nagłówek

14.12.2025

[KP] Nie pozwolisz żyć czarownicy


Jeżeli jaki mężczyzna albo jaka kobieta będą wywoływać duchy albo wróżyć, będą ukarani śmiercią. Kamieniami zabijecie ich. Sami ściągnęli śmierć na siebie. 

Pismo Święte, Księga Kapłańska 20,27.

Rory Nielsen
Aurora Henrietta Nielsen. Piąte pokolenie wiedźm.
Bez sabatu. Bez rodziny.
ur. 19.10.1999 r.; Kopenhaga, Dania. Wiedźma.
Barmanka w barze Brudershaft.

Przeżyła przeprowadzkę do zupełnie obcego świata w wieku zaledwie pięciu lat. Pamięta jansobrązowego misia, którego pluszową łapkę ściskała kurczowo w dziecięcej dłoni. Pamięta, że wcale nie było łatwo zrozumieć język, który zaczął wokół niej dominować. I pamięta, że jeszcze trudniej było ujarzmić dar, który w niej drzemał.

Przeżyła zloty, które kolidowały z nauką w publicznej szkole. Przeżyła wzloty i upadki kobiety, która była jej matką, a ostatecznie stała się potworem. Pamięta dni, kiedy nie mogła wyściubić nosa z pokoju i pamięta dni, kiedy ukrywały się wszystkie, gdy choćby na jedną z nich padał cień podejrzeń.

Pamięta, że sabat dawał im poczucie bezpieczeństwa. Harmonię, ale i alibi, kiedy dookoła nich działo się coś nadprzyrodzonego. Musiały praktykować magię w ukryciu, zupełnie tak, jakby cofnęli się do średniowiecza.

Przeżyła zagładę sabatu, która była planowanym działaniem brytyjskich władz, tylko dlatego, że nie było jej wtedy na miejscu. Tylko dlatego, że utknęła w metrze. O tragedii dowiedziała się z wiadomości i wiedziała, że nie ma tam już dla niej miejsca.

Pamięta swoją ucieczkę. Chaos, panikę, strach. Pamięta, jak drżały jej ręce, gdy pakowała w pośpiechu niezbędne do przeżycia rzeczy. Księgę przekazywaną z pokolenia na pokolenie, medalion, który miał ją strzec od złego. Pamięta, że chciała zabrać ze sobą czarnego niczym smoła kota. Ale zabili i jego.

Przeżyła jedenastoletnią tułaczkę, kilkukrotne zmiany tożsamości, nowe miejsca zamieszkania i nowych znajomych. Przeżyła głód, chłód i bezdomność, aż któregoś dnia trafiła na nią - czarującą i obiecującą raj — Anatheę.

Pamięta, że przystała na warunki od razu, bez wahania, byleby dostać miękkie łóżko i coś ciepłego do zjedzenia. Pamięta, że gdy dotarła do Last Salvation, poczuła się pusta, gdy ktoś bez żadnych skrupułów pozbawił ją mocy, która stanowiła część niej. Która była nią.

Przeżyła to wszystko, aby miesiąc temu wylądować w Last Salvation, zająć posadę barmanki i dostać przydział na mieszkanie — ciasną kawalerkę na drugim piętrze, w kamienicy nieopodal ratusza.

Cześć, zapraszam do Rory, która chętnie wysłucha smutnych i mniej smutnych historii, które zwykle snuje się po pijaku w barze. Na wizerunku Charlie Weiss, która prześladowała mnie na Pintreście od dłuższego czasu. Bawmy się! 

32 komentarze:

  1. [Ten wizerunek pasuje idealnie do Twojej pani! Mega klimat <333 już nie mogę się doczekać, aby do Was dołączyć!]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Pamiętamy! :D nie pamiętam tylko, kogo prowadziłaś xD]

    Zatrzymała spojrzenie tylko na moment, na ułamek sekundy, w brudnym szkle dostrzegając błysk własnego oka w załamaniu świateł o taflę tequili, którą wychylała z kieliszka, już siódmego. Bez soli. Bez limonki. Raz za razem. Nie chodziła do barów, nie trzymała z innymi, nie była dzikusem, ale też nie budowała relacji. Nie potrafiła. Ostrożna, nieufna, odsunięta na bok wedle własnego życzenia. Ale po dzisiejszej wymianie złośliwości z pewnym wampirem, po tym jak nazwał ją tak, że się najeżyła, postanowiła się wychylić i przyjąć wyzwanie. Kto wypije więcej. Kto więcej wytrzyma. Dziecinne i głupie, ale duma nie była inna. A Noor miała swoją i była ona spora.
    Otarła usta wierzchem dłoni, złota bransoletka z kamieniami tygrysiego oka i granatu zabłyszczała, gdy zmrużyła powieki i zlustrowała bardzo uważnie jak trzyma się pion sylwetki wampira. On był z mroku, a ona połowicznie z ognia, czy w ogóle były to równe szanse i pojedynek miał sens? Szczerze wątpiła, ale póki jeszcze nie szumiało jej w głowie, nie komentowała tego... tego. To nie była nawet zabawa, sama nie wiedziała, jak to nazwać. Poniekąd nie wierzyła, że dała się na tę wędkę złapać tak łatwo.
    - Jeszcze! - zawołała, podnosząc rękę w górę, aby barmanka ich dostrzegła. Czuła się pewnie, bo po tym jak zuchwały nieśmiertelny opuścił aptekę, zaparzyła sobie odpowiedni napar, aby troszkę się wzmocnić na wieczór i uchronić przed niechcianymi skutkami nadmiaru tej trutki, jaką w siebie wlewała. Czy to było oszustwo? Nie. To była taktyka.
    Powinna być dzisiaj przez noc w aptece, obsługiwać jej drugie dno, ale przełożyła umówione spotkania. I nie uważała jeszcze, że cokolwiek traci, natomiast po kolejnych czterech kieliszkach, poczuła się dość odważna, aby zwrócić uwagę na ścianę na której wyświetlano z projektora propozycje piosenek do karaoke. Jakby ktoś w ogóle miał ochotę sięgnąć po mikrofon i w sumie... ona zechciała. Od kilku lat przebywała w tym miejscu i nie kojarzyła, aby kiedykolwiek usłyszała czyjkolwiek śpiew, ale poza urodą miała jeszcze kilka innych talentów i choć syreną nie była, jej głos był nawet przyjemny. A jeśli nie był, to tej nocy się o tym przekona.

    Noor, która może nawet ujdzie cało

    OdpowiedzUsuń
  3. Levi nie potrafił sobie przypomnieć, dlaczego umówił się z Sybil. Zastanawiał się nad tym przez całą drogę od niej do baru i słuchając jej świergotania o tym, jak spędziła miniony tydzień, doszedł do wniosku, że zrobił to dla świętego spokoju. Z nadzieją, że Sybil w końcu się od niego odczepi. Teraz, kiedy szedł obok niej, ta nadzieja w nim gasła. Sybil wydawała się być w ogóle nieprzejęta tym, że Levi w żaden sposób nie próbował ubarwić jej monologu, wtrącając coś od siebie lub zadając tak zwane pytania pomocnicze, które miałyby wyrazić jego zainteresowanie omawianym tematem. Widać wystarczyło jej to, że Levi słuchał, że co jakiś czas spoglądał na nią i uśmiechał się lekko, kiedy podczas tego spoglądania udawało mu się pochwycić jej spojrzenie.
    Nie był pierwszy, nie miał być też ostatni. Wiedział o tym on, wiedziała o tym Sybil, a także całe miasteczko.
    Sybil była syreną. Uwodzenie i mamienie osobników płci męskiej rasy wszelakiej leżało w jej nieokiełznanej naturze, z którą Sybil nigdy nie starała się walczyć, bo i po co? Leviemu w zasadzie to nie przeszkadzało – przeszkadzał mu sposób postępowania Sybil. To, że się na niego uwzięła, jakby za punkt honoru postawiła sobie wciągnięcie Leviego na listę mężczyzn, których uwiodła, co bez wątpienia udałoby jej się w mgnieniu oka, gdyby nie to, że przebywali w azylu. Nie mogła czarować go głosem ani wodzić śpiewem, choć może jednak trochę mogła, skoro jej głos pozostawał wyjątkowo miły dla ucha, a Levi właśnie otwierał przed nią drzwi do baru Bruderschaft.
    — Prawda, Levi? — rzuciła, wszedłszy do środka i obejrzawszy się na niego przez ramię.
    — Słucham? — poderwał głowę i nieznacznie uniósł brwi, dopiero teraz zorientowawszy się, że mimo wszystko w pewnym momencie przestał jej słuchać. Sybil, wciąż oglądająca się na niego przez ramię, skrzywiła się delikatnie, nie na tyle jednak, by miało im to popsuć wieczór i pokręciwszy głową, roześmiała się perliście. Levi utwierdził się przez to w przekonaniu, że to nie na rozmowie jej zależało i posławszy krzywy uśmieszek do jej pleców, ruszył za kobietą do znajdującego się na przedzie baru kontuaru.
    Sybil była piękna. Miała proporcjonalne rysy, a twarz niemalże doskonale symetryczną. Duże, jasnoniebieskie oczy okolone długimi rzęsami, drobny i zgrabny nos, kształtne i pełne usta. Długie do pasa włosy, tak ciemne, że aż czarne, nosiła rozpuszczone. Była niska, nawet jak na kobietę, bo Leviemu sięgała może do torsu, ale jej sylwetka stanowiła miękką klepsydrę. Drepczący za Sybil Levi miał na czym zawiesić oko i je zawieszał, a potem pomógł ściągnąć Sybil płaszcz i wraz ze swoją kurtką odwiesił go na stojący w kącie pomieszczenia wieszak, zawalony już innymi płaszczami i kurtkami mieszkańców, którzy postanowili zwieńczyć ten piątkowy wieczór w podobny, co oni, sposób. Czułym uszom Leviego nie umknęło to, że kiedy przeciskali się pomiędzy stolikami i kiedy odwieszał ich odzienia wierzchnie, z ust niektórych gości uleciały ciche, wymowne chichoty i odrobinę go to zakuło. Nie wiedział tylko, czy bardziej było mu żal siebie samego, czy Sybil.
    To właśnie te chichoty sprawiły, że do czekającej na niego przy barze Sybil wrócił swobodnie, a przede wszystkim szczerze uśmiechnięty. Zajął wysoki stołek obok niej, a że Sybil odruchowo usiadła zwrócona przodem nie do baru ani do niego, a do widocznej po prawej stronie niewielkiej sceny, to złapał za siedzisko i bezceremonialnie obrócił ją ku sobie.
    — Jeszcze godzina, nim zaczną grać — poinformował, podczas gdy Sybil odchyliła się delikatnie i z półuśmieszkiem mierzyła wzrokiem jego sylwetkę, wyraźnie zadowolona z tego jego zagrania, przez które zetknęli się kolanami.
    — Czego się napijesz? — zapytał i odwróciwszy wzrok od Sybil, podążył spojrzeniem za kręcącą się nieopodal barmanką. Nie rozpoznał w niej żadnej z pracujących tutaj dziewczyn, które kojarzył dość dobrze, więc szybko wywnioskował, że zarówno w pracy, jak i w azylu musiała być nowa. Pamiętał, że jeszcze jakiś czas temu Hans narzekał na brak ludzi do pracy, ale widać wolny wakat w barze w końcu przestał spędzać mu sen z powiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A jak myślisz, na co mogę mieć ochotę? — Głos Sybil doleciał do niego z mniejszej odległości, niż powinien, gdyby Sybil siedziała wciąż odchylona i kiedy Levi przekręcił głowę, dostrzegł, że w istocie, kobieta oparła łokcie o bar, a podbródek na splecionych ze sobą dłoniach, tułów nachyliwszy przy tym ku niemu.
      — Że na mnie, to już wiemy — rzucił beztrosko i bez zająknięcia, trącił kolanem jej kolano. — Ale chciałbym też wiedzieć, jakie drinki lubisz i czy pijesz piwo z sokiem czy bez.
      — Bez — odpowiedziała cicho, wyglądając na wciąż trochę zaskoczoną zmianą w jego zachowaniu, a bardzo z tego powodu zadowoloną.
      — Dla nas dwa Omnipollo, proszę — rzucił do nowej barmanki, która zdążyła obsłużyć pozostałych klientów i teraz wyrosła przed nimi. Sam wczoraj przytargał tutaj skrzynkę tego szwedzkiego piwa i nawet jeśli nie widział go na wystawce za barmanką, to wiedział, że Hans je ma.

      LEVI ACKERMANN

      Usuń
  4. [Cześć! Dziękuję za powitanie i miłe słowa *.*
    Jest to całkiem możliwe, że Faith byłaby odpowiedzialna za przyprowadzenie Rory do Azylu - w końcu zajmuje się tym już od przynajmniej dwóch dekad. Co więcej narodził mi się w głowie pewien pomysł odnośnie powiązania naszych Pań, który chętnie opisałabym szerzej na mailu, jeśli byłabyś chętna coś razem stworzyć ;)
    Mój mail - vulnerasanenturgirl@gmail.com]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  5. [Banshee i wiedźmy są do siebie w sumie całkiem podobne, ale cieszę się, że zdecydowałaś się na drugą opcję — Rory jest cudowna. Kartę napisałaś świetnie, bez trudu da się poczuć strach, który jej towarzyszył w trakcie ucieczki, a potem utratę, będącą ceną bezpieczeństwa.
    Za butelkę mocnego alkoholu Morrigan mogłaby przemycić co nieco z mrocznych piwnic. ;) Na pewno coś, co mogłoby zainteresować wiedźmę. Zapraszam na maila! ketsurui567@gmail.com]

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  6. Drzwi do baru otworzyły się bez pośpiechu, jakby nikt ich nie pchał, a jednak przeciąg przebiegł po sali, studząc emocje bardziej niż jakiekolwiek zaklęcie. Zayden wszedł do środka, a każde jego stąpnięcie było równe, wyważone, jakby podłoga należała do niego na długo przed tym, zanim przekroczył próg. Szedł przez lokal pewnym krokiem, jednak bez nerwów i zbędnego pośpiechu, bo doskonale wiedział, że to otoczenie dostosuje tempo do niego, a nie odwrotnie. Im bliżej był, tym bardziej malała odwaga tych, którzy jeszcze przed chwilą gotowi byli krzyczeć i tłuc się o własne racje, a cisza ciągnęła się za nim jak cień, którego teraz nie bez przyczyny przy nim nie było. Obrzucił wnętrze spojrzeniem, a znużenie wymalowało się na jego twarzy, niczym ślad po zbyt wielu identycznych wieczorach. Polityka, alkohol i urażona duma, czyli klasyczne trio, a do kompletu brakuje tylko kogoś, kto przewróci stół i nazwie to aktem sprzeciwu. Pijackie awantury, podniesione głosy i rozbite argumenty należały do tej rutyny, która dawno przestała go interesować, więc nic dziwnego, że nie patrzył na salę jak na pole konfliktu, tylko jak na problem już rozwiązany, który domagał się jedynie formalnego potwierdzenia. Jego wzrok zatrzymał się na przewróconym kuflu, z którego powoli sączyła się resztka piwa, tworząc na blacie lepką kałużę, a potem westchnął cicho, bardziej z irytacji niż z potrzeby oddychania. Zawsze ktoś, kurwa, rozleje.
    Podniósł wzrok dopiero wtedy, gdy cisza w barze stała się niemal nieznośna, ale pozwolił jej jeszcze chwilę potrwać. Dwóch awanturników wciąż stało naprzeciw siebie, jeden z pięścią w pół drogi, drugi z argumentem o polityce Rady utkwionym w gardle. A argument ten, trzeba przyznać, wyglądał na bardzo ważny jeszcze trzy sekundy temu. Pierdolone, barowe goblinoidy – podchodzą, popychają, a potem znikają pod stołem, jak zawsze. Tchórzliwe ciule.
    Zayden przeszedł między stołami, postawił przewrócony kufel i rzucił krótkie, porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Kaelena, który był dziś tutaj w roli jego służbowego partnera i pojawił się w lokalu tuż za nim. Wilkołak ruszył w stronę awanturników i bez szemrania chwycił łapami pięściarza, nie bez powodu zostawiając Zaydenowi akurat tego drugiego z utkwionym w gardle zarzutem odnośnie polityki azylu. Kaelen wytarmosił pięściarza na zewnątrz, a Zayden zbliżył się do oponenta bez słowa. Cień za nim zdawał się rosnąć, jakby sama ciemność wchłaniała resztki chaosu w barze, a zanim goblinoid zdążył choćby mrugnąć, Zayden chwycił go za koszulę i przyciągnął z taką lekkością, jakby ważył tyle, co pusta filiżanka.
    — Słuchaj uważnie — powiedział, a jego głos choć był niskim szeptem, wypełnił otoczenie niczym gęsty dym. — Jedno niewłaściwe słowo, a stracisz prawo do głosu. Na zawsze. Rozumiesz?
    Goblinoid drżał, próbując się wyrwać, ale cień Zaydena przywarł do niego jak niewidzialny płaszcz, tłumiąc każdy oddech i każdą próbę buntu. Mięśnie oponenta napięły się wyraźnie, a zęby zadrżały w bezgłośnym szczęku. Strach nie był jednak fizyczny, a mentalny – nagły i nie do odparcia, gdy bezlitośnie wchodził pod skórę i paraliżował jego wolę. Słabł w dłoni, ale Zayden nie pozwolił mu się osunąć na podłogę, mimo że ten zaczął mu ewidentnie ciążyć, tylko zacisnął mocniej palce na materiale jego ubrania. Jeszcze przecież nie skończył.
    — Jeśli nie zrozumiesz, następnym razem pokażę ci, jak cienka jest granica między życiem a tym, co zostaje po złamanych zasadach — zapewnił i dopiero wtedy wypuścił materiał z dłoni, pozwalając mu zaliczyć bezpośrednie spotkanie z barową podłogą, na którą upadł ciężko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeszedł zaraz nad nim, dając nieco większy krok, i wycelował spojrzenie matowych oczu w twarz barmanki. A jednak. Aurora Henrietta Nielsen, piąte pokolenie wiedźm, tu i teraz, we własnej osobie. A w zasadzie, to już od miesiąca. Wiedział, jakżeby inaczej, w dodatku dostał na nią co najmniej dwa donosy, ale co z tego?
      Kaelen zgarnął drugiego awanturnika i wyniósł z lokalu, a Zayden podszedł do baru i ciężkim ruchem położył dłoń na blacie. Mówiąc szczerze, to wcale nie obchodziło go to, co i kto gada o Radzie, ale musiał robić to, co do niego należy, czyli strofować takich gnojków, więc dokładnie to zrobił.
      — Czego dotyczyła kłótnia? Kto zaczął? — zapytał bez entuzjazmu, tym samym zaczynając zbierać niezbędne wyjaśnienia, żeby czym prędzej zakończyć tę farsę i zająć się czymś ciekawszym od rozdzielania pijaczków Bruderschaftu. Trzymał spojrzenie na twarzy Rory, jakby była jedną z wielu mieszkańców azylu, jakby była tu od zawsze, choć miał pełną świadomość, że została ściągnięta zaledwie miesiąc temu. Wiedział, że to może kiedyś nadejść, ale nie sądził, że te niespełna pięć lat, gdy ostatnim razem się widzieli, miną tak szybko. On dał jej wolność, a ona najwidoczniej znów dała się złapać.

      Zayden Ward 👮

      Usuń
  7. [hej! Moje wybory rasowe zwykle były te same, no ale ile można wałkować, więc zaczęłam improwizacje z mniejszym lub większym skutkiem ;> Hota w sumie takowym eksperymentem jest. Dziękuję za przywitanie.
    Widzę, że Rory też przeżyła sporo, aż chcem ją gorąco psytulić - mogę nie? ^_^
    Zapraszamy jak coś.]

    Hotarubi

    OdpowiedzUsuń
  8. Rzecz w tym, że tutaj nikt nie dostawał nic za darmo, bo za ten skrawek bezpieczeństwa, a raczej tego, że można istnieć w tym miejscu bez większych obaw, każdy musiał zapłacić własną autonomią i to w sposób nieodwracalny. Za tę rzekomą stabilizację i świadomość, że tutaj unicestwianie to przywilej należący wyłącznie do Rady, cały ten azyl karmi się energią, którą wysysa bezlitośnie z każdego obdarzonego i nigdy jej nie zwraca. To oczywiście i tak mniejsze zło dla tych, na których poza azylem czekał dużo gorszy los, niż oddanie komuś znacznej ilości mocy, ale to nadal kajdany, szczególnie ciężkie dla tych, którzy zostali tutaj ściągnięci, bo nie mieli żadnego wyboru. I takiego wyboru nie miał już Zayden.
    Dwie dekady temu, gdy wchodził w układ z Radą, który dotyczył ochrony za służbę, miał już na sobie wyrok astralnych egzekutorów, którym wcale nie zależało na tym, żeby zrobić mu tylko fizyczną krzywdę, a żeby rozciąć rdzeń i rozszczepić jego strukturę istnienia na dziesiątki cząstek, które nie mogą istnieć osobno i w efekcie uniemożliwić mu odrodzenie. Oni polują na byty powstałe z ludzkich dusz, wierząc, że to błędy systemu i likwidują ich, a on był z tych dusz ulepiony jako pozostałość po pompejskim systemie, który przestał istnieć, ale nie został domknięty. Był echem prawa, nośnikiem wszystkich urwanych procesów, niedopełnionych wyroków i nieosądzonych win tych, którzy zginęli pod popiołem Wezuwiusza, zanim prawo zdążyło ich dosięgnąć, tyle że jego misją nie jest stanowienie prawa, a zamykanie luk, które powstają, gdy to prawo upada. Wyczuwa łamanie zasad, każde naruszenie prawa i to pozwala mu reagować, choć nie z wyboru, a z konieczności, bo gdy w porządku powstaje pęknięcie, Zayden po prostu je czuje. Może je zignorować, ale jeśli to zrobi, system zacznie go korygować i przypominać, że im dłużej będzie udawał, że nie słyszy, tym więcej weźmie to od niego. Tak, czy siak, stanowił doskonały materiał na lokalnego strażnika – wystarczył dobry układ, a potem już tylko przysięga regulująca jego prawa w danej przestrzeni, żeby przypadkiem nie zmiótł kogoś z planszy. Z czasem doszła też runa na ramieniu i zobowiązania wobec azylu, z których istnienia zdawał sobie sprawę, godząc się na bycie jego częścią, w zamian za zniknięcie z radaru egzekutorów. Ale to nie pierwsza jego niewola na przestrzeni ostatnich sześciu stuleci i na pewno nie ostatnia. Zresztą, w porównaniu do poprzednich, ta i tak jest łaskawa.
    Podniósł brew, gdy Aurora najpierw powiedziała, że nie wie, a później zaczęła jednak mówić. On jej nie przesłuchiwał, zbierał tylko wyjaśnienia, ale te jej nie będą bardziej istotne, niż tych, którzy też byli naocznymi świadkami awantury, więc nikt nic nie straci, jeśli ona do końca będzie złośliwie się zgrywać. Doprawdy, te pięć lat temu, gdy nie chciała iść do azylu, była grzeczna. Wymienili się nawet korzyściami, a teraz, no proszę, mamy jednak jakiś pierwiastek buntu. Możliwe, że jest zmienna, tak jak jej oczy, które błyszczą w różnych odcieniach zależnie od światła. Albo niestabilna.
    — Świetnie, jest pani bardzo spostrzegawcza — zauważył w odpowiedzi i dał kilka kroków wzdłuż barowej lady, przesuwając dłonią po blacie, jakby jednym ruchem zgarniał z niego kurz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otrzepał zaraz dłonie, obrócił się w stronę Rory i wymownie rozejrzał się po pomieszczeniu, mimo że nikogo konkretnego nie poszukiwał. — Ale nie ma tutaj nikogo, kto wie, jak rzucać dobre uroki — stwierdził, wracając do niej znużonym spojrzeniem. — Panno Nielsen, bądźmy realistami, dobrze? — Uśmiechnął się krótko i teatralnie. Czy to było uszczypliwe? Niech sama sobie zinterpretuje. — A więc obaj zamówili piwo. To proszę kontynuować dalej, skoro jednak pani wie — zachęcił, mimo wszystko nie licząc na to, że powie mu cokolwiek istotnego. Tutaj nie musiał tego wymagać, to nie komisariat, gdzie większość chwytów jest dozwolona. Dopełniał tylko formalności, których wymagała procedura, ale niewykluczone, że od tego spotkania być może będzie musiał zmienić swoje podejście do donosów od miejscowych pijaczków, które do tej pory zwyczajnie bagatelizował.

      Zayden Ward

      Usuń
  9. [ Hej, hej!
    Cieszę się, że Mokseo tak się fajnie przyjął :3 Nie powiem, namęczyłam się, żeby jakoś zgrabnie ubrać w słowa jego spokojny i wrażliwy charakter, więc tym bardziej mi miło, że jest to zauważalne :3
    Rory ma cudowne imie! I tak mi się smutno zrobiło jak czytałam kartę, a fragment o kotku to w ogóle :c Sama u rodziców mam czarnego demona :c
    Wydaje mi się, że mogliby się dobrze dogadać, więc my na wątek bardzo chętnie! Pomyslimy nad czymś ciekawym :D ]

    Mokseo

    OdpowiedzUsuń
  10. Spojrzał na barmankę przelotnie, na czas wystarczający do złożenia zamówienia, co trwało łącznie nie więcej, niż pięć sekund i już wracał spojrzeniem do Sybil, to w jej stronę obracając głowę, kiedy coś go tknęło. Coś w tej barmance, dosłownie na pierwszy rzut oka niezauważalnego, zostało zauważone przez umysł Leviego, kiedy tylko obraz zarejestrowany przez oczy został rzucony do tego konkretnego obszaru mózgu odpowiedzialnego za jego przetworzenie. Znieruchomiał, jego głowa zatrzymała się w pół ruchu, ścięgna widoczne na szyi napięły po to, by po chwili Levi wrócił wzrokiem do dziewczyny, która właśnie spoglądała za siebie, najpewniej w poszukiwaniu wymienionego przez Ackermanna piwa. Wiedział i widział, że go tam nie było i że nowa w ten sposób go nie namierzy, o czym chciał jej powiedzieć bezzwłocznie, ale zamiast tego zamarł po raz drugi z lekko rozchylonymi ustami i słowami uwięzionymi w gardle, kiedy barmanka odwróciła się z powrotem do niego i znowu dostrzegł w jej zwyczajnej, a przy tym ładnej twarzy coś znajomego, czego jednak nie potrafił do niczego przyporządkować ani w żaden sposób zaklasyfikować.
    — Levi? — usłyszał z boku. — Może być paulaner — powiedziała Sybil, ale choć Levi słyszał, nie słuchał. Patrzył teraz nie na twarz barmanki, a na wisiorek, który miała na sobie, a który przykuł jego uwagę w momencie, w którym dziewczyna pochyliła się i oparła dłońmi o niższą część lady, przez co wisiorek oderwał się od jej dekoltu i zakołysał. Kołysał się nadal, na boki i lekko okręcając się wokół własnej osi, kiedy Levi wpatrywał się w niego już nie z tym dziwnym poczuciem, że jest to coś znajomego, ale z przeświadczeniem, że doskonale zna ten okrąg z kwiatowym wzorem i kamieniem. Z jadeitem.
    — Może być paulaner — powtórzył głucho za Sybil, oderwał wzrok od wisiorka i powędrował nim do twarzy barmanki, by finalnie zerknąć na siedzącą obok syrenę. Sybil przyglądała mu się uważnie, ze zmarszczonymi brwiami i ustami lekko wydętymi w wyrazie niezadowolenia. Jej oczy o tęczówkach tak jasnych, że niemalże białych wciąż błyszczały, ale już nie w ten zachęcający sposób. Błyszczały groźnie, tak jak błyszczą oczy drapieżnika w ciemności.
    Pod wpływem tego spojrzenia Levi poczuł się winny, ale zamiast przepraszać, ponieważ za bardzo nie wiedział, za co powinien przeprosić, poprzestał na głębokim nabraniu powietrza, które następnie głośno wypuścił przez nos. Patrzył na Sybil, a przynajmniej się starał i nawet uśmiechnął się do niej lekko, bo wcześniejszy uśmiech zgubił mu się gdzieś po drodze, kiedy zapatrzył się na wisiorek, ale wzrok uciekał mu ku barmance, która sięgała po dwie butelki paulanera.
    Levi był mocno świadomy swojego ciała, głównie przez wzgląd na to, że tych ciał miał dwa, a nie jedno. Inaczej odczuwał i reagował w postaci człowieka, inaczej w postaci kota, nawet jeśli te dwie formy przeplatały się ze sobą i tak jak ciał było dwa, tak wciąż był tylko jeden Levi. Ten Levi czuł teraz, że wali mu serce i że przyspieszył oddech, że źrenice rozszerzyły się, a żołądek lekko ścisnął.
    — Coś się stało?
    Sybil także musiała wyczuć te subtelne zmiany, ponieważ nachyliła się ku niemu i jej zdenerwowanie ustąpiło miejsca trosce, czy to prawdziwej, czy to fałszywej, podyktowanej tym, że był to jeden ze sposobów na ponowne ściągnięcie uwagi Leviego całkowicie na siebie. Levi tego nie wiedział, a też nie interesowało go to w ogóle, bo przed nimi o wysłużony kontuar stuknęły dwie butelki piwa i obróciwszy głowę w stronę źródła dźwięku, Levi ponownie zapatrzył się na znajdujący się w zasięgu jego wzroku wisiorek.
    W ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że zarówno wtedy, jak i teraz wyglądał przy tym tak, jakby wpatrywał się wprost w dekolt nowej barmanki. A tego dla Sybil było już za dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Syrena chwyciła butelkę z paulanerem, uprzednio otworzoną przez barmankę i chlusnęła jej zawartością na kotołaka. Piwo nie współpracowało, pod wpływem gwałtownego ruchu spieniło się w szkle i zamiast chlustać dalej, białą pianą spłynęło wzdłuż szyjki butelki na dłoń Sybil, a potem w dół jej przedramienia. Rozzłoszczona syrena odstawiła butelkę na blat, za co Levi był jej wdzięczny, bo równie dobrze mogła roztrzaskać ją na jego głowie, po czym złapała kotołaka za mokrą koszulkę, przytrzymała sobie i otwartą dłonią trzasnęła go w twarz z taką siłą, że jego głowa odskoczyła. Wszystko to zrobiła, siedząc zgrabnie na wysokim stołku i nawet się przy tym nie zachwiała. Dopiero po tym, jak dała upust złości, zgrabnie zsunęła się z siedziska, zadarła podbródek i podeszła do wieszaka, skąd z pewnym trudem zabrała swój płaszcz i przyciskając go do piersi, wyszła.
      Ackermann został przy barze, na wysokim stołku. Siedział z przymkniętymi powiekami, głową odchyloną w lewą stronę i rękoma ugiętymi w łokciach, uniesionymi na wysokości piersi, z szeroko rozcapierzonymi palcami i krzywił się przy tym niemiłosiernie, bo był MOKRY. Mokry od zimnego piwa, które wsiąknęło w jego koszulkę, lepiącą się teraz do piersi i było to dla niego uczucie stokroć gorsze, niż piekący policzek. Nienawidził być MOKRY, kiedy działo się to nie na jego warunkach i kiedy nie był to gorący prysznic lub gorąca kąpiel.
      Pochylił głowę, zacisnął dłonie w pięści, a potem oblizał wargi, ściągając z nich kilka kropelek piwa. Było dobre i chyba tylko dlatego Levi rozwarł powieki, poruszył się gwałtownie i złapał za drugą butelkę, pociągając z niej łapczywie.
      A może też dlatego, że za barem stała Aurora Nielsen.
      Rory.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  11. Czuła, jak całe ciało rozgrzewa się od tego wszystkiego, od tłumu, od muzyki, od tego nieustającego brzęku kieliszków i gwaru. I przede wszystkim od złota, które w siebie wlewała tak dzielnie. Z każdym kolejnym łykiem była jednak z siebie ni to zadowolona, ni bardziej drażliwa, a świat stawał się trochę bardziej odrealniony. I wszystko wokół traciło na znaczeniu. Patrzyła na tych wszystkich nie-ludzi kątem oka, jak próbują się upić, jak z trudem chcą łapać równowagę, a jednak nadal tylko próbowali się bawić. Oszukiwali trochę samych siebie, a może wariowali w zamknięciu. Ich spojrzenia były pochmurne a może trochę zagubione, gdy myśli się gubiły po kolejnym łyku. A Noor czuła, że jej mieszana krew jest za silna i nawet tego nie potrafi i teraz była niezadowolona nawet z tego sprytnego triku wychylenia przed piciem specjalnego naparu. Bo bez niego może jednak i by głowa bolała nazajutrz, ale zabawa byłaby lepsza. Widziała już, że wampir wcale nie jest taki mocny, tylko w gębie ma przewagę i jakoś... wyzwanie straciło na atrakcyjności.
    Kiedy Rory podeszła bliżej i zaczęła w nią wątpić, Noor poczuła lekkie spięcie mięśni, gdy ściągnęła łopatki a ostatnie nieprzespane noce odbiły się bólem w plecach. Spojrzała na dziewczynę i już wiedziała, że ta zna się na rzeczy i dobrze pilnuje spelunki, w takich miejscach, gdzie alkohol miesza się z krwią i tajemnicami, trzeba być czujnym. Kiwnęła głową, bo i owszem, chciała pić jeszcze i miała pieniądze, a skoro nie wydawała ich na bzdury, dzisiaj mogła zaszaleć. Obróciła się potem na tego wampira, który zamawiał kolejne tequile już mniej ochoczo i jakiś zryw poderwał ją na nogi. Wstała gwałtownie i błysnęła równie ślicznymi ząbkami, co ona cała, do barmanki. Co ten umarlak sobie myślał? Że to mu doda siły i ją upokorzy? Że znowu zwyzywa? A może po prostu próbował zatrzymać ten moment, kiedy miał jakąś przewagę i nie docenił jej, bo była mieszana? Złość i duma w Noor były paskudną mieszanką i wcale się z tym nie kryła. Mogła być słabsza po zamknięciu w azylu i naznaczeniu runami, ale wciąż była autentyczna.
    Czuła, jak lekko zadrżały jej uda gdy tak gwałtownie poderwała się z stołka, ale w tym chaosie i codziennym pijackim klimacie, czuła się wreszcie żywa żywa. Jej myśli uciekały, ale głowa trzymała się dobrze, kiedy barmanka spojrzała na nią i na scenę zbyt bystrym spojrzeniem. Wiedziała, że powinna być ostrożniejsza, ale to właśnie w takich chwilach czuła się najlepiej, gdy jeszcze miała kontrolę, choćby tylko na chwilę.
    - Wybierz piosenkę, za wszystko zapłacę - odezwała się miękko do dziewczyny, bo choć gardło ją paliło, nie ochrypła, nie straciła tego uroku, który płynął z ogniem w jej żyłach.
    Oczywiście, jeszcze nie zamierzała kończyć tej imprezy. Nie była tu pierwszy raz, ale choć zdarzało się ją tu widzieć rzadko, dziś czuła i zachowywała się wyjątkowo pewnie, jakby ten bar był jej drugim domem. Odgarnęła gęste kasztanowe pasma z ramienia w tył i wychyliła kolejny kieliszek bez dodatków elegancko i z wdziękiem. Na moment tylko opuściła powieki, chowając jasne przejrzyste paciorki oczu, gdy alkohol przelał się w jej wnetrzu i znów poczuła to ciepło w sobie.
    - No dalej, ja nie żartuję - zachęciła, wygładzając szary sweterek na płaskim brzuchu i ruszając po mikrofon.



    Noor

    OdpowiedzUsuń
  12. W ciągu sześciu stuleci spotkał bardzo dużo spostrzegawczych istot i nikogo nie traktował jako lepszego wyjątku, a w tym momencie to akurat zwyczajnie sobie ironizował – tak jak zresztą Aurora, która obrała sobie za cel wyzłośliwianie się, choć cholera wie w zasadzie po co. Ale to nie nad tym miał tutaj rozprawiać, bo nie przybył na interwencje do niesfornej barmanki, tylko do dwóch pijaczków, którzy rozkręcili awanturę i którzy byli już ujęci, a więc gotowi do wywiezienia na rozmowę na komisariat. Reszta to tylko formalność, na którą on nie zamierzał tracić zbyt dużo czasu, zwłaszcza, jeśli ta formalność nie zamierzała współpracować. Gdyby chodziło o coś poważniejszego, jakiś handel lub przemyt na większą skalę, wtedy ich rozmowa na pewno wyglądałaby zupełnie inaczej, ale dwaj podpici awanturnicy nie byli warci ani dłuższego namysłu, ani zbędnych ceregieli, więc tyle wystarczy. Czas i ich zeznania zweryfikują, czy rzeczywiście jeden powiedział drugiemu, że jego stara to poczwara, czy to Aurora jest zwykłą kłamczuchą. Byłoby trochę szkoda, gdyby to ta śliczna twarz okazała się skalana kłamstwem.
    Jego brew uniosła się w powątpiewającym wyrazie, gdy padła odpowiedź na jego uwagę. Otaksował jedynie spojrzeniem jej sylwetkę, niczego więcej w tej sprawie nie mówiąc, bo to, że wątpił było raczej widać, a on tak na dobrą sprawę nawet nie wiedział, jakie Aurora rzeczywiście posiada możliwości, poza tym, co zostało wpisane w papiery i co on sam w ramach wymiany korzyści wytargował kilka lat temu, więc nie zamierzał jej z góry oceniać. Najwidoczniej jego uwaga trafiła w jakiś czulszy punkt, skoro doczekała się odpowiedzi. A pomyśleć, że już od początku mogło być całkiem miło i przyjemnie, gdyby nie to, że siliła się na tę zbędną pewność siebie, a zbędną, bo w tej wymianie zdań pomiędzy nimi nie ma i nie będzie ani przegranych, ani wygranych. Nie było przecież żadnej rywalizacji. To tylko wywiad środowiskowy, zwykła policyjna formalność, którą on właśnie odbębniał, a którą ona z jakiegoś powodu postanowiła z początku skomplikować.
    — Ciekawi mnie, jak bardzo ty musiałaś czuć się niebezpiecznie, że ostatecznie jednak zaszyłaś się tutaj — powiedział, nie oczekując jednak żadnej odpowiedzi, bo to nie było zainteresowanie, które domagało się reakcji, tylko wynik chłodnej obserwacji. A on nie czuł się ani niebezpiecznie, ani bezpiecznie. Oba odczucia są mu tutaj obce, bo dopóki układ z Radą działa, to wszystko jest jak należy.
    — I szczerze? Spodziewałem się, że może ktoś mnie tu w końcu czymś zaskoczy — odparł, wzruszając lekko ramionami, jakby to było całkowicie naturalne, że codzienność tutaj rzadko spełnia oczekiwania. Miał na myśli również ją, bo widzieli się pierwszy raz od lat, więc prawdopodobieństwo jakiegoś zaskoczenia też istniało, ale teraz chyba już przeminęło.
    — Wracaj do pracy — oznajmił zaraz, obrzucając ostatnim spojrzeniem bar. — Bo niektórzy narzekają, że sobie z tym nie radzisz — zaczął, kierując spojrzenie na kilku mężczyzn, bo w tej grupie był jeden z donosicieli. — Choć widzę, że mimo to i tak tutaj wracają — zauważył z westchnięciem i ruszył z miejsca, zastanawiając się, ile słów w tych donosach, które otrzymywał odnośnie Aurory, było przerysowanych, a ile po prostu zmyślonych. Nie zajmował się pierdołami, ale może któregoś wieczoru z ciekawości sprawdzi, w czym leży problem.

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  13. Dzisiejszy dzień w bibliotece nie różnił się niczym od innych.
    Morrigan siedziała za ladą i odhaczała oddawane egzemplarze, dokonywała prolongat, przyjmowała drobne kwoty, które zostały naliczone w ramach kary za przetrzymanie książki. Przez większość dnia jednak nie robiła właściwie nic — piła kawę za kawą, drukowała ulotki, będące jednocześnie zaproszeniem na spotkanie klubu czytelniczego, i próbowała udawać, że wcale nie odczuwa pulsującego bólu, który rozrywał jej czaszkę.
    Obudziła się około czwartej nad ranem w lesie, mokra i zziębnięta. W pobliżu nie było ani nikogo, kto miałby wkrótce umrzeć, ani żadnego trupa — wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. W chłodnym powietrzu unosił się tylko ohydny odór rozkładu, do którego Morrigan już dawno przywykła, ale który wcale nie tłumaczył jej transu. Zanim odnalazła drogę do mieszkania, dochodziła piąta. Zdążyła wykąpać się w przyjemnie gorącej wodzie, przebrać w czyste, ciepłe ubrania i wmusić w siebie śniadanie. Nic jednak nie pomogło na dotkliwy ból głowy, tłumiący nawet pieczenie, jakie rozchodziło się po jej dłoniach i ramionach — jego źródłem były zresztą cienkie rozcięcia; zapewne dzieło chlastających jej ciało gałęzi. Wszystkie skutki transu docierały do niej z opóźnieniem.
    Cieszyła się więc, że nie miała dzisiaj wielu obowiązków i z utęsknieniem czekała na koniec zmiany. Chciała już stąd wyjść, wrócić do domu, wziąć leki i na kilka godzin zupełnie odciąć się od świata. Może udałoby się jej przespać więcej, niż marnych kilka godzin? Naprawdę była zmęczona. Rozkojarzona.
    Sięgnęła po filiżankę z czarną kawą i upiła łyk. W tym momencie zabrzęczał cicho dzwoneczek, umiejscowiony nad drzwiami biblioteki. Morrigan skrzywiła się lekko, ale zaraz zapanowała nad wyrazem twarzy. Po prostu ten dźwięk doprowadzał ją do szału.
    — Dzień dobry — przywitała się spokojnie. Znała kobietę, która właśnie weszła do środka, chociaż tylko z widzenia. Rzadko kiedy bywała w  Brudershafcie, ale jeśli już coś zmusiło ją do skierowania się w tę stronę, za kontuarem baru ostatnimi czasy widziała właśnie twarz... Rity? Riki? Rory? Tak, chyba tak. Rory. To było przyjazne imię. — W czym mogę pomóc?

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  14. Levi osuszył butelkę, za którą złapał w przypływie… W przypływie sam nie wiedział czego. Za barem stała Rory, ale to nie mogła być Rory. Rory zginęła tamtego dnia jak wszyscy pozostali, a nawet jeśli ktoś zdołał umknąć, Levi był przekonany o tym, że ci, którzy ich tropili, dopadli także pozostałych. Ojciec nie pozostawił mu co do tego złudzeń. Kiedy został Łącznikiem, kiedy zaczął wychodzić na zewnątrz, Levi pytał go o to wielokrotnie.
    — Ktokolwiek?
    I zawsze słyszał tę samą odpowiedź.
    — Nikt.
    Z czasem przestał pytać. A kiedy sam został Łącznikiem, nie szukał. Może dlatego, że bał się tego, co mógłby znaleźć. Nie wrócił do Anglii, do Coventry i nie sprawdził, choć gdyby się postarał, miałby taką możliwość. Może w Azylu nie działała pewna część sprzętów elektrycznych, a o dostępnie do Internetu można było co najwyżej pomarzyć, ale tam, na zewnątrz, świat się nie zatrzymał. Wciąż latały samoloty, Levi nawet w jeden dzień mógłby obrócić tam i z powrotem, ale tego nie zrobił. Uwierzył ojcu, ponieważ nie miał powodów do tego, aby mu nie uwierzyć i tylko teraz, kiedy wlewał sobie paulanera wprost do gardła, zaczął zastanawiać się, czy słusznie. Może Thatcher nie wiedział? Musiał nie wiedzieć. A może nawet nie odważył się szukać, jak Levi, za każdym razem posługując się tą samą, wygodną odpowiedzią.
    Szkło stuknęło o blat, kiedy Levi odstawił butelkę i niemal uwiesił się na kontuarze, szeroko rozkładając na nim łokcie.
    — Jak? — powtórzył, wlepiając wzrok w barmankę. To nie mogła być Rory. — Ty mi powiedź. Jesteś duchem? Doppelgängerem? — wymienił, rzucając nazwami tych istot, które zdążyły przewinąć się przez Azyl, a których obecność mogła tłumaczyć to, że za barem stała zmarła przed jedenastoma laty Aurora Nielsen. — I skąd masz ten wisiorek? — rzucił, niemalże wypluł z siebie te słowa i przeniósł wzrok na okrąg z białego złota, jakby to, że nosił go ktoś inny, niż Rory, było niedopuszczalne.
    Tak było prościej, zdecydowanie prościej. Wyprzeć to, że Rory wcale nie zginęła, niż zaakceptować, że została sama i że przez te jedenaście lat musiała jakoś sobie radzić, aż finalnie trafiła tutaj, podczas gdy przez cały ten czas on żył sobie względnie wygodnie. To było zbyt nieprawdopodobne, aby mogło być prawdziwe, nawet jak na te wszystkie nieprawdopodobne rzeczy, które działy się w Last Salvation i wokół niego, które miały miejsce na całym świecie.
    A przynajmniej w to chciał wierzyć Levi, który skakał wzrokiem od wisiorka do twarzy barmanki i z powrotem, nim ta zacisnęła okrąg w dłoni, jakby szukał jakiegoś szczegółu, który nie będzie pasował.
    Pasowało mu wszystko. To, jak Rory zaciskała usta, jak zamknęła palce na wisiorku. To pierwsze robiła zawsze, kiedy była na niego zła, bo Levi znowu zrobił coś głupiego, a to drugie, kiedy była przestraszona, jakby wisiorek mógł ją ochronić przed całym złem tego świata. Może mógł…?
    Spojrzenie jasnych oczu Leviego zmiękło. W swojej postawie nie przypominał już zjeżonego kocura wściekle machającego ogonem, a takiego, który skłonny był skapitulować, bo zagrożenie zdawało się powoli mijać.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  15. [Hejka 💜
    Bardzo się cieszę, że Élara robi takie wrażenie.
    I ochotę na wątek i powiązanie oczywiście mam! Aczkolwiek od razu napomknę, że umiejętności Élary nie są zbyt różnorodne, ale to co potrafi, to potrafi bardzo dobrze :D Masz już może jakiś pomysł albo sugestie, wokół których mogłybyśmy się zakręcić?]

    Élara Durant

    OdpowiedzUsuń
  16. Przewróciła oczami w geście wyzywającej ignorancji podczas rutynowej kontroli po powrocie zza bram Azylu. Część ze stróżów prawa już dawno zaprzestała wścibskiego zaglądania jej do kieszeni, bowiem mieszkając tutaj przez całkiem sporą część swojego życia udało jej się wypracować swego rodzaju model ograniczonego zaufania. Ten funkcjonariusz natomiast został powołany stosunkowo niedawno, za honor postawił sobie ścisłe zasady i od dwudziestu minut zadawał multum pytań (wyrytych na blachę z pomiętego kodeksu leżącego na biurku obok) i dokładnie badał wszelkie zakamarki kurtki, spodni czy bluzki doszukując się ukrytych kieszeni.
    Prychnęła lekceważąco słysząc prośbę (a raczej rozkaz) ściągnięcia butów. Cierpliwość odnalazła swoją granicę. Podeszła do szafki w kącie pokoju ignorując podniesiony ton głosu nowego funkcjonariusza ostrzegający przed aresztowaniem. Chwyciła dobrze jej znany detektor magii, którym posługiwało się większość z porządkowych chcących sprawdzić czy którykolwiek z przyniesionych przez Łączników łupów nie jest przypadkiem zagrażający społeczeństwu bądź tajemnicy Azylu. Wcisnęła detektor w dłonie nazbyt zdziwionego funkcjonariusza, jakby właśnie uświadomił sobie, że to dokładnie ten fragment szkolenia przespał.
    — Następnym razem nie trać mojego cennego czasu, tylko skorzystaj z tego. — mruknęła z niezadowoleniem po czym odwróciła się na pięcie i wyszła najpierw z pokoju przesłuchań, a następnie z budynku komisariatu.
    Zaczerpnęła głęboko mroźnego powietrza i skupiła się na dłoniach, które wciąż nieprzyjemnie piekły po świeżo nałożonych runach. Zazdrościła mieszkańcom obdarzonym mniejszą mocą: im wystarczało wyryć mało widoczny znaczek, podczas gdy ona musiała spędzać pół godziny aż przyjemne otępienie obejmowało jej ludzką powłokę. Włożyła przemarznięte dłonie do kieszeni swojej krótkiej, czarnej kurtki i rozejrzała się dookoła początkowo od niechcenia, znudzona widokiem Azylu. W okolicy pomnika Morrisa Stroble’a dojrzała Rory — czarownicę, którą niedawno udało jej się tutaj przyprowadzić. Zmrużyła oczy wciąż nie mogąc pozbyć się iście niepokojącego uczucia deja vu, jakiego doznawała w jej obecności. Z pewnością musiała widzieć kiedyś podobną do niej osobę, to się często zdarzało. Myślała że jest to przejściowe, niestety z dnia na dzień coraz częściej starała się przykleić twarz czarownicy na którymkolwiek ze wspomnień, bezskutecznie.
    Przez moment obserwowała dziewczynę. Ta jednak zamarła w bezruchu wlepiając wzrok w nazwiska poległych wyryte w kamieniu. Nigdy wcześniej nie spoufalała się z nowoprzybyłymi. Nie wiązało się to z niczym pożytecznym, a mogło wytworzyć międzyludzkie więzi, których zdecydowanie nie potrzebowała, a co najważniejsze — nie chciała. Tym razem postanowiła nagiąć swoją niepisaną zasadę.
    — Wszystko w porządku? — spytała podchodząc powoli, niczym myśliwy starający się nie spłoszyć zwierzyny.

    Faith Smith

    OdpowiedzUsuń
  17. [O rany, prześliczna ona jest. W ogóle mnie nie dziwi, że Cię prześladowała.
    Chętnie ich wplączę w jakiś wątek, tym bardziej jeśli obiecujecie zero współczucia. Fionntán jest intensywny, a skoro Rory pojawiła się w azylu niedawno, to wizja zetknięcia ich w pierwszym spotkaniu jest bardzo kusząca. Alkohol raczej na mojego dżinna z racji bycia duchową istotą przesadnie nie działa psychicznie, ale myślę, że zapieczętowanie w ciele syna może się wiązać z niedogodnością fizyczną, którą dobra whisky łagodzi, więc od czasu do czasu może pojawiać się w barze. Tym bardziej, że lubi wiedzieć rzeczy i tę wiedzę później wykorzystywać, a pijani mieszkańcy chętnie gadają.
    Mój pomysł jest taki: drugi/a barman/ka nie pojawi się w pracy i Rory zostanie z obłożonym barem sama. Fionntán przyjdzie, a że czekanie nie leży w jego naturze, wbije za ladę i zacznie obsługiwać klientów korzystając ze swojej zdolności wyczuwania cudzych życzeń. Przy tym będzie wredny i tak jak wspomniałam - intensywny. Może z rozpędu dobrać się do życzeń twojej wiedźmy i bezceremonialnie do nich nawiązać. A jeśli chcemy, żeby ją rozstroił na maksa, to możemy założyć nawet, że znał jej matkę, przed laty robił z nią interesy i Rory teraz rozpozna i będzie pił też do tego. Jego syn urodził się w Walii, on sam przez ostatnie półtorej wieku przebywał w okolicy, więc myślę, że z sabatem Nielsen mogło mu być po drodze.]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  18. [No i super <3 Myślę, że lokalizacja sabatu nie stanowi dla Fionntána żadnej przeszkody, tym bardziej że nadal mowa o Wielkiej Brytanii, a zapewne interesy, które miał z matką panny Nielsen dotyczyły jego syna (czego oczywiście jej nie zdradził), więc i większa odległość do pokonania nie byłaby dla niego w tym celu żadną przeszkodą.]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  19. Azyl ma swoją cenę.
    Wiedział to doskonale, kiedy schronieniem dla umierającej duszy i śmiertelnego ciała uczynił swoją własną istotę. Zapłacił za tę słabość własnej psychiki zdecydowaną większością posiadanej potęgi, a chłopiec zawieszeniem między światami i powolną, bolesną degradacją nienagannej w swej postaci fizyczności. Fionntán też czuł tę udrękę, nosząc ten organizm niby niedopasowane, nazbyt ciasne ubranie, wpijające się w faktyczną formę nachalnością odparzeń i permanentnego, choć ślimaczego rozkładu. Czym innym bowiem było dotąd tworzone złudzenie cielesności a czym innym rzeczywiste w nią wniknięcie.
    Wiedział to również, kiedy niezdolny do tłumienia swojej natury począł tracić nad nią kontrolę i potrzebował znacznie potężniejszej siły, by ją zgnieść. I choć koszt wsiąknięcia w społeczność Last Salvation zapłacił odmienny niż większość jego mieszkańców, bo utrata mocy była mu przecież na rękę i ta stawka okazała się wysoka. Gęstość zaludnienia nieprzystosowanego do tego dżinna poczęła wwiercać się w umysł natrętnością wszechobecnych pragnień niemożliwych do nierejestrowania.
    Bywają więc takie dni jak dzisiejszy. Gdy opłaty zbiegają się ze sobą w czasie, a Fionntán jest na granicy utraty zmysłów. Sztywność bolesnej martwej tkanki kąsa się zaciekle z nagromadzeniem cudzych łaknień i ifrit nie potrafi sobie w tym starciu znaleźć miejsca dla siebie. Wtedy pomaga whisky. Rozgrzewa martwicę i wycisza harmider wśród myśli. Sęk w tym, że tej soboty otwarcie szafki, w której powinien zastać trunek, ujawnia jedynie jego zapalczywy brak. I Ó Cuanáin wraz z wiernie drepczącą u boku suką pokonać musi odstręczającą wilgoć śnieżycy, by dostać się do najbliższego miejsca, który nadrobi ten niedosyt.
    Jest blady, a ślady rozkładu pulsujące nieznośnie ciut bardziej natrętnie niż zazwyczaj odznaczają się na jasnej skórze. Nie dlatego przykuwa uwagę skumulowanych najbliżej wejścia pijaków. To Cŵn Mamau w swej prawdziwej formie, której nie spowił iluzją z uwagi na swój stan. Ignoruje to. Zignorować skotłowanego przy barze tłumu już nie może.
    Podobnie jak natłoku jego potrzeb, z których zdecydowana większość obraca się wokół napitku. Prostuje się i ponad głowami zgromadzonych dostrzega znajomą twarz o bladej cerze, ciemnych włosach i pełnych ustach. Pamięć nie pozwala w obecnym stanie dotrzeć do źródła wspomnienia. Wie jedynie, że była dziewczynką, kiedy widział ją poprzednim razem i wtedy również przywodziła mu na myśl Królewnę Śnieżkę. Być może nawet tak ją nazywał.
    Nim jakakolwiek inna myśl zalega w świadomości, masywna sylwetka przysłania mu obraz, przedzierając się do lady. Podąża tuż za nią, bo i on nie ma najmniejszego zamiaru czekać. Tyłów pilnować również nie musi. Wierna suka kroczy za nim krok w krok. Wtedy agresor dobija do celu, odzywa się, a w dżinnie kurczy się cierpliwość.
    — No kto by się spodziewał, że nie tylko jesteś ćwierćolbrzymem, ale także i ćwierćmózgiem? — wzdycha w rosłe łopatki, na tyle jednak głośno, by ich właściciel usłyszał treść wypowiedzi. Zgodnie z oczekiwaniami ten odwraca się niezdarnie i chwyta go za kołnierz płaszcza z taką werwą, że pięty Fionntána bez trudu odrywają się od ziemi. Kącik jego warg drga, gdy nieprzesadnie błyskotliwe spojrzenie osobnika wyłapuje obnażającą kły sylwetkę zjeżonej ogarzycy.
    — Co jest, słońce? Zapomniałeś, jak to jest mieć zęby Mamau wgryzione w pośladek? Zapewniam cię, że ona doskonale pamięta, jak on smakuje. A jeśli ty chcesz posmakować tego browara, to obawiam się, że będziesz musiał wymienić Śnieżce kega. — Ilość otrzymanych informacji i tempo rozwoju sytuacji zdaje się przekraczać zdolności intelektualne rozmówcy, bo ten, choć poluźnia uścisk, nie rusza się z miejsca, zamiast tego wpatrując się z przesadną ilością mrugnięć to w jego twarz, to we wspomniane uzębienie zwierzęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Beczka piwa. Na zapleczu. Ruszże dupę — powtarza więc ifrit, klepiąc mężczyznę w ramię i wskazując mu kierunek. Ten wreszcie go puszcza i odwraca się, a Fionntán korzysta z faktu, że młodziutka barmanka skupia się na intruzie wdzierającym się na zaplecze i sam przeskakuje przez ladę, zgarniając kilka pustych szklanek i zalewając je czystą whisky. Przede wszystkim z tego powodu, że to on chce się jej napić, ale także dlatego, że to jedyny trunek, którego cenę w tym przybytku zna. Zakręca butelkę, kiedy uwaga czarownicy zostaje poświęcona jego obecności.
      — Wy wiedźmy i te wasze sprzeczne pragnienia. — Odrywa język od podniebienia z głośnym, pełnym dezaprobaty cmoknięciem. Na dziewczynę jednak nie patrzy, zbyt skupiony na rozdawaniu szklanek i pobieraniu za nie opłaty tym klientom, którzy podzielają tego wieczora jego apetyt na bursztynowy płyn.
      — Nie możesz dostać pomocy za barem, jeśli nikt za niego nie wejdzie, prawda Śnieżko? — mruczy leniwie i dopiero kiedy zalewa gardło pożądanym gorącem whisky, krzyżuje z kobietą wzrok.

      Fionntán Ó Cuanáin

      Usuń
  20. Dziękuję za powitanie i tę parę słów o karcie! Też mam nadzieję, że zostanę tu na dłużej i będę mogła odkryć historię Ishaana. Owocnych wątków i weny życzę.

    Ishaan

    OdpowiedzUsuń
  21. Azyl lubił nazywać siebie miejscem bezpiecznym, a słowo to krążyło po okolicy jak zaklęcie, powtarzane wystarczająco często, żeby w końcu w nie uwierzyć. Bezpiecznym, bo zamkniętym. Bezpiecznym, bo strzeżonym. Bezpiecznym, bo objętym pieczęcią Rady, która z równą gorliwością tłumiła chaos, jak chętnie udawała, że nie widzi go, gdy rodził się z jej własnych decyzji. Tutaj zasady lubią tych, którzy wiedzą, kiedy milczeć, natomiast Rada najbardziej szanuje tych, którzy tym zasadom nie przeszkadzają. Dlatego można było się tu uchować i żyć wygodnie, o ile nie miało się problemu z porzuceniem własnej autonomii na rzecz ochłapów stabilności. Co kto lubi. Dla jednych to cena śmiesznie niska, dla drugich tak wysoka, że niemal niemożliwa do spłacenia, ale miesiąc to zdecydowanie za krótko, żeby w pełni zrozumieć zależności tego miejsca. W założeniu Aurora będzie miała jednak całe życie na zaznajomienie się ze wszystkimi urokami azylu, bo została już na to skazana – tak jak wszyscy, którzy wstąpili w jego granice, wierząc, że to tylko chwilowe rozwiązanie. Azyl był miejscem, które przyjmowało się z całym bagażem konsekwencji, bo gdy raz przekroczyło się jego próg, pozostawało już tylko nauczyć się zasad, zaakceptować ich ciężar i zrozumieć, że schronienie to słowo, które tutaj potrafi zmienić swoje znaczenie.
    Na słowa Aurory odwrócił się z powrotem, zmarszczył czoło i cofnął się o tych kilka kroków, zatrzymując się przy ladzie naprzeciwko nalewaka. Tym razem bezceremonialnie rozłożył łokcie na podłużnym blacie, a spojrzenie ciemnych, matowych oczu utkwił w jej twarzy, po czym z wolna i bez pośpiechu, jakby robota wcale nie czekała na niego gdzieś za drzwiami, obejrzał rysy jej twarzy. Po chwili z premedytacją zsunął wzrok niżej, obejmując nim górny fragment jej sylwetki, który nie znikał za masywnym meblem oddzielającym ich od siebie. Jego brew lekko powędrowała ku górze i zaraz opadła, gdy podniósł spojrzenie do jej oczu.
    — Służbowo raczej niczym, ale prywatnie... — urwał na moment, a wyzywający uśmiech, który rósł w w kąciku jego ust, tylko się pogłębił. — Kto wie — odparł. — Prywatnie to już zupełnie inna sprawa — zaznaczył, ubierając te słowa w lubieżny ton, jakby składał jej tu teraz jakąś niemoralną propozycję. Rozszyfrowanie powagi tych słów nie było proste, bo w jego twarzy nie było ani żartu, ani przesadnej zachęty, a jedynie niepokojąco spokojna pewność siebie, która sugerowała, że dokładnie wie, co robi, i że konsekwencje wcale go nie odstraszają. W międzyczasie jego cień płynnie prześliznął się po drewnie i zatańczył wokół jej stóp, chłodny i lepki zarazem, zostawiając po sobie nieprzyjemne mrowienie, które miało w sobie więcej obietnicy niż groźby. Rozmył się zaraz, jakby posłuszny niemej komendzie, a Zayden wyprostował się minimalnie przy barze. Rzucił krótkie spojrzenie w stronę klienteli przy stolikach.
    — I chętnie posłucham, jak zgadujesz — nawiązał zaraz do kwestii donoszących na nią pijaczków. — Zabawa może być przednia — stwierdził, w myślach zakładając jeszcze, że gdyby miał trochę więcej czasu, mogliby tu zagrać nawet w ciepło-zimno.

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  22. [Bardzo dziękuję, cieszę się, że karta się spodobała :D Taki chyba los tych paranormalnych stworzeń - wszystkie są skazane na jakiś rodzaj samotności. Dziękuję za przywitanie i zapraszam do siebie na wątek jeśli znajdziesz na to przestrzeń i chęci :) ]

    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  23. [Oj tak, mary nocne to coś, co potrafi zniszczyć wizję nawet słodkiego snu. Sama często łapię się na tym, że nie sypiam na plecach (choć uwielbiam), tak w razie co ;D
    Za powitanie dziękuję i na degustację oczywiście zapraszam. Podejrzewam, że w takim miejscu jak to Asta bywa bardzo kreatywna i pędzi bimber ze wszystkiego, co tylko napatoczy się w jej ręce. Skutki mogą być całkiem ciekawe.]

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  24. Nie zwracała uwagi na innych i nie przejmowała się tym, ile uwagi sama zjada z otoczenia. Akurat do tego, że oczy do niej lgną, a zaraz za nimi często również ręce, przywykła wiele lat temu, ale tutaj czuła się nieco bezpieczniej. Uroda została, ale urok po demonicznym dziedzictwu krwi zelżał. I miała prawie święty spokój.
    Nie dociekała, nie wściubiała nosa w nie swoje sprawy, a już na pewno nie starała się weryfikować, czy narzucone zasady przez Radę mają sens. Uciekła tu przed światem zewnętrznym i to jedno akurat miała zapewnione, a cena nie była wcale tak wygórowana. Może chodziło o to, że ani jej moce nie były specjalnie imponujące, a może o to, że nie korzystała z nich w takim stopniu nigdy, by miały realny wpływ na jej życie i jego komfort... Noor nie tęskniła za wolnością, ani za mocami. Chciała po prostu się już nie bać i to się wydarzyło. Nic więcej nie potrzebowała, zdążyła zbudować tu sobie wygodne i pozornie spokojne życie, więc... więc to jej starczyło. Akurat ta wizyta w barze, to w wykonaniu mieszańca była niebywała odskocznia, bo zwykle aptekarka interesowała się tylko swoim lokalem i nie dawała prowokować do głupawych zawodów, w tym momencie jednak, nie żałowała niczego.
    - Serio...? - rzuciła niemal pogardliwe spojrzenie barmance na wybór utworu, jakiego dokonała. Biorąc pod uwagę osobowość Noor, to chyba najgorsza piosenka, jaka mogła jej przypaść, ale moment rozczarowania i zawodu szybko minął, gdy tylko dostrzegła krzywy grymas na twarzy rozpitego już wampira po kolejnym kieliszku.
    Wyprostowała się dumnie, zadowolenie i jakiś chytry błysk przeknął w zieleni na tęczówce i wskoczyła lekko na przygotowany jako scenę podest, chwyciła mikrofon, a potem po prostu zaczęła śpiewać z taką swobodą, jakby była kimś zupełnie innym. Syreną, rusałką, albo nimfą, po prostu sceniczną artystką, której żywiołem jest performance. Była podchmielona, ale nie pijana, za to ciepło które czuła pod skórą objawiło się szczególnie uroczą odwagą i słodkimi rumieńcami na jej twarzy. Noro gdy nie kontrolowała siebie, roztaczała ten szczególny piekielny czar i nawet ból pleców od niewyspania nie był w stanie tego przyhamować. I nie powiedziałaby tego nigdy na głos, ale gdy kołysała lekko biodrami, gdy obróciła się raz i drugi, a potem zeskoczyła z podestu, aby skierować się w kierunku lady, która aż wołała, aby i na niej śpiewała, to bawiła się... wyśmienicie.
    Ona po prostu potrafiła się odciąć.


    Noor 🎤✩⋆。˚.★💿

    OdpowiedzUsuń
  25. Uwieszony na wytartym kontuarze Levi nieznacznie przesunął ręce i uczepił się palcami jego przeciwległej krawędzi, nie spuszczając przy tym wzroku z barmanki. Tak próbował o niej myśleć, jak o barmance, ponieważ wedle wszelkiej logiki stojąca przed nim młoda kobieta nie mogła być Aurorą Nielsem, ale te jego próby zaczęły spełzać na niczym, a logika sypała się, nie znajdując oparcia, ponieważ im dłużej Ackermann patrzył, tym więcej widział.
    Źrenice szarozielonych oczu miał rozszerzone – te zajmowały powierzchnię tęczówki adekwatną do ilości dostępnego w barze światła, a nie było go wiele, bo oświetlenie było skąpe, choć ciepłe, mające zapewnić dyskretną, sprzyjającą rozmowom atmosferę. Bezpośrednio przy barze było jaśniej, niż w głębi sali, nie wspominając już o jej najdalszych zakamarkach, ale Levi nie widział stojącej przed sobą kobiety tak dobrze, jakby chciał – światło bijące od rozświetlonych półek z alkoholami, pozostającymi za jej plecami sprawiało, że na jej twarz padały głębokie cienie. A jednak, nawet pośród tych cieni, Levi dostrzegał nadto znajome elementy.
    Skakał spojrzeniem po jej sylwetce, widoczniej dla niego do połowy. Czasem zatrzymywał wzrok na wisiorku. I to na nim się skupił, kiedy Aurora się odezwała. Kiedy zaprzeczyła temu, jakoby była duchem czy sobowtórem. W dół jego kręgosłupa spłynął zimny dreszcz, tak silny, że Levi się otrząsnął.
    Patrzenie na ten wisiorek i słuchanie jej głosu było kolejnym znajomym elementem w tej nie dającej się ułożyć układance – kiedyś Levi lubił patrzeć na ten wisiorek, a nawet bawić się nim i obracać między palcami, podczas gdy Rory mówiła, a on słuchał. Trzepała go czasem w dłoń, podejrzewając, że kotołak nie jest zainteresowany tym, co miała mu do powiedzenia, ale on był zainteresowany, nawet bardzo, a ta zabawa wisiorkiem pomagała mu skupić się na jej słowach. Dlatego teraz, kiedy kobieta się tłumaczyła, patrzył właśnie na wisiorek i kiedy ponownie uniósł wzrok na jej twarz, już rozumiał.
    — Rory — tchnął, wreszcie godząc się z tym, że to była ona. Nie duch, nie doppelgänger, a Aurora Nielsen we własnej osobie – ta sama, którą zostawił za sobą w Coventry, martwą i zimną, a która dziś nie była martwa. O tym, czy nie była zimna, Levi miał się przekonać.
    Mocniej złapał się za krawędź kontuaru, poderwał z barowego stołka i odbił nogami od drewnianej podłogi. Przeskoczył nad wypolerowaną, przez kilkadziesiąt lat wytartą łokciami mieszkańców Last Salvation ladą i wylądował tuż przy Rory, zaraz się prostując. Wszystko to zrobił zgrabnie i sprawnie, jakby nie wymagało to od niego żadnego wysiłku i było równie proste, co podniesienie się z krzesła, co było złudnym, ale bez wątpienia miłym dla oka wrażeniem, bo Levi musiał włożyć w to pewien wysiłek, o czym świadczył głębszy oddech, którego nabrał.
    — Rory — powtórzył, złapał dłońmi za jej ramiona i pochylił się nad nią lekko, ostatni raz zaglądając jej w oczy i ostatni raz upewniając się, że to była ona. Potem przygarnął ją do siebie, objął ramionami i przytulił, w poważaniu mając to, że klienci baru, czekający na obsłużenie, przyglądali się tej scenie z niedowierzaniem.
    Ponieważ Rory była ciepła.
    Ciepła i żywa, a na dodatek była tutaj i choć Levi niczego z tego nie rozumiał, nie miał już tego kwestionować.
    A potem pomyślał, że może nie wypadało mu tak jej przytulać, bo nie byli już tamtymi dzieciakami, co jedenaście lat temu.
    — Sorki — zreflektował się, puścił ją i odsunął się o krok długi jak jego nogi, pochylił głowę i zakłopotany, podrapał się po karku. Z tą pochyloną głową, zza opadającej na oczy grzywki, łypnął na Rory i drugą ręką skubnął się za mokrą od piwa koszulkę, na wysokości piersi, jakby w ten sposób upewniał się, że walące serce nie przebiło się przez mostek i żebra na zewnątrz. — Sorki — powtórzył, bo mokra koszulka musiała zmoczyć też koszulkę Rory; Levi czuł pod palcami tę nieprzyjemną, zimną wilgoć, kiedy nie przestawał skubać materiału.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  26. [Dziękuję prześlicznie za powitanie i miłe słowa! Przyjęłam je z dużą ulgą, bo do końca nie byłam pewna, czy koncepcja na postać i samą kartę, dobrze się sprawdzi. ^^ Postaram się nie zawieźć oczekiwań i rozwijać historię dalej!]

    Siwoo

    OdpowiedzUsuń
  27. [I dobrze wybrałaś, wiedźma wyszła Ci świetnie. Jest jednocześnie taka rzeczywista, taka ludzka, a jednak ma w sobie coś niezwykłego!
    Cóż, bycie lekarzem to rodzinna profesja, raczej nie miał zbytnio wyboru, poza tym Anastasius jest dość… specyficzny! Obiecujemy bawić się grzecznie xD
    I chętnie zgarnę Rory na wątek! Jako że Anastasius raczej jest niepijący, a jeśli, to winko lub koniak w domowym zaciszu przy kominku, to spotkanie typowo w barze by nam odpadło. Ale może jest jakaś możliwość, że Anastasius mógłby w czymś pomógł, coś wniósł, a może masz jakiś inny pomysł? :D]

    Anastasius von Weiss

    OdpowiedzUsuń