nagłówek

18.02.2026

[KP] That the play is the tragedy, "Man",

Phelan Byrne And its hero the Conqueror Worm

25 30 letnia młodośćur. 1435 ● czarne rękawiczki noszone by zakryć sczerniałe dłonie ● pamięć fotograficzna ● przed snem słyszy szczęk uderzającej o siebie stali i świst strzał ● obecnie daleko od miejsca swojego pochówku, o którym nieustannie śni - tonie w tym samym jeziorze, gdzie na dnie wciąż leżą jego kości ● w nowym ciele stary palacz ● Łącznik ● moceno fightin' ● udział w intrygach ściśle powiązanych z Wojną Dwóch Róż, której finał rozegrał się w 1485 roku - Szalony Król musiał zginąć ze względu na powiązania z Bractwami Łowców (również jego świty) ● w trakcie trwania tejże wojny Phelan został Dullahanem w wyniku przegranego pojedynku na śmierć i życie ze zdrajcą, którego nie tak dawno nazywał przyjacielem ● pierwszy Rionnaí Cnám od ponad pół millenium ● drugi Flaith w dziejach historii ● jego głos jest bramą, a krew kluczem podczas corocznych obrzędów przy Kamiennych Kręgach, które zrzeszają wszystkich jeźdźców ● Żniwiarze zawsze są na czas i w każdej sytuacji, nawet jeśli tego nie chcą ● wypalane runy na ramionach nie są w stanie udźwignąć jego mocy na dłużej niż trzy dni - nadal nie wynaleziono rozwiązania, jak je okiełznać chociaż na tydzień ● od roku w Azylu przebywa Ojciec Sarkazmu (pijący kawę po irlandzku; whiskey, brązowy cukier, śmietanka)

We can easily forgive a child who is afraid of the dark; the real tragedy is when men are afraid of the light.

Nagie i długie palce sfatygowane od magii przesuwały się po klawiszach fortepianu z lekkością, ale muzyka wydobywająca się z instrumentu oddawała ciężar niewypowiedzianych słów i niewyrażonych emocji, które do tej pory gościły w zmęczonych, a nawet znudzonych spojrzeniach. Groteskowy był to widok, aby taka właśnie istota przygrywała o tak późnej porze w miasteczku tak dziwnym i zamkniętym na ludzką rzeczywistość, że bardziej przypominało złotą klatkę niż oazę bezpieczeństwa w bezkresie tego świata. Melodia z kolei zamiast dodawać otuchy, to pogrążała wręcz w żałobie. Tylko za czym? Za dobrowolną, w pełni świadomą decyzją, dzięki której ów mężczyzna odnalazł cichszy kąt? Czy może za przeszłością w której chłopiec, bo wbrew pozorom nadal był to tylko chłopiec – biegał po łąkach na wybrzeżu Irlandii setki lat temu jako syn pasterza, nawołujący głośno do psów, wymachujący kijem znalezionym w lasku nieopodal miasteczka, jakiego nazwa i tak nie miała już znaczenia.

Na tę historię składają się jednak nie tylko nuty, bowiem były też kolory:

Srebrzysto szare skrzydła bijące powietrze z ogromną siłą, gdy bestia lądowała, aby pochwycić jedną z owiec i pomimo tej wymiany spojrzeń z ludzkim dzieckiem, jakże krótkiej oraz spontanicznej... Oszczędzić je. Pozostawić chłopca z nową obsesją, której celem było poznać prawdę na temat tego, co okazało się bliżej nieokreślone, spopielone już podczas Mrocznych Wieków.

Macocha, powszechniej znana jako Wiedźma z Lustra nie podzielała chłopięcej ekscytacji poza tą, aby smoka czym prędzej zgładzić, a jego kości, łuski czy wszelkie inne pozostałości – wykorzystać w pełni do eliksirów na wszystkie możliwe sposoby, ponieważ nic nie mogło się zmarnować. Naiwne dziecko gnane współczuciem odnalazło potem samodzielnie leżę, gdy odpowiednio długo się włóczyło, aby bestię ostrzec, choć nie miało przecież pewności, czy zwierzę, nawet magiczne – cokolwiek z tej chaotycznej próby zrozumie.

Ale pojęło.

Łowcom ostrzeżonym dyskretnie przez Wiedźmę nigdy nie udało się odnaleźć legendarnej, srebrzystej smoczycy, ponieważ nie wróciła do swojej starej jaskini u szczytu gór, ani nie kradła już owiec należących do ludzi.

Tak przynajmniej wszyscy myśleli.

Airgid, bo tak nazwał ją później młodzieniec, gdy poznał nieco bardziej ojczysty język, wykazała się sprytem oraz nadal nieopisaną w pełni magią. Okazało się, że nie tylko gadzina potrafiła stawać się niewidzialna, ale również spoglądała głębiej w naturę rzeczy; do samego dna duszy znajdującego się przed nią jestestwa.

Stojący przed smoczycą w blasku zachodzącego słońca byt posiadał potencjał i wolę zdolne naginać zasady celtyckich bogów. To był właśnie pierwszy raz, kiedy chłodna dłoń mogła dotknąć palących łusek między nozdrzami.

I tak jak piasek przesypuje się w klepsydrze, wyznaczając miniony czas brakiem, tak ta narastająca pustka w tym samym procesie nieustannie koroduje pozostałości po chłopcu, jaki spotkał smoka. Melodia nie nabrała wówczas tempa, nie zwolniła też dla poklasku. Utwór zaciął się w jednakim krążąc kole, nie znajdując ukojenia w końcu, który by dał jakieś rozwiązanie, ponieważ tak naprawdę go nie było. Stojąc na progu wieczności nie rozumie się tego, jak bardzo te drzwi są szeroko otwarte i nie pojmuje się dojmującego przerażenia, potrafiącego ścisnąć serce najodważniejszego rycerza... Podle świadomego, że tak naprawdę bogowie w swojej grze nie potrzebują cierpliwości ani ambicji. Wystarczy im zabawa podczas odległej obserwacji tego, jak śmiertelnicy igrają z ich ogniem.

...W tej historii tkwi zatem również okrutne ziarno prawdy:

Cokolwiek zostało, porusza się teraz bardzo pewnie, dyskretnie, jakby próbowało nie zajmować sobą specjalnie dużo miejsca. Nie jest to jednak spowodowane potrzebą wybudowania fasady. Wręcz przeciwnie. Ta ruina nie musi się ukrywać z głodem przypominającym hazard, ani tym bardziej nie potrzebuje pozostać w cieniu. To w świetle włada spojrzeniem, gniecie mową, przytłacza potęgą znającą ciężar większy, niż powinno czy kiedykolwiek pragnęło. Pożar nie zna bowiem umiaru, kiedy pochłania.

Someday, soon you'll be forgotten

Can't take, anything you've left behind

ODAUTORSKO

Witam i prezentuje: that's him, the bane of my existence. Na wizerunku Cillian Murphy. W tytule i poniżej "Robak Zdobywca" autorstwa E.A Poego. ☕︎ Drugi cytat należy do Platona. Ostatni cytat pochodzi z piosenki Be A Hero (feat. Bolshiee) · Euphoria.

W razie konieczności zapraszam na જ⁀➴ fugitiveraven@gmail.com

18 komentarzy:

  1. [Hej, cześć!
    Postacie spod Twoich palców są ciekawe i nietuzinkowe, podobnie jak było z Klementyną, czuję się, jakbym wchodziła do świata Phelana!
    Co tu dużo mówić... i wybór rasy, wizerunku, smaczki w postaci sczerniałych rąk itd. – wszystko pasuje :D I oh maj gaaad, uwielbiam ten gif z no fightin'. Don't foook with the Peaky Blinders!
    Jego runy to już osobna sprawa... jestem przekonana, że Baldwina kombinuje, jak je przedłużyć na więcej niż trzy dni. Skupienie lvl 1000... może przekona się do tej kawy po irlandzku xD
    Od siebie życzę duuużo weny i samych wciągających wątków, a w razie chęci, to zapraszam do Baldwiny. Myślę, że u tej dwójki akurat nie będzie problemu z pomysłem. :D]

    Baldwina Heart & Anastasius von Weiss

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry, hej! Witaj z drugą postacią! Pan równie cudowny co Twoja Klementyna, nie można Ci odmówić kreatywności. ♥ Wizerunek, który wybrałaś jest jednym z moich ulubionych, jeśli chodzi o męskie i bardzo pasuje do postaci, którą wykreowałaś.
    W razie co chętnie przyjmę tego Pana na wątek, zdecyduj tylko czy bardziej interesuje Cię demoniczny taniec z Lilith, czy podzielenie się krwią z Minervą. :D]

    Minerva Cove & Lilith Morveth

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ooohh wow! Tak tu klimatycznie i pięknie. Podziwiam wenę, wyobraźnię i umiejętność powiązania wszystkiego w spójną elegancką całość. Treść, ukryte linki, grafika, wszystko spiełaś perfekcyjnie 🤩 Podbijam autorki wyżej, tworzysz postaci nietuzinkowe i oryginalne, urzeka mnie głębia tych historii i bogate tło.
    Jeśli masz chęć, Noor chętnie zagra coś na fortepianie razem! Od siebie życzę niegasnącej weny i pięknych wątków 🤍☠️]

    Noor ✨

    OdpowiedzUsuń
  4. [Ło jejuśku, jaki cudny pomysł i jak świetnie opisany *_* Nawet nie wiem od czego zacząć, więc pewnie ograniczę się do szczerych, ale konkretnych zachwytów powyżej. Niemniej: czytało się to wszystko tak gładko i szybko, że człowieka aż skręca z chęci o więcej, więc pewnie będę tu trochę podglądać rozwój zaplanowanych akcji.
    Życzę dobrej zabawy, masy ciekawych wątków, a w razie czego zapraszamy do siebie ^^]

    Siwoo

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cilian. ♥ Jak zobaczyłam projekt KP, to zachwycałam się po cichutku wizerunkiem, a jeśli Phelan robi takie same miny jak Murphy w tych wszystkich genialnych rolkach, to ja go chcę! :D
    Z racji tego, że nie miałyśmy możliwości jeszcze popisać, a mimo wszystko trochę mi u Aurory ucichło, to jeśli znajdziesz chęć, to zapraszam na burzę mózgów. Baw się tutaj dobrze i z Phelanem.
    Weny życzyć nie muszę, bo masz jej co nie miara, patrząc po kartach. Podziel się. ♥]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  6. [Myślałam, że wystarczy Cillian. Okazało się jednak, że jego historia jest dużo ciekawsza od twarzy (co już jest niesamowitym osiągnięciem, no bo halo - to jest bardzo dobra twarz). Generalnie przyszłam powiedzieć, że bardzo chętnie stworzymy jakąś wciągającą historię, jeśli tylko masz ochotę. Dorian pakuje się w kłopoty, jest nieokrzesany, więc tak naprawdę wciągnąć go można we wszystko - chociaż jeśli udałoby się wymyślić jakieś porywające powiązanie to już w ogóle byłoby wyśmienicie. W każdym razie, zapraszamy do nas, jeśli tylko są chęci.]

    Dorian Everett

    OdpowiedzUsuń
  7. [Zgłoszę się mailowo, aby omówić więcej szczegółów ;) może uda nam się wymyślić coś wyjątkowego!]

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hej, hej, mam nadzieję, że nadal tu jesteście i chęci na wątek macie, bo ja z Rory tych minek nie przepuścimy! I równie chętnie Aurorka utemperowałaby mu nieco ten charakterek! Może się wtedy do niej uśmiechnie? :D

    Twój plan, ogólny zarys planu, jak mniemam, brzmi świetnie, więc co... czekamy na was za barem? Na ostatniego klienta? ;>]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  9. [Dzień dobry, cześć i czołem :) Widzę, że ponownie się nam tutaj uruchomiłaś, więc przychodzę zapytać, czy może masz ochotę na jakiś łącznikowy wątek pomiędzy kolegami po fachu? ^^]

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  10. Baldwina była starym, skomplikowanym bytem, a jeszcze dziwniejszą osobą. Miała swoje dziwactwa. Lubiła liczby parzyste, miała swój ulubiony widelec do jedzenia, ukochany palnik, gdy gotowała, uwielbiała swoją rutynę i nie lubiła, kiedy działo się coś, co zaburzało jej wewnętrzną harmonię, w której dało się pogubić, bo Baldwiny nie należało w żaden sposób kategoryzować. Była więc po prostu sobą, Baldwiną Heart, tą, która piecze zawsze tuzin ciasteczek, która dzierga, która słucha starych piosenek, dbając o gramofon, który pamiętał już lepsze czasy. Cała jej istota zamykała się w rzeczach, których nikt już nie chciał, a ona chętnie je do siebie zabierała, wierząc, że mają duszę.
    W pracy jednak te dziwactwa przestawały mieć znaczenie. Jako urzędniczka była skrupulatna, uważna i przede wszystkim nie dało jej się złamać. Nie interesowały ją ani obietnice, ani układy – dla wielu była wrogiem numer jeden, bo to ona nakładała te przeklęte runy, odbierała część mocy, zupełnie jakby dokładnie to było jej zamiarem, a przecież chodziło o coś innego. W tej pracy przydawało się jej spokojne podejście i brak gwałtownych reakcji, bo nie przejmowała się wyzwiskami ani buntem ze strony nowo przybyłych. Baldwina po prostu robiła to, co do niej należało – bez pośpiechu, dokładnie, i nigdy nie wahała się, aby zareagować, gdy ktoś ignorował jej listy czy wezwania do Ratusza.
    Baldwina była w azylu od niemal zawsze. Przybyła tutaj jako jedna z pierwszych istot, pomagając zadbać o to miejsce, choć tak naprawdę ona równie mocno potrzebowała pomocy. Chciała przestać uciekać, przestać być kukiełką w czyichś rękach. Ktoś mógłby powiedzieć, że w miasteczku też była marionetką. I być może ten ktoś miał rację, ale tym razem Baldwina nie chodziła w łachmanach, nie była głodna, nie bito jej ani nie opluwano, nie karano jej i nie zmuszano do odkrywania ciała. Miała tutaj swoje małe, zagracone mieszkanko, swoją bezpieczną przystać, ubierała to, co chciała i miała pełny żołądek. Poza tym nawiązała w Azylu kilka bliższych relacji, które bardzo ceniła, a których kompletnie się nie spodziewała – być może po raz pierwszy od wieków czuła, że jest w jej życiu ktoś, kto swoją obecnością sprawia, że dzień jest lepszy. Nie chodziło o wielkie gesty czy prezenty. Baldwina nie była materialistką, lubiła jednak czuć się potrzebna i ceniła sobie szczerość.
    Przeglądała dokumenty, siedząc w fotelu. Jej biurko, stojące przy jednym z okien, zawsze było czyste, choć znajdowały się też tutaj jej osobiste rzeczy. Wysłużona filiżanka z kwiatami, w której piła kawę, kosmetyczka, a w niej kilka gumek do włosów i ulubiony truskawkowy błyszczyk, który pomagał jej z popękanymi ustami, czy książka, która zmieniała się dokładnie co tydzień, w środę. Co jakiś czas Baldwina odrywała jednak wzrok od papierów i zerkała w stronę drzwi. Czekała na Phelana Byrne’a, który powinien był pojawić się w Ratuszu jakiś czas temu. Nie okazywała jednak zniecierpliwienia w jawny sposób, zamiast tego odkładała kolejne dokumenty z nieco większą precyzją, prostowała, poprawiała ułożenie rzeczy i raz jeszcze zerkała w stronę wiszącego zegara. Nie lubiła, gdy coś zakłócało ustalony porządek dnia, a jałowe oczekiwanie było jedną z bardziej męczących form bezczynności. Wiedziała jednak, że skoro Phelan się spóźniał, musiał mieć powód, raczej nigdy nie był skory do tego, aby jawnie unikać wyznaczonych terminów odnowienia run. Należał do grupy tych istot, dla których nałożenie znaków wpisywało się w codzienność miasteczka, bowiem nikt jeszcze nie zdołał tego uniknąć; Baldwina bardzo zresztą dbała o to, żeby cały proces przebiegał sprawnie i dokładnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwilę później poczuła coś, jakby subtelną zmianę w powietrzu, lekkie przesunięcie ciężaru, które pewnie byłoby niechwytne dla wielu istot tutaj, ale Baldwina umiała je poczuć. Kościeja uniosła wolno głowę znad papierów, a w jej fioletowych oczach pojawiło się coś ostrego i uważnego – wbiła wzrok w drzwi, mogąc sobie wyobrazić, jak energia, z którą ktoś tutaj wszedł, zaczyna sączyć się po Ratuszu, rozlewając się po korytarzach. Wiedziała, co to oznaczało; runy były słabsze niż wtedy, gdy je nakładała, a to mogło oznaczać kłopoty.
      Odłożyła dokumenty i wstała od biurka bez pośpiechu, a Limnar poruszył się ledwie dostrzegalnie w jej włosach. Baldwina obeszła mebel i zatrzymała się naprzeciwko Phelana, gdy ten stanął w drzwiach. Przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce, oceniając jego stan, a potem pokazała gestem, żeby rozgościł się w jej gabinecie.
      — Twoje runy są słabe. — Jej głos był cichy, ale bardzo wyraźny. — Czuję twoją energię… za mocno. Nie powinieneś doprowadzić się do takiego stanu. Spóźniłeś się.
      Przechyliła lekko głowę, a Limnar przesunął się po jej włosach, wychodząc nieco z ukrycia, jakby duch także rozpoznawał ten specyficzny rodzaj energii, którą wyróżniał się Phelan. Baldwina nie bała się jednak, nie była też przerażona, raczej skupiona i nieco zaniepokojona, ale w swój chłodny sposób, który sprawiał, że jej twarz wydawała się jeszcze bardziej biała i porcelanowa.

      Baldwina Heart 🕷️ 📄

      Usuń
  11. [Myślę, że Levi jeszcze zdąży napić się herbatki z Klementyną 😃 A tymczasem może mogę Cię zaprosić na maila, gdzie dogadamy sobie jakieś szczegóły i zastanowimy się, co by tu na początek wyłowić z tego oceanu możliwości, które mamy? 🙂 Napisz proszę do mnie na: panienkazokienka92@gmail.com
    Mi też już co nieco chodzi po głowie, ale najpierw musze wypytać o to, jakie Phelan ma wyrobione zdanie na niektóre tematy xD]

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  12. Baldwina poczuła jego aurę niemal natychmiast, kiedy tylko rozlała się po gabinecie, teraz już pełniej i niemal bezczelnie. Nie była to jednak energia, którą dało się zignorować albo potraktować jak zwykły szum w tle. Ciążyła w powietrzu, osiadała przy skórze i wwiercała się w czaszkę.
    Limnar poruszył się wyraźniej w jej włosach, a Baldwina odruchowo uniosła dłoń, przesuwając palcami po jednym z białych pasm, jakby chciała uspokoić nie tylko jego, ale też siebie. Sama natura tej energii nie była jej obca, przeciwnie, miała w sobie coś, co współbrzmiało z kościeją w niemal niepokojący sposób. Śmierć, stara magia, coś pierwotnego i pozbawionego potrzeby tłumaczenia się z własnego istnienia, tyle że u Phelana wszystko to było spiętrzone i przeskalowane.
    Baldwina usiadła z powrotem po drugiej stronie biurka i przez chwilę obserwowała mężczyznę, który powinien pojawić się w Ratuszu już jakiś czas temu. Omijała, oczywiście, jego oczy – jej spojrzenie zatrzymało się najpierw przy jego dłoniach, potem przy ramionach i szyi.
    Kiedy powiedział, że wybrał się po coś specjalnie dla niej, zmarszczyła się lekko.
    — Dla mnie? — powtórzyła cicho, jakby chciała upewnić się, że dobrze usłyszała. Rzadko kiedykolwiek ktoś dla niej robił, ale nie było jej z tego powodu przykro; przyzwyczaiła się już i choć minęło wiele czasu, odkąd pracowała w cyrku i wisiała wysoko, owinięta szarfami, to wciąż nie do końca wierzyła w to, że byłaby kimś, komu cokolwiek się dawało.
    Nie zapytała więc od razu, co to było. Ostatnio przy herbacie rozmawiała z nim o różnych ziołach i o tym, że zaczęła dziergać sweter, mając nadzieję, że uda jej się skończyć do zimy. Nie było zresztą w tym nic dziwnego; Baldwina, jako stara istota, całkiem nieźle dogadywała się z Phelanem. Było w tym coś wygodnego, coś, czego nie musiała sobie tłumaczyć. Przy nim nie czuła tej różnicy, która czasem pojawiała się w rozmowach z istotami znacznie młodszymi, żyjącymi gwałtowniej i bardziej zachłannie. Phelan znał ciężar czasu, wiedział, że pewne rzeczy mogą trwać długo i nie muszą przez to tracić znaczenia.
    — Pokażesz mi później — zdecydowała jednak, bo najważniejsze były runy. Sięgnęła po jedną z teczek, ale zamiast ją otworzyć, wyrównała jej krawędź względem blatu. Raz. Potem poprawiła jeszcze róg. Aż w końcu wyciągnęła z niej dokumentację Phelana. Przesunęła wzrokiem po zapisanych stronach, zatrzymując się przy wcześniejszych terminach odnowień, miejscach nakładania znaków i własnych uwagach dopisywanych drobnym, równym pismem.
    Baldwina przyjęła jego słowa bez urazy. Rozumiała zmienne i rzeczy, których nie dało się zamknąć w prostym „tak” albo „nie”, i chyba właśnie dlatego nie oczekiwała od Phelana obietnicy, której nie byłby w stanie dotrzymać. Przesunęła opuszkami palców po krawędzi dokumentacji, zatrzymując je w jednym miejscu.
    — To rozsądna odpowiedź — powiedziała.
    Gdy zapytał o miejsce nowych run, Baldwina od razu spoważniała. Zmierzyła męską sylwetkę od góry do dołu, bez żadnego skrępowania, ale też bez niczego osobistego. Zatrzymała wzrok przy jego karku, ramionach, linii obojczyków, później przy bokach tułowia, jakby w głowie kreśliła po jego skórze kolejne znaki i sprawdzała, gdzie miałyby największą szansę utrzymać się dłużej.
    — Nie chcę powtarzać poprzedniego układu — odpowiedziała. — Skoro runy znowu osłabły szybciej, niż zakładałam, odtwarzanie ich w takiej samej konfiguracji nie ma sensu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstała i podeszła bliżej. Zatrzymała się przy nim, przechylając lekko głowę.
      — Myślę o karku i górnej części pleców. — Jej palec uniósł się w powietrzu. — Główny znak tutaj. Potem dwa mniejsze wzdłuż łopatek, żeby rozłożyć nacisk. Do tej pory próbowałam tłumić twoją aurę zbyt punktowo. Twoja energia zachowuje się jednak bardziej jak coś, co napiera z całego ciała jednocześnie. Jeśli zamknę ją w jednym miejscu, znajdzie inne ujście. Więc tym razem spróbujemy ją rozprowadzić, a dopiero potem ograniczyć.
      Dopiero po tej analizie spojrzała znów w stronę jego twarzy.
      — Zdejmij, proszę, górę ubrania — powiedziała rzeczowo. — Muszę zobaczyć poprzednie ślady i sprawdzić, gdzie runy zniknęły najszybciej. — Zawahała się jeszcze, a potem dodała: — A później pokażesz mi, co dla mnie przyniosłeś.

      Baldwina Heart

      Usuń
  13. Ataki Kuro zdarzały się długo przed ostatecznym wybuchem.
    Z niepokojem obserwowała to odkąd sprowadzili się do nowego miejsca. Przez ten tydzień mężczyzna zdawał się żyć w wiecznej euforii. W zaledwie trzy dni stworzył kilka, całkiem porządnych dzieł, zdążył rozpakować połowę kartonów, w tym wszystkim znajdując czas na rozłożenie po środku salonu miejsca na rzeźby, nawet napoczynając jedną z nich.
    Na początku zrzucała to na nowe miejsce, gdzie w końcu mogli odetchnąć od codziennego niepokoju rozluźniając się na tyle, by móc rozpocząć w miarę normalne życie. Ulga minęła szybko, bo już od czwartego dnia od wyprowadzki zaczęło się przesiadywanie po nocach, gdzie usłyszała jak po cichu dyskutuje sam ze sobą. Dziewczyna znosiła to dzielnie, sama zajmując się domem, w tym również pięcioletnim bratankiem powoli wychodząc do miasta, poznając główne ulice. Znalazła pracę w sklepie monopolowym. Niby nic wielkiego, lecz pozwoliło oderwać się jej na tyle, by ostudzić niepokój wdrażając się w nowy rozdział.
    Do czasu.
    Agresja zaczęła się nagle.
    Poranek nie zaczął się jakoś szczególnie. Raczej nie warty zapamiętania jak każdy inny tego tygodnia, oprócz tego że właśnie rozpoczynała się sobota. Nie miała wielkich planów, spacer, ewentualnie lody z maluchem, przygotowanie posiłku, spędzenie czasu nad książką, czy rozpakowanie. Wszystko legło w gruzach, kiedy usłyszała rozrywany obraz. Przeszła do salonu od razu dostrzegając jak czerwone oczy mężczyzny przesuwają się po obrazach, a on śmieje się tak, jakby faktycznie ktoś stał obok.
    — Myślisz, że tak łatwo mógłbyś odpuścić? Daj spokój, kurwa — rzucił w przestrzeń z kieszeni wyciągając paczkę papierosów odpalając jednego.
    Mel obserwowała go z korytarza nadal trzymając kubek w dłoni, gdy zaczął chodzić nerwowo po pokoju coraz bardziej niespokojny. W stronę okna, z powrotem do ściany zaczynając wymachiwać rękoma w sposób, jakby komuś coś tłumaczył. Później było już gorzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na nic zdała się rozmowa, zaś leki na uspokojenie, jakie wręczyła mu do ręki wyrzucił przez okno wpadając w coraz większą agresję nie tylko wobec siebie. Zaczął zachowywać się agresywnie wobec wszystkiego wokół w tym i jej samej. Dobrym zrządzeniem losu wcześniej bratanka zostawiła w pokoju tam dając mu słuchawki, dostęp do jej laptopa, więc sytuacja nie była na tyle podbramkowa jak mogło z zewnątrz się wydawać. Wszystko zaczęło eskalować wzbudzając coraz większe zainteresowanie całego bloku, gdy słowna agresja przerodziła się w krzyki, a to w rzucanie się po ścianach. Sąsiedzi musieli być zachwyceni. Słysząc krzyk rozchodzący się na całą klatkę, później walenie pięściami przy ścianach może jedna, bądź dwie osoby stukało do drzwi grożąc wezwaniem tutejszej policji. Zmusiło to Melanie do podjęcia radykalnych środków. Nie była tu na tyle długo, by wiedzieć na jakie rzeczy mogła sobie pozwolić, ani czy chociażby działa tu coś w rodzaju szpitala, więc wkroczyła do pokoju malucha biorąc go na ręce gdzie wyszła z nim na klatkę, by usadzić go na ławce przed blokiem.
      — Zostań tu — poleciła, gładząc policzek Yumi'ego uśmiechając się pocieszająco. Dziecko, nad wyraz spokojne kiwnęło głową, wracając do własnych spraw. Ignorując ludzi przy klatce, odwróciła się napięcie. Nie potrzeba było jej teraz żadnych pytań z ich strony.
      Siła nigdy nie była rozwiązaniem, lecz teraz wydawała się jedynym sposobem, by osiągnąć to, czego potrzebowała. Przynajmniej tak sobie powtarzała, wspinając się coraz wyżej po schodach.
      Stanęła na ich piętrze. Wzrokiem od razu wylądowała na brunecie stojącym niedaleko wejścia do mieszkania, przez co zatrzymała się w połowie kroku. Nie była zaskoczona pojawieniem się kolejnych sąsiadów. Kłótnia Kuro musiała przykuć uwagę połowy bloku, zwłaszcza że mężczyzna wziął sobie do serca kłócić się z kimś w głowie z coraz większą namiętnością unosząc głos.
      — Cześć — spojrzała w niebieskie oczy mężczyzny, biorąc głębszy oddech. Weszła po ostatnich schodkach. Odetchnęła ciężko, nie odzywając się przez jakiś czas. W głowie kalkulowała kilka możliwych rozwiązań całej tej szamotaniny, lecz najważniejszym było podanie przyrodniemu bratu leków. Nie zajmowała sobie głowy zbędnymi wyjaśnieniami, z góry zakładając, że ludzie nie reagują dobrze na osoby w kryzysie psychicznym. Zwłaszcza, gdy dowiadywali się na jaki rodzaj zaburzenia cierpiał jej przyrodni brat. Wolała działać.
      — Macie w azylu coś w rodzaju szpitala, albo funkcjonariuszy? Potrzebuję pomocy, żeby podać bratu leki — wyjaśniła, nerwowo podchodząc pod numer własnego mieszkania, by odwrócić się do przybysza. Dłoń zadrżała, gdy zbliżyła ją do klamki przez samą myśl, jak ciężkie czeka ją zadanie. Presja opanowania mężczyzny zawsze stanowiła dla niej wyzwanie, zwłaszcza gdy pojawiało się coraz więcej gapiów, a ona wpadała w panikę przez otoczenie. Zmuszała się wtedy do dysocjacji i mimo, że robiła to od lat, za każdym razem czuła się tak, jakby serce miało wyskoczyć jej z piersi. Mimo to starała się zachować nerwy na wodzy, w ciszy czekając na odpowiedź, mimo ich huki za ścianą zaczęły być coraz bardziej niepokojące.

      Melanie

      Usuń
  14. Przez minione jedenaście lat karmiła się ucieczką. Ucieczka była jej paliwem, ucieczka napędzała ją do istnienia, wzmagała czujność, nakazywała chronić to, co miała najcenniejsze – swoje życie. Nie dopuszczała do siebie myśli, że jej życie nic nie znaczy, ale nie znaczyło. Została całkiem sama, brutalnie doświadczona przez los, społeczeństwo łowców i bezwzględnych polityków ogołociło jej duszę, rozszarpało ją na kawałki. Nie miała dla kogo żyć, a jednak nieustannie podejmowała walkę, zmuszała się do ucieczki. Jakby jakaś niewidzialna siła pchała ją do przodu, jakby ktoś złośliwy, kontrolujący jej los, nie chciał pozwolić jej umrzeć, doświadczającą ją na wszelkie możliwe, nigdy przyjemne sposoby.
    W Azylu była stosunkowo od niedawna, po niej do miasteczka ściągnięto jeszcze kilku różnych osobników i każdy przeżywał ten sam szok. Jedni radzili z nim sobie lepiej, drudzy nieco gorzej. Większość jednak była zadowolona. Aurora przybyła tutaj zimą, mroźną i śnieżną, poczuła się wtedy zamknięta nie tylko w Azylu, ale i w przydzielonym jej mieszkaniu, bo nie lubiła zimna, bo miała go w swoim życiu nadto, gdy przychodziło jej często spać bez dachu nad głową. Wychodziła tylko na przymusowe wizyty do ratusza, raz na posterunek funkcjonariuszy porządkowych i do baru, gdzie dostała pracę.
    Aurora Nielsen nie lubiła Azylu. Nie była tą, która poczuła się tu bezpiecznie. Niemal od razu poczuła coś niepokojącego – wrażenie, że znajduje się w prawdziwej pułapce, porządnej, dobrze zamaskowanej, pilnie strzeżonej pułapce. Stąd nie było wyjścia. Nikt nie mógł opuścić Azylu bezpowrotnie, a jeśli tak, to za pewne umierał. Dlatego jej uwagę wzbudził też pomnik na placu w środku miasteczka. Z imionami i nazwiskami zmarłych. Nie odetchnęła z ulgą, jak syrena, którą ściągnięto niedawno, a która szybko wpadła tutaj na swoje siostry i poczuła się jak w domu. Nielsen czuła się tu obco, czuła się tutaj po prostu nie na miejscu. W dodatku, runy nałożone na skórę zabrały jej to, co stanowiło o jej jestestwie. Moc. Ten magiczny pierwiastek, który się w niej tlił i który ściągał dotychczas na nią te wszystkie potworności i kłopoty.
    Aurora Nielsen nie lubiła Azylu, ale lubiła swoją pracę. Zmiany w Bruderschafcie przynosiły jej wytchnienie, przywracały równowagę i pozwalały poczuć się tak, jakby wróciła do normalności. Tylko że normalnością wiedźmy była ucieczka, dorywcze fuchy w zapyziałych spelunach. Tutaj miała bar. Prawdziwy, wysoki, chroniący ją przed klientelą. Miała dwa krany do piwa, lodówki i kuchnię w pomieszczeniu obok, gdzie za dnia przygotowywano całkiem smaczne jedzenie. Miała ścierkę, bieżącą wodę i stosunkowo szeroki wybór alkoholu. Było jej tu dobrze, a chociaż miała swojego zmiennika, to i tak uważała miejsce za barem za swój tron, a Bruderschaft za swoje królestwo.
    Nic dziwnego, że po paru miesiącach ludzie o niej słyszeli. Stali bywalcy zaglądali do niej, próbując brać piwa na zeszyt. Czasami im na to pozwalała, czasami nie. Czasami miała dobry humor i żartowała z tymi, którzy byli w stanie sklecić słowa, czasami miała zły humor i trwała za ladą milcząca, myślami błądząc znacznie dalej niż sięgały granice Azylu.
    Ten bar różnił się od podobnych mu miejsc za barierą chroniącą te wszystkie dziwadła tym, że nie wszyscy, a właściwie większość nie miała słabej głowy. Moce, choć ograniczane runami – zupełnie jak jej własne – nie pozwalały niektórym upijać się zbyt szybko, a nawet i wcale.
    Tego dnia siedziało ich tutaj sporo. Dwóch wampirów, którzy przynosili swoje schłodzone worki z krwią, co było dla Nielsen zupełnie nietypową rzeczą – przez pierwszy miesiąc pobytu, teraz się przyzwyczaiła. Oficjalnie jeden mieszkaniec Azylu nie mógł żywić się drugim, więc Rada musiała zapewniać świeże dostawy krwi. Przy innym stole siedziała też przepiękna kobieta, o gładkiej, mieniącej się niemal cerze, przed nią widniały trzy puste butelki whiskey, a jej wzrok ani trochę nie zmętniał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego dnia nie miała dobrego humoru. Wycierała akurat szklankę, kiedy do wnętrza Bruderschaftu wszedł kolejny gość. Rory uniosła spojrzenie znad polerowanego szkła i uniosła lekko brew. Początkowo nawet nie zamierzała przerywać swojej pracy, ale mężczyzna stawiał kroki pewne i nacelowane na bar. Nie zboczył z kursu, więc czarownica odłożyła szklankę, przerzuciła białą, miękką ścierkę przez ramię.
      — Tak.
      Odpowiedziała krótko. Pytanie też było konkretne, a Nielsen zdołała się już przekonać, że ukrywanie swojej tożsamości w Azylu mija się z celem. Tutaj nawet jeśli każdy nie znał każdego, to przynajmniej większość się kojarzyła, a to ze słyszenia, a to z widzenia.
      — W czym panu pomóc? — spytała. — Nalać piwa? A może whiskey? — Strzelała, bo jednak whiskey pasowało do niego bardziej. — Do tego nie trzeba znać swoich imion.

      Rory Nielsen

      Usuń