nagłówek

19.12.2025

[KP] Zaufanie to tylko obietnica, którą składasz, by sprawdzić, jak bardzo zaboli jej złamanie

Malphas Vane
Malphas Vane
Kambion • Manipulator • 28 lat

Zszedł z drogi dawno temu. Sam ją porzucił, kiedy zrozumiał, że cnota nie daje nic w zamian. Wie, jak mówić, jeszcze lepiej wie, kiedy milczeć. Każde słowo jest narzędziem, każdy gest obietnicą, którą można złamać bez cienia żalu. Ludzie ufają mu szybciej, niż powinni. Demony, wolniej, niż by chciały. Manipulacja jest odruchem.

Korzysta z życia bez wstydu. Smakuje je łapczywie. Ciała są dla niego chwilowe, wymienne. Imiona nie mają znaczenia. Emocje są zbędnym balastem. Nie szuka bliskości, tylko potwierdzenia, że wciąż coś czuje, albo, że potrafi sprawić, by inni czuli więcej.

Do Last Salvation trafił niecały miesiąc temu. Azyl brzmiał jak dobra opcja: izolacja i nowe zabawki do psucia. Szybko zrozumiał zasady. Brak ucieczki. Brak pełni mocy. Obowiązek pracy. I jedno niewypowiedziane prawo: nie zadawaj pytań, jeśli chcesz oddychać.

Uczy się ludzi, Rady, funkcjonariuszy. Wie, że w każdym ogrodzie najszybciej rosną chwasty. Jeśli Last Salvation myśli, że zamknęło potwora, to jeszcze nie zrozumiało, że potwory najlepiej czują się tam, gdzie wszyscy udają, że są dobrzy.

Język Pragnień Instynktowne wyczuwanie najskrytszych potrzeb innych.
Aura Chaosu Subtelne sianie niepokoju i kłótni w otoczeniu.

37 komentarzy:

  1. [O, nie spodziewałam się drugiego pół-demona jak moja Noor! Super, to będzie dla niej szok, a że ma skrzywioną potrzebę poznawczą, to się może uczepić i nie puścić :P
    Podoba mi się, że stworzyłaś postać, która poszła tropem tego chaosu, który zasiał rodzic nie-człowiek. Trochę szkoda, że to dupek, bo może w pewnym momencie przyciągnąć uwagę niechcianych oczu, ale... na pewno będzie tu z nim ciekawie <3
    Zapraszam do nas, jeśli masz ochotę, wydaje mi się, że możemy tu intersująco namotać :) Udanej gry!]

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć, jak fajnie widzieć tutaj kambiona, to są takie podstępne stwory (mówię to, oczywiście, jako komplement)! Bardzo fajny pomysł na to bolesne zderzenie z rzeczywistością — Malphasowi z pewnością nie do końca pasuje przebywanie w klatce, a właśnie się w niej znalazł. :) Podoba mi się też treść karty, jest zwięzła, ale dobrze przedstawia mało przyjemne motywacje Malphasa.
    Zapraszam do siebie, w razie chęci na pewno coś wymyślimy! Życzę też dużo weny i przyjemności z pisania. <3]

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dzień dobry, cześć i czołem :) Jest mi bardzo miło widzieć Cię także tutaj i mam nadzieję, że wraz z Malphasem zagrzejecie sobie tutaj miejsce :) Choć coś mi się wydaje, że to zamknięcie może w pewnym momencie zacząć nudzić tego pana... Oby do tego czasu namnożyło się nam trochę więcej funkcjonariuszy porządkowych, bo ci chyba nie będą mieli z Malphasem łatwo, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie ;)
    Bawcie się dobrze, ale może mimo wszystko nie za dobrze, a gdyby Levi mógł się Malphasowi do czegoś przydać, to oczywiście zapraszam :)]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć! Niezmiernie miło widzieć Ciebie i tutaj. ♥ Fajny ten Twój pan, a poza tym - jest na co popatrzeć. ^^ Myślę, że punktem zaczepienia mogłoby być w przypadku Malphasa i Rory wspólne przybycie do azylu, skoro oboje są tutaj od niespełna miesiąca. Jeśli więc najdzie Cię chęć, możemy spróbować to jakoś rozwinąć.
    Baw się dobrze i zostań z nami jak najdłużej. ^^]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubiła pracować w bibliotece. Podobała jej się cisza i spokój, które w niej panowały — żądni rozrywki i chwili zapomnienia mieszkańcy przychodzili tutaj po to, żeby albo wypożyczyć książkę i wrócić z nią do swojego mieszkania, albo siadali przy jednym ze stolików i zaczynali czytać. W świecie, w którym nie było telefonów, trzeba było jakoś radzić sobie z wszechobecną nudą, a Morrigan od zawsze uważała, że to właśnie literatura jest najlepszym sposobem na zabawę.
    Właśnie dlatego wyrwała się z rodzimej wioski w stronę wielkiego Dublina. Złożyła papiery na studia nie po to, by wreszcie poznać miejski świat, ale po to, by uczyć się od kogoś, kto miał wykształcenie w interesującym ją kierunku. Cóż, najwidoczniej nie taki miał być jej los — perfekcyjnie przewidziała to ciotka i połowa sąsiadów, dla których życie miejscowej banshee stanowił największą atrakcję. Morrigan, z perspektywy czasu, widziała w sobie idiotkę. Dlaczego myślała, że to właśnie jej uda się uniknąć reperkusji? Dlaczego wydawało jej się, że z jakiegoś niewyjaśnionego powodu miałaby pozostać niewykryta? Nie miała pojęcia. Być może przemawiała za tym młodzieńcza arogancja, być może — zwykła desperacja.
    Tak czy siak, teraz jej życie upływało na wdychaniu zapachu starych książek i udawania, że wcale nie widzi prętów klatki, w którą ją wsadzono. Z każdym mijającym dniem na wszystkim zależało jej jednak mniej, więc nie cierpiała szczególnie mocno — a przynajmniej nie bardziej, niż zazwyczaj. Dalej nie mogła spać, noce stały się czasem rozchwiania, nie stabilności, ale ona jakoś sobie radziła. W końcu musiała.
    Pochyliła się nad wolnym stolikiem, nad którym rozłożyła książkę. Obok stał wózek, wypełniony po brzegi różnymi lekturami. Morrigan właśnie zajmowała się porządkowaniem nowo przybyłych nabytków i jednym z jej zadań było oznaczanie każdego egzemplarza prostą pieczątką. Rutyna. Porządek. Coś, przy czym mogła przestać myśleć.
    I właśnie wtedy usłyszała głos, który niemalże zdążył zatrzeć się w jej pamięci — głos, którego nie słyszała od dziewięciu lat. Głos, będący ostatnią przyjemnością przed największą tragedią jej życia.
    Podniosła głowę, zaskoczona, i zamrugała powoli. Zazwyczaj była trochę otumaniona lekami, które brała, żeby chociaż raz przespać całą noc i się nie obudzić, ale Malphasa widziała w tym momencie bardzo wyraźnie. Przełknęła ślinę, wyprostowała się.
    — Czy mogę ci jakoś pomóc? — zapytała sucho, nie wiedząc, co innego mogłaby powiedzieć.

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  6. Bezsenne noce nie były już dokuczliwe, a Noor od paru lat przebywania w tym miejscu, potrafiła znaleźć jeszcze większe ukojenie w ciszy, niż przed przybyciem do azylu. Cisza już nie oznaczała, że ktoś nadchodzi, by ją skrzywdzić i świat cichnie równie wystraszony, jak ona. Nie dokuczał jej głód, nie trzęsła się z zimna, miała co włożyć do garnka i czym się zająć, więc ostatecznie, nawet jeśli nie wszystkie zasady były jawne i proste, wiedziała, że na zewnątrz jest gorzej. Dużo gorzej.
    Apteka prosperowała dobrze, nie brakowało jej klientów. Mieszkanko jakie dostała w przydziale piętro nad lokalem, pachniało już tak, jak pachnie miejsce zamieszkane, a nie obce. Noor oswajała się z myślą, że tu umrze, z ograniczeniami i spokojem, za który płaci odpowiednią cenę. Nie podejrzewała nigdy, nie jej życie potoczy się w tę stronę, ale przymykała oczy na to, co działo się wokół, jak wymuszony był pokój i jak kontrolowani wszyscy na każdym kroku. Robiła to, co umiała najlepiej, dostosowywała się. Wolała być tu, niż wrócić na zewnątrz i znów bać się tak, że bolał ją każdy oddech.
    Była ciemna noc, księżyc jeszcze długo nie dogoni pełni i dziewczyna postanowiła wyjść z domu. Nie miała umówionego żadnego spotkania na zapleczu, nie musiała na nikogo czekać i nie spodziewała się, że ktoś ją odwiedzi, więc z lekkim sercem weszła w wąskie przejścia między budynkami, by dotrzeć na skraj osiedla i wkroczyć w las. Tam było najspokojniej, mrok był najczarniejszy, a ona czuła się najbardziej wolna w tej niewoli.
    Chlust wody usłyszała już z daleka. Nie wycofała się, bo o ile runy ograniczały jej umiejętności, o tyle każdy kto przebywał w azylu przechodził przez podobną inicjację i mógł ją skrzywdzić w równym stopniu. A Noor choć śliczna i słodka, umiała się bronić. I nie brakowało jej odwagi, by stanąć twarzą w twarz zagrożeniem. Szła nad jezioro, chcąc odpocząć od duszącego uczucia, jakie prześladowało ją już od dłuższego czasu, że jest obserwowana. Chciała odetchnąć głęboko, pełną piersią, chciała poczuć zapach mokrej ziemi i usłyszeć gwizdy wiatru świszczącego między drzewami nad wodą. Lubiła ciemność i krzyżowanie się ścieżek, drobne wydeptane w poszyciu ślady zdradzające jak wiele istot, które się dostosowały do zasad rady, wciąż próbuje się odnaleźć po swojemu. Stanęła jednak nad brzegiem, parę metrów od wody, a jej jasne oczy błysnęły zdumieniem, gdy dostrzegła, że w wodzie kąpie się mężczyzna. Sądziła, że trafi na jakąś nimfę, może syrenkę, ale nie... Obcego.
    Wsunęła dłonie w kieszenie krótkiej puchowej kurtki i podeszła bliżej, niespecjalnie kryjąc się z swoją obecnością. Wyczuła coś znajomego, coś nieuchwytnego i dziwnego. Coś, czego nie umiała nazwać, ale była pewna, że jest jej to bliskie.
    Podeszła i przysiadła obok kupki jego ubrań na przewalonym pieńku.

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  7. — Czemu znowu wracasz taki obszarpany?
    Przed Thatcherem niewiele można było ukryć, dlatego Levi niespecjalnie starał się to robić. Teraz Thatcher zatrzymał wózek w progu kuchni, po której kręcił się Levi i dzięki temu miał doskonały widok na obitą gębę jedynego syna oraz to, jak ten kuśtykał, starając się w ten sposób odciążać skręconą, a przez to bolącą kostkę.
    — Bo mam pecha — odparł Levi i wcale przy tym nie kłamał, naprawdę miał pecha. Bo czy jego winą było to, że dziewczyna, która dosiadła się do niego w tamtym barze, miała chłopaka? I że została przez tego chłopaka przyłapana na flirtowaniu z Levim, przez co niemalże dosłownie obróciła kota ogonem i zwaliła całą winę na niego, tłumacząc, że to Levi się do niej dosiadł i nie chciał odpuścić? Jeśli Leviemu można było coś zarzucić, to tylko to, że nie zareagował wystarczająco szybko i tamten zdążył sprzedać mu mocny i celny cios prosto w nos, przez co teraz ten nos wyglądał jak kartofel. Kostkę skręcił, kiedy już udało mu się wydostać z baru i kiedy po prostu poratował się ucieczką, a że oglądał się przez ramię by sprawdzić, czy tamten go goni, to wpadł do jakiejś dziury i wykrzywił stopę tak, że jego staw skokowy tego nie wytrzymał, torebka stawowa pękła i teraz kostka młodego Ackermanna była tak opuchnięta, że stała się grubsza, niż jego łydka.
    — Pecha! — prychnął pogardliwie Thatcher i skrzyżował ręce wysoko na piersi. — Ile razy ci mówiłem, że masz uważać? Nie wychylać się?
    — Nie wychylam się! — warknął Levi, podnosząc ton i lekko uderzył otwartą dłonią o kuchenny blat. Na karku poczuł podmuch zimnego powietrza wpadającego do środka przez uchylone okno i wzdrygnął się pod wpływem dreszczu, który spłynął w dół jego kręgosłupa. — A czy ty zawsze musisz być taki upierdliwy? — spytał, podnosząc wzrok na ojca.
    — Gdybyś był rozsądny, nie musiałbym być upierdliwy — odparował Thatcher, przekonany o swojej racji. I tak jak nie dało się przed nim niczego ukryć, tak też nie dało mu się udowodnić, że się mylił – Thatcher Ackermann nie mylił się nigdy, oczywiście w swoim własnym mniemaniu, ponieważ zdaniem Leviego mylił się często, choćby tak jak teraz, kiedy nazywał go nierozsądnym obdartusem.
    — Jestem… — zaczął Levi, ale urwał. Obiema rękoma oparł się o blat, pochylił głowę i pokręcił nią powoli. To nie miało sensu, a i tak podejmowali tę lub podobną rozmowę za każdym razem, kiedy Levi wracał do azylu i kiedy coś mu było. A dziś było mu naprawdę niewiele i naprawdę nie przydarzyło mu się to z jego winy.
    — Obiad masz w lodówce — poinformował szorstko. — Wrócę na kolację — dodał, okrążył stojący na środku kuchni stół i przystanął przed ojcem. — Przepraszam, wychodzę — rzucił, cierpliwie czekając, aż taranujący wózkiem wyjście z kuchni Thatcher się przesunie.
    — Dokąd? I po co?
    — Donikąd i po nic. Przesuniesz się, proszę? — powtórzył, nie kryjąc rosnącej irytacji. Mierzyli się z ojcem wzrokiem i niewiele brakowało, a obaj by się zjeżyli. W końcu to Thatcher skapitulował i wycofał się wózkiem do korytarza przecinającego dom, który dzielił go na dwie równe połowy i kończył się stromymi schodkami na niski strych. Pamiętał, jak raz Levi po prostu przelazł po nim i nad nim, zapierając się nogami i rękami o futrynę drzwi.
    — Dziękuję.
    Levi bynajmniej nie podziękował grzecznie. Wypluł z siebie to słowo, cedząc je przez zęby i wyszedł na mróz. Ledwo wrócił, nawet nie zdążył ściągnąć butów i kurtki, bo chciał pochować przyniesione rzeczy po kuchennych szafkach, a Thatcher już zaczął suszyć mu głowę. Nie cierpiał tego, tak jakby ojciec nadal widział w nim tamtego durnego szesnastolatka, którym w istocie był i który robił głupoty, ale minęło jedenaście lat. Jedenaście lat, odkąd znaleźli się w Last Salvation i przez te jedenaście lat Levi się ogarnął. Trochę chciał to zrobić, a trochę nie miał innego wyjścia, szczególnie po tym, jak Thatcher wrócił do miasteczka sparaliżowany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szedł teraz przed siebie, tak jak powiedział, donikąd i po nic. Noc spędził na zapleczu apteki, gdzie Noor trochę go oporządziła, a kiedy tylko nastał ranek i Levi obudził się z płytkiego snu, wyszedł i odmeldował się w ratuszu. Potem ogarnął kilka spraw na mieście i wrócił do domu, z zamiarem położenia się do łóżka i przespania reszty dnia. To był naprawdę dobry plan i Levi by go zrealizował, gdyby nie napatoczył się na narzekającego Thatchera. Był zmęczony i obolały, przez co wyjątkowo nie miał cierpliwości do ojca i dlatego wyszedł. Czego, idąc w dół ulicy, odrobinę żałował. Bolała go kostka, bolał go nos i było mu zimno pomimo warstwy ubrań. Może mógł wrócić do Noor, na zaplecze apteki i tam się przekimać?
      Nie miał świadomości, że przez to uchylone, kuchenne okno jego sprzeczkę z Thatcherem było słychać na ulicy i że kogoś ta sprzeczka ucieszyła bardziej, niż powinna.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  8. Nie spodziewała się zobaczyć go już nigdy więcej. Zapomniała o wszystkim, co ich łączyło, bo tak było najprościej — zresztą, czy tych kilka wspólnych nocy naprawdę mogło cokolwiek znaczyć? To wszystko wydarzyło się przecież tak dawno… Kiedy się spotkali, była znacznie młodsza, żądna wiedzy i przygody. Wyrwała się ze swojego wąskiego świata i wkroczyła w nowy, który bardzo szybko ją wypluł. Musiała bardzo szybko dostosować się do realiów azylu, mającego okazać się zwykłą klatką — Morrigan, zanim się o tym dowiedziała, miała nadzieję uciec w nim przed przeszłością.
    Ale przeszłość postanowiła ją dogonić.
    Patrzyła na niego, kiedy zrobił krok w jej stronę. Nie chciała, żeby zbliżał się bardziej. Doskonale wiedziała, kim jest — właśnie dlatego dziewięć lat temu odważyła się na pójście z nim do łóżka — i była przekonana, że bezpieczniejsze dla niej byłoby utrzymanie stosownej odległości. Przy nim czuła się naga — tak jak ona wyczuwała śmierć, tak on bezbłędnie odczytywał ukryte pragnienia. Ta świadomość była absolutnie koszmarna.
    Wbiła paznokcie w skórę dłoni, słysząc jego kolejne słowa; to, jak wyciągał na wierzch wszystkie jej myśli, jej tajemnice. Nie musiał tego robić, a już na pewno nie w miejscu jej pracy, do którego przychodziła przede wszystkim po to, żeby zająć się czymś innym od własnych myśli. Odnalazła wzrokiem jego oczy, które wpatrywały się w nią z dziwną mieszaniną gniewu i rozczarowania.
    — Widzę, że zrobiłam na tobie wrażenie. — W jej ciele zaczął zbierać się gniew; przywitała go z dziwną radością. Już dawno nie czuła niczego tak naprawdę. — Czy myślałeś o mnie tylko dlatego, że jestem jedyną osobą, której nie zdążyłeś porzucić?
    Odstawiła książkę i pieczątkę na blat, wiedząc, że i tak nie będzie w stanie skupić się teraz na swoich obowiązkach. Śmieszne, pomyślała, nie odrywając spojrzenia od jego twarzy. To wszystko było cholernie śmieszne, bo Malphas był jedynym żyjącym człowiekiem z jej przeszłości — a przynajmniej jedynym znaczącym, chociaż nie chciała mu tego powiedzieć. To byłoby żenujące.
    Rozejrzała się dookoła. Cała ta scena spowodowała, że zaczęli łapać spojrzenia innych osób — czytelników, oderwanych od swoich lektur. Morrigan zacisnęła usta, zawstydzona.
    — To nie jest miejsce na rozmowy — dodała, znacznie ściszając ton głosu. — Przeszkadzamy.

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  9. Przesadziła. Być może wiedziała o tym, jeszcze zanim się odezwała, ale bezwiednie poddała się gniewowi i temu nagłemu, przerażającemu odczuciu całkowitego odsłonięcia. Nie była gotowa na tę konwersację — tak naprawdę nie czuła się przygotowana nawet na widok Malphasa. Całkowicie ją zaskoczył, zmusił samą swoją obecności do zanurzenia się we wspomnieniach, które przez lata usiłowała pogrzebać. Patrzenie na jego twarz bolało. Słuchanie jego słów wściekało.
    A jednak… Miała wrażenie, że wyrywa się marazmu, że ten ból i gniew rozmywa mgłę, jaką zasnuł się jej umysł. Tak dobrze było poczuć coś innego od beznadziei i pozornego ukojenia, jakie dawała rutyna. W jej klatce piersiowej pojawił się płomień, którego dawno już tam nie było.
    Zamrugała, kiedy zbliżył się do niej jeszcze bardziej, nachylił się, zagarniając przestrzeń. Nie bała się go — niewiele rzeczy potrafiło wzbudzić w niej stach — ale poczuła coś na kształt wstydu. Jego zapach dalej umiał ją rozbroić. Tak naprawdę wcale nie chciała go zranić, chciała jedynie się odgryźć. Nie zawsze umiała określić, jak głęboko wbijają się jej zęby.
    W jego głosie zabrzmiał smutek. Morrigan chciała opuścić wzrok, ale wytrzymała jego spojrzenie; nie musiała nawet jakoś szczególnie się starać. Jego oczy przyciągały jej uwagę nawet dziewięć lat temu i nie straciły nic ze swojego piękna. Malphas był niezwykle atrakcyjnym mężczyzną, ale Morrigan przypuszczała, że to była też część jego uroku, odziedziczonego po demonicznym rodzicu.
    Ogarnęła ją ulga, gdy zobaczyła, jak kiwa głową. Nie miała ochoty na pranie swoich brudów w towarzystwie innych osób. Nudy w miasteczku było pod dostatkiem, a przecież to właśnie ona stanowiła doskonały podkład pod plotki. Morrigan nie chciała stać się kolejnym celem; po prawie dekadzie życia tutaj stała się już na tyle mało interesująca, by nie przyciągać niechcianych spojrzeń. W tym momencie widziała ich jednak co najmniej kilka.
    Odetchnęła, gdy się odsunął i gdy wróciło do niej powietrze. Zwęziła oczy, słysząc, że nie mógł jej zrozumieć. Nie odpowiedziała na to. Nie sądziła, żeby teraz przyszło mu to łatwiej; nie wiedziała nawet, czy tego by chciała.
    Patrzyła, jak odchodzi. Zacisnęła lekko wargi, ale wiedziała już, co ma zrobić. Tak naprawdę podjęła decyzję już wtedy, kiedy rzucił swoją propozycją. Chciała doprowadzić całą tę konfrontację do końca.
    Przetarła oczy i sięgnęła po następną książkę, chcąc pozbyć się chociaż części piętrzącego się w wózku stosu. Malphas mógł jeszcze chwilę poczekać. Wciąż była zła — także na siebie — w wyniku czego jej ruchy miały w sobie trochę więcej siły, niż zazwyczaj. Zauważyła, że ubrudziła sobie ręce granatowym tuszem, i zaklęła cicho. Nie widziała sensu w próbie ich wytarcia, wiedziała, że takie plamy szybko nie zejdą.
    Wyszła więc na zewnątrz, po drodze zgarniając swój płaszcz. W jego kieszeni znajdowała się wygnieciona paczka papierosów i zapalniczka. Ostatnio zdarzało się jej palić coraz częściej, chociaż jeszcze niedawno prawie wcale nie sięgała po tytoń.
    Czekał na nią pod dachem biblioteki. Zaczynało właśnie padać. Od ostatnich kilku dni pogoda była wprost paskudna.
    — Możemy teraz porozmawiać — powiedziała cicho, mrużąc oczy, gdy zawiało chłodem. Wyjęła papierosy z kieszeni. — Przepraszam za to, co powiedziałam chwilę temu. Przepraszam też za to, że cię zostawiłam. — Spojrzała na niego, bo łatwiej było poddać się temu przyciąganiu. — Ale to nie daje ci prawa do stawania przede mną i wyciągania na wierzch wszystkiego, co powinno zostać ukryte. — Włożyła papierosa między wargi i wyciągnęła w jego kierunku paczkę.

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  10. — Dzięki — wymamrotała, gdy Malphas odpalił jej papierosa i wciągnęła dym w płuca. Podrażnił jej gardło, do czego już dawno przywykła. Nawet się nie skrzywiła. Na chwilę zerknęła do góry, na szare niebo, które z każdą chwilą wydawało się chmurzyć jeszcze mocniej.
    Parsknęła śmiechem, słysząc, że widzi ją taką, jaką jest. Pokręciła lekko głową i sama nie wiedziała, czy w geście tym było więcej irytacji czy rozbawienia. Miał wgląd w to, czego pragnęła, lecz przecież nie mogła żyć tymi marzeniami; nie było miejsca na ich realizację, nie potrafiła znaleźć w sobie chęci na cokolwiek. Czuła, że gdyby teraz spojrzała w oczy siebie sprzed lat, znalazłaby tam gorzkie rozczarowanie.
    — Niestety się zmieniłam — zauważyła więc. — Może po prostu nie ma już niczego, co mógłbyś znaleźć.
    Wciągnęła dym znowu, przymykając oczy. Nikotyna trochę ją uspokajała, tak samo zresztą, jak dźwięk bębniącego o daszek deszczu. Morrigan stała ustawiona bokiem w kierunku Malphasa, ale odwróciła się, gdy kontynuował mówić. Zmarszczyła brwi, nie spodziewając się tego nagłego rozgoryczenia w jego głosie.
    Szczerze mówiąc, zapomniała już, jak wyglądały jej pierwsze tygodnie pobytu tutaj. Wszystko zlewało się w jedno — nie otrząsnęła się z szoku po utracie wszystkiego, co znała, a już nakazano jej szukać pracy. Najbardziej jaskrawym wspomnieniem było nakładanie runy na jej ramię i późniejsze uczucie dziwnej słabości połączonej z przekonaniem o braku kontroli. Morrigan jakoś przystosowała się do tego, czego od niej wymagano… Ale ona nie miała już do czego wracać. Jej sytuacja była prosta — albo azyl, albo nic. Pamiętała natomiast, że kiedy wyciągano ją sprzed zgliszczy rodzinnego domu, szarpała się i błagała, żeby ją tam zostawić. Nie na wiele się to zdało.
    Wysłuchała go do końca, a potem westchnęła ciężko. Miał rację. W Last Salvation z pozoru nic się nie działo, ale pod spodem tej fasady pulsowało coś zgniłego. Wiedziała to chociażby po tym, jak często budziła się w lesie albo w ślepej uliczce, w miejscach, w których odór śmierci wykręcał jej żołądek. Mieszkańcy albo udawali, że wierzą w panuącą tutaj normalność, albo faktycznie wierzyli, zapewne po to, by przekonać samych siebie, że nareszcie znaleźli bezpieczeństwo. Morrigan nie mogła ich winić. Świat poza granicami tego miejsca był…
    Jej twarz się wykrzywiła. Potrząsnęła głową, próbując uwolnić się od wspomnień, które właśnie zaczęły napływać.
    — Nie zostawiłam cię, bo tego chciałam — powiedziała wreszcie, cicho i powoli. Nie czuła się komfortowo z wracaniem do tamtego dnia, ale wyszła tutaj po to, żeby wreszcie wszystko mu wyjaśnić. Jeszcze raz zaciągnęła się dymem. — Ludzie dowiedzieli się, kim jestem. Musiałam uciekać. Po prostu… — urwała, żeby wybrać odpowiednie słowa. Bardzo rzadko mówiła o swojej przeszłości. Kiedy pozwalała swoim wspomnieniom wyjść na zewnątrz, wracał do niej tamten zwierzęcy strach. — Po prostu wyjechałam z Dublina. Chciałam wrócić do domu, ale na miejscu nie… — Wzięła głęboki oddech, jej ręce zaczęły drżeć. To nie był dobry znak. — Moja wioska została spalona.
    Na chwilę musiała przestać mówić. Włożyła do ust papierosa, skupiając się na odczuciu dymu, który powoli wpływał do jej płuc. Zakaszlała nagle, oczy zaszły jej łzami. Miała naprawdę mocno podrażnione gardło.
    — Żyję tutaj, bo do wszystkiego się przyzwyczaiłam. Zresztą, nie mam sił na opór. Nie jestem szczęśliwa, ale nie sądzę, żebym gdziekolwiek indziej była — oświadczyła w końcu. — Nikt na mnie nie czeka, Malphasie, nie mam do czego wracać. Ale ty… — Złapała jego zdenerwowane spojrzenie. Dusił się tutaj, to jedno było oczywiste. Wszechobecna nuda, wybiórcze sposoby na rozrywkę, przede wszystkim: nakazy, obowiązki. Dla kambiona to miejsce musiało być prawdziwym piekłem. — Co ty tutaj robisz?

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  11. Odwróciła wzrok, gdy wyraz jego twarzy tak drastycznie się zmienił. W jego oczach nagle pojawiło się współczucie, którego nie potrafiła znieść. Nie mógł przecież wiedzieć, że jej życie spłonęło, a ona nawet nie czuła się komfortowo z tym, że teraz już tę wiedzę posiadał. Ta informacja zawsze zmieniała sposób, w jaki ludzie ją postrzegali.
    Uniosła brew, gdy zabrał z jej ręki papierosa, ale nie oburzyła się wcale. Patrzyła, jak zaciąga się dymem i potem go wypuszcza. Nie zdziwiła jej informacja, że Malphas nie jest szczególnie zadowolony ze swojego położenia, ale zaskoczył ją poziom tej… złości. Najwidoczniej naprawdę zapomniała już, jakie to uczucie: zrozumieć, że jest się w pułapce bez wyjścia. Ona w tej pułapce się rozgościła.
    Nie miała gdzie się cofnąć, gdy znowu się zbliżył. Nie chciała nawet tego robić. Jego bliskość w dziwny sposób na nią działała, wyrywała z bezdennego poczucia nicości. Morrigan nie wiedziała, czy to dlatego, że pierwszy raz od dawna zetknęła się z żywą pozostałością tego, kim była kiedyś, czy po prostu chociaż na chwilę wróciło do niej do, co czuła na jego widok niemal dekadę temu.
    — Ja nie udaję — powiedziała wreszcie, po dłuższej chwili milczenia. Pokręciła głową, odgarnęła ciemne kosmyki włosów z twarzy. — Naprawdę nie zostało mi nic innego. Cholera, większość ludzi tutaj nie ma już do czego wrócić. Nie wiem, jak się z tym pogodzisz, ale albo wymyślisz sposób na wydostanie się stąd, albo w końcu będziesz musiał się dostosować.
    Zmarszczyła brwi, widząc jego uśmiech, a potem westchnęła ciężko. W Last Salvation żyło trochę potomków bogów i demonów, których łączyła jedna cecha — pragnienie chaosu. Przypuszczała, że skutki połączenia charakterystyki ludzkiej z demoniczną muszą być groźne; ludzie zawsze byli przynajmniej trochę zepsuci, a w połączeniu z nadnaturalnymi apetytami demona… Cóż. Efekt widziała przed sobą.
    — I co teraz? — zapytała. — Co zamierzasz zrobić? Jak długo możesz karmić się tymi brudnymi pragnieniami?

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  12. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie rozmawiała zbyt często z innymi mieszkańcami azylu — częściowo dlatego, że nie miała na to ochoty, a częściowo dlatego, że jej osobowość i zachowanie nieszczególnie zachęcały do konwersacji. Na pewno nikt z czytelników, sąsiadów czy klientów sklepu, do którego akurat poszła, nie zwracał się do niej w taki sposób. Ludzie zazwyczaj po prostu się jej obawiali; być może myśleli, że jeśli tylko poświęcą jej odrobinę uwagi, to przepowie im śmierć? Cóż, niestety nad tym nie miała żadnej kontroli, mogło się zdarzyć i tak.
    Ale tak jak ona nie bała się Malphasa, tak on nie czuł żadnego strachu przed nią i tym, co reprezentowała. Właśnie dlatego pozwalał sobie na mówienie do niej w ten sposób.
    Nie drgnęła nawet, gdy chwycił jej wilgotne włosy i odsunął je na bok, chociaż nie pamiętała już, kiedy ostatnio pozwoliła komuś na taki dotyk. Stroniła od ludzi tak samo, jak oni stronili od niej. Tak naprawdę było łatwiej, przejrzyściej. Bezproblemowo.
    — Szczerze mówiąc, nie potrzebuję już nikogo, kto puszczałby mój dom z dymem. Chciałabym zostawić to za sobą — odparła sucho. Pokręciła głową i odepchnęła się od chropowatej ściany. — Życzę ci powodzenia. Miło było wszystko sobie wyjaśnić.


    Blister był pusty.
    Morrigan zaklęła, rzucając go na podłogę, i sięgnęła do szuflady w poszukiwaniu innych tabletek. Im głębiej jednak grzebała, tym szybciej spadała jej nadzieja i rosła desperacja. Przez ostatnie tygodnie wyczerpała wszystkie zapasy. Westchnęła ciężko, zanim osunęła się na podłogę i ukryła twarz w drżących dłoniach.
    Potrzebowała czegoś, co pozwoliłoby jej na otępienie. Zawsze, kiedy zapadała noc, czuła się niespokojna, przestraszona. Bała się snu, chociaż ten i tak rzadko kiedy nadchodził. Bała się transu i tego, co odkryje na miejscu, do którego ją doprowadzi. Bała się swoich własnych myśli i wspomnień. Za lekami chowała naprawdę wiele, a teraz czuła się zupełnie odsłonięta. Nie była na to gotowa i musiała coś z tym zrobić.
    Po chwili wstała i podeszła do szafy, której zawartość otaksowała krytycznym wzrokiem. Rzadko kiedy chodziła do baru po to, żeby spędzić w nim czas na piciu alkoholu i socjalizowaniu się z innymi — wciąż miała nadzieję na uniknięcie tej drugiej części, ale i tak musiała ubrać się w coś, co nie było noszonymi od kilku dni ubraniami domowymi. Ostatecznie sięgnęła po ciemne jeansy i czarną koszulkę na ramiączkach, przeczesała włosy, zrobiła sobie makijaż, którego głównym celem było zasłonięcie fioletowawych cieni pod oczami, i w pośpiechu opuściła mieszkanie.
    W barze zamówiła trzy shoty czystej wódki, nie mając nawet ochoty na bawienie się w drinki. Gorzki, palący smak alkoholu wypalił jej gardło i rozlał się ciepłem po całym ciele, ale była w stanie to przeżyć. Nie przepadała za piciem, lecz w tym momencie kierowała nią czysta desperacja. Na szczęście w barze był tłum ludzi, w którym łatwo było się schować i nie zwracać na siebie uwagi. I tak nikt by do niej nie podszedł, ale bardzo nie chciała dawać powodów do plotek.

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń

  13. Noor spojrzała na niego z mieszanką zaskoczenia i spokoju niezachwianego ani słowami, ani tym, że się zbliżał, ale w jej oczach można było dostrzec też coś intrygującego, nutę odwagi i butności, z której sama sobie chyba nie do końca zdawała sprawę. Powoli, z pełną ostrożnością, wyprostowała się, nie odwracając wzroku od jego chłodnych, czujnych oczu. I od ciała, którego zlustrowanie dało jej chwile przyjemności. Był cholernie piękny, jak rzeźbiony w marmurze i ona na tym się znała, bo miała równie idealne ciało.
    Czekała, aż wyjdzie z wody, bo nie miała ochoty podnosić głosu. Wiatr gwizdał między drzewami, a oni oboje wydawali się nieporuszeni ani chłodem, ani porą tego spotkania. Nawet jeśli dopiero co przybył do w azylu, powinien zrozumieć, że każda z istot tu, nawet najłagodniejsza, mogła być niebezpieczna. Wśród ludzi należało się chować, uważać, bo to oni - najzwyklejsi, przeważali w liczbie i mieli siłę. Ale tutaj? Tutaj panowały inne zasady. I tutaj o najbardziej niepozorna dziewczynka mogła zniszczyć wszystkich.
    - Nie zdążyłam się przywitać i nie wiesz, czy robię to tak, jak oczekujesz - zauważyła spokojnym głosem. - I nie boję się tego jeziora, bo znam je lepiej, niż myślisz. A wspomnienia.... niektórzy dużo płacą, by je wymazać - dodała, z lekkim uśmiechem, choć w jej spojrzeniu wciąż czaiła się czujność.
    Przesunęła się trochę bliżej, ale nadal zachowała bezpieczny odstęp i nadal siedziała na przewalonym drzewie. Podniosła rękę i delikatnie wskazała na jego ubrania, tak tylko symbolicznie, jakby chciała powiedzieć, że nie zamierza uciekać, ale też nie zamierza się narzucać i może czuć się dostatecznie swobodnie by pozostać nagi, lub sięgnąć po chociażby spodnie i schować goły tyłek. Chociaż już teraz umiała powiedzieć, że on nie należy do skrepowanych i wstydliwych osób, a swoboda jest jego kartą.
    - Zadajesz dużo pytań - mruknęła, próbując zebrać wszystkie odpowiedzi. Zasypał ją i tego nie spodziewała się równie bardzo, co możliwe on odwiedzin kogoś w lesie podczas swojej kąpieli. - Nie wiem, czy to ważne, kim jestem. Prowadzę aptekę, mam na imię Noor - przedstawiła się, patrząc mu w oczy. - A ty? Kim jesteś, by tak nieostrożnie pluskać się nocą w jeziorze i przyglądać mi się, jakbyś próbował odgadnąć, czy można mi zaufać? - uśmiechnęła się kącikiem ust, jakby chciała mu pokazać, ze go nie zje. A może jakby wręcz przeciwnie, chciała mu dać do zrozumienia, że w jej słodyczy jest zguba.
    W końcu wstała, aby nie musieć zadzierać głowy, by dosięgać jego oczu. Miał aurę... znajomą, ale taką, której nigdy nie czuła. Taką jak jej. Zrobiła krok w jego stronę, nieco bardziej pewna siebie, choć wciąż rozpoznając w nim coś nieprzewidywalnego, coś, co przypominało drapieżnika, ale i kogoś, kto sam musi jeszcze uważać. W tej chwili, mimo chłodu i ciemności, czuła, że spotkanie to może mieć znaczenie nie tylko dla niej, ale i dla niego, choć nic z tego do końca nie rozumiała.
    - Nie usiadłam ci na butach, tylko obok - sprostowała jeszcze tę jedną, ważna kwestię.

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Cześć! Jak miło Ciebie widzieć <3
    Ciekawa jestem tej jego części człowieczej, sama Faith się z nią okropnie zderza, choć może Malphas ją całkowicie wyparł? ;>
    Świetnej zabawy i w razie chęci oczywiście zapraszam na burzę mózgów :D]

    Faith Smith

    OdpowiedzUsuń
  15. Levi nie zdawał sobie sprawy, że ktoś zdecydował się towarzyszyć mu w tej bezcelowej wędrówce, dopóty ten nie zrobił ruchu w jego stronę. Levi najpierw go usłyszał, potem dopiero zobaczył, kiedy mężczyzna wszedł w plamę światła rzucanego przez jedną z latarni. Przystanął, ciężar ciała oparłszy na zdrowej, lewej nodze i wcisnąwszy głowę w ramiona, a tym samym głębiej w kołnierz kurtki, popatrzył na nieznajomego. Nie wiedział, z jaką istotą ma do czynienia, a wolałby to wiedzieć, bo choć moce mieszkańców Azylu pozostawały ograniczone, to ci wciąż jakimiś dysponowali, przez co Levi najczęściej pozostawał na przegranej pozycji. Był tylko kotołakiem, co w jego ludzkiej postaci przekładało się na wyostrzone zmysły i zwinność ruchów, a także niezłą formę fizyczną, przez co zawsze mógł poratować się ucieczką, ale gdyby ktoś postanowił trzasnąć go jakimś zaklęciem, to pewnie i tak by go dosięgło.
    Nadstawił uszu, kiedy mężczyzna się odezwał. Zacisnął i rozprostował palce dłoni wciśniętych w kieszenie kurtki, jakby dzięki temu te nie miały tak szybko zmarznąć. Zatem nieznajomy słyszał jego godną pożałowania kłótnię z ojcem? Levi prychnął cicho i otrząsnął się na samo jej wspomnienie, ale jak dotąd nie odezwał się słowem. Pozwolił, by to mężczyzna mówił, ponieważ wiele wskazywało na to, że nie miał wcale złych intencji. Był tutaj nowy, jak przyznał, a co Levi zdołał już sam wywnioskować, bo mieszkając w Azylu przez jedenaście lat, zdążył poznać zdecydowaną większość jego mieszkańców.
    Przechylił głowę, zastanawiając się, czy faktycznie kogoś takiego potrzebuje. Doszedł do wniosku, że niekoniecznie. Nie miał tutaj przyjaciół, raczej dobrych znajomych, takich, którzy bratali się z nim z czystej sympatii lub wyłącznie dlatego, że zależało im na ubiciu interesu. Wrodzona ostrożność utrudniała mu nawiązywanie głębszych relacji, tym bardziej po tym, jak bolesne okazało się utracenie niemalże wszystkich z nich. Został mu tylko ojciec. Zrzędliwy i upierdliwy, często także surowy, ale jaki by nie był, Levi spędził z nim całe życie. Także z nim przetrwał rzeź sabatu, późniejszą ucieczkę i drogę do Azylu, kiedy namierzył ich Ściągający.
    — Levi — odpowiedział, kiedy tamten zdradził swoje imię. — Byłem już w aptece, ale do baru nie zdążyłem dotrzeć i to chyba był błąd — zauważył, a tym samym przystał na propozycję Malphasa. — Skoro ty stawiasz — dodał mrukliwie i wychylił głowę zza kołnierza kurtki, uśmiechając się przebiegle.
    Potem podszedł, a raczej dokuśtykał do mężczyzny i kiedy znalazł się obok, zachęcająco skinął na niego głową, od razu obierając kierunek na bar. Nie mieli do niego daleko, bo Levi i jego ojciec mieszkali stosunkowo blisko centrum, jakie wyznaczał niewielki rynek i ratusz, a jednocześnie mieszkali w spokojniejszej okolicy o niższej zabudowie.
    — To kiedy trafiłeś do Azylu? — zagadnął i zerknął na Malphasa, kiedy ten zrównał z nim krok. Kiedyś Levi z powodzeniem nadążał za nowo przybyłymi, wiedział, kto się zjawił i jak się nazywał, ale teraz, kiedy Last Salvation się rozrosło, a Ściągający nad wyraz dobrze wykonywali swoją robotę, raczej się tym nie interesował. Co rusz mijał na mieście nowe twarze, ale nikogo nie zagadywał, tak jak sam nie był przez nikogo zagadywany, chyba że ktoś poczta pantoflową dowiedział się, co Levi robi przy okazji bycia Łącznikiem i miał do niego interes.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  16. [Po pierwsze, dziękuję bardzo za powitanie :D
    Po drugie, o, woow, kambion, czyli ktoś, od kogo Élara normalnie trzymałaby się z bardzo daleka :D No ale nie od tego są nasze postacie, żeby im życie ułatwiać!
    Jaki chaos Malphas chciałby zasiać, żeby Élara miała co uspokajać? 😈]

    Élara Durant

    OdpowiedzUsuń
  17. Była jednością z nocą. Istotą, która ciemniała wraz z kolejnymi ciężko opadającymi powiekami. Noc zginała się wokół niej miękko jak tkanina, a cienie sunęły wolno, bacznie obserwując jej kolejne kroki. Asta sunęła w mrok lekko, dryfując gdzieś na granicy, w wiecznym pomiędzy. Smukłe palce dotykały najczulszych granic, których nie można było dojrzeć gołym okiem.
    Brnęła powoli i niespiesznie, choć w środku jej szarzejącego we mgle ciała kołtuniły się demoniczne śmiechy i ciepłe poklaskiwanie w rytm dudniących serc. Mara była czymś więcej niż nocnym duchem. Była strażniczką tego, co straszne i powierniczką tego, co nigdy nie znalazło miejsca po jasnej stronie snu.
    Dla Asty noce były chwilą ulgi i równowagi. Błądzenie w cudzych, grząskich odmętach dawało satysfakcję, a dziecięca ciekawość – wciąż żywa i nienasycona – pchała ją coraz głębiej. Strach rozkochiwał ją w sobie każdej nocy na nowo, sprawiając, że jej czerniejące kości, coraz mocniej ciążyły w ciele.
    Zerkanie w cudze sny stało się dla Asty sposobem na poznawanie mieszkańców Azylu. Mijające ją na ulicach istoty jawiły się jako uciekinierzy, zdrajcy, kaleki, choć w rzeczywistości byli jedynie posklejani ze skrawków tego, co pozostało po nieprzespanych nocach. Lubiła wiedzieć, co trapi tych, którzy pod fasadą dziennego światła nosili pęknięcia niewidoczne dla obcych spojrzeń.
    Jego sny obserwowała od krótkiego czasu. Gdy jego nocna droga namalowała się na jej mglistym obrazie, coś żarzyło się wokół niewidocznie. Nie znała go z ulic Azylu, a energia, która piętrzyła się w jego snach, niepokoiła ją równie mocno, co domagała się uwagi. Musiał być nowy.
    Tej nocy energia pociągnęła ją w stronę gwieździstego nieba, pod którą malowała się postawna, męska sylwetka. Ciemniała z każdym jej bezdźwięcznym krokiem, odbierając przestrzeni pewność kształtów.
    Podążyła za nieznajomym zapachem, wzdłuż długiego dachu. Po obu stronach jej odsłoniętych, drobnych ramion jawił się Azyl. Miejsce, które równie niewiele jej dawało, co zabierało.
    Gdzieś w oddali, we mgle i mroku.
    Wskoczyła na chłodny murek i podciągnęła nogi pod brodę, szurając podeszwą o chłodny beton. I niemal jęknęła, gdy dotknęła ją chwila niepewności, smakująca niepokojem i gniewem. Zatonęła w krótkim momencie jego płytszego oddechu, by samej nabrać w płuca mroki całego miasta.
    – Ładna noc, aż szkoda nie spać – skwitowała znienacka, zanim jeszcze odwrócił się w jej stronę, a jej słodki głos odbił się boleśnie od piętrzących się chmur. Ciemne włosy poruszały się wraz z chłodnymi podmuchami wiatru, co jakiś czas przysłaniając bladą, kobiecą twarz.
    Zerkała z ciekawością na istotę, która nie należała w tej chwili do snu, ani do całkiem bezpiecznej jawy. Uśmiechnęła się lekko — nie do końca do niego, ale do tej chwili, w której zrozumiał, że został zauważony.


    Asta

    OdpowiedzUsuń
  18. Jego słowa odbijały się od Asty dźwięcznie. Zachichotała słodko, spijając z jego słów ciemniejące wstęgi gniewu i jawnej przestrogi. Coś w środku jej fikcyjnego szkieletu spiętrzyło się znienacka, jakby odnalazło właściwy kierunek. Zawsze sądziła, że ostrzeżenia brzmią jak zaproszenia, tylko ludzie źle je interpretują. A z tego chciała skorzystać.
    Bez zawahania zeskoczyła z murku, stawiając małe kroki w jego stronę. Dumna i wyprostowana, zdawała się rosnąć w oczach. Noc pochłaniała jej niewielką sylwetkę, by rozmazywać wokół rozciągnięty nienaturalnie cień. Jej twarz, ledwie błyszcząca światłem gwiazd, nosiła ślad subtelnego uśmiechu. Asta przygryzała wargę, a spojrzenie miało w sobie coś z ciemniejących głębin.
    Uważaj było jednym z jej ulubionych słów.
    Proste jak struna plecy odbijały pukle kruczoczarnych włosów. Biała tafla jej bluzki drażniła oczy, kontrastując z nocą oraz tym, jak pewnie podchodziła do mężczyzny. Nie lekceważyła jego siły, zagęszczającej powietrze wokół nich, pulsując jakby wyczekująco, ale z jawną ciekawością kogoś, kto badał cudze granice. Męski głos wibrował nisko, niecierpliwie, jak coś gotowe do uderzenia.
    Założyła dłonie na piersiach, a kościste nadgarstki stuknęły o siebie głucho.
    – Wszyscy są tacy nudni. – westchnęła, szczerze zrezygnowana – Myśli tu są takie proste, jakby coś odebrało im pazury – zawisła w ciszy, ale spojrzała na niego uważniej – Ty je jeszcze masz.
    W jej spojrzeniu błysnęła łuna ekscytacji. Asta miała wrażenie, że w końcu jawa zbliżała się do snu na tyle blisko, by zrobiło się niewygodnie. Zagnieżdżała się w ciasnocie tego miejsca i obcemu spojrzeniu, które nie zdradzało więcej niż sam niemy koszmar.
    Obeszła go półkolem, by w końcu stanąć z nim ramię w ramię. Rozpostarty horyzont Azylu zdawał się być równie odległy, co nierealny, jakby noc celowo zawężała świat do tego jednego miejsca.
    – Wszyscy tu boją się tego samego, utraty kontroli – wzruszyła ramionami, wyraźnie znudzona – Ale ja wiem, że to nie jest najgorsze, co możemy sobie zrobić – przygryzła wargę, uśmiechając się pod nosem – Jeden anioł boi się, że spadnie. Inny, że nigdy nie spadnie. Upiór śni o życiu, a ci, którzy żyją, o końcu. – przebiegła wzrokiem po jego profilu, zatrzymując się gdzieś w jego zaciśniętej szczęce – Wszyscy czegoś żałośnie chcą. Ale Ty… – zaczęła, a coś na moment ugrzęzło w jej myślach. Zatrzymała się w odmętach własnych wizji, splatających się ze wspomnieniem jego snów – … Twój strach jeszcze nie wybrał sprzymierzeńca, prawda?
    Jej śmiech rozniósł się po zimnym betonie, a drobna postura zachwiała się na skraju budynku. Asta poczuła się dziwnie ożywiona, jakby ten pozostały, niewypowiedziany strach przesunął coś w jej wnętrzu na właściwe miejsce. Oparła ciężar ciała na palcach stóp, balansując na krawędzi, nie odrywając od niego bezwstydnego spojrzenia.

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  19. Szorstkość i żar odbijały się od jej skóry. Smagały ją ostro, niewidzialnie tnąc jej półnagie plecy, kołtuniąc jej włosy. Spomiędzy zsiniałych warg znów wybrzmiało coś na kształt jęku, jakby sedno jego słów trafiło w najczarniejsze i najbardziej zaniedbane skrawki umysłu Asty.
    Była nocną marą. Duchem nocy. Świat mógł się chwiać albo trwać – było jej wszystko jedno. Nigdy nie czuła się częścią żadnej równowagi. Dopóki ludzie śnili czarno, smoliście i bez pocieszenia, mogła istnieć. Paraliże senne kotwiczyły ją w ludzkim ciele, a każdy kto mógł zobaczyć jej twarz, mógł próbować sięgnąć tej ulgi i umrzeć z przerażenia.
    Uśmiech rozciągnął jej usta wolno, nieprzyzwoicie, jakby właśnie ktoś podał jej do ręki zapalnik. Kiwnęła głową, wzbierając na policzki szary rumieniec nocy.
    Oboje wpatrywali się w żar miasta, zdający się rozpościerać brutalniej niż kiedykolwiek wcześniej. Kołysał stłumionymi światłami, wwiercającymi się boleśnie w gęste powietrze między nimi.
    – To byłaby piękna noc – przyznała, kotwicząc w nim spojrzenie. Przebiegła wzrokiem po ostrych rysach i ciemnych oczach, które wisiały ponad nią jak ostrze. To było kojące i niosło za sobą echo czegoś nieodwracalnego – Jedna dusza nic nie da. Mogę zdradzić Ci setki twarzy tego miasta. Calyx, Raskiel, Herakles, Nymra, Michał, Lilith – wypowiedziała głośno, czepiając się pazurami jego płaszcza. Zadarła głowę i stanęła na palcach, opierając wątłą sylwetkę o jego skalistą pierś – Ale wiesz, żadna z tych dusz nie da Ci tego, czego szukasz. Są za słabe. Nie wydrą z siebie tyle bólu i strachu ile byśmy chcieli. – nagle szeptała, choć jej delikatny głos osiadał na skórze niemal żrąco. Jej ciemne oczy, nagle zrobiły się większe, jakby pozbawione bieli. Były czarne, głębokie, choć wcale nie próbowała go w nich zatopić. Blada skóra szarzała z każdą chwilą, stając się niemal przeźroczysta. Asta znienacka stawała się duchem, podążając za wyobrażeniem własnych, słodkich udręk – To wszystko znajdziesz tylko we własnych koszmarach, Malphasie. We własnej iluzji, która dręczy Cię od chwili zamknięcia bramy. – oblizała usta, a kosmyki smolistych włosów przykleiły się do wilgotnych wiatrem policzków – Wiem jak mocno drżą Twoje ramiona, gdy próbujesz pokonać bariery. Jak nowe runy wypalają w Tobie piętna pozbawiające świadomości. Wiem z czym mierzysz się co noc, jak walczysz z utratą granic. To tak potwornie piękne, że nie mogę przestać chcieć więcej. – zacisnęła pazury na kołnierzyku, drapiąc jego skórę – Wzniecę z Tobą ten ogień, ale… jeśli znikniesz w czeluściach własnych koszmarów, uznam to za sukces.
    Jej śmiech owiał ich szorstko, cisnąc ku sobie dwie spragnione burzy dusze.
    Asta najbardziej ufała tym, którym drżały dłonie. Jego, zdawały się tkwić nieruchomo, choć przez moment miała wrażenie, że zawyły z prośbą o rzucenie się jej to gardła. Zarumieniła się, zupełnie onieśmielona. Nie była pewna czy to wciąż ciekawość, czy już nocny głód.

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  20. Jeśli Malphas chciał pogawędzić w drodze do baru, to nie miał innego wyjścia, jak dostosować tempo do tempa Leviego, a ten nie miał zamiaru się spieszyć. Mógłby, ponieważ ból skręconej kostki nie był tym rodzajem bólu, którego nie można byłoby przezwyciężyć i gdyby kotołak zacisnął zęby, zdołałby iść szybciej, ale po co miałby te zęby zaciskać? Nigdzie mu się nie spieszyło, a na pewno nie miał niczego lepszego do roboty, tak samo jak i Malphas, który nie zagadywałby go, gdyby czekało na niego ciekawsze zajęcie. Stąd Levi ani trochę nie przejął się tym, że obaj poruszali się w ślimaczym tempie, ponieważ w końcu i tak mieli dotrzeć do celu.
    — Świeżak z ciebie — ocenił, spoglądając na swojego rozmówcę z lekkim półuśmiechem, a przy tym bynajmniej nie patrzył na niego z góry, jak ktoś, kto mógłby mieć więcej praw z racji na zasiedzenie w tym samym miejscu. Ackermann zdawał sobie sprawę z tego, że te jedenaście lat, które spędził w azylu, było jak mgnienie oka dla długowiecznych istot, które tutaj przebywały. Mógł dożyć do późnej starości, zostać pochowanym na cmentarzu na skraju Azylu, a kiedy jego kości bielałyby w grobie, dla kogoś innego to wciąż byłby ledwo ułamek nieskończonego życia.
    Prawdopodobnie dlatego miał inną perspektywę, niż idący obok Malphas, który żalił się, jakie wrażenie wywarło na nim Last Salvation. Trafił tutaj w wieku szesnastu lat, tuż po tym, jak wyrżnięto wszystkich jego bliskich. Był przerażonym gówniarzem, który w innych okolicznościach być może by się buntował, co powinno być przywilejem jego młodego wieku, ale okoliczności, jakie zaszły, skutecznie wybiły mu bunt z głowy. Leviemu nie przeszkadzało zamknięcie w jednym miejscu – Levi był wdzięczny za to, że nie musiał już uciekać, a tym bardziej wracać do Coventry, do miejsca kaźni sabatu i kotołaków.
    W podzięce skinął mężczyźnie głową, kiedy ten otworzył drzwi baru i przepuścił go przodem.
    — To zależy — odezwał się, mijając go w przejściu. — Wszystko zależy, Malphas.
    Bo choć Malphas trafił tutaj przed paroma tygodniami, to zachowywał się, jakby był u siebie. Sposób, w jaki mężczyzna się zachowywał, nie do końca pasował Leviemu do tego, co ten mówił. Żalił się na Azyl, wytykał ułudę toczącą zarówno to miejsce, jak i jego mieszkańców, podczas gdy do baru wszedł pewnie, a Leviego zagadywał więcej niż swobodnie. Był to oczywisty zgrzyt, który przyciągnął uwagę kotołaka i kazał mu uważniej spojrzeć na Malphasa, kiedy zajmowali miejsce przy wybranym przez niego, a nie przez Leviego stoliku, tak jakby ich role się odwróciły i to Levi był świeżakiem, który potrzebował przewodnika. Również narracja Malphasa sugerowała, jakoby wiedział lepiej. Uwięzieni?. Ackermann uśmiechnął się do siebie, ale nie odezwał.
    Odsunąwszy sobie krzesło, ściągnął kurtkę i przerzucił ją przez oparcie. Dopiero po tym opadł na mebel, nie ciężko i nie niezgrabnie, a lekko i zwinnie, z tą kocią gracją ruchów, której niczego nie ubyło nawet mimo bólu kostki. Wiercił się przez chwilę, szukając wygodnej pozycji, a kiedy ją znalazł, z nogami wyciągniętymi przed siebie i rękoma skrzyżowanymi na piersi, popatrzył na Malphasa.
    — Jedenaście lat — odparł i przerzucił wzrok na tutejszą barmankę, która ściągnęła z tacy dwie szklanki i ustawiła je przed nimi. Levi nie od razu chwycił za szkło, znowu skupił wzrok na twarzy mężczyzny i przyglądając mu się, lekko przechylił głowę na lewo. — Może dla ciebie to poczekalnia, dla mnie to dom. Nie ten prawdziwy, bo tego nie mam, już nie, ale wciąż dom. Tylko tutaj mam coś, co trzyma mnie przy tym miejscu. Każde inne… Jest tylko miejscem — wytłumaczył okrętnie, bo też nigdy dogłębnie się nad tym nie zastanawiał. On i Malphas mieli inną perspektywę, a nawet zupełnie różną, jak zaczęło wydawać się Leviemu, stąd miało im być ciężko zestawić poglądy.
    Ackermann wzruszył ramionami, jakby na poparcie swoich słów i sięgnął po alkohol. Upił łyk, szklanki nie odstawił na blat, a złapał w obie dłonie, zaplatając na niej palce i oparł o brzuch.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Kim jesteś, Malphas? — spytał tym razem on. — A może powinienem zapytać, czym? — uściślił i uśmiechnął się zaczepnie.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  21. Asta z zaciekawieniem wpatrywała się w jego błyszczące mrokiem oczy. Sunęła po pociemniałej twarzy i wilgotnych ustach, spomiędzy których kipiał warczący gniew. Z wciąż zadartą głową, badała drżenie jego ciała, zdające się być nie tyle strachem, co usilnie powstrzymywaną przemocą.
    Małe dłonie, kurczowo ściskające szorstki kołnierz, lekko zadrżały pod wpływem niespodziewanego dotyku. Mimo to, pazury wciąż wpijała łakomie, jakby drażniła bestię tylko po to, by upewnić się, że ta naprawdę tam jest. Drobne nadgarstki, złapane supłem przez jego gorące dłonie, skazane były na namiastkę ludzkiego bólu. Syknęła słodko, zupełnie w podzięce.
    – Ludzie śnią najgłębiej wtedy, gdy boją się zasnąć – na moment przestała się poruszać. Usta rozchyliły się ledwie zauważalnie, jakby zdanie zahaczyło o coś, co żarzyło się wokół nich znacznie bardziej niż obraz nieświadomego miasta. Asta przechyliła lekko głowę, by z figlarnym uśmiechem poddać się wizji kotłujących się cieni.
    Nie wiedziała do końca, kim był Malphas, ale wyraźnie czuła energię, która od niego biła. Gniew i horda nienawiści łechtały ją zaczepnie, grając na strunach jej mrocznych fantazji.
    Malphas ją szczuł — brudem i pożogą, która rozpościerała się w odmętach myśli mary, cierpliwie, ale w głodzie, w oczekiwaniu na puls świeżej krwi.
    Energicznie oderwała od niego dłonie, napawając się jego ciągłym uciskiem. Obróciła się twarzą w stronę horyzontu, czując na ramieniu spopielony oddech. Postawna sylwetka odcinała ją od podmuchów wiatru, ale Asta i tak kołysała się na boki, ledwie utrzymując ulatujący ciężar w miejscu, który przestawał ją uznawać
    Uniosła do góry ich dłonie, wskazując na zgaszone niebo ponad budynkami.
    – Bariery są tylko pozorną przeszkodą, bo zabrano tu coś więcej niż wolność, czyż nie? – jej głos zmienił się w głęboką łunę, ciężko opadającą jak pełna zanieczyszczeń mgła. Skalała horyzont zapachem pogorzeliska i świeżych, zaognionych ran – Pokażę Ci to wszystko, o czym tak łakomie marzysz. Napoję Cię zgubą i zniszczeniem, ale wiedz, że nie jestem przewodnikiem. Jestem tą chwilą, kiedy kończy się oparcie.
    Jej dłonie znikały we mgle, pozostawiając jego skórę samą ze swoim żarem. Kuliła się w sobie, by w tym samym czasie, piętrzyć się wraz z otaczającymi ich cieniami. Pochylała zadziornie głowę, a długie, ciemne włosy ciążyły coraz mocniej, jakby marzyły o rozlaniu się w popłochu na chłodnym chodniku Last Salvation.
    Miasto poniżej drgało niewidocznie, jakby coś rozpoznawało nocną obecność. Gdzieś daleko ktoś poruszył się niespokojnie we śnie, choć jeszcze nie wiedział dlaczego.
    Asta uniosła lekko podbródek. Jej sylwetka była już nie tylko sugestią, ale chłodem, cieniem i wyrwą w powietrzu. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że tego, który stał za nią, nie dało się już zatrzymać. Noc nie należała do nikogo. Koszmary należały już do nich.
    – Oni i tak już tam są. My tylko zdejmiemy im powieki – rzuciła przez ramię, a w jej czarnych oczach błysnęła czerwona iskra. Chwyciła go za dłonie mocniej i z nienaturalną siłą, szarpnęła męskim ciałem. Świat posłusznie udawał, że jeszcze istnieje, nim runął razem z nimi. Jego ciężar ugrzązł gdzieś w krótkim uderzeniu serca, a Asta, z jawnym zaciekawieniem, zostawiła Malphasowi wybór.
    Mógł po prostu obudzić się po sennym upadku albo wpaść głębiej, w czarne, wyjałowione połacie ludzkich win.

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  22. Hej! Dziękuję za powitanie. Miło widzieć znajome "twarze" na blogach. Na ten moment mam komplet, jeśli chodzi o ilość wątków, na które mogę sobie pozwolić, ale będę za to trzymać kciuki za Twoje wątki, żeby ładnie się rozwijały.

    Ishaan

    OdpowiedzUsuń
  23. [Bardzo dziękuję za powitanie - do wrednego kambiona taka ładna buzia pasuje jako przykrywka! :D Uczciwie przyznam, że bardzo chętnie zaproponowałabym jakiś wątek, ale na ten moment nie mam pomysłu. Jeśli będziesz mieć ochotę to możemy pomyśleć razem ;) ]

    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  24. W tym momencie podobała jej się samotność, którą zapewniła sobie jedynie dosyć nieprzystępnym wyglądem i jawnym brakiem zainteresowania jakimkolwiek towarzystwem. Zdawała sobie sprawę z tego, że raczej nie zachęcała do rozmowy — ani swoją miną, ani mało atrakcyjnym zachowaniem, jakim było upijanie się we własnym towarzystwie. Bardzo dobrze. Gdyby ktoś obcy teraz do niej podszedł, nie potrafiłaby odpowiedzieć w miły sposób.
    Nie widziała Malphasa. Może też po prostu nie chciała go zauważyć. Kiedy do niej podszedł, jeszcze przez krótką chwilę pozwoliła sobie myśleć, że dalej nikogo obok ma; nagle uderzyło w nią to, jak żałośnie musiała teraz wyglądać. Przymknęła na krótką chwilę oczy i w końcu powoli odwróciła się w jego stronę. Wyglądał bardzo dobrze w kolorowym, choć mimo wszystko ciemnym, oświetleniu baru. Trochę jak duch z przeszłości, a trochę jak bardzo obecny, namacalny mężczyzna. Zmrużyła lekko oczy i wyprostowała się na niewygodnym, barowym krześle.
    — Jeśli stawiasz, możemy spróbować — powiedziała w końcu, nieco ironicznie, jak gdyby próbując odgrodzić się od jakiejkolwiek możliwości prawdziwej rozmowy.
    Malphas miał jednak inne plany.
    Nie poruszyła się, gdy znalazł się jeszcze bliżej — i tak nie miała przecież gdzie uciec, nie wiedziała, w którym miejscu mogłaby się schować. Być może powinna spodziewać się tego, że zastanie go w takim miejscu. Gdzie indziej mógłby przebywać kambion? W sklepie zielarskim? Miała ochotę się zaśmiać. Nie widziała go od tylu lat, a teraz natknęła się na niego już drugi raz w ciągu kilku dni.
    Poruszyła się niespokojnie, słysząc, jak wspomina ich wspólnie spędzony czas. Łatwiej było teraz przywołać do siebie wszystkie te obrazy, które do tej pory po prostu spychała pod powierzchnię. Malphas potrafił przecież wydobywać to, co ukryte, a ona pozostawała w obliczu tego bezbronna. Jej moce nie potrafiły przecież chronić. Jej moce sprawiły przecież, że z desperacji próbowała ukoić samą siebie alkoholem.
    Zerknęła na jego dłoń, tak zachęcająco wyciągniętą. Minęło prawie dziesięć lat, ale Morrigan dalej pamiętała, jak bardzo przy pierwszym spotkaniu spodobały się jej jego ręce. To się nie zmieniło.
    — Próbujesz mnie wciągnąć w sojusz — stwierdziła i oparła głowę o swoją rękę. Przez parę sekund zapragnęła po prostu stąd wyjść, ale w mieszkaniu byłaby sama i przestraszona, a Malphas był tuż obok, ciepły i rozkosznie żywy. Mogła tu jeszcze chwilę zostać, zobaczyć, co ma jej do zaoferowania. Teraz nie widziała w jego oczach tego gniewu i rozczarowania, które było wyraźne przy ich poprzednim spotkaniu. — A ja nie wiem, czy mam na to ochotę. Porozmawiajmy. — Rozejrzała się powoli dookoła; jej oczy leniwie przesuwały się z jednej osoby na drugą. — Szukasz tu pęknięć? Ile emocji potrafisz wyciągnąć w tym miejscu na wierzch, hm?

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  25. Jego spokój, drapieżny krok i ta pewność, że ma jakąkolwiek moc nad samym sobą w azylu przypominała jej o tym, jaka była zaraz po przyjściu tutaj. Bardziej nieokrzesana niż teraz i zarazem wciąż wystraszona... Kącik jej ust drgnął leciutko, jakby nie chciała, by poczuł się urażony tym wyrazem... Ona z niego nie kpiła, ale poczuła jednak, że ma przewagę. Bo wie co znaczy azyl i ile kosztuje spokój, o który walczy ktoś taki jak ona. Kto przetrwał dość, by chcieć tylko spokoju i bezpieczeństwa. Był zbyt pewny siebie, zbyt zuchwały, jakby jeszcze nie poczuł ile odbierze mu runa.
    Noor spojrzała na niego z nieoczekiwaną ostrożnością, gdy podszedł tak blisko, że ona musiała zadrzeć podbródek, a on pochylić głowę, choć w jej oczach tliła się nieustannie iskra ciekawości. Woda, chłód nocy i ta niepokojąca bliskość zdawały się tworzyć atmosferę, w której granice między strachem a fascynacją zaczynały się zacierać. Wiedziała, że Malphas nie jest zwykłym drapieżnikiem, nie jest tym co znane i oczywiste, jego słowa i spojrzenie nosiły w sobie coś więcej, coś, co wymykało się łatwemu zrozumieniu. Byli podobni... ta sama liga, jak to nazwał.
    - To nie jest przypadek - potwierdziła i uśmiechnęła się z tą słodyczą, która poza granicami azylu potrafiła złamać nawet żelazne przyrzeczenie. - Co nieco wiem, nie tylko o truciznach - zapewniła jeszcze, zastanawiając się, jak bardzo mogą nawzajem na siebie wpływać. Tutaj, gdy oboje są bardziej ludzcy niż kiedykolwiek. Teraz runa wyryta pod żebrami blokowała większość jej mocy, nie mogła namieszać mu w głowie, ale i tak nie starała się na niego działać. Ona po prostu taka była.
    Zaczerpneła głebszy wdech, gdy wyciągnął dłoń, ale nie miało to nic wspólnego z strachem. W jej spojrzeniu błysnęła siarka, jakby oczekiwała że coś się wydarzy. Noor wypierała lęk, by czuć tylko niepokój. Nigdy więcej nie chciała się bać. Po chwili ciszy, nie od razu odpowiadając, obróciła głowę w stronę lasu, jakby rozważając jego propozycję. Musiała sama oszacować, co jej się najbardziej opłaca.
    - Spacer? Może.... Ale pod jednym warunkiem – odwróciła się w jego stronę, a jej głos zabrzmiał łagodnie, choć stanowczo. - Jeśli zamierzamy iść razem, nie tylko ja będę mówić - zaproponowała. - I musisz obiecać, że nie wciągniesz mnie w żadne swoje gry. Nie dzisiaj. Nie nigdy - dodała znacząco, nie ukrywając że wie, jaką ma naturę. Wiedziała doskonale, dzielili ją równolegle.
    Uśmiechnęła się pod nosem, a w jej oczach pojawiła się nutka uznania, że tak swobodnie i szybko nazwał rzeczy po imieniu. Azyl dawał schronienie, zapewniał bezpieczeństwo i tyle samo odbierał. Podeszła jeszcze krok bliżej, zadarła znów wyżej głowę, by nadal patrzeć mu w oczy a na twarzy poczuła chłód od jego schnącej na wietrze skóry.
    - Chodźmy, zanim ta noc odwróci się od nas na zawsze. Może pokażę ci nawet, gdzie jest moja apteka - rzuciła niezobowiązująco, wędrując jasnymi tęczówkami po każdej rysie, każdej wypukłości, bruździe i cieniu na jego twarzy.
    Nie bolała jej taka uroda, bo sama nie widziała skaz w sobie. Byli doskonałymi drapieżnikami, choć nie do końca w pełni jednolici. Ona w swojej dwoistości widziała ułomność, a on... wydawało się, że wręcz przeciwnie. Czuła, że mrok lasu nieco gęstnieje od wpływów takich istot jak oni, które się z niego zradzały. Był pierwszym, którego wyczuła i rozpoznała, a on... on nie wydawał się zaskoczony.
    Odstąpiła krok i posłała mu tym razem promienny i serdeczny uśmiech. Psotny.
    - Nie wydajesz się wcale niebezpieczny - stwierdziła lekko, znów z tą słodyczą lepką jak nektar. Dawała mu przestrzeń i chwilę, aby przyjął te słowa bez urazy. I żeby w końcu ubrał coś na tyłek, aby mogli wyjść z lasu.

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  26. Asta wiedziała, na jakich gruzach wylądują, jeszcze zanim świat wokół nich zgęstniał strachem. Czuła jak energia mężczyzny wznieca się jak pożar wywołany czystym wodorem. Czuła, jak po jej czarnym kręgosłupie, przykrytym płachtą szarawej skóry, przebiegają płomienie. Łakome, jakby naglące. Miała wrażenie, że jej towarzysz nie zamierza jej ani zatrzymać, ani odepchnąć – ale oczekiwał, by sama weszła w ogień, który oboje już czuli pod skórą.
    Nie zdziwiły ją spopielone obrazy. Choć wizja nie była jej kreacją, niemal natychmiast odnalazła się w koszmarnej rzeczywistości. Rozejrzała się tylko na moment, by pochłonąć oddech strachu i narastającego wokół nich napięcia.
    – O, tak profesjonalnie podążasz za własnymi koszmarami, Malphasie – zachichotała, obserwując jak ostre barki tną gęstniejącą wokół nich mgłę. Trzymała się tuż za nim, celnie stawiając bose stopy na cichych piskach, zaprzepaszczając tym samym szansę na rychłe światło w wąskim przesmyku półświadomych snów.
    Pozwoliła mu wybrać próg, przez który w pierwszej kolejności mieli wylać strugi bulgoczących psychoz.
    Ten, wskazany przez lgnące ku nim krzyki należał do jednego z wyżej postawionych urzędników.
    – Masz pojęcie, że ten skurwiel decyduje o tym, co z ciebie może istnieć oficjalnie? – jej cichy głos przerwał skowyt ciemności, ledwie malującej się za uchylonymi drzwiami domu. Pomimo pewności siebie i walecznej postawy, kipiącej z Malphasa, Asta minęła go w progu, wchodząc w głębinę z nonszalancją i niepokojącą lekkością. Musnęła ramieniem jego tors, jakby chciała zaprosić go do środka – O tym, która wersja nas jest uznawana za rzeczywistą, a co zostanie wymazane pomimo naszej pozornej świadomości – wyjaśniła spokojnie, choć sens tych słów dotykał także ją.
    Czerń włosów, majaczyła w odmętach gęstej, śmierdzącej pary, w której ta rozmywała się coraz śmielej, goszcząc się w pobliżu strachu ich pierwszej ofiary. Jej wzrok, coraz czarniejszy, błyszczący w amoku obcych, bolesnych wspomnień, wytężał się jak u dzikiej zwierzyny. Którą przecież na swój sposób była.
    Kucnęła nad ciałem, rozlanym nienaturalnie na zakrwawionej posadce. Końcówki jej włosów smagnęły po otwartych ranach, a Asta z zachwytem zatopiła palce w dwóch charakterystycznych zagłębieniach, które żarzyły się na szyi mężczyzny. Wciąż żył, choć jego oddech błagał o koniec. Z jego ust wylewała się piana, śmierdziała siarką i robactwem.
    Spojrzała mu w oczy, długo i prosto. I niemal pisnęła z zachwytu, gdy jego zupełnie świadome oczy, poruszyły się w strachu godnym najpiękniejszego snu.
    – To on! – uniosła spojrzenie na żarzący się kontur swojego towarzysza. Jej głos, chropowaty i ciężki, podszyty był wypełnionym błogą rozkoszą jękiem – Raskiel Interitus.
    Żywy, choć pozbawiony życiodajnej kontroli. Oddający się śmierci dokonanej przez istoty, których nienawidził. Stawiający stygnące czoło dwóm kolejnym.
    Asta ułożyła lekko zakrwawione dłonie na nagich udach. Jej cienka, biała sukienka zyskiwała coraz mocniejsze barwy – krwi, zguby i kipiącego lęku. Mimo niepokojącej radości, piętrzącej się w drobinach sadzy, które unosiły się wokół jej wątłego ciała, pozwoliła Malphasowi na pierwszy ruch.
    – Ten pan zabiera moje pokoje. Mówi w snach, że to zbyt piękne odmęty piekieł, by móc zostawić z nich coś więcej niż ruiny – dodała jeszcze z charakterystycznym, dziecięcym wyrzutem. Choć fakt ten był dla niej druzgocący śmiertelnie poważnie.
    Asta nie płakała, ale doskonale zapamiętywała, kto zabrał jej sny.

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  27. [Dobry wieczór!

    Jako skrajne przeciwieństwo Klementyny dążące do hedonizmu, Malphas wyszedł Ci idealnie szyty na miarę ♡ uwielbiam konkretne opisy, które nie ciągną czytelnika w coraz głębszy, rozmyty obraz, tylko właśnie krótkie i proste cięcia, jakie oddają w swojej prostocie zarówno detale, jak i całokształt. Z chłodną kalkulacją oraz sporą precyzją przedstawiasz tutaj wprost: kto tak naprawdę pociąga za sznurki w tym teatrzyku cieni. Najbardziej jednak przypadł mi do gustu finał, jakim w pewnym sensie można wziąć toast typowo na tych ziemiach.

    Również życzę mnóstwa weny, bo ciut podejrzałam wątki pisanem tym panem i mam nadzieję, że ich nigdy nie zabraknie!]

    Klementyna

    OdpowiedzUsuń
  28. Asta z łatwością uleciała w strudze gniewu, który rozpostarł przed nią Malphas. Tonęła powoli, smakując strach jak coś, co wreszcie było tylko jej. Była spragniona, wyposzczona, a koszmary z każdym kolejnym zagłębieniem obcych win stawały się coraz smaczniejsze.
    Tam, gdzie inni się łamali, ona wreszcie była cała. Rozmyta, ale czule nakreślona głodnym ostrzem, zawieszonym już nad kolejnym, bolesnym snem.

    Nie umówili się w tym miejscu, ale zmrok wskazał im je bez słów. Wyjący próg majaczył teraz cicho w lekkim, wieczornym powietrzu. Świeżym, pełnym zapachu wilgotnych liści i gasnącego dnia. Nie do poznania. Nie jak w koszmarze.
    Dom urzędnika stał nieruchomo, zwyczajny do granic podejrzliwości, jakby noc nie odcisnęła na nim jeszcze swojego znaku. Oczekiwanie.
    Znajdujący się przy ogrodzie zagajnik wżerał się w resztki pozornego spokoju, łamiąc je cierpliwie w cieniu, gdzie stał Malphas. Asta podeszła do niego powoli, niemal bezszelestnie, chowając się w chmarach dymu i żarzącej się energii, zdającej się tylko czekać na kolejną, bolesną szansę.
    Sen wciąż pulsował pod skórą, jak niedokończone zdanie. Dom nie śnił, ale zapamiętał.
    Asta zatrzymała się nieopodal pleców Malphasa i zwinnym gestem wysunęła z jego dłoni papierosa. Zaciągnęła się długo, a smoła w jej płucach zapiekła w podzięce. Przechyliła głowę i wpatrywała się w niespiesznie gasnące okna domu Raskiela. Wiedziała, że nie wszystkie zgasną tej nocy.
    – Zmienił zdanie – jej cichy głos przeciął mrok – Powiedział, że pokój z głodnymi zwierzętami bardzo mu się podoba. Pozwoliłam mu zostać w nim do rana. Wiedziałeś, że tak trudno przywiązać szyję do kostek? – spojrzała na niego, nie kryjąc niewinnego zdumienia – Powinnam poćwiczyć wiązanie ciał.
    Zaciągnęła się raz jeszcze i powoli oddała mu papierosa. Drobna, niemal trupia dłoń niemal przywarła do żaru, który bił od skóry Malphasa. Wzruszyła ramionami i oparła się ramieniem o drzewo. Przyduży sweter zsunął się z jej ramienia, a pień drzewa przyjemnie zadrapał jej skórę. Fizyczność była taka błaha.
    – Widziałam go dziś w pracy. Kłócił się z przełożonym. Ktoś wyrzucił go za drzwi, ale najlepsze było to, że zaczął mówić o swoich koszmarach współpracowniczce. Nie sądziłam, że oni wszyscy są tacy naiwni… Zawsze wybierają wersję, w której to nie oni są problemem. Myślą, że koszmar to wada charakteru albo brak snu. A to przecież spełnienie wszystkiego, co żarzy się pod skórą, gdy człowiek wreszcie przestaje udawać, że jest niewinny – przygryzła wargę, jakby flirtowała z własnymi, gnijącymi myślami. Zadarła lekko głowę, by zerknąć na mężczyznę. Nawet w leśnym mroku bił od niego ogień. Przyjęła go bez oporu. Płomień i kuszącą sytość. Zagrożenie, które obiecywało ulgę.
    Nie było jej zimno.

    mara z koszmara

    OdpowiedzUsuń
  29. [Cześć! Dziękuję za miłe słowa pod kartą. ♥️
    Kambion i wampirzyca? Aż grzech nie spróbować co przyniesie taki duet. Twój Pan wygląda apetycznie... Można już ostrzyć kły? 🩸
    A tak serio to zapraszam na burzę mózgów, na pewno wspólnie wykombinujemy dla nich coś szalonego.]

    Minerva Cove

    OdpowiedzUsuń
  30. Słowa Malphasa wyrzuciły ją na wzburzonym morzu niemych krzyków. Unosiła się na jego złości, na drżącej niesprawiedliwości, bijącej wokół energią tak gęstą, że można było w niej utonąć bez jednego haustu powietrza. Gniew mężczyzny docierał do najgłębszych czeluści jej czarnego, pustego szkieletu. Łaskotał ją niemal przyjemnie, ale nie koił. Wzburzał głód mary, piętrzący się wraz z jego ogniem. Energie lgnęły do siebie w dusznym tańcu zguby, jakby od początku istniały tylko po to, by się wzajemnie spalać.
    Zupełnie zaskoczona, poddała się ciężarowi jego dotyku. Powietrze wokół nich stało się szare, duszne, bo próbowało zmieścić w sobie płomienie dwóch różnych stosów.
    Jego dłonie, jak rozżarzone węgle, syczały na zimnej skórze, i Asta przez moment miała nadzieję, że zostawią po sobie blizny. Podążając za gęstniejącą wokół mgłą, zarzuciła dłonie na jego szyję, uwieszając się na nim jak martwa. Zamknięta w bolesnym uścisku, ginęła w wyobrażeniu, że rozpad może być formą ukojenia. Przylgnęła do jego sylwetki jak cień, który w odmęcie mroku w końcu znalazł właściciela.
    Usta Malphasa wpiły się w nią boleśnie, a słodycz ognia zapiszczała w jej głowie. Asta zamarła na krótką chwilę, żywiąc się własną niepewnością i wyrwą wyjałowionych sideł. Kontury jej twarzy przybierały ostre rysy, a postać ducha drgała, na chwilę zapominając o własnej formie. Była jednocześnie pod jego ustami i gdzieś obok siebie, rozciągnięta między żarem a pustką.
    Siniejące wargi oddały zachłanny pocałunek, coraz śmielej lśniąc ognistym blaskiem. Oderwała się od niego, niemal w złości i rozpaczy, pozostawiając między nimi ledwie wąski przesmyk goryczy.
    Usta wydęła w smutku, bo obcy żar śmiało roznosił się po jej ciele. Zimny oddech odbijał się od rozgrzanego, męskiego ciała i wracał do niej, z obcą obietnicą końca świata.
    Zaraz jednak jej twarz nabrała uśmiechu, słodkiego i piekielnie niebezpiecznego, gdy Asta zaczęła oddychać jego gniewem jak obietnicą. Przez tę jedną chwilę była niepokojąco żywa.
    – Może niech on nam pokaże? – wyszeptała cierpko, wprost w usta Malphasa. Jej oczy znów czerniały, jakby koszmar sięgał po nie od wewnątrz – Niech sam wskaże kolejną ofiarę. Niech wyplenią się sami. Pionek po pionku. Zawsze zostawiają wskazówki, ślady… myślą, że klatka daje im bezpieczeństwo. To urocze, prawda? – Asta sięgnęła do zabliźnianego policzka mężczyzny i pogładziła go czułym, przeraźliwym chłodem. Przez moment zatonęła w spojrzeniu godnym zagłady. Pięknym, głębokim i zupełnie nienasyconym.
    Zaraz jednak oderwała się od mężczyzny jakby w zapomnieniu. Ulatujący cień mary, znów jednał się z mrokiem. Bez pośpiechu, bez granic.
    Mara znów chciała oddać się nocy. Eteryczna, chłonna, podburzona.
    Nie czekała na jego odpowiedź, ale podążyła powoli, bezszelestnie w kierunku ogrodu Raskiela. Smoliste włosy odbijały się od półnagich pleców, na których żarzyły się runy. Asta sięgnęła do nich kościstą dłonią, smagnęła boleśnie i odwracając się w kierunku podążającego za nią mężczyzny, spiła z palca własne, choć zupełnie obce ciepło. Jej twarz rozjaśniła się w nadziei na mrok.
    Zapragnęła kolejny raz utonąć w głodnym spustoszenia spojrzeniu Malphasa.

    w gorący mrok

    OdpowiedzUsuń
  31. W barze było przyjemnie, a wybrany przez Malphasa stolik na uboczu dawał poczucie wyobcowania, nie tego jednak, które mogło spędzać sen z powiek, a tego, które wiązało się z miłą ułudą anonimowości, ponieważ Levi zdawał sobie sprawę z tego, że wielu ludzi go tutaj znało, a jeszcze więcej przynajmniej kojarzyło i teraz był skryty przed spojrzeniami chociaż części z nich.
    Siedział nie jak w barze, a jak u siebie. Z wyciągniętymi nogami, pośladkami zjechawszy na krawędź siedziska, przez co barki miał wciśnięte w oparcie i jeśli zechciałby odchylić głowę, to mógłby oprzeć potylicę o twardy kant. Zamiast tego trzymał kark prosto, ponieważ tak wygodniej patrzyło mu się na Malphasa, który odważnie i bez choćby odrobiny ostrożności kwestionował każde jego słowo.
    — Pewnie masz rację — zgodził się z nim, uniósł szklankę do ust i upił łyk mocnego alkoholu, który, trafiwszy do żołądka, rozlał po brzuchu kotołaka falę ciepła. Levi czuł strach i był świadom istnienia tego strachu, bo choć od sześciu lat mógł opuszczać Azyl, nie sprawdził, co dokładnie wydarzyło się w Coventry. Na słowo uwierzył ojcu, który twierdził, że nie przeżył nikt, a prawdopodobnie była to tylko wymówka dla jego własnego strachu, ponieważ jak inaczej wytłumaczyć to, że w Azylu zjawiła się Rory, która te jedenaście lat temu miała zginąć wraz z pozostałymi?
    Ackermann skrzywił się lekko, ni to do własnych myśli, ni to przez skręconą kostkę i rozbity nos. Ze szklanką znowu opartą o brzuch, trzymaną w obu dłoniach, zakołysał nią lekko i skupił się na słowach Malphasa, który tłumaczył mu, czym był, a w miejscu takim, jak Last Salvation była to cenna informacja. Na jej podstawie Levi mógł ocenić, z kim ma do czynienia, bo wiele gatunków i rodzajów istot miało swą charakterystyczną naturę, której nie potrafiło oszukać ani całkowicie się jej wyrzec.
    — Kambion — powtórzył i powoli pokiwał głową, ewidentnie dokonując oceny. Oderwał przy tym wzrok od Malphasa, prześlizgnął spojrzeniem po blacie dzielącego ich stolika i skupił je na bursztynowym płynie w kołyszącej się w rytm jego własnego oddechu i słów szklance. Kiedy ponownie popatrzył na mężczyznę, uśmiechał się lekko.
    — Bezpieczniejszy niż na zewnątrz. — Nie przestał się uśmiechać i nie przestał patrzeć na Malphasa z delikatnym rozbawieniem, bo wielce prawdopodobnym było, że Levi miał traumę, którą nie zainteresował się nikt, w tym on sam i która była jak niezaleczona, jątrząca się rana. Trafił przecież tutaj jako szesnastolatek, niedługo po tym, jak wyrżnięto jego klan i sabat, z którym klan był powiązany. Stąd dla niego oczywistym było, że bezpieczniej było w Azylu, niż tam.
    — Nie powiem ci tego. Bo dlaczego miałbym ci to powiedzieć? Jesteś pół demonem, a demony nie mają najlepszej opinii, to raz. Dwa, nie znam cię, bo ledwo co trafiłeś do Azylu, co ani trochę ci się nie podoba i co, zresztą, potrafię zgadywać. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zgadywał.
    Levi pewniej chwycił szklankę i uniósł ją w geście toastu, wymownie spoglądając przy tym na Malphasa, po czym upił większy niż wcześniej łyk. Nie zamierzał od razu zdradzić mu się ze wszystkim, tym bardziej z tym, co trzymało go w Last Salvation, choć i tak powiedział mu już wiele. Może dlatego, że miał zły humor i może dlatego, że miał obolałe ciało, przez co popijany powoli alkohol skuteczniej rozwiązywał język, a może dlatego, że Malphas był kambionem i korzystał ze swoich ograniczonych, ale bynajmniej nie całkowicie stłumionych przez runy umiejętności, jakiekolwiek by one nie były. A młody Ackermann niestety nie potrafił bronić się przed podobnymi zagrywkami, bo jego jedyna mocą było to, że robił puf i zmieniał się w czarnego kota.
    Po jego kolejnych słowach strzelił oczami ku sufitowi, po czym powoli przeniósł wzrok na Malphasa.
    — Szkoda, że nie spada.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  32. [Hej, dziękuję za powitanie! <3
    Za to Malphas to kuszący jegomość – tekst w karcie też, tak do odbieram, sugeruje, że jest w nim coś więcej niż sama chęć kuszenia i manipulowania :> No i, zdecydowanie Anastasius powinien się od niego uczyć, jak podrywać kobiety i nie robić podchodów, które pewnie trwają przez 15 lat xD
    Masy wątków i przypływającej weny!]

    Anastasius von Weiss

    OdpowiedzUsuń
  33. Noor trwając w chaosie, niezrozumiana i odsłonięta na razy, budowała wokół siebie mury. Jej matka była wiedźmą, ale nie była jak ona. Jej ojciec nie był jej ojcem. Nie miała nikogo, kto powiedziałby, jak rozumieć rozdarcie, z którym nieustannie żyła, które jej nie opuszczało. Ujarzmiła tę mroczną, demoniczną część siebie, nie wiedząc, a może obawiając sie, dokąd ją ona doprowadzi, ale ta druga... łagodna, z wrażliwością i emocjami, nie była wszystkim, czego pragnęła. Tak zagubiona, miotała się sama z sobą i to, co miała przed sobą pokazywało jej, na jak wiele ułomności się zgadzała, godząc odpuścić.
    Spojrzała na Malphasa z mieszanką niekrytego zainteresowania i nieufności. Jego słowa, pełne tej niepokojącej szczerości, które rzucał jak ostrza, nie mogły nie wywierać na niej wrażenia. Wiedziała, że za tymi słowami kryje się więcej niż tylko powierzchowne wyznanie; to była jego prawdziwa natura, ta, którą próbował ukryć za maską drapieżnika. I to, jak wydawał się napięty, gotów do skoku i jak drażnił każda najczulszą strunę w jej wnętrzu sprawiało, że budził w niej coś... coś uśpionego. Coś ciężkiego i mrocznego. Coś, po co sama nigdy nie sięgnęła.
    Milczała, obserwując jak sie ubiera i nie odmówiła sobie łakomego oglądania doskonałości ciała półdemona. To on ją tu przyciągnął dzisiejszej nocy i nie było sensu tego ukrywać. Do tych spojrzeń, pełnych pożądania i podziwu, które sama otrzymywała, przywykła, ale nie miała okazji stanąć po drugiej stronie. Teraz rozumiała, jak słabi są inni wobec ich urody. Jej oczy, pełne nieprzeniknionej głębi, wyrażały tylko tyle, że nie zamierza mu ułatwiać niczego, ale też rozumiała, iż w tym sztywnym układzie nie ma miejsca na słabość. Mogli być podobni, ale ich siły oraz zamiary zdecydowanie znalazły się na innych biegunach. Ona już dostrzegła, że mimo ciekawości, musi się strzec, a on... nic nie musiał.
    Noor chowała się za opanowaniem i maskami stłumionych emocji, bo drzemało w niej zbyt wiele. Nie rozumiała własnej natury, a niejasne pochodzenie sprawiało, że błądziła. Tutaj, w azylu, który nie tylko chronił ale i więził, odnalazła spokój, którego pragnęła. I nie zamierzała pozwolić nikomu go zburzyć. On był demonem, to jak się poruszał, jak mówił, jak na nią patrzył od początku dało jej jasno do zrozumienia, że nie może mu ufać i nie powinna wierzyć w ani jedno jego słowo.
    Przeszła obok niego, wolnym, pewnym krokiem, prowadząc ich dalej ścieżką, która stopniowo zanurzała się w głębi lasu. Drzewa, choć wciąż żywe, zdawały się już tylko cieniami dawnych czasów, poczerniały pnie sprawiały wrażenie opuszczonych, a ich liście szeleściły jak szept starych tajemnic. Noor czuła, jak jej energia miesza się z tym lasem, jakby sama natura próbowała ją zdusić lub sprowokować. Czuła też, że choć oboje z kambionem kroczą ramię w ramię równym tempem, toczy się tu mierzenie sił.
    - Miejsce, do którego zmierzamy, nie jest zwykłą apteką – powiedziała, spuszczając z uwagą wzrok na ziemię, by ominąć przewalone pnie. - To moje miejsce - zaznaczyła, nie dodając nic więcej, ani słowa o działalności, która się dzieje od drzwi zaplecza. Zaznaczyła tylko granice, wyznaczyła swoje nietykalne terytorium. - I w tym nie ma żadnej ukrytej gry - dodała dobitnie.
    W tym momencie czuła, że Malphas, tak pewny siebie, musi od razu poznać niepisane zasady. Miał przewagę, on znał swoją stratę, swoje demony. Ona, pół demon i pół czarownica, wiedziała, że jej własne cienie mogą być równie niebezpieczne, co jego, ale nie miała pojęcia jak daleko sięga jej zakres. Postanowiła jednak chronić to, co znała i co ceniła od samego początku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Woda nie osądza, ale też nie zapomina - powiedziała cicho, unosząc brew. - Zbyt wiele rzeczy w tym mieście żyje na granicy, Malphas. I nie zawsze jest to granica, którą można przekroczyć bez konsekwencji. Jeśli szukasz jeziora, by uciec od siebie, to… może właśnie w tym miejscu musisz się zatrzymać - zasugerowała, sięgając po materiał jego koszuli, ale przysłonięcie jego odkrytego torsu było tylko wymówką do poczucia skóry. Nawet chłód czuli inaczej, a jednak gdy pod opuszką dosięgła ciała, aż się wzdrygnęła. Przeszedł ją prąd i wspomnienie... lub myśl żaru, który był obcy.
      Zatrzymała się, wędrując jasnymi oczami po jego sylwetce, aż trafiła do spojrzenia.
      - Chcesz wiedzieć, dlaczego przyszłam nad jezioro? zapytała nagle, z lekkim uśmiechem, który nie wyrażał nic więcej, nie dosięgał oczu. Tylko był, jak w zawieszeniu. - Bo ja też jestem na krawędzi. I nie wiem, czy jestem taka jak ty, choć jednocześnie właśnie tak czuję. Ale nie boję się tego, co znajdę. A ty? - pozwoliła temu zawisnąć między nimi ii jeszcze nie wznowiła kroku do apteki. Czy to aby na pewno był spacer? Czy nie przypominało to bardziej tułaczki bez celu?
      Zadarła głowę, jakby próbując odczytać jego najskrytsze myśli. Cień, który rzucały na nich drzewa, zdawał się tańczyć w rytm ich oddechów, tworząc iluzję, że wszystko wokół żyło wraz z nimi. Czekając na jego reakcję, Noor poczuła, jak w jej żyłach pulsuje nie tylko chłód nocy, lecz także tajemnicza siła, która łączyła ich oboje. Obca i pociągająca, tak jak wieczorna myśl, która ją do niego przyprowadziła.

      Noor

      Usuń
  34. [Hej!
    Jak przybyłam tutaj z Anastasiusem, to nie miałam za bardzo czego zaproponować, ale! :D Może uda nam się coś pomyśleć między Malphasem a moją Baldwiną? Daj znać, czy widzisz tutaj jakiś potencjał!]

    Baldwina Heart

    OdpowiedzUsuń