nagłówek

19.01.2026

[KP] Żebyś nie spał, żebyś się bał.

Asta Delorme

między jeszcze chwilę, a już za późno ● mara nocna ● jako dziecko przeklęła samą siebie ● duch nocy w ciele dwudziestosześciolatki ● sprzątaczka w Ratuszu ● w Last Salvation od niespełna roku ● miłośniczka pomieszczeń pustych i bez wyjścia ● pędzi bimber i szkicuje ulice ● szare mieszkanko z pięcioma łóżkami ● dziennik koszmarów

Pamiętasz te pokoje, które wiszą nad Tobą i z cichym spokojem wołają nad głową?
Rysowałam je długo, schowana pod kołdrą. Czekałam, aż zaśnie. Aż dom ucichnie, kroki ustaną. Dom wciąż pachniał tak samo – słodki i gorzki, jak dwaj kompani splatali się wokół ust niczym dynamit. Błagałam, by nie brał więcej ich dla mnie. Nie chciałam tabletek, nie cukierków. Chciałam papier.

Korytarze długie, żółte i bezkresne. Chciałam, by w nich zginął albo potknął się na podeście. Rysowałam dla niego domy niestworzone, wyboiste dachy, piwnice zasmolone. Czasem drzwi chowały pustki, robiły za lustra, ale czasem były zwyczajne. Chciałam, żebyś poszedł o krok dalej, zginął w bezkresie pokoi ukochanych, pustych tylko dla Ciebie, tatusiu kochany.

Ulubiony to basen, cichy i zielony. Był spokojny, chłodny, kojący i wygodny. Nie zabrałeś mnie tam nigdy, więc ja Cię wysłałam. Utoniesz lub zginiesz, ale to tylko zabawa.

Pokoje są piękne, wielkie i kolorowe.
Nie chodzę w nich sama. Krzątamy się razem, widzę Wasze plecy.
Oddam je Wam – skoro już bywacie.

Mogę być Waszym gardłem, które nie przecina ciszy. Mogę być nogami miękkimi, gotowymi do ucieczki. Chętnie pchnę Was w przepaść, miękką i bezkresną.
Mogę odebrać zęby lub tylko stać za plecami. Mogę mieć ten uśmiech, z rozwartymi zębami. Zabiorę Wasze twarze, zmieszam je ze swoją.
Dam Wam miękkie stroje i cukierki kolorowe. Wspomnę tamte usta, rozmasuję skronie.
Czasem dam zrobić krok za daleko, ale złapię w połowie.
Lubię nosić kaptur i pazury długie, czasem siadam pod kołdrą, nieraz tylko stoję. Przysiądę na piersi, gdy tak się zmęczycie. Zabiorę władzę rękom, odbiorę płucom oddechu chwilę. Nie na długo. Na moment.

Poznamy się tylko.

* * *

hej! bierzemy wszystko, nawet słodkie sny
fc: Pinterest; wedsdxxc@gmail.com

50 komentarzy:

  1. [Cześć. Karta przepiękna i wyjątkowo działa na wyobraźnię, aż faktycznie chciałoby się Astę poznać tylko. Na ten moment nie przychodzi mi jednak żaden pomysł, jak można by ich połączyć z Fionntánem, ale w razie chęci zapraszamy do nas.]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Creeeeepyyy! Absolutnie klimatycznie i obrazowo. Czytając treść karty, miałam chwilami dreszcze! Serio!
    Nie wiem, czy to wariatka, czy postać tragicznie poharatana, ale przyciąga. Jest straszna, ale w ten przyjemny sposób xD Kilka fragmentów przypominało pamiętnik ofiary zbrodniarza, kilka przywołało skojarzenie modlitewnika... ciary mam. Bardzo ciekawa kreacja! Proszę straszyć dalej - tylko trochę :)
    W razie chęci zapraszam do nas, a poza tym to udanej gry!! <3]

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  3. [Jeju! Tyle się nasłuchałam o marach nocnych od swojej mamy i babci, że w pewnym okresie życia bałam się iść spać, bo miałam wrażenie, że będę się budzić duszona właśnie przez te niedobre mary! Podziękowania dla rodzinki. :D
    Niemniej, pomysł na postać wspaniały! Bardzo, ale to bardzo podoba mi się to, w jakim kierunku rozwija się nasz bloga i jak bardzo różnorodne są Wasze postaci.
    Aż chciałoby się wątki z Wami wszystkimi, szkoda tylko, że doba ma pewne ograniczenia, których nie da się przeskoczyć. ;-)
    Myślę, że jak tylko zwolni mi się jakieś miejsce, to przyjdę z moją czarownicującą Aurorą, bo szkoda, żeby źródło bimberku przeszło jej koło nosa.
    Bawcie się z Astą dobrze. Mnóstwa wątków. Zostańcie z nami jak najdłużej! ♥]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  4. [Podzielam powyższe zdania – pomysł na postać świetny, kreacja bardzo ciekawa i przyciągająca, a pędzony gdzieś po cichu bimberek tylko dodaje jej smaczku! Proszę rozsądnie nim dysponować i nie rozpijać młodzieży! :D Standardowo życzę wyłącznie dobrej zabawy na blogu i samych fajnych wąteczków!]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  5. [Ja też uwielbiam ten klimat - mam nadzieję, że dziewczęta (hoho, jak niewinnie) będą miały okazję nieco nabroić, a przynajmniej kogoś wystraszyć :D Dzięki wielkie za przywitanie, w mailach będziemy knuć <3 ]
    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  6. [podbijam powyżej. Pani ma swój urok.
    Zapraszam w razie chęci. Baw się tutaj dobrze ;)]

    Hotarubi

    OdpowiedzUsuń
  7. [Pomysł brzmi fantastycznie, co więcej Fionntánowi igranie z nią we śnie na pewno nie wystarczy i będzie chciał wyrównać rachunki również na jawie. Jak dokładnie działa Asty moc? Fionntán wyczuje jej obecność we śnie czy też ją zobaczy? I jak wyglądają jej pokoje? Mój dżinn, jak na dżinna przystało, wyczuwa cudze trzy pragnienia, najczęściej te aktualne, więc zapewne wyczuje jej obecne i wykorzysta tę wiedzę, także ta informacja też mi się przyda.]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  8. [Moja wyobraźnia została skutecznie poruszona narracją karty Asty. I ten wizerunek! *.* Idealnie pasuje do kreacji nocnej mary.
    Świetnej zabawy i w razie chęci zapraszam do mnie, może uda nam się coś zbroić w Azylu :)]

    Faith Smith

    OdpowiedzUsuń
  9. [No jak jej mary nie ześlesz to czemu nie ^^ Jeśli chciałabyś zacząć i nie chcesz czekać to śmiało - ja sama dopiero co z pracy wróciłam, więc jak już ja bym zaczęła to jutro ;)]

    lisica

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzisiejszy dzień był jednym z tych, które chciała zdrapać jak strupa z kolana. Odkąd zmieniła profesję ze Ściągającej na Urzędniczkę, czuła się, jakby ktoś powoli zaciskał jej pętlę na szyi. Azyl dławił. Ograniczał. Wysysał z niej możliwość prawdziwego posilenia się, zmuszając ją do wegetowania na głodzie tak uporczywym, że coraz częściej czuła zaciskającą się na jej wnętrznościach pięść.
    Chodziła zmęczona, jakby to ją ktoś nocą obgryzał do kości. Ten stan nigdy nie dopadał jej poza granicami Last Salvation — tam mogła najeść się do syta, aż w gardle czuła jeszcze cudze ciepło. I choć w Azylu znalazła coś, co nazywała sensem, to nie wystarczało, by uciszyć Mrok. Mrok nie rozumiał idei, nie uznawał przynależności. Mrok rozpoznawał tylko głód.
    Strach w ostatnich dniach był dla niej jeszcze bardziej niż zwykle wyczuwalny. Czuła się jak spuszczony ze smyczy chart, ilekroć tylko poczuła jego słodycz. Odpowiadała na to przyciąganie instynktownie, bezmyślnie, z odrażającą dla niej nadzieją posilenia się szukając źródła jak palacz na nikotynowym głodzie.
    Poczuła niepokój koleżanki jeszcze zanim ta zamknęła drzwi jego gabinetu. Urzędnika, którego Damroka od początku nie potrafiła znieść. Próżny, nadęty, śliski. Taki, którego twarz aż prosiła się o zniekształcenie. W służbowym życiu był jak cierń wbity pod paznokieć — drobny, ale nie do zniesienia.
    — Coś się stało? — zapytała kilka godzin później, w pokoju socjalnym, wdychając gorzki zapach kawy.
    — Znowu kazał mi trzymać na przydziale Kevina. On nie nadaje się do pracy z dziećmi, Dam. One się go boją. Wygląda jak trup, który zapomniał umrzeć — westchnęła kobieta, mieszając herbatę ogonem. — Podobno nie ma zastępstwa. A przecież ty…
    Damroka przestała słuchać. Słowa przelatywały przez nią jak przez pustą skorupę.
    Kevin. Pachnący śmiercią, strachem i cudzym płaczem. Wykonujący jej wymarzoną pracę tylko dlatego, że potrafił nalać odpowiednią ilość alkoholu odpowiedniemu człowiekowi. Wiedziała, że on to lubi. Dziecięcy strach był czysty, intensywny, łatwy do przełknięcia, a jego bałaby się nawet ona, bo daleko było mu do przystojniaka.
    Wyszła z kuchni z drżącymi dłońmi. Gniew buzował w niej jak gorączka. Chciała, żeby się bał. Nie Kevin, bo jego przestraszyć nie była w stanie, ale ten, który umożliwiał mu żer. Chciała poczuć, jak jego oddech rwie się w piersi, jak sen zamienia się w pułapkę, z której nie da się obudzić. Pragnęła jego szlochu, śliny zbierającej się w kącikach ust, paznokci raniących prześcieradło w ślepym odruchu obrony. Przez siedzenie za biurkiem brakowało jej miejsca, gdzie mogła wyładować swój ból, dlatego nie było jej wiele potrzebne do chęci szerzenia przemocy. Może jednak mieli rację, że trzymali ją daleko od magicznych latorośli?
    Im dłużej pozwalała tym myślom rosnąć, tym szybciej traciła resztki kontroli. Mrok wypełzał spod skóry, rozpychał się w stawach, łamał ją od środka. Bariery Azylu tej nocy nie były w stanie jej powstrzymać — przemiana przyszła gwałtownie, brutalnie, po raz pierwszy od miesięcy.
    Czarna forma przecisnęła się przez dziurkę od klucza jak zadra. Była ledwie cieniem, drganiem powietrza, błędem w ciemności. I niemal nie parsknęła śmiechem, gdy zobaczyła, że nie jest sama.
    Przyłożyła kościsty palec do ust, tam, gdzie twarz rozpływała się w czarną mgłę. Cisza była wystarczająca, bo obie istoty snu były tu w tym samym celu. Bu!

    ---
    niech się boi
    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dzień dobry, cześć i czołem :) Witam Cię serdecznie w naszym gronie i mam nadzieję, że zostaniesz z nami na długo :) To między jeszcze chwilę, a już za późno to tak bardzo ja, że nie dziwię się, że jeśli to swoista definicja nocnej mary, to później nie potrafię zasnąć ;) Chyba podświadomie wiem, co może mnie czekać ;)
    Bardzo ciekawy pomysł na postać i myślę, że ma on duży potencjał wątkowy, więc śmiało korzystaj! Od siebie życzę udanej zabawy i czegoś, co zawsze lubię powtarzać, a co nigdy nie miało tak dobrego kontekstu, jak będzie miało przy postaci Asty - wątków, które nie dają spać po nocach ;)]

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  12. Ostatnie noce byłe okrutne. Zmiana nastąpiła nagle, nieproszona i brutalna. Gdy bezsenność ustępowała, zamiast łagodnej ulgi, namiastki odpoczynku, docierała do niej potężną falą, mocnym szarpnięciem, ułuda spokoju, która wdzierała się w nią zbyt ostro. Noce zaczęły ją dręczyć, a sen który zwykle był wyczekiwany, teraz oznaczał walkę o kolejny oddech i Noor nie rozumiała, co się dzieje. Zwykle sypiała po dwie trzy godziny i nauczyła się funkcjonować tak, by nie tracić poczucia rzeczywistości, ale teraz... było inaczej. I to co się zmieniało, lepiło się do niej, nie chcąc odejść. Sądziła, że to urok, ale oczyściła się i każda kolejne noc dobierała się do niej wciąż coraz brutalniej.
    Apteka działała bez zmian, codziennie o ósmej otwierała drzwi, by przyjąć potrzebujących czegokolwiek, a po zmroku wracała, żegnając pracownicę, by dopilnować interesu zza drugich drzwi. Jej jasna twarz nosiła znamiona zmęczenia, a jednak nie odbierało jej to uroku. W zielonych oczach tańczyła wiosna, a malinowe wargi kusiły, choć nie uśmiechała się często. Krok miała leciutki, a sylwetkę wciąż gibką jak kwiat ozdobiony niewiele tylko ciążącą płatkom rosą i tylko ktoś, kto znał ją dłużej, dostrzegły zmianę. Noor jednak nie pozwalała być nikomu na tyle blisko, by mógł cokolwiek dostrzec, niosła więc troski samodzielnie, czując coraz wieksze rozdrażnienie. I strach, choć obiecała sobie, że po przekroczeniu granic azylu, to już do niej nie wróci.
    Krew, w której szumiał chaos i trawił żyły ogień, była gęsta. Kobieta nie walczyła nigdy o uwagę, bo tę utrzymywała przez to, kim jest i chyba dlatego potrafiła uciec od nieszczęść i następstw tego, co przypisał jej los. Tutaj kuła go na nowo samodzielnie, choć szereg zasad nie sprawiał, że czuła się całkowicie wolna. Ale była bezpieczna. Jednak uczucie, jakie pojawiało się od paru nocy sprawiało, że dobijało się do niej coć, co dawno temu zapieczętowała.
    Ostry ból wdzierał się pod czaszkę i pulsował, a dłoń trzymająca filiżankę z kawą drżała, kiedy za chudym, wysokim chłopakiem zatrzasnęły się drzwi zaplecza na tyłach apteki. Zmęczenie sprawiało, że pod skórą coś jej pełzło, że obraz się rozmazywał, że to co wokół szarzało, ale Noor siedziała na stołku przy ladzie prosto, niezachwianie. Nie złamana. Piękna i silna, nieuchwytna jednak. Upiła łyk ciemnego płynu, by odgonić ramiona Morfeusza, bo ten kochanek ją teraz zdradzał i kpił z niej okrutnie, gdy do jej uszu doszło pukanie. Zastygła w pół gestu, a potem przyłożyła porcelanę do ust i sączyła kawę aż do dna. Nikt nie pukał. Kto był umówiony, przychodził. To były niezapisane zasady i ona wiedziała, że to oznacza jedno - obcy.
    - Czego tu szukasz? - spytała łagodnie, cicho, a głos melodyjny i bez cienia ciepłoty owinął się niczym szal wokół zmysłów nieznajomej, jaką Noor zobaczyła na tyłach swojego interesu. Sama stanęła w progu, choć jej delikatna sylwetka nie stanowiłaby żadnej przeszkody, nawet dla równie kruchej kobiety. Nie była głupia, sama doskonale wiedziała, jak mylne są pozory, nie tylko w wyglądzie zresztą.
    Cisza wokół nich nie była ciężka, ale była nietypowa. Noor nie chcąc świadków tego spotkania, cofnęła się i wróciła do środka, dając tamtej nieme przyzwolenie na wejście. Jeśli nie będą miały nic do załatwienia, po prostu ją stąd wyprowadzi, ale rozmowy nie powinny się toczyć tam, gdzie inni mogą słuchać.

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  13. [No hej piękna, czekam, aż będą sobie uprzykrzać nawzajem żyćko <3]

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  14. Malphas nie drgnął, choć pojawienie się kogoś tak blisko, w miejscu, które wybrał na chwilę odosobnienia, powinno wywołać w nim natychmiastową reakcję obronną. Zamiast tego powoli wypuścił dym z płuc, pozwalając, by szary obłok zmieszał się z nocną mgłą. Nie odwrócił się od razu. Czuł jej obecność nie jako fizyczny ciężar, ale jako specyficzne drżenie powietrza, chłodne, lepkie i nienaturalnie ciche. Dopiero gdy wybrzmiały jej słowa, Malphas powoli obrócił głowę. Jego oczy, wciąż przystosowane do ciemności, spoczęły na drobnej sylwetce siedzącej na murku. Wyglądała krucho, ale biła od niej aura, której nie dało się pomylić z niczym ludzkim.
    - Niektórzy powiedzieliby, że noc jest najbezpieczniejsza wtedy, gdy wszyscy inni śpią - odpowiedział niskim, zachrypniętym głosem - Ale ty chyba nie należysz do tych, którzy szukają bezpieczeństwa w nieświadomości, prawda? - zrobił krok w jej stronę, nie po to, by ją zastraszyć, ale by lepiej przyjrzeć się twarzy, która zdawała się wyłaniać bezpośrednio z cieni. W Last Salvation spotkał już wielu uciekinierów, ale ona pachniała inaczej, starym lękiem i cudzymi tajemnicami.
    - Ładna noc... - powtórzył z kwaśnym uśmiechem, rzucając niedopałek, który zgasł w locie - Szkoda nie spać, a jeszcze większa szkoda marnować czas na sny, w których i tak nie znajdzie się nic prócz tego, co próbuje się zostawić za bramą tego miasta - przechylił głowę, bacznie obserwując Astę. Wyczuwał jej ciekawość, to niemal namacalne przyciąganie, które kierowała w stronę jego energii. Dla kogoś takiego jak on, kto nosił w sobie pokłady stłumionego gniewu i mrocznej historii, taka obserwacja była jak dotyk na otwartej ranie.
    - Obserwujesz mnie od jakiegoś czasu, mała? - zapytał, a w jego głosie, obok chłodu, pojawiła się nuta drapieżnego rozbawienia - Co cię tu sprowadza? Ciekawość nowym mieszkańcem, czy może w moich myślach jest coś, co smakuje lepiej niż u reszty tych otępiałych istot w Azylu? - wyprostował się, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza. Wyglądał teraz na dziwnie odprężonego, choć w jego postawie wciąż czaiła się gotowość do skoku - Jeśli szukasz dymu i krwi, to trafiłaś pod właściwy adres, ale uważaj - ostrzegł, a w jego głosie pojawiła się nuta drapieżnej przestrogi - Ci, którzy podchodzą zbyt blisko pożaru, zazwyczaj kończą z poparzonymi skrzydłami. A ty wyglądasz na kogoś, kto bardzo lubi swoją skórę - przesunął wzrokiem po horyzoncie Azylu, wskazując głową na uśpione pod nimi domy - Skoro jesteś taką świetną obserwatorką, powiedz mi jedno. Kto w tym przeklętym miejscu skrywa najwięcej pod maską świętości? Kto udaje najbardziej niewinnego, a w środku gnije ze strachu lub pragnień? Skoro już tu jesteś i marnujesz mój czas, daj mi coś, co sprawi, że nie umrę tu dzisiaj z nudów - wzruszył bezradnie ramionami, skupiając wzrok na widoku, jaki się przed nimi rozpościerał.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  15. Malphas nie próbował jej powstrzymać, gdy zaczęła krążyć wokół niego jak drapieżny ptak, który znalazł coś, co w końcu nie jest padliną. Jej słowa o aniołach i upiorach spłynęły po nim jak deszcz, znał te metafory aż nazbyt dobrze, ale w jej ustach brzmiały one mniej jak poezja, a bardziej jak raport z sekcji zwłok tego miasta. Kiedy stanęła ramię w ramię z nim, poczuł ten specyficzny chłód bijący od jej postaci, ale nie drgnął. Patrzył prosto przed siebie, na migoczące światła Last Salvation, które z tej perspektywy wyglądały jak żar niedopalonego ogniska.
    - Mój strach? - powtórzył nisko, a w jego głosie nie było już rozbawienia, tylko twarda, metaliczna pewność - Mój strach zdechł z głodu dawno temu, mała. To, co czujesz, to nie jest lęk przed wyborem sprzymierzeńca. To niecierpliwość - odwrócił głowę w jej stronę dopiero wtedy, gdy zaczęła balansować na krawędzi. Obserwował jej bose stopy na betonie z niemal klinicznym spokojem, choć wewnątrz czuł, jak jego własna energia napina się, reagując na jej bezwstydną pewność siebie.
    - Masz rację w jednym. To miasto jest wykastrowane z instynktów. Ludzie tutaj tak bardzo boją się utraty kontroli, że przestali zauważać, iż dawno ją stracili w chwili, gdy pozwolili się tu zamknąć -mruknął, robiąc krok w jej stronę, tak by ich ramiona niemal się zetknęły - Ale ja nie szukam kontroli. Ja szukam pęknięcia. A ty... ty wyglądasz na kogoś, kto potrafi wsunąć w nie palce i rozrywać je, dopóki wszystko nie runie - uśmiechnął się drapieżnie, a jego oczy rozbłysły odbitym światłem gwiazd - Skoro tak dobrze czytasz w tych nudnych umysłach, powiedz mi: co zobaczysz, jeśli to ja przestanę trzymać swoje pazury przy sobie? Jeśli zamiast obserwować, zacznę brać to, po co tu przyszedłem? Bo skoro twierdzisz, że jawa zbliża się do snu, to radzę ci mocno trzymać się tej krawędzi. Nadchodzi moment, w którym sny przestają być bezpiecznym azylem, a stają się polem bitwy - wyciągnął dłoń, ale nie po to, by ją złapać przed upadkiem, lecz by wskazać na ratusz majaczący w oddali - Skoro wszyscy czegoś "żałośnie chcą", to daj mi imię. Kto w tym Azylu jest tak blisko krawędzi jak ty w tej chwili, ale nie ma odwagi skoczyć? Chętnie mu pomogę - przesunął wzrokiem po jej twarzy, szukając w niej choćby cienia wahania. Nic takiego nie znalazł. To go intrygowało, ta istota nie miała w sobie ani grama tego ludzkiego instynktu przetrwania, który zazwyczaj kazał ludziom uciekać od kogoś takiego jak on.
    - Wiesz, co jest najzabawniejsze w ludziach, którzy boją się utraty kontroli? - zapytał, a jego uśmiech stał się jeszcze bardziej złowrogi - To, że wystarczy im pokazać, że ta kontrola od zawsze była iluzją, by sami zaczęli niszczyć to, co kochają. Nie potrzebuję armii, mała. Potrzebuję tylko jednego imienia. Jednej pękniętej duszy, która pociągnie za sobą resztę tego domku z kart - pochylił się jeszcze bardziej, niemal muskając jej włosy swoimi ustami, gdy szepnął - Daj mi ten jeden klucz. Pokaż mi kogoś, kto pod tą białą bluzką niewinności skrywa najczarniejszy z koszmarów. Bo skoro ja mam jeszcze pazury, to ty wyglądasz na kogoś, kto bardzo chce zobaczyć, jak one rozdzierają tę nudę, na którą tak narzekasz. Czy to nie byłaby najładniejsza noc ze wszystkich? Taka, po której nikt w Last Salvation już nigdy nie zaśnie spokojnie? - nie czekał na pozwolenie, by wejść głębiej w tę dziwną grę. Skoro ona tak pewnie stąpała po krawędzi, on postanowił sprawdzić, jak bardzo stabilny jest jej własny świat. W jego oczach, czarnych i głębokich, odbijało się nie tylko światło gwiazd, ale i ta specyficzna, drapieżna radość, którą odczuwa się tuż przed wybuchem.

    Malp

    OdpowiedzUsuń
  16. [sorki, trochę z opóźnieniem, ale już do cb biegnę ;)]

    Dzień zapowiadał się pogodny, trochę chmur na niebie nie zwiastowało żadnych śnieżyc, więc wzięła się za porządki. Mogła sobie co prawda pomóc trochę magia lisa, ale szkoda było marnować na to energię. Zatem sukcesywnie ogarniała norę chodząc i wychodząc z niej co jakiś czas. Gdy się zmęczyła pobiegła do małego strumyczka, aby ugasić pragnienie. Wracając do nory upolowała kilka ryb i wróciła z nimi zanosząc w głąb nory. Rozkoszowała się śniadaniem, ale trzeba było iść do "pracy". Miała pomóc w tutejszej bibliotece przez parę godzin. Zatem się nie nudziła i zanim się obejrzała zaczęło być mocno po 16. Nie chciała jeszcze wracać, więc porobiła niewielkie zakupy przydatne do kamuflażu namiotu. Było by prościej, gdyby miała mieszkanie, ale prowadzać wędrowniczy tryb życia, nawet o nim nie myślała. Miała już wracać, gdy zauważyła wystawkę cukierni a w niej uśmiechające się do niej pyszne faworki. Uwielbiała je w każdym wydaniu, zatem wstąpiła do lokalu i kupiła kilka nie zauważając, że zgubiła resztę pieniędzy, które wypadły z dziurawej kieszeni. Cóż.. wszystko było stare i rzadko kiedy coś miewała nowego. Zajadała dalej swoje faworki a czas mijał, gdy tak spacerowała uliczkami aż zaczęło robić się już ciemno.
    Nie do końca poznała to miasto, więc o dziwo w pewnej chwili zauważyła, że się zgubiła. Było to trochę śmieszne przeżycie, bo zwykle się nie gubiła. Nawet nie wiedziała, gdzie znajdzie jakiś hotelik lub coś w tym guście, aby móc przenocować. Pomacała ręce w kieszeni, aby wyciągnąć chusteczkę, aby wytrzeć nimi palce z reszty pudru i w końcu zauważyła brak pieniędzy.
    - shimatta... - przeklęła w duchu. W świetnym nastroju całkiem o tej dziurze zapomniała i teraz płaciła za swe roztargnienie. Co gorsza całkiem straciła orientacje a że nie nawykła zaczepiać mijanych ludzi, to za pierwszym rogiem weszła w boczna uliczkę i przyparła plecy o murek. Co tam parę godzin, robiło się chłodniej. W radiu słyszała, że ma padać. Westchnęła cicho. Inari-kamisama daj mi znak, cokolwiek...
    Przysiadła na brudnej ziemi i chuchała w dłonie, aby je ogrzać.

    Hota.

    OdpowiedzUsuń
  17. Malphas poczuł, jak jego ciało sztywnieje, gdy Asta wypowiedziała jego imię. Nie powinien być zdziwiony, w tym mieście nikt nie był anonimowy dla kogoś, kto potrafił wyciągać prawdę z cudzych snów, a jednak usłyszenie go z jej ust, w tej konkretnej chwili, brzmiało jak wyrok. Jej pazury, zaciskające się na jego kołnierzu, drażniły skórę, przypominając o fizyczności tej dziwnej istoty, która z każdą chwilą traciła na realności, stając się jedynie cieniem i szeptem. Nie odsunął się. Wręcz przeciwnie, pozwolił jej oprzeć się o swoją pierś, choć chłód bijący od jej szarzejącego ciała był niemal bolesny. Słuchał o barierach, o runach i o własnej bezsilności, którą tak skrupulatnie próbował ukryć przed światem pod maską arogancji. Każde jej słowo było jak precyzyjne cięcie skalpela, obnażające to, co w nim najbardziej zdruzgotane.
    - Więc to tak... - mruknął, a jego głos był teraz głęboki, pozbawiony resztek kpiarskiego tonu - Pasiesz się moją walką z tymi murami? Patrzysz, jak runy zdzierają ze mnie skórę, gdy próbuję sięgnąć po to, co mi odebrano? - chwycił ją za nadgarstki, nie po to, by ją odepchnąć, ale by poczuć ten ulotny puls, który wciąż w niej drgał. Jego dłonie, choć pozornie nieruchome, pulsowały gorącem, kontrastując z jej lodowatą skórą. Spojrzał prosto w jej czarne, pozbawione bieli oczy, szukając w nich odbicia własnego upadku, o którym tak chętnie mówiła.
    - Jeśli chcesz widowiska, to je dostaniesz - syknął, a w jego spojrzeniu zapłonął ten sam mrok, który widział u niej - Ale nie myśl, że moje koszmary mnie pożrą. Ja się w nich urodziłem. To, co dla ciebie jest "potwornie piękną" udręką, dla mnie jest po prostu paliwem. Jeśli zamierzasz iść ze mną w ten ogień, to nie licz na to, że będę cię oszczędzał, gdy bariery w końcu pękną - pochylił się tak blisko, że ich czoła niemal się zetknęły. Czuł jej zapach, zapach nocy, prochu i czegoś, co dawno umarło.
    - Skoro wiesz o mnie tak wiele, to wiesz też, że nie zatrzymam się, dopóki to miasto nie zrozumie, że ich "bezpieczeństwo" jest tylko kłamstwem. A ty? Ty będziesz moimi oczami tam, gdzie ja nie mogę jeszcze sięgnąć. Pokażesz mi te słabe punkty u innych, o których wspomniałaś. Calyx, Lilith, Michał... rozbijemy ich wszystkich po kolei, zaczynając od ich snów - uśmiechnął się drapieżnie, ignorując dreszcz, który przebiegł mu po kręgosłupie. Poczuł, jak jego krew buzuje pod wpływem tej bliskości, nie był to jednak żar pożądania, a raczej drapieżna ekscytacja towarzysząca chwili, w której orientujesz się, że znalazłeś idealne narzędzie do zniszczenia świata. Jej pazury drapiące jego skórę były jak obietnica, wiedział, że ta istota nie cofnie się przed niczym, bo dla niej granica między koszmarem a życiem dawno przestała istnieć.
    - Nie boisz się moich koszmarów? - mruknął, a jego palce zacisnęły się na jej nadgarstkach nieco mocniej, choć wciąż z dziwną, niemal nieludzką fascynacją - Powinnaś. Bo to nie są tylko obrazy, to siła, która wyrywa fundamenty. Skoro tak bardzo chcesz więcej... to nakarmimy ten twój głód strachem tych, którzy myślą, że są tu nietykalni - przesunął spojrzeniem po dachu, ignorując na moment palące runy, o których wspomniała. Skoro widziała jego słabość, nie miał już sensu jej ukrywać. Zamiast tego, zamierzał przekuć ją w broń.

    ogień?

    OdpowiedzUsuń
  18. Najpełniej czuć było jego obecność tuż po poranku, gdy ciepło świetlistej smugi, zraszające przestrzeń przez ramę okiennicy, osadzało się na skórze, rozgrzewając ożywione mięśnie i tkanki. Czerpał z tej aury, jak czerpie się ze źródła studni, z tą różnicą, że od zawsze jego środkiem do życia i przekazu pozostawało światło, nie woda. W podobnym tonie do łuny słońca po przestrzeni pokoju rozlewała się bowiem jego własna, duchowa energia. Jak obietnica łagodnego przejścia, tworzyła pomost pomiędzy nim, a zwykłymi ludźmi. Nigdy nie wchodził przy tym natarczywie w głowę rozmówcy. Istotą bycia peri były subtelność i nienamolne piękno. Za dnia skrupulatnie i konsekwentnie wślizgiwał się więc w neurony cudzych myśli, jakby chciał smagnąć myśli dotykiem ciepła i subtelnej perswazji, wniesionej w każdy jeden gest.
    Nie był alegorią dnia, nie był bogiem. Nie był nawet opowiadaniem, powtarzanym licznie w książkach i legendach, jak te o popularnych wampirach, aniołach, czy dżinach. W przeważającej większości czasu, dla oczu i doświadczeń śmiertelników pozostawał ledwie wyczuwalną o b e c n o ś c i ą —
    ciepłem w powietrzu, świetlistą łuną, widzianą kątem oka, czy zapachem jaśminu i naturalną częścią świata.
    Pierwiastkiem, dzięki któremu dzień wydawał się mniej pusty.
    Noc za to zawsze pozostawała jego wrogiem. Osłabiała aurę Ishaana i w następstwie towarzyszącej jej ciemności, zabierała część duchowej siły, zamkniętej w ludzkim, słabym ciele.
    Dzisiejszej nocy, błąkając się pod skromną i chłodną łuną księżyca – jego jedyną przyjaciółką – szukał miejsca dla własnej ucieczki. Świadomie odwracał się plecami do wspomnień minionych tygodni, zagłuszając w sobie dominujące w nim uczucia – w tym żewnie rozlaną w nim tęsknotę za ciałem i bliskością Faith. Pieczęć pamięci głęboko odbiła w nim obraz miękkich pocałunków, których z nią doświadczył, dzisiaj pozostawiając po sobie jedynie rozmyty tusz sentymentów.
    Jahanam (pers. do diabła z tym)
    Pomruk niezadowolenia Ishaana wzbił się w przestrzeni jak świeżo ściągnięty kurz, nieco tylko pyląc powietrze mrukliwą nutą, gdy wyrwał się do przodu. Słowo, skąpe ale treściwe, jasno wskazywało na próbę odrzucenia przez niego dręczących go myśli, gdy wychodząc po pracy ze sklepu zielarskiego w nagłym przyspieszeniu, przemierzał wąską alejkę.
    Kroki periego odbijały się pustym echem po twardym bruku. Grubym, głuchym dźwiękiem odcinały się od ciszy, niepodobnie do niego za dnia, uwidaczniając go w przestrzeni, gdy w kątach spojrzenia, przeciwnie do Ishaana, coś napłynęło. Coś miękkiego.
    Wciągnięte w noc głębiej nawet, niż pobladła smuga księżyca, zachodziło sprytnie i dyskretnie pod skórę świata. Słabło w krawędziach i skrywało się gdzieś w najbliższym otoczeniu.
    Ishaan zwolnił, na ułamek sekund odnosząc wrażenie, jakby przy tym wszystkim jego własny cień odłączył się od stóp w rozlaniu ciemni, a kontury kamienic, dotąd ostre, zaczęły rozciągać się i ulatniać. Trochę jak mgła, a może nawet gęściej, jak widmo.
    Przeszedł parę jeszcze kroków, przymknął na moment oczy i otworzył je ponownie o ton czujniejszy, niż moment temu. Dopiero wtedy zobaczył. Nocna zmora, jak mu się wydawało, stała nieopodal, ze swą charakterystyczną aurą – jej włosy poruszały się wraz ze zwiewnością wieczornego wiatru, a sylwetka zbliżała się nieubłagalnie wraz z każdym kolejnym krokiem Ishaana w jej kierunku, krzyżując ich drogi ze sobą.
    — Zawsze o Was słyszałem. Nigdy jednak nie miałem okazji spotkać mojej liminalnej "przeciwniczki".
    Głos przeciął powietrze, dźwiękiem i neutralną nutą wypełniając pozostały dystans między nimi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, że tak bez zapowiedzi. Po prostu naszła mnie wizja ich spotkania, jako że "gatunkowo" są swoimi niemal przeciwieństwami. Do tego przeczytałam Twoją Kartę Postaci i parę wątków i nie mogę przejść obok Twojego stylu obojętnie. Pięknie piszesz i budujesz nastrój w wątkach. Dlatego nie mogłam się powstrzymać przed zaczęciem. Z góry przepraszam za umiejscowienie postaci w wątku - nie chciałam zostawiać rozpoczęcia bez żadnej interakcji. A gdybyś jednak nie miała chęci na grę, to śmiało pisz, nie obrażę się.

      Ishaan

      Usuń
  19. Zapach kwaśnego potu splatał się w powietrzu ze słodyczą kadzideł i eliksirów, których tajemne zastosowanie odbijało się w oczach wiedźm. Podziemia drżały od targowych krzyków, od muzyki i dopingów niosących się z oddalonej areny i pijackich zawodzeń dobiegających z obskurnego baru.
    Piwo smakowało tutaj inaczej — jakby prawdziwiej, pozbawione otoczki surowej pół-realności życia. Kleiste stoły i szemrane gry w kości nikogo nie dziwiły, jakby brud i niechlujność były urokiem tego miejsca.
    Uśmiech pełen niczego rozlewał się w zwolnionym tempie na twarzy kobiety okrytej przytłumionym cieniem latarni. Czarne, ledwo widoczne, starte oczka ponownie ukazały liczbę sprzyjającą jej rychłej wygranej, a tym razem stawka została podniesiona ku upokorzeniu.
    Kanciaste zagrywki starego orka zostały przez Faith przejrzane już tydzień temu. Przez pierwsze dni pozwoliła sobie jedynie na obserwację, zanim sama zasiadła do stołu. Dziwnym, zbyt częstym trafem wielkimi kłykciami opinającymi kość “szorował” swoje wystające zębiska. Na szczęście — powiadał. W prawdzie ustawiał ściankę z metalowym obciążeniem, tak aby zawsze wypadała liczba, której potrzebował.
    Przegrała — nie raz i nie dwa, przy okazji zbesztana od naiwnych dziewuch. Uciszenie czujności złodzieja było kluczowe w całym przedsięwzięciu, co też uczyniła godząc się ze stratą paru wartościowych przedmiotów. Z udawaną naiwnością dziewuchy, co z głupkowatym uśmiechem namawia kanciarza na “wszystko albo nic” nie ma co wielce dyskutować, tylko brać się za sztuczki. Tylko tym razem to on miał zostać okantowany. Faith z przyjemnością nakładała woal iluzji na kości orka, a on spoglądał z przerażeniem na kapryśne oczka grające według jej zasad.
    — Nie martw się, pewnie jeszcze się odkujesz, w końcu jesteś mistrzem Podziemia! — pożegnanie godne naiwnej dziewuchy wraz z cnotliwym uśmiechem dodało kwintesencji rzekomemu fartowi. Wypchała wszystkie kieszenie pamiątkami, artefaktami, czy pierścieniami wyglądającymi bardziej jak upominki, aniżeli kosztowności, bowiem w tej grze nie o złoto jej chodziło, a o zwycięstwo. Zwycięstwo nad bezwzględnym kanciarzem okradającym słabszych, poszukujących odrobiny szczęścia.
    — Chodźmy stąd, zanim ktoś przejrzy mój mały trick. Wydaje mi się, że wzięłam wszystkie pierścienie, które tam leżały. Pamiętasz jak on wyglądał? — szepnęła do Asty, towarzyszki “zabawy” powoli — nie wzbudzając podejrzeń — oddalając się od wściekło buchającego orka.

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  20. [Omg, dziękuję za przemiłe słowa, nie spodziewałam się T_T.
    Ale przychodzę nie tylko podziękować, a i przystać na zaproszenie, bo nie ukrywam, że opcja wspólnego babrania się w tych niezbyt oczywistych i lepkich niciach porozumienia, bardzo nas skusiła. Tym bardziej, że Asta fabularnie przyciąga tak mocno...!
    Może skontaktujemy się mailowo i ustalimy sobie tam wszystkie szczegóły?]

    siwoo

    OdpowiedzUsuń
  21. [ a i niech mu sprząta, on działa ludziom na nerwy to i czasem można odbić piłeczkę, żeby nie miał za lekko :| dziękuję oczywiście również za miłe słowa, mam nadzieję, że moje krzywe pisanie poradzi sobie jakoś z fantastyką i myślę, że faktycznie fajnie byłoby coś wykombinować potencjalnie dla naszej dwójki, więc zapraszam, jeśli masz ochotę, na maila<3 ]

    Hanbin

    OdpowiedzUsuń
  22. [Hej!
    Dziękuję za przywitanie i miłe słowa. <3 Anasti jest dość specyficzny, ale w swój sposób uroczy i kochany, zyskuje przy bliższym spotkaniu, haha :D
    Co do wąteczku, oczywiście, że nie odmówimy. Zamarzyło mi się nawet, o ile istniałaby taka opcja, że Anasti mógłby jakoś Astę złapać, gdy ta by się jakoś z tymi jego koszmarami pojawiła? Kombinuję z tym motywem snu, mar i strachu, bo to byłoby super, no i mega niekomfortowe dla mojego lisza :>
    Kombinujmy!]

    Anastasius von Weiss

    OdpowiedzUsuń
  23. [Hej, dzień dobry!

    Jeny, nie wiem, jak Ci się to udało, ale od kiedy zaczęłam sprawdzać tutaj Bloggera, to ten nagłówek: "Żebyś nie spał, żebyś się bał." - został ze mną do tej pory. Astę przeczytałam praktycznie bez tchu, bez wątpliwości z kim tak naprawdę mam tutaj do czynienia. Te krótkie akapity przedziurawiają na wylot. Bardzo doceniam to, jak bardzo było to przemyślane... Mroczne nie w ten typowo straszący sposób, ale taki, jaki za tobą cały czas chodzi, nawiedza i właśnie - budzi lub patrzy pod powieki na sny. Klementyna najczęściej śni o swojej przeszłości, ma to być jeden z moich ulubionych elementów na jakieś przeplatanie skromnych retrospekcji, a mam wieki opowieści od czasów średniowiecza. Dla Asty mogłaby to być już prawdziwa, wielotomowa powieść :D

    Zostańcie tutaj w Azylu jak najdłużej z bezgraniczną weną i poznawajcie!

    Dziękuję również za miłe powitanie <3 Lupin na pewno zdążył już kilka razy szturchnąć Astę mokrym nosem, kiedy szkicowała ulice gdzieś na rogu.]

    Klementyna

    OdpowiedzUsuń
  24. Niektóre wspomnienia powinny być martwe, powinny zostać pogrzebane głęboko w odmętach umysłu, aby nie miały szansy zatruć ciężko budowanej rzeczywistości. Anastasius von Weiss miał wiele wspomnień, które mniej lub bardziej katowały jego mózg. Tych, które były dobre i przyjemne, trzymał się mocno, wierząc, że tylko one się liczą. Pamiętał więc narodziny młodszego brata, swoje pierwsze egzaminy czy pacjenta, którego wyleczył z choroby. Potem tylko śmierć, zniszczenie i podejmowanie decyzji za decyzją – wtedy nawet nie wiedział, czy wybór jakiejś opcji nie skończy się tragicznie. Ale takie było życie i Anastasius nie zamierzał się poddawać ani ukrywać. Nie był tchórzem.
    Ostatnie tygodnie były cholernie męczące. Prawie w ogóle nie spał, a jeśli już udawało mu się zasypiać, wracał do koszmarów. I wojna światowa, potem II wojna – praca ze zwłokami w obozie, selekcje, potem życie pod innym imieniem i nazwiskiem, powrót do domu, którego już nie było. Koszmar wydawał się nigdy nie kończył, zaczynał się nagle i ciągnął się w nieskończoność z wyraźnym zadowoleniem jakiejś istoty. Tak, Anastasius wyczuł czyjąś obecność, choć udało mu się to dopiero za którymś razem – energia tak delikatna, tak… lepiąca, zupełnie jakby ktoś tkał nić w sieci jego neuronów, łapiąc najgorsze możliwe koszmary.
    Tej nocy wszystko miało być inaczej. Anastasius wiele czytał o świadomym śnieniu, a że był pojętny i nauka przychodziła mu dość łatwo, stwierdził, że dowiedział się już dość, aby móc przejść do czynów. Tego typu sen wiązał się przede wszystkim ze świadomością; z tym, że osoba śniąca zdawała sobie sprawę, że jest we śnie i że może kontrolować wszystko wokół: postacie czy otoczenie. Najczęściej tego typu stan bywał wykorzystywany po to, aby spełnić swoje marzenia, żeby doświadczyć czegoś niezwykłego, ale Anastasius wcale nie chciał sięgać po swoje pragnienia – cel był inny.
    Usiadł na łóżku i przez moment garbił się brzydko, zaczesując swoje długie włosy w tył. Powinien je w końcu ściąć, ale do tej pory nigdy się za to nie zabrał. Może nie chciał, a może traktował je jak coś swojego. Nie wiedział.
    Uśmiechnął się lekko i skinął głową w stronę Oggy’ego, który przyniósł mu filiżankę herbaty ziołowej. Szkielet zasyczał cicho, przyglądając się jego sylwetce. Nawet Oggy czuł, że coś jest nie tak i zachowywał się nieswojo. Był markotniejszy i miał mniej energii niż zazwyczaj, co było dziwne, bo kościotrup zawsze łatwo się ekscytował.
    Objął dłońmi filiżankę, potarł palcami jej krawędzie, a potem upił łyk, rozkoszując się słodkim, ziołowym smakiem. Oddał naczynie Oggy’emu i ściągnął z siebie czarny szlafrok, zostając w samych luźnych spodniach od piżamy. Wziął głębszy oddech, pozwalając, aby tlen rozszedł się po jego ciele, zahaczył o płuca i dotarł do każdej z komórek.
    Oggy przyglądał się ciekawsko, obserwując, jak Anastasius się kładzie. Kościotrup podszedł bliżej, okrył mężczyznę kołdrą i zatrzeszczał niepokojąco kośćmi, gdy Anastasius pogrążał się w śnie.
    Pierwsze, co poczuł, to zapach rozkładających się ciał. Widział swoich kompanów w okopach, wokół było ciemno, nad ziemią unosiła się mgła, słychać było strzały i krzyki, wybuchy zawładnęły ciszą, gwałcąc spokój, który jeszcze kilka godzin temu zagościł wśród żołnierzy.
    Zaciągnął się słodką wonią, oglądając się za siebie. W śnie ubrany był w swoje eleganckie ubrania – wypastowane, ciemne buty, czarne spodnie w kant, koszula z czerwoną apaszką pod szyją, szelki, kamizelka i dłuższa marynarka z poręcznymi kieszeniami. Anastasius ruszył przed siebie, próbując wychwycić energię, którą czuł ostatnio – i wiedział, że nie będzie to tak proste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny wybuch niemal uderzył mu w twarz, powodując pisk w uszach. Z irytacją machnął ręką, a sen zmienił swój kształt. Tym razem widok sprawił, że w jego oczach pojawiło się coś mrocznego, zimnego. Prosektorium, a wokół wiele nagich, martwych ciał, niektóre z otwartą klatką piersiową, inne pozbawione oczu, nosa czy kończyn – nieudane eksperymenty i badania. Anastasius dotknął zakrwawionego stołu, a potem kucnął, aby spojrzeć po trupach.
      Podniósł się, wyciągając rękę, a jego palce poczerniały nagle, gdy z jego ust padła krótka, ostra komenda:
      — Powstańcie.
      Ciała, tchnięte mroczną energią, zaczęły się wyginać, wić, aż w końcu wyprostowały się, gotowe, aby służyć. Anastasius zamruczał cicho pod nosem, rozglądając się wokół – to musiało zachęcić intruza do przybycia, a gdy poczuł impuls, a sen wyraźnie został nadszarpnięty, wykonał ruch jako pierwszy i chwilę później trzymał drobną kobietę za szyję, ściskając palce tak, że czuł jej puls.
      — Kogo my tu mamy? — Przechylił delikatnie głowę. Ciała za Anastasiusem stanęły za jego plecami, szczerząc się; niektóre z żółtymi zębami, inne bezzębne, śliniące się. Każdy trup przyglądał się dziewczynie pustymi oczami, czekając aż padnie komenda: zabij.
      Anastasius pamiętał, oczywiście, że to sen, że tutaj nic nie było prawdziwe, ale dobrze było poczuć choć część swoich dawnych mocy.
      — Spotkaliśmy się już — powiedział wolno, ostrożnie, oglądając jej twarz, jakby była kolejnym obiektem, który musiał zbadać. — I w jakiś sposób znalazłaś się teraz tutaj, w moim śnie, i zapewne w kilkunastu poprzednich, mącąc i panosząc się, jakbyś zajmowała teren, który nigdy do ciebie nie należał.
      Zabrał gwałtownie rękę i odsunął się o krok, aby się zdystansować. To było… ciekawe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie spotkał się z taką osobliwością jak ona. Piękno i brzydota – bo było w niej coś nieprawdopodobnie ślicznego, ale pod tą idealną maską krył się powód utraty zmysłów. Anastasius złożył ręce za swoimi plecami, obserwując.

      Anastasius von Weiss

      Usuń
  25. [W tej karcie ujawnił się niesamowity warsztat pisarski. Chyba pierwszy raz spotkałam się na blogu z rytmizowaną prozą, wspaniale się to czytało — jak upiorną kołysankę dziecka, które ma ochotę zamordować. Ja się Asty trochę po tym wszystkim boję. XDD
    Życzę dużo dobrej zabawy i wielu pięknych snów!]

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  26. To zawsze wracało… Choć nie każdej nocy, nie tuż po zamknięciu oczu, gdy pozwalał sobie na to, by poddać się w końcu słodkiej wizji wytchnienia w objęciach kolejnej sennej wędrówki. Przychodziło nagle, bez ostrzeżenia, zwłaszcza wtedy, gdy spodziewał się tego najmniej. Gdy tak dobrze szło mu przekonywanie samego siebie, że zdołał… o tym zapomnieć. Postawić krok ku odzyskaniu drobinek spokoju, nawet jeśli te okazywały się później jedynie pozornymi wrażeniami; ochłapami dawnej stałości, której łaknął tak bardzo, że czasem było to wręcz bolesne.
    Nie potrafił tego wyjaśnić, ale od kiedy znalazł się w azylu, niewygodne wspomnienia atakowały jego umysł ze zdwojoną siłą, znacznie częściej niż dotychczas. Wdzierały mu się do świadomości, ilekroć tylko pozostawiał ją bez należytej ochrony. Bez trudu odnajdywały dla siebie uchylone drzwi, wpełzając przez niewielką lukę, mimo braku wyraźnego zaproszenia.
    Teraz znów tkwił w koszmarze. Wiedział o tym od pierwszej sekundy.
    Las był zbyt ciemny, by być prawdziwym. Drzewa rosły tak ciasno, że ich pnie zdawały się stapiać w jedną, nieprzeniknioną ścianę, ale mimo to Siwoo szedł naprzód, czując pod stopami miękką, wilgotną ziemię. Powietrze było ciężkie, pachniało żywicą i czymś metalicznym. Czymś niepokojąco znajomym, choć nie potrafiłby teraz tego dobrze nazwać. Z każdym kolejnym krokiem obrazy migotały mu przed oczami. Dłoń mokra od krwi, echo śmiechu urwanego w połowie, błysk światła odbijający się w mokrych liściach. Nie wiedział jednak, czy były to już same wspomnienia, czy tylko sny udające przeszłość. Nie do tej jednej chwili, gdy wszelkie wątpliwości odpłynęły gwałtownie w nicość, wraz z pojawieniem się osoby, która nawiedzała go w nocnych iluzjach od tak wielu dekad. Zatrzymał się, gdy zobaczył go między drzewami. Stał tyłem, z lekko opuszczonymi ramionami, dokładnie tak jak tamtego dnia. Junseo. Przechylał głowę w ten sam sposób jak wtedy, gdy chciał coś powiedzieć, ale jeszcze się wahał. Sylwetka zbyt dobrze znana, by mogła należeć do kogoś innego.
    Siwoo otworzył usta, ale głos ugrzązł mu żałośnie w gardle. Ułuda czegoś (kogoś), niegdyś tak drogiego jego sercu, odwróciła się powoli. I nie wiedział już, co zaskoczyło go teraz bardziej. Fakt, że przyjaciel wyglądał dokładnie tak, jak przed wieloma laty, gdy widział go po raz ostatni, czy to, że jego twarz była teraz tak spokojna… niemal obojętna. Jakby śmierć była tylko kolejnym szczegółem, o którym zapomniano wspomnieć w tej krótkiej historii.
    Zostawiłeś mnie — szepnął. Słowa mary rozbrzmiały od razu w głowie Siwoo. Ciężkie. Lepkie jak pajęczyna, która osadziła mu się na twarzy, gdy tego ranka znów błądził po wilgotnym lesie, otaczającym azyl. Chciał odpowiedzieć, ale chyba nie potrafił. A może tak, ale wmówił samemu sobie, że milczenie było jedynym rozwiązaniem, którego powinien się teraz trzymać? Zupełnie tak jak wtedy. Jak w dniu, w którym podjął ryzyko, odbierające mu potem wszystko, co posiadał.
    Trwał więc w ciszy, w bezruchu.
    Przez ułamek sekundy Han poczuł coś, co smakowało jak tęsknota, aż… wszystko znów pękło.
    — Nie masz prawa tu być — warknął.
    Gniew wybuchł w nim z niespotykaną gwałtownością. Zbyt dużą, by dało się go jeszcze powstrzymać. Senny majak lasu odpowiedział mu tym samym; liście poderwały się w powietrze, a drzewa wiły się nienaturalnie, jak gdyby próbowały uciec przed własnymi korzeniami. Junseo nie znikał. Patrzył przed siebie, wprost w oczy Siwoo, a w jego spojrzeniu nie kryło się nic ze strachu. Było tam tylko rozczarowanie. I właśnie to przelało czarę. Demon ruszył naprzód, ale w tym samym momencie, obraz dawnego przyjaciela rozmył się w ciemności, zupełnie tak jakby go tam nigdy nie było. A Siwoo odwrócił się gwałtownie i…
    I właśnie wtedy znów ją zobaczył.
    Choć może już sam fakt jej obecności dotarł do jego umysłu pół sekundy wcześniej? Stała z boku, spokojnie, poza chaosem, nietknięta i niewzruszona. Jak zawsze. Jak każdej z trzech poprzednich nocy, odkąd pojawiła się tu nieproszona po raz pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siwoo nie był pewny, czy była prawdziwa, czy stanowiła jedynie nieznośny wytwór jego wyobraźni, ale wzbudzała w nim tyle samo złości co niezdrowego zainteresowania. Nie wiedział także, ile razy ujrzał już jej twarz, a ile razy poczuł jedynie wyraźnie, że kryła się gdzieś obok, niedostrzegalna, ale czujna.
      Stracił kilka sekund, nim zdecydował się na to, przed czym się do tej pory wzbraniał.
      — Nie znam cię. — Krótkie stwierdzenie, pozbawione emocji. Tylko tyle wystarczyło, by przypomniał sobie, że mimo wszystkiego, czego właśnie doświadczał, wciąż miał tu kontrolę. Wciąż trzymał ją we własnych dłoniach, niezależnie od tego, co by mu teraz gorączkowo wmawiano. Wierzył w to. Łapał się tego jak ostatniej deski ratunku. Nie pozostało mu przecież nic innego.
      — Przestań — dodał po chwili, gubiąc się na moment w tym, czego właściwie teraz od niej żądał. Czy chodziło mu o to, by przerwała to niepokojące milczenie? By wyjaśniła, co wabiło ją właśnie do tego koszmarnego miejsca, w którym tkwili; do absolutnie najgorszej z możliwych wizji, bo pozbawionej wszystkiego, co dobre? A może pragnął jedynie dopilnować tego, by w końcu zniknęła? By wróciła tam, skąd przyszła, nie łamiąc więcej jego cennej prywatności? — To nie jest twoje. Nic tu nie jest twoje.

      [...mam nadzieję, że początek jako tako spełnia oczekiwania. :x]

      S.

      Usuń
  27. Drobne ramiona, miękkie usta, lekki krok, dyskrecja - były jej wizytówką i mówiły więcej o niej i samej aptece, niż czyste półki, lub szyld nad drzwiami. A teraz, nawet tak słaba, zmęczona i cierpiąca dzierżyła niewidzialną siłę magnetyczną, acz subtelną, nieodpartą i wiodącą ku zgubie. W mrocznej ciszy apteki, jej półdemoniczne korzenie drżały pod dotykiem obecności tajemniczej klientki. Noor, z jej jasnymi oczami jak bezkresne tafle traw i skórą, która zdawała się łączyć światło i cień, spojrzała na Astę z wyczuciem, jakby próbując odczytać nie tylko słowa, ale i emocje, które się za nimi kryły.
    - Wiem, czego szukasz - wyszeptała Noor, jej głos był miękki, ale pełen siły, jakby sama noc śpiewała w jej krtani zduszonej bezsennością. - To nie jest zwykły środek na sen. To jest coś, co może cię uśpić tak głęboko, że zapomnisz o wszystkim - ostrzegła, choć widząc to, co obca sobą przedstawiała, nie obawiała się, że jej zaszkodzi. Nie przeszło jej nawet przez myśl, że to co zaraz zaproponuje, zadziała wciągając w sen zbyt głęboko i nie pozwoli się obudzić.
    Stała jeszcze nieruchomo, sekundę, dwie, kolejną, wędrując spojrzeniem po półprzezroczystej sylwetce, po nagich ramionach, kruczych pasmach i temu, co wokół. Powietrze się zmieniało, opadało, jakby nie miało sił nawet drżeć... A ją znów rozbolała mocniej skroń.
    Bez słowa obróciła się i skierowała głebiej między półki. To co nieoczywiste i zaciera granice, było pozornie na wierzchu i wiedziała, gdzie sięgnąć, by szczupłe palce objęły odpowiednią butelkę. Nie chciała zdradzać swoich tajemnic i nie miała zamiaru niczego odkrywać. Wąskie długie szkło z połyskującą fioletową mieszanką ozdobione srebrną nakrętką błysnęło inaczej niż oko Noor. Spokojnie i bez ostrzeżenia. Napełniła nią niewielką szklaną fiolkę wysuniętą z szuflady niżej, a potem podała ją kobiecie.
    - To jest esencja snu. Pije się ją z odrobiną wiary, że nie wszystko musi się skończyć w mroku - wyjaśniła, trzymając otwartą dłoń przed dziewczyną, zupełnie jakby to nie był zwykły zakup, ale jakby dobijały targu. Czarnooka, nieznajoma, nierzeczywista i eteryczna. I Noor - ktoś, kto stoi na rozdrożu.
    Czekała cierpliwie na decyzję, czy tamta przyjmie na siebie ryzyko, czy zaufa aptekarce i plotkom, a jej oczy znów zatopiły się w głębi cienia. Wahała się tylko chwilę, czy ostrzec dziewczynę...
    - Pamiętaj, że sny są jak morze, mogą cię unieść, ale mogą też zatopić. Uważaj, żeby nie zaplątać się w ich głębiny - dodała. Postanowiła nie zostawiać tego tylko dla siebie, bo te puste oczy... za bardzo przypominały jej o czymś, co odganiała.
    Noor sama zastanawiała się, czy nie zażyć tego środka, choć jej ciało było ciałem z krwi i kości, z skórą i mięśniami i wyznaczonym terminem końca. Mogła tego nie przeżyć, gdyby jej ciało od razu poczuło się jakby zanurzyła się w lodowatej wodzie, aż straciłaby dech, a serce zamarło. W oczach zaczęłaby się pojawiać mgła, a świat wokół niej zacząłby się rozmazywać. Może bezpowrotnie. Zanim zdążyłaby się załamać, poczułaby, jak powoli opada w głęboki, spokojny sen, pełen cichych, ulotnych marzeń i oddechów, które nie miały już nic wspólnego z koszmarami. I mogłaby nie wstać. Była przecież śmiertelna i bardziej ludzka, niż większość mieszkańców azylu.


    Noor

    OdpowiedzUsuń
  28. Anastasius lubił mieć kontrolę nad tym, co się działo w jego życiu. Sądził, że to przez to, że wychował się w rodzinie, która nie tolerowała tego, co słabe, a więc i nieprzewidywalne, bo jeśli coś takie było, przebiło się przez uniesioną gardę. Tak było ze wszystkim. Został znakomitym lekarzem, nekromantą i osiągnął to, co udawało się niewielu – był liszem, nieumarłym, który teoretycznie zyskał nieśmiertelność.
    Teraz, będąc w swoim śnie, powoli odzyskiwał utraconą kontrolę. Znów widział wyraźnie, znów złapał to, co wymykało się jego dłoniom – poczuł niemal dreszcz przechodzący przez kręgosłup; ten impuls, który sprawiał, że jego serce w całym swoim rytmie gubiło jedno uderzenie.
    Wydał z siebie ciche „mmm”, a potem odezwał się wolno:
    — Tak, tylko że tym razem znajdujemy się w nieco innej sytuacji. Ty ukrywasz się w moich koszmarach, może nawet w jakiś sposób wywołujesz jeszcze gorsze, a ja próbuję cię znaleźć… i w końcu znalazłem.
    Obserwował jej reakcję; to, jak jej usta wykrzywiły się w słodkim uśmiechu, jak koszmar zniknął z delikatnych rys, zostawiając tylko to, co niewinne.
    Przyjrzał się jej oczom, które były czarne jak węgiel, czarne jak nocne niebo, które nie miało w sobie gwiazd. Anastasius pomyślał, że to kompletny obłęd – te oczy, cała ona, ubrana w marną, zakrwawioną sukienkę. Nie zachowywała się jednak jak ofiara, miała odważnie podniesioną głowę, jakby rzucała mu wyzwanie, jakby wcale nie została złapana, a zaproszona.
    — Zakłóciłaś? — mruknął pod nosem, zastanawiając się, czy grała teraz niewiniątko, czy może faktycznie nie zdawała sobie sprawy z tego, że przez ostatnie tygodnie niemal obsesyjnie myślał o tym, aby ją złapać, bo wiedział, że wędrowała po jego snach, że istniała i że jeśli w odpowiednim momencie wyciągnie rękę, to ją dosięgnie.
    — Czy możesz cokolwiek zakłócić podłemu starcowi, mała maro? — Rozejrzał się wokół, przesuwając wzrok po ożywionych trupach. — Nie, niczego nie zakłóciłaś, raczej wtargnęłaś tutaj bez zaproszenia, snułaś się po moich koszmarach… musisz wiedzieć, słodka maro, że bardziej od moich koszmarów nie lubię, gdy ktoś próbuje odebrać mi kontrolę. To całkiem zabawne. Powinienem być pogodzony z tym, że nie zawsze wszystko układa się według mojego planu, w końcu jestem lekarzem, wiem, że zdarzają się rzeczy, które nie obejmuje żaden plan, a mimo to… to ja mam ostatnie słowo.
    Przez jego ciemne, brązowe oczy przemknął mrok, toksyczna ambicja i duma godna von Weissów. Zaraz potem Anastasius wyprostował się, pochylił delikatnie głowę i wyciągnął dużą dłoń w stronę dziewczyny.
    — Pozwolisz, że zmienimy scenerię? — Gdy to powiedział, prosektorium zaczęło się rozmywać, a otoczenie zmieniło się w przytulny, drewniany pokój z kominkiem; było tutaj kilka regałów, rodowy obraz przedstawiający rodzinę von Weiss oraz stoliczek z świeżo zaparzoną kawą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Czego szukałaś w moich koszmarach? — spytał, nalewając kawy do pięknie zdobionych filiżanek z zestawu porcelany jego matki. — Chciałaś przyjrzeć się życiu starca czy może oczekiwałaś, że znajdziesz coś, co będziesz mogła przeciwko mnie wykorzystać?
      Uprzejmie podał dziewczynie filiżankę, uprzednio zostawiając na małym talerzyku dwie kostki cukru i maślane ciasteczko.
      — Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale to, co zaszło między nami wcześniej, nie było moim celem. Nie chciałem cię przyzwać jako… ducha, który będzie wycierać kurze i odkurzać dywany — wtrącił, zajmując skórzany fotel. Skrzyżował nogi, upił łyk kawy i wbił spojrzenie w jasną sylwetkę mary. Uśmiechnął się dżentelmeńsko. — Chętnie wynagrodzę ci tę potwarz, ale nie we śnie, bo tutaj ty i ja dzielimy kontrolę, a chciałbym porozmawiać z tobą bez potrzeby gonienia cię po koszmarach. Myślisz, że to możliwe? Nie chcę się narzucać, ale mimo wszystko nalegam, abyś pokazała mi się w realnym świecie.

      Anastasius von Weiss

      Usuń
  29. Malphas poczuł to szarpnięcie nie jako fizyczną siłę, ale jako wyrwanie fundamentów z samej struktury rzeczywistości. Przez ułamek sekundy świat wokół nich przestał być betonem i metalem, stając się wirującą masą popiołu i niedopowiedzianych krzyków. Gdy lecieli w dół, nie poczuł strachu przed upadkiem. Poczuł wolność, tę samą, która towarzyszy zapałce tuż przed zetknięciem z draską.
    Jego palce wciąż zaciskały się na jej nadgarstkach, gdy przestrzeń wokół nich rozdarła się, ukazując to, co Asta obiecała, czarne, wyjałowione połacie ludzkich win. Wylądował twardo, ale nie na chodniku Last Salvation. Pod stopami czuł coś lepkiego i gęstego, przypominającego spaloną ziemię, która oddychała w rytm cudzego, przerażonego serca. Rozejrzał się, a jego oczy, teraz całkowicie czarne i pozbawione jakiejkolwiek litości, zaczęły chłonąć ten nowy, potworny krajobraz.
    - Więc to tutaj ukrywają to, czego nie mają odwagi wyznać za dnia - mruknął, a jego głos odbił się echem od pustki, brzmiąc jak uderzenie młota o kowadło. Puścił jej dłonie, pozwalając, by chłód nocy i mgła całkowicie ich otoczyły. Stał wyprostowany, a aura gniewu, którą Asta tak umiejętnie podsycała, teraz rozlała się wokół niego, tworząc barierę przeciwko lękom, które próbowały wypełznąć z cieni. Nie zamierzał się budzić. Upadek był tylko początkiem.
    - Zdejmowanie powiek... - powtórzył z drapieżnym uśmiechem, patrząc na szarzejącą sylwetkę Asty, która zdawała się być jedynym stałym punktem w tym chaosie - To brzmi jak jedyna uczciwa rzecz, jaka przydarzyła się temu miastu od czasu jego powstania - zrobił krok naprzód, a pod jego stopą coś pękło, być może czyjeś wspomnienie, a może tylko iluzja bezpieczeństwa. Wskazał na majaczące w oddali, zniekształcone sylwetki domów, które tutaj, w tym "pomiędzy", wyglądały jak klatki ze szkła i kości.
    - Skoro nie jesteś przewodnikiem, to po prostu patrz, jak to robią profesjonaliści - rzucił przez ramię, ruszając w stronę pierwszego z domów - Chciałaś zobaczyć ogień, Maro? To chodź i przekonaj się, co się dzieje, gdy koszmar w końcu przestaje prosić o pozwolenie na wejście - zatrzymał się przed progiem, który zdawał się drżeć z przerażenia - Pierwsze drzwi, Asta. Czyje to winy tak mocno tu śmierdzą? Kto pierwszy dowie się dzisiaj, że noc właśnie przestała być jego schronieniem? - poczuł, jak pod jego dotykiem rzeczywistość snu ustępuje, stając się plastyczna i posłuszna. To nie było już Last Salvation, które znał z map i nudnych spacerów, to był kręgosłup miasta, obnażony i pulsujący surową prawdą. Powietrze smakowało tu metalicznie, ciężko, a każdy jego oddech zdawał się wysysać resztki spokoju z otaczającej ich przestrzeni.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  30. Damroka czuła to, zanim jeszcze nazwała myśl. Drżenie w splocie, ciche, satysfakcjonujące pęknięcie napięcia — jak gdyby ktoś wreszcie poluzował węzeł, który od dni wżynał się w jej wnętrzności. Stała w mroku obok Asty, nie dotykając, nie nachylając się, a jednak obecna aż do bólu. Lubiła ten moment najbardziej: sekundę, w której ofiara jeszcze nie wie, co właściwie czuje.
    Urzędnik poruszył się niespokojnie. Jego ramiona uniosły się, jakby spodziewał się uderzenia, a potem opadły bezradnie. Damroka smakowała ten gest — prosty, zwierzęcy. Utrata kontroli zawsze miała ten sam zapach: zimny pot, metaliczny strach, pustkę, która wsysała myśli, zanim te ułożyły się w słowa czy obrazy.
    Nie była tu po jego ciało. Nigdy nie była. Ciała były krótkotrwałe, kruche i namacalne. Chciała czegoś innego — żeby pamięć tego uczucia osiadła w nim, wgryzła się w płuca jak azbestowe drobiny. Żeby następnego dnia, stojąc w tych samych korytarzach, przy tych samych drzwiach, poczuł ukłucie bez wyraźnej przyczyny. Żeby zawahał się, zanim zrobi kolejny krok w dowolnym kierunku.
    Nigdy nie czuła się przez niego zagrożona, ale wiedział, kim była wcześniej — pozycja Ściągającej nie należała do tych, które kojarzono ze strachem, dlatego cieszyła się niemym immunitetem. Damroka nosiła w sobie wstyd, frustrację i rozgoryczenie, lecz nigdy lęk. Była jak głodujący kucharz, który kocha gotować. Choć po żerze często towarzyszył jej wstyd, nigdy nie kończyła go głodna.
    W korytarzu powietrze ciążyło, gęste i duszące, jakby ktoś wtłoczył do niego dym ze wszystkich kominów w okolicy. Na suficie zaczęła leniwie rozlewać się plama wilgoci, jakby piętro wyżej ktoś nie wyłączył w porę wody wlewającej się do wanny. Czuła, jak coś w duszy Urzędnika drga — dawno uśpiona nuta, wydobywająca się nieśmiało na zewnątrz, wystawiająca łeb niczym mały wąż ze skorupki jajka. Zdradziła go własna natura.
    — Woda — wyszeptała w kierunku Asty. Wiedziała, że mara zrozumie.
    Nie czekając, pozwoliła przezroczystej cieczy spłynąć po podłodze, a z plamy na suficie opaść pojedynczym kroplom.
    Nie wiedziała, kiedy powinna się zatrzymać, gdzie przebiega granica, ani jaką wyznaczyła jej Towarzyszka. Instynkt podpowiadał jej jednak, że już niedługo będzie musiała się wycofać. Ograniczenia Azylu bezwzględnie uniemożliwiły jej przejście na stronę, po której bardzo pragnęła się w tej chwili znaleźć.

    Damroka

    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  31. Malphas zatrzymał się w progu, pozwalając, by jego wzrok przyzwyczaił się do makabrycznego światła tej sypialni, która stała się rzeźnią. Zrobił krok w stronę leżącego Raskiela. Podeszwy jego ciężkich butów mlaskały na posadce, która w tym śnie nie była już kamieniem, a jedynie warstwą zakrzepłego żalu. Widok urzędnika, tak potężnego na jawie, a tutaj zredukowanego do drgającego mięsa, sprawił, że poczuł dziką, oczyszczającą satysfakcję.
    - Raskiel Interitus... - powtórzył to imię, a z jego ust wydobył się kłąb dymu - Więc to ty decydujesz, która część mnie jest "uznawana"? To ty przycinasz nam skrzydła i pazury, żebyśmy pasowali do twoich nudnych tabelek? - pochylił się nad nim, a runy na klatce piersiowej rozjarzyły się tak mocno, że niemal oświetliły twarz umierającego mężczyzny. Gdy Asta wspomniała o zabieraniu jej "pokojów", oczy kambiona pociemniały jeszcze bardziej. Nie była to już tylko zabawa. To była egzekucja na tym, kto ośmielił się naruszyć jedyną własność, jaką im zostawiono, ich własny mrok.
    - Zbyt piękne odmęty piekieł, by zostawić z nich coś więcej niż ruiny? - zaśmiał się, a był to dźwięk, od którego słoje z emocjami na półkach zaczęły pękać - Skoro tak bardzo kochasz ruiny, Raskielu, to zamieńmy ten twój uporządkowany światek w jedną z nich - wyciągnął dłoń i chwycił mężczyznę za gardło, nie po to, by go udusić, ale by stać się przewodnikiem dla wszystkich koszmarów, które Asta już tu przywołała. Poczuł pod palcami puls, słaby, przerażony, cudownie chaotyczny.
    - Patrz na nas- syknął prosto w świadome oczy Interitusa - Patrz na te wersje rzeczywistości, których nie udało ci się wymazać. Skoro zabrałeś Astcie jej sny, teraz my zamieszkamy w twoich. Na zawsze. Każda chwila, którą tu spędzisz, będzie trwała wiek, a każdy twój oddech będzie smakował jak siarka, którą sam wypluwasz - odwrócił głowę w stronę Asty, a jego twarz była teraz maską czystej, nieludzkiej furii zmieszanej z triumfem - Skoro zabrał ci pokoje, wybierz sobie jeden w jego umyśle. Najciemniejszy. Najgłębszy. Ja zajmę się fundamentami, żeby nigdy stąd nie wyszedł. Pokaż mu, Maro, co się dzieje, gdy ruiny zaczynają śnić o zemście - stał nad nimi, a żar bijący z jego run mieszał się z lodowatym wyziewem, który Asta wtłaczała w płuca urzędnika. Patrzył na to z drapieżną fascynacją, czując pod stopami, jak struktura tego snu staje się niestabilna, jakby cała sypialnia miała za chwilę zapaść się do środka, wessana przez czarną dziurę, którą stała się mara.
    - Pięknie - mruknął, a jego głos był niski, wibrujący od tłumionej mocy - Wymaż go tak, jak on wymazywał nas. Niech w jego aktach zostanie tylko puste miejsce po człowieku, który myślał, że może kontrolować ciemność - puścił gardło Raskiela, pozwalając, by ciało urzędnika bezwładnie uderzyło o posadzkę, całkowicie już opanowane przez Astę. Wyprostował się, a jego postać wydawała się teraz większa, potężniejsza, jakby karmił się nie tylko strachem ofiary, ale i samą obecnością mary. Nie czuł lęku przed tym, co robiła Asta. Czuł jedynie dziką jedność celu.
    - Zostawiam cię w tym pokoju, mała - rzucił, a w jego spojrzeniu błysnęła krwawa iskra - Baw się jego ruinami, dopóki nie zostanie z nich pył. Ja idę sprawdzić, jak bardzo zatrząsa się pozostałe wieże, gdy poczują, że jedna z nich właśnie runęła - odwrócił się na pięcie, a jego płaszcz smagnął powietrze niczym skrzydła ogromnego ptaka. Ruszył w stronę wyjścia z tego koszmaru, ale zanim zniknął w mglistym korytarzu, zatrzymał się na moment.
    - Pamiętaj, Asta... nie zjedz go całego od razu. Chcę, żeby jutro rano, gdy otworzy oczy na jawie, wciąż czuł twój chłód w swoich żyłach. Chcę widzieć jego ręce drżące przy podpisywaniu kolejnych wyroków. Niech wie, że od dzisiaj to my trzymamy pióro - wyszedł z sypialni, a każdy jego krok odbijał się echem w pustych korytarzach umysłu Interitusa, krusząc fundamenty jego spokoju. Malphas nie zamierzał przestać. Skoro Asta otworzyła bramy, on zamierzał przejść przez każdą z nich, niosąc ze sobą pożar, którego żadne runy Azylu nie zdołają ugasić.

    psychol ❤️

    OdpowiedzUsuń
  32. Malphas przyjął papierosa z powrotem, a jego palce na ułamek sekundy musnęły jej lodowatą dłoń. Kontrast był niemal bolesny, żar kambiona i martwota mary, ale w tym chłodnym zagajniku zdawał się jedynym dowodem na to, że wciąż są realni. Zaciągnął się mocno, a żar końcówki rozświetlił na moment jego ostre rysy i drapieżny błysk w oczach.
    - Ćwiczenie czyni mistrza, mała - mruknął, wypuszczając dym, który natychmiast zmieszał się z mgłą - Następnym razem pokażę ci, jak wiązać węzły, których nie da się przeciąć nawet krzykiem. Choć widzę, że twój pokój z "głodnymi zwierzętami" wykonał lwią część roboty – spojrzał w stronę domu Raskiela. Okna, które jeszcze przed chwilą wydawały się bezpieczną przystanią, teraz wyglądały jak puste oczodoły. Malphas czuł satysfakcję, słysząc o upadku urzędnika na jawie. To był pierwszy, widoczny wyłom w murze, który wydawał się nie do przebicia.
    - Naiwność to ich jedyny pancerz - kontynuował, opierając się o pień drzewa obok niej. Nie dbał o to, że jego obecność wypala korę - Wolą wierzyć w przemęczenie niż w to, że ich własne sumienie wreszcie wyhodowało zęby, ale to dobrze. Niech szukają winy w braku snu. Niech piją więcej kawy i łykają tabletki. To tylko sprawi, że kiedy w końcu dopadnie ich prawdziwy mrok, będą zbyt wycieńczeni, by chociaż mrugnąć - odwrócił głowę w jej stronę. Widział, jak sweter zsuwa się z jej ramienia, odsłaniając szarawą skórę, która w mroku wydawała się niemal przeźroczysta. Asta była jak rzeźba wykonana z dymu i popiołu, a jednak w tym momencie wydawała mu się bardziej żywa niż jakikolwiek mieszkaniec Azylu, którego spotkał za dnia.
    - Pod skórą każdego z nich żarzy się coś, co chce nas pożreć, Asta. My po prostu przestaliśmy udawać, że nie czujemy tego głodu - pstryknął niedopałkiem, który zakreślił czerwony łuk w ciemności i zgasł w wilgotnej trawie. Zrobił krok w jej stronę, naruszając tę resztkę dystansu, która ich dzieliła. Energia kambiona, gęsta i ciężka od tłumionego gniewu, owinęła się wokół nich niczym całun - Raskiel to dopiero początek. Skoro tak dobrze radzisz sobie z "pokojami", może czas zajrzeć do kogoś, kto buduje te klatki na większą skalę? Kogoś, kto myśli, że jego sny są zbyt dobrze chronione, by jakakolwiek mara mogła w nich zamieszkać? - uśmiechnął się, a jego dłoń zawisła tuż przy jej policzku, nie dotykając go, ale niosąc ze sobą obietnicę pożogi - Kto następny, mała obserwatorko? Kto w tym mieście ma najwięcej do stracenia, gdy prawda o jego "niewinności" wreszcie wyjdzie na żer? - stał przez chwilę w milczeniu, a żar bijący z jego ciała zdawał się niemal zniekształcać chłodne, nocne powietrze. Patrzył na Astę, na tę kruchą, a jednocześnie niszczycielską istotę, która przed chwilą z taką lekkością przeorała umysł jednego z najpotężniejszych ludzi w mieście. Nie było w nim lęku, jedynie magnetyczne przyciąganie dwóch sił, które w tym sterylnym Azylu nie miały prawa istnieć, a jednak odnalazły się w mroku. Zrobił krok naprzód, gwałtownie skracając dystans. Jego dłoń, wciąż gorąca i naznaczona cieniem, spoczęła na jej plecach, przyciągając ją zdecydowanym ruchem do siebie. Asta, niemal pozbawiona ciężaru, uderzyła o jego twardą klatkę piersiową, czując pod policzkiem palące runy i gwałtowne bicie serca, które nie należało do człowieka. Ujął jej podbródek, zmuszając, by spojrzała mu prosto w oczy, tam, gdzie czerń mieszała się z dogasającym ogniem. Nie było miejsca na słowa czy ostrzeżenia. Pochylił się i pocałował ją gwałtownie, jakby chciał wyrwać z niej resztki tej lodowatej pustki, którą nosiła w sobie, i zastąpić ją własnym, niszczycielskim żarem. Przez tę jedną chwilę świat wokół nich przestał drgać strachem urzędnika, a zaczął płonąć ich wspólnym, nienasyconym głodem.

    buzi buzi 💋

    OdpowiedzUsuń
  33. [hejka ;) ja tu się nieśmiało pytam, co tam z naszym wątkiem? ;)] H.

    OdpowiedzUsuń
  34. [Cześć! :) Od spędzaniu snu z powiek to chyba jest Asta, co? Wspaniała postać. Trochę straszna, trochę niepokojąca, wyjątkowo piękna. Nie wiem czy nasze panie mogłoby coś połączyć, ale w razie chęci na wątek, albo jakiegoś pomysłu, przyjmę Cię z otwartymi ramionami. ^^]

    Minerva Cove

    OdpowiedzUsuń
  35. [spoko - jak coś to wiesz gdzie jestem ;) a nuż się coś nowego urodzi ;>] H.

    OdpowiedzUsuń
  36. Noor patrzyła na postać pozornie ujarzmioną w kształcie. Dostrzegała rozpacz i rwącą potrzebę, nie potrafiła jednak wychwycić, czy chodzi tylko o sen. Wydawało się to zbyt płytkie jak na spojrzenie pełne smolistej czerni, głębsze niż mroczna noc, ciężkie. Ona, od lat borykająca się z koszmarami i bezsennością, potrafiła z tym walczyć i szukać rozwiązań, ale to... ten eliksir nie był lekiem na to, czego szukała dziewczyna i tego Noor była pewna.
    Na jej słowa aptekarka spojrzała z cichym zrozumieniem, jakby odczytując w głębi duszy, że to nie tylko pytanie o cenę, ale o granicę, którą można przekroczyć. W jej oczach błysnęła siarkowa iskra, która zaraz mogła zamienić się w cichy śmiech lub w głębokie zamyślenie. Zamiast tego, jeszcze dwie długie sekundy na zapleczu panowała cisza.
    - Układ? - powtórzyła spokojnie, unosząc brwi. - To nie jest kwestia ceny, a raczej tego, co jesteś gotowa ofiarować w zamian - pokręciła powoli głowa, jakby jeszcze dumała, czy to odpowiednie słowa. Układem nie nazwałaby sprzedaży, chyba że...
    Zamyślona dotknęła delikatnie szkła w jej palcach, jakby próbując uchwycić ulotną esencję snu, którą czarnowłosa trzymała w dłoni. I jakby próbowała wyczuć ciało tamtej, jej miękkość, ciepłotę, strukturę i dowiedzieć się, z kim ma do czynienia. Jej spojrzenie jasne i spokojne, nie wyrażało myśli, bo wzniesiony mur zbyt wysoki, by ktokolwiek ponad nim zajrzał.
    - Czym zapłacisz? - spytała krótko i rzeczowo. Noor nie lubiła tracić czasu, bo jeśli już traciła to tylko dla własnej korzyści i przyjemności. Nie miewała układów, z pojedynczymi wyjątkami, o których nikt nie mógł wiedzieć. Nim jednak odrzucała kolejne szanse, musiała poznać szczegóły tego co straci, lub może zyskać, budując się mocniej w tym miejscu.
    Przy tych słowach powietrze wokół nich zdawało się zgęstnieć, a cienie zatańczyły na ścianach, jakby słuchały ich rozmowy. Dwie wiszące nad regałami lampy nie kołysały się, a jednak żarówki odpowiadały na rytm tego, co panuje niżej. Noor spojrzała na dziewczynę z mieszaniną ciekawości i fascynacji, jak ktoś, kto widzi w niej coś więcej niż tylko pacjentkę, a raczej istotę, która próbuje złamać własne kajdany, nawet jeśli koszt jest nie do oszacowania.
    - Noc nie przebacza. Ona zbiera wszystko, co się jej odda. I choć może dać chwilową ulgę, to zawsze żąda więcej - ostrzegła jeszcze cichym szeptem, wyczuwając coś odległego i zimnego. Coś innego niż życie. - Ta esencja jest silniejsza, niż wygląda, ale jeśli jej zażyjesz, nie licz na powrót do tego, co było. Nie da się cofnąć czasu, a połączenie z tym, co cię łączyło z życiem, będzie wciąż słabsze - dodała, choć może odrobinę poniosła ją fantazja albo przeczucie... intuicja, której zwykle słuchała, ale którą rozumiała. Teraz nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co mówi i jakie może to mieć znaczenie. Słowa po prostu popłynęły.
    Cofnęła się z kręgu światła i oparła drobne ramię o regał za sobą. Była zmęczona i słabsza niż zwykle i choć nie pozwalał nikomu tego dostrzec, ani się do niej zbliżyć, to nie zmieniało faktów. Niedługo zacznie cierpieć.

    OdpowiedzUsuń
  37. Anastasius wierzył raczej w to, że wszystko miało swoje granice i że wszystko dało się określić, zbadać, niezależnie od natury tego zjawiska. Sądził też, że koszmar, nawet jeśli chowały się w jego zakamarkach inne istoty, należał do niego i nic nie mogło tego zmienić. Może myślenie to wynikało z tego, że był człowiekiem, który lubił mieć kontrolę i cenił sobie, gdy wszystko było takie, jak zaplanował. Koszmary jednak się zmieniały i przeciekały przez jego ręce, aby zdobyć niezależność. Powinien to w końcu zaakceptować.
    Z nocną marą spotkał się już wcześniej, ale nie w ten sposób. Wtedy, jak sądził, była duchem, którego przyzwał, aby pomóc sobie w domowych obowiązkach. Anastasius uwielbiał porządek, oprócz artystycznego chaosu w swoim gabinecie, choć nie przepadał za samym aktem sprzątania. Było w tym sporo sprzeczności, bo perfekcyjnie czyścił swoje narzędzia, dbał o dezynfekcję i kilka razy dziennie szorował ręce – nawet stary dureń jak on miał swoje dziwactwa.
    — Skrucha? — Jego usta lekko drgnęły, choć nie ułożyły się do końca w uśmiech, raczej w grymas. — Moje intencje nie były złożone. Potrzebowałem pomocy w domu, więc przywołałem ducha, który mógłby zająć się kilkoma rzeczami. Nie sądziłem, że później spotkam cię w moich koszmarach, maro, a jednak tutaj jesteś i być może żywisz do mnie żal. To by wyjaśniało, dlaczego mówisz o mojej skrusze.
    Anastasius patrzył w jej stronę, śledził każdy ruch i nie drgnął nawet, gdy znienacka podniosła się z fotela. Sądził, że to nieco dziwaczne, lepkie zachowanie jest częścią jej natury. Upił łyk kawy – była całkiem niezła, biorąc pod uwagę, że to sen. Potarł palcami krawędź filiżanki, wodząc oczami za drobną sylwetką mary.
    — Ktoś taki jak ja rozumie, że prawdziwe koszmary rodzą się w realnym świecie. Ludzie bywają potworami, nie potrzebują do tego snów ani fantazji, wystarczy trochę władzy — odpowiedział, podnosząc nieco głowę, aby spojrzeć dziewczynie w jej bladą twarz. Jej oczy były ciemne, głębokie, wydawało się, że pochłaniają wszelkie światło jak dwie ogromne, czarne dziury.
    Pozwolił, aby zajęła oparcie dużego fotela. Była trochę jak kot, który szukał sobie miejsca, jednocześnie nie chcąc być dotykanym. Anastasius tego nie skomentował. Po prostu pozwolił marze się porządzić, sądząc, że to będzie łatwiejsze, niż bezsensowne dbanie o przestrzeń osobistą, szczególnie że tym razem dziewczyna widziała dość, aby poznać jego pokręcony, szpetny umysł. Nie wstydził się jednak niczego, co zrobił, bo wszystkie jego decyzje prowadziły do czegoś, co ostatecznie pozwoliło mu zamieszkać w miasteczku. Miał tutaj spokojne życie, dom, pracę – i to mu wystarczało.
    — Więc tak to postrzegasz — podsumował, gdy wyznała, że zamknięcie oczu to zaproszenie. — Chyba inaczej rozumiemy zabawę, maro. Poza tym sądzę, że gdybyś zapytała, czy możesz skąpać się w moim koszmarze, łatwiej byłoby mi zaakceptować twoją obecność tutaj.
    Anastasius zerknął w jej stronę. Usłyszał, jak strzeliła palcami. Wydawało mu się, że stała się jeszcze mniejsze, bielsza. To było nieco osobliwe, zupełnie jakby mara mogła w każdej chwili zmienić postać i pokazać mu się w innej skórze, ciele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie wiem, czy lubię, ale cenię sobie moment powstania Oggy’ego — odpowiedział szczerze. Wykorzystał do tego szkielet własnego brata, tworząc byt, który był oparty o jego esencję. Oggy nie umiał mówić ani nie rozumiał skomplikowanych rzeczy, ale ostatecznie okazał się towarzyszem, którego potrzebował. Był jego jedyną rodziną.
      — A ty, maro? Masz swój ulubiony koszmar? — spytał. — Twój własny, a nie kogoś innego. Czy jesteś w stanie śnić w ten sposób? Czy może tak bardzo ciągnie cię do koszmarów, bo nie umiesz tworzyć strachów we własnej głowie?
      Był ciekawy. Do tej pory raczej jedynie czytał o tego typu istotach, teraz mógł zadać pytania, które wydawały się być może oczywiste, ale Anastasius nie czuł się głupio, wypowiadając je głośno. Nie był kimś, kto cofał się przed wiedzą, nawet jeśli musiał przyznać się do własnych braków. Wiem, że nic nie wiem – to było najlepsze, co mógł zrobić, obcując z istotami paranormalnymi.

      Anastasius von Weiss

      Usuń
  38. [Wow, to dopiero ciekawy pomysł na postać! Asta robi wrażenie, ma w sobie prawdziwy klimat koszmaru, ale jest w niej też coś pozytywnego... chyba, że to tylko złudzenie. :) Bardzo dziękuję za powitanie, ja także życzę Tobie świetnej zabawy! :)]

    Tove

    OdpowiedzUsuń
  39. Malphas trwał w bezruchu, a jego skóra w miejscu, gdzie przed chwilą spoczywały dłonie Asty, pulsowała teraz żywym ogniem. Ten dotyk nie przyniósł mu ulgi, był jak rzucenie pochodni na rozlewisko benzyny. Patrzył na nią, czując, jak jego własny mrok wyciąga niewidzialne macki w stronę jej eterycznej formy. Pocałunek pozostawił w jego ustach smak popiołu i elektryczności, połączenie, które dla kogoś o jego naturze było bardziej uzależniające niż krew. Kiedy Asta wspomniała o tym, by ofiary same wskazywały sobie drogę do zatracenia, na jego ustach pojawił się uśmiech drapieżnika, który docenił finezję pułapki.
    - Pionek po pionku - mruknął, a jego głos był teraz głębszy, przesycony wibracją, która zdawała się kruszyć nocne powietrze - Masz rację. Najsłodszą formą zemsty jest patrzeć, jak sami ryglowali te drzwi, które teraz stają się ich zgubą - podążył za nią, a każdy jego krok wypalał w trawie czarny ślad. Widok jej kościstej dłoni smagającej jego runy wywołał w nim dreszcz niszczycielskiej euforii. Gdy Asta spiła z palca jego ciepło, Malphas poczuł, jakby to on sam został naznaczony. Nie był już tylko Kambionem szukającym ucieczki, stał się wspólnikiem w zbrodni przeciwko porządkowi Azylu.
    - Ich poczucie bezpieczeństwa to tylko cienka warstwa lodu na środku oceanu - dodał, zrównując z nią krok w cieniu ogrodu Raskiela - My jesteśmy tym, co sprawia, że lód zaczyna pękać - zatrzymał się tuż za nią, pozwalając, by żar jego ciała niemal dotknął jej pleców, choć nie odważył się ponowić kontaktu. Chciał, by poczuła jego obecność jako nieuchronność. Jego oczy, teraz lśniące czystym, demonicznym bursztynem, wbiły się w mrok, którego Asta stała się częścią.
    - Skoro chcesz kolejnej ofiary, pozwól, że to ja będę twoim cieniem. Pokaż mi, który dom w tym mieście skrywa najwięcej kłamstw. Chcę zobaczyć, jak ich "niewinność" rozpada się pod twoim dotykiem, tak jak teraz rozpada się ten ogród - zanurzyli się głębiej w labirynt uśpionego Azylu, niosąc ze sobą obietnicę końca, której nikt w Last Salvation nie mógł już zignorować. Malphas nie pozwolił jej odejść zbyt daleko. Jednym płynnym ruchem, emanującym siłą, która zdawała się zaginać przestrzeń wokół nich, znów znalazł się przy niej. Jego dłoń, twarda i parząca, splotła się z jej chłodnymi palcami, zatrzymując ją w pół kroku. Nie było w tym geście prośby, tylko bezwzględna konieczność połączenia dwóch skrajności. Przyciągnął ją do siebie tak gwałtownie, że eteryczna forma Asty niemal rozmyła się na tle jego potężnej sylwetki. Znów uwięził ją w uścisku, który palił i koił jednocześnie. Kiedy jego usta odnalazły jej wargi, świat wokół nich na moment przestał istnieć. Pocałunek był zachłanny, podszyty desperacją tych, którzy wiedzą, że każda chwila bliskości jest kradziona z wyroku wydanego przez Azyl.
    - Chce się z tobą pieprzyć, tu i teraz - dodał, nie odrywając ust od pocałunku i przy okazji zachłannie błądząc dłońmi po jej ciele.

    Malphas

    OdpowiedzUsuń
  40. Malphas przyjął ból na policzku jak błogosławieństwo. Krew, która spłynęła po jego skórze, nie była dla niego znakiem słabości, lecz dowodem na to, że ta chwila jest prawdziwa, wyrwana siłą z jałowej egzystencji Azylu. Kiedy Asta odciągnęła jego twarz, patrząc mu w oczy z tym demonicznym uśmiechem, poczuł, jak runy na jego ciele odpowiadają na jej wyzwanie niszczycielską wibracją.
    - Polowanie... - powtórzył, a jego głos był niski i zachrypnięty, niemal zaginający się pod ciężarem pożądania i gniewu. - Nie szukam nasycenia, Maro. Szukam kogoś, kto wytrzyma mój ogień, nie zamieniając się w popiół po pierwszej sekundzie - gdy znaleźli się w sennym korytarzu pod ratuszem, Malphas poczuł, jak otaczająca ich ciemność próbuje go zdusić. Ściany ociekały lękiem, który dla niego był niemal namacalny. Gęsty, duszny zapach strachu kogoś, kto za dnia trzymał lejce władzy, a w nocy stawał się niewolnikiem własnych dewiacji. Brzęk łańcuchów odbijał się echem w jego własnej krwi, budząc instynkty, których Azyl tak bardzo się obawiał. Kiedy Asta przylgnęła do niego, wypowiadając słowa o braku kontroli i obcym dotyku, poczuł, jak bariera między nim a jego demonicznym dziedzictwem pęka. Objął ją mocno, wbijając palce w materiał jej sukienki, jakby chciał ją zakotwiczyć w tej zmieniającej się rzeczywistości.
    - Skoro śni o braku kontroli, dajmy mu go pod dostatkiem - wychrypiał prosto w jej usta, a jego oczy rozbłysły niebezpiecznym złocistym blaskiem. - Pokażmy mu, że więzy, o których marzył, mogą stać się jego wiecznością - pchnął ją lekko w stronę zimnej ściany celi, ale nie po to, by ją skrzywdzić, lecz by stać się dla niej jedynym oparciem w tym wirze obcych psychoz. Jego dłoń, wciąż gorąca od krwi, spoczęła na jej gardle, nie zaciskając się, a jedynie przypominając o jego dominującej obecności.
    - Czy to ten sen, Asta? Ten, w którym strach staje się najwyższą formą rozkoszy? - zapytał, a jego twarz znajdowała się zaledwie milimetry od jej twarzy - Prowadź mnie w głąb tej celi. Chcę poczuć, jak pęka dusza kogoś, kto myślał, że może uwięzić sny - dodał. Poczuł, jak chłód celi próbuje wpełznąć pod jego skórę, by zgasić buzujący w nim ogień, ale bliskość Asty działała jak katalizator. Każdy jej oddech, każdy drżący szept sprawiał, że runy na jego ramionach paliły coraz jaśniejszym, niemal błękitnym płomieniem, rzucając na wilgotne ściany nienaturalnie długie, tańczące cienie. Kiedy jej plecy dotknęły zimnego kamienia, a on uwięził ją między swoimi ramionami, poczuł, że to miejsce, ten wykwit czyjegoś chorego lęku, jest idealną sceną dla ich wspólnego przedstawienia. Śmierdziało tu starym żelazem i upokorzeniem, ale on przyniósł tu zapach siarki i wolności.
    - Czujesz, jak ten korytarz się kurczy? - wychrypiał, nachylając się tak blisko, że ich nosy niemal się zetknęły - On się nas boi, Asta. Właściciel tego snu właśnie uświadamia sobie, że do jego prywatnego sanktuarium weszło coś, czego nie da się spętać żadnym łańcuchem - ujął jej dłoń i przycisnął ją do swojej klatki piersiowej, tam gdzie serce biło rytmem niszczycielskiej machiny. Chciał, by poczuła, że on nie jest tu tylko obserwatorem. Był częścią tego pożaru, który ona wznieciła - Skoro marzył o obcym dotyku i ciemności, niech poczuje dotyk kogoś, kto nie ma litości dla kłamców - mruknął, a jego oczy rozjarzyły się tak mocno, że przez moment w celi zrobiło się widno jak w dzień - Pokaż mu, że w twoim królestwie to nie on trzyma klucze. Ja będę pilnował, żeby nie obudził się zbyt wcześnie. Chcę usłyszeć, jak pęka jego pewność siebie, zanim nadejdzie świt - znowu wpił się w jej usta, tym razem z brutalną szczerością, która nie szukała już potwierdzenia, a jedynie ogłaszała ich panowanie nad tym koszmarem. Wokół nich łańcuchy zaczęły dzwonić głośniej, jakby sama architektura snu próbowała protestować przeciwko ich obecności, ale dla Malphasa był to tylko podkład muzyczny do ich triumfu.
    - Dalej - szepnął prosto w jej rozchylone wargi - Rozszarp ten sen na kawałki. Niech rano nie wie, czy to, co czuł, było bólem, czy najwyższą karą za to, czym się stał.

    Ogień

    OdpowiedzUsuń
  41. Malphas poczuł, jak krew uderza mu do głowy, a runy na jego ramionach pieką tak mocno, jakby miały zaraz stopić skórę. Zapach piżma i nienawiści Calyx, przesączający się przez eteryczną formę Asty, podziałał na niego jak wyzwanie rzucone prosto w twarz. Znał tę kobietę, tę lodowatą perfekcję, która każdego ranka zaciskała pętlę na ich szyjach swoimi uprzejmymi przypomnieniami o porządku.
    - Więc to o tym śnisz, Calyx? - wychrypiał, a jego głos brzmiał jak osuwisko kamieni - O nocy, w której twoje białe rękawiczki zostaną splamione popiołem, a twój idealny porządek rozpadnie się pod dotykiem kogoś, kogo nie potrafisz kontrolować? - przesunął dłoń z jej gardła na policzek, ale jego dotyk nie był już ludzki. Był ciężki, parzący i nieubłagany. Wbił spojrzenie w oczy Asty, w których teraz odbijał się lęk urzędniczki, i uśmiechnął się drapieżnie. Czuł, jak senna architektura ratusza drży w posadach, reagując na jego gniew.
    - Chciałaś poczuć potwora, więc go masz - mruknął, pochylając się tak blisko, że ich oddechy stały się jednością - Nie będzie żadnych zasad. Nie będzie ucieczki przed cieniem, którego tak bardzo nienawidzisz. Poczuj, jak każda ściana, którą wokół siebie zbudowałaś, zaczyna płonąć - zacisnął dłoń na jej nadgarstkach, unieruchamiając ją na ścianie celi, choć wiedział, że trzyma Marę, która tylko pożyczyła postać Calyx. Ta gra była zbyt kusząca, by przestać. Chciał zniszczyć tę fasadę spokoju, którą urzędniczka nosiła na jawie.
    - Patrz na mnie - rozkazał, a złoto w jego oczach rozlało się na całe tęczówki - To jest twój brak kontroli. To jest cisza, której tak bardzo się bałaś. Teraz to ja jestem twoim prawem - wycisnął na jej wargach pocałunek, który smakował jak siarka i zniszczenie, pozwalając, by jego żar wniknął głęboko w tkankę tego koszmaru. Słyszał krzyk Calyx i czuł euforię Asty, ten dwoisty taniec strachu i potęgi sprawiał, że Azyl wydawał się teraz tylko kruchą zabawką w ich rękach.
    - Niech spada głęboko - szepnął prosto w jej usta - Niech rano obudzi się z poczuciem, że jej świat już nigdy nie będzie czysty - poczuł, jak splot ich energii i cudzego lęku osiąga punkt krytyczny. Przez moment naprawdę był tym mrocznym bogiem z najgorszych wizji urzędniczki, ale gdy krzyk Calyx zaczął cichnąć, zastąpiony przez duszne, lepkie echo, poczuł nagłe ukłucie przesytu. Tego typu gry, choć upajające, miały w sobie coś z duszenia się dymem, na dłuższą metę brakowało w nich czystego tlenu. Zwolnił uścisk na jej nadgarstkach. Nie odsunął się gwałtownie, ale żar bijący z jego skóry zaczął przygasać, wracając do poziomu kontrolowanego mroku. Spojrzał w ciemne oczy Asty, szukając w nich tej iskry, która należała tylko do niej, a nie do kobiety w białych rękawiczkach.
    - Dość - wychrypiał, a jego głos odzyskał swój naturalny, choć wciąż niski ton - Wystarczy tej zabawy na jedną noc. Jeśli wejdziemy głębiej, Calyx rano nie będzie w stanie nawet podpisać wyroku śmierci, a to byłaby spora strata dla lokalnej biurokracji - uśmiechnął się do niej krzywo, odgarniając kosmyk włosów z jej czoła. Mrok celi zaczął wokół nich pękać, odsłaniając powidoki rzeczywistości - Chodź, Maro. Wyjdźmy z jej głowy, zanim poczęstuje nas swoim śniadaniem. Potrzebuję czegoś realnego. Prawdziwego alkoholu, dymu i ludzi, którzy nie śnią o łańcuchach, tylko o tym, jak przetrwać do rana - przyciągnął ją do siebie ostatni raz, tym razem bez agresji, niemal opiekuńczo, pozwalając, by senna wizja ratusza zaczęła się rozwiewać - Idziemy do baru. Chcę zobaczyć cię w świetle lamp, a nie w tym pyle cudzych nienawiści. Masz jeszcze siłę na coś mocniejszego niż ludzki strach? - wyciągnął dłoń w jej stronę, nie po to, by ją więzić, ale by wyprowadzić ich oboje z tego dusznego zakamarka cudzej podświadomości.

    Malphas

    OdpowiedzUsuń
  42. Ciemność oplotła ją gęściej, niż mógłby z początku przypuszczać, wciąż jednak równoważąc wewnętrzne promienie emanujące od periego. Światło nie rozpraszało jej mroku, raczej wnikało w nie wąskimi, niemal dyskretnie wlanymi w przestrzeń strugami, jakby stanowiło ledwie krótki refleks odbicia dla ciemnych sił mary. Tam, gdzie cień próbował go pochłonąć, pulsowała pod skórą żywa energia luminacyjnego ducha. Drobiny światła – subtelnie, ale uparcie – pozostawiały jego obecność między nimi niezachwianą, jedynie przydymioną zasłoną obcego cienia.
    W jej towarzystwie nie był jasnością dnia, ale próbował być chociaż iskrą, która nie dałaby się dobrowolnie zapaść w bezdenną czerń. Trwała więc między nimi cicha konkurencja. Czy chcieli tego, czy nie, stali przecież na dwóch różnych biegunach swej natury, naprzemiennie skopując z fundamentów życia kontury świata (co robiła ona) i wpiętrzając je na piedestał (co robił on). Trochę tak, jakby w nieustannym sporze o to, czy rzeczy powinny istnieć kruche i przemijające, rozmyte w czerni, czy ocalone przed ciemnością, nabierające kształtu i koloru.
    — Przeciwniczki — powtórzył cierpliwie Ishaan, pozwalając, by sztycht jego spojrzenia zapadł się w jej czarnych źrenicach i niemal równie ciemnej obręczy tęczówki. — Z premedytacją, czy nie, zabierasz mi światło, więc ten blask, który dostrzegasz... powiedzmy, że to coś, co sam sobie przy Tobie „wywalczyłem”.
    Trudno było mu wyjaśnić naturę własnego jestestwa, czuł jednak wewnętrznie, jak sama jej obecność zmuszała go do dodatkowego wysiłku. Sprawiała, że jego ciałem żądziła już nie tylko chęć, ale również konieczność podtrzymania wspomnianego blasku. Mimo tego pozostał obok niej, zbyt mocno zainteresowany dzielącymi ich różnicami. Zafascynowany tym, jak ich siły przeplatały się i chłonęły się wzajemnie.
    Zwrócony w jej kierunku, ostatecznie zasygnalizował chęć trwania w tym spotkaniu oparciem się o mur pobliskiego budynku. Pozwolił tym samym, by ramię dotknęło chłodnego muru, zostawiając na skórze mrowiący dreszcz. Twarz, zwrócona w jej kierunku pozostała spokojna, przecięta ledwie półgębkiem uśmiechu, w odpowiedzi na ten jej gest, znacznie słodszy i pełniejszy.
    — Mówi Ci coś słowo „peri”? W przeważającej większości czasu dla śmiertelników pozostaje ciepłą łuną, światłem w kącie spojrzenia, albo zapachem jaśminu. Mam w sobie coś z dżina, i coś co zupełnie go nie przypomina. Mam bardziej uporządkowaną od nich energię. Chyba to właśnie sprawia, że jestem dla Ciebie równoważnią, ale nie do końca rywalem, jak sama zauważyłaś.
    Chodź pas jego wypowiedzi wydłuża się nieco bardziej, niż planował z początku, głos Ishaana nie męczy się w tym tłumaczeniu wcale. Nie słychać w nim znużenia, ani pretensji. Ani nawet chęci dominacji. Ton jego głosu osadza się ze spokojem i łagodnością w rozmowie. Utrzymuje dla siebie pewną przestrzeń i pewne miejsce gdzieś na uboczu od początku, gdy się spotkali.
    Pozostaje niezmiennie obecnością w pobliżu jej ciała, w pobliżu jej ucha. Być może również w pobliżu serca, rozkruszając pierwszy dystans.
    — Chociaż sam nie wiem do końca, jak to może być z tymi sennymi strachami. W końcu nie zawsze panujemy nad strachem, a już na pewno nie nad snem. Planujesz uśpić moją czujność? A może uśpić mnie? Masz w ogóle taką moc? — Pytania nasuwały się same wraz z piętrzącą się rozmową. Ishaan tymczasem oparł się już całkowicie na murze budynku, dotykając łopatkami chłodu cegieł. Zagryzł na moment wargę, między jednym, a drugim pytaniem robiąc krótki przerywnik, by nie nastręczyć jej oczekiwaniem odpowiedzi.
    — W tym miejscu? — dopowiedział do ostatniego pytania. W Azylu nic bowiem nie było oczywiste. Nie wiadomo, w jakich granicach i z jaką siłą funkcjonowała jej moc, ograniczona przez ochronne runy.

    Trochę z poślizgiem, ale poszło.

    Ishaan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Przepraszam za mieszanie czasów - przyszłam zerknąć za błędami i zauważyłam, że w środku odpisu przeszłam na czas teraźniejszy, od którego staram się odchodzić... ale jak widać po latach pisania w czasie teraźniejszym samo wchodzi mi pod palce.]

      Usuń
  43. — Nie zapraszałem cię tu — warknął w pierwszym odruchu, nie do końca pojmując dokładny sens jej słów. Powód nie krył się jednak w tym, że te pozostawały poza zasięgiem jego rozumienia, a raczej w tym, że… naprawdę nie chciał poświęcać im zbyt wiele czasu. Nie tym razem. — Pamiętałbym.
    Siwoo przeżył wystarczająco dużo, by nauczyć się jednego: świat, w którym przyszło mu egzystować, stawał się… przewidywalny, jeśli tylko patrzyło się na niego wystarczająco długo. Ludzie powtarzali te same błędy, emocje wciąż i wciąż poruszały się po wydeptanych ścieżkach. Nawet tragedie miały, jego zdaniem, w sobie pewien kojący porządek. Chłodną, logiczną konstrukcję opartą na banalnym koncepcie przyczyny i skutku. Przez lata wypracował w sobie umiejętność dostrzegania tych wzorów. Dzięki temu właśnie naprawdę rzadko bywał zaskoczony. Jeszcze rzadziej… bezradny.
    W jego nad wyraz długim życiu było niewiele chwil, które naprawdę wymykały mu się spod kontroli. Pamiętał je wszystkie. Wymieniłby je bez zająknięcia, bez chwili zwłoki, jeśli tylko znalazłby się śmiałek, który zechciałby go o to poprosić. Były jak blizny - nieliczne, ale wyraźne. Jedna z nich miała twarz przyjaciela i ciężar decyzji podjętej o sekundę za późno. A może takiej, która nigdy podjęta nie została. Nie tak naprawdę. Inna pachniała dymem i mokrą ziemią. Każda z tych chwil nauczyła go jednego: że utrata kontroli miała swoją cenę. Trudno więc dziwić się, że Siwoo robił wszystko, by nie dopuszczać do tego ponownie.
    Kontrola była dla niego czymś więcej niż kolejnym nawykiem. Była konstrukcją, którą budował cierpliwie przez dekady. W ciszy, w niekończącej się obserwacji, w nabieraniu przekonania, że czasem był jedynym, który potrafił dostrzec każdy, najmniejszy nawet, element złożonej układanki. Nie podnosił głosu, gdy inni krzyczeli, nie działał impulsywnie, gdy inni ulegali gniewowi. Nawet ból potrafił rozłożyć na czynniki pierwsze, obejrzeć z każdej strony i sprawić, by w końcu przestał być zabójczym ostrzem, a stał się jedynie chłodnym faktem. Takim, który dało się wyjaśnić.
    Być może to dlatego to, co działo się teraz, uwierało go aż tak bardzo.
    Sny nie poddawały się analizom, przynajmniej nie w sposób, w jaki ją pojmował. Nie reagowały na chłód jego myśli ani na żelazną dyscyplinę, którą czasem narzucał sobie na jawie. Wślizgiwały mu się pod skórę, rozbijały stabilne fundamenty, podsuwały obrazy, których nie chciał oglądać. A co gorsza, budziły w nim dokładnie te emocje, których Siwoo nie potrafił póki co ugasić. Gniew tak ogromny, że ziemia pod jego stopami wydawała się drżeć. I w tej jednej sekundzie, dokładnie teraz, gdy wpatrywał się w twarz nieznajomej, dotarło do niego - szybko i boleśnie - że sedno jego problemu nie kryło się jedynie w tym, że… znów coś tracił. Wynikało z tego, że nie rozumiał sensu tego cholernego przedstawienia. A brak zrozumienia był przecież pierwszym krokiem do powstania chaosu. Tym razem wizja ta nie podobała mu się jednak tak, jak zazwyczaj, bo Siwoo uświadomił sobie, że ów chaos nie powstałby z jego ręki. Powstałby tuż obok. I najwyraźniej miał w zamiarze pochłonąć go bez reszty. Siwoo nigdy nie bał się chaosu jako tego, co przyczyniało się do niszczenia. Bał się go w sobie. Choć nie przyznałby się do tego za żadne skarby.
    Starał się nie odwracać wzroku, choć jakiś cichy, ale dumny, głos w jego głowie błagał go, by nie robił teraz tego, co przyszło mu na myśl. Siwoo długo wmawiał sobie, że obecność kobiety była jedynie niewinnym zakłóceniem. Ewentualnie pasożytniczą obecnością przyczepioną do jego snu bez wyraźnego powodu i celu. A jednak teraz mówiła coś, co nakazało mu się zatrzymać. Jakby… była świadoma czegoś, czego on sam nadal nie potrafił zrozumieć.
    Ta myśl wydała mu się gorzka. Nie znosił zależności, a jeszcze mniej sytuacji, w których musiał przyznać, że czegoś nie wiedział. Przez całe życie to on był tym, który rozumiał więcej, widział dalej, przewidywał szybciej. Teraz stał w miejscu, z którego nie potrafił ruszyć. A ona najwyraźniej… tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli sny były polem, na którym tracił kontrolę, może należało przestać je tłumić, a zacząć negocjować? Zamiast oskarżać - zapytać?
      Pytanie było ryzykiem, bo oznaczało przyznanie, że potrzebował odpowiedzi. Ale ryzyko wydawało się teraz czymś lepszym niż bezradność.
      — Widziałaś to już wcześniej? — odezwał się więc, podchodząc bliżej bez należytej ostrożności. Chciał uzyskać odpowiedzi, ale… wciąż nie potrafił porzucić roli tego, który ustalał zasady gry. — Jeśli tak, dlaczego pokazujesz się dopiero teraz? Czego chcesz?

      S.

      Usuń