NOOR DUBOIS
urodzona 6. maja 2001 roku pod Paryżem · młode ciało i stary duch · Alu-bies · mieszana krew · nieprzespane noce · niewyjaśnione lęki · wysoka wrażliwość · brak uśmiechu · brak łez · determinacja · duma bez uprzedzeń · gra na fortepianie przekazaną pasją od matki czarownicy · sokolnictwo obowiązkiem wobec (tego znanego) ojca · właścicielka apteki z wielobranżowym zapleczem · wyśmienita szablistka
Muśnięta słońcem skóra obsiana piegami na drobnym nosie jest ciepła i rumiana, ale magnetyzujące spojrzenie powstrzymuje od zaczepek chłodem jak kostki lodu, które uwielbia przegryzać o każdej porze roku. Subtelny uśmiech byłby kluczem do sukcesu, gdyby nie cięte riposty i gorąca krew, gdy zabraknie cierpliwości. Lotny umysł, elokwencja i słodka aparycja otworzyłyby niejedne drzwi, gdyby nie milczenie budujące wokół niej grube mury, które wybiera częściej niż głośną odpowiedź na pytanie. Słucha i zapamiętuje, nie walcząc o uwagę, bo zna swoją wartość. Bardziej ceni suchy niedosyt, niż duszący przesyt. Preferuje noc od dnia, mimo że jej imię oznacza światło.
Chowa w sobie zbyt wiele emocji, nie potrafiąc ich wyrazić, ani zrozumieć. Ukrywa gamę nieodkrytych kolorów, nosząc beże i szarości. Długie kasztanowe włosy zwykle nosi rozpuszczone, aby gęstą kaskadą zalały jej drobne ramiona i plecy, pobudzając poczucie własnej wartości. Jest niepozorna, śliczna i wie więcej, niż się wydaje. Spojrzeń pełnych podziwu, pytań, pożądania i zazdrości nigdy nie ma dość, chociaż nic nie znaczą. Opinie na swój temat ma w głębokim poważaniu, nie czując potrzeby prostowania niesłusznych ocen i wyłapuje z uniesionym podbródkiem cudze spojrzenia w tłumie. Gardzi złośliwymi plotkami i tymi, którzy je rozsiewają.
Zbyt łatwo obcy zanurzają się w jej jasnym spojrzeniu, zbyt szybko w nim toną, lecz jej zbyt łatwo przychodzi to wszystko ignorować, by odwrócić się i odejść. Nigdy nie brakowało jej ambicji, od dziecka udowadniała na każdym kroku jaka jest chciwa wobec codzienności, bystra, jak wielkie ma pragnienia i ile oczekuje od życia. Nie należy jednak do tych osób, które oczekują, aż wszystko zrobi się samo i sukces sam do niej przyjdzie. Chwyta każdy dzień garściami, wymagając od innych, ale przede wszystkim od samej siebie. Dlatego prędzej, czy później zawsze osiąga to, co sobie zamierzy i jest w stanie ustrzelić każdy wcześniej obrany cel. Uparta i zdeterminowana żałuje tylko tego, że nie potrafi innych zarazić tą wewnętrzną zawziętością i odwagą do podejmowania wyzwań. Zbyt łatwo się irytuje tylko wobec tych, którzy są dla niej ważni; nie ma problemu z kłamaniem prosto w twarz, a póki sama nie jest krzywdzona, potrafi wiele wybaczyć. Dba o innych tak, by nie dopuścić ich zbyt blisko, a tu w Azylu, w którym jest od kilku lat, niemal wszystkich traktuje z szacunkiem i bez przesadnej serdeczności.
Nie lubi się powtarzać, nie prosi zbyt gorąco i nie przeprasza zbyt wylewnie. Pozuje na osobę, która się nie waha, a własnej prywatności strzeże niezwykle starannie. Jest córką czarownicy bez sabatu, która nie spełniła oczekiwań swoich rodziców, oraz dwóch ojców, ale nikt o tym prawdziwym nie mówi. Ostrą i wyczuwalną niechęć czuje tylko ponad piętnaście lat starszego wobec brata, twardego i okrutnego czarownika, który niezwykle rzadko utrzymywał z nią kontakty, a od kiedy znalazła się tutaj, czuje się bezpieczniej nie mając z nim żadnego. Byłaby może oczkiem w głowie drugiej strony rodziny, gdyby nie spalone mosty i jakiekolwiek dojścia do informacji o nich. Kiedyś, tylko raz, słyszała od ojca, który ją wychowywał, że pochodzą z miejsca, do którego można zejść tylko raz.
Nie powie, że uczucia nie są ważne, bo zwykle wpływają na szybkość i trafność dokonywanych wyborów, ale wierzy, że to nie serce poprowadzi przez życie w górę i do przodu. Odwzajemnia każdą surowość w ocenie innych, bo sama tylko z taką się spotyka, potykając wciąż o stereotypy. Niedobrze reaguje na cudzą głupotę, brak kwalifikacji, kultury i obycia, szczególnie w fatalnym połączeniu z zuchwałością. Nie jest naiwna, tylko trochę romantyczna, a marzenia po prostu spełnia, zamiast nad nimi dumać. Chce czuć, że żyje i nie godzi się na aranżowanie jej życia w żadnym aspekcie, choć plotki o jej pochodzeniu dawno rozeszły się po kątach, tak samo jak gadanie o tym, że blizny sprzed dwóch lat na jej prawym nadgarstku nie są jedynymi, jakie nosi, tylko teraz wybiera bardziej dyskretne miejsca na skórze.
Nigdy nie pamięta swoich snów, za mało sypia. Może obawiać się jedynie tego, czego nie zna, lecz nie zdarza jej się skupiać nad własnymi lękami. Ucieka od nich. Żyje teraźniejszością, bo powrót do przeszłości mógłby ją złamać. Widziana jest w wykreowanej niezłomności i odwadze, której inni od niej oczekują, trzyma się tego jak ostatniej deski ratunku. Nie płacze, nie uśmiecha się też za często, nie tęskni, pokazując raczej ograniczoną gamę emocji, choć serce ma żywe i gorące. Pełne niewygojonych blizn.
Cześć, zapraszamy po wątki, dramy i intrygi. Przygarniemy wszystko, szukamy niechcianego brata i kogoś, kto ją ukoi, też stałych klientów tej drugiej strony apteki. Wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole :3. Wizerunek nieznany.
Kosztowało ją to znacznie więcej energii, niż była w stanie przyznać. Nigdy wcześniej nie czuła aż takiego kłopotu z wciągnięciem kogokolwiek do krainy snów, ale obawiała się, że było to spowodowane nie tylko ograniczeniami spowodowanymi przez bariery i runy, ale przez coś innego. Coś znajomego z jednej strony, a z drugiej obcego, jak kształt widziany przez zaparowaną szybę, który okazuje się być błędnie rozpoznanym obiektem. Było to coś z jej świata, tego, który przyszedł do niej wraz z klątwą, zmieniając ją na zawsze i czyniąc nieśmiertelną. A skoro nie bało się to coś śmierci, to znaczyło tylko tyle, że miały problem jeszcze większy, niż Damroka początkowo zakładała.
OdpowiedzUsuńCzuła, jak runy nieprzyjemnie palą jej skórę, jak perłowa poświata pełza po kształtach na jej klatce piersiowej i plecach i nawet jęknęła z bólu, ale na jej szczęście przemiana dokończyła się, zanim zdążyła z tego bólu zemdleć. Zmora bólu nie czuła, była nim w końcu przesycona, a po ostatnich nocach żerowania, wręcz pękata z przejedzenia, ku wyrzutom sumienia Damroki, ale także jej uldze. Od bardzo dawna nie czuła się tak dobrze, bo żerowanie na mieszkańcach Azylu, z reguły bardzo ograniczane przez Zmorę, poszło lepiej niż myślała, a wcale nie musiała nikomu w koszmarach pomagać. W Last Salvation było stanowczo zbyt dużo samotnych, upodlonych, przestraszonych i doświadczonych przez życie (lub śmierć), a z każdą wędrówką po cudzych snach, Damroka coraz dobitniej uświadamiała sobie, że nigdy nie będzie tu głodować. Chyba, że znowu uprze się, że nieetycznie jest zaglądać do głowy sąsiada.
Drgnęła lekko, kiedy szczupła, delikatna dłoń jej dotknęła, ale nic nie powiedziała. Wpatrywała się w Noor z tępym, obojętnym wyrazem twarzy, jeśli to, co zdobiło głowę Zmory można było właściwie twarzą nazwać. W istocie, Zmora powstała przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który dotknął Damrokę jeszcze w łonie matki, a któremu siłę do ziszczenia złowrogich przepowiedni, dołożyła ludzka wiara. Siódma córka, urodzona w noc przesilenia letniego, do tego krnąbrna i jak na chłopkę leniwa, nie miała prawa uchronić się przed złośliwymi plotkami i przekleństwami, które inne kobiety z wioski podrzucały jej bez większego zastanowienia, a które ona zwyczajnie ignorowała. Nie nosiła czerwonych wstążek, chociaż jej mama wciąż próbowała takowe wplatać jej we włosy, nie modliła się zbyt żarliwie i do tego wszystkiego, za nic miała wszelkie przesądy. Według Starej Jaworowej, sama na siebie sprowadziła swój los, za który po wielu latach samotności, Damroka była wdzięczna.
Dzięki temu zobaczyła brutalny, ale piękny świat, poznała ludzi i istoty magiczne, spróbowała rzeczy, o których jej rodzina nigdy nie słyszała. I chociaż kochała życie na swojej wsi, jabłka wprost z jabłoni, słodką marchew umytą w pobliskiej rzece, czy chodzenie boso po łąkach, to z czasem pokochała i klątwę. Chociaż, gdyby ktokolwiek ją zapytał, kim chciałaby być, chyba wolałaby być wampirem, bo krew była czymś namacalnym, mniej intymnym niż sny i energia - niestety nikt nie pytał.
Obserwowała ze skupieniem Noor, kiedy ta rozglądała się po korytarzu, który dla niej samej był zupełnie obcy, ale podobny do wszystkich, które widziała do tej pory.
Weszła za Noor przez pierwsze drzwi, nie czując nic z tego, co dotknęło wyraźnie zmarzniętą kobietę. Rozejrzała się z obojętnością po pomieszczeniu, patrząc bez cienia obrzydzenia, ale też zainteresowania, bez cienia czegokolwiek, na obrazy zawieszone na ścianach. Czyżby rodzina ojca? Nie byli zbyt podobni do miękkiej, kojarzącej się Damroce z czymś miłym Noor - przypominali raczej jej przeciwieństwo, kanciaste i chłodne.
P
Przystanęła przy kobiecie, gdy dotarły do wysokich, ciemnych drzwi z mosiężną klamką, a kiedy przekroczyła ich próg, nie odsunęła się od niej nawet na krok.
UsuńZłapała kobietę za nadgarstek, zbyt mocno, boleśnie wręcz i przyciągnęła ją do siebie blisko, zamykając w szczelnym uścisku. Od Zmory, prócz przejmującego chłodu mogła wyczuć zapach rozkładu, zmieszanego z metalicznym zapachem krwi, spalenizny i wszystkiego tego, co mogło się kojarzyć z ludzkim wyobrażeniem piekła.
— Noor, to nie on… — wycharczała, rozglądając się dookoła — Masz pasożyta. Coś żeruje na Twoich snach, ale to nie zmora… Powinnaś być słabsza! Co tu robisz?! Gdzie Twoje runy?! —zaskrzeczała Zmora, starając się chronić Noor przez tym, co stało w rogu pokoju i nie miało prawa mieć wpływu na Zmorę, ale mimo to, ta poczuła, jak ją samą dopada strach. Delikatny, jedynie muskający starcze dłonie. Ale jako Zmora, nie mogła przecież go czuć, przecież sama była z niego zbudowana.
Damroka 🛌
Nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, pozwolił Noor dojść do siebie. Nie chciał, aby czuła się osaczona albo żeby pomyślała, że to wszystko go przerosło, bo tak nie było – sądził, że dobrze zrobił, pomagając jej w ten sposób, bo przynajmniej mogła zasnąć i dać sobie trochę więcej czasu, aby znaleźć rozwiązanie swojego problemu.
OdpowiedzUsuń— Kilka godzin — odpowiedział, słysząc jej pytanie.
Sen nie trwał długo, ale miał nadzieję, że tyle wystarczy, aby Noor odzyskała część sił. Od samego początku wątpił w to, że uda mu się pomóc, ale zrobił, co mógł, żeby jakoś odmienić los dziewczyny. Czuł się za nią odpowiedzialny, tym bardziej że Noor poprosiła go o pomoc i mu zaufała, a to było wiele warte w takim miejscu jak to.
Baldwina nie odzywała się, a jedynie obserwowała to wszystko. Była tutaj gościem, nie znała Noor tak blisko jak lisz i raczej nie miały okazji, aby dłużej ze sobą porozmawiać.
Noor wciąż była dla niego wyjątkowa i znaczyła więcej – nie mógł jej jednak dać tego, czego od niej oczekiwała, bo ona pragnęła uczuć, romansu, śpieszyła się i gnała, zaczepiała i dobrze się bawiła, i miała do tego, oczywiście, prawo, Anastasius jednak był ostrożny, podchodził do tego wszystkiego z rezerwą i był pewien, że Noor ostatecznie zrozumie, że nigdy nie był zbyt dobrym kandydatem, aby ulokować w nim swoje uczucia.
— Noor… — zaczął, ale nie pozwoliła mu dokończyć, bo podniosła głos, coraz bardziej rozgniewana.
Baldwina wstała z miejsca, obserwując całą tę sytuację, której chyba nie chciała być świadkiem. Przyszła tutaj po to, aby pomóc, a nie być oskarżaną o rzeczy, których nie zrobiła, bo Heart nigdy nie robiła niczego, co wykraczałoby poza jej stanowisko. Była urzędniczką, widziała wiele i wiele też rozumiała, i sądziła, że Noor ma prawo się wściekać, skoro nie miała pojęcia o tym, że Anastasius ją tutaj wezwie.
— Pomyślałem, że przyda nam się pomoc Baldwiny. Nie wiedziałem, jak zareagujesz po miksturze i czy sen nie będzie początkiem jakiejś katastrofy. Co miałbym zrobić, gdybyś straciła swoje runy? Albo gdybyś straciła panowanie nad swoim ciałem? — Anastasius mówił spokojnie, rzeczowo, nie denerwował się ani nie dawał się wciągnąć w gniew Noor.
— Uspokój się i usiądź, oddychaj głęboko — polecił jej, starając się nie naciskać ani nie spowodować kolejnego wybuchu. — Przygotuję coś wzmacniającego.
Gdy to powiedział, opuścił salon i ruszył korytarzem, aby zrobić dla Noor mieszankę, która szybciej pozwoliłaby jej dojść do siebie. Nie chciał, żeby wyszła stąd w takim stanie – mogła uważać, że był okrutny i najgorszy, ale nie był jej wrogiem i nie chciał dla niej źle.
— Noor… — Baldwina zbliżyła się o krok. — Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym sprawdzić twoje runy.
Heart była odpowiedzialna i zawsze myślała najpierw o swoich obowiązkach, szczególnie teraz, gdy to wszystko działo się poza Ratuszem. Gdyby dostrzegła coś nieodpowiedniego, byłaby zmuszona zgłosić to Radzie, a wtedy zaczęłoby się dochodzenie. Wolała więc upewnić się, że runy Noor były w porządku i że nie ma powodów do obaw.
Anastasius i inspektorka ds. run
Nie chciała jej dawać złudnych nadziei, bo jeśli było to coś, o czym Damroka myślała, to uchronienie się przed tym wcale nie było takie trudne. Było najwyżej średnio wygodne, ale nie było czymś, czego Noor nie mogłaby zrobić sama. Były to stare, ludowe sposoby, ale tak jak wydawały sie banalne, tak były prawdziwie pomocne i nawet dla Damroki potrafiły stanowić wyzwanie. Tak przynajmniej było kiedyś – teraz to coś, co normalnie byłoby znacznie słabsze od niej w krainie snów, wydawało jej się dużo groźniejsze, bardziej niebezpieczne.
OdpowiedzUsuńDamroka była z natury raczej bardziej ostrożna, niż nieufna – wolała wychodzić z założenia, że większość ludzi i istot jest dobra, ale nie była w tym naiwna. Zwyczajnie przez większość życia miała to szczęście, że potrafiła swoją aparycją, może też prostą bezpośredniością przyciągać do siebie tych, którzy byli raczej mili. Należało pamiętać, że to raczej było w tym wypadku najważniejsze. W końcu, zaraz po przemianie ludzie z jej wioski chcieli ją ukamienować, przekonani, że to cokolwiek może zmorze zrobić – pewnie by zrobiło, ale wystarczyła noc, by Damroka wróciła do swojej dawnej formy, pozostając niezmiennie dziewiętnastoletnią dziewczyną, która przeżyła ponad dwieście lat. Prawda była taka, że gdyby ktoś uciął jej palec, to wystarczyła jedna przemiana, by znalazł się on na swoim miejscu, co niestety sprawdzili źli ludzie, których spotkała na swojej drodze.
Damroka patrzyła na obraz przed sobą, ale jako zmora nie czuła tego, co czułaby jako człowiek. Widok strachu, bólu i lęku był jakby poza nią, pachniał nęcąco, ale nie miała potrzeby się pożywić, więc jedynie trwała, z całych sił w jakikolwiek wpłynąć na Noor, bo jedynie z nią mogła począć cokolwiek. Prawda była taka, że nawet gdyby bardzo chciała uratować dziewczynę na łóżku, to nie mogła, ponieważ runy skutecznie jej to uniemożliwiały. Damroka mogła być w tej chwili jedynie świadkiem walki.
Gdy Noor wygoniła byt, zmora spojrzała na nią pokrytymi bielmem oczami i gdyby miała usta, prawdopodobnie byłaby w stanie uśmiechnąć się w upiorny sposób, ale teraz jedynie wlepiała wzrok w młodą kobietę. Przesunęłą długim pazurem po jej policzku i bez słowa, ale też bez cienia zawahania podała jej niewielki flakon, który do tej pory nosiła u szyi.
— Noor, spróbuj trochę tego wchłonąć… Powinno zadziałać jak ładowanie baterii, przez jakiś czas powinnaś się lepiej czuć. Po przebudzeniu Ci wszystko wyjaśnię — wycharczała zmora i grzecznie poczekała, aż kobieta wykona jej prośbę.
Damroka
— Kiedy już będzie z tobą lepiej — powtórzył za Noor, a nacisk w tonie jego głosu sugerował, że w tym momencie kierowała nim troska nie o nią, a o Thatchera. Jeśli chodziło o zdrowie starego Ackermanna, Levi ufał tylko Anastasiusowi z tej prostej przyczyny, że to właśnie on zajął się nim, kiedy Thatcher wrócił do azylu z pogruchotanym kręgosłupem i to wrócił w kociej postaci, podratowany przez weterynarza na zewnątrz. W stanie, w jakim wtedy znajdował się Thatcher, przemiana była ryzykowna – była ona ryzykowna zawsze, kiedy ciało czy to w jednej, czy to w drugiej formie zostało w jakikolwiek sposób uszkodzone, ponieważ nigdy nie wiadomo było, jakie przełożenie dany uraz będzie miał na tę drugą formę. Zazwyczaj ludzkie ciało potrafiło znieść więcej, prawdopodobnie ze względu na swój rozmiar, jednak jeszcze z czasów sprzed Last Salvation Levi znał przypadki kotołaków umierających po przemianie w człowieka, kiedy sam uraz nie wskazywał, że coś podobnego mogłoby mieć miejsce.
OdpowiedzUsuńThatcher nie musiał ryzykować, z powodzeniem mógł dożyć sędziwego wieku jako kot, a jednak zdecydował się to zrobić i przeżył, przebywając wtedy pod czujnym okiem von Weissa, który gotów był zareagować. W tym, że ta ostatnia w życiu Thatchera Ackermanna przemiana nie skończyła się tragicznie, Levi dopatrywał się znacznego udziału uzdolnionego lisza.
To, że nie prychał i nie uciekał, podczas gdy Noor wpatrywała się w niego jak w obrazek bynajmniej nie oznaczało, że przestało mu to przeszkadzać. Przeszkadzało mu to nadal, z tą jednak różnicą, że kiedy był nietrzeźwy, nie zwracał na to najmniejszej uwagi i przez to Dubois mogła patrzeć na niego do woli. Dla niej mógł być przystojny, dla kogoś innego w ogóle. Miał lekko spiczaste uszy i garbaty nos, co z łatwością można było dostrzec, kiedy patrzyło się na niego z profilu, obojętnie którego. Zawsze bardziej zależało mu na tym, żeby jego ciało było sprawne, niż ładne.
— Mogę się zamknąć — stwierdził i wyprostowawszy się na krześle, uniósł ręce ni to w niewinnym, ni to w obronnym geście. Mógł nie pytać o nic. Mógł po prostu przyjąć zlecenie, sprowadzić dla niej kryształ, o który go poprosiła i na tym poprzestać, traktując Noor wyłącznie jako partnerkę w interesach, jednakże to, że dotąd nie mieli okazji poznać się od innej strony nie oznaczało, że Levi się przed tym wzbraniał. Może trochę, bo łatwiej było prowadzić interesy bez prywatnych zażyłości, on jednakże nie był mistrzem w nieprzekraczaniu tej granicy. Widział przecież, że z właścicielką apteki było źle, a skoro było to po niej widać, musiało być nie tylko źle, a bardzo źle. I być może dlatego Noor zwróciła uwagę na to, że kotołak zadawał dużo pytań, bo pytania te dotykały bezpośrednio jej słabości, a to, że przyznawała się do niej niechętnie, potrafił zrozumieć. Sam przecież zawsze twierdził, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, prawda?
— Prawie dwa tygodnie — przekalkulował. — Wow — sapnął zaraz. — Jestem przekonany, że pobiłaś jakiś rekord — rzucił, a potem popatrzył, jak Noor sięga do kieszeni. W następnej chwili jego uwagę przyciągnęła tocząca się po blacie, w jego stronę, fiolka. Nakrył ją szybko dłonią, przyszpilając ją do stołu, czyniąc to w zupełnie koci sposób, jakby unieruchamiał ofiarę i wykazał się przy tym zwinnością niepodobną do zwykłego człowieka. Sekundę po tym, jak cichy brzęk toczącego się szkła ucichł, powoli odjął dłoń od blatu, co najmniej jakby spodziewał się, że fiolka na niego skoczy. Nic podobnego nie miało miejsca, więc Levi ujął ją w palce i podniósł pod światło, na wysokość wzroku.
— W porządku — oznajmił niczym znawca krwi demonów, który sprawdzał, czy nie ma do czynienia z fałszywką i schował fiolkę do kieszeni. Mając znowu wolną dłoń, złapał za kieliszek, który prędko i sprawnie opróżnił.
— Nie działa na ciebie, co? — westchnął, patrząc nieco posępnie, ale też z cieniem rozbawienia na Noor. — Sposób stary jak świat nie działa. Szkoda. Jesteś nieekonomiczna, jeśli chodzi o picie — zawyrokował i kompletnie niezrażony tym werdyktem, który sam ogłosił, przejął od niej butelkę i polał im znowu, bo przecież nic nie stało na przeszkodzie, by flaszkę opróżnili i tak, a miało im starczyć jeszcze na kilka kolejek.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Być może były bardziej podobne niż się pozornie mogło wydawać. Jedna i druga chciała pozostać w cieniu, tylko jedna z nich miała to o tyle ułatwione, że sama wyglądała jak cień, a druga – Noor – musiała postarać się z tym bardziej. Obydwie musiały uciekać, przynajmniej z tego, co zrozumiała Aurora. Nie naciskała jednak, nie wyciągała ze swojej klientki kolejnych opowieści.
OdpowiedzUsuńMiały czas, skoro obie utknęły tutaj, w Azylu, w miejscu, które powinno być dla nich bezpieczne, ale nie do końca takiego były. Dawno mury, stabilne, wysokie mury, za którymi mogły się ukryć, choć pozostawały one niewidoczne dla wielu oczu z zewnątrz. Jednak tutaj nie mogły zniknąć. Nielsen nie mogła zniknąć. Musiała tutaj pracować, pojawiać się za barem, wychodzić z mieszkania, zaglądać do sklepów, meldować się w ratuszu. Zniknęła dla świata zewnętrznego, ale nie mogła zniknąć ze świata, który wykreowała Rada.
Spojrzała na Noor, gdy ta mówiła. Posłała kobiecie delikatny, blady uśmiech, który w żadnym wypadku nie sięgał jej oczu. Nie pamiętała, kiedy uśmiechała się tak naprawdę, nie pamiętała, kiedy mogła się beztrosko z czegokolwiek cieszyć. Wydawałoby się, że tutaj wszystko powinno być dla niej łatwiejsze, ale wcale tak nie było.
Nie była w stanie ustalić odpowiedniej hierarchii wartości, nie wiedziała, czy wolność powinna być stawiana ponad bezpieczeństwo, czy samotność nie była lepsza niż życia w grupie. Bała się. Okropnie bała się wszystkiego, a choć tutaj w końcu spała w miarę spokojnie, w ciepłym mieszkaniu, na wygodnym łóżku, to nadal się bała.
— Tutaj też cię przesłuchiwali? — spytała, bo Rory przebywała w miejscach, gdzie przesłuchanie wiązałoby się z więzieniem, z przymusową współpracą albo śmiercią. Dlatego się nie godziła na to, aby być złapaną, dlatego po jedenastu latach ucieczki dała się złapać tym, którzy reprezentowali sobą mniejsze zło.
— To jest wyczerpujące — przyznała. — Było wyczerpujące i zostaje z człowiekiem nawet wtedy, kiedy jest już… bezpieczny — odparła. — Wiesz, jeśli przez kilka lat jest w ciągłym trybie czuwania, nie przełączysz się nagle na ten tryb komfortu — wyjaśniła poniekąd skąd brał się jej bunt. Westchnęła ciężko i dostrzegając kieliszek Noor nachylający się w jej stronę, sięgnęła po butelkę tequili, ale tym razem napełniła tylko szkło Noor.
— Można tutaj komuś odrąbać łeb? — zapytała widocznie zaintrygowana tym pomysłem, nie żeby miała kogoś na celowniku, a już na pewno nie żadnego z funkcjonariuszy, którzy wpadali tutaj, aby zaprowadzić porządek. Uniosła brew. Sądziła, że nad życiem i śmiercią w tym miejscu czuwają członkowie rady, ale jeśli wydarzyło się coś, co wymykało się spod ich reguł… Aurora w tej chwili rozważała bycie buntownikiem z wyboru.
Rory Nielsen
Przede wszystkim, on nie postrzegał śmierci w tak ludzki sposób, w jaki przedstawiała to Noor, bo on nie mógł w taki sposób umrzeć. Trwał na tym świcie ponad sześćset lat nie dlatego, że skutecznie przed śmiercią uciekał, a dlatego, że nigdy nie miał tak naprawdę możliwości zostać skutecznie zgładzonym. Dla niego śmierć nie była nagłym końcem, tylko czymś bardziej odległym i warunkowym, zależnym od konkretnych okoliczności, których w zwykłym świecie po prostu nie dało się spełnić. Ludzkie ciało było jedynie powłoką, którą mógł stracić, porzucić albo wymienić, ale to, co istotne, trwało dalej, niezależnie od tego, co działo się z materią. To nie było życie zawieszone na cienkiej granicy, którą można było przerwać jednym błędem. Jego istnienie kończyło się dopiero wtedy, gdy ktoś wiedział dokładnie, jak je zakończyć i miał do tego odpowiednie warunki. Dlatego nie myślał o śmierci w kategoriach strachu czy nieuchronności, a bardziej jak o czymś, co teoretycznie istnieje, ale w praktyce rzadko kiedy ma szansę się wydarzyć tu w materii. Dopiero świat astralny zmieniał zasady gry, odsłaniając jego prawdziwą naturę i odbierając mu tę przewagę, którą dawało ludzkie ciało, bo tam stawał się podatny na to, co w innych warunkach było poza zasięgiem. Tutaj mógł się spalić i trwać bez ludzkiej powłoki jako cień przez kolejne setki lat. I właśnie tak to działało do tej pory cały czas. To ciało, które miał obecnie, było jednym z wielu, dlatego zupełnie nie przywiązywał się do własnego wyglądu.
OdpowiedzUsuńNie wiedział jednak, jak działało to u takich bytów, jak Noor. Czy dla niej ciało też było tylko powłoką, którą mogła zmieniać, czy jednak brak ciała był równoznaczny z odejściem z tej materii już na zawsze? Nie rozmawiali o tym, bo ich relacja skupiała się na cielesności i nigdy nie wychodziła poza te ramy, ale skoro była pół demonem, to możliwe, że nie była wcale zależna od ciała tak w stu procentach. Ale może faktycznie mogła umrzeć tak po ludzku, skoro rozmyślała o śmierci w taki sposób.
— Nigdy nie myślałem o nikim w ten sposób, Noor — przyznał, prostując ciało, gdy Noor zaczęła smarować jego klatkę piersiową lekiem. Nie zamierzał kolorować sytuacji, po prostu nie patrzył na to istnienie przez pryzmat śmierci, bo spotykał się z wieloma bytami później w innych ich wcieleniach, więc to nie było jednokolorowe w jego przypadku. Nie przywiązywał się też do istot na takich zasadach, żeby warunkować ich trwaniem albo jego brakiem. Relacje były dla niego czymś, co istniało w danym czasie, w konkretnym układzie okoliczności, a potem naturalnie się rozmywało, zmieniało formę albo wracało po latach pod zupełnie inną postacią. Nie traktował tego jako straty w ludzkim rozumieniu, a jako element ciągłości, która rzadko kiedy kończyła się tak definitywnie. Ktoś znikał, żeby potem pojawić się gdzieś indziej, czasem nieświadomy tego, kim był wcześniej, czasem tylko z cieniem dawnej tożsamości. I właśnie dlatego też nie budował więzi w oparciu o trwałość, tylko o moment, bez potrzeby zabezpieczania tego na przyszłość. Bo przyszłość i tak rzadko kiedy wyglądała tak, jak można by ją sobie wyobrazić. W jego przypadku przyszłość była tak na dobrą sprawę teraźniejszością.
— A planujesz umrzeć, że o tym myślisz? — dopytał więc, zaciekawiony takim tokiem myślenia, i popatrzył uważniej na jej twarz. Skądś się to wzięło w jej głowie, a nie brzmiało jak czysta teoria ani przypadkowa refleksja, tylko jak coś, co zdążyło się w niej ułożyć i może nawet zagnieździć. Takich pytań zwykle nie zadaje się bez powodu.
Zayden Ward
Anastasius nie za bardzo rozumiał jej reakcję, ale nie zamierzał tego komentować ani próbować rozmawiać, gdy widział, że Noor jest w emocjach. Wiedział, że być może ją zranił i zapewne gdyby mógł, to by nigdy do tego nie doprowadził, jednak znikanie i zostawianie wszystkiego bez rozwiązania nie było czymś, co chciał zrobić. Był kimś, kto lubił doprowadzać sprawy do końca i nie kierował się emocjami w momencie, w którym ewidentnie owe uczucia byłyby złymi doradcami. Noor była jednak młoda, temperamentna i miała prawo wyrzucić z siebie wszystko, co tylko chciała, szczególnie teraz, gdy mierzyła się z bezsennością.
OdpowiedzUsuńBaldwina nie zrobiła żadnego ruchu, po prostu tam była, pozwalając emocjom opaść. Nie wiedziała, co łączyło lisza z Noor, ale też nie miała zamiaru się tego dowiadywać – w Azylu istniało wiele różnych relacji, często takich, które polegały na wymianie korzyści, i było to normalne. Ostatecznie każdy decydował o tym, z kim rozmawiał, przyjaźnił się czy wiązał.
Nie chodziło o to, czy Baldwina odważy się podejść, czy nie – nie była istotą, która zrobiłaby coś wbrew zasadom, więc jeśli podejrzewałaby, że runy Noor zostały naruszone, sporządziłaby stosowny list i zaprosiła dziewczynę do Ratusza, a gdyby to nie zadziałało, musiałaby to zgłosić funkcjonariuszom porządkowym.
— To nie moja kontrola, ja niczego nie kontroluję, a jedynie trzymam się zasad, które do tej pory pozwalają nam żyć w zgodzie — odpowiedziała rzeczowo. Jej porcelanowa twarz nie miała żadnych konkretnych emocji. — Nie zamierzam cię zmuszać.
Baldwina nie używała siły wobec mieszkańców ani nigdy nie zrobiła niczego, co mogłoby zagrozić jej pozycji jako urzędniczki. Każdy jej czyn był podyktowany dbałością o szczegóły i panujące w Azylu prawo, ale to nie oznaczało, że samodzielnie podejmowała skomplikowane decyzje, bo żeby coś naprawdę się zmieniło i nikt nie czuł się pokrzywdzony, należało zadbać o wszystko wokół. To, że Baldwina sprawdziła runy Noor, było wpisane w jej obowiązki – urzędniczka mogła myśleć, że zostały one naruszone, szczególnie gdy Anastasius opowiedział jej o problemach aptekarki. Nie patrzyła Noor w oczy – nikomu nie patrzyła, ale gdy Limnar wyczuł zmianę energii, pająk z zainteresowaniem przyglądał się sytuacji, gotowy do tego, aby zareagować, gdyby Baldwina znalazła się w niebezpieczeństwie.
Heart kiwnęła krótko głową i podeszła ostrożnie, żeby Noor widziała każdy jej ruch, a potem pochyliła się, aby obejrzeć runy. Nie dotknęła znaków, wystarczyło, że je zobaczyła. Wyglądały idealnie, nie były naruszone.
— Dziękuję, Noor, doceniam współpracę — odezwała się, a potem cofnęła się o krok. — Runy wyglądają w porządku — dodała.
Zerknęła w stronę Anastasiusa, który wrócił do salonu z mieszanką wzmacniającą dla Noor oraz z filiżanką herbaty dla Baldwiny. Kościeja przyjęła napar i potarła palcami krawędzie porcelany.
— Jak się czujesz? — spytał von Weiss, stojąc przy kominku. Wiedział już, że lepiej zachować dystans, niż pozwolić, aby Noor znów wybuchła i próbowała wstawać. To nie doprowadziłoby do niczego dobrego. Miał jednak nadzieję, że będą w stanie porozmawiać.
Anastasius i inspektorka ds. run
Wciąż bez wyrazu, jakby mimika była poza zasięgiem Zmory, obserwowała poczynania Noor. To jak przeskakuje wzrokiem między nią a dziewczyną na łóżku, jak patrzy z nieufnością na podsuniętą buteleczkę. Widziała dobrze, jak krzywi się od smaku ziół, których mieszankę Damroka przygotowała wspólnie z liszem, mieszkającym zaraz przy cmentarzu. Mieszankę opracowała Damroka już dawno temu, chcąc gromadzić dla siebie zapasy – jeszcze jako Ściągająca, wielokrotnie musiała się nimi wspomagać, gdy wyprawa była długa i nie pozwalała na ryzykowanie ujawnienia. W końcu, ilekroć znajdowała się poza Azylem, chociaż sama była czymś w rodzaju pasożyta połączonego z drapieżnikiem, stawała się potencjalną zwierzyną łowną. Nie bez powodu z resztą – nikt nie lubił, gdy zaglądało mu sie do głowy, odkrywało największy ból i strach, do tego posiadając umiejętność podsycania go do tego stopnia, że sen był czymś wręcz bolesnym.
OdpowiedzUsuńGdyby Damroka chciała krzywdy Noor, zwyczajnie nie zaoferowałaby swojej pomocy – cierpliwie zaczekałaby, aż brak snu odbierze jej chęci do czegokolwiek, nawet do walki o własne życie. W końcu czas dla Zmory nie był czymś równie cennym, co dla istot śmiertelnych. Miała ponad dwieście lat, Los sam raczył wiedzieć, ile jeszcze było przed nią, więc mogła czekać tyle, ile było trzeba. Chciała jednak pomóc tej młodej, ślicznej dziewczynie, której uroda zaczęła umykać wraz z życiowymi siłami – a Damroka w końcu wiedziała dlaczego.
— Eliksir, który wypiłaś był w zasadzie czystą energią, ale chyba nie o to Ci chodziło, prawda? — zaskrzeczała Zmora, upiornie przekręcając głowę, jak dziwiący się czemuś kruk. To w prawo, to w lewo, powoli obserwując młodą kobietę, jakby próbowała dostrzec w niej coś więcej, niż można było zobaczyć na pierwszy rzut oka.
— To, moja droga Noor, była Mara Senna. Można powiedzieć, że… Moja bliska kuzynka — zarechotała złowrogo i pokręciła głową. — Musi to być ktoś z Azylu z runami do odnowienia, skoro tak bezczelnie była w stanie się na tobie pożywiać tak długo… Farciara — wysyczała zazdrośnie, bo Zmora faktycznie była zazdrosna o swobodę, którą dostała Mara. Sama tęskniła za wkradaniem się do snów, do czerpania z nich tego, co czyniło ją tym, czym była. Najbardziej jednak tęskniła za możliwością wywoływania strachu. W Azylu mało kto bał się jej zmorzej postaci, a możliwość jedynie przyglądania się koszmarom, bez aktywnego uczestniczenia w nich, wywoływało jedynie narastającą frustrację.
— Powinnaś to zgłosić… Musisz to zgłosić, najlepiej Radzie i Baldwinie, żeby mogła sprawdzić runy… — wysyczała niechętnie i ponownie roześmiała się, gdy Noor zapytała się o ochronę. — Przed Marą? Nikt Ci nie opowiadał, jak chronić swoje sny przed odwiedzającymi? — mlasnęła niezadowolona, a chociaż nie miała ust, to był to dźwięk lepki i mokry, jakby język był zbyt duży dla ust.
— Śpij na brzuchu, przybij srokę do krzyża, zrób kukłę… Jest bardzo wiele sposobów, ale żaden nie jest tak dobry, jak włożenie pod poduszkę czegoś ostrego. Na jakiś czas, aż nie uda się odnaleźć Mary i poprawić jej run, to powinno pomóc — wyjaśniła i nie czekając na reakcję Noor, zbliżyła palce o długich pazurach do jej oczu.
Nie minęła chwila, a znalazły się ponownie w mieszkaniu kobiety. Damroka, w swojej ludzkiej postaci kucała przy kobiecie, trzymając ją za dłoń i z troską sprawdzając, czy przypadkiem nie ma gorączki.
— Jak się czujesz, Noor?
Damroka
Pod wpływem mieszanki ziół od Mokseo, a teraz także pod wpływem domowej nalewki, Levi mielił jęzorem bez większego pomyślunku. Nie panował ani nad tonem głosu, ani nad słowami, które opuszczały jego usta, dlatego w odpowiedzi na to spojrzenie Noor, uśmiechnął się głupkowato i wzruszył ramionami. W przeciwieństwie do niej, na niego nalewka działała, a pita tak szybko, miała prędzej czy później sięknąć go raz, a porządnie. Póki co większa jej część zalegała w żołądku, a zawarty w niej alkohol powoli i z opóźnieniem, acz nieubłaganie przedostawał się do krwiobiegu. Gdy osiągnie właściwe stężenie, Levi pewnie padnie, a na domiar złego już teraz wiedział, że kiedy się ocknie – bo nie miał się obudzić, a ocknąć właśnie – to nadal będzie pijany. Tak już wyglądały konsekwencje picia alkoholu, a Levi znał je nad wyraz dobrze, bo nie wzbraniał się przed używkami. To też nie tak, że nie radził sobie bez nich w ogóle, ale jakoś trzeba było umilać sobie wolne wieczory w Azylu i poza nim, prawda?
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się, tym razem już nie głupkowato, a tak po prostu ładnie, w ten miękki, charakterystyczny dla upojenia alkoholowego sposób, kiedy Noor kazała mu się nie zamykać i się zaśmiała. Wyglądał na zadowolonego z tego, że jego paplanina jej nie przeszkadzała, nawet jeśli mówił coraz mniej składnie i coraz bardziej niewyraźnie, choć w zasadzie nie mówił aż tak wiele. Potrafił więcej, kiedy miał do tego okazję i odpowiednie towarzystwo, a teraz, choć towarzystwo było jak najbardziej odpowiednie, okazja pozostawała taka sobie.
W istocie, Dubois wyglądała źle. Levi mógłby skomentować to wzdłuż i wszerz, ale po co? Ani Noor nie miała przez to lepiej się poczuć, ani on. Aptekarka na pewno doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej stan jest kiepski i rozumiała to lepiej, niż kotołak, który wnioskował o tym jedynie na podstawie prowadzonej obserwacji. Poniekąd dziwił jej się, że w tym kiepskim stanie przyszła akurat do niego – musiała mu ufać w stopniu wystarczającym, aby pokazać mu się słabą i odsłoniętą, a w miejscu takim, jak Last Salvation, to było dużo.
Stąd westchnął ciężko. Namacalnie poczuł ciężar, który Noor położyła mu na ramionach. Uczyniła go odpowiedzialnym za siebie, z czego być może nie zdawała sobie sprawy, ale Levi właśnie w ten sposób to czuł i rozumiał, w ten sposób przetwarzał to jego umysł i serce, oba zawsze pełne emocji i myśli, nieustannie się ze sobą mieszających, jakby nie wiadomo było, kiedy kończy się myśl, a zaczyna uczucie i na odwrót.
— Dam ci znać — odpowiedział, zamierzając zrobić to bez względu na to, czy Noor by go o to poprosiła, czy też nie. — Kostka? — podchwycił, nieco zbity z tropu nagłą zmianą tematu. — Dobrze. Goi się. Osiągnęła już apogeum spuchnięcia i zasinienia, teraz już z górki — poinformował, bo rzeczywiście, mniej więcej dwa dni temu kostka przybrała swe ostateczne rozmiary i kolory, przez co teraz z każdym kolejnym dniem miało być coraz lepiej.
— Tego nie mogę ci obiecać — powiedział, czknął i zachichotał. Nie zaśmiał się, nie parsknął nawet, a właśnie zachichotał. — Ja mam talent do pakowania się w kłopoty — oznajmił, a w celu podkreślenia swoich słów, wychylił kieliszek nalewki.
Trunku w butelce starczyło im jeszcze na dwie kolejki. Wypiwszy tę drugą, a zarazem ostatnią, Levi odsunął od siebie kieliszek, czyniąc to w sposób mocno ostentacyjny, bo nie dość, że wyprostował rękę, wyciągając ją na całą jej długość, to jeszcze tułowiem położył się na blacie, przez co wspomniany kieliszek nieomal sięgnął krawędzi stołu i spadł. Nieomal, bo brakło do tego jakiś dwóch centymetrów. Zarówno kieliszek, jak i Levi, zostali już tak, jak się zatrzymali.
— Nie odprowadzę cię — poinformował kotołak, przekręcając położoną na blacie głowę tak, by móc swobodnie patrzeć na Noor. — Ja sobie tutaj zostanę, bo jest mi już bardzo wygodnie, a ty możesz skorzystać z mojego łóżka — mówił bełkotliwie, ale konkretnie. — Ostatnie drzwi po prawej. Prześpij się. To znaczy, połóż się i odpocznij. Ja też trochę odpocznę… — ziewnął głośno i długo. — I jak odpocznę, to wrócimy do apteki, dobrze?
Usuńzmencony LEVI ACKERMANN 🍸🐈⬛
[Cześć! Ojej, bardzo dziękuję, bardzo mi jest miło <3 Liv jest świeżą-starą duszą, która bardzo dużo przeszła... Ale to chyba jest w niej jak blizna, do której trzeba się przyzwyczaić, że tak po prostu wygląda - jak życie. :) Noor zaś jest fighterem, z tego co widzę, podziwiam takie osoby, które mają siłę iść po swoje.
OdpowiedzUsuńI nie, nie boję się! Z wielką chęcią zacznę z Tobą wątek. :)
Hm... może coś z tymi snami? Liv śni bardzo dużo, praktycznie codziennie, jest to przejaw pewnego rodzaju intuicji/proroctwa, więc mogłaby ujrzeć w snach jakąś kobietę i jakieś wydarzenie. I powiedzmy, że byłaby w tym samym miejscu co Noor, zobaczyłaby ją i miała wrażenie, że to o niej śniła (w rzeczywistości byłaby to jednak osoba z przeszłości Liv, którą wymazała z pamięci, ale wizualnie byłaby podobna do Noor). Liv zaczepiłaby Twoją Panią i spróbowała nawiązać rozmowę, chociaż zwykle tego nie robi. Ale mogłaby w tym śnie ujrzeć coś niebezpiecznego... Co myślisz?]
Liv
[Apteka brzmi spoko, jednak myślę, że ta pogoń będzie nieco ciekawsza, a Liv wyjdzie troszkę na szaloną - i dobrze, będzie zabawniej. :D Jeśli Ci to nie przeszkadza, zacznę zatem - w razie czego dowolnie zmieniaj elementy, aby były bardziej dopasowane pod Twoją wizję. :) ]
OdpowiedzUsuńSny, sny, sny... Niekończące się lustrzane widma codziennej egzystencji, zawierające pierwiastki wyimaginowanych zdarzeń... Czy na pewno? U ludzi – być może. Ale przecież Liv nie była człowiekiem.
Od zawsze miała problem z zasypianiem. Choć była mocno powiązana ze śmiercią i całą otoczką mrocznych myśli, była do nich po prostu przyzwyczajona, to mimo wszystko również – jak szary ludzik – potrzebowała momentu na odpoczynek. Zazdrościła więc śmiertelnym, że potrafili się od tak położyć do łóżka, odciąć się, niekiedy tylko będąc nękanymi koszmarami. Ona je miewała niemal każdej nocy, bez wyjątku. Była zmęczona. Przebodźcowana. Pragnęła doznać ulgi. Niestety nie było to możliwe, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynała widzieć – w realnym otoczeniu, na jawie – składowe swoich mar, zmuszające dziewczynę do podjęcia konkretnych kroków. Nierzadko wiązało się to z wyczuwaniem śmierci; charakterystyczny odór potrafił ciągnąć się za kimś nawet kilometrami, choć ta dana istota, dla innych, mogła pachnieć intensywną wonią fiołków. Panna Villard zaś miała niemal nudności, gdy tylko dostrzegała ów zapach, przez co ciągle potrafiło kręcić się jej w głowie.
Nieco inaczej było tym razem.
Nie czuła nic. Nic w jej wnętrzu nie drgnęło. Jedynie serce na parę sekund załomotało. Czy oszukiwała ją wyobraźnia? Dawne sekrety, wspomnienia?
Przebłyski rozgrywanych scen zamigotały przed oczami szatynki, gdy ta ujrzała postać kobiety, przechodzącej tuż obok, pomiędzy uliczkami.
Padało. Nadchodził zmrok, a światło powoli budzących się latarni odbijało się w coraz to większych kałużach. Jasne punkty drgały w rytm skupiającej się wody, ukazując nieruchome przedmioty tak, jakby były w biegu.
W prawdziwym popłochu znalazła się teraz Liv. Wiedziała, że to głupie, że niewarte świeczki, że pewnie coś jej się przywidziało, skoro nie czuła żadnego wyraźnego zapachu śmierci. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że skądś ów nieznajomą kojarzy, a im dalej i dłużej analizowała swoje sny, wertując je szybko w zakamarkach pamięci, tym mocniej się upewniała, iż nie jest to przypadek.
Poprawiła więc spadającą z ramienia torbę, zawiązała szybko rozplecione sznurówki w lewym bucie, a następnie, przeskakując nad małymi lustrami cieczy, próbowała dogonić brunetkę.
– Hej! Hej, ty tam! – krzyknęła, pędząc i przy tym próbując nie wpaść na jedną z latarni. Szkoda by było, gdyby jeszcze rozbiła sobie teraz głowę, lub nawet i nabiła guza. – Zaczekaj! – rzuciła głośniej, będąc już bardzo blisko kobiety.
[Dzień dobry!
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo za miłe powitanie Phelana w pradziejach, kiedy go opublikowałam, a potem przez komplikacje nie mogłam odpisać wcześniej (choć bardzo chciałam) :D
Musiałabyś coś dodać do tego pomysłu grania na fortepianie, jeśli mieliby zagrać kiedyś razem. To bardzo piękna scena, ale żeby do niej doprowadzić, Phelan musiałby twojej panience zaufać, a z tym często bywa u niego problem. Ja nie mam aktualnie za bardzo pomysłu, ale koncepcja przypadła mi wyjątkowo do gustu ♡ Moja słabość do artystów pakuje mnie i te oryginalne potworki do Was na wątki XD]
Klementyna i Phelan
Coś się w niej zmieniało, ale ciężko było mu określić, czym to dokładnie było. Pamiętał jednak początki ich znajomości, kiedy Noor miała w sobie znacznie więcej iskier i tej charakterystycznej energii, którą mimowolnie roztaczała wokół siebie. Potrafiła być rezolutna, żywa i wciągająca w rozmowę w taki sposób, że czasami naprawdę szkoda było kończyć wspólnie spędzony czas. Miała w sobie coś lekkiego, coś, co wybijało się na tle azylowej szarości i na moment pozwalało o niej zapomnieć. Teraz to wszystko wydawało się przygaszone, jakby coś stopniowo odbierało jej tę naturalną swobodę i błysk, który wcześniej pojawiał się bez wysiłku. Może wpływ miał na to jej obecny stan, a może po prostu ich drogi zaczęły rozchodzić się w innym kierunku. Tak chyba działały relacje, gdy z czasem zaczynało się pokładać większe zainteresowanie w kimś innym. Nie zawsze dochodziło nagłego końca, bo często ludzie zwyczajnie oddalali się od siebie powoli, trochę niezauważalnie, aż pewnego dnia orientowali się, że nie są już sobie tak bliscy jak kiedyś. I chyba właśnie w takim miejscu znajdowali się teraz oni. Nie było w tym nic dramatycznego, bo było to w pewnym sensie naturalne i nieuniknione, choć mimo wszystko odrobinę szkoda było mu tej dawnej Noor, która potrafiła rozświetlić atmosferę samą swoją obecnością. Ale w tym świecie nic nie jest stałe. Może to światło do niej wróci, a może to jej obecna ciemna odsłona będzie tą, która już przy niej pozostanie.
OdpowiedzUsuńCiężko było mu rozwinąć temat, bo nie wiedział, czego w swojej sytuacji próbowała, a czego nie, i z tego samego powodu nie był w stanie nic podpowiedzieć. Możliwości było wiele i naprawdę wątpliwe, że zostały wykorzystane już wszystkie, ale ostatecznie to Noor musiała zdecydować, którym tropom warto jeszcze poświęcić czas, a które prowadzą donikąd. On mógł co najwyżej założyć, że jeśli nadal szukała rozwiązania, to znaczyło, że jeszcze całkowicie nie straciła nadziei.
— Pocieszę cię nawet bardziej, bo w takim przypadku pewnie znalazłby się ktoś, kto zająłby się apteką sto razy lepiej, niż ja — zapewnił, bo akurat jego pojęcie o tych wszystkich specyfikach było niewielkie, więc na pewno nie prowadziłby tego przybytku zbyt dobrze. Miał zupełnie inną prace i zupełnie inne zobowiązania, wcale niezwiązane z farmacją, ale było tu sporo istot, które wiedziały, na czym polega aptekarski fach, więc na pewno znalazłby się ktoś, kto nie pozwoliłby się temu zawalić.
— Byłoby jednak najlepiej, gdybyś została tutaj ty — stwierdził, chociaż to było oczywiste, a potem pochylił się lekko i podał bandaż, o który prosiła. Na razie nie sądził, że to mogłoby ulec zmianie, choć wszystko wciąż było zależne wyłącznie od tego, co zdecyduje sama Noor, bo ostatecznie każdy i tak zostaje sam z tym, co uważa za właściwe dla siebie. Jeśli ona uzna śmierć za właściwą, to podświadomie będzie do tego stanu dążyć, ale chyba miała tu po co żyć, więc pozostawało mu wierzyć, że w którymś momencie sama zacznie się tego trzymać mocniej niż własnego zmęczenia.
Zayden Ward