I to ja jestem katem swoim...?
Seraphine Liv Villard
To nie tak, że nie pamięta – doskonale czuje każdy detal.
Lecz siedzi jakby drętwa.To nie tak, że nie chce wiedzieć – intuicja szepcze wydarzenia.
Lecz nie widzi, jakby ślepa.To nie tak, że słów brakuje – dziennik tonie w łez udrękach.
Lecz nie mówi, jakby niema.To nie tak, że nie chce wierzyć – zaś jej Stwórcą jest religia.
Lecz się nie modli, jakby zwątpiła.To nie tak, że wciąż umiera – choć ma w sobie gram człowieka.
Lecz gnije, jakby zwiędła.To nie tak, że pech ją goni – fortuna kołem zakręciła.
Lecz upada, jakby biegła.To nie tak, że nigdy nie śpi – fantazją umie czas zatrzymać.
Lecz na jawie jakby śniła.To nie tak, że dnia unika – ciało płonie w światłocieniach.
Lecz jest mrokowi jakby bliska.To nie tak, że siebie nie zna – abecadłem każda blizna.
Lecz lustro prawdy jakby zbiła.To nie tak, że kradnie dusze – moc jest kwestią uziemienia.
Lecz naturą jakby żywa.To nie tak, że stoi w miejscu – tańcem wieńczy ptasie brzmienia.
Lecz kroki jakby pomyliła.To nie tak, że kochać nie chce – serce wtłacza łyk powietrza.
Lecz się wciąż boi oddychać.po prostu Liv — ciałem lat 26, duszą ze 400 — córka boga (Tanatosa) i człowieka — śni proroctwa, kości łamie przeznaczeniem, czuje słodki smak śmierci na języku — oczy piwne, gdy się budzi, szafirowe jak się smuci — jest opiekunem terenów przyrodniczych, lecz marzy o otwarciu pracowni malarskiej z ręcznymi wyrobami — przyjaciół zyskuje szybko (ale wśród przedstawicieli fauny i flory) — mieszka więc nieopodal lasu w małym drewnianym domku — dopiero przybyła; Ta Nowa
Witam się serdecznie z moją Seraphine. :) Mam nadzieję, że choć trochę Was sobą zainteresowała i/lub zaintrygowała – powoli wdraża się w nowy świat (po części ja również), więc zachęcam, by spróbować ją poznać i “poodkrywać”! Jest to dla mnie pewnego rodzaju sprawdzian, czy wciąż umiem pisać – od bardzo dawna nie było mnie tutaj. Ale bardzo miło jest wrócić. :) Stąd preferuję odpisy raczej krótsze niż dłuższe (trzeba się odkurzyć i rozkręcić po czasie), za to relacje przyjmuję wszelkiej maści. :D Niech się dzieje, zobaczymy, gdzie to nas poniesie. <3
A jeśli zależy Wam na szybszym kontakcie, zapraszam:
darkness.brightness.souls@gmail.com
[Cześć, hej!
OdpowiedzUsuńKarta krótka, ale treściwa! :D Liv wydaje się całkiem uroczą istotką i mam nadzieję, że uda jej się otworzyć tę pracownię malarską, o której marzy. Dobrze jednak, że jest tu ktoś, kto zajmuje się przyrodą w azylu, szczególnie że Liv chyba idealnie się w tym czuje.
Trzymam kciuki za rozpisanie się i wielki powrót do pisania!]
Baldwina Heart & Anastasius von Weiss
[Dzień dobry, cześć i czołem! Skoro od bardzo dawna nie było Cię tutaj, to ja bardzo się cieszę, że wybrałaś akurat TLS na swój powrót 🤍 Mam nadzieję, że z naszą pomocą szybciutko się rozkręcisz i to odkurzanie sprawnie pójdzie 😉
OdpowiedzUsuńNie wiem, dlaczego odnoszę takie wrażenie, ale mimo tak wielu lat na karku, Liv wydaje mi się być delikatna, wręcz eteryczna i aż dziw, że ten okrutny świat jeszcze nie zdołał jej zepsuć. Takie jednostki należy chronić, więc oby także Azyl nie zdołał tego zrobić... 😉
W razie chęci, zapraszam do mojego kotołaka, choć zdrowy rozsądek podpowiada mi, że nie powinnam brać więcej wątków, ale hej, kto by go słuchał? Tym bardziej, skoro potrzebujesz odkurzenia 😉]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[Nic się nie stresuj, na pewno nie wypadniesz przy nas źle, zresztą nie ma co się porównywać, tylko cieszyć pisaniem 😁
OdpowiedzUsuńCo do Twojego pomysłu, to bardzo mi się on podoba, ale co, gdyby zamienić kota na psa, a dach na studnię? Levi, z oczywistych względów, za psami nie przepada (a przynajmniej tak sobie wmawia), ale na pewno nie przeszedłby obojętnie obok zwierzaka w potrzebie. Studnia byłaby stara, zarośnięta i zaśmiecona, na tyle płytka, że psiakowi nic by się nie stało, ale na tyle głęboka, że nie potrafiłby wyjść z niej sam, natomiast Levi też musiałby zanurkować do środka, żeby go wyciągnąć.
Levi spokojnie mógłby Liv nie zauważyć, bo można założyć, że dom nie był jakiś czas zamieszkany, a Levi nie śledzi, kto kiedy przybywa do Azylu i gdzie kogo lokuje Rada, więc mógłby być święcie przekonany, że w okolicy nikogo nie ma.
I tak akurat wracałby sobie z jakiejś wyprawy na zewnątrz, przechodził obok domu i usłyszał skomlenie...]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[A jak będzie Ci wygodniej, a propos rozkręcania się? ^^]
OdpowiedzUsuńLEVI ACKERMANN
[Cześć! Piękna ta karta, treść i wybrane zdjęcia! Aż sie nie chce wierzyć, że miałaś dłuższą przerwę, naprawdę ujęłaś tę postać cudownie. Ona jest taka leciutka, jak powiew wietrzyku latem, eteryczna, krucha. Cudowna, naprawdę mnie oczarowała!
OdpowiedzUsuńŻyczę wspaniałej zabawy, pięknych wątków i przygód dla was! Jeśli się nie boicie, zapraszam do Noor <3]
Noor
[Dziękuję pięknie za rozpoczęcie 🤍 Nic nie jest pokaleczone, przeciwnie, jest bardzo dobrze ^^ A ja tylko chciałam dać znać, że na dniach pewnie odpiszę ^^]
OdpowiedzUsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Nie było go przez ostatni tydzień. Zamarudził na zewnątrz wystarczająco wiele czasu, by załatwić zarówno sprawy przydzielone mu przez Radę, jak i swoje własne. Teraz wracał, zachodząc do Last Salvation od strony południowej, którą wybierał najchętniej, kiedy miał pewność, że nie posiadał wścibskiego ogona. Co prawda nadkładał drogi, ale podejście do położonego w kotlinie miasta było łagodne, a ścieżka dość szeroka, by nie musiał przedzierać się przez gęste, leśne poszycie.
OdpowiedzUsuńOtaczającą Azyl ochronną barierę, która jednocześnie maskowała istnienie tego miejsca, przekroczył niespełna godzinę temu. Przedarł się przez las, tym rzadszy, im bliżej było do pierwszych zabudowań, aż wyszedł na przestrzeń poprzecinaną kilkoma, krzyżującymi się ścieżkami i wybrał tę mającą doprowadzić go do centrum, a tym samym do Ratusza. Nie dość, że po przekroczeniu bariery powinien stosunkowo sprawnie się odmeldować, to w dodatku był głodny, ale nie spieszył się zbytnio.
Pogoda dopisywała. Co prawda Levi odnosił wrażenie, że tutaj nie można było zapomnieć o chłodzie, bo powiewający wietrzyk, który poruszał gałęziami drzew tak, że korony szumiały miło, był dość zimny jak na początek maja, jednakże rekompensowało mu to słońce, ku któremu wystawiał twarz, kiedy tylko wchodził w rozlewającą się na ścieżce, złotą plamę światła. Szedł więc noga za nogą, od jednej złotej plamy do drugiej, przez co poruszał się lekkim zygzakiem, ale bardziej zależało mu na wygrzaniu kości, niż maszerowaniu prosto.
Mijał właśnie niezamieszkany od dobrych kilku lat dom, kiedy do jego uszu doleciało psie skomlenie. Jego czułe uszy od razu rozpoznały ten charakterystyczny dźwięk, będący w zasadzie nie do pomylenia z żadnym innym. Levi przystanął, ściągnął brwi. Skąd tutaj pies? Mało którzy z mieszkańców byli w posiadaniu własnego pupila, a jeśli już, to częściej stawiali na stworzenia równie egzotyczne, co oni sami. I choć bariera ochronna nie stanowiła przeszkody dla zwierząt, tak jak stanowiła ją dla ludzi i istot, które o istnieniu Azylu nie powinny wiedzieć, przez co te mogły przekraczać ją swobodnie, psów i kotów było tu tyle, co nic.
Ackermann westchnął ciężko. Z oczywistych względów nie przepadał za psami. Przeszkadzał mu tak ich charakter, jak i zapach. Nie zignorował jednak cichego skomlenia, sprawnie namierzył źródło rozpaczliwego dźwięku i ruszył ku podwórzu opuszczonego domostwa, aż pokonał zaniedbany ogród i przystanął nieopodal zapadliska, pośrodku którego widniała nagryziona przez ząb czasu, aczkolwiek prosta do zidentyfikowania obmurówka studni.
Kotołak ściągnął wysłużony plecak, z którym od lat chadzał na wyprawy, a że ten był prawie że pusty, to bez żalu porzucił go tam, gdzie stał i podszedł bliżej. W bezpośrednim sąsiedztwie studni musiał zachować większą ostrożność, ale w końcu zbliżył się do niej na tyle, że złapawszy się dłońmi za kruszące się cegły, zajrzał do środka.
— Skąd ty się tu wziąłeś, co?
Na kępie trawy, narosłej na mulistym dnie, przycupnął pies. Mały kundelek, jeszcze stosunkowo młody, bo umorusany błotem pyszczek miał w sobie coś ze szczeniaka. Kundel chyba był biały, ale Levi nie miał pewności, bo większą część jego sierści pokrywało cuchnące błoto. Oprócz psa, na dnie studni było wszystko inne. Nawiewane przez lata, butwiejące liście, jakieś szmaty i śmieci niewiadomego pochodzenia.
Na widok kotołaka, pies szczeknął i podciągnął się wyżej, by wesprzeć się łapami o bok studni. Od powierzchni dzieliło go jakieś półtorej metra, co stanowiło dla niego wysokość nie do pokonania. W przeciwieństwie dla Ackermanna, bo on miał pokonać ją z łatwością.
Westchnął, pokręcił głową, a potem zakasał rękawy bluzy i wsparłszy się o brzeg, zręcznie opuścił się do środka. Studnia była wąska, więc w pewnym momencie musiał przestać opierać się na rękach, a także szybko przenieść je nad głowę, by nie uderzyć nimi w ścianki, przez co z ostatniego metra po prostu spadł, zamiast jednak wylądować na stabilnym dnie, z chlupotem po pas wpadł do wody – wody niewidocznej wcześniej pod warstwą liści, trawy i śmieci. Zaklął, ale przytomnie złapał kundelka, który siłą rzeczy także stracił grunt pod nogami i byłby jeszcze bardziej skapał się w mulistej wodzie. W zasadzie, to nie była tyle woda, co klejące się do ciała bagienko.
Usuń— Ohyda — sapnął, trzymając psa przy piersi i zadarł głowę. Krawędź studni znajdowała się może metr nad jego głową. To nie było dużo. Levi był kotołakiem, nie z takich dziur wychodził. Dziś zadanie miał utrudnione o tyle, że jedną ręką cały czas przytrzymywał psa, który kręcił się i wiercił, chyba niezadowolony z tego, że Ackermann unieruchomił go pod pachą.
Jakoś wdrapał się na górę, a raczej przewiesił tułów przez krawędź studni, nogami wciąż będąc zapartym o tunel w dole, kiedy nagle wydarzyło się kilka rzeczy na raz.
Coś poleciało ze świstem w ich kierunku. Pies pisnął, po czym zatopił zęby w przedramieniu kotołaka. Ten krzyknął, niemalże w tym samym momencie, w którym krzyknął ktoś inny. Puścił psa, przez co ten przestał zawzięcie kąsać go w rękę i popędził w bliżej nieokreślonym kierunku. Mając wolne obie ręce, Levi z jękiem podciągnął się wyżej, przetoczył przez wbijającą mu się w brzuch ceglaną krawędź i sturlał w zapadlisko, w trawę.
— Świetnie — skwitował, leżąc na brzuchu. Mokry, oblepiony cuchnącym błotem, z kilkoma strużkami krwi ściekającymi po lewym przedramieniu. Podparł się na dłoniach, tuż przed nosem miał kobiece stopy. Kobiece, po przyodziane w obuwie, którego żaden mężczyzna by nie założył.
— Co tu się dzieje? Może ty mi powiesz. Wyciągałem tego psa tylko po to, żebyś ty próbowała go zamordować? — rzucił niezadowoleniem, zadarłszy głowę, przez co mógł spojrzeć z dołu na uwieszoną na winorośli nieznajomą.
— Levi — przedstawił się jeszcze, jakby to mogło cokolwiek jej powiedzieć. Zdecydowanie nie mogło. Ewidentnie była tutaj nowa, bo kotołak jej nie kojarzył, a kojarzył wiele, jeśli nie większość zamieszkujących Azyl istot.
[Jestem z odpisem szybciej, niż się spodziewałam i nie przejmuj się proszę długością, bo to mi się samo napisało takie długie, wbrew mojej woli, jak naprawdę chciałam krócej! 😉]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Reguł rządzących Last Salvation było dużo i mało jednocześnie. Levi, który mieszkał tutaj od jedenastu lat, na co dzień w ogóle się nad nimi nie zastanawiał. To, co nowo przybyłe istoty traktowały jak oczywiste ograniczenia, dla niego było szarą codziennością. Zdawało się, że nałożona na prawe przedramię, po wewnętrznej stronie zgięcia łokcia runa, która ograniczała moc, wgryzła się zarówno w jego ciało, jak i umysł, i nie było to coś, co kotołakowi by przeszkadzało. Owszem, czasem brakowało mu możliwości przemiany wtedy, kiedy tylko miał na to ochotę, nie było to jednak dla niego na tyle uciążliwe, by utyskiwał na miejsce, w którym przyszło mu żyć.
OdpowiedzUsuńZdążył opuścić głowę, nim nieznajomą wstrząsnął dreszcz. Potrzebował… chwili. Niedługiej, bo takiej trwającej wzięcie dwóch głębokich wdechów i wypuszczenie spokojnych wydechów, jakby Levi musiał pozbierać nie tylko myśli, ale także ciało. Tym bardziej, że to ciało mu doskwierało.
Przede wszystkim, był mokry, a nienawidził być mokry, nie, kiedy działo się to nie na jego warunkach, bo nie miał nic przeciwko gorącym prysznicom. I tylko nim. Woda w każdej innej postaci, zimna, a w dodatku cuchnąca, była zła, najgorsza. I owszem, zdawał sobie sprawę z tego, że śmierdział, dokładnie tak samo, jak stęchłe bagno wypełniające wnętrze zapadłej studni. Jedynym, czego teraz chciał, było zrzucenie z siebie przemoczonych, utytłanych ubrań, wzięcie wspomnianego, gorącego prysznica i założenie czystych rzeczy, ale czekały na niego pilniejsze sprawy.
Kiedy ponownie podniósł głowę, nieznajoma nachylała się ku niemu z wyciągniętą dłonią.
— I dobrze. Tutaj trzeba uważać, komu się ufa.
Skorzystał z jej pomocy i podźwignął się na nogi, czemu towarzyszyło mokre mlaśnięcie, kiedy jego ubłocone spodnie odrywały się od trawy. Levi skrzywił się wyraźnie, a kiedy popatrzył po sobie, skrzywił się jeszcze bardziej. Mokry był po pas, a ubrudzony praktycznie cały. Ten sam chłodny wietrzyk, który przeszkadzał mu w czasie wędrówki przez las, teraz bezlitośnie chłostał jego ciało, potęgując uczucie zimna.
— Cześć, Liv — rzucił, skoro już poznał jej imię. — Jesteś tu nowa, prawda? — zagadnął, jednocześnie hamując chęć otrzepania ubrania, bo tylko bardziej wybrudziłby sobie ręce i nie strzepnął, a rozmazał błoto.
Popatrzył krótko na młodą kobietę, nawet z zainteresowaniem przesunął wzrokiem po jej sylwetce, jakby to miało pomóc mu w przyporządkowaniu imienia właśnie do jej osoby, po czym zaczął rozglądać się wokół i nie przerwał, także wtedy, kiedy Liv zaczęła mówić.
— Nie… Nic mi nie jest… — mruknął, nadal kręcąc głową, aż znieruchomiał i uśmiechnął się z satysfakcją. Kilkanaście metrów od nich, w stronę domu, dostrzegł pod jednym z zaniedbanych krzaków biały kształt. No, nie taki biały, bo pies był wymazany w błocie jeszcze bardziej, niż Levi, jednakże kilka plam białej, nietkniętej brudem sierści wystarczyło, by kotołak wypatrzył przestraszone zwierzę, które przed minutą uratował.
— Nie trzeba — powiedział, powracając spojrzeniem do Liv. — Muszę dorwać tego psa — dodał i ruszył w kierunku tego jednego, interesującego go krzaka, wspinając się pod nierówną pochyłość terenu. — Nie mamy tutaj dużo psów! — rzucił jeszcze prze ramię, jakby na swoje usprawiedliwienie, dłońmi chwytając się wysokich kęp trawy, aby pomóc sobie w wydostaniu się z kotlinki utworzonej przez zapadlisko.
Poza tym, pies oberwał kamieniem. Levi chciał sprawdzić, czy nic mu nie jest, bo gdyby coś mu było… Nie bardzo wiedziałby, do kogo się z tym zwrócić. Stąd wolałby, by zwierzakowi nic nie dolegało. By skończyło się tylko na zamoczeniu i wybrudzeniu, jak w jego przypadku, bo o kilku małych, ale głębokich ranach na przedramieniu już nie pamiętał.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[Dzień dobry! Powolutku odżywam :D
OdpowiedzUsuńKreacja ciekawa i oczywiście pisząc wierszem więcej zatajasz niż zdradzasz, ale może to właśnie dobrze, skoro preferujesz krótsze odpisy; na pewno więcej razy u nas (czyli autorów) zawitasz z Liv ♡
W razie czego: również mam wiele do zdradzania pomimo prostszych, za to bardziej wyeksponowanych treścią kart.]
Klementyna i Phelan
[Oh, to brzmi super! Może Liv przyszłaby do apteki Noor i tam jakoś wywiązałaby się rozmowa? No chyba że rwoja panienka jest smielsza i mogłybyśmy pójść w jakąś pogoń po uliczkach azylu- wiesz, coś w stylu że Noor by śmignęła między budynkami, spieszyła się po zakupy, albo odbiór jakiejś paczki i Liv musiałaby za nią gonić :P wtedy też możemy dodać do tego szczyptę dreszczyku .
OdpowiedzUsuńJak wolisz? ]
Noor
[Tak, zdecydowanie powinnaś wrócić do pisania na blogach i tutaj zostać XD aż szkoda, że nigdy wcześniej Cię nie widziałam, a Liv to absolutnie pierwsza postać od Ciebie, z jaką mam styczność, więc moja ciekawość tym bardziej rośnie!
OdpowiedzUsuńDziękuję, choć Twój kod jest o wiele bardziej zaawansowany od mojego (tak mi się przynajmniej wydaje, nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, bardziej kombinatorem) ♡ estetka może podać dłoń drugiej estetce ♡
Tutaj mnie zaskoczyłaś, przyznam szczerze. Byłam absolutnie pewna, że napiszesz pod Phelanem, tymczasem wybrałaś sobie Klementynę do odpowiedzi. Mało tego, jesteś w stanie pisać z obojgiem! Możemy jak najbardziej prowadzić taki podwójny wąteczek/wąteczki, gdzie czasami będę ich między sobą przemycać, ponieważ dobrze się znają ze swojej przeszłości (oczywiście jeśli pozwolisz). Klementyna na pewno zaprosi ją do siebie niejednokrotnie na herbatkę (po wcale niedługim czasie Liv może się okazać stałym bywalcem tego wielkiego domostwa, jeśli zdzierży pyskatego nawa oraz dwójkę specyficznych wampirzątek). Phelan zostanie zaciągnięty do nowych zamówień mebelków czy innych rzeczy dla Twojej Liv w jej lokum. Można też uszyć jej nowe sukienki?
Nie powiedziałabym, że to konkretne "zachcianki", ale bardziej szkice potencjalnych scenek między nimi, bo nie chcę Ci niczego narzucać, jako iż pragniesz eksplorować swoją postać, co bardzo szanuje.
W razie czego jestem też w pełni gotowa na Twoje pomysły/zachcianki ♡]
Klementyna i Phelan
[Moje kody to prehistoryczne zapiski; niektóre części są z różnych miejsc, więc nie powiem, co dokładnie i dlaczego, bo już nie pamiętam… Ale działa. Kolega programista był załamany, choć trochę mnie jednak douczył XD
OdpowiedzUsuńTo poprosiłabym Cię o rozpoczęcia, a w zasadzie jedno rozpoczęcie dla nich, po którym tak jak to określasz, jakoś ich potem rozdzielimy. Moja odpowiedź będzie przez to dłuższa oraz bardziej rozbudowana, więc potrzebuje nieco więcej czasu, żeby się nad tym zastanowić i to dobrze rozpisać!]
Klementyna i Phelan
[I tak, dzień sprawunkowy można zacząć, zapomniałam dopisać :D]
Usuń[Dziękuję bardzo za miłe słowa <3 Chętnie coś z Wami napiszemy. No i, poznamy ten pomysł :D Gdybyś wolała drogę mailową, to tam możemy się złapać!]
OdpowiedzUsuńAnastasius von Weiss
Kiedy raz wkroczyło się na teren Azylu, można było opuścić go tylko nogami do przodu, choć i tak nie do końca, bo po przejściu na tamten świat, jeśli jakikolwiek istniał, każda istota była grzebana na cmentarzu, nad którym pieczę sprawował Anastasius i o ile długowieczne istoty nie zaprzątały sobie tym głowy, o tyle ojciec Leviego i sam Levi w końcu mieli tam spocząć. O tym jednak, że po dotarciu do Azylu już nigdy nie można było go opuścić, informował każdy Ściągający, a przynajmniej Bogorja była uprzejma na tyle, że poinformowała o tym Ackermannów. Stąd ci zamieszkiwali Last Salvation od jedenastu lat i obaj mieli dożyć tutaj swoich ostatnich dni.
OdpowiedzUsuńKotołak także posiadał wyostrzone zmysły. Co prawda nie tak bardzo, jak w kociej postaci, a to przez wzgląd na wyraźne różnice w budowie anatomicznej poszczególnych narządów, wystarczająco jednak, by wyraźnie i dotkliwie czuć bijący od siebie smród, który osiadł na nim po kąpieli w studni. Choćby z tego względu nie zamierzał korzystać z zaproszenia Liv, nie chcąc wchodzić do przydzielonego jej lokum, gdzie naniósłby zarówno błota, jak i wspomnianego smrodu. Obmyć miał się w domu, a najlepiej jeszcze gdzieś po drodze, bo gdyby Thatcher zobaczył go w tym stanie, zatrzasnąłby mu drzwi przed nosem. Co prawda Levi spokojnie dałby radę wejść oknem, ale tak jak nie chciał zabrudzić i zasmrodzić miejsca zamieszkania Liv, tak też nie chciał uczynić tego z ich parterowym domem.
— Później — powiedział tylko, bo nie pierwszy raz, a najpewniej także nie ostatni coś go ugryzło, a w dodatku był to tylko pies, bo gryzły go też gorsze rzeczy.
— Gdyby miał nas gdzieś, już dawano by go tu nie było. Musi być przestraszony — zauważył, nim jeszcze kobieta go przed tym ostrzegła, bo czy to nie było oczywiste? Pies był młody, na dodatek spędził w tej studni nie wiadomo, ile czasu. Musiał być wychłodzony, musiał być też głodny, a na dodatek, kiedy już napatoczyli się na niego jacyś ludzie, został przez nich potraktowany co najmniej… surowo. Levi przecież nie patyczkował się z nim, wyciągając go z tej studni, a Liv… Cóż, Liv pierwsza rzuciła kamieniem i choćby z tego względu kotołak skrzywił się, kiedy kobieta nakazała mu przystopować, a finalnie wręcz go wyprzedziła i pierwsza przykucnęła przy krzakach. Ackermann popatrzył na jej zabawnie wypięty tyłek i pokręcił głową.
— Powinienem coś mieć — odparł i wrócił się bliżej studni, tam, gdzie zostawił swój plecak. Wrócił z nim bliżej krzaków, plecak ustawił przy swoich stopach i przykucnął, by pogrzebać w jego wnętrzu. Po chwili wydobył ze środka owiniętą w woskowany papier kanapkę. Spomiędzy dwóch kromek chleba wydobył plasterek szynki, po czym odsunął plecak na bok i zanurkował pod krzakiem tuż obok Liv, lekko i niechcący ją przy tym popychając, bo pod gałęziami nie było wiele miejsca.
— No, chodź tu, mały — sapnął, wyciągając w stronę kundelka dłoń, pomiędzy palcami której trzymał zwinięty w rulonik plaster szynki.
[O, coś tu się nam ładnie w kodzie pozmieniało, widzę :)]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
W zakładzie krawieckiem Gasparotto w centrum Azylu panował jak zawsze wesoły rozgardiasz, natomiast we tle grało radio z zapętlonymi melodiami Jacka Jezzro’a, w tym aktualnie poczciwym utworem zatytułowanym Arrivederci Roma. Paolo bowiem z dziecięcą przekorą oraz uporem maniaka pamiętał daty dostaw nieszczęsnego Łącznika, aby raczyć go wówczas specjałami swojej nacji... W międzyczasie mrucząc pod nosem „Dio mio”. Wzywanie Pana Boga nadaremno było spowodowane kolejnymi zamówieniami od mieszkańców tej nietuzinkowej wioski. Kreacje szybko okazywały się niemożliwe do spełnienia w typowe dla doświadczenia krawca: dwa tygodnie. Najczęściej było to spowodowane brakiem materiałów na zbyt dużą ilość oraz zbytnią zawiłość pilnie szkicowanych projektów. Trzeba było jeszcze zszywać naderwane rękawy czy porwane nogawki. Lista zadań rosła z godziny na godzinę.
OdpowiedzUsuńKlementyna pomagała Paolo, kiedy tylko mogła podczas przerw od Axis Mundi i projektów architektonicznych narzucanych przez Radę. Stanowiło to dla niej bardzo miłą odmianę po wielu godzinach kreślenia oraz stosownych obliczeń. Dzisiaj chociażby Paolo przyprowadził ją do swojego zakładu, kiedy Klementyna po raz kolejny zastygła w miejscu na środku ulicy i nie mogła się ruszyć po tym, jak usłyszała brzdęk upadających prętów na metalowe podłoże przy niedalekiej budowie. Rzodkiewki wysypały się z materiałowej torby na asfalt razem z pęczkami cebuli, a reszta zakupów również by tam trafiła, gdyby krawiec nie zauważył zaprzyjaźnionej architektki przez swoje witryny odpowiednio szybko. Świat Klementyny w takich momentach raptownie się zatrzymywał, dokładnie tak jak wtedy, kiedy jeszcze jako żona – usłyszała wystrzały skierowane w klatkę piersiową ukochanego Waltera. Ta jedna chwila w pewnym sensie pogrzebała ich oboje, tylko na dwa różne sposoby.
Na zawsze.
Czasami ból po utracie miłości życia, przeszłości oraz strach nadal ją dławiły i wtedy pomimo wyuczonej pewności siebie czy wielu innych rzeczy – potrzebowała odnajdywać drogę do siebie z powrotem. Dla dzieci. A to mimo wszystko łamało ją to na tyle długo, aby później zdecydowanie uprzykrzać codzienność.
- Zrobiłem świeże cannoli, koniecznie będziesz musiała spróbować. - Ocknął się nagle z zamyślenia Paolo, wstając ze sfatygowanego, drewnianego krzesła przysuniętego do kilkusetletniej maszyny krawieckiej stojącej na równie zdezelowanym biurku.
- Oczywiście. - Reakcja Klementyny wciąż jeszcze była wolniejsza pomimo drugiej kawy w ciągu doby oraz niebywałej kondycji fizycznej. Jakby senna. Odrętwiała.
- Mio caro, może do tego jeszcze wina?
Perlisty śmiech oraz machnięcie ognistorudymi włosami były jak najbardziej szczerą reakcją na taką propozycję:
- Michael będzie miał przez ciebie krzywy mundur przy kołnierzyku, ale nie powinien zauważyć!
Paolo cmoknął z udawaną dezaprobatą:
- Obniżasz moje przychody, ale on i tak nie wiążę krawatów.
- Z pewnością robiłby to fatalnie. Poza tym, wyobrażasz go sobie w garniturze?
Ostatnie pytanie spowodowało potok włoskich przekleństw zmieszanych z „Dio mio” pomiędzy, kiedy młodzieniec zawędrował do góry po schodach w celu wzięcia ze sobą naręcza jedzenia, a potem kieliszków i ciemno bordowej butelki pod pachą. Klementyna jednak ani razu nie uwierzyła w jego domniemaną młodość oraz niewinność; Paolo był zbyt obyty w kontaktach, a w blado malachitowych oczach skrywały się potencjalne setki lat, co było wręcz normalne u takich, jak oni.
Nieludzi.
Magicznych starców.
Klementyna nigdy jeszcze nie zapytała jakże przystojnego Gasparotto o to, czy podane jej imię było prawdziwe, kim był, ile trwał, czy co tak naprawdę go do Azylu sprowadziło. Podobnie on nie dopytywał o szczegóły tego, co stało się w jej życiu, nawet jeśli tak samo długim, to zapewne podobnie zagmatwanym, co jego własne. Oboje byli sobie nawzajem wdzięczni za dyskrecję oraz nieukrywaną troskę, bo pomimo braku znajomości odpowiedzi na wiele tego typu pytań, Paolo regularnie dopytywał ją o bezsenność, a sam gdzieś pomiędzy napomykał o swoich bolączkach, na które pozwalał jej sobie pomóc. W ten mozolny sposób oswajali się z kilkuletnim już życiem „pod kopułą”, jak to określał ogólnikowo ten włoski miłośnik sztuki, pozwalając sobie w tym jednocześnie na nieco typowej dla niego drwiny.
UsuńPhelan jak zwykle przybył niezapowiedziany z zdecydowanie większą dostawą, niż Paolo raczył wcześniej poprosić, więc słynny Łącznik potrzebował pomocy krawca we wnoszeniu niebotycznie ciężkich, drewnianych skrzyń do magazynu na tyłach budynku będącego do połowy zakładem, a od góry domem Gasparotto.
W tym czasie przybyła właśnie nowa istota, całkiem nieznajoma, a jej specyficzny zapach uprzedził Klementynę na długo jeszcze zanim filigranowa dłoń dotknęła klamki. Istota ta była nieznana Klementynie, a więc poznanie jej niebawem wzbudziło w kobiecie niemałą ciekawość zmieszaną z ekscytacją.
- Dzień dobry. Paolo, czyli krawiec, niebawem wróci, aby zrobić pani przymiarki. - Kolejny blady, nieco nierówny uśmiech odkrył spod malinowych warg białe nierówności będące kłami, które u zwykłych śmiertelników były znacznie krótsze, mniej drapieżne. - Nazywam się Klementyna, z kim mam przyjemność?
Klementyna i troszku Phelan