza, gdzie może być uraz i jak bardzo jest źle. Oczy lekko jej pociemniały przy tym skupieniu i zacisnęła wąsko usta, studiując przypadek tej kostki. Czuła na każde drgnięcie, czy głośniej nabierany oddech, starała się jak mogła nie przyprawić mu bólu. W końcu wstała i obejrzała się na regał po drugiej stronie.
- Nie zajmie to długo, przygotuję maść i owinę ciasno nogę bandażem, ale nie jestem pewna, czy mogę zrobić więcej - powiedziała cicho z nadzieją, że nadal będzie siedział nieruchomo. Chociaż chwilę.
W pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana jedynie oddechem kotołaka i delikatnym szmerem, stuknięciem lub szelestem płynącym z ruchów Noor. Obróciła się i z wprawą ustawiła na blacie średniej wielkości moździerz, miarki, tłuczek i deskę z nożem, który już z daleka wydawał się dość ostry, by obciąć nie tylko palce. Podeszła do ostatniego regału nieco bardziej z tyłu i zdjęła z półki dwie szklane butelki pełne kolorowych płynów, a wracając, chwyciła za bawełniany woreczek z czymś szeleszczącym i wiązankę suszonych ziół, których kwiaty straciły kolor. Ruchy miała płynne i było w nich coś znajomego, gdy odkładała wszystko po kolei na blat obok zajętego krzesła. To coś kazało obserwatorowi mieć poczucie, że nie tylko ona robiła to wiele razy wcześniej, ale sam był świadkiem... Bo Noor nie była obca, nigdy, dla nikogo. W tym też tkwił jej czar, że nawet gdy nie chciała, wywoływała drganie w żyłach.
Cisza prysła, gdy po odpowiednim zmierzeniu składników, potrzebna część znalazła się w moździerzu i Noor zabrała się do ucierania. Kamień szorował o kamień, a to co było stałe i ciekłe, niebawem przerodziło się w brązowo-niedzianą maź o zapachu gorzko-słodkim, ciężkim i lepkim.
- To był dobry wypad? - spytała, tak tylko aby nie zasypiał. Nie była pewna, czy odpowie szczerze, bo może nie mógł. Nie była skłonna zapamiętać wszystkich panujących tu zasad, bo nie wszystkie ją interesowały, choć wszystkie dotyczyły.
Zanurzyła palec w moździerzu, nabrała odrobinę mazi między ten wskazujący i kciuk i chwilę badała konsystencję na opuszkach, nim nie postanowiła dosypać jeszcze odrobiny tego, co miała w woreczku, a co przypominało bardzo drobne czarne kuleczki. Zerkała co chwila na mężczyznę i w jej ramionach rodziło się napięcie determinacji, aby go nie wypuszczać w tym stanie. Naprawde nie był obcy i naprawdę miękła.
pielęgniarka Noor
[Oggy mimo wszystko wciąż słodziutki, więc no, ale musiał dostać straszne zaplecze xD
OdpowiedzUsuńA bo widzisz, ja to jestem tą osobą, po której nie spodziewasz się ciekawostek o zwłokach i mordercach, ale mam cały wachlarz takowych. Polecam się do rozmów! :D
I damy się wciągnąć w wątek i porwiemy też. Levi jest uroczy, wydaje się trochę takim łobuzem, ale odpowiedzialnym i troskliwym… i totalnie Anastasius mógłby pomagać i ojcu, i samu Leviemu. W sumie to Anastasius znałby go od nastolatka, więc widziałabym tutaj też taką nieco relację ojcowską, gdzie to Anastasius podpytuje, czy wszystko ok, czy Levi jest cały albo czy potrzebuje pomocy. No i Anastasius mógłby też prosić Leviego o jakieś drobne rzeczy ze świata zewnętrznego – potrzebuję momentu, jak go prosi o kaszkiet xD
PS Czy imię i nazwisko jest po naszym pedancie, kapitanie Liwaju? :>]
Anastasius von Weiss
Zayden doskonale zdawał sobie sprawę, że Rada miała świadomość wielu spraw, i że na równie wiele z nich świadomie przymykała oko. Sam niejednokrotnie przegiął i mimo to uniknął kary, będąc żywym dowodem na tę pobłażliwość. Poza tym nie wszystkie zlecenia wydawane przez tutejszych rządzących dało się nazwać moralnymi czy szlachetnymi, a co więcej, niektóre z nich były w stanie zaskoczyć nawet demona z krwi i kości. To, że na szmuglowanie przedmiotów Levi miał pewnego rodzaju ciche przyzwolenie, to wydawało mu się oczywiste, bo jakby nie patrzeć wszyscy na tym zyskiwali, ale biorąc pod uwagę zasady, które w teorii dotyczyły tutaj każdego, gdyby sprawa wyszła na światło dzienne i stała się publiczna, taryfa ulgowa dla niego byłaby co najmniej wątpliwa. Wszyscy wiedzą, ale nikt nie mówi głośno, bo takie informacje mogłyby zaburzyć porządek tego miejsca. Dlatego w strażniczej ekipie są zarówno tacy, którzy – tak jak Zayden – działają wedle własnego widzimisię, ale są i tacy, jak Harris, którzy nadgorliwie pilnują każdej kropki w regulaminie. I akurat w tym zestawieniu starły się obie te postawy, choć na pewno nie z przypadku, bo to, że Harris pojawił się właśnie teraz, było wynikiem jego obserwacji i łażenia za Zaydenem za każdym razem, gdy coś wydawało mu się podejrzane. A że istnienie Zaydena to jeden wielki kocioł układów ważnych i ważniejszych, to materiału do takich podejrzeń Harrisowi nigdy nie brakowało. Dziś wyniuchał spisek i prawie udałoby mu się złapać go na gorącym uczynku, a gdyby do transakcji doszło, miałby może nawet dwie pieczenie na jednym ogniu. I pomyśleć, że to wszystko tylko dla kilku pochwał rzuconych mimochodem, dla chwilowego poczucia spełnienia i przekonania, że skrupulatne pilnowanie cudzych potknięć czyni go kimś więcej niż tylko kolejnym trybikiem w tej machinie. Niezwykły dureń z tego Harrisa, doprawdy.
OdpowiedzUsuńTo, że Levi współpracował, działało mocno na plus, bo istniała duża szansa, że na komisariacie wśród procedur i innych papierkowych pierdół temat rozejdzie się po kościach. Kwestią nadrzędną było uśpienie czujności Harrisa i danie mu do zrozumienia, że to, co sobie ubzdurał, jest nic niewartym zlepkiem podejrzeń, które nie mają żadnego realnego oparcia w faktach. Jak dobrze pójdzie, to Levi nie tylko uniknie nocki w celi, ale i kara za niedopilnowanie obowiązku odhaczenia się w Ratuszu będzie znośna. Finanse to przecież ważna rzecz, a szkoda stracić kilka monet tylko dlatego, że komuś zachciało się wykazać nadgorliwością.
Zayden wziął jeszcze plecak Leviego, a gdy ruszyli, szedł swobodnie tuż za nim, zastanawiając się, jak rozegrać sprawę po dotarciu na komisariat, żeby obecność Harrisa przy nich stała się zbędna, a najlepiej zupełnie niewskazana. Nie pilnował go zbytnio, bo dobrze wiedział, że Levi nie jest głupi i nie porwie się na ucieczkę. W milczeniu stawiał kroki na skrzypiącym śniegu, czując w cholewce buta zawiniątko, które uwierało go w nogę i szczypiącą pod skórą gorąc naginanej przysięgi, i słuchał tylko krótkiej wymiany zdań przed sobą. Harris na pewno wiedział, że Thatcher jeździł na wózku i że należało go doglądać, ale potrafił też dostrzegać istotne fakty, a tu istotnym faktem jest to, że skoro Thatchera faktycznie należy doglądać, to raczej nie tylko w momencie powrotu do Azylu, a regularnie? Czy to nie tak, że pod nieobecność Leviego Thatcher powinien mieć zapewnioną jakąś sensowną opiekę, jeśli doglądanie go jest na tyle istotne, że zaważyło nad odhaczeniem się w Ratuszu tuż po powrocie?
— Również proszę ojca później pozdrowić — odparł krótko Harris, przerywając rozmyślania Zaydena nad tym, czy wymówka Leviego o konieczności wstąpienia do domu wystarczy, żeby udobruchać drugiego funkcjonariusza. Zresztą, o tym czy to wystarczy i tak zadecydują ostatecznie urzędasy, albo ktoś z Rady. Oni, jako funkcjonariusze, spiszą jedynie zeznania i sporządzą protokół zatrzymania, a Zayden postara się zrobić to w taki sposób, żeby wyszedł on dla Leviego jak najkorzystniej. Grali do tej samej bramki, to jasne, że nie będzie kopał pod nim dołków. Jakoś to ogarną.
Usuń— W takim razie udzielimy ci skutecznego wsparcia w tej drodze, Ackermann — Zayden odezwał się z tyłu. — Tak skutecznego, że to Ratusz przyjdzie do ciebie — zapewnił, mając na myśli to, że gdy zbiorą od Leviego zeznania, to któryś z urzędników najpewniej pojawi się na komisariacie, żeby zamknąć tę sprawę odpowiednią karą. Brzmiał rzeczowo, bo wiedział, że Harris słucha, choć w jego tonie pobrzmiewała nuta ironii, którą łatwo było odczytać opacznie, zwłaszcza przez kogoś, kto w każdym niedopowiedzeniu doszukiwał się drugiego dna. Ale to, że między słowami przekazywał Leviemu, jak może wyglądać przebieg i finał tej sytuacji, to inna sprawa. I był święcie przekonany, że jest ona zupełnie niesłyszalna dla idącego przed nimi funkcjonariusza.
Zayden Ward 👮