Niektórzy twierdzą, że Élara była w Last Salvation, zanim jeszcze nauczyli się ją zauważać. Inni upierają się, że pojawiła się nagle, bez zapowiedzi, jakby miasteczko samo zrobiło dla niej miejsce. Trochę tak, jakby była tu od zawsze, a jednocześnie wciąż jeszcze nie całkiem na miejscu. Przyszła z dzieckiem, bardzo małym, owiniętym szczelnie w chuście przy piersi, i z ciszą, która zdawała się iść za nią krok w krok. Nie zadawała wielu pytań. Słuchała. Uważnie. Tak, jak słuchają ci, którzy wiedzą, że każde słowo może zostać zapamiętane na długo.
Zawsze to dziecko przyciąga wzrok jako pierwsze. Nie płacze, nie krzyczy, nie domaga się uwagi. Po prostu jest – zbyt ciche, zbyt skupione, zbyt obecne. Czasem wydaje się, że wokół niego powietrze zachowuje się inaczej, jakby coś w nim pamiętało inne prawa. Czasem wydaje się, że skóra malca mieni się inaczej niż powinna, jakby światło nie do końca wiedziało, jak się od niej odbić. Élara trzyma je blisko, niemal odruchowo i nigdy nie pozwala, by ktoś stał zbyt długo w jednym miejscu i patrzył.
O niej samej trudno powiedzieć cokolwiek konkretnego. Mówi mało, a kiedy już to robi, słowa nie zostają w pamięci. Zostaje za to wrażenie, że coś zostało celowo pominięte. Nie szuka uwagi, ale też nie znika. Jest jedną z tych osób, które mijasz codziennie, a mimo to nie potrafisz sobie przypomnieć szczegółów ich twarzy. Rzadko podnosi głos. Rzadko się spieszy. Zawsze sprawia wrażenie, jakby coś ważyła, nie na wadze, lecz w myślach. Widziano ją na rynku, w wąskich uliczkach między domami, czasem na skraju lasu, zawsze z dzieckiem blisko siebie. Nie wygląda na kogoś, kto szuka towarzystwa, ale też nie odpycha ludzi. Jest uprzejma w sposób zdystansowany, jakby grzeczność była wyuczoną formą ochrony.
Jej spojrzenie często błądzi gdzieś poza miasteczkiem, ku górom, ku lasom, ku miejscu, którego już nie ma albo do którego nie można wrócić. Nie opowiada o przeszłości. Ale są momenty, kiedy w jej twarzy pojawia się cień czegoś, co przypomina żal, krótki, natychmiast ukrywany, jakby nawet na niego nie było miejsca. Nie mówi o ojcu dziecka. Nigdy. A jednak są tacy, którzy twierdzą, że w jego oczach bywa coś starego, coś, co nie powinno należeć do niemowlęcia.
Jest czarownicą, choć nigdy nie należała do sabatu ani nie nosiła tytułów, które robią wrażenie na tych, którzy wciąż wierzą w hierarchie. Jej magia zawsze była użytkowa, cicha i podporządkowana kontroli. Przez lata funkcjonowała pośród zwykłych ludzi, zajmując się tym, co wymykało się ich rozumieniu, lecz jeszcze nie budziło strachu – miejscami, w których coś się rozszczelniało, energią, która zamiast płynąć, zaczynała się piętrzyć, procesami wymagającymi domknięcia. Élara nie wzmacniała i nie niszczyła. Uspokajała. Wygaszała. Przywracała równowagę, nawet jeśli oznaczało to działanie na granicy własnych możliwości.
Narodziny Caleba odebrały Élarze ostatnie złudzenie, że wszystko da się utrzymać w ryzach. Jej syn odziedziczył po ojcu coś, czego nie sposób było nazwać ani zignorować. Objawiało się to nie siłą, lecz drobnymi odchyleniami od normy: ciepłem, które nie stygnie, reakcjami niepasującymi do świata, zmianami skóry, które pod dotykiem zdradzały obcą fakturę. To były rzeczy, których nie dało się wyjaśnić ani ukryć na długo. I to one przesądziły o ich losie.
huntressvicious@gmail.com
[Nim zabiorę się za administracyjne obowiązki i dodam Élarę wszędzie tam, gdzie trzeba, przychodzę pochwalić zdjęcie, które wybrałaś do karty postaci, ponieważ moim skromnym zdaniem jest ono o b ł ę d n e! Jest w nim coś takiego, co bardzo mi się podoba i do mnie trafia, ale gdybyś zapytała mnie, co to takiego, nie powiem - po prostu to coś ;)
OdpowiedzUsuńNie dość, że zdjęcie jest obłędne, to sama Élara również - jestem bardzo, ale to bardzo ciekawa historii tej czarownicy i coś mi się wydaje, że mój Levi także by był. On jest takim wszędobylskim stworzeniem, które lubi wszystko wiedzieć, szczególnie, jeśli Élara przebywa w Azylu już od jakiegoś czasu.
Życzę udanej zabawy i mam nadzieję, że także na TLS zostaniesz z nami na długo 💙]
LEVI ACKERMANN
[część!
OdpowiedzUsuńKobietka wyszła ci intrygująco-tajemnicza. Po prostu urzekła mnie jej historia. ;>
Dużo wątków i powiązań. W razie chęci zapraszam do białej kulki ^^
Baw się z nią dobrze]
Hotarubi
[Piękna jest ta kobieta na zdjęciu, można się patrzeć i patrzeć, a mimo to dalej nie napatrzeć! A Élara? Jeszcze cudowniejsza! Bije od niej taka matczyna dojrzałość, stabilność i autentyczny spokój, choć trzeba przyznać, że tajemnicza z niej czarownica – niby nierzucająca się w oczy, a jednak magnetyczna :D Cóż ja mogę więcej napisać – niech dobra zabawa na blogu nigdy się nie kończy, a pisanie wątków sprawia Ci wieczną frajdę! <3]
OdpowiedzUsuńZayden Ward
[Cześć! Świetna kreacja, zrobiłaś magnetyczną i nieuchwytną postać. Ta jej ulotność, to że znika, nie zapada w pamięć i to w jaki sposób przedstawiłaś właśnie te jej cechy, bardziej niż cokolwiek innego przyciągają. Niesamowicie to ujełaś. Jestem bardzo ciekawa co tu się wydarzyło, nie tylko gdzie się podział ojciec dziecka, ale jak toczyły się jego losy i Élary i jak te losy się połączyły!
OdpowiedzUsuńŻyczę cudownej weny i wciągających wątków! Jeśli masz czas, miejsce i chęci na wątek, chodźcie do nas :) ]
Noor
[nie no, rozwaliłaś mnie tym młotkującym mochi hehe
OdpowiedzUsuńCóż na chwilę obecną to jedyne co mi na razie przychodzi do głowy to od czasu do czasu opieka nad jej synem, gdyby musiała coś pilnego załatwić a bałaby się go zostawić samego, tylko nie wiem jakby to później można było dalej pociągnąć ;< burza mózgów?]
miała kulka
[Nie będę oryginalna, ale też muszę pierwsze co napisać, że wow, to zdjęcie jest piękne, a na dodatek idealnie współgra z kartą i postacią. Szkoda, że została niejako zmuszona do ucieczki, mam nadzieję, że tutaj ona i jej synek zaznają spokoju. Mam wrażenie, że Elara jest kompletnym przeciwieństwem Malphasa, ona jak woda, on niczym ogień, ona koi, on sieje zamęt, to byłaby fajna mieszanka wybuchowa, więc jeśli masz ochotę coś razem napisać, chodź do nas <3]
OdpowiedzUsuńMalphas
[Zdjęcie zdecydowanie przyciąga uwagę, a im dłużej na nie człowiek patrzy, tym dostrzega w nim coś uspokajającego. I cała karta również jest napisana w takim tonie. Od Elary bije spokój i takie wewnętrzne piękno. Mam nadzieję, że odnajdzie się w Last Salvation.
OdpowiedzUsuńI jeśli oczywiście masz ochotę, to zapraszam czarownicę do czarownicy. Może coś nam z tego wyjdzie?
Baw się dobrze. ♥]
Rory Nielsen
[Oczywiście, zapraszam! <3 Takiej babce, Noor zaufa i zostawi swój dobytek, a przecież nawet z młodym może przychodzić i nikt ich nie wypędzi ;) czy ja wyczuwam, że szykuje się nam watek w takim razie?!]
OdpowiedzUsuńNoor
[Cześć!
OdpowiedzUsuńJaką ciekawą osóbkę tutaj sprowadziłaś! Zdecydowanie napawa spokojem, którego Faith bardzo brakuje. Zdaje się jakby Elara była jak taki duch, nieobecna w obecności :D Ciekawi mnie jej historia, a przede wszystkim co kryje się w małym Calebie ;>
Świetnej zabawy i oczywiście w razie chęci serdecznie zapraszam do siebie :)]
Faith Smith
[ Hej!
OdpowiedzUsuńPiękna, tajemnicza i intrygująca czarownica ci wyszła! Musze przyznać, że z ogromnym zaciekawieniem czytałam kartę, licząc, że wyjawisz kim jest owy ojciec. Naszło mi na myśl, że może to ktoś z samych piekieł lub inny demon, ale to myśl czysto schematyczna i stereotypowa xD
Niemniej, jestem ciekawa, co tam w duszy Elary gra!
Powodzenia i dużo wątków, a przede wszystkim czasu! ]
Mokseo
[Każdy już chyba wspomniał o wybranym zdjęciu, ale ja naprawdę muszę się powtórzyć — jest cudne, absolutnie wciąga. To spojrzenie? Niesamowite!
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się kreacja postaci Elary (wybacz, proszę, brak akcentu) — przede wszystkim doceniam tę bijącą od niej wytrwałość i spokój. Mam wrażenie, że to taka osoba, przy której nikt nie pomyślałby nawet o krzyku. Po prostu roztacza ten typ aury, jeśli to ma sens. XDD Rzadko spotykam się też z matkami na blogach, więc świetnie jest tutaj jedną zobaczyć!
Życzę Ci dużo ciekawych wątków i zabawy! <3]
Morrigan Ó Dubhuir
[ Z pewnością Faith szukałaby miejsca, w którym mogłaby wyciszyć swój chaos. Mogłaby pojawiać się całkiem "przypadkowo" w pobliżu Elary. Mogła ją nawet przyprowadzić do Azylu, dzięki czemu zachłysnęła się jej aurą spokoju i łaknęłaby więcej. Z pewnością zainteresowała się nimi - może jako jednymi z pierwszych?
OdpowiedzUsuńChętnie zgłębiłabym zakamarki podziemnej areny. Może Elara przypadkowo się tam zapodziała? Może wpadła tam w tarapaty? ]
Faith
[Zgadzam się, bardzo bym chciała, żeby ktoś zrobił mi takie zdjęcie ^^
OdpowiedzUsuńZginę pod ilością wątków, ale co tam. Odkąd stworzyłam Leviego, chodzi za mną wizja wątku, w którym Levi z jeszcze nieznanych mi powodów wrócił do Last Salvation w swojej kociej postaci, a z powodu nałożonego ograniczenia mocy, w azylu nie może się przemieniać. W tej swojej kociej postaci, natknąłby się na kogoś, kto nie miałby pojęcia, że w azylu jest kotołak i że ten czarny kot, który na przykład wpadł komuś do piwnicy i teraz nie potrafi z niej wyjść, to tenże kotołak właśnie.
Czy Elara chciałaby być tym szczęśliwcem? ^^
To moja luźna wizja, otoczkę pewnie trzeba by było jeszcze dograć, ale od tego mogłybyśmy sobie zacząć, a dopiero potem Elara i Levi mogliby przejść do interesów, co Ty na to? :)]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[wpadam bez pytania, podoba i się wizja, jaką zarzuciłaś <3]
OdpowiedzUsuńW kolejnej szarej uliczce, pozornie tylko ukrytej przed wzrokiem ciekawskich, znajdowała się mała apteka, której fasada skrywała więcej, niż potrafiłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To miejsce tętni czymś nieuchwytnym, pełne niecodziennych zapachów ziół, eliksirów i starannie wytartych półek z wyłożonymi zwykłymi ludzkimi towarami. Noor nie jest niezwykła, a największe sekrety tego zakątka kryją się na zapleczu, za tajemniczymi drzwiami, które nikt z zewnątrz nie odważył się przekroczyć i gdzie po zmroku wchodzi tylko zwykła właścicielka.
Aptekę Noor uczyniła swoim miejscem niemal od razu po dotarciu do azylu, jakby wtopiona w szary, niepozorny krajobraz tego niezwykłego miejsca pozwalała jej się bardziej oswoić z tym, że może już oddychać spokojnie. Ciemne regały, szary gres posadzki, mdłe światło ukrywało wszystko to, czego nie chciała pokazać i pomagało eksponować to, co miało przykuć uwagę. Przesycona jej obecnością, aurą ukrytą pod warstwą cienia, apteka znaczyła się w azylu jedynie subtelnym, nieśmiałym zapachem leków i ziół, jakby skryta wśród mgieł wspomnień. To miejsce przypominało archiwum, chłodne, niemal bezbarwne, z półmrokiem, który zakrywał więcej niż mniej. Bez wyraźnego charakteru, czyste i zarazem nie do końca, jakby ukryte za warstwą szarości. Sedno i konkret umykały zmysłom, a jednak coś w tym miejscu przyciągało, jakby miało swoje własne, nieuchwytne znaczenie. Potrzebne, żywe choć wyglądało jak martwe, nigdy niezbyt tłoczne miejsce, niemal zapomniane przez czas i jednocześnie wciąż potrzebne. Nawet w świecie, gdzie nie było zwykłych ludzi, a teoretyczna sprzedaż aspiryny wydawała się zbędna, Noor potrafiła znaleźć w tym miejscu swoje źródło utrzymania. Zarabiała, choć nie do końca rozumiała, po co jej te odkładane sumy, które nigdy nie przydadzą się ani na wakacje, ani nic wielkiego czy naprawdę swojego
Niewielkie słoiczki z pulsującymi eliksirami, zawieszone na sznurach kryształowe amulety, drobne i silne składniki rytualane były ukryte, a jednak wszystko to było czuć w powietrzu. Przez drzwi zaplecza przebijały się dla wrażliwych zmysłów bodżce ukrytej magii, choć nikt nie znał ich prawdziwego przeznaczenia. W głębi magazynu, na specjalnych półkach i w wzmocnionych skrzynkach, przechowywane były unikalne zamówienia od łączników, które mogą wywołać zarówno cud, jak i chaos.
Od pewnego czasu w tym miejscu słychać jednak było coś nowego i niezwykłego, to cichutkie kwilenie małego dziecka, dochodzące z kosza przykrytego kocem, ukrytego gdzieś za ladą. Dźwięki te był tak delikatne, że tylko najbardziej wyczulone ucho mogło je usłyszeć, a ich tajemnicza obecność dodawała miejscu jeszcze więcej magii i zagadkowości. Nikt nie pytał, skąd się wzięło to dziecko, ani dlaczego jest tutaj ukryte, ale miejsce to zdawało się żyć własnym, nieznanym światu rytmem i właścicielka strzegła go równie pieczołowicie, jak swoich sekretów.
W głębokich oczach i jej pewnym spojrzeniu, najważniejsze było dla niej bezpieczeństwo i zaufanie, coś czego sama nigdy nie poczuła. Gdy do jej sklepu przyszła młoda matka z synkiem, nie zastanawia się ani chwili - wręcz przeciwnie. Przyjęła ją ją do pracy, zaznaczając wyraźnie, że urwie uszy temu, kto odważy się spojrzeć na to z niechęcią lub złośliwością... Nie okazywała czułości, ani troski zasłaniając się ogniem we krwi, ale nie można jej było odmówić serca. Była mieszańcem, a życie raz po raz ją łamało i wiedziała, ile kosztuje ponowne podnoszenie się z ziemi.
- Tak...? - zarzuciła cicho, pochylona nad spisem leków z ostatniej dostawy od łącznika, który przynosił jej również inne rzeczy, gdy usłyszała szelest za plecami i wyczuła ten zapach, który zawsze otaczał kocyk, w jakim spał gdzieś z tyłu apteki malec Élary.
Noor
[Dziękuję za powitanie i miłe słowa. <3
OdpowiedzUsuńMnie za to bardzo podoba się kreacja Élary – jej osoba, dziecko, cała ta tajemniczość! Chętnie byśmy z Anastasiusem poznali ją bliżej. :D Gdybyś chciała coś wspólnie pomyśleć, wpadaj na maila. <3]
Anastasius von Weiss
[Wybacz najmocniej, ale wzięłam na siebie już zbyt dużo wątków, żeby móc przyjąć kolejny ;<
OdpowiedzUsuńJeśli w najbliższym czasie mi się nieco poluzuje to się z pewnością odezwę <3]
Faith Smith
Powinien przyjść za dnia, bo tak na pewno byłoby grzeczniej i tym razem może nawet dostosowałby się do tej zasady tak szczerze, ale przyszedł z czymś, co nie cierpiało zwłoki i doskonale to czuł. Gdyby miał trochę więcej czasu, rozegrałby to spokojniej i może nawet wylizałby się z tego sam, ale tego czasu już nie miał, a każda poprzednia próba załatania ciała kończyła się tylko prowizorką, która nie wytrzymywała pierwszego większego obciążenia. Łamanie przysięgi było bardzo kosztowne, a choć po tych wszystkich latach nauczył się już pewne sprawy gładko obchodzić, albo naginać pod siebie, to wciąż doskonale wiedział, że każda manipulacja porządkiem świata ma swoją cenę, i że bywa ona cholernie wygórowana. I tak się składa, że właśnie znalazł się na debecie. Czuł, że tym razem nie wystarczy zacisnąć zęby i przeczekać, że nie wystarczy też żadne mazidło z zaczarowanych kwiatków, czy innych cudownie zerwanych podczas pełni księżyca liści. Wyczerpał wszystkie fizyczne możliwości, do których miał dostęp, a nic nie wskazywało na to, że jego zapasy uzupełnią się na dniach, bo Ackermanna gdzieś wcięło, a to właśnie on zwoził mu artefakty nafaszerowane cierpieniem z miejsc, w których działo się piekło na ziemi. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wzgardził przysięgą tak mocno, żeby niemal rozerwała go od wewnątrz, ale nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się też wyczerpać zapasów popiołu tak szybko, ani czekać tak długo na Ackermanna. I jeszcze do wczoraj było całkiem znośnie, ale dzisiejszy dzień kosztował go naprawdę wiele i to właśnie on przechylił szalę i sprawił, że podeptał kilka kolejnych zasad, a one w odwecie wypaliły w jego skórze pasma cienkich, bolesnych śladów, które ciągnęły się wzdłuż żeber, jak jakieś nierówne kreski narysowane dziecięcą ręką. Teraz czuł je przy każdym ruchu i przy każdym oddechu już na tyle mocno, że nawet droga do mieszkania Élary sprawiła mu trudności, a już zwłaszcza tam, gdzie w śniegu zrobiły się zaspy. Jeszcze dziś, jak na złość, napadało go po same kolana.
OdpowiedzUsuńZakładał, że jego obecność będzie wiązała się z zakłóceniem jej spokoju, ale niekoniecznie jakoś bardzo się tym przejmował, bo miał na głowie trochę większy problem. Wychodził zresztą z założenia, że uda im się załatwić to tak szybko, że Élara nawet nie zdąży się zirytować faktem, że ktoś nieproszony postanowił wepchnąć się w czas, w którym co niektórzy szykują się już do snu. Nie było szalenie późno, bo jakoś koło dwudziestej, ale do białych nocy jeszcze trochę. To naturalne, że za oknem panował już gęsty zmrok, który powoli ustępował miejsca nocy.
Zakładał też, że może nie zostać wpuszczony tak od razu, albo że nie tak od razu Élara postanowi przyjrzeć się temu, z czym przyszedł, bo nie miała żadnego obowiązku ratować mu tyłka czymkolwiek i kiedykolwiek. Korzystał teraz wyłącznie z tego, że się znali, nawet jeśli tylko pobieżnie, mając w głowach wspomnienia sprzed lat, które z obecną rzeczywistością mogły nie mieć już zbyt wiele wspólnego. To z jej babką miał więcej wspólnego, niż z nią, ale były ulepione z tej samej gliny, a zdolności Élary nie odbiegały od tego, co reprezentowała sobą starsza wiedźma. Jeżeli ktoś mógł mu teraz pomóc, to wyłącznie ona. Była ostatnią deską ratunku – i tylko dlatego doczłapał się teraz do jej drzwi. Liczył na to, że go wesprze. Najlepiej dobrowolnie, albo w zamian za coś, co on będzie mógł dla niej zrobić w ramach wyrównania rachunków. Byle nie siłą, bo wtedy upomni się nie tylko o nią, ale i o tego, na którym zależy jej najbardziej.
Złapał się drewnianej framugi przy drzwiach i ciężko oparł na niej swoje ciało, mając nadzieję, że nie jest tak licha, że złamie się pod jego naporem. Odetchnął ciężej, wyciągnął dłoń z kieszeni i zastukał w drzwi w takim miejscu, żeby echo nie niosło się na całą kamienicę. A potem oparł głowę na framudze i spróbował wyłapać obecność Élary po drugiej stronie, ale był tak słaby, że jego cień ani drgnął. Zlewał się jeszcze z jego ciałem i go podtrzymywał, ale był już niemalże przeźroczysty, a on sam przez to bledszy i bardziej matowy.
Usuń— Zayden Ward — oznajmił, żeby nie miała wątpliwości. — Prywatnie? Służbowo? Jak ci wygodniej — dodał, sylabizując niektóre słowa przez cięższy oddech. Czekał aż uchyli przynajmniej drzwi, żeby resztę wymusić, chyba, że tu wyjątkowo nie będzie takiej potrzeby. Nie wyglądał jak ktoś, kogo stać teraz na pojedynek, a to, co działo się z jego ciałem pod puchową kurtką, przypominało wybuch wulkanu pod skórą. Przyszedł pokojowo, czego nie dało się zresztą nie zauważyć, ale jeśli będzie musiał się mierzyć, zrobi to. Jak zawsze. Choćby miał się doszczętnie spalić.
Zayden Ward
[Choć miałabym pomysł, jak nasze dziewczyny powiązać, to na razie muszę się wstrzymać z kolejnym wątkiem, bo zaraz przestanę ogarniać życie! Ale pojawię, gdy tylko nieco zluźnią mi się moce przerobowe i jeśli nadal będziesz miała chęć, to będziemy pisać. ♥]
OdpowiedzUsuńRory Nielsen
Ten demon z pewnością byłby upierdliwy, ale dziś tylko i wyłącznie dlatego, że miał ku temu powód. Powód, z którym w dużej mierze mogła mu pomóc właśnie Élara. Nie zakłócałby jej spokoju dla samej hecy, bo dawno już z tego wyrósł, zresztą, byłoby mu szkoda energii na puste i bezcelowe działania. Jeśli już wpadał w takie niezapowiedziane odwiedziny, to tylko dlatego, że coś naprawdę go do tego skłaniało, albo wtedy, gdy miał w tym konkretny cel i coś do załatwienia. Tym razem nie przysłały go tutaj służbowe obowiązki, tylko osobista bolączka, z którą nie był w stanie poradzić sobie sam tym, co miał. Jego zdolności miały z natury niszczycielski charakter, były stworzone raczej do burzenia niż do naprawiania, dlatego w sprawach wymagających delikatności pozostawał bezradny bardziej, niż chciałby się do tego przyznać. Dopóki miał swój skażony popiół, mógł panować nad gorejącymi ranami w zaciszu własnego mieszkania. I z reguły zawsze go miał. Z reguły rozporządzał nim też w taki sposób, żeby nie zabrakło mu go w takim właśnie momencie, ale ostatnio ta reguła ewidentnie się rypła. Próbował wszystkiego, co przyszło mu w ostatnim czasie do głowy, oczywiście poza opanowaniem się w naginaniu zasad przysięgi, która te rany mu fundowała, ale niczego tym nie wskórał. Był jednak świadomy obecności Élary w tym miejscu, bo takie informacje trafiały do niego z marszu na krótko po tym, gdy dana istota została wpisana w rejestr, i założył, że jeśli sytuacja się pogorszy, skorzysta z tej świadomości. Grzecznie, czy niegrzecznie, to wyjdzie dopiero w praniu, ale nastawienie miał pokojowe. Nawet zaskakująco bardzo. Nie przyszedł tu z żadnym podstępem ani ukrytą intencją, nie planował nikogo krzywdzić ani naginać rzeczywistości pod siebie. Przyszedł po prostu po pomoc i nawet nie próbował ukrywać swojego beznadziejnego stanu. Jeśli Élara wesprze go bez zbędnej szarpaniny, on wyjdzie stąd tak, jakby nigdy się tu nie pojawił.
OdpowiedzUsuńW oczekiwaniu utkwił ciężkie spojrzenie w gładkiej desce frontowych drzwi, nie licząc jednak na to, że otworzą się od samego patrzenia. Gdy klamka się poruszyła zacisnął szczękę, a potem jego spojrzenie opadło z drzwi na Élarę, która stanęła w progu. Automatycznie obrzucił ją wzrokiem, nieco zaskoczony, bo kiedy widział ją po raz ostatni, była młodą dziewczyną o okrągłej twarzy i nie miała nawet dwudziestu lat, a teraz patrzył na dojrzałą kobietę, momentami niezwykle podobną do Estilli. Przez chwilę mierzył ją wzrokiem tak, jak ona mierzyła jego, aż w końcu wyprostował się, wzdychając cicho przez drażniący dyskomfort, który towarzyszył jego skórze przy każdym bardziej zdecydowanym ruchu. Wtedy dostrzegł, jak Élara urosła w progu, co skwitował uniesieniem kącika ust w ledwie zauważalnym uśmiechu. To był naturalny odruch kobiety i matki – i słusznie, bo w tym miejscu wcale nie należało polegać na miłych słówkach. Nie należało tez mieć stu procentowego zaufania do nikogo, ani do funkcjonariuszy ani do urzędników, ani nawet do członków rady. A może już tym bardziej nie do członków rady.
Znów wyciągnął rękę i oparł ją o futrynę, a na niej całego siebie. Jeszcze miał tu składać jakieś obietnice, rany boskie. Przytaknąłby z marszu, gdyby nie to, że sam mógł się wkopać, i że nie składał obietnic bez pokrycia, a czy on mógł w ogóle zagwarantować jej brak dodatkowych kłopotów? To zależy, co można nazwać kłopotem, a czego nazywać tak nie trzeba. Z jej babką miał całkiem podobny układ, a obietnica była poświadczona latami tej dziwnej współpracy.
Nigdy jej nie złamał ani nie zaszkodził. Nie pojawiał się nawet zbyt często, żeby nie siać w ich domu niepokoju, chociaż, gdy kiedyś szukał i jednej i drugiej, to nie znalazł żadnej. Czy ukrywały się skutecznie, czy nie, to pozostawało bez odpowiedzi, ale coś mu podpowiadało, że Estilla mogła już odejść z tego świata. Wiedźma miała przecież swoje lata.
Usuń— Zapobiegawcza, zupełnie jak babka — podsumował krótko, po czym skinął głową. Istotne, że wiedziała po co przyszedł, zanim o tę pomoc poprosił. Możliwe, że po prostu rozumiała to, co miała właśnie przed oczami. — Jeśli pomożesz, nie będzie żadnych kłopotów, obiecuję — odpowiedział na wydechu i podniósł spojrzenie do oczu Élary. — Jeżeli pomożesz, zapłacę w funtach, albo odwdzięczę się w naturze. Sama wybierzesz — dodał jeszcze, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że nie ma nic za darmo w tym świecie, a on nie miał w zwyczaju pozostawać dłużnym. Załatwią, co trzeba, i rozejdą się bez zbędnych pytań, bez zobowiązań i bez powodu, żeby do tego wracać.
Zayden Ward
[Możesz mi uwierzyć, że pociesza mnie to bardzo, ponieważ aktualnie próbuję się wygrzebać z kolejki odpisów, które uzbierały mi się od zeszłego weekendu 😅 Powinnam chyba ustalić jakiś system na odpisy także w tygodniu, żeby robić sobie mniejsze zaległości. Bo w to, że nie będę ich sobie robić, nie wierzę 😅
OdpowiedzUsuńCieszę się, że mój pomysł przypadł Ci do gustu i że wątek ma potencjał! A skoro jeszcze przed chwilą marudziłam na to, ile to odpisów mam do zrobienia, podczas gdy Ty proponujesz podesłanie rozpoczęcia, to chyba oczywiste, że wspomniane rozpoczęcie przyjmę z otwartymi ramionami i będę za nie niezmiernie wdzięczna? 😉
Oczywiście gdyby coś i w razie czego, także chętnie nam zacznę, więc dawaj znać!]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[skisnę z ciekawości, kim jest jej synek! opis oczu absolutnie mnie rozwalił *-*]
OdpowiedzUsuńPobyt Noor w azylu nie dodał jej odwagi, nie ujarzmił lęków i nie wyciszył jej koszmarów. Budowała tu jednak siebie na nowo, oddychała głebiej i doskonale wiedziała, że nie wyniszcza jej tu strach i nienawiść, które burzyły ogień w jej krwi i mąciły myśli trując je chaosem. Nie miała ogromnej siły, ani imponującej magii w sobie, ale wystarczyło aby znalazła się zbyt blisko i ktoś zupełnie przypadkowy mógł stracić zmysły i targnąć się na swoje życie. To z kolei wystarczyło jej samej, aby zaczęła uważać i studiować tkanie pozorów wokół siebie, aby opanowała samokontrolę i schowała się pod spokojem, opanowaniem i chłodem dystansu. Była demonem, ale była też wrażliwą córką czarownicy i nie chciała siać zniszczenia i strat, choć doskonale znała smak spełnionych pragnień, które dodawały jej sił i pobudzały, by sięgała dalej i głębiej po własne nasycenie.
Noor była istotą pełną kontrastów i głębokiej tajemnicy własnego pochodzenia. Jej dusza tętniła nieustannie od wewnętrznego niepokoju, a zarazem od ogromnej potrzeby i niezłomnej determinacji, by nie krzywdzić. Gdyby wychowywały ją demony, nie wiedziałaby jak smakuje ta ogromna wrażliwość i głębokie uczucia, które gubiły ją najbardziej. Była kobietą, która potrafiła odczuwać świat z niezwykłą intensywnością, dostrzegać niuanse i subtelności, a choć nigdy nie była ścigana jak wiele istot, które uciekły do azylu, ten świat zewnetrzny również ją gonił okrutnie.
Gdy młoda czarownica z dzieckiem dotarła do azylu, wiedziała, że synek nie jest zwykłym dzieckiem magicznej kobiety. Jego aura była inna, powietrze nad kocykiem w którym spał gęstniało, a on sam... jego oczy mówiły. Dubois nie potrzebowała wiele, by poczuć niezrozumiałą potrzebę pomocy i wsparcia, jakby chciała złamać przewrotny los i odwrócić to, że jej nigdy nikt nie pomógł. To dziecko było wyjątkowe, była pewna, że wie o tym każdy w miasteczku, a dzieci trzeba chronić.
Oderwała spojrzenie od kartek, po czym spoczęło ono na dziecku w rękach kobiety. Noor miękła, powoli topniała, choć jeszcze dużo brakowało, aby się odsłoniła i pokazała to, czego zwykle pokazywać nie chciała. Ale zdradzały ją oczy, to jak opuszczała gardę z ramion, jak ustępowała przy niemal każdej prośbie brunetki. Tym dzieckiem mogła sobie ja owinąć wokół palca, ale Dubois nic z tym nie robiła, nie walczyła.
- Tutaj nigdy nie ma zbyt dużego ruchu - zauważyła uprzejmie i odłożyła długopis obok kartek z spisem towaru. Potarła zmęczone oczy, które od kilku dni nie wiedziały, jak smakuje sen i wstała z cichym westchnieniem znad biurka.
Noor miała w sobie powab i grację, które łamały każdą sztywność w jej ciele, nawet przy wyczerpaniu, chorobie i złym stanie ducha. Jej uroda była jej dziedzictwem, które sprowadza zgubą, ale nosiła się prosto i zwyczajnie, nie ubierała biżuterii i nie malowała nawet, zwyczajnie nie chcąc podsycać zamieszania wokół siebie. Od wielu dni jednak bezsenność zmieniała się w torturę, a więc była i bledsza i w oczach na zielonych tęczówkach pojawiało się coraz więcej piekielnie siarkowych plamek, więc częściej patrzyła w dół, by nikogo nie straszyć.
- Stanę z przodu, nie spiesz się - dodała, może z początku brzmiąc zbyt formalnie, nawet szorstko. Nie była tak twarda, na jaką się kreowała, ale o tym wiedział każdy, kto spędzał z nią nieco więcej czasu. Ci bystrzejsi wiedzieli, że pozory Noor są jej tarczą i bronią.
Podeszła do tej osobliwej dwójki i spojrzała w pyzatą buzię malca. Uśmiechnęła się ledwie kącikiem ust, ale ona sama jaśniała, jakby ten urok dziecka dodawał jej otuchy, której nawet tu - gdzie teoretycznie było bezpiecznie, potrzebowała równie mocno jak na zewnątrz.
- Napijemy się herbaty potem? - zaproponowała, bo nie pierwszy dzień pracowały razem i Élara z każdym kolejnym była dla niej mniej obca.
Noor
Może i znalazłaby się jakaś lepsza czarownica, ale akurat tym się nie sugerował, bo nie potrzebował lepszej, tylko takiej, która zrobi, co trzeba i nie będzie za bardzo wnikać w szczegóły, a nawet jeśli, to te szczegóły zostaną tylko i wyłącznie z nią. To, co się z nim działo, nie powinno mieć miejsca, ale miało i było oznaką jego nieposłuszeństwa wobec przysięgi, na której warunki przecież przystał, i wobec Rady, której powinien służyć z ręką na sercu, a której lojalność nigdy nie była dla niego czymś bezwarunkowym i istotnym. Służył jej, bo tak należało, bo przysięga nie zostawiała mu wielkiego pola manewru, ale gdzieś pod tym wszystkim zawsze istniała cienka granica, której pilnował dla siebie. Dla swojego widzimisię. W końcu nie zgodził się na te wszystkie zasady dla jakiegoś wyższego celu, tylko dlatego, że miał mieć z tego korzyści. I miał, bo rola funkcjonariusza, a wcześniej rola ściągającego, dawała mu specjalne uprawnienia, które mógł mocno naginać pod siebie. Oczywiście, ilekroć robił coś wbrew zasadom przysięgi, dostawał za to po tyłku i to od samego siebie, bo sabotowała go jego własna siła. Takie to dziadowskie przyrzeczenie, ale bez niego nie mógłby tu istnieć, bo z pierwotnymi instynktami narobiłby tu zbyt wiele złego. Jeśli jednak nie przeginał z przeginaniem, to miał tutaj całkiem wygodne życie i wystarczająco swobody, żeby istnieć po swojemu.
OdpowiedzUsuńTa podbramkowa sytuacja wymagała szybkiego działania, ale to nie był żaden przypadek, że przyszedł do właśnie Élary. Możliwe, że nie pamiętała już, po co przed laty odwiedzał jej babkę i nad czym z nią pracował, ale to nie był duży kłopot, bo ewentualnie wyjaśnienie tego nie powinno zająć zbyt dużo czasu, a może okaże się nawet zbędne. Élara na pewno dysponowała podobną wiedzą i umiejętnościami, co Estella, więc liczył na to, że będzie w stanie zrozumieć problem i znaleźć skuteczny sposób, żeby go opanować. Jak już zapowiedział, nie musiała robić tego za darmo, bo w takich przypadkach wymiana korzyści była oczywista, ale najważniejsze i tak było to, że w ogóle postanowiła spróbować. I nie obchodziło go, że dla świętego spokoju, czy dla innych świętych, w których mogła tam sobie jeszcze wierzyć. Grunt, że może uda mu się wyjść stąd chociaż częściowo posklejanym, a potem bez trudu przeczekać, aż dotrze do niego dostawa artefaktów.
Przekroczył próg i słuchając jej poleceń, najpierw oparł się o najbliższą ścianę, a potem, stopa o stopę, zsunął z nóg buty i przesunął je pod ścianę. Przez chwilę stał tak w milczeniu, zbierając oddech i przyzwyczajając się do ciepła wnętrza, zanim zrobił kolejny krok w głąb pomieszczenia. Obrzucił jeszcze wzrokiem podłogę, gdy napomknęła, że ma patrzeć pod nogi w co najmniej w taki sposób, jakby wchodził właśnie w pole minowe. Wiedział, że na tym pokładzie znajduje się również dziecko, bo rejestr obejmował każdego, więc może miała na myśli jakieś dziecięce przedmioty, ale w tym azylowym świecie różnie przecież bywa. Równie dobrze mógł spodziewać się tutaj zapadni, przygotowanych dla nieproszonych gości, albo czegoś w tym rodzaju.
Gdy z pomocą Élary zdjął puchową kurtkę, z ramion ubyło mu trochę ciężaru. Materiał ciemnej koszulki, w której pozostał, przylegał już do skóry na klatce piersiowej i sączących się pod nią ran, które układały się w siatkę bruzd przypominającą erozję gleby po długiej suszy. Nie ciekła z nich krew, ale były wilgotne i gorące jak rozgrzana ziemia, a do tego powodowały dyskomfort, pulsując gdzieś głęboko w ciele.
Przeszedł za nią do salonu, po drodze kontrolując wzrokiem pomieszczenie i odruchowo sprawdzając, co znajduje się wokół. Oczywiście, patrzył też pod nogi, a przynajmniej starał się to robić, chociaż gdy Élara szła przed nim, to ona kontrolowała podłogę.
W salonie stało sporo kartonów, więc założył, że wciąż byli w trakcie wprowadzania się i zadomawiania.
Usuń— Jest od dwudziestu lat — odparł, bo sam dawno już zapomniał, że wcześniej istniał jako Vincenzo Savoia i urzędował w Sabaudii. W tym miejscu, poza Radą, nikt o tym zresztą nie wiedział. — Wyczerpały mi się zapasy rytualnego popiołu i nie ma szans, że w ciągu najbliższej doby wejdę w jego posiadanie — zaczął, zatrzymując się obok. Podciągnął koszulkę aż do szyi, żeby dokładniej zobrazować Élarze swój problem. Rany, które przypominały nieregularne pęknięcia, obejmowały już cały tors, ale ich centrum znajdowało się na mostku i to w tym miejscu jego ciało wyglądało najgorzej, a skóra była zwęglona. Te miejsca, które próbował ratować aptecznymi specyfikami, wyglądały lepiej, ale reszta wołała o pomstę do nieba. Albo do piekła, jak kto woli. — Twoja babka, gdy tworzyliśmy ten patent z popiołem, miała na to też inny sposób, potrafiła mnie posklejać czymś innym. Nie liczę na żaden cud, bo runy i tak na to nie pozwolą. Liczę jedynie na coś, dzięki czemu przeczekam chociaż kolejne dwa dni — wyjaśnił z lekkim sapnięciem, nie pamiętając już, co dokładnie Estella robiła, gdy palili artefakty i kruszyli popiół w drobny mak, bo wtedy bardziej interesował go efekt, poza tym, on i tak nie władał taką magią, żeby leczyć czy uzdrawiać. Dostał jasne wskazówki i według nich działał, ale teraz nie miał podstawowego produktu, żeby sobie pomóc. To był już ten stan, w którym mogła wesprzeć go jedynie ręka wprawionej czarownicy.
Zayden Ward
Anastasius von Weiss od zawsze budził się wcześnie rano. Być może dlatego, że był do tego zmuszany od dziecka, a może dlatego, że nie chciał marnować cennego dnia, który zawsze kończył się zbyt szybko. Jako młody mężczyzna, kilkadziesiąt lat temu, bardzo to odczuwał – czas wydawał się umykać w dziwaczny sposób, a Anastasius zawsze próbował zrobić zbyt wiele, zawsze za czymś gonił.
OdpowiedzUsuńDzień był intensywny. Najpierw obchód po cmentarzu, mycie pomników, mruczenie do uświęconej ziemi, by ta dobrze otulała zmarłych. Anastasius uwielbiał ten zapach – wilgoć, mgła i coś, czego nie dało się określić w prosty sposób. Coś jak… pierwotna otchłań. Potem spędził kilka godzin, doglądając kwiatów, które ostatnio zasadził. Postawił szklarnię koło domu przede wszystkim dla Oggy’ego, ale koniec końców też uległ pokusie i miał swoje ulubione rośliny – niektóre nawet nazwał, jednak do tego nigdy by się nie przyznał.
Oggy był przyjaznym, miłym, a przede wszystkim uczynnym szkieletem. Nie umiał się gniewać ani też nie zrobił nigdy niczego, co Anastasius mógłby uznać za niepokojące, nie wliczając, oczywiście, jego guzikowej obsesji. Poza tym jednak kościotrup był niegroźny. Komunikował się poprzez syknięcia, mruczenie czy gesty. Nie umiał mówić, co nie powinno być zaskakujące, choć von Weiss czasem żałował, że Oggy nie jest w stanie wycisnąć z siebie słowa. Może wtedy wieczory przy wspólnej herbacie byłyby bardziej porywające.
Anastasius lubił spacerować. Sądził, że w ten sposób jest w stanie zadbać o młode ciało, które nie należało do niego, ale takie było, więc musiał pracować z tym, co miał. Tatuaże, zbyt szerokie ramiona, wzrost – nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się tak żywy. Miał więcej energii, nie czuł bólu w stawach, a poza tym nie męczył się już tak szybko, co uważał za niebywały plus. To jednak nie sprawiało, że von Weiss czuł się bardziej sobą w nowym naczyniu, które przejął. Powinien uporać się już z tym nieznośnym uczuciem, ale tym razem szło mu wolniej niż zazwyczaj.
Oggy szedł przodem, dotykając drzew, biegnąc przed siebie wesoło. Czasem przypominał dziecko, które jest zainteresowane wszystkim, co może dostrzec. I kościotrup dokładnie tak się zachowywał. Zawsze chciał wszystkiego dotknąć, sprawdzić, co niekiedy budziło różne emocje. Ostatecznie Oggy jednak był bardziej przyjazny niż Anastasius i zapewne większość wolałaby porozmawiać z kościotrupem niż ze starym liszem.
Szkielet, gdy tylko zobaczył czyjąś sylwetkę, zaczął machać i iść szybciej w stronę żywej duszy. Robił to wesoło, nie zauważając, że kobieta zdecydowanie nie dostrzega jego pokojowych zamiarów, a kiedy upadła, Oggy zasyczał niemal ze współczuciem. Stanął, widząc, że nieznajoma się w niego wpatruje, a potem przechylił delikatnie głowę.
Anastasius nie spodziewał się spotkania w takim miejscu, a zanim zdążył się odezwać, kobieta wpadła w niego plecami. Mógłby uznać to za całkiem zabawne, ale zapewne dla niej nie było to ani trochę śmieszne, tym bardziej że wyglądał dość ponuro i raczej nie wzbudzał zaufania od pierwszych chwil. Poza tym nie było tutaj nikogo innego.
— Witaj — odezwał się spokojnym, neutralnym tonem. Wyciągnął do kobiety dłoń, aby pomóc jej się podnieść, choć to od niej zależało, czy ją przyjmie. — Jak sądzę, powinienem się przedstawić, a potem zapewnić, że mój towarzyszysz nie jest groźny. Nazywam się Anastasius von Weiss, a to Oggy, mój wyjątkowy przyjaciel.
Uśmiechnął się delikatnie, może nawet przyjaźnie, a potem spojrzał w stronę szkieletu, który niepewnie podszedł i stanął za jego ramieniem, chowając się nieco przed wzrokiem kobiety. Może nawet obawiał się jakiejś wrogiej reakcji.
— Zapewniam, że nie chciał przestraszyć ani ciebie, ani twojego synka — dodał, a Oggy zasyczał cicho, jakby potwierdzając słowa von Weissa. — Nie sądziłem, że kogoś spotkamy. Zazwyczaj wybieram tę trasę, bo drzewa tutaj nie rosną tak gęsto i nie ma tylu wystających korzeni.
Anastasius von Weiss i jego kumpel szkielet
Akurat popękane ciało było najmniejszym problemem. Gdyby chodziło wyłącznie o rany, wtedy bez trudu znalazłby wiele alternatywnych metod, którymi mógłby się wesprzeć, czekając na dostawę artefaktów. Z uwierającym dyskomfortem w ciele i na wiecznym wkurwie, ale mógłby sobie istnieć i dalej robić co swoje. Problem polegał jednak na tym, że każde nieposłuszeństwo i każda decyzja, która uderzała w przysięgę, nie tylko zostawiały ślady na ciele, ale realnie go osłabiały. Przysięga stała się częścią jego struktury, więc każde odstępstwo zaburzało równowagę, na której opierało się jego istnienie i to właśnie ono zaczynało wymykać się wtedy spod kontroli. Tracił panowanie nad zdolnościami i tracił panowanie nad własnym cieniem, a iluzje zamiast być narzędziem, zaczynały żyć swoim własnym życiem, albo nie kształtowały się wcale. Takie przewinienia uderzały bezpośrednio w jego byt, a on, już pomijając fakt, że te uderzenia odczuwał, miał pełną świadomość, że one w efekcie mogłyby zmieść go z planszy. A że w azylu pełnym układów i gierek, w które poniekąd angażują się nawet członkowie rady, nie da się gorliwie trzymać zasad przysięgi, to już inna sprawa. Jeśli jest się demonem, to ma się przejebane podwójnie, bo w pewnych sytuacjach natury oszukać się nie da, jednak żeby mieć tutaj specjalną posadę i cieszyć się wieloma dodatkowymi uprawnieniami, należało poświęcić się dla układu. Przysięga jest smyczą dla niego, ale gwarantem dla rady, że nigdy nie będzie zdolny skierować swoich działań przeciwko nim. Oczywiście nie tak otwarcie, bo to, że on nauczył się obchodzić pewne zasady, to nie ulegało już żadnym wątpliwościom. Inaczej, za to przymykanie oczu na cudze machlojki i za wspieranie pewnych nieformalnych procesów, spaliłby się po pierwszym miesiącu pełnienia policyjnej funkcji. Musiał jedynie uważać, żeby w tym nieposłuszeństwie za bardzo nie przegiąć, ale tak się złożyło, że dotarł już do tej magicznej granicy, gdzie kara staje się na tyle dotkliwa, by pozbawiać go zdolności. I wciąż nie miał tego cholernego popiołu, żeby doprowadzić się do porządku. Miał za to Élarę, która miała babkę, która potrafiła ujarzmić problem w inny sposób – i w tej patowej sytuacji to jest już jakiś plus.
OdpowiedzUsuńDobrze, że pytała, bo on także nie wiedział, ile Estella jej przekazała i czy przekazała cokolwiek tak w ogóle, bo Élara była wtedy młoda i wcale nie musiała być w sprawę angażowana. Akurat tą znajomością babka mogła nie dzielić się z nikim, co też byłoby zrozumiałe, poza tym, ostatni raz wiedzieli się gdzieś z dziesięć lat temu, więc pewne sprawy mogły się już zmienić, a wiele wspomnień ulecieć, zwłaszcza tych, które chciałoby się uznać za nigdy nieistniejące. Działali wspólnie tylko w pewnego rodzaju symbiozie. Nigdy nie byli blisko i to z pewnością się nie zmieni.
I prawdę mówiąc, Élara nie musiała robić dokładnie tego samego, co jej babka, bo jeśli efekt i tak będzie podobny, to dla niego nie ma większego znaczenia, jak ona do tego dojdzie. Wiadomo, że gdyby nagle musiał zacząć chodzić po łące i zrywać kwiatki, żeby to dalej działało, to byłoby to upierdliwe, ale jeśli różnica sprowadzi się tylko do trochę innego sposobu działania, to bez problemu to przeżyje. W końcu kiedyś dotrą do niego artefakty i powróci do sposobu, z którego korzysta standardowo. Élara miała mu pomóc przetrwać jeszcze tylko kilka dni.
— Cóż, można to poniekąd nazwać zdradą — odparł, opuszczając koszulkę i idąc kilka kroków za Élarą w stronę kredensu. Nie podszedł jednak zbyt blisko, rzucił tylko krótkie spojrzenie w stronę mijanych kartonów, a potem skupił wzrok na drzwiach do drugiego pomieszczenia. Nie dało się przeoczyć tego lekkiego napięcia, które było charakterystyczne dla nietypowej energii, więc to pewnie tam przebywało dziecko.
— Tak pachną złamane zasady wpisanej we mnie przysięgi, Élaro — zaczął w ramach wyjaśnień, powoli wracając do niej wzrokiem. — I właśnie tak do tego dochodzi: kiedy ja łamię postanowienia, przysięga łamie mnie, albo raczej spala mnie od wewnątrz. Pewne rzeczy potrafię obejść, ale obejście niektórych jest niemożliwe, a ponieważ istniejemy w miejscu, w którym prawo jest tylko wygodną umową, to dlatego wyglądam właśnie tak — powiedział, chwilowo wskazawszy dłońmi na swój tors. — Estella opracowała świetny sposób, żeby to łagodzić, a nawet niwelować, i korzystam z niego do dziś. Łącznicy sprowadzają dla mnie odpowiednie artefakty, a ja sposobem Estelli przerabiam je na popiół i tym popiołem posypuję rany — opowiedział krótko, żeby miała jako taki obraz całego procesu. Oczywiście, nie wspomniał o tym, że wszystko to dzieje się poza świadomością Rady, i że artefakty pochodzą z miejsc naznaczonych tragedią i końcem wielu istnień, czyli wyłącznie z takich, które przesiąkły negatywną energią. Ale to drugie wydawało się jasne, tak samo jak to, że posypywanie ran to bardziej wcieranie w nie gorącego pyłu, niż prószenie nim jak jakimś brokatem. Całość wykonywał na surowym kamieniu, zawsze w kręgu z węgla i z rozbitego szkła. Skrapiał przedmiot kilkoma kroplami własnej krwi, a potem spalał, a istotne było to, że popiół nie mógł dotknąć ziemi, więc część wcierał od razu w skórę, a część przesypywał do woreczku z całunu, albo z płótna lnianego nasączonego solą. Zapasy wystarczały mu na miesiąc, chyba, że sobie za bardzo folgował, wtedy korzystał z nich częściej.
UsuńZayden Ward
— Miło cię poznać, Élaro. — Anastasius pochylił delikatnie głowę. Wiedział, że jest nieco staroświeckim mężczyzną, ale nigdy nie próbował tego zmienić. Lubił swój styl bycia i tęsknił za czasami, gdy ta elegancja nie była wymuszona, a raczej wychodziła z codziennego życia. Nie umiał we współczesny świat i niezbyt ogarniał dzisiejszą technologię.
OdpowiedzUsuńNie spodziewał się jednak, że przyjdzie mu się kłaniać i przedstawiać w lesie, ale azyl bywał dziwny i zaskakiwał w różny sposób, więc Anastasius nie powinien się aż tak dziwić. Nie miał jednak zbyt wielu przyjaciół, a osoby, które się wokół niego kręciły, robiły to zazwyczaj bez jego zgody i mógłby nazwać to z całym przekonaniem pewnym masochizmem, bo gdy próbował się odsunąć, tym bardziej ktoś naciskał i próbował przebić się przez jakiś niewidzialny mur. Anastasius jednak nie lubił komplikacji i cenił sobie swoje spokojne życie.
— I Caleba też miło poznać. — Uśmiechnął się delikatnie, zerkając w stronę dziecka.
Oggy zasyczał wesoło, a potem wyciągnął rękę, zerkając uprzednio w stronę kobiety, pozwalając, aby maluch złapał za jego kościsty palec. Szkielet zachichotał uroczo i poświęcił całą swoją uwagę zabawie z malcem, który wciąż wydawał z siebie ciche okrzyki, jakby bawił się najlepiej w całym swoim krótkim życiu.
— Każdy las jest inny — przyznał, spodziewając się, że Élara wcześniej, jeszcze przed azylem, też lubiła tego typu spacery. — Ten tutaj bywa dość przewrotny, czasem mam wrażenie, że drzewa zmieniają swoje miejsca, jakby się nudziły i próbowały sobie znaleźć coś nowego.
Spojrzał w stronę Oggy’ego, który bawił się z Calebem.
— Oggy rozumie wszystko, co do niego mówisz, ale nie odpowie — powiedział, przyglądając się, jak kościotrup pozwala chłopczykowi ciągnąć za swój palec. — To dobry kompan i całkiem niezły pomagier. Uważaj tylko, bo uwielbia guziki, kolekcjonuje je.
Wskazał gestem, aby iść dalej. Lepiej było się ruszyć, niż stać i marznąć. Anastasius ruszył przodem, splótł ręce za plecami i obserwował las, co jakiś czas zerkając w stronę kobiety. Była dość niska, miała łagodną twarz i nie wyglądała jak ktoś, kto znalazł się w azylu przez pomyłkę. Nie wyczuwał od niej buntu ani żadnych negatywnych emocji, które świadczyłyby o tym, że jest tutaj nieszczęśliwa, choć może się mylił, nigdy nie był zbyt dobry w odczytywaniu ludzkich uczuć.
— Masz ochotę napić się herbaty, panno Durant? — spytał. — Mieszkam niedaleko, w domu z czerwonym dachem. Oczywiście, nie nalegam, jeśli masz inne sprawy lub po prostu nie chcesz ryzykować tym, że mógłbym okazać się kimś niegodnym zaufania, ale zapewniam, że nie mam złych intencji. Całkiem dobrze żyje mi się w azylu, nie ryzykowałbym nieprzyjemnościami.
Anastasius był dozorcą cmentarza, ściśle współpracował z Radą i raczej cieszył się poważaniem, choć pewnie to dlatego, że zajmował się trupami, a trupem będzie każdy – prędzej czy później. Poza tym nie wchodził w żadne konflikty i niezbyt często pokazywał się w mieście tak po prostu. Unikał barów, nie pił zbyt dużo ani chętnie, więc ograniczał się jedynie do zakupów.
— Jeśli martwisz się o Caleba, myślę, że Oggy doskonale zajmie się małym, gdy ty będziesz pić herbatę. Jestem pewien, że w jakiś sposób się rozumieją… — Zerknął w stronę szkieletu, który syczał wesoło. Anastasius uśmiechnął się lekko. — Oggy dawno nie był tak podekscytowany, chyba Caleb zyskał przyjaciela, choć nawet jeszcze nie jest w stanie zrozumieć, co to oznacza.
Anastasius von Weiss
[Ooooh, no tak... ok, tego się nie spodziewałam w ogóle! Czad! Teraz to trzeba ukochać to dziecko jeszcze mocniej!]
OdpowiedzUsuńNoor dbała o to, by ci którzy szukali pomocy i wsparcia w aptece, otrzymywali to, nie musząc szukać nigdzie indziej czy to produktów, czy porad. Była skryta, nieufna, mimo kilku lat w azylu wciąż otoczona pozorami i zamknięta w sobie, ale o interes i klientów dbała z niebywałą troską. Gdy podawała leki, opatrunki, czy ziołowe, mieszanki w jej rękach, w tym jak trzymała kartoniki, albo jak chwytała cudzą dłoń, by zawiesić na palcach klienta cienką foliową reklamówkę, przebijało się ciepło, którego zwykle nie pokazywała na zewnątrz. Runy pozwalały jej ujarzmić chaos, który nieustannie podburzał ją od środka, ale ona i tak się pilnowała, nieustannie uważała, aby nikogo nie zwieść i nikomu nie zaszkodzić.
Dziecko czarownicy było kimś, kto nie miał jasnej aury, to co było wokół niego, ta energia której nie dało się przypisać nikomu z stuprocentową pewnością, przypominały Noor o tym, że ona jako mieszanie ci wyrzutek nigdy nie otrzymała tyle czułych spojrzeń od matki jako dziecko i nigdy nie czuła się tak kochana, jak mógł czuć się Caleb, kiedy tylko podrośnie na tyle, by to pojąć. W jakimś stopniu lubiła obserwować tę dwójkę ukradkiem, być świadkiem bezwarunkowej miłości i głębokiej troski kobiety do malca. To w jakiś sposób zaleczało ogromne pokłady jej własnej samotności i tęsknoty, wypełniając je spokojem.
Bardzo ceniła sobie pomoc Élary, to jej milczenie pełne zrozumienia i akceptacji. Nie szukała w niej przyjaciółki, a jednocześnie każdego dnia miała coraz silniejsze wrażenie, że mogłaby czarownicy powierzyć swoje sekrety i podzielić się koszmarami, które budują wokół niej najtwardszy mur. Nie pilnowała jej pracy, nie kontrolowała każdego kroku, dała jej szansę i zaufała, zupełnie tak jak Rada zaufała jej, powierzając aptekę i choć Noor nie chciała podporządkować się w całości panującym w azylu zasadom, bo w wszystkie je nie wierzyła i szukała sposobu, aby dyktować własne, wiedziała, od czego zależy tu jej bezpieczeństwo. Wiedziała też, że Élara to rozumie i zrobi wiele, by chronić siebie i syna. I ona była gotowa im pomóc.
Przyglądała się przez dłuższą chwilę kobiecie, jej gestom, tym jak kręci głową, jak kilka kosmyków opada jej na policzki i wraz z ruchem ulega prawom fizyki. Przez ułamek sekundy jej brwi zsunęły się niżej, jakby miała się zmarszczyć w irytacji, albo podejrzliwości, ostatecznie jednak czoło pozostało gładkie, a Noor pozwoliła sobie na delikatny uśmiech. Jeśli czarownica w niej coś wyczuła, a nie skomentowała tego w żaden sposób, mogła nawet dostrzec wszystko, a Dubois nie miała zamiaru zaczynać tematu pierwsza. Nie miała nic przeciwko pytaniom tak długo, jak jej swoboda i prywata pozostawały nienaruszone w rażący sposób.
- Bardzo chętnie się napije ten rytualnej herbaty, pomóc ci coś przygotować? - skinęła głową i oparła się tyłem o kant lady po tej stronie, pozwalając rękom spocząć bez sił wzdłuż smukłej figury.
Wiedziała, że jej uroda przyciąga, że płynność ruchów, to jaka jest w gestach lekka i eteryczna wabi, ale to było dalekie do pewności siebie, nad którą pracowała. Bo Noor w gruncie rzeczy w swej dwoistej naturze była bardzo chaotyczna, niepewna, niespokojna i zmienna, a to co pociągało innych w niej najbardziej, jej nie przynosiło wcale ukojenia ani satysfakcji. Teraz była niewyspana, zmęczona i czuła to w każdej kosteczce jak silne przeziębienie, łamiące na drobniejsze okruszki.
Zerknęła w kierunku kocyka, w którym spoczywał zawinięty w ramionach matki Caleb. Te momenty, gdy ich spojrzenia się krzyżowały pozwalały jej się wyciszyć, pozwalały odgonić skłębione myśli, ale teraz zielone tęczówki tylko błysnęły intensywnie, zderzając się z kolorowym materiałem, skrywającym skarb czarownicy.
Noor