Jeżeli jaki mężczyzna albo jaka kobieta będą wywoływać duchy albo wróżyć,
będą ukarani śmiercią. Kamieniami zabijecie ich. Sami ściągnęli śmierć na siebie.
Pismo Święte, Księga Kapłańska 20,27.
Przeżyła przeprowadzkę do zupełnie obcego świata w wieku zaledwie pięciu lat. Pamięta jansobrązowego misia, którego pluszową łapkę ściskała kurczowo w dziecięcej dłoni. Pamięta, że wcale nie było łatwo zrozumieć język, który zaczął wokół niej dominować. I pamięta, że jeszcze trudniej było ujarzmić dar, który w niej drzemał.
Przeżyła zloty, które kolidowały z nauką w publicznej szkole. Przeżyła wzloty i upadki kobiety, która była jej matką, a ostatecznie stała się potworem. Pamięta dni, kiedy nie mogła wyściubić nosa z pokoju i pamięta dni, kiedy ukrywały się wszystkie, gdy choćby na jedną z nich padał cień podejrzeń.
Pamięta, że sabat dawał im poczucie bezpieczeństwa. Harmonię, ale i alibi, kiedy dookoła nich działo się coś nadprzyrodzonego. Musiały praktykować magię w ukryciu, zupełnie tak, jakby cofnęli się do średniowiecza.
Przeżyła zagładę sabatu, która była planowanym działaniem brytyjskich władz, tylko dlatego, że nie było jej wtedy na miejscu. Tylko dlatego, że utknęła w metrze. O tragedii dowiedziała się z wiadomości i wiedziała, że nie ma tam już dla niej miejsca.
Pamięta swoją ucieczkę. Chaos, panikę, strach. Pamięta, jak drżały jej ręce, gdy pakowała w pośpiechu niezbędne do przeżycia rzeczy. Księgę przekazywaną z pokolenia na pokolenie, medalion, który miał ją strzec od złego. Pamięta, że chciała zabrać ze sobą czarnego niczym smoła kota. Ale zabili i jego.
Przeżyła jedenastoletnią tułaczkę, kilkukrotne zmiany tożsamości, nowe miejsca zamieszkania i nowych znajomych. Przeżyła głód, chłód i bezdomność, aż któregoś dnia trafiła na nią - czarującą i obiecującą raj — Anatheę.
Pamięta, że przystała na warunki od razu, bez wahania, byleby dostać miękkie łóżko i coś ciepłego do zjedzenia. Pamięta, że gdy dotarła do Last Salvation, poczuła się pusta, gdy ktoś bez żadnych skrupułów pozbawił ją mocy, która stanowiła część niej. Która była nią.
Przeżyła to wszystko, aby miesiąc temu wylądować w Last Salvation, zająć posadę barmanki i dostać przydział na mieszkanie — ciasną kawalerkę na drugim piętrze, w kamienicy nieopodal ratusza.
[Ten wizerunek pasuje idealnie do Twojej pani! Mega klimat <333 już nie mogę się doczekać, aby do Was dołączyć!]
OdpowiedzUsuń[Pamiętamy! :D nie pamiętam tylko, kogo prowadziłaś xD]
OdpowiedzUsuńZatrzymała spojrzenie tylko na moment, na ułamek sekundy, w brudnym szkle dostrzegając błysk własnego oka w załamaniu świateł o taflę tequili, którą wychylała z kieliszka, już siódmego. Bez soli. Bez limonki. Raz za razem. Nie chodziła do barów, nie trzymała z innymi, nie była dzikusem, ale też nie budowała relacji. Nie potrafiła. Ostrożna, nieufna, odsunięta na bok wedle własnego życzenia. Ale po dzisiejszej wymianie złośliwości z pewnym wampirem, po tym jak nazwał ją tak, że się najeżyła, postanowiła się wychylić i przyjąć wyzwanie. Kto wypije więcej. Kto więcej wytrzyma. Dziecinne i głupie, ale duma nie była inna. A Noor miała swoją i była ona spora.
Otarła usta wierzchem dłoni, złota bransoletka z kamieniami tygrysiego oka i granatu zabłyszczała, gdy zmrużyła powieki i zlustrowała bardzo uważnie jak trzyma się pion sylwetki wampira. On był z mroku, a ona połowicznie z ognia, czy w ogóle były to równe szanse i pojedynek miał sens? Szczerze wątpiła, ale póki jeszcze nie szumiało jej w głowie, nie komentowała tego... tego. To nie była nawet zabawa, sama nie wiedziała, jak to nazwać. Poniekąd nie wierzyła, że dała się na tę wędkę złapać tak łatwo.
- Jeszcze! - zawołała, podnosząc rękę w górę, aby barmanka ich dostrzegła. Czuła się pewnie, bo po tym jak zuchwały nieśmiertelny opuścił aptekę, zaparzyła sobie odpowiedni napar, aby troszkę się wzmocnić na wieczór i uchronić przed niechcianymi skutkami nadmiaru tej trutki, jaką w siebie wlewała. Czy to było oszustwo? Nie. To była taktyka.
Powinna być dzisiaj przez noc w aptece, obsługiwać jej drugie dno, ale przełożyła umówione spotkania. I nie uważała jeszcze, że cokolwiek traci, natomiast po kolejnych czterech kieliszkach, poczuła się dość odważna, aby zwrócić uwagę na ścianę na której wyświetlano z projektora propozycje piosenek do karaoke. Jakby ktoś w ogóle miał ochotę sięgnąć po mikrofon i w sumie... ona zechciała. Od kilku lat przebywała w tym miejscu i nie kojarzyła, aby kiedykolwiek usłyszała czyjkolwiek śpiew, ale poza urodą miała jeszcze kilka innych talentów i choć syreną nie była, jej głos był nawet przyjemny. A jeśli nie był, to tej nocy się o tym przekona.
Noor, która może nawet ujdzie cało
Levi nie potrafił sobie przypomnieć, dlaczego umówił się z Sybil. Zastanawiał się nad tym przez całą drogę od niej do baru i słuchając jej świergotania o tym, jak spędziła miniony tydzień, doszedł do wniosku, że zrobił to dla świętego spokoju. Z nadzieją, że Sybil w końcu się od niego odczepi. Teraz, kiedy szedł obok niej, ta nadzieja w nim gasła. Sybil wydawała się być w ogóle nieprzejęta tym, że Levi w żaden sposób nie próbował ubarwić jej monologu, wtrącając coś od siebie lub zadając tak zwane pytania pomocnicze, które miałyby wyrazić jego zainteresowanie omawianym tematem. Widać wystarczyło jej to, że Levi słuchał, że co jakiś czas spoglądał na nią i uśmiechał się lekko, kiedy podczas tego spoglądania udawało mu się pochwycić jej spojrzenie.
OdpowiedzUsuńNie był pierwszy, nie miał być też ostatni. Wiedział o tym on, wiedziała o tym Sybil, a także całe miasteczko.
Sybil była syreną. Uwodzenie i mamienie osobników płci męskiej rasy wszelakiej leżało w jej nieokiełznanej naturze, z którą Sybil nigdy nie starała się walczyć, bo i po co? Leviemu w zasadzie to nie przeszkadzało – przeszkadzał mu sposób postępowania Sybil. To, że się na niego uwzięła, jakby za punkt honoru postawiła sobie wciągnięcie Leviego na listę mężczyzn, których uwiodła, co bez wątpienia udałoby jej się w mgnieniu oka, gdyby nie to, że przebywali w azylu. Nie mogła czarować go głosem ani wodzić śpiewem, choć może jednak trochę mogła, skoro jej głos pozostawał wyjątkowo miły dla ucha, a Levi właśnie otwierał przed nią drzwi do baru Bruderschaft.
— Prawda, Levi? — rzuciła, wszedłszy do środka i obejrzawszy się na niego przez ramię.
— Słucham? — poderwał głowę i nieznacznie uniósł brwi, dopiero teraz zorientowawszy się, że mimo wszystko w pewnym momencie przestał jej słuchać. Sybil, wciąż oglądająca się na niego przez ramię, skrzywiła się delikatnie, nie na tyle jednak, by miało im to popsuć wieczór i pokręciwszy głową, roześmiała się perliście. Levi utwierdził się przez to w przekonaniu, że to nie na rozmowie jej zależało i posławszy krzywy uśmieszek do jej pleców, ruszył za kobietą do znajdującego się na przedzie baru kontuaru.
Sybil była piękna. Miała proporcjonalne rysy, a twarz niemalże doskonale symetryczną. Duże, jasnoniebieskie oczy okolone długimi rzęsami, drobny i zgrabny nos, kształtne i pełne usta. Długie do pasa włosy, tak ciemne, że aż czarne, nosiła rozpuszczone. Była niska, nawet jak na kobietę, bo Leviemu sięgała może do torsu, ale jej sylwetka stanowiła miękką klepsydrę. Drepczący za Sybil Levi miał na czym zawiesić oko i je zawieszał, a potem pomógł ściągnąć Sybil płaszcz i wraz ze swoją kurtką odwiesił go na stojący w kącie pomieszczenia wieszak, zawalony już innymi płaszczami i kurtkami mieszkańców, którzy postanowili zwieńczyć ten piątkowy wieczór w podobny, co oni, sposób. Czułym uszom Leviego nie umknęło to, że kiedy przeciskali się pomiędzy stolikami i kiedy odwieszał ich odzienia wierzchnie, z ust niektórych gości uleciały ciche, wymowne chichoty i odrobinę go to zakuło. Nie wiedział tylko, czy bardziej było mu żal siebie samego, czy Sybil.
To właśnie te chichoty sprawiły, że do czekającej na niego przy barze Sybil wrócił swobodnie, a przede wszystkim szczerze uśmiechnięty. Zajął wysoki stołek obok niej, a że Sybil odruchowo usiadła zwrócona przodem nie do baru ani do niego, a do widocznej po prawej stronie niewielkiej sceny, to złapał za siedzisko i bezceremonialnie obrócił ją ku sobie.
— Jeszcze godzina, nim zaczną grać — poinformował, podczas gdy Sybil odchyliła się delikatnie i z półuśmieszkiem mierzyła wzrokiem jego sylwetkę, wyraźnie zadowolona z tego jego zagrania, przez które zetknęli się kolanami.
— Czego się napijesz? — zapytał i odwróciwszy wzrok od Sybil, podążył spojrzeniem za kręcącą się nieopodal barmanką. Nie rozpoznał w niej żadnej z pracujących tutaj dziewczyn, które kojarzył dość dobrze, więc szybko wywnioskował, że zarówno w pracy, jak i w azylu musiała być nowa. Pamiętał, że jeszcze jakiś czas temu Hans narzekał na brak ludzi do pracy, ale widać wolny wakat w barze w końcu przestał spędzać mu sen z powiek.
— A jak myślisz, na co mogę mieć ochotę? — Głos Sybil doleciał do niego z mniejszej odległości, niż powinien, gdyby Sybil siedziała wciąż odchylona i kiedy Levi przekręcił głowę, dostrzegł, że w istocie, kobieta oparła łokcie o bar, a podbródek na splecionych ze sobą dłoniach, tułów nachyliwszy przy tym ku niemu.
Usuń— Że na mnie, to już wiemy — rzucił beztrosko i bez zająknięcia, trącił kolanem jej kolano. — Ale chciałbym też wiedzieć, jakie drinki lubisz i czy pijesz piwo z sokiem czy bez.
— Bez — odpowiedziała cicho, wyglądając na wciąż trochę zaskoczoną zmianą w jego zachowaniu, a bardzo z tego powodu zadowoloną.
— Dla nas dwa Omnipollo, proszę — rzucił do nowej barmanki, która zdążyła obsłużyć pozostałych klientów i teraz wyrosła przed nimi. Sam wczoraj przytargał tutaj skrzynkę tego szwedzkiego piwa i nawet jeśli nie widział go na wystawce za barmanką, to wiedział, że Hans je ma.
LEVI ACKERMANN
[Cześć! Dziękuję za powitanie i miłe słowa *.*
OdpowiedzUsuńJest to całkiem możliwe, że Faith byłaby odpowiedzialna za przyprowadzenie Rory do Azylu - w końcu zajmuje się tym już od przynajmniej dwóch dekad. Co więcej narodził mi się w głowie pewien pomysł odnośnie powiązania naszych Pań, który chętnie opisałabym szerzej na mailu, jeśli byłabyś chętna coś razem stworzyć ;)
Mój mail - vulnerasanenturgirl@gmail.com]
Faith
[Banshee i wiedźmy są do siebie w sumie całkiem podobne, ale cieszę się, że zdecydowałaś się na drugą opcję — Rory jest cudowna. Kartę napisałaś świetnie, bez trudu da się poczuć strach, który jej towarzyszył w trakcie ucieczki, a potem utratę, będącą ceną bezpieczeństwa.
OdpowiedzUsuńZa butelkę mocnego alkoholu Morrigan mogłaby przemycić co nieco z mrocznych piwnic. ;) Na pewno coś, co mogłoby zainteresować wiedźmę. Zapraszam na maila! ketsurui567@gmail.com]
Morrigan
Drzwi do baru otworzyły się bez pośpiechu, jakby nikt ich nie pchał, a jednak przeciąg przebiegł po sali, studząc emocje bardziej niż jakiekolwiek zaklęcie. Zayden wszedł do środka, a każde jego stąpnięcie było równe, wyważone, jakby podłoga należała do niego na długo przed tym, zanim przekroczył próg. Szedł przez lokal pewnym krokiem, jednak bez nerwów i zbędnego pośpiechu, bo doskonale wiedział, że to otoczenie dostosuje tempo do niego, a nie odwrotnie. Im bliżej był, tym bardziej malała odwaga tych, którzy jeszcze przed chwilą gotowi byli krzyczeć i tłuc się o własne racje, a cisza ciągnęła się za nim jak cień, którego teraz nie bez przyczyny przy nim nie było. Obrzucił wnętrze spojrzeniem, a znużenie wymalowało się na jego twarzy, niczym ślad po zbyt wielu identycznych wieczorach. Polityka, alkohol i urażona duma, czyli klasyczne trio, a do kompletu brakuje tylko kogoś, kto przewróci stół i nazwie to aktem sprzeciwu. Pijackie awantury, podniesione głosy i rozbite argumenty należały do tej rutyny, która dawno przestała go interesować, więc nic dziwnego, że nie patrzył na salę jak na pole konfliktu, tylko jak na problem już rozwiązany, który domagał się jedynie formalnego potwierdzenia. Jego wzrok zatrzymał się na przewróconym kuflu, z którego powoli sączyła się resztka piwa, tworząc na blacie lepką kałużę, a potem westchnął cicho, bardziej z irytacji niż z potrzeby oddychania. Zawsze ktoś, kurwa, rozleje.
OdpowiedzUsuńPodniósł wzrok dopiero wtedy, gdy cisza w barze stała się niemal nieznośna, ale pozwolił jej jeszcze chwilę potrwać. Dwóch awanturników wciąż stało naprzeciw siebie, jeden z pięścią w pół drogi, drugi z argumentem o polityce Rady utkwionym w gardle. A argument ten, trzeba przyznać, wyglądał na bardzo ważny jeszcze trzy sekundy temu. Pierdolone, barowe goblinoidy – podchodzą, popychają, a potem znikają pod stołem, jak zawsze. Tchórzliwe ciule.
Zayden przeszedł między stołami, postawił przewrócony kufel i rzucił krótkie, porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Kaelena, który był dziś tutaj w roli jego służbowego partnera i pojawił się w lokalu tuż za nim. Wilkołak ruszył w stronę awanturników i bez szemrania chwycił łapami pięściarza, nie bez powodu zostawiając Zaydenowi akurat tego drugiego z utkwionym w gardle zarzutem odnośnie polityki azylu. Kaelen wytarmosił pięściarza na zewnątrz, a Zayden zbliżył się do oponenta bez słowa. Cień za nim zdawał się rosnąć, jakby sama ciemność wchłaniała resztki chaosu w barze, a zanim goblinoid zdążył choćby mrugnąć, Zayden chwycił go za koszulę i przyciągnął z taką lekkością, jakby ważył tyle, co pusta filiżanka.
— Słuchaj uważnie — powiedział, a jego głos choć był niskim szeptem, wypełnił otoczenie niczym gęsty dym. — Jedno niewłaściwe słowo, a stracisz prawo do głosu. Na zawsze. Rozumiesz?
Goblinoid drżał, próbując się wyrwać, ale cień Zaydena przywarł do niego jak niewidzialny płaszcz, tłumiąc każdy oddech i każdą próbę buntu. Mięśnie oponenta napięły się wyraźnie, a zęby zadrżały w bezgłośnym szczęku. Strach nie był jednak fizyczny, a mentalny – nagły i nie do odparcia, gdy bezlitośnie wchodził pod skórę i paraliżował jego wolę. Słabł w dłoni, ale Zayden nie pozwolił mu się osunąć na podłogę, mimo że ten zaczął mu ewidentnie ciążyć, tylko zacisnął mocniej palce na materiale jego ubrania. Jeszcze przecież nie skończył.
— Jeśli nie zrozumiesz, następnym razem pokażę ci, jak cienka jest granica między życiem a tym, co zostaje po złamanych zasadach — zapewnił i dopiero wtedy wypuścił materiał z dłoni, pozwalając mu zaliczyć bezpośrednie spotkanie z barową podłogą, na którą upadł ciężko.
Przeszedł zaraz nad nim, dając nieco większy krok, i wycelował spojrzenie matowych oczu w twarz barmanki. A jednak. Aurora Henrietta Nielsen, piąte pokolenie wiedźm, tu i teraz, we własnej osobie. A w zasadzie, to już od miesiąca. Wiedział, jakżeby inaczej, w dodatku dostał na nią co najmniej dwa donosy, ale co z tego?
UsuńKaelen zgarnął drugiego awanturnika i wyniósł z lokalu, a Zayden podszedł do baru i ciężkim ruchem położył dłoń na blacie. Mówiąc szczerze, to wcale nie obchodziło go to, co i kto gada o Radzie, ale musiał robić to, co do niego należy, czyli strofować takich gnojków, więc dokładnie to zrobił.
— Czego dotyczyła kłótnia? Kto zaczął? — zapytał bez entuzjazmu, tym samym zaczynając zbierać niezbędne wyjaśnienia, żeby czym prędzej zakończyć tę farsę i zająć się czymś ciekawszym od rozdzielania pijaczków Bruderschaftu. Trzymał spojrzenie na twarzy Rory, jakby była jedną z wielu mieszkańców azylu, jakby była tu od zawsze, choć miał pełną świadomość, że została ściągnięta zaledwie miesiąc temu. Wiedział, że to może kiedyś nadejść, ale nie sądził, że te niespełna pięć lat, gdy ostatnim razem się widzieli, miną tak szybko. On dał jej wolność, a ona najwidoczniej znów dała się złapać.
Zayden Ward 👮
[hej! Moje wybory rasowe zwykle były te same, no ale ile można wałkować, więc zaczęłam improwizacje z mniejszym lub większym skutkiem ;> Hota w sumie takowym eksperymentem jest. Dziękuję za przywitanie.
OdpowiedzUsuńWidzę, że Rory też przeżyła sporo, aż chcem ją gorąco psytulić - mogę nie? ^_^
Zapraszamy jak coś.]
Hotarubi
Rzecz w tym, że tutaj nikt nie dostawał nic za darmo, bo za ten skrawek bezpieczeństwa, a raczej tego, że można istnieć w tym miejscu bez większych obaw, każdy musiał zapłacić własną autonomią i to w sposób nieodwracalny. Za tę rzekomą stabilizację i świadomość, że tutaj unicestwianie to przywilej należący wyłącznie do Rady, cały ten azyl karmi się energią, którą wysysa bezlitośnie z każdego obdarzonego i nigdy jej nie zwraca. To oczywiście i tak mniejsze zło dla tych, na których poza azylem czekał dużo gorszy los, niż oddanie komuś znacznej ilości mocy, ale to nadal kajdany, szczególnie ciężkie dla tych, którzy zostali tutaj ściągnięci, bo nie mieli żadnego wyboru. I takiego wyboru nie miał już Zayden.
OdpowiedzUsuńDwie dekady temu, gdy wchodził w układ z Radą, który dotyczył ochrony za służbę, miał już na sobie wyrok astralnych egzekutorów, którym wcale nie zależało na tym, żeby zrobić mu tylko fizyczną krzywdę, a żeby rozciąć rdzeń i rozszczepić jego strukturę istnienia na dziesiątki cząstek, które nie mogą istnieć osobno i w efekcie uniemożliwić mu odrodzenie. Oni polują na byty powstałe z ludzkich dusz, wierząc, że to błędy systemu i likwidują ich, a on był z tych dusz ulepiony jako pozostałość po pompejskim systemie, który przestał istnieć, ale nie został domknięty. Był echem prawa, nośnikiem wszystkich urwanych procesów, niedopełnionych wyroków i nieosądzonych win tych, którzy zginęli pod popiołem Wezuwiusza, zanim prawo zdążyło ich dosięgnąć, tyle że jego misją nie jest stanowienie prawa, a zamykanie luk, które powstają, gdy to prawo upada. Wyczuwa łamanie zasad, każde naruszenie prawa i to pozwala mu reagować, choć nie z wyboru, a z konieczności, bo gdy w porządku powstaje pęknięcie, Zayden po prostu je czuje. Może je zignorować, ale jeśli to zrobi, system zacznie go korygować i przypominać, że im dłużej będzie udawał, że nie słyszy, tym więcej weźmie to od niego. Tak, czy siak, stanowił doskonały materiał na lokalnego strażnika – wystarczył dobry układ, a potem już tylko przysięga regulująca jego prawa w danej przestrzeni, żeby przypadkiem nie zmiótł kogoś z planszy. Z czasem doszła też runa na ramieniu i zobowiązania wobec azylu, z których istnienia zdawał sobie sprawę, godząc się na bycie jego częścią, w zamian za zniknięcie z radaru egzekutorów. Ale to nie pierwsza jego niewola na przestrzeni ostatnich sześciu stuleci i na pewno nie ostatnia. Zresztą, w porównaniu do poprzednich, ta i tak jest łaskawa.
Podniósł brew, gdy Aurora najpierw powiedziała, że nie wie, a później zaczęła jednak mówić. On jej nie przesłuchiwał, zbierał tylko wyjaśnienia, ale te jej nie będą bardziej istotne, niż tych, którzy też byli naocznymi świadkami awantury, więc nikt nic nie straci, jeśli ona do końca będzie złośliwie się zgrywać. Doprawdy, te pięć lat temu, gdy nie chciała iść do azylu, była grzeczna. Wymienili się nawet korzyściami, a teraz, no proszę, mamy jednak jakiś pierwiastek buntu. Możliwe, że jest zmienna, tak jak jej oczy, które błyszczą w różnych odcieniach zależnie od światła. Albo niestabilna.
— Świetnie, jest pani bardzo spostrzegawcza — zauważył w odpowiedzi i dał kilka kroków wzdłuż barowej lady, przesuwając dłonią po blacie, jakby jednym ruchem zgarniał z niego kurz.
Otrzepał zaraz dłonie, obrócił się w stronę Rory i wymownie rozejrzał się po pomieszczeniu, mimo że nikogo konkretnego nie poszukiwał. — Ale nie ma tutaj nikogo, kto wie, jak rzucać dobre uroki — stwierdził, wracając do niej znużonym spojrzeniem. — Panno Nielsen, bądźmy realistami, dobrze? — Uśmiechnął się krótko i teatralnie. Czy to było uszczypliwe? Niech sama sobie zinterpretuje. — A więc obaj zamówili piwo. To proszę kontynuować dalej, skoro jednak pani wie — zachęcił, mimo wszystko nie licząc na to, że powie mu cokolwiek istotnego. Tutaj nie musiał tego wymagać, to nie komisariat, gdzie większość chwytów jest dozwolona. Dopełniał tylko formalności, których wymagała procedura, ale niewykluczone, że od tego spotkania być może będzie musiał zmienić swoje podejście do donosów od miejscowych pijaczków, które do tej pory zwyczajnie bagatelizował.
UsuńZayden Ward
[ Hej, hej!
OdpowiedzUsuńCieszę się, że Mokseo tak się fajnie przyjął :3 Nie powiem, namęczyłam się, żeby jakoś zgrabnie ubrać w słowa jego spokojny i wrażliwy charakter, więc tym bardziej mi miło, że jest to zauważalne :3
Rory ma cudowne imie! I tak mi się smutno zrobiło jak czytałam kartę, a fragment o kotku to w ogóle :c Sama u rodziców mam czarnego demona :c
Wydaje mi się, że mogliby się dobrze dogadać, więc my na wątek bardzo chętnie! Pomyslimy nad czymś ciekawym :D ]
Mokseo
Spojrzał na barmankę przelotnie, na czas wystarczający do złożenia zamówienia, co trwało łącznie nie więcej, niż pięć sekund i już wracał spojrzeniem do Sybil, to w jej stronę obracając głowę, kiedy coś go tknęło. Coś w tej barmance, dosłownie na pierwszy rzut oka niezauważalnego, zostało zauważone przez umysł Leviego, kiedy tylko obraz zarejestrowany przez oczy został rzucony do tego konkretnego obszaru mózgu odpowiedzialnego za jego przetworzenie. Znieruchomiał, jego głowa zatrzymała się w pół ruchu, ścięgna widoczne na szyi napięły po to, by po chwili Levi wrócił wzrokiem do dziewczyny, która właśnie spoglądała za siebie, najpewniej w poszukiwaniu wymienionego przez Ackermanna piwa. Wiedział i widział, że go tam nie było i że nowa w ten sposób go nie namierzy, o czym chciał jej powiedzieć bezzwłocznie, ale zamiast tego zamarł po raz drugi z lekko rozchylonymi ustami i słowami uwięzionymi w gardle, kiedy barmanka odwróciła się z powrotem do niego i znowu dostrzegł w jej zwyczajnej, a przy tym ładnej twarzy coś znajomego, czego jednak nie potrafił do niczego przyporządkować ani w żaden sposób zaklasyfikować.
OdpowiedzUsuń— Levi? — usłyszał z boku. — Może być paulaner — powiedziała Sybil, ale choć Levi słyszał, nie słuchał. Patrzył teraz nie na twarz barmanki, a na wisiorek, który miała na sobie, a który przykuł jego uwagę w momencie, w którym dziewczyna pochyliła się i oparła dłońmi o niższą część lady, przez co wisiorek oderwał się od jej dekoltu i zakołysał. Kołysał się nadal, na boki i lekko okręcając się wokół własnej osi, kiedy Levi wpatrywał się w niego już nie z tym dziwnym poczuciem, że jest to coś znajomego, ale z przeświadczeniem, że doskonale zna ten okrąg z kwiatowym wzorem i kamieniem. Z jadeitem.
— Może być paulaner — powtórzył głucho za Sybil, oderwał wzrok od wisiorka i powędrował nim do twarzy barmanki, by finalnie zerknąć na siedzącą obok syrenę. Sybil przyglądała mu się uważnie, ze zmarszczonymi brwiami i ustami lekko wydętymi w wyrazie niezadowolenia. Jej oczy o tęczówkach tak jasnych, że niemalże białych wciąż błyszczały, ale już nie w ten zachęcający sposób. Błyszczały groźnie, tak jak błyszczą oczy drapieżnika w ciemności.
Pod wpływem tego spojrzenia Levi poczuł się winny, ale zamiast przepraszać, ponieważ za bardzo nie wiedział, za co powinien przeprosić, poprzestał na głębokim nabraniu powietrza, które następnie głośno wypuścił przez nos. Patrzył na Sybil, a przynajmniej się starał i nawet uśmiechnął się do niej lekko, bo wcześniejszy uśmiech zgubił mu się gdzieś po drodze, kiedy zapatrzył się na wisiorek, ale wzrok uciekał mu ku barmance, która sięgała po dwie butelki paulanera.
Levi był mocno świadomy swojego ciała, głównie przez wzgląd na to, że tych ciał miał dwa, a nie jedno. Inaczej odczuwał i reagował w postaci człowieka, inaczej w postaci kota, nawet jeśli te dwie formy przeplatały się ze sobą i tak jak ciał było dwa, tak wciąż był tylko jeden Levi. Ten Levi czuł teraz, że wali mu serce i że przyspieszył oddech, że źrenice rozszerzyły się, a żołądek lekko ścisnął.
— Coś się stało?
Sybil także musiała wyczuć te subtelne zmiany, ponieważ nachyliła się ku niemu i jej zdenerwowanie ustąpiło miejsca trosce, czy to prawdziwej, czy to fałszywej, podyktowanej tym, że był to jeden ze sposobów na ponowne ściągnięcie uwagi Leviego całkowicie na siebie. Levi tego nie wiedział, a też nie interesowało go to w ogóle, bo przed nimi o wysłużony kontuar stuknęły dwie butelki piwa i obróciwszy głowę w stronę źródła dźwięku, Levi ponownie zapatrzył się na znajdujący się w zasięgu jego wzroku wisiorek.
W ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że zarówno wtedy, jak i teraz wyglądał przy tym tak, jakby wpatrywał się wprost w dekolt nowej barmanki. A tego dla Sybil było już za dużo.
Syrena chwyciła butelkę z paulanerem, uprzednio otworzoną przez barmankę i chlusnęła jej zawartością na kotołaka. Piwo nie współpracowało, pod wpływem gwałtownego ruchu spieniło się w szkle i zamiast chlustać dalej, białą pianą spłynęło wzdłuż szyjki butelki na dłoń Sybil, a potem w dół jej przedramienia. Rozzłoszczona syrena odstawiła butelkę na blat, za co Levi był jej wdzięczny, bo równie dobrze mogła roztrzaskać ją na jego głowie, po czym złapała kotołaka za mokrą koszulkę, przytrzymała sobie i otwartą dłonią trzasnęła go w twarz z taką siłą, że jego głowa odskoczyła. Wszystko to zrobiła, siedząc zgrabnie na wysokim stołku i nawet się przy tym nie zachwiała. Dopiero po tym, jak dała upust złości, zgrabnie zsunęła się z siedziska, zadarła podbródek i podeszła do wieszaka, skąd z pewnym trudem zabrała swój płaszcz i przyciskając go do piersi, wyszła.
UsuńAckermann został przy barze, na wysokim stołku. Siedział z przymkniętymi powiekami, głową odchyloną w lewą stronę i rękoma ugiętymi w łokciach, uniesionymi na wysokości piersi, z szeroko rozcapierzonymi palcami i krzywił się przy tym niemiłosiernie, bo był MOKRY. Mokry od zimnego piwa, które wsiąknęło w jego koszulkę, lepiącą się teraz do piersi i było to dla niego uczucie stokroć gorsze, niż piekący policzek. Nienawidził być MOKRY, kiedy działo się to nie na jego warunkach i kiedy nie był to gorący prysznic lub gorąca kąpiel.
Pochylił głowę, zacisnął dłonie w pięści, a potem oblizał wargi, ściągając z nich kilka kropelek piwa. Było dobre i chyba tylko dlatego Levi rozwarł powieki, poruszył się gwałtownie i złapał za drugą butelkę, pociągając z niej łapczywie.
A może też dlatego, że za barem stała Aurora Nielsen.
Rory.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Czuła, jak całe ciało rozgrzewa się od tego wszystkiego, od tłumu, od muzyki, od tego nieustającego brzęku kieliszków i gwaru. I przede wszystkim od złota, które w siebie wlewała tak dzielnie. Z każdym kolejnym łykiem była jednak z siebie ni to zadowolona, ni bardziej drażliwa, a świat stawał się trochę bardziej odrealniony. I wszystko wokół traciło na znaczeniu. Patrzyła na tych wszystkich nie-ludzi kątem oka, jak próbują się upić, jak z trudem chcą łapać równowagę, a jednak nadal tylko próbowali się bawić. Oszukiwali trochę samych siebie, a może wariowali w zamknięciu. Ich spojrzenia były pochmurne a może trochę zagubione, gdy myśli się gubiły po kolejnym łyku. A Noor czuła, że jej mieszana krew jest za silna i nawet tego nie potrafi i teraz była niezadowolona nawet z tego sprytnego triku wychylenia przed piciem specjalnego naparu. Bo bez niego może jednak i by głowa bolała nazajutrz, ale zabawa byłaby lepsza. Widziała już, że wampir wcale nie jest taki mocny, tylko w gębie ma przewagę i jakoś... wyzwanie straciło na atrakcyjności.
OdpowiedzUsuńKiedy Rory podeszła bliżej i zaczęła w nią wątpić, Noor poczuła lekkie spięcie mięśni, gdy ściągnęła łopatki a ostatnie nieprzespane noce odbiły się bólem w plecach. Spojrzała na dziewczynę i już wiedziała, że ta zna się na rzeczy i dobrze pilnuje spelunki, w takich miejscach, gdzie alkohol miesza się z krwią i tajemnicami, trzeba być czujnym. Kiwnęła głową, bo i owszem, chciała pić jeszcze i miała pieniądze, a skoro nie wydawała ich na bzdury, dzisiaj mogła zaszaleć. Obróciła się potem na tego wampira, który zamawiał kolejne tequile już mniej ochoczo i jakiś zryw poderwał ją na nogi. Wstała gwałtownie i błysnęła równie ślicznymi ząbkami, co ona cała, do barmanki. Co ten umarlak sobie myślał? Że to mu doda siły i ją upokorzy? Że znowu zwyzywa? A może po prostu próbował zatrzymać ten moment, kiedy miał jakąś przewagę i nie docenił jej, bo była mieszana? Złość i duma w Noor były paskudną mieszanką i wcale się z tym nie kryła. Mogła być słabsza po zamknięciu w azylu i naznaczeniu runami, ale wciąż była autentyczna.
Czuła, jak lekko zadrżały jej uda gdy tak gwałtownie poderwała się z stołka, ale w tym chaosie i codziennym pijackim klimacie, czuła się wreszcie żywa żywa. Jej myśli uciekały, ale głowa trzymała się dobrze, kiedy barmanka spojrzała na nią i na scenę zbyt bystrym spojrzeniem. Wiedziała, że powinna być ostrożniejsza, ale to właśnie w takich chwilach czuła się najlepiej, gdy jeszcze miała kontrolę, choćby tylko na chwilę.
- Wybierz piosenkę, za wszystko zapłacę - odezwała się miękko do dziewczyny, bo choć gardło ją paliło, nie ochrypła, nie straciła tego uroku, który płynął z ogniem w jej żyłach.
Oczywiście, jeszcze nie zamierzała kończyć tej imprezy. Nie była tu pierwszy raz, ale choć zdarzało się ją tu widzieć rzadko, dziś czuła i zachowywała się wyjątkowo pewnie, jakby ten bar był jej drugim domem. Odgarnęła gęste kasztanowe pasma z ramienia w tył i wychyliła kolejny kieliszek bez dodatków elegancko i z wdziękiem. Na moment tylko opuściła powieki, chowając jasne przejrzyste paciorki oczu, gdy alkohol przelał się w jej wnetrzu i znów poczuła to ciepło w sobie.
- No dalej, ja nie żartuję - zachęciła, wygładzając szary sweterek na płaskim brzuchu i ruszając po mikrofon.
Noor
W ciągu sześciu stuleci spotkał bardzo dużo spostrzegawczych istot i nikogo nie traktował jako lepszego wyjątku, a w tym momencie to akurat zwyczajnie sobie ironizował – tak jak zresztą Aurora, która obrała sobie za cel wyzłośliwianie się, choć cholera wie w zasadzie po co. Ale to nie nad tym miał tutaj rozprawiać, bo nie przybył na interwencje do niesfornej barmanki, tylko do dwóch pijaczków, którzy rozkręcili awanturę i którzy byli już ujęci, a więc gotowi do wywiezienia na rozmowę na komisariat. Reszta to tylko formalność, na którą on nie zamierzał tracić zbyt dużo czasu, zwłaszcza, jeśli ta formalność nie zamierzała współpracować. Gdyby chodziło o coś poważniejszego, jakiś handel lub przemyt na większą skalę, wtedy ich rozmowa na pewno wyglądałaby zupełnie inaczej, ale dwaj podpici awanturnicy nie byli warci ani dłuższego namysłu, ani zbędnych ceregieli, więc tyle wystarczy. Czas i ich zeznania zweryfikują, czy rzeczywiście jeden powiedział drugiemu, że jego stara to poczwara, czy to Aurora jest zwykłą kłamczuchą. Byłoby trochę szkoda, gdyby to ta śliczna twarz okazała się skalana kłamstwem.
OdpowiedzUsuńJego brew uniosła się w powątpiewającym wyrazie, gdy padła odpowiedź na jego uwagę. Otaksował jedynie spojrzeniem jej sylwetkę, niczego więcej w tej sprawie nie mówiąc, bo to, że wątpił było raczej widać, a on tak na dobrą sprawę nawet nie wiedział, jakie Aurora rzeczywiście posiada możliwości, poza tym, co zostało wpisane w papiery i co on sam w ramach wymiany korzyści wytargował kilka lat temu, więc nie zamierzał jej z góry oceniać. Najwidoczniej jego uwaga trafiła w jakiś czulszy punkt, skoro doczekała się odpowiedzi. A pomyśleć, że już od początku mogło być całkiem miło i przyjemnie, gdyby nie to, że siliła się na tę zbędną pewność siebie, a zbędną, bo w tej wymianie zdań pomiędzy nimi nie ma i nie będzie ani przegranych, ani wygranych. Nie było przecież żadnej rywalizacji. To tylko wywiad środowiskowy, zwykła policyjna formalność, którą on właśnie odbębniał, a którą ona z jakiegoś powodu postanowiła z początku skomplikować.
— Ciekawi mnie, jak bardzo ty musiałaś czuć się niebezpiecznie, że ostatecznie jednak zaszyłaś się tutaj — powiedział, nie oczekując jednak żadnej odpowiedzi, bo to nie było zainteresowanie, które domagało się reakcji, tylko wynik chłodnej obserwacji. A on nie czuł się ani niebezpiecznie, ani bezpiecznie. Oba odczucia są mu tutaj obce, bo dopóki układ z Radą działa, to wszystko jest jak należy.
— I szczerze? Spodziewałem się, że może ktoś mnie tu w końcu czymś zaskoczy — odparł, wzruszając lekko ramionami, jakby to było całkowicie naturalne, że codzienność tutaj rzadko spełnia oczekiwania. Miał na myśli również ją, bo widzieli się pierwszy raz od lat, więc prawdopodobieństwo jakiegoś zaskoczenia też istniało, ale teraz chyba już przeminęło.
— Wracaj do pracy — oznajmił zaraz, obrzucając ostatnim spojrzeniem bar. — Bo niektórzy narzekają, że sobie z tym nie radzisz — zaczął, kierując spojrzenie na kilku mężczyzn, bo w tej grupie był jeden z donosicieli. — Choć widzę, że mimo to i tak tutaj wracają — zauważył z westchnięciem i ruszył z miejsca, zastanawiając się, ile słów w tych donosach, które otrzymywał odnośnie Aurory, było przerysowanych, a ile po prostu zmyślonych. Nie zajmował się pierdołami, ale może któregoś wieczoru z ciekawości sprawdzi, w czym leży problem.
Zayden Ward
Dzisiejszy dzień w bibliotece nie różnił się niczym od innych.
OdpowiedzUsuńMorrigan siedziała za ladą i odhaczała oddawane egzemplarze, dokonywała prolongat, przyjmowała drobne kwoty, które zostały naliczone w ramach kary za przetrzymanie książki. Przez większość dnia jednak nie robiła właściwie nic — piła kawę za kawą, drukowała ulotki, będące jednocześnie zaproszeniem na spotkanie klubu czytelniczego, i próbowała udawać, że wcale nie odczuwa pulsującego bólu, który rozrywał jej czaszkę.
Obudziła się około czwartej nad ranem w lesie, mokra i zziębnięta. W pobliżu nie było ani nikogo, kto miałby wkrótce umrzeć, ani żadnego trupa — wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. W chłodnym powietrzu unosił się tylko ohydny odór rozkładu, do którego Morrigan już dawno przywykła, ale który wcale nie tłumaczył jej transu. Zanim odnalazła drogę do mieszkania, dochodziła piąta. Zdążyła wykąpać się w przyjemnie gorącej wodzie, przebrać w czyste, ciepłe ubrania i wmusić w siebie śniadanie. Nic jednak nie pomogło na dotkliwy ból głowy, tłumiący nawet pieczenie, jakie rozchodziło się po jej dłoniach i ramionach — jego źródłem były zresztą cienkie rozcięcia; zapewne dzieło chlastających jej ciało gałęzi. Wszystkie skutki transu docierały do niej z opóźnieniem.
Cieszyła się więc, że nie miała dzisiaj wielu obowiązków i z utęsknieniem czekała na koniec zmiany. Chciała już stąd wyjść, wrócić do domu, wziąć leki i na kilka godzin zupełnie odciąć się od świata. Może udałoby się jej przespać więcej, niż marnych kilka godzin? Naprawdę była zmęczona. Rozkojarzona.
Sięgnęła po filiżankę z czarną kawą i upiła łyk. W tym momencie zabrzęczał cicho dzwoneczek, umiejscowiony nad drzwiami biblioteki. Morrigan skrzywiła się lekko, ale zaraz zapanowała nad wyrazem twarzy. Po prostu ten dźwięk doprowadzał ją do szału.
— Dzień dobry — przywitała się spokojnie. Znała kobietę, która właśnie weszła do środka, chociaż tylko z widzenia. Rzadko kiedy bywała w Brudershafcie, ale jeśli już coś zmusiło ją do skierowania się w tę stronę, za kontuarem baru ostatnimi czasy widziała właśnie twarz... Rity? Riki? Rory? Tak, chyba tak. Rory. To było przyjazne imię. — W czym mogę pomóc?
Morrigan
Levi osuszył butelkę, za którą złapał w przypływie… W przypływie sam nie wiedział czego. Za barem stała Rory, ale to nie mogła być Rory. Rory zginęła tamtego dnia jak wszyscy pozostali, a nawet jeśli ktoś zdołał umknąć, Levi był przekonany o tym, że ci, którzy ich tropili, dopadli także pozostałych. Ojciec nie pozostawił mu co do tego złudzeń. Kiedy został Łącznikiem, kiedy zaczął wychodzić na zewnątrz, Levi pytał go o to wielokrotnie.
OdpowiedzUsuń— Ktokolwiek?
I zawsze słyszał tę samą odpowiedź.
— Nikt.
Z czasem przestał pytać. A kiedy sam został Łącznikiem, nie szukał. Może dlatego, że bał się tego, co mógłby znaleźć. Nie wrócił do Anglii, do Coventry i nie sprawdził, choć gdyby się postarał, miałby taką możliwość. Może w Azylu nie działała pewna część sprzętów elektrycznych, a o dostępnie do Internetu można było co najwyżej pomarzyć, ale tam, na zewnątrz, świat się nie zatrzymał. Wciąż latały samoloty, Levi nawet w jeden dzień mógłby obrócić tam i z powrotem, ale tego nie zrobił. Uwierzył ojcu, ponieważ nie miał powodów do tego, aby mu nie uwierzyć i tylko teraz, kiedy wlewał sobie paulanera wprost do gardła, zaczął zastanawiać się, czy słusznie. Może Thatcher nie wiedział? Musiał nie wiedzieć. A może nawet nie odważył się szukać, jak Levi, za każdym razem posługując się tą samą, wygodną odpowiedzią.
Szkło stuknęło o blat, kiedy Levi odstawił butelkę i niemal uwiesił się na kontuarze, szeroko rozkładając na nim łokcie.
— Jak? — powtórzył, wlepiając wzrok w barmankę. To nie mogła być Rory. — Ty mi powiedź. Jesteś duchem? Doppelgängerem? — wymienił, rzucając nazwami tych istot, które zdążyły przewinąć się przez Azyl, a których obecność mogła tłumaczyć to, że za barem stała zmarła przed jedenastoma laty Aurora Nielsen. — I skąd masz ten wisiorek? — rzucił, niemalże wypluł z siebie te słowa i przeniósł wzrok na okrąg z białego złota, jakby to, że nosił go ktoś inny, niż Rory, było niedopuszczalne.
Tak było prościej, zdecydowanie prościej. Wyprzeć to, że Rory wcale nie zginęła, niż zaakceptować, że została sama i że przez te jedenaście lat musiała jakoś sobie radzić, aż finalnie trafiła tutaj, podczas gdy przez cały ten czas on żył sobie względnie wygodnie. To było zbyt nieprawdopodobne, aby mogło być prawdziwe, nawet jak na te wszystkie nieprawdopodobne rzeczy, które działy się w Last Salvation i wokół niego, które miały miejsce na całym świecie.
A przynajmniej w to chciał wierzyć Levi, który skakał wzrokiem od wisiorka do twarzy barmanki i z powrotem, nim ta zacisnęła okrąg w dłoni, jakby szukał jakiegoś szczegółu, który nie będzie pasował.
Pasowało mu wszystko. To, jak Rory zaciskała usta, jak zamknęła palce na wisiorku. To pierwsze robiła zawsze, kiedy była na niego zła, bo Levi znowu zrobił coś głupiego, a to drugie, kiedy była przestraszona, jakby wisiorek mógł ją ochronić przed całym złem tego świata. Może mógł…?
Spojrzenie jasnych oczu Leviego zmiękło. W swojej postawie nie przypominał już zjeżonego kocura wściekle machającego ogonem, a takiego, który skłonny był skapitulować, bo zagrożenie zdawało się powoli mijać.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[Hejka 💜
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę, że Élara robi takie wrażenie.
I ochotę na wątek i powiązanie oczywiście mam! Aczkolwiek od razu napomknę, że umiejętności Élary nie są zbyt różnorodne, ale to co potrafi, to potrafi bardzo dobrze :D Masz już może jakiś pomysł albo sugestie, wokół których mogłybyśmy się zakręcić?]
Élara Durant
Przewróciła oczami w geście wyzywającej ignorancji podczas rutynowej kontroli po powrocie zza bram Azylu. Część ze stróżów prawa już dawno zaprzestała wścibskiego zaglądania jej do kieszeni, bowiem mieszkając tutaj przez całkiem sporą część swojego życia udało jej się wypracować swego rodzaju model ograniczonego zaufania. Ten funkcjonariusz natomiast został powołany stosunkowo niedawno, za honor postawił sobie ścisłe zasady i od dwudziestu minut zadawał multum pytań (wyrytych na blachę z pomiętego kodeksu leżącego na biurku obok) i dokładnie badał wszelkie zakamarki kurtki, spodni czy bluzki doszukując się ukrytych kieszeni.
OdpowiedzUsuńPrychnęła lekceważąco słysząc prośbę (a raczej rozkaz) ściągnięcia butów. Cierpliwość odnalazła swoją granicę. Podeszła do szafki w kącie pokoju ignorując podniesiony ton głosu nowego funkcjonariusza ostrzegający przed aresztowaniem. Chwyciła dobrze jej znany detektor magii, którym posługiwało się większość z porządkowych chcących sprawdzić czy którykolwiek z przyniesionych przez Łączników łupów nie jest przypadkiem zagrażający społeczeństwu bądź tajemnicy Azylu. Wcisnęła detektor w dłonie nazbyt zdziwionego funkcjonariusza, jakby właśnie uświadomił sobie, że to dokładnie ten fragment szkolenia przespał.
— Następnym razem nie trać mojego cennego czasu, tylko skorzystaj z tego. — mruknęła z niezadowoleniem po czym odwróciła się na pięcie i wyszła najpierw z pokoju przesłuchań, a następnie z budynku komisariatu.
Zaczerpnęła głęboko mroźnego powietrza i skupiła się na dłoniach, które wciąż nieprzyjemnie piekły po świeżo nałożonych runach. Zazdrościła mieszkańcom obdarzonym mniejszą mocą: im wystarczało wyryć mało widoczny znaczek, podczas gdy ona musiała spędzać pół godziny aż przyjemne otępienie obejmowało jej ludzką powłokę. Włożyła przemarznięte dłonie do kieszeni swojej krótkiej, czarnej kurtki i rozejrzała się dookoła początkowo od niechcenia, znudzona widokiem Azylu. W okolicy pomnika Morrisa Stroble’a dojrzała Rory — czarownicę, którą niedawno udało jej się tutaj przyprowadzić. Zmrużyła oczy wciąż nie mogąc pozbyć się iście niepokojącego uczucia deja vu, jakiego doznawała w jej obecności. Z pewnością musiała widzieć kiedyś podobną do niej osobę, to się często zdarzało. Myślała że jest to przejściowe, niestety z dnia na dzień coraz częściej starała się przykleić twarz czarownicy na którymkolwiek ze wspomnień, bezskutecznie.
Przez moment obserwowała dziewczynę. Ta jednak zamarła w bezruchu wlepiając wzrok w nazwiska poległych wyryte w kamieniu. Nigdy wcześniej nie spoufalała się z nowoprzybyłymi. Nie wiązało się to z niczym pożytecznym, a mogło wytworzyć międzyludzkie więzi, których zdecydowanie nie potrzebowała, a co najważniejsze — nie chciała. Tym razem postanowiła nagiąć swoją niepisaną zasadę.
— Wszystko w porządku? — spytała podchodząc powoli, niczym myśliwy starający się nie spłoszyć zwierzyny.
Faith Smith
[O rany, prześliczna ona jest. W ogóle mnie nie dziwi, że Cię prześladowała.
OdpowiedzUsuńChętnie ich wplączę w jakiś wątek, tym bardziej jeśli obiecujecie zero współczucia. Fionntán jest intensywny, a skoro Rory pojawiła się w azylu niedawno, to wizja zetknięcia ich w pierwszym spotkaniu jest bardzo kusząca. Alkohol raczej na mojego dżinna z racji bycia duchową istotą przesadnie nie działa psychicznie, ale myślę, że zapieczętowanie w ciele syna może się wiązać z niedogodnością fizyczną, którą dobra whisky łagodzi, więc od czasu do czasu może pojawiać się w barze. Tym bardziej, że lubi wiedzieć rzeczy i tę wiedzę później wykorzystywać, a pijani mieszkańcy chętnie gadają.
Mój pomysł jest taki: drugi/a barman/ka nie pojawi się w pracy i Rory zostanie z obłożonym barem sama. Fionntán przyjdzie, a że czekanie nie leży w jego naturze, wbije za ladę i zacznie obsługiwać klientów korzystając ze swojej zdolności wyczuwania cudzych życzeń. Przy tym będzie wredny i tak jak wspomniałam - intensywny. Może z rozpędu dobrać się do życzeń twojej wiedźmy i bezceremonialnie do nich nawiązać. A jeśli chcemy, żeby ją rozstroił na maksa, to możemy założyć nawet, że znał jej matkę, przed laty robił z nią interesy i Rory teraz rozpozna i będzie pił też do tego. Jego syn urodził się w Walii, on sam przez ostatnie półtorej wieku przebywał w okolicy, więc myślę, że z sabatem Nielsen mogło mu być po drodze.]
Fionntán Ó Cuanáin
[No i super <3 Myślę, że lokalizacja sabatu nie stanowi dla Fionntána żadnej przeszkody, tym bardziej że nadal mowa o Wielkiej Brytanii, a zapewne interesy, które miał z matką panny Nielsen dotyczyły jego syna (czego oczywiście jej nie zdradził), więc i większa odległość do pokonania nie byłaby dla niego w tym celu żadną przeszkodą.]
OdpowiedzUsuńFionntán Ó Cuanáin
Azyl ma swoją cenę.
OdpowiedzUsuńWiedział to doskonale, kiedy schronieniem dla umierającej duszy i śmiertelnego ciała uczynił swoją własną istotę. Zapłacił za tę słabość własnej psychiki zdecydowaną większością posiadanej potęgi, a chłopiec zawieszeniem między światami i powolną, bolesną degradacją nienagannej w swej postaci fizyczności. Fionntán też czuł tę udrękę, nosząc ten organizm niby niedopasowane, nazbyt ciasne ubranie, wpijające się w faktyczną formę nachalnością odparzeń i permanentnego, choć ślimaczego rozkładu. Czym innym bowiem było dotąd tworzone złudzenie cielesności a czym innym rzeczywiste w nią wniknięcie.
Wiedział to również, kiedy niezdolny do tłumienia swojej natury począł tracić nad nią kontrolę i potrzebował znacznie potężniejszej siły, by ją zgnieść. I choć koszt wsiąknięcia w społeczność Last Salvation zapłacił odmienny niż większość jego mieszkańców, bo utrata mocy była mu przecież na rękę i ta stawka okazała się wysoka. Gęstość zaludnienia nieprzystosowanego do tego dżinna poczęła wwiercać się w umysł natrętnością wszechobecnych pragnień niemożliwych do nierejestrowania.
Bywają więc takie dni jak dzisiejszy. Gdy opłaty zbiegają się ze sobą w czasie, a Fionntán jest na granicy utraty zmysłów. Sztywność bolesnej martwej tkanki kąsa się zaciekle z nagromadzeniem cudzych łaknień i ifrit nie potrafi sobie w tym starciu znaleźć miejsca dla siebie. Wtedy pomaga whisky. Rozgrzewa martwicę i wycisza harmider wśród myśli. Sęk w tym, że tej soboty otwarcie szafki, w której powinien zastać trunek, ujawnia jedynie jego zapalczywy brak. I Ó Cuanáin wraz z wiernie drepczącą u boku suką pokonać musi odstręczającą wilgoć śnieżycy, by dostać się do najbliższego miejsca, który nadrobi ten niedosyt.
Jest blady, a ślady rozkładu pulsujące nieznośnie ciut bardziej natrętnie niż zazwyczaj odznaczają się na jasnej skórze. Nie dlatego przykuwa uwagę skumulowanych najbliżej wejścia pijaków. To Cŵn Mamau w swej prawdziwej formie, której nie spowił iluzją z uwagi na swój stan. Ignoruje to. Zignorować skotłowanego przy barze tłumu już nie może.
Podobnie jak natłoku jego potrzeb, z których zdecydowana większość obraca się wokół napitku. Prostuje się i ponad głowami zgromadzonych dostrzega znajomą twarz o bladej cerze, ciemnych włosach i pełnych ustach. Pamięć nie pozwala w obecnym stanie dotrzeć do źródła wspomnienia. Wie jedynie, że była dziewczynką, kiedy widział ją poprzednim razem i wtedy również przywodziła mu na myśl Królewnę Śnieżkę. Być może nawet tak ją nazywał.
Nim jakakolwiek inna myśl zalega w świadomości, masywna sylwetka przysłania mu obraz, przedzierając się do lady. Podąża tuż za nią, bo i on nie ma najmniejszego zamiaru czekać. Tyłów pilnować również nie musi. Wierna suka kroczy za nim krok w krok. Wtedy agresor dobija do celu, odzywa się, a w dżinnie kurczy się cierpliwość.
— No kto by się spodziewał, że nie tylko jesteś ćwierćolbrzymem, ale także i ćwierćmózgiem? — wzdycha w rosłe łopatki, na tyle jednak głośno, by ich właściciel usłyszał treść wypowiedzi. Zgodnie z oczekiwaniami ten odwraca się niezdarnie i chwyta go za kołnierz płaszcza z taką werwą, że pięty Fionntána bez trudu odrywają się od ziemi. Kącik jego warg drga, gdy nieprzesadnie błyskotliwe spojrzenie osobnika wyłapuje obnażającą kły sylwetkę zjeżonej ogarzycy.
— Co jest, słońce? Zapomniałeś, jak to jest mieć zęby Mamau wgryzione w pośladek? Zapewniam cię, że ona doskonale pamięta, jak on smakuje. A jeśli ty chcesz posmakować tego browara, to obawiam się, że będziesz musiał wymienić Śnieżce kega. — Ilość otrzymanych informacji i tempo rozwoju sytuacji zdaje się przekraczać zdolności intelektualne rozmówcy, bo ten, choć poluźnia uścisk, nie rusza się z miejsca, zamiast tego wpatrując się z przesadną ilością mrugnięć to w jego twarz, to we wspomniane uzębienie zwierzęcia.
— Beczka piwa. Na zapleczu. Ruszże dupę — powtarza więc ifrit, klepiąc mężczyznę w ramię i wskazując mu kierunek. Ten wreszcie go puszcza i odwraca się, a Fionntán korzysta z faktu, że młodziutka barmanka skupia się na intruzie wdzierającym się na zaplecze i sam przeskakuje przez ladę, zgarniając kilka pustych szklanek i zalewając je czystą whisky. Przede wszystkim z tego powodu, że to on chce się jej napić, ale także dlatego, że to jedyny trunek, którego cenę w tym przybytku zna. Zakręca butelkę, kiedy uwaga czarownicy zostaje poświęcona jego obecności.
Usuń— Wy wiedźmy i te wasze sprzeczne pragnienia. — Odrywa język od podniebienia z głośnym, pełnym dezaprobaty cmoknięciem. Na dziewczynę jednak nie patrzy, zbyt skupiony na rozdawaniu szklanek i pobieraniu za nie opłaty tym klientom, którzy podzielają tego wieczora jego apetyt na bursztynowy płyn.
— Nie możesz dostać pomocy za barem, jeśli nikt za niego nie wejdzie, prawda Śnieżko? — mruczy leniwie i dopiero kiedy zalewa gardło pożądanym gorącem whisky, krzyżuje z kobietą wzrok.
Fionntán Ó Cuanáin
Dziękuję za powitanie i tę parę słów o karcie! Też mam nadzieję, że zostanę tu na dłużej i będę mogła odkryć historię Ishaana. Owocnych wątków i weny życzę.
OdpowiedzUsuńIshaan
Azyl lubił nazywać siebie miejscem bezpiecznym, a słowo to krążyło po okolicy jak zaklęcie, powtarzane wystarczająco często, żeby w końcu w nie uwierzyć. Bezpiecznym, bo zamkniętym. Bezpiecznym, bo strzeżonym. Bezpiecznym, bo objętym pieczęcią Rady, która z równą gorliwością tłumiła chaos, jak chętnie udawała, że nie widzi go, gdy rodził się z jej własnych decyzji. Tutaj zasady lubią tych, którzy wiedzą, kiedy milczeć, natomiast Rada najbardziej szanuje tych, którzy tym zasadom nie przeszkadzają. Dlatego można było się tu uchować i żyć wygodnie, o ile nie miało się problemu z porzuceniem własnej autonomii na rzecz ochłapów stabilności. Co kto lubi. Dla jednych to cena śmiesznie niska, dla drugich tak wysoka, że niemal niemożliwa do spłacenia, ale miesiąc to zdecydowanie za krótko, żeby w pełni zrozumieć zależności tego miejsca. W założeniu Aurora będzie miała jednak całe życie na zaznajomienie się ze wszystkimi urokami azylu, bo została już na to skazana – tak jak wszyscy, którzy wstąpili w jego granice, wierząc, że to tylko chwilowe rozwiązanie. Azyl był miejscem, które przyjmowało się z całym bagażem konsekwencji, bo gdy raz przekroczyło się jego próg, pozostawało już tylko nauczyć się zasad, zaakceptować ich ciężar i zrozumieć, że schronienie to słowo, które tutaj potrafi zmienić swoje znaczenie.
OdpowiedzUsuńNa słowa Aurory odwrócił się z powrotem, zmarszczył czoło i cofnął się o tych kilka kroków, zatrzymując się przy ladzie naprzeciwko nalewaka. Tym razem bezceremonialnie rozłożył łokcie na podłużnym blacie, a spojrzenie ciemnych, matowych oczu utkwił w jej twarzy, po czym z wolna i bez pośpiechu, jakby robota wcale nie czekała na niego gdzieś za drzwiami, obejrzał rysy jej twarzy. Po chwili z premedytacją zsunął wzrok niżej, obejmując nim górny fragment jej sylwetki, który nie znikał za masywnym meblem oddzielającym ich od siebie. Jego brew lekko powędrowała ku górze i zaraz opadła, gdy podniósł spojrzenie do jej oczu.
— Służbowo raczej niczym, ale prywatnie... — urwał na moment, a wyzywający uśmiech, który rósł w w kąciku jego ust, tylko się pogłębił. — Kto wie — odparł. — Prywatnie to już zupełnie inna sprawa — zaznaczył, ubierając te słowa w lubieżny ton, jakby składał jej tu teraz jakąś niemoralną propozycję. Rozszyfrowanie powagi tych słów nie było proste, bo w jego twarzy nie było ani żartu, ani przesadnej zachęty, a jedynie niepokojąco spokojna pewność siebie, która sugerowała, że dokładnie wie, co robi, i że konsekwencje wcale go nie odstraszają. W międzyczasie jego cień płynnie prześliznął się po drewnie i zatańczył wokół jej stóp, chłodny i lepki zarazem, zostawiając po sobie nieprzyjemne mrowienie, które miało w sobie więcej obietnicy niż groźby. Rozmył się zaraz, jakby posłuszny niemej komendzie, a Zayden wyprostował się minimalnie przy barze. Rzucił krótkie spojrzenie w stronę klienteli przy stolikach.
— I chętnie posłucham, jak zgadujesz — nawiązał zaraz do kwestii donoszących na nią pijaczków. — Zabawa może być przednia — stwierdził, w myślach zakładając jeszcze, że gdyby miał trochę więcej czasu, mogliby tu zagrać nawet w ciepło-zimno.
Zayden Ward
[Bardzo dziękuję, cieszę się, że karta się spodobała :D Taki chyba los tych paranormalnych stworzeń - wszystkie są skazane na jakiś rodzaj samotności. Dziękuję za przywitanie i zapraszam do siebie na wątek jeśli znajdziesz na to przestrzeń i chęci :) ]
OdpowiedzUsuńDamroka
[Oj tak, mary nocne to coś, co potrafi zniszczyć wizję nawet słodkiego snu. Sama często łapię się na tym, że nie sypiam na plecach (choć uwielbiam), tak w razie co ;D
OdpowiedzUsuńZa powitanie dziękuję i na degustację oczywiście zapraszam. Podejrzewam, że w takim miejscu jak to Asta bywa bardzo kreatywna i pędzi bimber ze wszystkiego, co tylko napatoczy się w jej ręce. Skutki mogą być całkiem ciekawe.]
Asta
Nie zwracała uwagi na innych i nie przejmowała się tym, ile uwagi sama zjada z otoczenia. Akurat do tego, że oczy do niej lgną, a zaraz za nimi często również ręce, przywykła wiele lat temu, ale tutaj czuła się nieco bezpieczniej. Uroda została, ale urok po demonicznym dziedzictwu krwi zelżał. I miała prawie święty spokój.
OdpowiedzUsuńNie dociekała, nie wściubiała nosa w nie swoje sprawy, a już na pewno nie starała się weryfikować, czy narzucone zasady przez Radę mają sens. Uciekła tu przed światem zewnętrznym i to jedno akurat miała zapewnione, a cena nie była wcale tak wygórowana. Może chodziło o to, że ani jej moce nie były specjalnie imponujące, a może o to, że nie korzystała z nich w takim stopniu nigdy, by miały realny wpływ na jej życie i jego komfort... Noor nie tęskniła za wolnością, ani za mocami. Chciała po prostu się już nie bać i to się wydarzyło. Nic więcej nie potrzebowała, zdążyła zbudować tu sobie wygodne i pozornie spokojne życie, więc... więc to jej starczyło. Akurat ta wizyta w barze, to w wykonaniu mieszańca była niebywała odskocznia, bo zwykle aptekarka interesowała się tylko swoim lokalem i nie dawała prowokować do głupawych zawodów, w tym momencie jednak, nie żałowała niczego.
- Serio...? - rzuciła niemal pogardliwe spojrzenie barmance na wybór utworu, jakiego dokonała. Biorąc pod uwagę osobowość Noor, to chyba najgorsza piosenka, jaka mogła jej przypaść, ale moment rozczarowania i zawodu szybko minął, gdy tylko dostrzegła krzywy grymas na twarzy rozpitego już wampira po kolejnym kieliszku.
Wyprostowała się dumnie, zadowolenie i jakiś chytry błysk przeknął w zieleni na tęczówce i wskoczyła lekko na przygotowany jako scenę podest, chwyciła mikrofon, a potem po prostu zaczęła śpiewać z taką swobodą, jakby była kimś zupełnie innym. Syreną, rusałką, albo nimfą, po prostu sceniczną artystką, której żywiołem jest performance. Była podchmielona, ale nie pijana, za to ciepło które czuła pod skórą objawiło się szczególnie uroczą odwagą i słodkimi rumieńcami na jej twarzy. Noro gdy nie kontrolowała siebie, roztaczała ten szczególny piekielny czar i nawet ból pleców od niewyspania nie był w stanie tego przyhamować. I nie powiedziałaby tego nigdy na głos, ale gdy kołysała lekko biodrami, gdy obróciła się raz i drugi, a potem zeskoczyła z podestu, aby skierować się w kierunku lady, która aż wołała, aby i na niej śpiewała, to bawiła się... wyśmienicie.
Ona po prostu potrafiła się odciąć.
Noor 🎤✩⋆。˚.★💿
Uwieszony na wytartym kontuarze Levi nieznacznie przesunął ręce i uczepił się palcami jego przeciwległej krawędzi, nie spuszczając przy tym wzroku z barmanki. Tak próbował o niej myśleć, jak o barmance, ponieważ wedle wszelkiej logiki stojąca przed nim młoda kobieta nie mogła być Aurorą Nielsem, ale te jego próby zaczęły spełzać na niczym, a logika sypała się, nie znajdując oparcia, ponieważ im dłużej Ackermann patrzył, tym więcej widział.
OdpowiedzUsuńŹrenice szarozielonych oczu miał rozszerzone – te zajmowały powierzchnię tęczówki adekwatną do ilości dostępnego w barze światła, a nie było go wiele, bo oświetlenie było skąpe, choć ciepłe, mające zapewnić dyskretną, sprzyjającą rozmowom atmosferę. Bezpośrednio przy barze było jaśniej, niż w głębi sali, nie wspominając już o jej najdalszych zakamarkach, ale Levi nie widział stojącej przed sobą kobiety tak dobrze, jakby chciał – światło bijące od rozświetlonych półek z alkoholami, pozostającymi za jej plecami sprawiało, że na jej twarz padały głębokie cienie. A jednak, nawet pośród tych cieni, Levi dostrzegał nadto znajome elementy.
Skakał spojrzeniem po jej sylwetce, widoczniej dla niego do połowy. Czasem zatrzymywał wzrok na wisiorku. I to na nim się skupił, kiedy Aurora się odezwała. Kiedy zaprzeczyła temu, jakoby była duchem czy sobowtórem. W dół jego kręgosłupa spłynął zimny dreszcz, tak silny, że Levi się otrząsnął.
Patrzenie na ten wisiorek i słuchanie jej głosu było kolejnym znajomym elementem w tej nie dającej się ułożyć układance – kiedyś Levi lubił patrzeć na ten wisiorek, a nawet bawić się nim i obracać między palcami, podczas gdy Rory mówiła, a on słuchał. Trzepała go czasem w dłoń, podejrzewając, że kotołak nie jest zainteresowany tym, co miała mu do powiedzenia, ale on był zainteresowany, nawet bardzo, a ta zabawa wisiorkiem pomagała mu skupić się na jej słowach. Dlatego teraz, kiedy kobieta się tłumaczyła, patrzył właśnie na wisiorek i kiedy ponownie uniósł wzrok na jej twarz, już rozumiał.
— Rory — tchnął, wreszcie godząc się z tym, że to była ona. Nie duch, nie doppelgänger, a Aurora Nielsen we własnej osobie – ta sama, którą zostawił za sobą w Coventry, martwą i zimną, a która dziś nie była martwa. O tym, czy nie była zimna, Levi miał się przekonać.
Mocniej złapał się za krawędź kontuaru, poderwał z barowego stołka i odbił nogami od drewnianej podłogi. Przeskoczył nad wypolerowaną, przez kilkadziesiąt lat wytartą łokciami mieszkańców Last Salvation ladą i wylądował tuż przy Rory, zaraz się prostując. Wszystko to zrobił zgrabnie i sprawnie, jakby nie wymagało to od niego żadnego wysiłku i było równie proste, co podniesienie się z krzesła, co było złudnym, ale bez wątpienia miłym dla oka wrażeniem, bo Levi musiał włożyć w to pewien wysiłek, o czym świadczył głębszy oddech, którego nabrał.
— Rory — powtórzył, złapał dłońmi za jej ramiona i pochylił się nad nią lekko, ostatni raz zaglądając jej w oczy i ostatni raz upewniając się, że to była ona. Potem przygarnął ją do siebie, objął ramionami i przytulił, w poważaniu mając to, że klienci baru, czekający na obsłużenie, przyglądali się tej scenie z niedowierzaniem.
Ponieważ Rory była ciepła.
Ciepła i żywa, a na dodatek była tutaj i choć Levi niczego z tego nie rozumiał, nie miał już tego kwestionować.
A potem pomyślał, że może nie wypadało mu tak jej przytulać, bo nie byli już tamtymi dzieciakami, co jedenaście lat temu.
— Sorki — zreflektował się, puścił ją i odsunął się o krok długi jak jego nogi, pochylił głowę i zakłopotany, podrapał się po karku. Z tą pochyloną głową, zza opadającej na oczy grzywki, łypnął na Rory i drugą ręką skubnął się za mokrą od piwa koszulkę, na wysokości piersi, jakby w ten sposób upewniał się, że walące serce nie przebiło się przez mostek i żebra na zewnątrz. — Sorki — powtórzył, bo mokra koszulka musiała zmoczyć też koszulkę Rory; Levi czuł pod palcami tę nieprzyjemną, zimną wilgoć, kiedy nie przestawał skubać materiału.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[Dziękuję prześlicznie za powitanie i miłe słowa! Przyjęłam je z dużą ulgą, bo do końca nie byłam pewna, czy koncepcja na postać i samą kartę, dobrze się sprawdzi. ^^ Postaram się nie zawieźć oczekiwań i rozwijać historię dalej!]
OdpowiedzUsuńSiwoo
[I dobrze wybrałaś, wiedźma wyszła Ci świetnie. Jest jednocześnie taka rzeczywista, taka ludzka, a jednak ma w sobie coś niezwykłego!
OdpowiedzUsuńCóż, bycie lekarzem to rodzinna profesja, raczej nie miał zbytnio wyboru, poza tym Anastasius jest dość… specyficzny! Obiecujemy bawić się grzecznie xD
I chętnie zgarnę Rory na wątek! Jako że Anastasius raczej jest niepijący, a jeśli, to winko lub koniak w domowym zaciszu przy kominku, to spotkanie typowo w barze by nam odpadło. Ale może jest jakaś możliwość, że Anastasius mógłby w czymś pomógł, coś wniósł, a może masz jakiś inny pomysł? :D]
Anastasius von Weiss
Zatrzymała się w półkroku, zauważając nagłą reakcję Rory na swoją obecność. Zacisnęła zęby, starając się odszukać właściwe zachowanie. Powinna odejść? Udawać, że jej tu nie ma? Narzucić iluzję, a może po prostu uciec w popłochu? Nie do końca rozumiała tą przemożą potrzebę odwrotu — chęci uniknięcia samej Rory, nowej mieszkanki Azylu, którą przecież sama tutaj sprowadziła. Co więcej, poczucie obowiązku zapewnienia jej bezpieczeństwa wydawało się w tym przypadku silniejsze niż zwykle. Prawda wymykała się jednak spomiędzy myśli niczym nieuchwytna tajemnica.
OdpowiedzUsuńStała nieruchomo, w milczeniu wysłuchując słów przesyconych żalem i poczuciem obcości. Podążając za wzrokiem Rory, spojrzała na pomnik, któremu nigdy wcześniej nie poświęciła więcej uwagi niż teraz. Żyła szybko, bez wytchnienia, nie znając pojęcia postoju. Gnała od pasjonujących polowań na istoty paranormalne, przez przypływy adrenaliny podczas podziemnych walk na arenie, aż po podróże ku innym rzeczywistościom, tym odnalezionym wśród stronnic książkowych.
Nieprzyjemne zimno przerażenia rozlało się po jej ciele, gdy do świadomości Faith dotarło imię i nazwisko.
Frida Evans.
Źrenice rozszerzyły się, serce zaczęło bić coraz szybciej, a w piersi narastał ciężki do zniesienia niepokój. Pieczenie pękającej skóry na zakrytych dłoniach zwiastowało wybuch mocy, z trudem powstrzymanej przez działanie run. Faith wciągnęła głęboko powietrze, skupiając się wyłącznie na walce z samą sobą, choć kolejne słowa Rory tylko pogłębiały jej rozedrganie, spychając ją ku ciemności.
Nagle w jej umyśle zaczęły przemykać skrawki nieznanych dotąd wspomnień, a głowę przeszył ognisty ból migreny.
Ciemnowłosa dziewczyna, podobna do Rory, ślęcząca nad archiwalną dokumentacją Azylu. Bar Bruderschaft i ona, wylewająca kufel piwa, brudząc stolik oraz siebie. Zdjęcia całej rodziny. Brudne od zielonej mazi buty, stąpające po podziemiach. Ogień — jej ogień — pochłaniający cały obraz, przez który przebija się tylko jedna twarz. Twarz ciotki Rory.
Głowa, niczym balon przepełniony helem, pulsowała od nadmiaru skrawków zapomnianej części życia. Była świadoma swojej patologii, dawno już zaakceptowała luki w pamięci, jednak to odkrycie zaskoczyło ją całkowicie. Nie zauważyła ich wcześniej. Pobyt w Azylu zdawał się nienaruszony, podczas gdy w przeszłości podobne ubytki zawsze dawały się wyczuć. Tutaj — w miejscu przepełnionym istotami o mocach, o jakich nawet jej się nie śniło — ktoś mógł majstrować przy jej umyśle.
— Chyba ją znałam. — wyrzuciła z siebie bez słowa wyjaśnienia wcześniejszego zachowania. Dyskretnie rozejrzała się dokoła, szukając wzrokiem przedstawicieli Rady lub funkcjonariuszy, których obecność w tej chwili byłaby wyjątkowo niepożądana.
— Nie pamiętam… coś jest nie tak — dodała, kręcąc głową z bezsilnością. Próbowała przedrzeć się przez wewnętrzny mur, który blokował dostęp do wspomnień. Bezskutecznie.
— Chodźmy stąd. To nie miejsce na taką rozmowę — powiedziała po chwili, chwytając Rory za nadgarstek w geście popędzenia. Musiała przekopać swój dom by znaleźć choćby najmniejszą poszlakę.
Pośród nieskończonych niewiadomych wiedziała jedno: coś naprawdę okropnego musiało się tutaj wydarzyć.
Faith Smith
Jej słowa były naprawdę interesujące, bo był święcie przekonany, że pewnego razu wykazał się wręcz wzorowym dżentelmeństwem, kiedy zamiast zaspokoić własną, demoniczną naturę, postanowił oddać jej wolność i zapomnieć, że ktoś taki, jak ona, w ogóle istnieje. Fakt, że nie zrobił tego tak zupełnie za darmo, bo w tym świecie energie muszą się równoważyć, ale cała ich transakcja była wymianą obopólnych korzyści. Ona zyskała dodatkowych pięć lat życia na wolności, a on pozbył się uroku, który nie pozwalał mu działać w pełni zgodnie z własną naturą, bo wymuszał kompromisy, które rozmywały granicę między tym, kim był, a tym, kim kazano mu być. Porządek był oczywiście zachowany, ale kosztem jego autonomii i to wyjątkowo go mierziło. Aurora miała na to odpowiedni sposób, więc zrobiła, co trzeba, a potem rozeszli się w swoje strony zupełnie tak, jakby ich spotkanie nigdy nie miało miejsca w tym wymiarze. I co jak co, ale ono chyba nie było wcale niemiłe, poza tym oboje bardzo się wtedy postarali, żeby każdy wyszedł z niego zadowolony.
OdpowiedzUsuńA teraz musiał przyznać, że chyba naprawdę zaczynał ją lubić. Miała w sobie coś – zapewne ten niezaprzeczalnie czarujący urok – co sprawiało, że nabierał ochoty na dłuższą pogawędkę. I nie chodziło o jej niewzruszoną postawę, ani o fakt, że najwyraźniej nie miała najmniejszego problemu z rozmawianiem z każdym jak z równym sobie, tylko może o niewinną bezpośredniość, jeśli tak można określić to, że potrafiła patrzeć mu w oczy i mówić dokładnie to, co myślała, bez żadnej kalkulacji. I na dodatek nawet się uśmiechała, co prawda po swojemu, ale jednak. W zasadzie to nawet szkoda, że interwencja dotyczyła dwóch pijaczków, a nie krnąbrnej barmanki, bo chętnie urządziłby jej jakieś osobiste przesłuchanie.
— Cieszę się, że w ogóle bierzesz randkę pod uwagę — zauważył, uśmiechając się z pewnością kogoś, kto już dawno uznał sprawę za przesądzoną, choć ta może nawet jeszcze nie zaistniała i może nigdy nie zaistnieje. — Ja się postaram, a ty się zgodzisz — założył zupełnie tak, jakby brak zgody był teraz jedynie drobną niedogodnością, a nie realną możliwością, którą należało brać pod uwagę nie tylko teraz, ale i w każdym momencie bliższej i dalszej przyszłości.
Obserwując ją, lekko przechylił głowę i uśmiechnął się tym jednym, krótkim uśmiechem, który pojawiał się tylko wtedy, gdy był z siebie wyraźnie zadowolony. To raczej jasne jak słońce, że nie poszłaby z nim na randkę nawet, gdyby był milutki jak aniołek z pocztówki, ale nie zaszkodzi trochę pożonglować słówkami. Abstrahując już od tego, że teraz nie miał na to ani grama czasu.
— Sprzedajesz tu towar na zeszyt? — Uniósł chwilowo brew, zaskoczony takimi praktykami, bo raczej nie były one zgodne z ogólnie przyjętymi zasadami tego miejsca, ale na to pytanie wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Nie masz pieniążków, to nie pijesz – sprawa niby oczywista, choć wciąż nie wyklucza opcji, że Hans może być świadomy tego procederu i faktu, że w jego barze da się jednak umoczyć pysk z pieniążkami i bez pieniążków. W każdym razie, Aurora zaczynała mówić więcej i to mu się podobało. Ściągnął więc ramiona z blatu i ruszył wzdłuż lady, prosto do przejścia dla obsługi, bo drewniany mebel między nimi zaczął mu trochę przeszkadzać.
— Za mało się starasz i jesteś niemiła. To całkiem sensowny powód i na dodatek trzyma się faktów — stwierdził, powtarzając jej słowa i śmiało przeszedł za bar. Tym razem, mając pełną swobodę, zlustrował jej sylwetkę w całości, a przez jego twarz przebiegł cień satysfakcji z tego widoku. Zatrzymał się tuż obok i stanął przy blacie, tak jak poprzednio, z rozłożonymi na nim ramionami, a bokiem do Aurory. Splótł tylko dłonie, gdy jego spojrzenie przebiegało po sylwetkach panów, by finalnie zatrzymać się na tym z czapką z daszkiem na głowie. Stąd widok na całą salę był dużo lepszy.
Usuń— Nie wiem, czego nie sprzedałaś temu w czapce z daszkiem, ale podobno odmówiłaś mu kolejki, rozcieńczyłaś drinka i nazwałaś to standardem lokalu, a pewnego razu, gdy złapał cię na tym, jak sprzedawałaś po cichu jakieś świństwo spod lady, ty kazałaś mu wyjść, bo uznałaś, że jest już w stanie, w którym nie powinno się go obsługiwać — wymienił i przeniósł spojrzenie na Aurorę. — Jesteś tu miesiąc, a już masz swoją teczkę na komisariacie — podsumował z nutą rozbawienia, przyglądając się jej z tej niedużej odległości, w której stali.
Zayden Ward
[Dziękuję, bardzo się cieszę, że Tove sprawia pozytywne wrażenie! :) Rory to silna kobieta, która naprawdę wiele musiała w swoim życiu znieść, ale według mnie te doświadczenia czynią ją potężną. Ciekawa postać ze spójną historią. :) Gdyby potrzebowała przyjaciółki lub wsparcia to służymy pomocą. :)]
OdpowiedzUsuńTove
Nie liczyła się już jej duma, ani wampir, który prowokował i kpił, popychając ją do tego, co się właśnie działo. Alkohol złowił w odmętach Noor inne myśli, pochowane głebiej wspomnienia i podburzył ją do kolejnych, śmielszych kroków. Nie chodziło o zabawę z klientelą baru, bo oni nie mieli dla niej żadnego znaczenia. Po prostu szumiało jej już przyjemnie w głowie i poluzowała te ciasne kajdany, które sama sobie narzuciła, by kontrolować gest, mimikę i wyraz oczu.
OdpowiedzUsuńNie była tą, która szuka uwagi, ale zawsze była tą, która ją łowiła. Nie chodziło tylko o urodę, ale czar, który wraz z chaosem mieszał się z krwią w jej żyłach, który osiadł w jej oczach rażącą siarką, który wodził na pokuszenie i mamił, wróżąc zmysłom pomieszanie. Nosiła się prosto i raczej skromnie, nie malowała, nie dobierała biżuterii, nauczona przez lata, że im mniej ją widać, tym innym mniej szkodzi. Było to bardzo trudne nawet dla półdemona, ale ostatecznie Noor wybrała pozostanie na krawędzi i balansowanie między mrokiem i magią, która uprawiała matka. I męczyła się z samą sobą przez to codziennie, nie zmieniając zdania.
Może to właśnie ta uwaga, jaką otrzymała od podpitych już panów, sprawiła, że poczuła się dość atrakcyjna, aby jeszcze bardziej zaszaleć. Bo świadomość swoich atutów wcale nie współgrała z tym, co o sobie myślała. Miała piękne ciało i jeszcze śliczniejsze oczy, które łowiły jak syreni śpiew każdego, kto się w nich gubił, ale to nic o niej nie mówiło. Zupełnie nic.
Jednym zgrabnych ruchem podparła się o ladę, weszła kolanami na wysoki stołek, a w kilku kolejnych ruchach, poradziła sobie i udało jej się stanąć na barze. Uniosła dłoń, aby dotknąć sufitu obok małego klosza i szary, luźny sweter uniósł sie, pokazując szczupłą talię spod ubranej jeszcze koszulki. Noor odchyliła głowę w tył, prezentując smukłą, delikatną szyję, gdy kosmyki opadły jej kaskadą na plecy i kołysała biodrami dalej śpiewając. Bawiła się zajebiście i w ogóle nie przejmowała już niczym. Tyle, że może za bardzo dała się ponieść tej chwili i temu dobremu uczuciu, bo gdy znowu zakołysała się w rytm refrenu, a piosenka dobiegała końca, poczuła jak ktoś wielką, silną łapą chwyta ją pod kolanem i próbuje do siebie ściągnąć.
Nie zareagowała jeszcze, nie wróciła do tego co jest tu i teraz, do tego, że musi uważać. Spojrzała na faceta, który miał z dobre dwa metry wzrostu i posłała mu tak słodki uśmiech, aż facet się zaślinił i rozluźnił uścisk, kołysząc w miejscu jak uderzony piorunem. Kolejny obrót, którego nie powinna już robić i kolejny uśmiech, który nie miał prawa w takim stanie wypłynąć na jej usta i śpiewała dalej. Chyba sama tego potrzebowała, rozluźnienia, może zapomnienia o tym, że musi uważać. Była w końcu w azylu, tutaj było bezpiecznie.
Noor
Zacisnął wargi, kiedy Rory zadała mu to jedno pytanie. Przesunął dłonie, tę z głowy niżej, na szyję i tę z piersi wyżej, by dołożyć ją do drugiej i spleść ze sobą palce na karku. Przez to trochę przygiął tułów, jego plecy się zaokrągliły, a głowa odchyliła.
OdpowiedzUsuń— Nie — powiedział cicho, ale zaraz się poprawił. — Nie wiem.
Przecież jeszcze przed pięcioma minutami Rory także nie żyła. Aurora Nielsen była martwa, tak samo jak martwi byli wszyscy członkowie sabatu i klanu Ackermannów, bo nawet jeśli byli nieobecni w miejscu zbiorowej masakry, to zostali wytropieni. Leviego i Thatchera tropili także, ale pierwszy dopadł ich Ściągający, znajdując ich kilka dni po rzezi w Coventry. W przeciągu kilku kolejnych dób trafili do Azylu i zostali w nim na długich jedenaście lat, święcie przekonani o tym, że nie przeżył nikt.
Choć wyglądało na to, że żaden z nich nie miał całkowitej pewności, a stojąca przed kotołakiem czarownica była na to żywym i dotkliwym dowodem. Levi zaufał ojcu. Uwierzył w to padające z jego ust nikt, coraz cichsze i coraz bardziej zajęte z każdym jego powrotem do Azylu, bo kiedy Thatcher wychodził, załatwiał więcej spraw niż te, które wynikały stricte z obowiązków należących do Łącznika, a kiedy został nim Levi, nie szukał i nie sprawdzał. Omijał Coventry szerokim łukiem, nie chcąc grzebać w przeszłości i w tym, co dawno zostało pogrzebane.
— Co to ma być? — Jeden ze zniecierpliwionych klientów trzasnął dłonią o kontuar. — Ile mam jeszcze czekać?
— Właśnie! — Dołączył się drugi. — Weź się do roboty, dziewucho!
— Hej… — Levi rozplótł palce, opuścił ręce wzdłuż ciała i ruszył ku temu, który odezwał się ostatni. — Uważaj na język, kolego…
— Bo co?
— Bo możesz go bardzo szybko stracić.
Levi ucapił mężczyznę za ramię, przytrzymał i bezceremonialnie wepchnął mu dłoń do niewyparzonej gęby, łapiąc go za wspomniany język po to tylko, żeby pokazać mu, że potrafił to zrobić. Cofnął dłoń, nim tamten zacisnął szczękę i to nawet nie tak, że zdążył, bo kiedy zęby tamtego kłapnęły o siebie, Levi przebierał palcami na wysokości jego wzroku, sugerując, że mogli się tak bawić jeszcze długo.
Jakkolwiek klienci byli nieuprzejmi, mieli rację. Aurora była w pracy, a Hans nie byłby zadowolony, gdyby zobaczył, co takiego się tutaj wyprawia. To nie był czas ani miejsce na rozmowę, którą Levi i Rory musieli przeprowadzić.
Młody Ackermann puścił niezadowolonego mężczyznę, nie będąc przy tym przejętym tym, że mógł zadrzeć z istotą, która być może za pomocą pstryknięcia palców mogła skręcić mu kark i znalazł się z powrotem za barem w ten sam sposób, co za nim. Popatrzył na Rory, mimo wszystko wciąż z lekkim niedowierzaniem widocznym w jego jasnych oczach.
— O której kończysz? — spytał. — Przyjdę po ciebie.
Nastroje w barze uspokoiły się. Co prawda klienci, a szczególnie ta dwójka mężczyzn, łypali nieprzychylnie na Leviego i tę dziewuchę, ale fakt, że kotołak znalazł się po tej stronie kontuaru, po której powinien, wyraźnie ich zadowolił. Był to jasny sygnał, że niedługo zostają obsłużeni i ich szklanki oraz kufle będą pełne.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Nie miał w domu lustra, żeby się do niego puszyć, ale wszystko to, co mógłby dostrzec w nim, dostrzegał teraz w jej spojrzeniu, więc chyba go nie potrzebował. Gdyby nie chciała kontaktu, to przecież nie otwierałaby ust, żeby ciągnąć wymianę zdań i doprowadzać się nią na skraj irytacji. Podobno złość urodzie szkodzi, a on wyczuwał, jak narastała w niej od samego początku, bo emanowała nią odkąd wszedł. Nie spodziewał się tylko, że wybuchnie tak szybko, albo że wybuchnie w ogóle, bo nadal nie zrobił niczego więcej ponadto, jak zachowywał się na co dzień. Ale to nie była rzadkość, że wzbudzał w innych instynkt samoobronny, bo jego obecność potrafiła zasiewać niepokój ukradkiem, choć tak na dobrą sprawę, to był teraz miły. Naprawdę. W porównaniu do niej przemiły wręcz w chuj. Dlatego wcale sobie z niej nie kpił, a po prostu stwierdzał fakt na podstawie tego, co widział i co słyszał, gdy ona próbowała kąsać go każdą wypowiedzią, a on sam przyjmował te drobne ukłucia bez większego wysiłku. W końcu to tylko słowa zabarwione odpowiednim tonem, które nie mają w sobie realnej siły, żeby jakkolwiek go dotknąć. Mogły drażnić, mogły być celne, ale w gruncie rzeczy były tylko dźwiękiem, który zaraz rozpłynie się w powietrzu i nic z niego nie zostanie.
OdpowiedzUsuńDlatego to, co go poruszyło, to nie bluzgi, którymi go częstowała – swoją drogą dość odważnie, jak na nowego pionka w tej azylowej grze – tylko bojowość, która nagle stała się w niej wyraźna, jakby to, że zmienił miejsce, sprawiło, że ona poczuła się osaczona i zapędzona w kozi róg. Przecież nie przyszedł tutaj po nią, skąd więc wziął się ten obronny instynkt? Może miała pod tą ladą coś, czego mieć nigdy nie powinna? Bo jeśli doprowadzały ją do szału zaledwie słowne potyczki i donosy miejscowych moczymord, to słabo widział jej pobyt w tym miejscu. Runy ograniczały działanie mocy, ale nie ograniczały złośliwości i skłonności do knucia za plecami, a może w niektórych przypadkach nawet je wzmacniały, bo szły w parze z powszechną w azylu irytacją. Nie byli w raju, och nie. Byli w pierdolonej klatce, pełnej brudnych gierek, w które mieszkańcy grają tu na co dzień. I Aurora chyba powinna zacząć się już przyzwyczajać.
I znać swoje miejsce w szeregu, bo teraz układ korzyści znacząco się zmienił, a to, co było pięć lat temu na zewnątrz, zostało właśnie tam i nie miało znaczenia tutaj. Jeśli jest tak bystra, za jaką się uważa, powinna wiedzieć, komu nie podpadać już na starcie, a tak się składa, że celowała teraz w nieodpowiednią osobę. Celowała w kogoś, kto dla zasady może gnębić ją do usranej śmierci, choćby miał się spalić przez to od środka. W kogoś, kto poza ludzkim opakowaniem nie miał w sobie nawet grama człowieczeństwa ani poszanowania dla życia w takim sensie, w jakim żyła chociażby Aurora – wciąż będąc człowiekiem, tym kruchym, nic nieznaczącym dla niego bytem, którego duszami i umysłami on z przyjemnością handlował kilkaset lat wcześniej.
Jej podniesiony ton nie pozostał bez odbioru, bo ściągnęła nim uwagę całej klienteli, która zastygła przy stolikach ze spojrzeniami skierowanymi w ich stronę. Atmosfera na widowni wyraźnie się napięła, szczególnie, gdy Zayden oderwał ramiona od blatu, odwrócił się w stronę Aurory i niespodziewanie ruszył prosto na nią. To były dwa kroki, może trzy, ale ten ruch był tak gwałtowny i twardy, że przez ułamek sekundy można było zacząć sobie losować, co się stanie, a i tak wszyscy stawiali na najgorsze.
A on skrócił dzielący ich dystans i złapał ją mocno za ramię, kawałek pod barkiem, i przyciągnął, w ten sposób dając jej do zrozumienia, że jej przestrzeń gówno dla niego znaczy, gdy on wykonuje swoje obowiązki. Był tu przecież jako funkcjonariusz, zbierał wywiad, a ona kazała mu wypierdalać. Jeśli myślała, że jest bezkarna, bo potrafiła czarować, to była w dużym błędzie. Tutaj obowiązują zasady, a jemu będzie wszystko jedno, co się z nią stanie, gdy któreś złamie. Co więcej, chętnie doprowadzi ją pod gilotynę kata, jeśli kiedyś odjebie na tyle bardzo, by właśnie tam położyć jej głowę.
Usuń— Stonuj, Nielsen — ostrzegł ją grzecznie, nieco mocniej zaciskając palce na jej skórze i patrząc na nią z góry. Jego oczy były tak czarne, że zlewały się ze źrenicami i były puste, pozbawione jakichkolwiek emocji, o miłosierdziu już nawet nie wspominając. — Stonuj — powtórzył i to był ostatni raz, gdy to zrobił. W jego głosie nie było furii ani wściekłości, jedynie chłodna, wyraźna groźba i ostrzeżenie, wypowiedziane ze spokojem, bo on nie musiał krzyczeć, żeby robić show. — Bo gwarantuję ci, że będziesz błagać, żeby wydostać się z tego koszmaru — zapewnił, puszczając ją bez skruchy. Jego palce rozwarły się nagle i cofnęły bez wahania, a on sam odsunął się o krok. — Te ochlejmordy na razie są bardziej wiarygodne niż ty. Zacznij się starać, to kiedyś im dorównasz. Może — podsumował na do widzenia i ruszył do przejścia na salę. Obrzucił jeszcze spojrzeniem klientelę, bo kilka osób podniosło się z krzeseł, cholera wie, czy w gotowości do działania, czy po to, żeby lepiej widzieć, co dzieje się za barowym kontuarem.
Zayden Ward 😘
[Jasne, nie ma sprawy <3 Będziemy czekać!]
OdpowiedzUsuńAnastasius von Weiss
[Henlo!
OdpowiedzUsuńU mnie co prawda pomysł na postać pojawił się dość spontanicznie, ale rzeczywiście w okolicy gimnazjum miałam fazę na książki typu "Szeptem", "Dary anioła" etc., więc może coś jest na rzeczy!
Chwilowo nie mam pomysłu na wątek z Rory, ale skoro masz już urodzaj, to możemy umówić się tak, że w przyszłości jak zakończysz którąś fabułę i zwolni Ci się miejsce, to wtedy się zgadamy. Co Ty na to? :>]
Belial
Nie sięgała często po to, co potrafiła wyrządzić - ani przed przybyciem do azylu, ani teraz. Przez kilka przypadkowych sytuacji i w kilku gdy gniew wziął nad nią góre, przekonała się, co potrafi, choć nikt nigdy nie wyjaśnił jej, jak to działa, gdzie są granice i skąd to wszystko w sobie ma. Mając rodzinę była samotna, ale nigdy jej to nie bolało. Umiała się odgrodzić od wszystkich i wszystkiego już jako dziecko, uodporniła się.
OdpowiedzUsuńSzumiało jej już dość wyraźnie w głowie, krawędzie rzeczywistości rozmywały się i miękko oplatały jej zmysły, rozmywając kształy, linie światła, a nawet dźwięki zapachy baru. Pijana była, choć nadal nie przesadziła jak wampir, który leżał nieprzytomny, dogorywając na blacie stolika, od którego zaczęli wychylać kolejne kieliszki tequili. Noor chyba tego potrzebowała, złamania swojej porządnej obronnej fasady, tej idealnie wystudiowanej spokojnej maski, tej perfekcyjnej samokontroli, pod którą wszystko bulgotało jak wrząca lawa. Zapomniała się i świetnie się bawiła, coraz śmielej kręcąc biodrami i wirując na wysokiej barowej ladzie.
Gdy zabrakło muzyki, stanęła z mikrofonem wciąż przy ustach, śledząc spojrzeniem po sali winnego. Obróciła sie na Rory i zmarszczyła drobny, słodki nosek obsiany kruchymi piegami. Niezadowolona i wyraźnie urażona spojrzała na tamtą z mieszanką zaskoczenia, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. I że barmanka ma rację. gdyby Noor się zapomniała, nie byłoby tu żadnego striptizu, ale na pewno pojawiliby się funkcjonariusze i kłopoty miałyby obie.
Wsunęła mikrofon w tylną kieszeń jeansów, aby nie rzucić sprzętem i nie wywołać żadnej afery i powoli schowała się za barową ladę, a jej zgrabny tyłek zniknął z widoku pijaczków. Łatwiej było zejść w tę drugą stronę, niż przez wysoki stołek, bo ten zapewne zachybotałby się i runął z dziewczyną na twardy gres posadzki. Noor nie lubiła bólu i nie miała zamiaru się obijać. Atmosfera w lokalu natychmiast się ochłodziła, a spojrzenie Dubois zatrzymało się w Rory, jakby oczekując od niej, by wyjaśniła swoje postępowanie. Nonszalancko oparła dłoń na krawędzi lady i uśmiechnęła się, troszkę przepraszająco, ale troszkę tak, jakby chciała ją do czegoś podjudzić.
- Nie połamałabym nóg, wiesz o tym - zauważyła znów spokojnie, a głos nawet jej nie drgnął, miły dla ucha, melodyjny. Do syren i sukkubów było jej zdecydowanie bardzo daleko, ale umiała korzystać z tego, co ma. - Nie chciałam żadnych kłopotów - dodała jeszcze, tak aby załagodzić jakiekolwiek awantury i uniknąć zarzutów. - Sama wybrałaś piosenkę. To po prostu bardzo dobry utwór - dodała z niewinnym uśmiechem i wyjęła z kieszeni na tyłku mikrofon, wyciągając go nastepnie w stronę Rory w ramach potulnego poddania.
Nie do końca rozumiała, czemu barmanka tak nagle wszystko przerwała, ale nie mogła mieć jej tego za złe. Kłopoty w barze, byłyby na jej głowie, nawet jeśli Noor w jakimś stopniu uważała, że panowała nad sytuacją. Nie szukała wrogów, ani zatargów, choć zdecydowanie bawiła się wyśmienicie i ta jedna kilkuminutowa chwilka zapomnienia, bardzo przypadła jej do gustu.
Noor
[Właśnie dlatego Dorian w barze pracować by nie mógł: nie ma siły woli Rory i z pewnością zostałby wyrzucony na zbity pysk za próbę znieczulania się na głupotę klientów sprzedawanym tam alkoholem. Jednak zamknięte butelki nie mają tego samego efektu. Cieszę się, że Dorian dał radę wzbudzić zainteresowanie, choć szczerze wątpiłam, że to możliwe, bo biednie mi ta karta wyszła strasznie. A poza tym, myślę że to musi być niesamowicie ciężkie - być częścią sabatu, by ten zaraz został odebrany.]
OdpowiedzUsuńDorian
[Jasne, nie ma problemu :D Na razie nigdzie się nie wybieram, także wiesz, gdzie szukać w razie co :D]
OdpowiedzUsuńÉlara Durant
Trafiła do miejsca, w którym zasady sprzyjały tym, którzy im nie przeszkadzali, więc jeżeli chciała tu przetrwać, powinna nauczyć się je rozumieć i poruszać się wśród nich tak, żeby nie zwracać na siebie zbyt wiele uwagi. Ten świat nagradzał tych, którzy potrafili się do niego dopasować, a na ten moment Aurora, demonstrując swoje nerwy na cały lokal, zrobiła dosłownie wszystko, żeby na tym świeczniku cały czas być. Nie było żadnych pozytywnych skutków tego przedstawienia, poza tym, że wszyscy zapamiętają jej twarz, jej emocje i moment słabości, który w takim miejscu zawsze prędzej czy później obraca się przeciwko temu, kto go okazał. To był jednak jej wybór, czy zdecyduje się nauczyć ostrożności i myślenia po azylowemu, czy dalej będzie iść tą samą drogą, pozwalając, żeby emocje prowadziły ją prosto w kłopoty. W zasadzie, jeśli dążyła akurat do tego, żeby ze sobą skończyć, to wtedy im więcej kłopotów, tym lepiej, ale tutaj nic nie gwarantowało lekkiej śmierci.
OdpowiedzUsuńWszyscy byli tutaj pionkami w rękach Rady, ale nie wszyscy mogli być o krok przed nimi. Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. On wyciągał ze swojej funkcji i uprawnień wiele dobrego, a czasami nawet sprzedawał to dobro innym, oczywiście wyłącznie tym, których uznawał za wartych takiego poświęcenia. W azylu wszystko działało na zasadzie wymiany, jeśli nie informacji, to przysług, albo milczenia, a czasami nawet obecności w odpowiednim miejscu i czasie. Ktoś dostawał od niego ochronę, wskazówkę albo przymknięte oko, a on w zamian zyskiwał kogoś, kto wiedział więcej, widział więcej i w razie potrzeby mógł okazać się przydatny. Ale byli też tacy, którzy nie mogli tu przez niego spokojnie żyć, bo z prześladowaniem tych, którzy zaszli mu za skórę, nie miał najmniejszego problemu. Sumienie nie może go gryźć, bo w nim nie istnieje. Dla jednych był więc osłoną, dla innych ciężarem, którego nie potrafili zrzucić. Aurora była na samym początku tej drogi, jeszcze nieświadoma, jak szybko to miejsce uczy, że przetrwanie nie zależy od siły, tylko od tego, komu i kiedy pozwoli się patrzeć sobie na ręce. Jeśli będzie tak otwarcie demonstrować swoją nielojalność wobec Rady, to raczej zbyt daleko na tym wózku nie zajedzie.
Przesłuchanie pijanych awanturników nie trwało długo. Na komisariacie często wszyscy jakoś tak sami pokornieli, więc i tym razem wystarczyło kilka pytań i przeciągniętych spojrzeń, żeby z ich głosów zniknęła pewność siebie, a na jej miejsce weszło nerwowe tłumaczenie. Alkohol przestawał działać szybciej, niż by chcieli, a wraz z nim ulatywała odwaga, która jeszcze chwilę temu kazała im podnosić głosy i rzucać się sobie do gardeł. Nie byli groźni. Byli głośni i głupi, jak większość tych, którzy po kilku głębszych zaczynali wierzyć, że zasady ich nie dotyczą. Kiedy napięcie opadło, zostali z własnym wstydem i świadomością, że tym razem skończyło się na pouczeniu, i że następnym razem może być nieporównywalnie gorzej. Nudy. To naprawdę nie było nic, co wymagałoby większego zaangażowania. Kolejna śmieszna awantura, kolejne głośne słowa, które traciły znaczenie, gdy tylko przekraczało się próg komisariatu. Jeżeli miało to jakąś wartość, to jedynie wartość straconego czasu, bo mógłby poświęcić go czemuś bardziej istotnemu, ale taka jest jego rola. Babrać się w nudnym gównie, a od czasu do czasu zrobić sobie dobrze i wsadzić jakiegoś gnojka do aresztu.
Za oknem była już szczera noc, gdy kończył dzisiejsze obowiązki i zerknął w nie, wsuwając na ramiona puchową kurtkę. Mieszkał rzut beretem od komisariatu i może nie zdążyłby nawet dobrze poczuć tego chłodu na zewnątrz, ale mimo to włożył na dłonie dziergane rękawiczki, bo ostatnio też tak myślał i prawie odmroził sobie paluchy.
Fakt, że droga do mieszkania znacząco się wtedy przedłużyła, ale stało się, a on miał w zwyczaju uczyć się na błędach. Schował więc dłonie w ciepłym materiale i wyszedł na zewnątrz, krótko żegnając się z funkcjonariuszem na dyżurce.
UsuńJego spojrzenie od razu spoczęło na sylwetce, na którą padało światło jasnej latarni. Uniósł lekko brew zastanawiając się, czy ta Nielsen to jakaś maniaczka, czy to taki nowy rodzaj umawiania się na schadzki pod latarnią? Nie podejrzewał jej o jakiś drugi etat, bo prawdę mówiąc, o dorabianiu sobie ciałem jeszcze w tym miejscu nie słyszał, chociaż interesy Podziemnej Areny rozwijają się bardzo szybko i prosto pod wymagania klientów. Nie było go tam jakiś czas, więc wiele mogło się pozmieniać.
— Zmarzniesz, czarodziejko — rzucił tylko głośniej, nie zatrzymując się, gdy zszedł po kilku stopniach. Nie było w tym ani ironii ani troski, tylko zwykłe stwierdzenie faktu, zważywszy na ziąb, który od jakiegoś czasu wcale nie opuszcza tego miejsca. Oczywiście, poza tym, że nazwał ją czarodziejką, choć to nie powinno być dla niej wcale obraźliwe, ale też niekoniecznie mogło odpowiadać rzeczywistości. Czarodziejki są podobno szlachetne i miłe, a Aurora mogłaby stać na czele sabatu wiedźm niemiłuszek. Albo coś w ten deseń.
Zayden Ward
Levi nie tylko palce miał zręczne, o czym Aurora zdążyła przekonać się po części, bo nie zdążyli zbyt daleko zabrnąć w tej nastoletniej znajomości, którą oboje pogrzebali jedenaście lat temu. Pogrzebali siebie nawzajem, jedno przekonane o śmierci drugiego, a teraz mogli dowiedzieć się, jak bardzo mylne było to przekonanie. Ackermann nie miał już żadnych wątpliwości, za barem w Brudershaft’cie stała Nielsen, choć nie pojmował, jak było to możliwe. Oboje chcieli poznać odpowiedź na dokładnie to samo pytanie, które kobieta zdążyła zadać na głos – jak?
OdpowiedzUsuń— Będę przed drugą — powiedział więc w odpowiedzi na godzinę, którą mu podała i przesunął wzrokiem po jej sylwetce. Ociągał się chwilę, nim ruszył ku wyjściu, a powodem jego zwłoki była obawa, że kiedy wróci tutaj za kilka godzin, nie zastanie Rory i to bynajmniej nie dlatego, że ta zdecyduje się wyjść wcześniej, a dlatego, że spotkanie z nią okaże się wyjątkowo kiepskim żartem – może konsekwencją uroku rzuconego na niego przez piękną syrenę? Może to Sybil igrała z umysłem kotołaka, bo ten wlepił wzrok w dekolt barmanki, która wcale nie była Aurorą i której wisiorek, był zupełnie przypadkowym wisiorkiem? Może ten wieczór potoczył się zgoła inaczej, niż miało to miejsce w jego głowie? Levi nawet zbytnio by się tym nie zdziwił, w Azylu nie takie rzeczy były możliwe, acz bez wątpienia byłoby mu przykro, bo rozbudzoną nadzieję wcale nie tak łatwo było zdeptać.
Z tą myślą wyszedł z baru, nie obejrzawszy się za siebie. Poprawił kurtkę, zapinając ją ciaśniej pod szyją, bo podmuch wiatru wdarł się pod materiał, co w zetknięciu z mokrą od piwa koszulką spotęgowało odczuwane przez kotołaka zimno. Zrobiwszy kilka kroków, zatoczył się jak pijany, co nie było ani trochę dziwne, zważywszy na miejsce, z którego wyszedł, po czym potrząsnął głową, jakby ten ruch miał pomóc mu w poukładaniu kompletnie niepoukładanych myśli.
Znalazł się w swoim pokoju, nie pamiętając tego, jak pokonał drogę z baru do parterowego domu dzielonego z ojcem. Ocknął się, stojąc przy wąskim, dosuniętym pod okno łóżku. Na sobie wciąż miał kurtkę i buty, zaniechał zrzucenia odzienia wierzchniego w przedpokoju. Rozebrał się więc tu, gdzie stał. Kurtkę rzucił na łóżko, buty zostawił przy nim. Z szafy zgarnął czyste ciuchy, bo te po spotkaniu z Sybil cuchnęły piwem i poszedł do znajdującej się w końcu korytarza łazienki.
Thatcher był w swojej sypialni – Levi widział sączące się przez szparę między drzwiami, a nierówną podłogą światło. Czasem ojciec zagadywał go, kiedy Levi wracał do domu, czyniąc to bez względu na porę, jeśli akurat nie spał. Tym razem tego nie zrobił, za co młody Ackermann był mu wdzięczny. Zniknął w łazience, rozebrał się całkiem i wziął prysznic, tak gorący, by wygonić zakorzenione w kościach zimno, które pojawiło się tam nie tylko ze względu na panującą na dworze, minusową temperaturę.
Od momentu wyjścia z Brudershaft do wyjścia z domu Levi nie myślał wiele. Nie potrafił, nie chciał. Nie wiedział, co powinien myśleć. Jedynym, co pozostawało w jego głowie, to obraz Rory za barem, a im bliżej jednego z pierwszych tego typu lokali w Last Salvation był Ackermann, tym bardziej się bał, że ten obraz był urojeniem. Nie chciał drugi raz przeżywać tego, co przeżył jedenaście lat temu. Nie chciał uciekać, dosłownie nie mogąc przy tym obejrzeć się za siebie i nie chciał przyznawać, że ta ucieczka nigdy się nie skończyła – że uciekał każdego kolejnego dnia, przed wspomnieniami i przed tym, co kiedyś stanowiło fundament jego tożsamości.
Przystanął przed barem, podniósł wzrok na zawieszony nad wejściem szyld. Nie wiedział, czy powinien wejść do środka, czy poczekać na zewnątrz. Z tego, co było mu wiadomo, przez te wszystkie lata działalności lokalu Hans nie dorobił się osobnego wejścia dla personelu, a przynajmniej Levi o żadnym nie wiedział, bo nawet te większe dostawy, które realizował z pozostałymi Łącznikami, ładowali do środka przez te same drzwi, przez które wchodzili, a potem wytaczali się klienci.
Po kilku minutach zdecydował się wejść, nie uczynił tego jednak tak pewnie, jak kiedy był tu z Sybil. Pchnął drzwi i wszedł w głąb tylko te dwa kroki wystarczające do tego, aby ciężkie skrzydło domknęło się swobodnie, nie zahaczywszy przy tym o jego sylwetkę. Rozejrzał się, omiatając wzrokiem pustoszejącą przestrzeń, jakby próbował znaleźć Rory wszędzie, tylko nie za barem. W końcu, kiedy nie zostało mu żadne inne miejsce do obejrzenia, popatrzył tam, w stronę kontuaru.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Zacząć należałoby od tego, czy on był tutaj po to, żeby komuś pomagać? Teoretycznie tak, bo sprawował taką a nie inną funkcję, więc miał dbać o porządek wszelaki i pilnować, żeby ci bardziej krnąbrni mieszkańcy nie próbowali obalać zasad i nie niszczyli otoczenia jak rozwydrzeni nastolatkowie w okresie buntu. W praktyce jednak z tym pomaganiem nie było mu zbytnio po drodze, bo jego działania centralizowały się głównie na ukrócaniu niecnych zamiarów tych, którzy bawili się w bogów, albo ślepo wierzyli, że są w stanie cokolwiek zrobić z porządkiem, który im tutaj narzucono. Nie mogli. Większość z nich nie miała nawet szans spojrzeć na Członka Rady, a co dopiero zrobić komuś takiemu realną krzywdę. Jedynym sensownym sposobem istnienia w tym miejscu, było korzystanie z tych zasad mądrze, a nie działanie na przekór, jakby to rzeczywiście mogło cokolwiek zmienić. Nie mogło. I dobrze było to zrozumieć, bo w pojedynkę ciężko jest przeciwstawić się systemowi, a w miejscu, w którym każdy dla każdego jest wilkiem, nie ma również co liczyć na tłum. On oczywiście mógł jej pomóc. I nie musiała wcale się zwierzać, nie musiała opowiadać mu swojej historii, żeby się nad nią pochylił, bo nie oczekiwał takiego rodzaju zaufania. Jedyne czego oczekiwał, to lojalności – korzyść za korzyść, milczenie za milczenie. Ale żeby w ogóle doszło do takiej transakcji, Aurora musiała najpierw wsadzić swoją dumę w kieszeń i przebić się przez niechęć, którą do niego żywiła, a potem wyciągnąć po tę pomoc dłoń. Cokolwiek sobie o nim dziś myślała czy mówiła, on jej nie skreślił. Wciąż mogli grać do tej samej bramki, ale musieli ustalić pewne zasady i się ich trzymać, bo nie zamierzał nadstawiać za nią karku, jeśli w pewnym momencie emocje przejmą nad nią kontrolę i w efekcie tego coś odjebie. To nie musiała być przyjaźń, wystarczy życie w symbiozie, gdzie bilans zysków i strat jest równy dla każdego.
OdpowiedzUsuńZatrzymał się, gdy zrównała z nim krok i obrzucił ją zainteresowanym spojrzeniem, może nie doszukując się w jej obecności podstępu, ale oceniając potencjalne ryzyko, które wynikało z podejmowania rozmowy. Ta pierwsza nie poszła im zbyt dobrze, a po co kusić los i generować niepotrzebne dramaty na środku ratuszowego placu. Coś w jej twarzy mówiło mu jednak, że nie przyszła tutaj kontynuować utarczki. W ogóle nie rozumiał, czemu stała na zewnątrz i marzła, ale może na coś czekała, a on pojawił się przy okazji, więc skorzystała z zaczepki. Nie przeszkadzało mu to, bo jeśli nie mają o czym rozmawiać, to ten moment zaraz to zweryfikuje.
— Muszę — zaznaczył, bo gdyby chodziło tylko o to jak może tu żyć, to sprawa byłaby prostsza. Bez względu na to, czy ktoś mógł czy nie mógł, wszyscy musieli i taki był fakt, chyba, że ktoś faktycznie był w stanie targnąć się na swoje życie, ale śmierci też nie przewidziano tu dla każdego. Wszyscy mieli ograniczone moce, a dla większości ludzkie ciało było tylko powłoką. A czy alternatywna śmierć z rąk Rady za srogie przewinienia była zbawienna? To też dość wątpliwa sprawa i na pewno jest w niej jakiś haczyk. Było zbyt pięknie, gdyby można było umrzeć sobie ot tak.
— Nie mamy wyjścia, ale mamy rozwiązania, które czynią ten pobyt trochę lżejszym — stwierdził krótko i przesunął spojrzenie po jej zmarzniętych policzkach, aż zatrzymał je w oczach, które zmieniały odcień zależnie od kąta patrzenia. — Najlepszym rozwiązaniem było tutaj nie przychodzić, ale to już zaprzepaściliśmy. Teraz pozostaje zaakceptować zasady tego miejsca i korzystać z każdej możliwości, która sprawi, że pobyt tu będzie łatwiejszy — powiedział. Chodziło mu po głowie stwierdzenie: nauczyć się naginać je tam, gdzie się da, ale uznał, że na razie wstrzyma się z tak bezpośrednimi stwierdzeniami.
Zayden Ward
W tym momencie bar był naprawdę piękny i przyjemny. Te mdłe światła lekko kolorowały cały świat poza nim, a przyciszona muzyka z głośników, trochę trzeszcząca i nieczysta przez stary sprzęt, pozwalał jej pozostać odprężoną. Uśmiechała się pogodnie i już nie było śladu po nadąsaniu, a na barmankę nie była wcale obrażona. Szybko jej minęło, ale chyba też w ogóle tej emocji nie złapała zbyt mocno.
OdpowiedzUsuńNoor uśmiechnęła się lekko, słysząc te słowa, choć jej spojrzenie pozostało pełne lekkości, gdy grzecznie obeszła barową ladę i z gracją zajęła miejsce przy barze na wysokim stołku, który idealnie pasował pod jej zgrabny tyłek. Jasne oczy błyszczały, jakby cały czas czuła te subtelne przeskoki napięcia i relaksu, którą tworzyła w jej krwi wypita tequilla. Podniosła rękę, jakby chciała coś zgłosić, ale zamiast tego tylko poprawiła kilka kosmyków, które podczas tańca opadły jej na czoło i łaskotały ją po rzęsach.
- Nie lubisz tych ważnych i groźnych, a może ich pytań? - rzuciła zaczepnie, nadal będąc w tym typowo podchmielonym nastroju, gotowa na droczenie się.
Noor jeśli już się zaczynała bawic, była urocza i niezłośliwa. Wiedziała też, kiedy przestać, aby nie nadepnąć komuś na odcisk, a zdecydowanie nie chciała popsuć wieczoru barmance jeszcze bardziej. Nie znała jej, ale wydawała się w porządku. Wydawała się być kimś, kto jest w azylu, aby po prostu przetrwać i nie wściubia nosy w nie swoje sprawy, a takie osoby Noor lubiła. Sama starała się taka byc, choć dzisiaj wyszła poza własne strefy komfortu.
W barze zapanowała spokojniejsza atmosfera, wszystko wydawało się wracać do normy i może jutro nikt nie będzie pamiętał o tym, że aptekarka wskoczyła na bar. Ona by się nie obraziła. Spojrzała przez ramie na wampira i skrzywiła się. Po pierwsze wyglądał paskudnie, po drugie czuła się kiepsko z powodu tej durnej gry...
- Chyba lepiej jest mieć dobre powody do picia, niż żadne albo głupie - podsumowała nie tylko tamtego dupka, ale i własne przyjście i sięgnięcie po tequille. - Nalejesz mi jeszcze? - spytała, gotowa zapłacić, ale też nie miała zamiaru się kłócić, jeśli Aurora zdecyduje, że już jej wystarczy. Może czasami trzeba było kogoś posłuchać.
Odetchnęła głeboko i położyła dłonie płąsko na ladzie, ale rzyjemny chłód wypolerowanej powierzchni tylko chwilę łaskotał jej szczupłe palce. Mimo wszystko, czuła, że to miejsce ma w sobie coś więcej niż tylko zwykłe trunki i rozrywki, była to przestrzeń, na której każdy niejako odpoczywał od swojej narzuconej w zamknięciu roli. Nie była tylko pewna, czy tutaj naprawdę można czasem zrezygnować z kontroli i pozwolić, by chwila sama się rozwinęła.... bo ci wpsomniani goście z pytaniami nie zapowiadali szczęśliwego zakończenia.
- A może napijesz się ze mną? - zaproponowała tym razem słodko, świadomie, obracając się nieco bokiem, aby wyciągnąć długie nogi i oprzeć je o poprzeczny pręt w sąsiednim stołku.
nowa koleżanka!
Nie było jej. Levi zacisnął palce na zamku kurtki, do którego zdążył sięgnąć, bo w barze było ciepło i chciał zdjąć wierzchnie odzienie, mimo strachu pchany przeświadczeniem, że Aurora będzie dokładnie tu, gdzie ją zostawił, wychodząc. Jakby miał wydarzyć się drugi cud – pierwszym było to, że spotkał ją dzisiaj, po jedenastu latach, żywą i ciepłą. Nie było jej. Aurora nie stała za kontuarem, nie było jej też na sali. Mogła być na zapleczu, o tym jednak Levi nie pomyślał, bo nim zdążył to zrobić, nabrał przekonania, że to była sprawka Sybil; że urażona syrena zabawiła się z nim, wyciągając z jego umysłu kogoś, kto kiedyś był mu drogi i sprawiając, by tego kogoś Levi zobaczył w przypadkowej barmance.
OdpowiedzUsuńPodciągnął suwak pod brodę, zamiast w dół i prawie odwrócił się na pięcie ku wyjściu, kiedy w przejściu na zaplecze zamajaczyła smukła sylwetka. Aurora wyszła z przyległego pomieszczenia, przystanęła za barem i podniosła głowę, a jej spojrzenie od razu zatrzymało się na nim. Levi drgnął, rozwarł szerzej oczy, a potem powiódł za spojrzeniem Rory i odprowadziwszy wzrokiem opuszczających lokal klientów, wrócił nim do kontuaru i stojącej za nim młodej kobiety.
— Jestem — powtórzył i chyba się otrząsnął, bo ruszył w stronę baru, chcąc pokonać tych kilka kroków, które go od niego dzieliły. W drodze rozpiął kurtkę, zdjął ją i rzucił na wysoki stołek obok tego, który sam zajął, siadając dokładnie na wprost Nielsen. Łokcie oparł o bar, zaczął bawić się własnymi dłońmi, lekko wykręcając palce i powoli podniósł wzrok na kobietę. Przesunął nim od jej twarzy, przez naszyjnik, do spoczywającej na jej ramieniu szmatki i to na niej się skupił, mierząc się z pustką, która zapanowała w jego głowie. Chciał zapytać ją o wszystko, ale każde pytanie, które mógłby zadać, wydawało mu się wyjątkowo głupie. Zwykle wygadany, zdaniem Thatchera aż za bardzo, teraz nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.
— To jak? — spytał wreszcie, łapiąc spojrzenie Rory. Nawiązywał do tego jak, które rzuciła na jego widok, przed paroma godzinami. Oboje się nad tym zastanawiali, oboje zachodzili w głowę, jak to było możliwe i któreś z nich musiało zacząć, a Levi nie czuł, aby to on powinien być pierwszy. Czuł się nieręcznie na myśl, że miałby powiedzieć, że kilka dni po masakrze jego i ojca zgarnął Ściągający, dzięki czemu trafili do względnie bezpiecznego azylu, podczas gdy Rory została tam. Musiała zostać tam, skoro przez te wszystkie lata nie było jej tutaj i oboje wiedzieli, że nie mogła mieć łatwego życia, podczas gdy Levi nie mógł narzekać. Miał dach nad głową, miał co jeść i już nikt go nie ścigał.
Opuścił wzrok, zatrzymał go na swoich dłoniach i poprawił się nieco na wysokim krześle. Nie przypominał tego młodego Ackermanna, którego wszyscy tutaj znali, który zawsze gdzieś szedł i coś robił, który mówił dużo, ale niekoniecznie na temat i który odmawiał przysługi tylko w wyjątkowych przypadkach. Prosto było takim być, kiedy było się Łącznikiem. Kiedy przyjęło się rolę, którą należało rozegrać w sposób gwarantujący skuteczność i kiedy zaczynało się poniekąd z czystą kartą. I nagle, kiedy miał przed sobą Rory, która znała go z dawnych lat, stało się to nie tylko wyjątkowo trudne, ale wręcz niemożliwe do realizacji.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Noor miała to do siebie, że nawet gdy nie chciała, a może szczególnie wtedy, zwracano na nią uwagę. Była zbyt ładna, zbyt smukła, jej palce były zbyt delikatne, a spojrzenie sięgało za głęboko. Nie korzystała z tego, bo właśnie to było dziedzictwem czarciej natury i sprowadzało obłęd, koszmary i zło, a ona świadomie kroczyła na granicy, pośrodku dwoistej natury, nie chcąc siać nieszczęścia. Chciała pozostać niewinna i schludna, grzeczna i skromna, chciała żyć spokojnie i cicho, choć miała też często nieodparta ochote na słowne gry i zaczepne, nieprowokujące gesty. Nic nie mogła poradzić na to, jaka się urodziła, ale zdecydowanie nigdy nie zapominała o tym, że nie jest niewidzialna. Nawet teraz czuła na swoich plecach spojrzenia, które ślizgały się po szczupłych ramionach i wplątywały się w kaskady pasm, które w półmroku lokalu traciły swój miedziany blask i był zwyczajne, brązowe. Była również świadoma tego, jak wpatruje się w nią Aurora, ale w niej nie wyczuwała zagrożenia, ani zawiści i skoro sama nie miała nic przeciwko niej, chyba nie musiała się pilnować. Pijana zresztą nie miała na to najmniejszej ochoty.
OdpowiedzUsuńJej jasne, zielone oczy spoczęły na drobnej twarzy dziewczyny za barem. Obserwowała jak lekko spina ramiona, wspominając o pytaniach, jak automatycznie w odruchu poleruje szkło kolejnej szklanki. Była podpita, jej zmysły przyjemnie rozmiękły a rzeczywistość teraz otulała ją niebywale rozkosznie, ale Noor była Noor i po prostu nie umiała stracić czujności. Nie przeżyła tego co ta druga, nie ścigano jej, nie uciekała, nie musiała przez to przechodzić... ale przeżyła coś innego, coś co było trudne, bolesne i karmiło strachem. Aurora mogła mieć rodzinę, która ją wspiera i chroni, a Dubois właśnie w rodzinie przeżyła swoje najgorsze koszmary. Czuła, że w jakimś stopniu mogą być do siebie podobne, a chociażby to, jak były ostrożne i nieufne to jedne z cech, jakie je łączyły.
Oplotła drobne szkiełko bladymi palcami i podniosła kieliszek bez wahania. Dłoń jej nie zadrżała, choć w dołku czuła przyjemne palenie od wypitych wcześniej razów.
- Mamy wiele powodów do picia, ty i ja - stwierdziła lekko, może nieco nawet nonszalancko i na dowód tego, że wierzy w własne słowa, choć zwykle nie pije alkoholu, założyła jedną nogę na drugą, prostując się, zadzierając podbródek i uśmiechając się tak, jakby zdradzała jeden z tych sekretów, które łamią czaszki od kręgów. - Żyjemy i jesteśmy kobietami, które wiedzą, jak odpowiadać na najtrudniejsze pytania - powiedziała to z głęboką pewnością, że się nie myli. Bo skoro barmanka wiedziała, że pytania są, a tu lubią się mnożyć, to miała juz z nimi jakieś doświadczenia. Noor za to w tym momencie zauważyła, że ta blada osóbka jest naprawdę kimś intrygującym właśnie przez to, że brak w niej krzykliwości i czegoś określonego, jednolitego. Była nieuchwytna, wymykała się i to było w niej najbardziej interesujące.
Przesunęła drugą dłonią po ladzie w stronę butelki trzymanej w cudzych dłoniach i uśmiechnęła się leniwie, delikatnie, subtelnie i zarazem tak słodko, jakby namawiała Rory to czegoś totalnie odmiennego niż jeden, skromny toast.
- Wiemy też, z kim rozmawiać o pytaniach, które jeszcze nie padły - dorzuciła, przysuwając sobie kieliszek do ust, aby oprzeć brzeg szkła jedynie na dolnej wardze.
Obserwowała dziewczynę z uwagą, choć powieki miała lekko opuszczone, a długie rzęsy malowały cieniami paski na jej delikatnych policzkach od świateł zamontowanych przy butelkach za plecami tamtej. O tym ostatnim nie mogła mieć pojęcia, ale jednak tak coś czuła, że barmanka jest bystra, a może nawet wcale nie tak niepozorna, na jaką wygląda. Podobał jej się ten spokój, jakim emanowała, bardzo sobie to ceniła, gdy ktoś wiedział, jak nad sobą zapanować.
- To jak...? Mam poprosić? Jakoś specjalnie? - zaśmiała się, troszkę już tak typowo się drocząc, choć naprawdę uważała, że krzywda żadnej z nich się nie stanie, gdy wypiją po jednym kieliszku wspólnie.
Noor 🍸
Jeśli uwzględnić by śmierć, to tak na dobrą sprawę każdy miał jakieś wyjście. Można było dać się złapać, zgładzić i już. Kwestia tylko tego, co na kogo czekało tam po drugiej stronie, w materii, która wcale może nie być bardziej łaskawa od tej, w której tkwią obecnie. Jego pojawienie się w tym miejscu wyglądało trochę inaczej, bo opierało się na układzie, w który on po prostu postanowił wejść ze względu na przeważające korzyści. Poza azylem jego moc była pełna, nieskrępowana żadnymi runami ani przysięgą i gdyby doszło co do czego, nie pozwoliłby się tu sprowadzić bez oporu. To nie było tak, że ktoś go tu zamknął. Wszedł sam, oczywiście za sprawą ściągających, ale świadomie, bo uznał, że w porównaniu do tego, co i tak czyhało na niego gdzieś w świecie, to się zwyczajnie opłacało. Jemu zależało na tym, by przetrwać i trwać, a ten azyl był miejscem, w którym mógł ciągnąć swoje istnienie. Co prawda musiał oddać część swojej mocy, ale gdyby tak zrobić bilans zysków i strat, to i tak wychodził na tym lepiej niż gdziekolwiek indziej, gdzie mogło spotkać go coś gorszego. Przez niektóre byty był traktowany jak błąd w systemie, który należało usunąć, więc zawsze ktoś siedział mu na ogonie, ale tuż przed trafieniem do azylu ten ogon był już niebezpiecznie blisko i mogło mu się wtedy nie udać zbyt łatwo go zgubić. Tutaj nie miał do niego dostępu nikt z zewnątrz i to go ratowało.
OdpowiedzUsuńPrzytaknął więc lekkim ruchem głowy w odpowiedzi na jej pytanie. Mógł po prostu się nie zgadzać i walczyć, skoro i tak nie miał nic do stracenia, a mimo wszystko mógł coś jednak zyskać. Ostatecznie wszedł tu bez walki, na układzie, który bardzo mu odpowiadał, mimo że oprócz run nakładał jeszcze przysięgę. Ale bez przysięgi byłby w stanie zrobić tu piekło na ziemi, więc to dodatkowy gwarant bezpieczeństwa dla Rady. Runy celowały w skalę jego mocy, a przysięga celowała w jego istnienie za każdym razem, gdy ją łamał. W podobny sposób działała ona na tych, którzy ją nałożyli – jeśli oni łamali zasady, byli karani w równym stopniu. Oczywiście, wszystko dało się obejść, może nie tak w całości, ale przynajmniej na tyle, żeby swobodnie funkcjonować.
— Żadnego wyboru nie mogłaś być pewna, skoro był to wybór między mniejszym a większym złem — stwierdził. — Instynktownie wybrałaś to mniejsze. A mniejsze, bo jednak zależało ci na tym, żeby żyć, tak jak większości istot tutaj. I najwidoczniej to się nie zmieniło, bo skoro nadal jesteś, to znaczy, że chęć życia wciąż trzyma cię przy tym, żeby sobie nie odpuścić.
Wychodził z założenia, że jeśli ktoś jest zdeterminowany, żeby się wylogować z tego świata, to będzie do tego dążyć. Aurora tkwiła na razie na etapie bycia zrezygnowaną, ale wydawało się, że mimo całej złości, która w niej wrzała i która ulewała się z niej czasami dość obficie, ona wciąż nie odpuściła sobie życia.
Znów zatrzymał się na środku chodnika, bo on znał cel swojego spaceru, ale nie bardzo rozumiał, dokąd zmierzała ona. Z tego, co kojarzył z dokumentacji, mieszkała gdzieś w tym rejonie, ale on też tu mieszkał, a na razie podążali dokładnie tą trasą, która prowadzi do jego kamienicy.
— Uważasz, że jako funkcjonariusz porządkowy powinienem ci o tym mówić? — Podniósł brew. Nie miał na razie powodów, żeby zaufać jej nawet w małym stopniu. To znaczy, nie dawała mu też powodów, żeby tego zaufania jej szczędzić, ale z góry zachowywał dystans, dopóki nie miał pewności, że skrócenie go jest warte. — Korzystać z możliwości, Nielsen — powtórzył tylko, licząc na to, że sama dojdzie do wniosku, co może kryć się za możliwościami i kto może te możliwości dać. — Dokąd ty właściwie idziesz? Nie czekałaś tam na kogoś? — Wycelował kciukiem za siebie w kierunku latarni, która znajdowała się już kawałek dalej za nimi, a przy której Aurora wcześniej stała. Chyba nie czekała na niego?
Zayden Ward
Popatrzył na Aurorę, kiedy ta rzuciła to swoje fajnie. Mrugnął, raz i drugi, a potem parsknął cicho i krótko, w marnej namiastce śmiechu, w której jednak kryła się wesołość. To niekontrolowane parsknięcie sprawiło, że Levi poczuł się odrobinę lżej, ponieważ uzmysłowił sobie, że wciąż łatwo przychodziło mu reagować na Aurorę i na to, co mówiła, choć po jedenastu latach myślał o niej właśnie jak o Aurorze, a nie o Rory, tak jakby młoda kobieta, którą widział przed sobą, kiedy rozsiadł się na barowym stołku, nie była tą Rory, którą pogrzebał przed laty i pewnie miał w tym słuszność. On także nie był tamtym Ackermannem. Oboje nie tylko przetrwali, ale także oboje dorośli i zmienili się, przez co dziś, choć się znali, stanowili dla siebie nawzajem trudną do rozwikłania zagadkę.
OdpowiedzUsuń— Jak to się stało, że przeżyłaś? — zapytał i jak się okazało, potrafił zrobić użytek nie tylko ze swoich zwinnych palców, ale też języka, nie rzucając pojedynczego słówka, a budując pełne zdanie. — Nie powinnaś była przeżyć — dodał, jednak nie w sposób nacechowany emocjonalnie, a jakby stwierdzał fakt. — Ja i Thatcher też nie. Nie po tym, co tam zobaczyliśmy.
Levi zaczął mówić, tak, jak oczekiwała, a raczej tak, jak wolała Aurora, a skoro już zaczął, z powodzeniem mógł kontynuować i wcale nie odnotował, że na dzień dobry zdradził jej, że przeżył ktoś jeszcze, bo jego ojciec i że przeczyło to temu, co powiedział jej wcześniej. Raz tylko myślał, że Thatcher zginął, nie miało to jednak miejsca wtedy, kiedy stał się martwym dla Nielsen, tak jak wszyscy, których znali w Coventry, a kilka lat później.
— Spóźniliśmy się — kontynuował, odruchowo śledząc wzrokiem to, co robiła Aurora. Widział więc, jak oglądała się przez ramię na lodówkę i jak w końcu do niej podeszła. — Nie dużo, bo jakieś dziesięć minut. Kiedy weszliśmy do synagogi — wspomniał stary, porzucony dawno budynek, który sabatowi i społeczności kotołaków służył za miejsce spotkań i odprawiania bardziej wymagających rytuałów — strzelili w głowę ostatniej czarownicy. Babcia leżała blisko wejścia, tylko dlatego ją rozpoznałem. Musiała na nas czekać. Reszta… — urwał, bo choć patrzył na Aurorę, patrzył nie na nią, a przez nią. Przed oczami widział ciało przy ciele, jedne z ranami postrzałowymi, inne z poderzniętymi gardłami. Aurora miała być gdzieś pośród tych ciał, może obok swojej matki.
Zamrugał, z lekkim zaskoczeniem zarejestrował, że pojawiło się przed nim Omnipollo, podczas gdy Nielsen pytała o to, czy Sybil była jego dziewczyną.
— Co? — rzucił odruchowo, wciąż jeszcze przetwarzając sens jej słów, a kiedy ten do niego dotarł, wzdrygnął się i złapał za butelkę. — Broń boże, nie — zaprzeczył i wzdrygnął się raz jeszcze, bo choć randka z Sybil mogłaby skończyć się w jej sypialni, to Levi na pewno nie zamierzał robić z niej swojej dziewczyny, bo też był kotołakiem, a nie jeleniem, żeby paradować dumie z przytwierdzanymi mu przez syrenę rogami. Znając jej upodobania, miejsca na głowie nie starczyłoby mu na całe to poroże.
Zmiana w jego zachowaniu była diametralna, bo zdołał wskoczyć w właściwy sobie tryb. Ten, w którym znajdował się na co dzień i ten, z którego wybiło go spotkanie z Rory, to pierwsze, bo to, że siedzieli teraz przy piwie w Brudershaft, można już było liczyć jako drugie.
— Na pewno nie za Sybil — rzucił, tylko tego jednego będąc pewnym i pociągnął łyk z butelki, po czym odstawił ją na kontuar i spojrzał na Aurorę. Mógłby się odezwać, bo teraz, kiedy już zaczął mówić, nie był to dla niego większy problem i mógłby zadać jej wiele pytań, ale skoro ledwo co opowiedział jej po krótce, jak tamten dzień wyglądał z jego perspektywy, to dał jej przestrzeń, żeby się z tym oswoiła i może dopowiedziała coś od siebie. W końcu jakoś przeżyli, a on wciąż nie wiedział, jak to jakoś wyglądało w jej przypadku.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛