nagłówek

3.02.2026

[KP] love's the death of peace of mind


Baldwina Heart

ur. ok. 1450 r., Ruś ——— utrzymuje wygląd około dwudziestojednolatki ——— urodziła się jako kołdunia, ta, która wie i wiąże, co pozwoliło jej stać się kościeją ——— wrodzony albinizm ——— swoje serce trzyma w czarnej skrzynce po poprzednim kościeju, którą ukrywa pod łóżkiem ——— jej duch pogranicza, z którym jest związana paktem, nazywa się Limnar; zazwyczaj pokazuje się w formie pająka, który niemal niezauważalnie wędruje po włosach lub swetrach Baldwiny ——— inspektorka ds. run; odpowiedzialna za nakładanie run (technikę dostosowuje indywidualnie do każdej istoty paranormalnej) oraz rejestry, wyznacza także terminy odnowienia run i wysyła listy przypominające o konieczności stawienia się w urzędzie, ściśle współpracuje z funkcjonariuszami porządkowymi ——— fanka kawy z cynamonem, dziergania i chodzenia boso ——— preparuje owady ——— ...


  𝕴 𝖉𝖗𝖊𝖆𝖒 𝖎𝖓 𝖕𝖍𝖔𝖘𝖕𝖍𝖔𝖗𝖊𝖘𝖈𝖊𝖓𝖈𝖊
  𝕴 𝖓𝖊𝖊𝖉 𝖞𝖔𝖚 𝖙𝖔 𝖘𝖊𝖊 𝖒𝖊 𝖋𝖔𝖗 𝖜𝖍𝖆𝖙 𝕴 𝖍𝖆𝖛𝖊 𝖇𝖊𝖈𝖔𝖒𝖊...
 
Tamtej nocy, gdy się rodziła, coś pękło w znanym wszystkim świecie, choć wtedy nikt nie umiał tego nazwać. Psy wyły, ogień w kominku zgasł gwałtownie, jakby ktoś wyssał z niego życie, a lustra w chacie pękły… Dziecko nie zapłakało. Patrzyło. Cicho, uważnie, nieprzejęte chłodem zimy ani żarliwymi modlitwami, które zaczęła odmawiać jej babka, gdy ujrzała białe włosy i fioletowe oczy niemowlęcia. 

Prosty lud zaczął się bać jej spojrzeń i gestów. Kazano jej zawsze patrzeć w dół, nie zbliżać się do domostw i zwierząt, zabroniono mówić, obawiając się przekleństw. Z czasem przestano wymawiać jej imię, jakby jego dźwięk mógł przynieść nieszczęście.
 
P o w i n n a   u m r z e ć, orzeknięto, dlatego nie czekano i zaprowadzono ją do lasu, a tam przywiązano do starego drzewa o czarnej korze, z dala od chat i świętych posążków. Zostawiono chleb, odmówiono modlitwę. Wierzono, że jej śmierć przyniesie ulgę, że cienie przestaną się wydłużać, ale las jej nie pożarł, noc jej nie wzięła. 

Kościej pojawił się bezszelestnie, przynosząc ze sobą jedynie słodkawo-mdły zapach zgnilizny. Niczego nie tłumaczył, nie był cierpliwy ani troskliwy. Kazał patrzeć, pamiętać, a błędy karał surowo i krwawo. Jego pierwszą lekcją była cisza. Długie dni bez używania języka, bez pytań, bez szeptów. Drugą była pamięć. Potem przyszła nauka oddzielania: bólu od ciała, ciała od duszy, duszy od pamięci, pamięci od bezkresu, bezkresu od sensu. 

Mijały lata, aż w końcu zrozumiała, dlaczego Kościej ją przygarnął. Nie była już małą dziewczynką i dostrzegła, jak jej opiekun kruszeje. Aż w końcu nadszedł moment, którego się obawiała – i nie było już odwrotu. Kościej przyniósł skrzynię. Niewielką, z czarnego drewna, bez znaków i run. Uchylił wieko, a wewnątrz spoczywało jego serce – nieruchome, ciemne, które nie biło, ale było żywe. Nie zapytał, czy była gotowa.

Opuściła las kilkadziesiąt lat później, gdy świat zaczął się zmieniać. Miała ze sobą tylko czarną skrzynkę i niewielki tobołek, do którego spakowała przeklętą talię kart tarota i dwie fiolki; w jednej znajdowała się nieskończona żywa woda, która przywracała do życia umarłych i konających, a w drugiej martwa woda, lecząca rany i zapewniająca długowieczność.

Przez jakiś czas wędrowała z grupą cyrkową, ukrywając swoją prawdziwą naturę. Występowała przed publicznością, tańcząc na szarfach. Życie wśród dziwadeł pozwoliło jej znaleźć swoje miejsce. Nie była już przeklętą dziewczynką urodzoną w zapomnianej przez Boga wiosce gdzieś w głębi Rusi, nie była także uczennicą Kościeja, karaną za najmniejszy błąd – tym razem była po prostu Baldwiną. 

To nie trwało długo. Baldwina pamiętała rzeź, zakrwawione namioty, ogień, krzyk i błagania. Słyszała o rozszerzającej się jak plaga nienawiści do istot paranormalnych, o palącej niechęci – cyrk miał coraz mniej odwiedzających, a coraz więcej wrogów. Nie spodziewała się jednak, że będzie uciekać nocą, ściskając mocno skrzynkę ze swoim sercem i tobołek, ten sam, który zabrała z lasu. 
 
Baldwina była jedną z pierwszych istot w Last Salvation. Zajęła małe mieszkanko, w którym mieszka do dzisiaj, jest przykładną mieszkanką, dobrą urzędniczką i sąsiadką. Przez tyle lat nie zdążyła jednak wtopić się w krajobraz azylu – może to przez jej coraz dłuższe, białe włosy, które się wyróżniają, a może chodziło o coś innego, bardziej mrocznego, coś, co skrywają jej fioletowe oczy.


KILKA SŁÓW ODE MNIE: 
Baldwina jest moim drugim dzieckiem tutaj, ale hej, musiała się pojawić, bo dźgała mnie w mózg! xD 
Tak więc… w karcie przewija się Sleep Token i Bad Omens. Wizerunek nieznany. 
Przyjmiemy z Baldwinką wszystko, łatwo się ze mną dogadać! Lubimy emocje i jak są rozkminy, więc śmiało możemy porozpisywać się o kolorze trawy… polecamy się! ♥
Listy można słać na: ayliri.lunah@gmail.com. 

89 komentarzy:

  1. [Witaj z drugą postacią, równie klimatyczną jak pierwsza!
    To "swoje serce trzyma w skrzynce" jak i wiele innych fragmentów w karcie są po prostu makabryczne i mroczne. Postać jest ciężka, a ja mam ciarki. Świetnie zbudowałaś klimat i nawet miałabym pomysł na wątek z runą... ale jak mi się kilka wątków rozkręci - wtedy chętnie wrócę, żeby zgrać wszystko w odpowiednim porządku. :)
    Ta dziewczyna jest tak przeraźliwie samotna i niezrozumiana, że mimo pewnych obaw że nie skończy się to dobrze, chciałoby się ją przytulić. Czy to tylko moje wrażenie, czy nie doczytałam, czy naprawdę nie wspomniałaś ani słowem o jej domu i rodzinie? :( Przerażająca z niej istotka, ale wydaje się też bardzo smutna sama z sobą, tak od środka. Czy ona wie, co to uśmiech? Czy wie, jak to jest go otrzymać?
    Życzę ciekawych wątków i zawiłych historii. Coś czuję, że takich tu nie zabraknie :)]

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  2. [Nie dziwię się, że Baldwina dźgała w mózg, bo Twoja kreatywność jest naprawdę szalona, a co postać to ciekawiej! :D A chodzenie boso jest spoko. Wracając jednak do postaci, to bardzo fajnie wplotłaś w tę nieprzyjemną historię cyrkową rzeczywistość, która uczyniła całość jeszcze gorszą. Dosłownie. Ale mimo wszystkich krzywd, których Baldwina doświadczyła, i faktu, że to jej działania ograniczają moce innych, sprawia ona wrażenie osoby przyjemnej. Nie wygląda na wredną babę z urzędu, oj nie :D Mam nadzieję, że tym razem, tu w azylu, Baldwina też będzie po prostu Baldwiną, zostawiam życzenia dobrej zabawy i wracam do maila!]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  3. [Hej, dzień dobry i u tej jakże klimatycznej pani!

    O tyle, o ile Klementyna z pokorą oraz nawet dumą przyjmuje regularnie runy od Baldwiny, o tyle pewien cień zdecydowanie ma przeciwne podejście ♡

    Pośród tego mroku oraz tragedii porzucenia czai się niewysłowione piękno, które jak zwykle udaje Ci się schwytać oraz groteskowo opisać. Mamy zarówno estetykę cyrku, horroru w lesie oraz pradawnej Rusi, co do której również mam słabość. Fascynujące są również wspominki lekcji, podczas których poprzedni Kościej uczył Baldwinę w absolutnej ciszy. Obecnie natomiast Limnar towarzyszy jej pod postacią tego błąkającego się pająka pośród ubrań czy śnieżnych włosów - odcinając się od nich kolorem jak niema groźba, wspomnienie albo i nawet obietnica. Nic dziwnego, że nadal ona nie pasuje do tego naszego dziwacznego miasteczka w Azylu!]

    Oby nadal nie brakowało Ci tej niesamowitej weny!]

    Klementyna

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jakże świetna (kolejna!) kreacja *.*
    (Nie)stety muszę rozpocząć od zachwycenia się wizerunkiem, bowiem albinizm od zawsze jest moją wizualną słabością :D
    Kartę pochłonęłam jednym tchem; historia Balwiny poruszyła moje serce, choć brakuje mi trochę głębszego ukazania jej emocjonalnych zmagań z wszystkimi okrucieństwami, jakie jej dotknęły. W związku z powyższym chętnie porwałabym się na wątek, co by lepiej poznać Baldwinę , jeśli naszłaby Cię ochota <3 Tym bardziej, że runy w przypadku Faith z pewnością wymagają większego i częstszego zaangażowania.
    Życzę nieograniczonych pokładów weny i w razie chęci zapraszam do nas :)]

    Faith Smith

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dobry wieczór :) Widzę, że kolejna świetna postać wyszła z Twojej głowy i spod Twoich paluszków :) Mnie osobiście jeszcze bardzo cieszy to, jaką funkcję wybrałaś dla Baldwiny, ponieważ zależy nam na tym, aby autorzy mieli swój udział w rozwoju fabuły bloga :) Jako inspektorka do spraw run, Baldwina bez wątpienia będzie miała ręce pełne roboty, w końcu każda istota trafiająca do Azylu musi się przez te jej ręce przewinąć - Ty z kolei na pewno będziesz miała dzięki temu mnóstwo pretekstów do wątków :)
    A propos wątków, w sprawie naszego odezwę się na mailu, a Tobie życzę udanej zabawy także z Baldwiną!]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dzień dobry wieczór!
    Najpierw zacznę od... Sleep Token love forever 🖤 Obie karty czytałam dwa razy, raz bez, raz z podkładem i ten robi robotę :D
    Postaci masz cudownie makabryczne, każda ekscentryczna, ale trochę inaczej, ale jednak trochę podobnie – trochę tak, jakby obie krążyły wokół tej samej osi, ale od dwóch różnych stron. Nie wiem, jak to inaczej określić, ale generalnie to uważam to za atut w kwestii kreacji postaci.
    Mam nadzieję, że będziesz się dobrze i długo bawić na blogu, więc oby wena i czas dopisywały!]

    Élara Durant

    OdpowiedzUsuń
  7. Śnieg prószył lekko, a płatki osiadały na jego ramionach i włosach, topniejąc powoli pod ciepłem ciała i zostawiając po sobie wilgotne ślady na ciemnym materiale kurtki. Wieczorne powietrze było ostre i chłodne, ale przyjemnie czyste i niosło ze sobą ten osobliwy spokój i martwotę, która zapada tylko zimą. Ulica, którą podążał, świeciła pustkami, a cały świat wokół na moment zwolnił, pozwalając odetchnąć po wszystkim, co zostało za zamkniętymi drzwiami komisariatu.
    Śnieg przestał skrzypieć pod jego buciorami, gdy wszedł do budynku, a ciężkie drzwi zamknęły się za nim z głuchym, przytłumionym odgłosem. Ciepłe powietrze uderzyło go od razu, niosąc ze sobą zapach kurzu i czegoś znajomego, choć wciąż trudnego do nazwania. Cynamon zmieszany z kawową goryczką? Możliwe.
    Nie był tu pierwszy raz. Tak na dobrą sprawę to śmiało można powiedzieć, że bywał tutaj całkiem często, jak na kogoś, kto z natury nie potrzebował miejsca, do którego mógłby wracać. Przychodził nieregularnie, często nawet bez zapowiedzi, ale po tych wszystkich latach, które razem z Baldwiną spędzili w azylu, ich niezapowiedziana obecność żadnego z nich już nie dziwiła. Drzwi wciąż otwierały się przed nimi tak samo, bez zbędnych pytań i niepotrzebnych spojrzeń, bo w tym miejscu od dawna uznawali się za swoich. Nawet pracowali razem, dzieląc nie tylko budynek, ale i sprawy, bo współpraca przy odnawianiu run była kluczowa, a ich współpraca była dodatkowo oparta na porozumieniu, zaufaniu i doświadczeniu wypracowanym podczas wspólnych obowiązków. Wcześniej, gdy sprawował rolę ściągającego, dostarczał jej nowe twarze, które ona wprowadzała do rejestru, a teraz, jako funkcjonariusz porządkowy, dostarczał jej te same twarze, tyle że do odnowienia run. Była to ich wspólna rutyna, powtarzalna i pozornie przewidywalna, choć od czasu do czasu potrafiła ich zaskoczyć, a zwłaszcza wtedy, gdy trafiał się ktoś na tyle zdeterminowany, by stawić opór. Wtedy przymus bezpośredni stawał się jedynym możliwym rozwiązaniem, a akurat Zayden nie należał do tych, którzy jakkolwiek się przed nim wahali. W jego wykonaniu było to szybkie, stanowcze i na tyle pokazowe, że każdy, komu przyszło do głowy tupanie nóżką i demonstracyjne fochy, bardzo szybko dochodził do wniosku, że dalsza walka nie ma najmniejszego sensu. Zresztą rzadko kiedy trzeba było powtarzać to dwa razy. Wystarczało jedno spojrzenie, jeden krok naprzód i ta charakterystyczna pewność w ruchach, by napięcie opadało, a bunt opadał jeszcze zanim zdążył naprawdę się rozwinąć. Przy nim wiele spraw kończyło się szybciej, niż się zaczynało. I chyba właśnie dlatego tak często powierzano mu te mniej wdzięczne zadania.
    Ale ich znajomość toczyła się płynnie, a oni całkiem dużo już o sobie wiedzieli, włączając w to sprawy, o których nie wiedział nikt inny. Nie wszystko było wypowiedziane wprost, bo część rzeczy po prostu się rozumiało gdzieś między jednym spojrzeniem a drugim, albo w krótkich rozmowach urywanych w pół zdania. Była w tym jakaś niewymuszona i pozbawiona oczekiwań zgoda na obecność drugiej istoty, a jednak wystarczająco silna, by trwać mimo czasu i wszystkiego, co działo się wokół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W korytarzu panował półmrok, rozjaśniany jedynie słabym światłem lampy wiszącej pod sufitem, która cicho brzęczała i trochę jakby walczyła z własnym zmęczeniem. Zayden strzepnął z ramion resztki płatków, które nie zdążyły wsiąknąć w materiał kurtki, a potem zastukał w drzwi zaciśniętą pięścią i oparł ją o framugę, swobodnie przenosząc na ten element ciężar swojego ciała. Tam po drugiej stronie czekała na niego kolejna przymiarka nowej pary rękawiczek, dzierganych przez Baldwinę, bo poprzednie przypadkiem uległy spaleniu. I na pewno coś słodkiego, bo to już taki standard, że Baldwina wciska w niego kremowe ciasta, mimo że on nie jest po nich ani trochę słodszy.
      — Czyli wszystko po staremu: ty nie śpisz, a ja pukam bez zapowiedzi — stwierdził, gdy tylko otworzyła drzwi, a jego spojrzenie przesunęło się po jej sylwetce. Nie było jakoś szalenie późno, ale dla co niektórych wieczór to już pora na sen. Zresztą nie był nawet pewien, czy Baldwina w ogóle sypia, czy tylko robi przerwy na mruganie.

      Zayden Ward

      Usuń
  8. Układy i obietnice. Gdyby tylko pozostawał tak nieugięty, gdyby nie przymykał oczu na to, co działo się wokół i nie brał w tym wszystkim udziału choćby milczeniem, to spora część różnorakich przekrętów robionych gdzieś po kątach nigdy nie miałaby racji bytu. Ale czerpał z tego własne korzyści. Dużo dobrych korzyści. Dlatego jego nieugiętość była wybiórcza i skierowana zawsze tam, gdzie była dla niego najwygodniejsza, oczywiście z takim założeniem, żeby bilans zysków i strat zawsze pozostawał dodatni. Jakby nie patrzeć był na usługach Rady i musiał działać zgodnie z tym, czego oni od niego oczekiwali i czego swoją drogą dotyczyła także przysięga, dlatego w pewnych kwestiach nie było odstępstwa od reguł, a dotyczyło to między innymi doprowadzania mieszkańców na odnawianie run. Podlegał temu każdy, choć w stopniu różnorakim, i na ogół większość grzecznie się temu procesowi poddawała, ale buntownicy, jeśli się zdarzali, to za każdą próbę przekupstwa byli karani podwójnie. Przynajmniej u Zaydena, który z wymierzaniem kar nie miał najmniejszego problemu. Podchodził bez emocji do większości tego typu spraw, bo nie miewał skrupułów, czy to w dobrą stronę, czy w złą. Liczył się dla niego wyłącznie efekt i porządek, który w ten sposób utrzymywał, zgodnie zresztą z funkcją, jaką tutaj pełnił. Mógł przymknąć oko na dodatkowe fanty sprowadzone przez łączników, bo to nie wpłynie na porządek azylu, ale nie mógł zignorować magicznych nadużyć. Dlatego to, że Baldwina była oddana sprawie od początku do końca, znacząco wszystko ułatwiało, bo jej rzetelne podejście do obowiązków było kluczem do prawidłowego działania całego systemu. Całe szczęście, że nie była takim Zaydenem, bo wtedy azyl z pewnością nigdy nie zaznałby już spokoju, a tak, dzięki niej, moce mieszkańców były poddane wiecznej kontroli i nie bardzo mogły się spod niej wymsknąć. Ona była bezlitosna wobec nieposłuszeństwa, a on wobec nielojalności. Ona nie znosiła sprzeciwu, a on nie znosił zdrady. I w tenże sposób oboje doskonale się uzupełniali.
    Akurat nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że dało się ją lubić, nawet jeśli sfera uczuciowa w jego wydaniu pozostawiała wiele do życzenia. Nie przychodziłby tutaj, gdyby nie była istotą, której można zaufać i w której intencje można wierzyć, a ich współpraca nigdy nie przebiegałaby tak płynnie i pomyślnie, gdyby nie to, że oboje rozumieli zasady tej gry bez potrzeby wypowiadania ich na głos. I siebie. To, że rozumieli siebie było ich największą przewagą, ale też działało dobrze na nich samych, bo dawało poczucie pewności, że nawet bez uprzednich ustaleń każde z nich podejmie właściwą decyzję. Nie muszą grać przeciwko sobie, nawet jeśli grają z innymi.
    Nie poruszył się ani o centymetr, gdy Baldwina wyciągnęła dłonie do jego twarzy, mimo że w standardowym przypadku najpewniej złapałby ją za nadgarstki i zatrzymał, zanim dotarłaby do granic jego przestrzeni osobistej. Pozwolił dotykać jej swoje policzki i szyję, bo znał te dziwactwa, nawet jeśli nie do końca w pełni zrozumiał. Jego skóra była gorąca, niczym apeniński wulkan, a jej palce chłodne i drobne, zawsze tak samo spokojne. Spojrzał w jej oczy, które kolorem przypominały perowskię w rozkwicie w słoneczny dzień, a teraz centralizowały się na jego twarzy, i uśmiechnął się kącikiem ust. Nie bez powodu trochę szelmowsko, jakby jej bliskość docierała gdzieś głębiej, niż którekolwiek z nich byłoby skłonne przyznać.
    I ten jego uśmiech pogłębił się znacząco, gdy rzuciła swoją odpowiedź, a potem, kiedy ich spojrzenia się spotkały, odsunęła się nagle, zwiększając dystans na taki, który nie wychodził poza granice moralności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby w tej pozycji, w której przed momentem się znaleźli, dostrzegła ich jakaś sąsiadka, plotki zapewne rozeszłyby się po okolicy jak świeże bułeczki. Trochę go to bawiło, a wszelkie pomówienia i tak miałby w poważaniu, ale szkoda byłoby mu Baldwiny. Dziewczyna nie zrobiła przecież nic niestosownego – taka była jej natura i już.
      — Całkiem fajny ten... — zaczął, śmiało przekraczając próg wejściowych drzwi i taksując jej sylwetkę wzrokiem. Machnął dodatkowo ręką, żeby wiedziała, że ma na myśli jej ubiór. — Komplecik. Taki chyba nie za ciepły — założył, gdy na dłuższą chwilę utkwił spojrzenie w jej bosych stopach. Możliwe, że ona wcale chłodu nie odczuwała, ale jej albinizm jakoś tak automatycznie kojarzył się z kimś, kto jest przemarznięty. — Kawa, tak, mocna i gorzka — odpowiedział zaraz na jej pytanie, zdejmując buty, a potem kierując się bezpośrednio do kuchni. Czuł się tutaj już trochę tak jak u siebie, ale to dlatego, że to miejsce nie było mu wcale obce. Znał ten wystrój, znał ludową muzykę sączącą się z gramofonu i zapach wypieków. Może nie był jeszcze w stanie zaśpiewać: ach, ty moja zorzo, zorzo jasna ponad borem, ale był już w stanie to zanucić.
      — Oho, widzę, że dostawa ciasteczek w drodze, cudownie — zauważył, nachylając się do szyby w piekarniku i rozpinając w międzyczasie kurtkę. To cudownie nie brzmiało, jak prawdziwy zachwyt, ale do tego Baldwina na pewno też już przywykła. Było tu przyjemnie ciepło, to fakt, ale dla niego, kiedy on sam był jak chodzący termofor, ta temperatura wychodziła daleko ponad normę, dlatego wyprostował się po chwili, zdjął z siebie kurtkę i przewiesił ją na oparciu krzesła. Pozostał już tylko w ciemnej koszulce na krótki rękaw i w spodniach, które na krańcach nogawek były troszkę mokre od śniegu, choć tutaj wyschną pewnie lada moment.

      Zayden Ward

      Usuń
  9. [Hello again. ♥ Przyjemnie powitać Twoją drugą postać na blogu. Patrząc na nią trochę skojarzyła mi się z Królową Śniegu, to przez te białe rzęsy, które wyglądają jak oszronione! I trochę z Yennefer, bo fiołkowe oczy zawsze będą mi się kojarzyć właśnie z nią. ^^ Ale po przeczytaniu karty mam zupełnie inny obraz Baldwiny. Jest w unikalny i specyficzny sposób piękna, dziwna i interesująca. Mam nadzieję, że odnajdzie spokój i szczęście w miasteczku. Życzę Ci wspaniałej zabawy z tą cudną istotką ♥]

    Minerva Cove

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie uważał jej za szaloną, ale z pewnością nie brał jej też za normalną, bo w tej mieścince pełnej nadnaturalnych tworów i tak wyróżniała się wieloma indywidualnymi cechami. Pozwalał jej się dotykać, bo zdawał sobie sprawę, że potrzebowała tego do zaspokojenia swoich własnych osobliwych potrzeb, natomiast jemu nie robiło to żadnej różnicy, choć przyznać musiał, że w niektórych momentach dotyk ten był nieprzyzwoicie przyjemny i prawie zawsze czymś się różnił. Ale był już przyzwyczajony do jej śmiałości. Ich znajomość sięgała dwóch dekad, więc pewne rzeczy zdążył przyjąć już jako standard, zresztą, z biegiem lat przestał je analizować, traktując je tak samo naturalnie jak jej obecność obok. Baldwina na pewno mogła go jeszcze czymś zaskoczyć, w to nie wątpił, jednak samo to, że mogła było tak oczywiste, że właściwie trudno było uznać to za jakiekolwiek zaskoczenie. Miała wyjątkowo osobliwe usposobienie, jedyne takie w tym miejscu, ale była przy tym tak autentyczna i szczera, że ciężko było jej nie lubić. Nawet gdy bezpośrednio mówiła to, co myśli, to też miało swój urok, bo było rozbrajające, odrobinkę bezczelne, a jednocześnie brzmiało zupełnie niewinnie. To było takie baldwinowe.
    Popatrzył na nią, krzywiąc lekko głowę i unosząc brew, bo najwyraźniej naprawdę wątpiła w jego ogładę i dżentelmeńskie maniery. Na ogół bywał raczej mało sympatycznym jegomościem, ale prawda jest taka, że jeśli chciał to potrafił w słówka. Nawet bardzo. Zachowywał się przy niej grzecznie – oczywiście na tyle, na ile grzeczny może być demon – bo chyba nie wypadało mu rzucać dwuznacznych komentarzy w stronę kogoś, wobec kogo nie ma się żadnych niecnych zamiarów, ale tak na dobrą sprawę mógł to zmienić. To bardzo interesujące, bo czy albinosi w ogóle potrafią się rumienić? Nigdy nie pomyślał o tym, żeby to sprawdzić, ale kto wie, czy nie spróbuje. Kto wie, co przyniesie noc.
    — Sądziłem, że nie muszę mówić o tym, co jest oczywiste — stwierdził, ponownie obrzucając spojrzeniem jej sylwetkę, gdy szperała po szafkach z zamiarem przygotowania im kawy. — Ty zawsze wyglądasz ładnie, Baldwino — zapewnił ze spokojem i pewnością w głosie, jakby stwierdzał coś, o czym od dawna wie już cały świat. — Tak ładnie, że nawet zorza polarna wydaje się przy tobie tylko nudnym przypadkiem, wiesz? — Uśmiechnął się i przystanął przy blacie, nieopodal kuchenki, o który oparł się wygodnie biodrem. Jego spojrzenie spoczęło na ruchach Baldwiny, która kontrolowała parzenie kawy w miedzianym tygielku. Gorzki, palony aromat powoli unosił się wokół nich, tak jak stopniowo w naczynku rosła pianka. Kawa nie działała na niego w żaden sposób, podobnie jak alkohol, ale akurat za smakiem kawy przepadał, z kolei smak alkoholu nie był dla niego żadnym rarytasem, więc po niego nie sięgał. Baldwina parzyła kawę tradycyjnie, po osmańsku, w dżezwie, dlatego wolał pić ją u niej niż u siebie. Tu była po prostu sto razy lepsza i w dodatku podana w klimatycznej zastawie, lekko nadszarpniętej zębem czasu.
    — A do Świętego Mikołaja to podobno najpierw pisze się listy, moja droga — zauważył, wcale nie urażony jej bezpośrednim podsumowaniem. Nie naciągała przecież faktów. — Jeśli napiszesz do mnie swój i dalej będzie tak grzeczna, jak dotychczas, wtedy spełnię twoje pragnienia i obdarzę cię prezentami — zapowiedział z figlarną nutką w głosie, na którą wcale nie się nie wysilał, bo przyszła mu naturalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę sobie żartował, ale za te rękawiczki zamierzał się akurat odwdzięczyć, dlatego dobrze, że o nich wspomniała, bo był ciekawy, na jakim etapie prac się znajduje. Miał jakiś dziwny problem z kontrolowaniem stanu swoich rąk na mrozie, więc bardzo często kończył z lekkimi odmrożeniami palców i taka para solidnych rękawiczek bezwzględnie mu się przyda. Poza tym był też szalenie ciekawy, w jakim kolorze je stworzyła, albo czy doszyła do nich jakieś specjalne wzorki, bo to byłoby raczej zbyt normalne, gdyby spod jej ręki wyszły one zupełnie gładkie.
      — Bardzo chętnie przymierzę — odparł, sięgając po filiżankę, z której upił niewielki łyk kawy. Ciepło natychmiast rozlało się po języku, przyjemnie kontrastując z chłodem, który wciąż trzymał się jego palców. To prawda – dobrze, że przyszedł. Dobrze, że znów znalazł się w miejscu, w którym ciepło nie było tylko kwestią temperatury, ale czymś znacznie bardziej namacalnym.

      Zayden Ward

      Usuń
  11. Malphas powoli odsunął od siebie szklankę, a dźwięk szkła szorującego o drewniany blat wydawał się w tej nagłej ciszy nienaturalnie głośny. Obecność Baldwiny Heart zawsze działała na niego jak nagły spadek ciśnienia, była ucieleśnieniem porządku, którego nienawidził, a jednocześnie jedyną osobą, której nie potrafił sprowokować do utraty panowania nad sobą. Przyglądał się jej przez chwilę, ignorując fakt, że ona unika jego wzroku. Patrzył na jej idealnie wypastowane buty, na misternie związany kok i na pająka, który poruszył się niespokojnie. Czuł bijącą od niej aurę stabilności, która w tym miejscu była niemal obsceniczna.
    - Baldwina - mruknął, a jego głos był niski i zachrypnięty, niosący w sobie nutę drapieżnego rozbawienia - Zawsze tak przykładna. Nawet tutaj pachniesz tuszem urzędowym i starym papierem. To fascynujące, jak bardzo starasz się udawać, że to miasto to coś więcej niż tylko ładnie pomalowane więzienie - pochylił się nieco w jej stronę, pozwalając, by żar bił od niego bardziej odczuwalnie. Wiedział, że ona to czuje, nawet jeśli nie patrzy mu w oczy.
    - List? Ach, tak. Ta elegancka koperta z pieczęcią Ratusza - uśmiechnął się półgębkiem, a w jego oczach błysnęło złoto - Prawda jest taka, że świetnie nadaje się do rozpalania w kominku. Daje krótki, ale bardzo satysfakcjonujący płomień. Zupełnie jak wasze zasady, kiedy przychodzi co do czego - przesunął wzrokiem po jej białej sukience, która w tym mrocznym zakątku wydawała się niemal świecić. Wiedział, że Baldwina nie jest tylko "urzędniczką". Czuł w niej siłę, która została okiełznana i zamknięta w ciasnym gorsecie obowiązków, co budziło w nim mieszankę współczucia i czystej irytacji.
    - Nie musisz się upewniać, Baldwino. Dobrze wiesz, że przyjdę. Nie dlatego, że szanuję twój kalendarz, ale dlatego, że oboje wiemy, co się stanie, jeśli runy zaczną wygasać. Azyl nie lubi chaosu, a ty nie lubisz, gdy ktoś psuje ci statystyki idealnych mieszkańców - wyprostował się, a jego aura na moment zdominowała przestrzeń wokół nich - Skoro już tu jesteś i marnujesz swój cenny czas na sprawdzanie moich listów... może usiądziesz? - wskazał wolne krzesło z kpiącą uprzejmością - Czy regulamin zabrania przebywania z istotami o "podwyższonym ryzyku" po godzinach pracy? Chętnie usłyszę, co o pogodzie sądzi osoba, która trzyma moje moce na smyczy - odwrócił się do niej gwałtownie, a jego aura uderzyła w nią niczym fala gorąca - Powiedz mi szczerze, bez urzędniczego bełkotu, czy ty naprawdę wierzysz, że te runy kogoś chronią? Czy może po prostu lubisz mieć poczucie, że trzymasz na smyczy coś, co mogłoby spalić to miasto w jedną noc, gdybyś tylko na sekundę mrugnęła? - uniósł pytająco brew, badawczo się jej przyglądając i z zaciekawieniem oczekując odpowiedzi.

    Malphas

    OdpowiedzUsuń
  12. Levi był dobrym mieszkańcem Azylu i dobrym Łącznikiem. Przestrzegał zasad panujących w Last Salvation, co prawda wybiórczo, ale jednak. Stąd po powrocie z zewnątrz zawsze odmeldowywał się w Ratuszu i w tym samym Ratuszu zawsze stawiał się w terminie wyznaczonym przez urzędników na odnowienie ograniczającej moc runy, co w jego przypadku miało miejsce rzadko, maksymalnie raz, dwa razy do roku w zależności od tego, jak często przemieniał się, przebywając poza Azylem. Zauważył bowiem, że kiedy taka konieczność zachodziła częściej, runa zużywała się szybciej.
    Nie tak dawno temu Zayden, zupełnie słusznie zresztą, zauważył, że to jego zawsze się skończyło. Levi został przyłapany przez funkcjonariusza porządkowego, co prawda niedługo po powrocie, ale bynajmniej nie w drodze do Ratusza w celu odmeldowania się, a teraz runa, umieszczona na jego prawym przedramieniu, tuż poniżej zgięcia łokcia po jego wewnętrznej stronie, zniknęła. Ackermann, który właśnie przekroczył barierę otaczającą Azyl, zataczając się przy tym lekko, czuł to wyraźnie. Mimo otępienia, zmysły miał ostre i gdyby tylko zechciał, a także miał wystarczająco siły, przemieniłby się tu i teraz, na leśnej ścieżce wychodzącej z lasu otaczającego Last Salvation, a prowadzącej do miasteczka i jego centrum. Nie mógł tego robić – nie, kiedy runa była aktywna i blokowała jedyną przydatną u kotołaków umiejętność, kiedy Levi przebywał na terenie Azylu.
    Coś poszło nie tak, tam, na zewnątrz. Wlekący się noga za nogą Ackermann pamiętał tylko tyle, że z polecenia Rady śledził jakiegoś człowieka. Nie człowieka. Nie-człowieka. To na pewno nie był zwykły człowiek, ale Levi nie pamiętał, kim był ten ktoś, jeśli nie człowiekiem. Nie pamiętał też, gdzie był i co takiego właściwie stało się przed tym, jak znalazł się na powrót na terenie Azylu. Teraz wiedział tylko tyle, że wrócił i że wrócił później, niż powinien, że spóźnił się na odnowienie runy i że ta zniknęła.
    Nigdy nie interesował się tym, w jaki sposób to działało, ale każdorazowo, kiedy ktoś przekraczał barierę, dowiadywały się o tym odpowiednie służby w postaci funkcjonariuszy porządkowych. Stąd Levi nie zdziwił się ani trochę, kiedy dwójka z nich wyrosła tuż przed nim.
    — Levi Ackermann? — odezwał się jeden z nich, choć nawet nie poczekał, aż kotołak przytaknie choćby skinieniem głowy. — No wreszcie. Wyobraź sobie, że wszyscy na ciebie czekają.
    Wypowiedziane przez strażnika słowa nie ociekały ulgą czy inną, pozytywną emocją. Brzmiała w nich irytacja, brzmiała też kpina, jakoby nikt nie przejmował się bezpieczeństwem Łącznika, a tylko tym, że ten nie dopełnił dwóch procedur jednocześnie. Levi wyłapał to w tonie głosu mężczyzny, ale nie protestował, kiedy złapali go pod ramiona, jeden z jednej, drugi z drugiej strony i mało delikatnie zaczęli ciągnąć go ku zabudowaniom. Sam pewnie daleko by nie uszedł, choć nie rozumiał, dlaczego.
    W Ratuszu stawili się po pewnym czasie, wszyscy zziajani, bo choć Levi nie był ciężki, budowę ciała mając raczej smukłą, to do pokonania mieli spory kawałek. Funkcjonariusze go wlekli, on próbował iść, choć nogi mu się plątały i tak teraz, przystanąwszy w korytarzu, dyszeli zgodnie.
    — Najpierw runa — zarządził ten, który złapał oddech jako pierwszy. Puścili Ackermanna, ale ten zatoczył się w kierunku najbliższej ściany, więc złapali go znowu i pociągnęli ku pomieszczeniu, które zajmowała inspektorka do spraw run. Aby to zrobić, musieli pokonać kondygnację schodów i przez to zasapali się znowu, w końcu jednak wepchnęli Leviego w próg odpowiedniego pokoju.
    — Baldwina, cześć — przywitał się i uśmiechnął, kiedy w polu widzenia mignęły mu białe włosy przyjaciółki. Nie widział tyle jej samej, co jej włosy właśnie, bo z trudem skupiał wzrok. — Spóźniłem się, wiem, przepraszam. Nie chciałem. Przyszedłem tak szybko, jak mogłem. Panowie mi pomogli i mnie przyprowadzili — mówił bez ładu i składu, podczas gdy wspomniani panowie mało delikatnie sadzali go na krześle, na którym Leviemu finalnie udało się utrzymać pion.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Równie uprzejmie, co go posadzili, pomogli mu ściągnąć kurtkę, spostrzegłszy, że Ackermann sobie z tym nie radzi i niemal zerwali z niego bluzę, wykrzywiając mu przy tym bark tak, że Levi syknął w proteście. Rzucili jego ciuchy w kąt, zostawiając go w koszulce na krótki rękaw i cofnęli się o krok, by urzędniczką mogła robić swoje. Gotowi byli interweniować, gdyby kotołak stawiał opór.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  13. Jej reakcja sprawiła, że na jego ustach zaczął malować się uśmiech, najpierw ledwie dostrzegalny, jakby drgnęły mu tylko kąciki, a potem coraz wyraźniejszy. To mruganie miało w sobie coś zabawnego w ten niewinny, nieco niezręczny sposób, jednak słowa niosły ze sobą przykry ciężar, którego nie sposób było nie usłyszeć i Zayden doskonale wiedział, skąd ten ciężar się brał. Nie znał jej historii tak w całości, bo nigdy nie wdawali się w szczegóły, które przed laty były stałą częścią jej istnienia, ale trochę o tej przeszłości rozmawiali. Trochę się poznali na różnych płaszczyznach, więc wnioski nasuwały się same. Jednak pomijając już fakt, że nie da się jej nie zauważyć, bo emanuje tak intensywną bielą, że niemal odcina się od reszty świata, to miała przede wszystkim nietuzinkową osobowość. Osobliwa mieszanka siły, delikatności i dokładności. Potrafiła zaskoczyć, bywała bezpośrednia, a jednocześnie miała w sobie wyważony spokój, który w naturalny sposób udzielał się otoczeniu. I zauważał to nawet on sam – demon, który na ogół nie zwraca większej uwagi na takie niuanse i rzadko kiedy poświęca czas na roztrząsanie cudzych charakterów. A jeżeli naprawdę można było uznać, że flirtują, to był to taki rodzaj flirtu, jakiego jeszcze nie uskuteczniał chyba nigdy. Doprawdy, można istnieć sześć stuleci i wciąż odkrywać nowe smaczki tego świata.
    Wyraźnie uniósł brew na te porównania do krampusa, czekając, aż Baldwina odpowiednio z tego wybrnie, bo co jak co, ale krampus to może czyścić mu co najwyżej buty. Powinna powiedzieć, że zdecydowanie, bez dwóch zdań, woli towarzystwo jego, a nie jakiegoś tam kozo-demona, ale niech już będzie. Pana w czerwonym ubranku z marszu pominął, ale jak się trafi jakiś krampus w tej mieścinie, to na pewno jej go przyprowadzi, żeby miała odpowiednie porównanie i przemyślała, czy to aby na pewno dobra alternatywa jest.
    W milczeniu pokręcił lekko głową, też do własnych myśli, i umoczył usta w kawie, biorąc kolejny łyk, a kiedy Baldwina zaśmiała się cicho, złapał się na tym, że to jest ten dźwięk w jej wydaniu, którego nie słyszy się często. Grunt, że miała z tego ubaw. On też miał, nawet jeśli nie dało się tego na razie usłyszeć. Nie był zbyt ekspresyjną istotą na co dzień, ale mógł sobie na to pozwolić, jeśli właśnie tego wymagała sytuacja, ponieważ świetnie kontrolował swoje emocje. Nie przejawiał ich zbyt wiele, dlatego one nigdy nie wyprzedzały jego myśli ani nie przejmowały nad nim kontroli, choć sama kontrola nie była równoznaczna z tym, że był grzeczny, tylko że nie krzywdził innych. W ludzkim opakowaniu zaspokajał demoniczne pragnienia trochę innymi sposobami. Przysięga była zresztą dodatkowym batem, który nad nim wisiał.
    Zsunął spojrzenie ku piekarnikowi, gdy wydostał się z niego kłąb pary, poruszając drobnymi kosmykami jej białych włosów. Maślany zapach z nutą czekolady dotarł do niego błyskawicznie, wraz z dodatkowym ciepłem, które dawała rozpalona grzałka wewnątrz piekarnika.
    — Pierwsze słyszę — stwierdził z lekkim zaskoczeniem, bo nie znał takiego podejścia, ale chyba nie mógł powiedzieć za wiele o wypiekach, skoro nie miał z tym nic wspólnego, poza tym, że był ich zjadaczem. W ciągu ostatnich dwóch dekad zjadł więcej ciasteczek niż przez całe swoje istnienie, a to wszystko za sprawą jej osoby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odstawił filiżankę z kawą i przejął talerzyk z ciasteczkiem. Chwycił wypiek w palce i obejrzał go raz z jednej raz z drugiej, dostrzegając w nim rodzynki i kawałeczki czekolady, a potem spojrzał na Baldwinę.
      — Więcej cukru? To możesz być jeszcze słodsza? — zapytał, nie spuszczając wzroku z jej twarzy, po czym wgryzł się w ciasteczko, uważając tylko, żeby okruchy nie spadły na podłogę. Oczywiście, dobrze wiedział o co pytała, ale nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał tego momentu. — Myślę, że poziom słodyczy jest idealny — stwierdził zaraz, odpowiadając na jej pytanie, ale i na swoje. Odłożył ciasteczko na talerzyk, wziął całość w jedną rękę, a w drugą złapał spodeczek z filiżanką kawy i z całym tym zestawem przeszedł sobie swobodnie do stołu, na którym równie swobodnie się z tym rozłożył.
      — Jeśli nie wezmę, to i tak do mnie trafią, czyż nie? — Spojrzał na nią, siadając na krześle, na którym wcześniej przewiesił kurtkę. Miał na myśli rzecz jasna to, że dostarczy mu je wtedy do pracy w jednym ze swoich fikuśnych pojemników. Już to przecież przerabiali nie jeden raz.

      Zayden Ward

      Usuń
  14. Nieczęsto wracał wspomnieniami do przeszłości, bo sam zwykle nie tworzył okazji do takich pogawędek, a i niewielu było takich, którzy odważyliby się o nią pytać. Nie dlatego, że miał coś do ukrycia, co po prostu nie widział powodu, żeby rozgrzebywać rzeczy, które toczyły się dziesiątki czy setki lat temu. Nie czuł też potrzeby dzielenia się nimi ani przepracowywania ich, bo należały do zamkniętego poniekąd rozdziału, który nie domagał się już ani wyjaśnień, ani powrotów. Akurat w towarzystwie Baldwiny, ilekroć zasiadali przy filiżance kawy lub herbaty i wymieniali się zdaniami, pewne tematy nasuwały się same, dlatego ona wiedziała znacznie więcej niż ktokolwiek inny w tym miejscu. Nawet jeśli nie mówili o tym wprost, na pewno wiedziała, że przerobił sporo wcieleń, z czego żadne nie było szlachetne, a setki lat wcześniej handlował ludzkimi duszami, czerpiąc z tego nie tylko siłę, ale i wpływy. Każda zawarta umowa wzmacniała go, pozwalała rosnąć w potęgę i utrwalać swoją pozycję w świecie, w którym wartość miało tylko to, co można było zdobyć i zatrzymać. Dusze były zatem walutą, źródłem mocy, wiedzy i dostępu do miejsc, do których inni nie mieli prawa wstępu. Ale z czasem ten świat przestał wyglądać tak samo, bo każda epoka wymuszała inne reguły gry, a on uczył się dostosowywać, porzucając to, co przestawało działać, dlatego handel duszami przestał być w końcu dla niego celem samym w sobie. Teraz był funkcjonariuszem porządkowym w azylu, który rządzi się własnymi prawami, i też robił tutaj co swoje, czerpiąc przy okazji odpowiednie korzyści. A za sto lat znów będzie w zupełnie innym miejscu, które na pewno też obsypie go korzyściami.
    Nigdy jej nie smakował. Święta prawda. I tak na dobrą sprawę to nic nie stało na przeszkodzie, żeby spróbował, ale było pewne ale, a dokładnie takie, że po prostu ją cenił i z tego też powodu nigdy nie przekroczył wobec niej granic. Mimo, że w normalnym przypadku miałby w głębokim poważaniu czyjąś prywatność i strefę komfortu, tak w jej przypadku bardziej zależało mu na czerpaniu z tej znajomości czegoś zupełnie innego niż chwilowych zachcianek. A całkiem prawdopodobne, że nawet jednorazowa próba przyniosłaby wiele zmian, które znacząco odmieniłyby to, co mieli do tej pory. Przy obopólnej zgodzie wszystko może być dozwolone, ale czy to nie byłoby jednak zbędne ryzyko?
    Ugryzł jeszcze kawałek ciasteczka, gdy Baldwina zniknęła na moment z kuchni, po czym odłożył je na talerzyk i wygodnie oparł się na krześle. Spojrzenie ulokował w kuchennym przejściu, w którym ona zaraz pojawiła się z powrotem, a gdy poprosiła, żeby podał jej rękę, wyciągnął ją w jej stronę i od razu automatycznie rozchylił też kolana, bo stanęła blisko, wręcz niepoprawnie, ale kto by się tym przejmował. Tak było zdecydowanie wygodniej.
    Spojrzał na materiał rękawiczki, która wciąż była w trakcie dziergania, zastanawiając się chwilę nad zdobiącymi ją wzorkami, a potem odchylił lekko głowę, żeby móc swobodnie patrzeć na Baldwinę, bo teraz to jej twarz była wyżej. Dopiero kiedy zaczęła opowiadać o palcach i cechach każdego z osobna, zerkał z zainteresowaniem na to, co z nimi robiła. Jak je dotykała. I oczywiście słuchał, nawet jeśli to, co mówiła, było ludzkie i w dużej części jego ciału akurat obce. Historia małego palca zainteresowała go jednak na tyle bardzo, że w pewnym momencie postanowił zamienić role.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złapał jej dłoń w swoją własną i przesunął kciukiem po zewnętrznej stronie jej najmniejszego palca, kończąc wędrówkę na paznokciu, i szukając w nim słabizny lub krzywizny, o której przed momentem wspominała.
      — Czy w twoim istnieniu dużo było takich pięknych bajek, Baldwino? — Uniósł wzrok wraz z pytaniem, żeby spojrzeć jej w twarz. Nie liczył na to, wymienią kontakt wzrokowy, bo Baldwina go unikała, więc do tego zdążył już się przyzwyczaić. Wystarczy, że on sam mógł patrzeć w te należące do niej i obserwować jak ich fiolet zmienia się pod wpływem światła, czy może czasami nawet odczuć. W każdym zabobonie kryje się jednak ziarno prawdy, tylko z czasem obrasta w historie, które mają je ukryć albo uczynić łatwiejszymi do przyjęcia. Takie opowieści nie wzięły się przecież znikąd.

      Zayden Ward

      Usuń
  15. [Dziękuję! <3 Miód na me serduszko, czytać takie słowa pod kartą.
    Zapraszam na wątek! One i Baldwina muszą się znać, bo są w miasteczku praktycznie od początku. Jeśli jednak wolisz połączyć ją z Anastasiusem, to również jestem chętna. Ale szczegóły chyba już sobie ustalimy na mailu? :D]

    Lilith Morveth

    OdpowiedzUsuń
  16. Przez sporą część swojego istnienia robił po prostu to, co mu się podobało, i co w większości przypadków było złe, tak jak jego natura. Nie znał wtedy granic ani powodów, żeby je sobie wyznaczać, bo liczyła się tylko siła, wpływy i to, co można było zyskać tu i teraz. Z czasem jednak świat zaczął się zmieniać, a on powoli adaptować do tych zmian. Nie była zmiana serca, tylko zmiana kierunku, wymuszona przez wieki doświadczeń i konieczność dopasowania się do warunków, w których przyszło mu istnieć. Teraz natomiast był związany przysięgą, która była bardzo krótką smyczą dla wszystkich niemoralnych zapędów i pragnień, które nie wpasowywały się w zbiór jej zasad i to między innymi dlatego mógł w ogóle istnieć w tym otoczeniu. Gdyby nie przysięga, byłby zbyt nieprzewidywalny i zbyt niebezpieczny, żeby można było pozwolić mu swobodnie funkcjonować pośród innych. Przysięga trzymała go w ryzach, ale w pewnym sensie też programowała, odpowiednio wykorzystując genezę jego stworzenia i kierując jego naturę tam, gdzie chaos miał ustępować miejsca porządkowi. Nie tłumiła tego, czym był, tylko układała to w ramy, nadając instynktom kierunek i sens. Echo prawa, z którego powstał, odbierało przysięgę jak nadrzędny sygnał, któremu nie mógł się sprzeciwić bez konsekwencji, ale dzięki temu nie musiał już niszczyć, żeby istnieć. Wystarczyło, że działał w granicach pilnowania prawa i porządku, które narzucono mu tak skutecznie, że z czasem przestały przypominać ograniczenie, a zaczęły wyglądać jak jego własny wybór. Mógł je jednak łamać i to go ratowało, więc łamał je często i gęsto, a potem za to cierpiał, ale to już taki szczegół.
    Nigdy jej nie smakował, ale poza tym, że akurat on właśnie teraz, przez to jedno stwierdzenie, zaczął zastanawiać się dlaczego, to przy okazji zastanawiał się jeszcze na tym, czy Baldwina w ogóle rozważała taką możliwość, już niezależnie od tego, czy mogła mieć rację bytu czy nie, albo czy byłaby dobra czy zła. Chodziło o to, czy ona w ogóle chciała, czy to były potrzeby, które mieściły się gdzieś w jej codzienności? Oczywiście, żadna odpowiedź nie zmieniłaby jego nastawienia tu i teraz, po prostu było to ciekawe, zważywszy na nietuzinkową osobowość Baldwiny, jak i cały jej byt. Na razie mógł sobie gdybać, ale to, co było pewne, to że nie bała się bliskości. Nie unikała dotyku. Nie odsuwała się ani nie sztywniała pod wpływem cudzego gestu, mimo że w przeszłości spotkało ją wiele krzywd. Za to kontakt wzrokowy był już zbyt intymny, żeby nawiązać go choćby na chwilę. I to było naprawdę zaskakujące, ale i zastanawiające.
    Znów skupił się na jej palcach, gdy zaczęła opowiadać, i lekko skinął głową na znak, że przyjmuje jej słowa do wiadomości. Niełatwo było dostrzec w nich jakąkolwiek krzywiznę, bo jej dłonie, mimo historii, którą nosiły, były zadbane i delikatne, jakby czas obchodził się z nimi trochę łagodniej niż z resztą jej istnienia. Ale to, co mówiła, nawet jeśli brzmiało neutralnie, pokazywało, jak bardzo ten świat jest krzywy i wypaczony. Tu nawet cierpienie potrafiło stać się źródłem spełnienia.
    Ponieważ ich dłonie cały czas się stykały, swobodnie wsunął swoje palce między jej i zamknął jej dłoń w lekkim uścisku, obserwując kontrastujący kolor ich skóry i czując różnicę w ich temperaturze.
    — Odkąd cię znam, nie doświadczam już głodu — odpowiedział i uśmiechnął się do tych słów, ale to przecież ona sama, we własnej osobie, gwarantowała mu stałą dostawę różnych dobroci, od wypieków po przetwory, więc nawet gdyby chciał tego głodu doświadczyć, to w tej rzeczywistości jest już to zwyczajnie niemożliwe. I należało to z żartem podkreślić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jedyny głód, jakiego doświadczyłem w swoim istnieniu, to ten, który kazał mi sięgać po ludzkie dusze — przyznał po chwili, podobnie jak Baldwina, z neutralną akceptacją. Odczuwał ludzki głód, ponieważ miał ludzkie ciało, więc był od niego zależny na wiele sposobów, ale podchodził do tego bardziej technicznie. Kiedy ciało domagało się jedzenia, to mu je dawał, ale nie robił z tego żadnej uczty, czy rytuału, który mógł dawać mu przyjemność. Po prostu karmił opakowanie. — I nie wiem czy czułem się szczęśliwy, za to na pewno czułem się spełniony — odpowiedział, prostując na moment palce pod jej dłonią. — Pogarda może być niewygodna, ale samotność... — urwał na ułamek sekundy, znów zaciskając palce na jej drobnej dłoni. Skupiał spojrzenie na swoich lekkich ruchach i pracy międzykostnych mięśni. — Czy samotność cię rani?

      Zayden Ward

      Usuń
  17. Dla niego pożądanie było najczęściej związane z cielesnością, ale nie chodziło o to, że nie potrafił go przeżywać głębiej, bo potrafił, i to bardzo. Problem polegał na tym, że w otoczeniu, w którym główną rolę grają układy i pozory, trudno było spotkać kogoś na tyle pięknego, by za tą fizyczną fascynacją mogło pójść coś więcej, jakieś szczere zainteresowanie, czułość czy chęć pozostania na dłużej. Rzadko trafiał na spojrzenia, które naprawdę potrafiły go poruszyć, i jeszcze rzadziej na dotyk, który sprawiał, że chciał przy nim zostać. Dlatego jego akty pożądania były najczęściej krótkie i ulotne, a skoro były ulotne, to nigdy oddawał im siebie w całości. Z drugiej strony, taka ulotna forma była poniekąd bezpieczniejsza, bo nie musiał wpuszczać nikogo do swojego świata, w którym trzyma sporo cennych sekretów i prawd.
    Lekko uniósł brew, gdy wspomniała, że musi się do czegoś przyznać, a czując, jak mocniej ściska jego palce, z ciekawością aż podniósł spojrzenie do jej twarzy. Chyba nie sądziła, że kiedy zdradzi, co tak naprawdę stoi za potrzebą karmienia go, on obrazi się, wyjdzie i demonstracyjnie trzaśnie drzwiami na znak urażonej dumy? To byłoby naprawdę zabawne, ale nie mogło się zdarzyć, bo on nie miał żadnych oczekiwań wobec niej, a co więcej – on też jadł przede wszystkim dlatego, że wiedział, że sprawia jej tym przyjemność. Mógł przeżyć bez tych wszystkich wypieków, które zawsze dla niego miała, skoro samo jedzenie nigdy nie było dla niego czymś więcej, ponad uzupełnieniem biologicznej potrzeby, ale równie dobrze mógł je po prostu od niej brać i zadowalać tym obie strony. I to też robił. Nie przeszkadzało mu więc to, że Baldwina tworzyła te smakołyki tylko dlatego, że lubiła, gdy on je zjadał, i ten brak urazy łatwo było dostrzec teraz w rozbawionym wyrazie jego twarzy. Ale grunt, że była szczera. Nie bez powodu nigdy nie musiał wystawiać do niej swojego zaufania na próbę i nigdy też nie dała mu powodu, by choć przez chwilę w nie zwątpił.
    — W porządku — rzucił więc tylko, gdyby jednak miała potrzebę bycia świadomą, że jej przyznanie się niczego nie zmienia. Ona dalej mogła przygotowywać jedzenie, a on dalej będzie je jadł. Różnica może być jedynie taka, że teraz będzie miał już stuprocentową pewność, że niekiedy wciskanie w siebie kolejnego ciasteczka, mimo braku miejsca w żołądku, może mieć jakiś wyższy sens.
    Trochę zaskoczyła go ilością pytań, ale to po prostu dlatego, że nie przypominał sobie, kiedy po raz ostatni ktoś w jednej chwili zapytał go o tak wiele głębokich spraw. Tutaj, w azylu pełnym gierek i układzików, jego codzienność rzadko sięgała tak daleko pod powierzchnię, bo rozmowy zwykle kończyły się na tym, co wygodne i bezpieczne, czyli na półsłówkach i domysłach, które niczego nie odsłaniały tak do końca. Ze względu na funkcję, którą tutaj pełnił, do większości podchodził z wyraźnym dystansem, podszytym brakiem zaufania, który był już czymś dla niego odruchowym, a pewne rzeczy wolał zostawiać niewypowiedziane i bezpiecznie schowane za obojętnością. Tak było po prostu lepiej, przede wszystkim dla niego. Ale z Baldwiną łączyło go coś zgoła innego – ona nigdy nie pytała po to, żeby zbierać sobie na kogoś haczyki i móc je potem gdzieś wykorzystać. Pytała, jakby naprawdę chciała poznać i dotrzeć do tego, co zwykle pozostawało dla innych zamknięte i nienazwane. Tak dla zaspokojenia samej siebie.
    — Nie obchodziło mnie to, co się z nimi działo — przyznał otwarcie. — Część z nich była rozbijana na emocje, na strach, rozpacz, a część stawała się pożywką dla bytów, które potrzebowały ich do podtrzymania własnego istnienia — wyjaśnił, wzruszając lekko ramieniem, bo to nigdy go nie interesowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zaprzątał sobie tym głowy, bo dla niego dusze były jedynie środkiem do celu, o którym przestaje się myśleć w chwili, gdy przestaje należeć do niego. Na pewno wszystkie trafiały do miejsca poza światem żywych, traciły tożsamość i rozpuszczały się, żeby stać się czystą siłą, z której mógł korzystać ktoś silniejszy. Przestawały poniekąd istnieć.
      — Kiedyś spełniało mnie to, teraz spełnia mnie moja aktualna funkcja — pociągnął, odpowiadając od razu na jej drugie pytanie. — I nigdy nie byłem samotny, Baldwino — dodał jeszcze, z łagodnym uśmiechem zaliczając też trzecie. Nie znał tego uczucia, bo został stworzony jako indywiduum, które trwa samo dla siebie. Nigdy nie miał rodziny, żeby odczuwać jej brak. Nigdy nie miał też stałego domu, żeby wracać do niego myślami. Dla kogoś, kto zna takie odczucia, mogła być to oznaka samotności, ale dla niego była to zwykła, naturalna rzeczywistość, która go w żaden sposób go nie bolała. I każdy miał jakieś swoje paradoksy, tak jak Baldwina, która mogła obawiać się czyjegoś towarzystwa i jednocześnie go pragnąć.
      Zsunął spojrzenie z jej twarzy w kierunku włosów, gdy na białych pasmach dostrzegł jej towarzysza, a potem podążył za nim wzrokiem, gdy przesunął się po jej czole i na powrót się schował. Rozplótł ich dłonie, sięgając palcami do długiego pasma, pod którym ukrył się pająk, ale gdy je rozsunął, stworzenie zdążyło już zniknąć. Przeciągnął więc palcami po długości białego kosmyka i puścił go, żeby opadł wolno w to samo miejsce.
      — Opowiesz coś o nim? Mały podglądacz, pojawia się i znika — stwierdził, zdając sobie sprawę, że o ile w jakiś sposób znał już Baldwinę, tak wiedzę o jej towarzyszu miał znikomą. Wspominała kiedyś, że to duch pogranicza, może nawet wymówiła kiedyś jego imię, ale to było ulotne. A teraz była dobra okazja, żeby czegoś się dowiedzieć i to zapamiętać.

      Zayden Ward

      Usuń
  18. Zbyt długo tkwił w pościgu, by móc wyprzeć go ze świadomości. Tlący się w jego umyśle żar był jak efekt choroby, która nie zabija, lecz rozciąga życie w cienkiej, bolesnej linii. Tkwił w niej od dawna. Kiedyś nieudane polowania były wyrzutem kipiącego gniewu. Rozdzierały go od środka, pchały do kolejnych uderzeń, szczęk zaciskających się mocniej, niż pozwalała natura. Wówczas bieg był najwłaściwszą odpowiedzią, a krew jedynym językiem, który rozumiał.
    Teraz nie rzucał się już w ogień z tym samym szałem. Gniew nie wybuchał, ale kulił się pod żebrami, ciężki i czujny. Kajał się jak porzucone zwierzę, nauczone, że hałas zdradza ślad.
    Nie był już burzą. Był cieniem po niej.
    I choć wciąż potrafił rozszarpać, coraz częściej zamiast nagłego ataku wybierał skulony bezruch. Tkwił spięty, gotów do skoku, a jednak wstrzymywany czymś głębszym niż rozkaz. Jakby piekło nauczyło go nie tylko gonić, ale też… czekać z opuszczonym łbem, nasłuchując własnego oddechu.
    Tak działał Azyl.
    I porzucony trop, wybijający piętno silniejsze niż runy.
    Codzienność jednak nie była ciężkim brzemieniem. Rutyna, powtarzalność, cisza.
    W Czarnym Piecu wszystko miało swój porządek, który nie pytał i nie oczekiwał odpowiedzi. Mąka osiadała na bladej skórze jak popiół po dawno zgasłym stosie, a ciepło pieca wpełzało pod żebra, na moment tępiąc drżenie, którego Grimm nie był w stanie pozbyć się nawet we śnie.
    Zazwyczaj pracował w milczeniu, na znienawidzonych przez innych zmianach, gdy słońce zaczynało myśleć o ponownym wzejściu, a przeraźliwy chłód wdzierał się mocniej niż przez resztę nocy.
    Szerokie ramiona poruszały się ciężko, mechanicznie, jakby ktoś nauczył go innego rodzaju polowania. Ciasto uginało się pod jego dłońmi miękko, ale uparcie, wyrabiane długo, aż rytm oddechu zaczynał przypominać coś niebezpiecznie ludzkiego, ale spokojniejszego niż szarpnięcia pogoni.
    Zapach chleba był zdradliwy – ciepły, lepki, niemal łagodny. Niektórzy mówili, że koił. Dla niego przybierał maskę, bo warstwa drożdży przykrywało echo piekła, które wciąż dudniło w kościach. Każdy bochenek miał w sobie odrobinę jego gniewu, choć nikt poza nim nie potrafił tego wyczuć. A może?

    Czasem zdarzało mu się zostawać po godzinach, gdy akurat któryś z pracowników nie mógł pojawić się na swojej zmianie. On i tak nie sypiał. Po kilku godzinach kopania, a później pracy do świtu, wciąż był rześki, wartki.
    Zmęczenie omijało go szerokim łukiem, jakby ciało ciągle zapominało, że powinno się łamać pod ciężarem kolejnych dni. Jedynie jego dłonie zdradzały prawdę. Były popękane, szorstkie i wiecznie napięte, jakby zamiast ciasta wciąż ściskały czyjeś gardło.
    Nie przepadał co prawda za obsługiwaniem klientów, choć niosło to w sobie coś z negocjacji przed skokiem. Obce oczy ślizgały się po nim z mieszaniną ciekawości i ostrożności, jakby wyczuwali pod skórą wszystko to, czego nie potrafili nazwać. Grimm zwykle odpowiadał krótkimi skinieniami głowy, dłonią wskazując na wypieki i wysłużone znaczniki. Rozmawiał z niewieloma osobami. Jedną z nich była Baldwina.
    Palce brudne od mąki zaciskały się na krawędzi starego blatu. Jego nienaturalnie szerokie plecy pochylały się łukiem ponad deskami, a napięte mięśnie pod cienką koszulą pracowały powoli, jakby każdy ruch był wyuczonym gestem końca, a nie codziennością pracy. Skóra na jego karku była szorstka, przecięta cienkimi liniami dawnych blizn, choć powoli zaczynała zmiękczać się pod wpływem świeżych wypieków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Dzień dobry, Baldwino – odpowiedział cicho, jeszcze zanim zdążyła dokończyć. Ciemne, żarzące się oczy Grimma błysnęły lekko, jakby w oczekiwaniu na blask spokoju, który kobieta roztaczała wokół siebie – Zostało kilka bułek drożdżowych z migdałami i świeże chałki – odpowiedział, szybko przebiegając wzrokiem po opustoszałych półkach. Czarny Piec na pewno nie był piekarnią na czasie, ale bez wątpienia przychodziło się tu z sentymentu i pewności smaku – Nie radzę próbować moich cynamonek – skrzywił się znacznie, uwidoczniając swoje bordowe piegi – Chyba, że chcesz sprawdzić, czy potrafisz kłamać. Z pewnością wyglądają lepiej, niż smakują.

      Grimm

      Usuń
  19. Nawet najokrutniejsza prawda jest lepsza od pięknie brzmiącej nieprawdy. Dlatego on zawsze bazował na szczerości, wychodząc z założenia, że to niedopowiedzenia najczęściej rodzą problemy, bo zostawiają zbyt wiele miejsca na domysły, które z czasem zaczynają żyć własnym życiem. To, co niewypowiedziane, potrafi ciążyć bardziej niż najtrudniejsze słowa, bo zamiast jasności przynosi tylko przypuszczenia, a te rzadko kiedy prowadzą do czegokolwiek dobrego. Wolał mówić wprost, nazywać rzeczy po imieniu i nie chować znaczeń między wierszami, bo tylko wtedy przekaz pozostawał czytelny, a to, co miało zostać zrozumiane, rzeczywiście miało szansę takim się stać. Przy jego funkcji zachowanie oczywistości było zresztą niezbędne, ale tak z innej strony, to prywatnie też nic mu po tym, że coś zostanie przemilczane. Korzystniej dla niego było nawet kogoś zranić, ale uczciwie i bez niedomówień, niż pozwolić, żeby ktoś żył w złudzeniu, które prędzej czy później i tak się rozpadnie. Nie od dziś wiadomo, że w tym wymiarze podstawową regułą jest zasada przyczyny i skutku. Każda decyzja, słowo czy gest zawsze znajdują tutaj swoje odbicie.
    W tych kwestiach nadawali na bardzo zbliżonych falach, dlatego mają za sobą dwie dekady czystej, niezmąconej żadnymi pozorami znajomości, która dla niego stała się już nawet takim wyznacznikiem spokoju. Naprawdę dobrze było móc z kimś rozmawiać tak swobodnie, bez konieczności lawirowania między niedopowiedzeniami i dziwnymi tajemnicami bez pokrycia. Dobrze było móc tak po prostu usiąść sobie przy kawie i ciastku, a potem rozwinąć spontanicznie jakiś temat i nie zastanawiać się, ile warto zdradzić, a ile wciąż lepiej zachować dla siebie. Niewiele było osób, z którymi osiągnął taki poziom swobody, bo niewielu było takich, którym warto było powierzyć choćby rąbek zaufania. Nic więc dziwnego, że to twarda osobowość funkcjonariusza była właśnie tą, z którą zderzali się tutaj wszyscy przeciętni. Akurat on nigdy nie słynął ani z przyjaznej, ani z przystępnej natury, ale też nigdy specjalnie nie starał się tego zmieniać. Taki był po prostu – zdystansowany i raczej trudny do odczytania, co dla jednych stanowiło barierę, a dla innych jakąś dziwną formę bezpieczeństwa. Dało się jednak dotrzeć do jego lepszej strony, jeśli ktoś miał cokolwiek do zaoferowania samym sobą i dość cierpliwości, żeby zostać na dłużej i nie zrazić się pierwszym wrażeniem. A że nie przywiązywał wagi do tego, żeby wypaść dobrze w cudzych oczach, to rzadko kiedy robił dobre pierwsze wrażenie. I drugie, albo trzecie też.
    — Nie widzę ich, bardziej czuję — odparł. To było dla niego tak naturalne zjawisko, że nie był nawet pewien, jakich słów użyć, żeby odpowiednio je opisać. — Czuję nagromadzenie doświadczeń i konsekwencji, które każda dusza niesie ze sobą. Jedne są ledwie wyczuwalne, inne ciągną za sobą coś gęstego... W każdym razie, im bardziej doświadczona dusza, tym cenniejsza i dla mnie i dla tego, który potrzebował jej do własnych celów — rozwinął nieco. W duszy, tak jak w palcach, zapisane są dawne wybory, krzywdy, zdrady i momenty, które coś w człowieku zmieniły. Z reguły wystarczała jego obecność, żeby wyczuł, czy stoi przed kimś, kto idzie przez życie bez większego śladu, czy przed kimś, kogo dusza dawno temu zaczęła uginać się pod własną historią. Handlował tym, co było najcenniejsze, albo działał na zlecenie, bo dla jednych lepszą pożywką była chaotyczna energia z cięższych doświadczeń, dla innych harmonijna z lżejszych – to nigdy nie było jednokierunkowe. Ale tak było kiedyś, bo teraz, gdy ciążyła nad nim przysięga, działało to nieco inaczej. Tutaj wyczuwał po prostu intencje – nadchodzące kłamstwo, łamanie zasad, czy cokolwiek podobnego, co mogło godzić w przyjęty w azylu porządek. Był więc częściowo narzędziem, nawet jeśli Baldwinie wydawało się, że tak nie jest, ale było to coś, co zostało z nim scalone i co stało się po prostu częścią jego samego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uznając, że ta odpowiedź zaspokoiła jej ciekawość, skupił w pełni uwagę na pająku, który powędrował na jej palce i przyjrzał mu się z bliska. Wysłuchał jej zaraz potem i już miał odpowiedzieć, że jeśli przywołanie go wymaga zbyt dużo siły, to nie ma potrzeby, żeby się nadwyrężała jakąś jego zachcianką... Ale zanim się odezwał, przez kuchnie przemknął cień, który zaraz zmaterializował się za jej plecami. Mimowolnie odchylił się lekko w bok na krześle, żeby zobaczyć w całości istotę, która przed chwilą była pajączkiem, wbijającym szczękoczułki w jej palec, a teraz wyglądała jak coś, co mogło połknąć ją w całości. Doskonale rozumiał, dlaczego Limnar mógł tworzyć kokony z ludzi – rozłożyste, pajęcze odnóża bez wątpienia służyły właśnie do tego.
      Był trochę zaskoczony, przede wszystkim wielkością tego stworzenia i faktem, że wyjątkowo mocno kontrastowało ono z wyglądem drobnej, bielutkiej Baldwiny, na której usługach było.
      — Ty jesteś bez porównania ładniejsza — powiedział najpierw, żeby trochę rozmyć jej zawstydzenie, które od razu dostrzegł. Dotknąłby ją nawet, żeby nie skubała tej halki, ale nie wiedział, jak Limnar w takiej postaci może zareagować, więc wolał na razie tego nie robić. Niby emanował obojętnością, ale cholera wie.
      — On karmi się twoją skórą i krwią, ale czy ty korzystasz z niego w jakiś sposób? — zapytał, szczerze zainteresowany tą kwestią, bo nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek Baldwina korzystała z niego na przykład w pracy, czy tak w ogóle. — Czy jest po prostu twoim towarzyszem? — dopytał od razu. Taka opcja też mogła wchodzić przecież w grę. Przed chwilą rozmawiali o samotności, a Limnar mógł być taką stałą w jej życiu, co prawda uwarunkowaną, ale jednak. Przyzwała ducha Limnara, bo było jej go szkoda, a to znaczy, że wcale nie musiał robić dla niej niczego więcej ponadto, żeby obok niej istnieć.

      Zayden Ward 🤔

      Usuń
  20. [Hej!
    Dziękuję pięknie za powitanie i oczywiście chętnie skuszę się na wątek 🩶
    W ramach ciekawostki powiem, że karta Anastasiusa przeważyła za decyzją o dołączeniu na bloga, więc podwójnie cieszę się, że chcesz wspólnie coś napisać.
    Z Baldwiną na pewno mój gagatek będzie się musiał często widywać ze względu na runy. Pytanie czy chcesz od tego motywu rozpocząć czy coś innego chodzi Ci po głowie? Jesteśmy gotowi do tańca i... no, może nie do różańca, ale dla takiego uroczego dziewczęcia wiele jesteśmy w stanie zrobić 🪽]

    Belial

    OdpowiedzUsuń
  21. Nigdy nie wnikał w duchowe szczegóły, bo zgłębianie tej wiedzy go nie interesowało, a to, czym handlował, traktował jedynie jako produkt do wzmacniania własnych wpływów. Nie miała dla niego znaczenia cała ta otoczka, bo zawsze był w tym bardzo pragmatyczny – działania były skuteczne, więc przynosiły zadowalające efekty i nie było potrzeby przy tym specjalnie teoretyzować, czy doszukiwać się jakichś szczególnych niuansów. Dla niego ludzka dusza zawsze stanowiła wyłącznie przedmiot handlu, a ponieważ nie miał własnej, to było mu wszystko jedno jak one powstają i jaki jest ich cel, oczywiście poza tym, żeby wcielić się w człowieka i w ludzkim ciele pogłębiać samoświadomość. Wystarczy, że służyły jemu, nawet jeśli przestawały później istnieć.
    Nie był w stanie dać jej wszystkich odpowiedzi, bo jego wiedza była w tym zakresie ograniczona, a to, co mógł wyjaśnić, to wyjaśniał jedynie w oparciu o własne doświadczenia, które z duszami miały zaledwie ułamek wspólnego. A szczególnie teraz, gdy przysięga znacząco zmieniła jego priorytety, runy obniżały wartość jego zdolności, a dodatkowo wszystkie jego działania musiały odpowiadać Radzie. Takie triple combo, żeby przypadkiem nie narobił tu zbyt dużego bałaganu. Oczywiście, on nawet przy tym potrójnym zniewoleniu znalazł sobie kilka patentów na to, żeby niektóre zasady obejść, ale płacił za to dość drogo, poważ kary zawsze godziły w jego istnienie.
    — Większość tutejszych mieszkańców nie ma duszy — odpowiedział, a mówił większość, bo była tutaj również mniejszość, której przedstawiciele posiadali nadprzyrodzone zdolności, ale wciąż byli ludźmi, mieli ludzką samoświadomość i w pewnym momencie, być może gdy dopełnią celu obecnego zejścia, zakończą w tej materii swoją drogę i w odpowiednim czasie znów wcielą się w inne ciało, by dalej doświadczać. Nie miał pojęcia, czy rzeczywiście proces ten wygląda jak koło Samsary, bo nigdy taką duszą nie był, a jego samoświadomość nigdy nie była ludzka, ale mogło być w tym jakieś ziarno prawdy. Nie bez powodu targetem jego działań były dusze ludzkie. Istoty nadprzyrodzone zwykle są świadomością samą w sobie, nie posiadają duszy, a ludzką powłokę często noszą tylko po to, żeby móc w funkcjonować w tej materii. On sam przez wiele lat istniał na tym świecie tylko jako cień. Nie potrzebował ludzkiego pudełka, bez którego dusze akurat nie są w stanie tutaj funkcjonować.
    Uśmiechnął się na jej słowa o wpasowywaniu się w estetykę, a potem przechylił lekko głowę w bok. To, co jest społecznie akceptowalne w tym azylu, znacząco odbiega od tego, co akceptowalne jest poza nim.
    — Jak dla mnie, to może mieć nawet sto nóg, Baldwinko — przyznał, lekko wzruszając ramieniem, bo może piękno ludzkie faktycznie stawiał ponad pięknem takich stworzeń, ale to z pewnością była bardzo subiektywna sprawa. Limnar nie wywoływał w nim jednak odrazy, a obojętność podobną do tej, którą emanował sam. W zestawieniu z urodą Baldwiny wypadał dużo gorzej, ale to nie oznaczało, że nie ma w nim cudu, po prostu nie wszyscy byli w stanie go dostrzec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A więc w jakiejś części opiekuje się tobą — stwierdził i pochylił się lekko w przód, sięgając kubek z cynamonową kawą. Przekazał naczynko Baldwinie, a potem powtórzył ruch i sięgnął po swoje. Kawa stygła z każdą minutą, ale zapach maślanych ciasteczek wciąż wypełniał przytulną kuchnię.
      Nadstawił kolano i wskazał Baldwinie, żeby sobie na nim usiadła.
      — To znaczy, że zareaguje, jeśli ktoś spróbuje skraść twoje serce? — upewnił się zaraz, chcąc dobrze zrozumieć zadania obecnego przy niej ducha. Nie zamierzał tego sprawdzać, ale to z pewnością byłoby dobre dodatkowe zabeczenia dla jej serca, schowanego w skrzynce pod łóżkiem.

      Zayden Ward

      Usuń
  22. Opierał się na wysłużonym blacie, napinając mięśnie za sprawą własnego ciężaru. Miękkość dębowych desek była niemal nierealna. Uginały się lekko pod naporem mężczyzny i sunęła po opuszkach szorstkich palców z wyjątkową, niemal drapiącą lekkością. Zacisnął palce, pozwalając, by kłykcie zbielały pod naciskiem. Blat jęknął głucho, a w jego barkach przez moment odezwała się stara, choć dobrze znana siła. Ta sama, która niegdyś kończyła sprawy szybciej niż słowa.
    – Naprawdę sugerujesz piekarzowi, że zostawił ciasto do wyrośnięcia na zbyt krótko? – uniósł do góry brew, choć jego ton zdradzał nieco więcej rozbawienia niż samej irytacji – Te kilka lat w Czarnym Piecu nauczyło mnie wiele. Między innymi cierpliwości – dodał, sięgając po papierową torbę.
    Nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu stanąć w takim miejscu. Praca, która została przydzielona mu po przybyciu do Last Salvation tak bardzo różniła się od wszystkiego, co znał wcześniej, że przez pierwsze tygodnie traktował ją jak niedorzeczny żart. Zamiast rwistego pościgu był jednostajny ruch wyrabianego ciasta. Zamiast krwi – mąka, która osiadała jeszcze ciężej i uparcie. Zamiast krzyku ciepło pieca, które wpełzało pod skórę i tępiło krawędzie jego gniewu.
    A jednak ciało przyjęło ten rytm szybciej, niż był gotów przyznać.
    Ramiona pracowały miarowo, oddech wyrównywał się przy każdym kolejnym ruchu, a ciężar bochenków w dłoniach miał w sobie coś niepokojąco znajomego. Jakby to wciąż była robota wymagająca siły, tylko że nikt już nie krwawił na koniec zmiany.
    Skrzywił się pod nosem, wsuwając wypieki do torby z przesadną dokładnością, jakby każdy gest mial dopasować do białowłosej klientki.
    – Próbowałem rozszyfrować jeden ze starych przepisów. Tyle, że papier jest zalany kawą i oblepiony mąką – uśmiechnął się lekko, przesuwając w jej stronę pieczywo. Dłonią energicznie przejechał po blacie, zgarniając odliczoną gotówkę. Monety z przesadnie czystym dźwiękiem wylądowały w skrzypiącej szufladzie, z wybrakowanymi przegródkami. Zdecydowanie wolał, gdy klienci mieli odliczoną gotówkę, bo buszowanie w stercie drobnych zawsze kończyło się tym samym, cichym zgrzytem jego cierpliwości.
    Szuflada zasunęła się z głuchym stuknięciem. Grimm uniósł wzrok, zatrzymując go na twarzy kobiety z tą samą, czujną uważnością, z jaką kiedyś mierzył odległość do skoku. Teraz jednak w jego postawie było mniej napięcia, a więcej tej powściągliwej kontroli, której Azyl prędzej czy później uczył wszystkich…
    – Może następnym razem wyjdą lepsze – przez jego poszarzałą twarz przebiegł lekki uśmiech. Palce, mimochodem, strzepnęły z blatu resztki mąki. Grimm zerknął na zegarek, który uparcie wskazywał koniec jego pracy. Baldwina miała wyczucie.
    Przytaknął i zsunął z szyi pobielony fartuch. Jego dłoń odszukała pod blatem niewielkiego pęku kluczy i Grimm przekręcił zamek w szufladzie z utargiem. Monety miały czekać tam do rana, gdy, tak jak co dzień, liczył je właściciel.
    – Ciasto rośnie lub nie. Tak jak ludzie. Jedni zadowolą, drudzy staną się zakalcem – odpowiedział na jej pytanie, wysuwając się zza długiego blatu. Wsunął w dłoń skrawek bułki, którą z trudem skubał przez cały dzień, i w końcu zmusił się, by przegryźć większy kęs.
    Omiótł wzrokiem pomieszczenie, upewniając się odruchowo, że wszystko pozostawiał względnie na swoim miejscu, po czym krótkim skinieniem dał znać na zaplecze. W Czarnym Piecu ktoś zawsze czuwał, nawet gdy właściwe pieczenie zaczynało się dopiero nocą, wieczory należały do tych, którzy pilnowali zapasów, rozczynów i porządku.
    Zamaszyście pchnął duże, ciężkie drzwi i puścił ją przodem, tuż pod swoją ręką. Z zaciekawieniem przemknął po jej plecach, przez które właśnie przebiegał ciemny cień. Uśmiechnął się pod nosem, zupełnie do siebie i do mroku, który mimo pozornego porządku, czaił się w każdym kącie Azylu.
    – Odprowadzę Cię do domu – mruknął.

    Grimm

    OdpowiedzUsuń
  23. [Dziękuję za lekcję, bo do tej pory nie miałam pojęcia, że coś takiego jak Kościej w ogóle istnieje: brzmi to jednak bardzo ciekawie, a jak się dołoży do tego tę ładną mordkę to już w ogóle. Chociaż muszę przyznać, że jej historia jest naprawdę smutna i ktoś lepszy niż Dorian pewnie by ją przytulił i pocieszył. Ten co najwyżej może się z nią upić i sprawić, że oboje zastanawiać się będą czy to drugie mówi serio, czy może jednak nie. Chciałabym powiedzieć, że owszem, Dorian przy bliższym poznaniu zyskuje, ale szansa jest taka, że będzie trzeba mocno zmrużyć oczy i trochę zatopić się w delulu, żeby tak rzeczywiście się stało. A przynajmniej on z pewnością tak myśli. A już tak całkiem serio to chętnie coś razem napiszemy, bo myślę że mają potencjał na bardzo ciekawą znajomość.]

    Dorian

    OdpowiedzUsuń
  24. Podczas gdy Baldwina ustawiała funkcjonariuszy porządkowych do pionu, Levi grzecznie siedział na krześle, na którym go posadzono, a raczej dokładał wszelkich starań, aby z tego krzesła nie zlecieć. Kurczowo zacisnął długie i szczupłe palce na siedzisku, wzrok natomiast starał się trzymać utkwiony w jednym punkcie, co było dla niego karkołomnym zadaniem, bo świat wokół okazał się wirować. Nie było to tak dokuczliwe, kiedy Levi szedł i później, kiedy go prowadzono, bo wspomniane wirowanie jakby zgrało się z jego chwiejnymi, stawianymi w nierównym rytmie krokami. Teraz natomiast, kiedy zatrzymał się w miejscu, świat wirował nadal bez niego i kotołak nijak za tym wirowaniem nie nadążał. Stąd nie skupiał się na słowach białowłosej kobiety, a na tym, by siedzieć względnie prosto i nieruchomo, co nie wychodziło mu ani trochę, bo tułowiem zataczał okręgi, raz szersze, raz węższe i przestał dopiero, kiedy poczuł na policzkach drobne i chłodne dłonie.
    Spróbował popatrzeć na Baldwinę, ale zamiast tego popatrzył przez nią. Jej sylwetka rozmazywała mu się przed oczami, ale jej dotyk, pojawiający się w różnych miejscach na ciele Ackermanna stanowił kotwicę, która trzymała go w rzeczywistości i która pomagała wysiedzieć mu na krześle bez kołysania się. Stąd faktycznie się nie ruszył, kiedy Baldwina chwyciła go za twarz, a potem polizała. Levi chyba nawet nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że został polizany, choć wzdrygnął się odruchowo, kiedy coś wilgotnego i ciepłego przesunęło się po jego pokrytym kilkudniowym zarostem policzku, bo przebywając na zewnątrz, nie miał kiedy i gdzie się ogolić.
    — Próbuję — odpowiedział, bo kiedy kobieta mówiła bezpośrednio do niego, łatwiej było mu wyłapać sens jej słów, niż kiedy zwracała się do funkcjonariuszy.
    Funkcjonariusze.
    Levi obejrzał się gwałtownie za siebie, najpierw przez prawe, później przez lewe ramię, cały czas mocno trzymając się krzesła. Funkcjonariuszy i ich szarpiących go dłoni już nie było, choć kotołak nie zarejestrował momentu, w którym wyszli. W ciele wciąż czuł osadzone w kościach zimno od długiego przebywania na dworze, w głowie miał niespokojny mętlik, a od tego, że świat nieustannie się kręcił, robiło mu się niedobrze. Jęknął, zakołysał się i spojrzeniem szeroko rozwartych, przekrwionych oczu odszukał białe włosy.
    — Próbuję się skupić — powiedział raz jeszcze, bo ta wcześniejsza próba skupienia się spełzła na niczym. — Na zewnątrz… Był człowiek… Ja chodziłem za nim długo, a potem. Potem byłem już z powrotem w Azylu — wyjaśnił na tyle, na ile potrafił w tym niezrozumiałym dla siebie stanie, w którym się znajdował.
    Nagle świat nie tylko zawirował, a zrobił fikołka, w odpowiedzi na co Levi puścił krzesło i spróbował złapać się czegoś innego, ale że nic innego nie znajdowało się na wyciągnięcie ręki, to osunął się z krzesła i zrobił… puf! Tylko dzięki temu jego ciało nie gruchnęło na podłogę, za to na podłodze tej wylądowała kupka ubrań i zaplatany w nią czarny kot, który względnie miękko upadł na cztery łapy. Kot ten wygramolił się spomiędzy nogawek spodni, spod koszulki na krótki rękaw, ominął zimowe buty i strząsnął z tylnej łapki skarpetkę, po czym zrobił kilka drobnych i chwiejnych kroków w przód, by następnie zamiauczeć żałośnie.
    Levi nie kontrolował tej przemiany. Z ledwością myślał, więc nie pomyślał także o tym, aby się przemienić, a jednak znalazł się w swojej kociej postaci, co czuł wyraźnie, choć czuł się tak samo paskudnie, jak kiedy był człowiekiem. Skulił się tam, gdzie udało mu się doczłapać. Przysiadł nisko na łapach, pochylił głowę i zapatrzył się w podłogę, mrużąc nadwrażliwe na światło ślepia. Przynajmniej teraz, na czterech łapach i blisko podłogi, o wiele łatwiej było mu utrzymać równowagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musiał też patrzeć za Baldwiną, by wiedzieć, że ta znajdowała się blisko. Co z tego jednak, że była blisko, skoro nic nie mogli zrobić, kiedy Levi był kotem? Skupił się więc i spróbował zmienić postać z powrotem na ludzką, ryzykując tym, że przyjaciółka zobaczy go nagiego i ani trochę wesołego, ale nic z tego. Tak jak w tę stronę puf zrobiło się samo, tak w tę drugą już nie chciało, ani samo, ani po wysiłku podjętym przez Ackermanna.
      Westchnął cichutko, tak jak potrafiły wzdychać tylko koty, a już szczególnie te czarne.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  25. Chociaż nie miał przy sobie żadnych stworzeń, to doskonale rozumiał schemat działania takich relacji. Domyślał się też, że trochę musiała sobie tego pająka wytresować, żeby ich współpraca ułożyła się pomyślnie i korzystnie dla wszystkich. A teraz służył on jej codzienności, będąc równocześnie gwarantem bezpieczeństwa, bo gdy ktoś spróbuje jej zaszkodzić, pająk z pewnością zrobi, co swoje. Nawet w pozornie bezpiecznym azylu warto było mieć takiego strażnika, który zadba o to, żeby nikt nie przekroczył granic, a w jej przypadku nie połasił się na skrzynkę schowaną pod łóżkiem. Ale to, że mało kto wiedział o jej istnieniu właśnie tam, działało zdecydowanie na plus, bo im mniej osób miało tego świadomość, tym mniejsze było ryzyko, że ktoś spróbuje sięgnąć po to z ciekawości lub chciwości. Baldwina miała w urzędzie dość istotną funkcję i może nie wyglądała jak ktoś, na kogo czyha całe stado wrogów, bo nawet ciężko sobie wyobrazić, że mogłaby ich mieć, to jednak nakładała runy i nie szła przy tym na żadne kompromisy. Ktoś mógł jej za to nie lubić.
    Popatrzył na jej palce, gdy oparła je o jego nogę i uniósł nieznacznie brew, obserwując jej wahanie i nieme deliberowanie. Oczywiście, że była to propozycja praktyczna, a wyszedł z nią przede wszystkim dlatego, że stała między jego nogami, najpierw skubiąc halkę, a potem próbując znaleźć dłoniom jakieś inne zajęcie przy twarzy. Wręczył jej zatem kubek z kawą, żeby mogła sobie stukać o niego paznokciami, albo obracać go w palcach, a dodatkowo zaproponował też kolano, bo nie chciał, żeby bez potrzeby stała w miejscu, kiedy mogła po prostu na chwilę sobie przysiąść. Konstrukcja była raczej stabilna i prędzej należało obawiać się o to krzesło pod jego tyłkiem, które teraz musiało przyjąć na siebie trochę więcej ciężaru, niż o mięśnie nóg, ale to naturalne, że Baldwina co do wszystkiego musiała mieć swoją własną pewność. Przyzwyczaił się już. We wszystkim była taka dokładna. Każdą najmniejszą rzecz musiała najpierw sprawdzić i poczuć na własnej skórze, zanim pozwoliła sobie w nią uwierzyć. Może wynikało to z jej natury, a może było odruchem wypracowanym po feralnym wypadku podczas występu na szarfach, ale na pewno nie było wadą, a jedynie osobliwym niuansem.
    Uśmiechnął się, gdy ostatecznie przysiadła i zerknął krótko na Limnara, czy jemu robiło to jakąkolwiek różnicę, ale nie wydawał się tym poruszony. Nie, żeby go testował, ale może badał trochę granice, bo te jej częściowo należały też i do ducha, skoro jej ciało było w jakimś sensie także jego domem, nawet jeśli tak trochę wynajmowanym.
    A z racji tego, że była teraz blisko, popatrzył sobie na jej białe rzęsy, długie i znikające pod półprzeźroczystą skórą na krawędzi powieki, a potem, przechodząc z obserwacją do jej twarzy, przyłożył kubek do swych ust i pociągnął niewielki łyk chłodniejszej już kawy. Próbował odnaleźć w niej jakikolwiek dodatkowy odcień, poza tym, który miały jej oczy, bo w ten odcień patrzył już nie raz. Może jakaś plamka na skórze, może jakieś maleńkie znamię? Coś, co nie było blizną, tylko co dekorowało jej skórę od samego początku i zawsze było częścią niej.
    — Nie muszę już próbować, przecież dawno je skradłem — powiedział zupełnie tak, jakby stwierdzał fakt oczywisty, a potem zaśmiał się krótko. Żartował, co zresztą dało się usłyszeć, i nie nawiązywał do fizycznej kradzieży, bo nawet o niej nie myślał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej serce nie byłoby mu do niczego potrzebne i faktycznie nie miałby z nic z tego, gdyby je przebił. Poza tym, gdyby miała co do tego wątpliwości, nigdy nie zdradziłaby mu miejsca, w którym je trzyma.
      — Możesz się z nim rozstać, czy to układ już na wieki? — zapytał jeszcze, spoglądając chwilowo w stronę Limnara. To było po prostu ciekawe, a pytania dodatkowo pozwalały mu uzupełnić braki we własnej wiedzy. Nie jest przecież alfą i omegą, żeby na wylot znać i rozumieć każdą napotkaną na drodze istotę. — Zastanawiam się, czy mógłby kiedyś przejść na kogoś innego, czy gdy okazałaś mu współczucie, to został definitywnie przypisany tobie — rozwinął nieco, chcąc bardziej zobrazować sobie skalę tego oddania, ale też odpowiednio zrozumieć tę zależność. Są takie układy, z których można wykreślić się w każdej chwili, ale są i takie, które raz zawarte będą ciągnąć się do usranej śmierci, o ile ktoś może w ogóle umrzeć.

      Zayden Ward

      Usuń
  26. Lilith była jedną z pierwszych mieszkanek The Last Salvation. Niemal od razu zajęła dom na wzgórzu, który miał nieco mroczną aurę. Z biegiem lat w domu zamieszkały też inne demony, sukkuby i inkuby, a także cienie, wszystkie pragnęły być blisko Lilith. Wraz z pojawieniem się nowych osób w domu, budynek zaczęły oplatać czerwonokrwiste róże, jednak mało kto wiedział, że ukłucie tychże róż było zabójcze. Przynajmniej dla istot, które nie były nieśmiertelne. Na początku swojego pobytu w miasteczku poznała Baldwinę Heart, piękną i niezwykłą istotę, o długich, białych oczach i fiołkowych oczach, w których można było utonąć. Baldwina w całym swoim pięknie była cholernie dziwna i była totalnym przeciwieństwem Lilith. Różniły się niemal pod każdym względem, ale być może dlatego tak dobrze się dogadywały? W końcu, wśród ludzi istniało powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają. Choć łączyło je jedno, obie były oddane miasteczku i Radzie. Baldwina spełniała się jako urzędniczka, która sumiennie nakładała mieszkańcom runy, a Lilith jako funkcjonariuszka, która była gotowa skręcić kark każdemu, kto tych run nie chciał. Mimo swojej lojalności demonica wciąż szukała luk w systemie. Szukała sposobu, w który mogłaby powiększyć swoją moc, nawet jeśli część tej mocy i tak musiałaby oddać na rzecz azylu. Oczywiście to co działo się w domu na wzgórzu, w tym domu zostawało. Bez wyjątku. Dlatego wizyta Baldwina w tym dniu była wielce niefortunna, a nawet jeśli się z nią umówiła, to o tym zapomniała.
    — Następny razem zapukaj. — lewitująca postać demonicy powoli opadła, a czując podłogę pod bosymi stopami, cicho westchnęła, nieco niezadowolona, że zostało jej przerwane w tak kluczowym momencie. — Witaj, kochana — uśmiechnęła się leniwie, obracając powoli w kierunku przyjaciółki. — Ciastka? — jej uśmiech się znacznie poszerzył. Tylko ona mogła wpaść na pomysł, żeby przynieść ciastka do domu demonów. — A czy w tych ciastkach zaklęta jest jakaś śmiertelna dusza, którą mogłabym schrupać? — podeszła do niej, odganiając Cienie, które ją otoczyły i nie chciały dać jej dostępu do Lilith. Chwyciła jedną ciastko, gryząc mały kawałek. — Żadnej duszy, sam cukier. — westchnęła teatralnie. — Powinnaś otworzyć cukiernie, a nie marnować się przy tych runach. — zażartowała, obejmując ją ramieniem i prowadząc do przestronnego, choć mrocznego salonu, w którym dominowały ciemne kolory.
    — Każdy ma jakieś hobby, prawda? A Rada nie musi wiedzieć o moim. — wzruszyła obojętnie ramionami. — Wiesz, demony mają dość osobliwe zainteresowania. Spokojnie, to raczej nie wpłynie na moje runy, a jeśli nawet… to chyba mogę liczyć, że je poprawisz? — zaśmiała się cicho i melodyjnie. Żartowała, traktując to lekko, w przeciwieństwie do osób, które się spóźniły na odnowienie swoich run. Jednocześnie wciąż unikała odpowiedzi co tak naprawdę robiła i jaki był jej cel, najwyraźniej nie chcąc jej tego zdradzić. — Poza tym, musisz wiedzieć, że to co dzieje się w tym domu, to w nim zostaje. Moje dzieci to rozumieją. A Ty, jako moja przyjaciółka, jesteś w stanie? — kiedy rozsiadła się na kanapie, a Baldwina zajęła miejsce obok niej, Lilith przesunęła się bliżej, całkowicie niwelując dystans między nimi. Objęła jej żuchwę dłonią, paznokciami przesuwając wzdłuż jej skóry. Swoimi czarnymi jak otchłań tęczówkami wpatrywała się we fiołkowe oczy przyjaciółki.
    Demony zaraz rozproszyły się po domu, wciskając się w jego kąty i pomieszczenia na parterze, piętrze i poddaszu. Zostały same, jej dzieci jednak wciąż były blisko nich, niewidoczne ale czujne.

    Lilith

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie zdążyli wiele porozmawiać po wyjściu funkcjonariuszy, ale czy miało to znaczenie? Levi znajdował się w stanie, w którym zdolny do rozmowy nie był, na pewno nie takiej rzeczowej i logicznej, więc Baldwina musiała zadowolić się tymi strzępkami informacji, które zdołał jej przedstawić. Tylko tyle potrafił wykrztusić, tylko tyle uformował i przepchnął przez usta jego otępiały umysł – Ackermann czuł się tak, jakby ktoś otworzył jego czaszkę i wyciął tę część mózgu, która była odpowiedzialna za rozumowanie. Pamiętał niewiele z tego, co wydarzyło się poza Azylem i jeszcze mniej rozumiał, a wiedział tylko tyle, ze było mu źle.
    Jako kotołak miał głęboką świadomość swojego ciała i posiadał naturalnie rozwiniętą interocepcję, nazywaną często ósmym zmysłem. Szwankował jego umysł, ale szwankowało też ciało i teraz to, co Levi odczuwał przed przemianą, skumulowało się w jego o wiele mniejszym niż ludzkie, kocim ciele i zdawało się, że to z ledwością mieści cały ten dyskomfort, ponieważ Ackermann nie mógł z całą pewnością powiedzieć, że coś go boli. To, co nim targało, to nie był ból – to było raczej poczucie, że coś mu zabrano, a tym czymś była podstawowa, ale jakże ważna umiejętność komunikowania się ze światem zewnętrznym i odczuwania go.
    Levi nie odpowiedział Baldwinie. Siedział nadal w tej samej pozycji, skulony przy drewnianej podłodze i nadal próbował, ale domysły białowłosej kobiety były słuszne – nie potrafił się przemienić i najpewniej było to spowodowane klątwą, o której wspomniała inspektora do spraw run, bo to jedno Ackermann wyłowił i zapamiętał z jej słów. I choć miał oczywisty problem z odczuwaniem świata zewnętrznego, rozumiał to, co do niego mówiono, a także wyczuł, kiedy Baldwina przykucnęła. Poruszył uszami, delikatnie obrócił głowę i popatrzył na jej wyciągniętą dłoń, by następnie wyciągnąć szyję i lekko dotknąć zimnym nosem opuszki jej wskazującego palca, jakby tym drobnym gestem próbował jej przekazać, że zgadza się na wszystko, byle tylko Heart zdołała uporać się z tą sytuacją, w której on sam ani trochę się nie odnajdywał.
    Oczywiście, że nie miał nigdzie się stąd ruszyć. Raz, że nie był na tyle nierozsądny, by to zrobić, a dwa, najzwyczajniej w świecie nie miał na to siły. Gdyby był zdrowy, najpewniej już łaziłby po biurko przyjaciółki z ogonem wysoko podniesionym do góry, ale że zdrowy nie był ani trochę, to przez cały czas trwania krzątaniny siedział tam, gdzie Baldwina go zostawiła. Wyglądał przy tym żałośnie, co było tym bardziej zauważalne, że w swojej kociej postaci potrafił wyglądać nader dostojnie, zachwycająco wręcz. Daleko mu było do drobnego koteczka – był trochę większy, niż standardowy kocur, na podstawie czego wprawne oko mogło odróżnić kotołaka od zwyczajnego dachowca, choć zdarzały się koty przerastające kotołaki rozmiarem, bo od każdej reguły istniały wyjątki, do których należały choćby main coony. Futro miał gładkie i błyszczące, sylwetkę smukłą, ale nie chudą, a kończyny długie. Umaszczenie odziedziczył po matce, bo kiedy przemieniał się jego ojciec, Thatcher, był rudy i wredny. Choć akurat Thatcher był wredny także w ludzkiej postaci, a odkąd jeździł na wózku, to już w ogóle.
    Nie miało dla niego znaczenia, ile czasu upłynęło od momentu, w którym Baldwina zostawiła go na podłodze do chwili, w której się odezwała, że go podniesie. Dobrze, że go uprzedziła, bo w swojej kociej postaci Levi nie lubił być dotykany i gdyby Baldwina zdecydowała się na podobne posunięcie, kiedy kotołak byłby w pełni sił, skończyłaby podrapana i pogryziona bez względu na ich wieloletnią przyjaźń. Levi jednak sił nie miał w ogóle, więc pozwolił się podnieść, acz aby dać upust własnemu niezadowoleniu z tym związanemu, miauknął wysoko i jękliwie. Ostrzegawczo, choć przed niczym nie ostrzegał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod płaszczem kobiety było mu milej, niż się spodziewał, że będzie. Baldwina pachniała ładnie, przede wszystkim dlatego, że jej zapach był dla Leviego zapachem dobrze znanym i przez to sam z siebie stawał się ładny. Inspektorka mogła poczuć, że o ile początkowo kotołak siedział sztywno, o tyle w miarę pokonywanej przez nią trasy wyraźnie się rozluźnił, a nawet oparł łepek o klapę płaszcza i przysnął.
      Rozbudził się, kiedy został spod płaszcza wyciągnięty i posadzony na kanapie. Przyjął dokładnie tę sama pozycję, co w gabinecie Heart – usiadł skulony, z łapkami blisko ciała, brzuchem wciśniętym w siedzisko kanapy, głową pochyloną i przymrużonymi ślepiami, choć w mieszkaniu było ciemniej, niż w pokoju, który niedawno opuścili i już nie raziło go światło.
      Nie obserwował tego, co robiła Baldwina, nie w dosłownym tych słów znaczeniu, bo choć nie śledził jej wzrokiem, kiedy poruszała się po mieszkaniu i nie przyglądał się ruchowi jej palców, to jego uszy drgały raz po raz, wyłapując każdy dźwięk i każdy szelest. Usztywnił się, kiedy Heart do niego podeszła i położył po sobie uszy, ale pozwolił jej zawiązać wokół szyi kawałek włóczki z nawleczonym na nią guzikiem. Gdy Baldwina się odsunęła, popatrzył na nią, mrugnął powoli i znowu się na nią zapatrzył. Miauknął raz i nie zdążył miauknąć drugi, kiedy znowu, zupełnie samo i wbrew jego woli, zrobiło się puf!
      Twarz Baldwiny znajdowała się nie przy zwierzęcym pyszczku, a przy prawym kolanie nagiego Ackermanna i chwała wszystkim znanym bóstwom, że właśnie tam. To, przy czym twarz Baldwiny absolutnie nie powinna się znajdować, Levi panicznie zakrył dłońmi.
      — Winnie, ja cię bardzo przepraszam… — stęknął. — W ogóle nad tym nie…
      Puf!
      Na kanapie stał czarny kot, który ledwo trzymał się na nogach.
      Puf!
      — Będę rzygał — poinformował bełkotliwe nagi mężczyzna, ucapił się dłońmi boku kanapy i mocno za niego wychylił, a kiedy Levi Ackermann mówił, że będzie rzygał – przypomnijmy, że miał głęboką świadomość swojego ciała – to niestety, ale naprawdę miał rzygać.

      goły i nie-wesoły LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  28. Kotołak, jakkolwiek pozostawał istotą paranormalną, wciąż był jedną z normalniejszych istot przebywających w Azylu, co mógł zaobserwować na przestrzeni upływających lat. Najprostszym dowodem na jego normalność było to, że dojrzewał i dorastał, a w końcu miał zacząć także się starzeć, w przeciwieństwie do wielu, jeśli nie większości mieszkańców Last Salvation, bo nie trzeba było daleko szukać, żeby znaleźć tego przykład – Baldwina wyglądała dokładnie tak samo, jak w dniu, w którym poznał ją szesnastoletni wtedy Levi, przyprowadzony do Ratusza w celu nałożenia, jak się okazało, jednej runy, bo dokładnie tyle miało wystarczyć, aby zupełnie stłumić jego umiejętność przemiany w kota. Jedenaście lat później miała tą samą, dziewczęcą i nakrapianą piegami twarz, gładką i bez śladu zmarszczek, okoloną białymi włosami. Miała te same, fioletowe oczy, które wydawały się być czarne w ciemności i które w pełnym słońcu przybierały piękny, delikatnie podszyty czerwienią liliowy kolor.
    Gdyby tylko Ackermann był bardziej świadom tego, co działo się z nim i co działo się wokół, zauważyłby, że tę twarz przyozdobił krwistoczerwony rumieniec i że te oczy rozwarły się szerzej na widok jego golizny. Tyle dobrze, że był świadom chociaż na tyle, aby tę goliznę, a raczej jej najbardziej newralgiczną część, zakryć, choć kiedy zrobiło mu się niedobrze i kiedy wychylał się za kanapę, nie myślał o tym w ogóle, ponieważ istotniejszym stało się dla niego to, aby nie obrzygać tejże kanapy, ani tym bardziej Baldwiny, co byłoby dla niej stokroć gorsze, niż widok nagiego mężczyzny. Ten przecież powinien być skąd inąd przyjemny.
    Zabawne, bo przecież w kociej postaci, jakby nie patrzeć, Levi także pozostawał nagi i co więcej, paradował dumnie z wysoko podniesionym ogonem. Co jednak wolno było kotu, nie wolno było człowiekowi, choć człowiek ten właśnie rzygał nie inaczej, jak kot właśnie, do wciśniętej mu w ręce doniczki. Doniczki z ziemią i kwiatkiem, więc dobrze się złożyło, że Levi nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł i treści żołądka było tyle, co nic. Ackermann pluł żółcią, kiedy targały nim suche torsje, co było o tyle nieprzyjemne, że w innych okolicznościach jednak wolałby mieć co z tego żołądka wyrzucić.
    Poczuł, kiedy na jego ciało opadł miękki koc. Pochylony nad doniczką, uśmiechnął się słabo w podzięce, czego Baldwina mogła nie dostrzec, ponieważ głowę miał także pochyloną. Złowił jej słowa o tym, że będzie dobrze, ale kiedy jego żołądkiem szarpnęło po raz kolejny, nie chciało mu się w to wierzyć. Choć zawsze mogło być gorzej, prawda? Mógł rzygać krwią, co nie byłoby takie dziwne, jeśli ciążyła na nim jakaś klątwa. Mógł zacząć wypluwać własne zęby, mogły zacząć schodzić mu paznokcie… Żołądek wywrócił mu się na lewą stronę, tym razem nie od klątwy, a od tych niewesołych wyobrażeń.
    Nie zamierzał puszczać doniczki. Ta doniczka stała się jego punktem zaczepienia, jego kotwicą. Oparł ją sobie na udach przykrytych kocem, objął ją rękoma i pochylał się nad nią z mocno zaciśniętymi powiekami. W tej pozycji, uczepiony doniczki, Levi miał wrażenie, że świat wokół niego kręci się nieco wolniej. Do jego uszu, mniej czułych niż w kociej postaci, ale wciąż bardziej czułych niż u zwykłego człowieka, dolatywały nawet odgłosy towarzyszące krzątaninie Baldwiny.
    Wyprostował się i rozchylił powieki, kiedy białowłosa kobieta wróciła do salonu, ale nie puścił doniczki i posadzonej w niej roślinki, choć z roślinki akurat niewiele zostało.
    — Brzydko pachnie — poskarżył się, kiedy Winnie podsunęła mu pod nos kubek z naparem. — A nawet śmierdzi — zdążył jęknąć, ale posłusznie odchylił głowę, a nawet oderwał prawą dłoń od doniczki i przytrzymał nią za dno kubka, by mieć choć znikomą kontrolę nad gorącym płynem wlewanym wprost do jego gardła. Przełykał, krzywiąc się i marszcząc nos, bo tak samo jak napar śmierdział, tak też smakował, a na dodatek był gorący i parzył przełyk. Levi pił jednak, jakby od tego miało zależeć jego życia, bo w zasadzie, to zależało i nie przestał, póki na jego język nie spadła ostatnia kropla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy delikatnie, acz stanowczo, odepchnął do swojej twarzy kubek wraz z zaciśniętą na nim dłonią Baldwiny, po czym odchylił się i plecami opadł na oparcie kanapy. Doniczkę objął lewą ręką, przytrzymując ją przy sobie, tak na wszelki wypadek i tak, jakby ta zaczęła stanowić jego mentalne wsparcie. Prawą dłonią złapał za koc i podciągnął go wyżej, aż pod pierś, zadbawszy o to, aby przyjaciółka nie była narażona na gorszące widoki. Głowę odchylił i oparł o miękki mebel, powieki przymknął.
      Nie czuł, aby było mu lepiej. Napar kręcił się po jego żołądku, jakby szukał sobie miejsca i Levi mógł mieć nadzieję, że je znajdzie, a nie znajdzie drogi z powrotem na górę, choć lepiej było mieć czym rzygać, niż rzygać niczym. Minęła jednak chwila, a nawet dwie, a on nie tylko nie zwrócił tego, co wlała w niego Heart, ale też odczuł, jakoby ten nieustannie wirujący świat zaczął zwalniać obroty, mając wreszcie się zatrzymać. Nie przemienił się także niekontrolowanie, mimo że ten guzik z runą, nawleczony na włóczkę zaplątaną wokół jego szyi, wystrzelił w eter w momencie pierwszej przemiany, bo ludzka szyja była znacząco grubsza od tej kociej.
      Otworzył jedno oko, odszukał wzrokiem Baldwinę.
      — Lepiej — poinformował cicho, ale ostrożnie, mimo wszystko nie będąc pewnym tego lepiej. — Dziękuję.

      LEVI ACKERMANN i jego przywłaszczona doniczka 🪴

      Usuń
  29. Nawet gdyby Levi przystał na propozycję Baldwiny dotyczącą martwej wody, sam nie miał jej niczego do zaoferowania – niczego równie dobrego, co mógłby mieć sam z siebie, ponieważ zawsze mógł sprowadzić dla niej coś cennego spoza Azylu, tylko czego mogłaby chcieć Baldwina? Ackermann odniósł wrażenie – może mylne – że kościeji niczego nie brakowało. Wydawała się też – bo i tu nie miał stuprocentowej pewności, nikt nigdy nie mógł jej mieć – szczęśliwa. Sprawiała wrażenie osoby zadowolonej z życia, będąc przez kotołaka postrzeganą jako ta, która niewiele do tego zadowolenia potrzebowała. Cieszyła się tym, co już miała, a przy tym cieszyła się z małych rzeczy, jak chociażby cieszyła się z przynoszonych jej przez Łącznika owadzich okazów, na które ten czasem natykał się, przebywając poza Azylem. Bawiło go to niezmiernie, że niemalże zawsze, kiedy widział jakiegoś robala, myślał o Winnie i specjalnie na takie okazje nosił w swoim wyświechtanym plecaku nieduży, bo pięćdziesięciomililitrowy słoik z podziurawioną gwoździem nakrętką, żeby tego robala złapać i zabrać ze sobą do Last Salvation. Najczęściej przynosił jej żuki, bo ich gatunków i rodzajów było mnóstwo, choć dla Leviego, który nie był żadnym specjalistą, chitynowy pancerzyk każdego jednego zawsze mienił się inaczej, niż poprzedniego.
    Czy Baldwina byłaby skłonna dać mu kilka kropel martwej wody za żuka? Być może, gdyby zdawała dobie sprawę z tego, że często Levi dokładał większych starań, by takiego żuka złapać niż by zdobyć wart znacznie więcej magiczny przedmiot. I kto tu był niewolnikiem kogo, zważywszy na to oddanie i poświęcenie…?
    Ackermann miał nadzieję, że żadnego następnego razu nie będzie. O ile pamięć go nie myliła, a znajdował się w stanie, w którym miała pełne prawo go mylić, nigdy wcześniej nie oberwał żadną klątwą, a przecież pierwszych szesnaście lat życia spędził w Coventry, przy sabacie, gdzie obecność kotołaków była nie tylko konieczna, ale też niezbędna do odprawienia niektórych rytuałów czy rzucenia skomplikowanych zaklęć, bo o ile kotołaki same w sobie nie były zbyt magiczne, o tyle były wspaniałymi przekaźnikami i kondensatorami magii.
    Choćby ze względu na to życiowe doświadczenie Levi powinien rozpoznać, że to klątwa, ale cóż, kiedy tylko ta go trzasnęła, znalazł się w stanie uniemożliwiającym rozpoznanie niewielu rzeczy. Zachował na tyle przytomny umysł, by nie na głos, ale we własnej głowie przyznać przyjaciółce rację, kiedy to ona jako pierwsza powiedziała o klątwie.
    Przetoczył głowę po zagłówku wieńczącym oparcie kanapy, kiedy Baldwina usiadła obok po to, aby móc swobodnie na nią spoglądać i choć ona unikała kontaktu wzrokowego, z czego Levi dobrze zdawał sobie sprawę, on nigdy tego nie robił. Uchylił powiekę także drugiego oka i zawiesił wzrok na jej twarzy, z której zdążył zniknąć ten intensywny rumieniec wywołany jego golizną. Zresztą teraz żadne z nich nie miało powodów do wstydu, bo ciało kotołaka zakrywał obszerny koc, choć nie ukrywajmy, Levi nie miał powodów do wstydu także przed pojawieniem się koca. Miło było zawiesić oko na jego ciele, bo to było smukłe i silne, z ładnie rysującymi się pod bladą skórą mięśniami, które zapewniały mu tę kocią zwinność w obu postaciach.
    — Koty mają wyższą temperaturę ciała, niż ludzie — powiedział cicho i powoli, jakby wypowiadanie pełnych zdań kosztowało go więcej wysiłku, niż kiedy wszystko było z nim w najlepszym porządku i w istocie tak było. — To znaczy, kotołaki też. Trzydzieści siedem i siedem — wyjaśnił. — Kiedy żyliśmy w Coventry i babcia prowadzała mnie do lekarza, to zawsze był problem — dodał, nie bardzo wiedząc, dlaczego wspomina teraz o przeszłości, tej dawno zagrzebanej daleko poza granicami Azylu. Może dlatego, że teraz to też mógł być problem, bo to, co Baldwina poczuła, przyłożywszy rękę do jego czoła, wcale nie musiało być gorączką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opuścił wzrok na dłonie Baldwiny spoczywające na jej kolanach. Obserwował, jak skubie materiał białej sukienki i próbował przypomnieć sobie, co zaszło na zewnątrz. Sam pozostawał w bezruchu i tylko jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, napędzana ciężkimi oddechami. Levi czuł się lepiej i wyglądał lepiej, a także lepiej kontaktował ze światem, bo ten w końcu przestał wirować, ale jednocześnie opuściły go jakiekolwiek siły. Siedział więc na kanapie pod kocem, z szeroko rozłożonymi nogami, wtopiony w oparcie, z głową odchyloną na zagłówek i śledził wzrokiem taniec palców białowłosej kobiety.
      — Miałem zadanie od Rady — podjął po skupieniu myśli. — W okolicy zaczął kręcić się człowiek, którego miałem obserwować. Ten człowiek… — urwał i skrzywił się, po czym przełknął głośno, odchrząknął i próbował odezwać się znowu. — On… — tchnął, ale ponownie nie zdołał powiedzieć nic więcej, tak jakby kiedy próbował, coś mu na to nie pozwalało. Levi zorientował się, że nie tylko nie potrafił powiedzieć nic na jego temat, ale też kiedy próbował przywołać z pamięci jego twarz, widział tylko czarną plamę.
      Postarał się bardziej. Zmarszczył ciemne brwi i zaczął przekopywać własny umysł na tyle intensywnie, że jego czoło zrosił lekki pot, a finalnie ponownie zrobiło mu się lekko niedobrze.
      — Cholera, nie potrafię… Nie potrafię niczego o nim powiedzieć, nie potrafię sobie przypomnieć…

      sklerotyk LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  30. Lilith zerknęła kątem oka na miejsce w którym jeszcze przed chwilą miał miejsce rytuał. Krąg jeszcze tlił się resztkami energii, którą wciąż było czuć w powietrzu, a która powoli ulatywała. Znaki, które jeszcze przed chwilą żarzyły się piekielnym ogniem, całkowicie wygasły, a powietrze wciąż zgęstniało od nadmiaru magii. Wszystko to zostało jakby przerwane w pół zdania, w momencie kiedy Baldwina przekroczyła próg domu. Lilith poczuła przypływ mocy, która w jednym momencie napełniła jej ciało, a w następnym je opuściła. Bezpowrotnie. Mimo że respektowała zasady panujące w Azylu, co więcej, sama je często egzekwowała na niektórych jednostkach, to jednak cały czas szukała obejścia, luki w systemie. W końcu Lilith była uosobieniem grzechu, więc naginanie zasad leżało w jej demonicznej naturze. Nie chciała jednak w żaden sposób naruszać struktur miasteczka. A jako że Baldwina była straszną służbistką to fakt, że widziała rytuał był dość sporą niedogodnością.
    — To nie był rytuał przywołania. Ani ingerencji w strukturę azylu. Nie dotykałam kotwic, nie naruszyłam żadnej z barier. — jej głos był rzeczowy i spokojny, a czarne oczy demonicy wpatrywały się w przyjaciółki, uparcie chciała spojrzeć jej w oczy łamiąc tym granice intymności, która ta sobie narzuciła. — To była internalizacja. — wyjaśniła miękko, zupełnie jakby powiększanie jej mocy miało być czymś naturalnym.
    — Ale chyba nie mamy czym się przejmować, bo Twoja obecność zaburzyła całą obecną tu energię, a ja poczułam aż po opuszki palców jak moc ulatuje z mojego ciała. — westchnęła. — Ale jeśli chcesz… — przesunęła dłonią wzdłuż swojego ramienia, palcami zahaczając o ramiączko czarnej sukni. — To możemy sprawdzić, jak mają się moje runy? — przegryzła wargę z nieco sugestywnym uśmiechem.
    Prawda była taka, że Lilith miała sporo nałożonych run, a Baldwina musiała dość często je poprawiać przez nadmiar demonicznej mocy, gromadzącej się w jej ciele. Ta moc była potężna i nieokiełznana, jednak w miarę upływu czasu Lilith nauczyła się ją kontrolować. Tak samo było z jej skrzydłami, które miały być karą boską, nałożonym piętnem i przekleństwem, a stały się jej atutem.
    — Naprawdę o tym myślałaś? — roześmiała się melodyjnie, kiedy ta wspomniała o otworzeniu cukierni jak o rzeczywistym planie na życie tutaj. — Powinnaś na to patrzeć z tej perspektywy, że to Twoja cukiernia i powinna być wypełniona Twoimi ulubionymi smakołykami — odparła, jakby to było coś normalnego. Właściwie tak było. Lilith czerpała z życia garściami, brała to czego aktualnie pragnęła, nie zważając przy tym na innych.
    — Masz ochotę na drinka? — spytała, chcąc uciąć temat tego, co Baldwina tu zobaczyła. Powoli wstała, nawet nie czekając na odpowiedź przyjaciółki i podeszła do barku, wyjmując z niego butelkę whisky i dwie szklanki.
    Krąg powoli wygasał. ​​Energia nie rozpadała się w neutralny pył: zbierała się, zagęszczała, wślizgiwała pod skórę demonicy. I wtedy to poczuła. Nie krzyknęła, ani nie poruszyła się gwałtownie. Baldwina mogła dostrzec ledwie zauważalne zawahanie w kroku, minimalne napięcie w barkach, jakby Lilith przez ułamek sekundy musiała pamiętać, jak oddychać. Jej dłoń zacisnęła się szklance na tyle mocno, że szkło pękło w jej dłoni. Zaś z jej pleców wyrosło kilka czarnych ostrzy, raniąc dogłębnie jej aksamitną skórę. Skrzydła. Do tej pory nie była w stanie ich otworzyć, bariera ochronna Azylu skutecznie jej to uniemożliwiała. Lilith wciągnęła powietrze przez zęby. Zamknęła oczy, potrzebując chwili. Dłuższej chwili. Po upływie może kilka minut ostrza zniknęły, pozostawiając po sobie jedynie strugi krwi. Zerknęła na swoją dłoń, równie zakrwawioną i wytarła ją w ręcznik jak gdyby nigdy nic. Prawda była taka że Lilith przez setki lat swojego istnienia była przyzwyczajona do bólu. Był on nieodłączną częścią jej egzystencji. Chwyciła po kolejną szklankę i nalała im drinka, zostawiając bez słowa tą chwilową niedogodność, która jej się przytrafiła.

    Lilith

    OdpowiedzUsuń
  31. Levi przepadał za tym w Baldwinie – za tym jej prostym szczęściem, na które składało się wiele drobnych rzeczy. Nie wszystkie, ale zdecydowana większość istot paranormalnych zamieszkujących Last Salvation utyskiwała na swój los. Stali bywalcy – a po wkroczeniu na teren Azylu chcąc, nie chcąc, każdy stawał się stałym bywalcem – utyskiwali na panujące w tym miejscu restrykcyjne zasady, których przestrzegania skrupulatnie pilnowali funkcjonariusze porządkowi oddani Radzie. Co prawda nie wszyscy byli jej oddani w równym stopniu, stopień ten jednak był wystarczający do tego, aby wykonywali swoje obowiązki, ponieważ gdyby tego nie robili, sami zostaliby ukarani. Ten mechanizm o solidnych trybach i ostrych, mogących zranić krawędziach funkcjonował sprawnie od dnia założenia Azylu i widać był skuteczny, skoro każdej z istot, która tutaj przybyła, nie działa się żadna krzywda. Tymczasem krzywd czyhających na nie na zewnątrz była co nie miara i Levi doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ on i Thatcher ledwo co przed takową umknęli. Przez wgląd na to doświadczenie młody Ackermann nie był jednym z uciśnionych utyskiwaczy, a panujące w Last Salvation zasady potrafił doskonale nagiąć do własnych potrzeb i do tej pory robił to tak zręcznie, że żadnej nie złamał.
    Z tego względu czuł się nad wyraz dobrze w towarzystwie Baldwiny, ponieważ wiedział, że przyjaciółka myślała podobnie – że jeśli szczęście można było zmierzyć, to miarą ich szczęścia był pełen brzuch i poczucie bezpieczeństwa pozwalające im zaznać w nocy spokojnego snu, a czy w obliczu tego, to, że już nigdy nie mogli opuścić tego miejsca, a ich moce pozostawały ograniczone, było aż tak wielką tragedią?
    Dlatego przynosił Baldwinie co ciekawsze żyjątka, które znajdował. Ponieważ lubił patrzeć, ile radości sprawiał jej widok owada uwięzionego w szklanym słoiku niemal tak samo, jak oni uwięzieni byli w tym miejscu i mogli zrobić z tym dokładnie tyle samo, ile ten owad – nic. Zapamiętywał każdą z ciekawostek opowiadanych mu przez kościeję i nawet nauczył rozróżniać się niektóre gatunki poszczególnych owadów, bo to, że żuk był żukiem, a ćma ćmą wiedział, ale tego, że żuk gnojownik toczył kule znacznie przewyższające masą jego własną masę ciała, nauczyła go ona.
    Także przy niej, mimo paskudnego samopoczucia pamiętał, aby zakryć swoją nagość, bo o ile jako zmiennokształtny nie miał z nią najmniejszego problemu, o tyle inni mogli go mieć. Nie mógł zawsze i wszędzie pamiętać o ubraniach, za każdym razem rozbierać się przed przemianą i ubierać po niej, ponieważ było to niepraktyczne. Czasem musiał przemieniać się szybko i wielokrotnie, tak jak przed paroma minutami, na oczach Baldwiny, z tym że dziś działo się to zupełnie przypadkowo i wbrew jego woli. Na co dzień Levi w pełni to kontrolował, a wielokrotne zmienianie formy nie przyprawiało go o nudności. Kiedy kogoś szpiegował, tak jak miało to miejsce podczas ostatniego i niefortunnego zadania powierzonego mu przez radę, wchodził gdzieś jako człowiek, wychodził jak kot, przemieniał się dwa razy po drodze, by pokonać przeszkodę nie do pokonania dla kota i przemieniał się z powrotem, by wejść gdzieś, gdzie człowiek by się nie wcisnął lub nie wskoczył.
    — Dokładnie dlatego — zgodził się z nią, a pod wpływem jej pytania lekko zmarszczył ciemne brwi. Chwilę zajęło mu przekopanie wspomnień, tylko dlatego, że nie wracał do nich często, bo wspominanie utraconych bliskich nadal było dla niego bolesne. Pogodziłby się ze śmiercią babci, gdyby ta odeszła w naturalny sposób, ale nie potrafił pogodzić się z tym, że po raz ostatni widział ją leżącą na podłodze, w kałuży jej własnej krwi.
    — Najczęściej dawała mi do possania kostkę lodu — powiedział, mimo wszystko uśmiechając się lekko do tego wspomnienia. — Robiła to nawet wtedy, kiedy faktycznie miałem gorączkę, wiesz, żeby doktor się nie przeraził, widząc ponad czterdzieści stopni… Potem w Coventry osiedlił się lekarz, który był też czarownikiem. Dołączył do sabatu i naturalnie to on zaczął nas leczyć, kiedy była taka potrzeba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wypiciu ohydnego naparu przygotowanego przez przyjaciółkę potrafił bez problemu sięgnąć myślami do wydarzeń sprzed dwudziestu lat, ale nadal nie potrafił przypomnieć sobie, co miało miejsce ledwo wczoraj, kiedy wciąż przebywał poza Azylem i na dodatek fakt, że próbował sobie przypomnieć, dodatkowo go wyczerpał. Mógł mieć tylko nadzieję, że jego niepamięć nie będzie stanowiła przeszkody w zdjęciu z niego klątwy, bo gdyby nadal miał walczyć z własnym umysłem, niechybnie znowu by się porzygał. A kiedy rzygał, faktycznie nie wyglądał zbyt atrakcyjnie.
      Jego czułe oczy natychmiast wyłowiły ruch w białych włosach Winnie. Levi wbił spojrzenie w pająka z wprawą przemykającego pośród białych pasem i choć nie był to pierwszy raz, kiedy widział, jak Limnar przemieszcza się w ten sposób, na jego przedramiona i tak wystąpiła gęsia skórka, a w dół kręgosłupa spłynął zimny dreszcz. Duch nie mógłby zamieszkać w jego włosach czy sierści – Ackermann nie zniósłby dotyku pajęczych odnóży, wzdrygał by się i obruszał, bo choć przynosił Baldwinie owadzie okazy, wprost nienawidził, kiedy coś znienacka na niego siadało lub po nim przebiegało.
      — Ufam — odpowiedział odruchowo, choć nie wiedział, czego powinien się spodziewać, a nawet, gdyby wiedział, prawdopodobnie i tak nie zdołałby się na to przygotować, bo skoro nie przyzwyczaił się do Limnara pomieszkującego we włosach Baldwiny, to jak miał oswoić się z jego widokiem teraz, kiedy duch zaprezentował mu się w całej swej okazałości?
      Miał się nie ruszać, ale powoli oderwał głowę od zagłówka kanapy i wyprostował kark, jednocześnie powoli podnosząc wzrok w górę, ponad sylwetkę młodej kobiety, nad którą zaczął górować stwór. Z rozchylonymi bezwiednie wargami, z rozwartymi szeroko oczami, Levi sunął spojrzeniem przez jego sylwetkę, a jednocześnie doniczkę, którą trzymał jedną ręką przy boku ciała, przesunął z powrotem na swoje uda i objął ją obiema rękoma, ewidentnie chcąc się nią zasłonić. Kiedy Ackermann dotarł wzrokiem do wiszącej pośrodku konstrukcji głowy, z jej opadającymi jak poszarpany baldachim czarnymi pasmami włosów, spiął się i zasyczał, a jasne włoski na jego karku stanęły dęba.
      — Moją krwią albo włosami — powtórzył głucho, nie patrząc przy tym na Heart, bo nie odrywał wzroku od głowy Limnara. Jeśli miałby wybrać, zdecydowanie wolał go jako pająka we włosach Winni, choć i to było trochę creepy. Potem skrzywił się, kiedy kobieta przedstawiła mu cenę układu mającego na celu zdjęcie z niego klątwy – naprawdę nie lubił być dotykany w swojej kociej postaci, choć podróż do mieszkania Baldwiny za pazuchą jej płaszcza okazała się nader przyjemna.
      Nie wiedział, czy Limnar widzi w zwyczajowym znaczeniu tego słowa, ale posłał mu krzywy uśmiech i w końcu przeniósł wzrok na kościeję.
      — Nie wiem, czy przypadkiem jednak nie wolę zarzygać się na śmierć — oznajmił, mówiąc zupełnie poważnie. Był przekonany, że dało się umrzeć w ten sposób, na pewno jednak dało się umrzeć także podczas ściągania klątwy, gdyby coś poszło nie tak. — Ale dobrze. Spróbujmy. — Skinął głową i mocniej złapał doniczkę, jakby to miało mu w czymkolwiek pomóc.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛🪴

      Usuń
  32. — Takich problemów mógłbym życzyć każdemu — zauważył. — Gorączki i ssania kostki lodu.
    Gdyby do rozwiązania jego dzisiejszego problemu miała wystarczyć kostka lodu, Levi wziąłby ją do ust bez zawahania, nie zważając na przeszywający ból nadwrażliwych na zimno zębów, jednak nawet jeśli nie mógł opowiedzieć Baldwinie o istocie klątwy, wiedział, że zdjęcie jej z niego nie będzie niczym tak prostym. Nie podejrzewał jednak, że do uporania się z rzuconym na niego czarem przyjaciółka będzie musiała zaprzęgnąć – i to niemal dosłownie – związanego z nią paktem ducha, a gdyby zdawał sobie sprawę z tego, jakie odczucia w Baldwinie wywoła jego reakcja na widok Limnara, zastanowiłby się nad nią co najmniej dwa razy. To nie było przecież nic personalnego, na pewno też nie miało rzutować na ich trwającą jedenaście lat relację, która w bliżej nieokreślonym punkcie zdążyła przerodzić się w przyjaźń, lecz zważywszy na swoje doświadczenia, Heart miała prawo obawiać się tego, że Levi uzna ją za dziwadło. Nie miał zrobić nic podobnego, a jednocześnie należało przyznać, że Limnar nie był piękny. Na pierwszy rzut oka pozostawał wręcz odrażający, natomiast reakcja Leviego była zupełnie ludzka, choć podszyta kocim syknięciem. Owładnął nim pierwotny strach przed nieznanym – przed stworzeniem niewiadomego pochodzenia, które mogło nie wiadomo co mu zrobić, nawet jeśli Limnar miał działać wyłącznie na polecenie kościeji.
    — Weź, co będzie potrzebne — powiedział, już ze wzrokiem utkwionym w Baldwinie, która nagle wydała mu się… inna. Kiedy natomiast powiedziała o tym, że nie chciała go przestraszyć, Ackermann przynajmniej po części zrozumiał, co zaszło i w jakim kierunku mogły potoczyć się jej myśli. — Nie przestraszyłaś — odezwał się łagodnie i łypnął na stwora wiszącego nad jej plecami. — Ale Limnar już tak — zażartował ponuro, raz jeszcze uważnie badając wzrokiem pajęczą sylwetkę ducha i przy tym wciąż ściskał trzymaną na udach doniczkę, nawet jeśli przez swoją zawartość ta nie była ani trochę miła w trzymaniu.
    Reszta zadziała się szybko. Heart przeszła do działania, a Levi się temu działaniu poddał i tym razem posłuchał jej rady odnośnie tego, aby się nie ruszał, jakby jakikolwiek nieostrożny ruch w obecności Limnara mógł być jego ostatnim. Pracowały wyłącznie jego gałki oczne, śledząc ruchy kościeji, która dobrała się do jego włosów i uszczknęła z nich pojedynczy kosmyk, którego braku nie miał nikt zauważyć. Związała go zręcznie i podsunęła duchowi na otwartej dłoni tak, jak koniom podsuwało się kostkę cukru. Limnar złapał ze ten kosmyk równie ostrożnie, co koń wargami za smakołyk, pochylając się przy tym tak nisko, że jego czarne włosy muskały ramiona Ackermanna i ten musiał mocno wytężyć silną wolę, aby się przy tym nie wzdrygnąć.
    Ból pojawił się nagle. Coś szarpnęło za jego klatkę piersiową, uczepiwszy się ciała dokładnie po środku mostka, a nawet głębiej, za nim, bo coś zaczęło przesuwać się pomiędzy jego tkankami i wydobywać na zewnątrz w miarę tego, jak duch poruszał szczękoczułkami. Levi, który mimo bólu starał się patrzeć, musiał przyznać, że był to wyjątkowy spektakl, który nie tyle widział, co czuł. Jego ciało odpowiadało szarpnięciem na każdy ruch pająka, coś nieustannie przesuwało się pośrodku mostka, stawiając opór ciągnącemu pająkowi, aż kotołak poczuł, że Limnar wyszarpnął z jego ciała ostatni fragment obcej energii i wtedy odrzuciło go na oparcie kanapy, dokładnie tak, jakby ktoś przeciąż nożycami napiętą i łączącą ich nić. Duch zaczął przeżuwać, ale w tej samej chwili Baldwina głośniej zaczerpnęła powietrza i to na niej Levi skupił spojrzenie. Widział więc, jak złapała się za głowę i widział, kiedy wróciła do siebie, nie na długo jednak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Winnie? — tchnął, kiedy jej ciałem szarpnął spazm bólu, będący nie do pomylenia z czymś innym. — Winnie? — powtórzył, kiedy zaczął kurczyć się Limnar i kiedy zaczęła kurczyć się także ona, nie dosłownie jednak, w przeciwieństwie do ducha, a bardziej metaforycznie. Głowa jej opadła, ramiona się skuliły, a plecy zaokrągliły i wtedy kotołak dostrzegł na białej sukience ślad czerwieni.
      Jeśli wcześniej Baldwina nie chciała go przestraszyć, to teraz udało jej się to znakomicie.
      Levi puścił trzymaną doniczkę. Ta stoczyła się z jego ud, upadła na podłogę i lekko się utłukła, wysypała się z niej ziemia wraz z cuchnącą treścią żołądka Ackermanna, który dopadł do przyjaciółki, ignorując zsuwający się z ciała koc. Złapał ją za ramiona i przytrzymał, finalnie oparł ją lekko o siebie i kiedy pochylił głowę, wyraźnie dostrzegł odciskający się na materiale sukienki, precyzyjny acz krwisty wzór będący niczym innym, jak pajęczyną. Wydedukował więc, że to, co się działo, musiało być jakoś związane z Limnarem, który zniknął, ale nie tak zupełnie. Kotołak spostrzegł, jak szybko wspiął się po ramieniu Baldwiny i zniknął w jej białych włosach, nie będąc już takim przerażającym, jak jeszcze przed chwilą.
      — Winnie? — powtórzył, nie puszczając jej. Przesunął się wraz z nią bliżej kanapy, usadził ostrożnie na miękkim meblu. Odgarnął białe włosy z jej twarzy, by widzieć, co z nią. — Winnie, odezwij się do mnie, bo teraz naprawdę się boję.
      Zaaferowany stanem inspektorki do spraw run nie spostrzegł, że sam czuł się zgoła dobrze. Całkiem normalnie, może tylko lekko zmęczony, co nie odbiegało od tego, jak czuł się każdego innego dnia. Klątwa nie toczyła już jego ciała i umysłu, spoczywała na dnia pajęczego żołądka Limnara – choć Levi pamiętał z lekcji biologii w szkole, że pająki na pewno nie miały żołądków, co jednak posiadały zamiast nich, już nie wiedział – i czy tym samym przypadkiem nie spoczywała także na dnie żołądka Baldwiny? Kościeja nie tłumaczyła mu nigdy istoty ich paktu, tak jak wcześniej nie chwaliła się samym Limnarem.

      teraz już przestraszony nie na żarty LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  33. Ona z pewnością troszczyła się o innych, mając na uwadze dobro wszystkich jednostek, którym nakładała runy, ale wątpliwe, czy którakolwiek z tych jednostek byłaby w stanie w pełni odwzajemnić jej tę troskę. Niektórzy zapewne tak, ale na pewno nie wszyscy, bo zbyt wiele jest tu istot kierujących się wyłącznie własnym interesem. To, co dla niej było wykonywaniem obowiązków, z których oczywiście wywiązywała się należycie, dla innych było piętnem wysysającym moc, które pozbawiało ich autonomii i czyniło zależnymi od łaski azylu i tych, którzy nim rządzą. Dla niej był to porządek i konieczność wpisana w naturę tego azylowego świata, a dla innych był to niewidzialny łańcuch, który z czasem zaczynał coraz bardziej ciążyć. Nie każdemu podobało się takie rozwiązanie, nawet jeśli miało ono sporo sensu, ale nikt nie mógł już z tego miejsca zrezygnować, bo nie od dziś wiadomo, że do azylu obowiązuje bilet tylko w jedną stronę. Sfrustrowani tkwią uwięzieni w złotej klatce, czasami próbując zniszczyć ją od wewnątrz, podważając zasady i testując granice tego, co jeszcze uchodzi im bezkarnie. Ale nie wszyscy buntują się otwarcie, dlatego intrygi są tu bardzo popularne i to głównie z nimi trzeba sobie radzić. To głównie na tych, których przychodzą z uprzejmym uśmiechem, a w kieszeni trzymają nóż, Baldwina powinna uważać. I takich jest tutaj całkiem sporo.
    Nie rozumiał rosyjskiego, ale domyślał się, co chciała mu przekazać, dlatego grzecznie zsunął spojrzenie z jej twarzy do kubka i napił się jeszcze kawy, teraz to na niej skupiając swoje zmysły. Gorzki smak było jego ulubionym, bo był wyraźny, niczego nie udawał i niczego nie ukrywał. Smak prosty i uczciwy. Wprawdzie lubił łączyć go z czymś słodszym lub maślanym, tak jak te ciasteczka, które stygły na blaszce, ale sama gorycz odpowiadała mu równie bardzo.
    Jednak wyobrażał sobie nie posiadać tych zmysłów, zarówno smaku, jak i słuchu, bo one były ludzkie, a on istniał w wielu różnych formach i nie zawsze w takich, które wiązały się z fizycznym chodzeniem po tym świecie. Jego świadomość nie zawsze była zamknięta w takiej estetycznej, męskiej powłoce, choć trzeba przyznać, że ostatnie dwa stulecia spędził właśnie w ten sposób i zdążył już przywyknąć do ludzkiego ciała, poznając przy okazji wszystkie jego wady i zalety. W tej materii bez zmysłów na pewno nie da się istnieć tak w pełni, jednak świat nadnaturalny, który jest tej materii częścią, potrafi zdziałać takie cuda, że dla istot z uzdrawiającą mocą, głuchota wydaje się być tylko lekkim do rozwiązania problemem. Skoro żywa woda Baldwiny przywracała do życia umarłych, to tym bardziej będzie w stanie przywrócić jej słuch, gdyby kiedykolwiek została go pozbawiona. Dlatego on nie rozpatrywał tego w taki sposób, nie próbował sobie wyobrażać, że czegoś nagle mogłoby mu zabraknąć, bo otacza ich nadnaturalna rzeczywistość, która w pewnych aspektach zdaje się nie mieć granic. Jednym coś odbiera, innym coś zwraca – to taki świat, który można kształtować jak plastelinę. I jego zdolności do tworzenia iluzji są tego dobrym przykładem, nawet jeśli efekty nie wpisują się w tę rzeczywistość na stałe. Akurat one nie muszą, bo potrafią tu namieszać i bez wpisywania się.
    Jego brew powędrowała wyraźniej w górę, gdy Baldwina znów stanęła między jego nogami i wykonała ten delikatny ukłon, jak księżniczka wyjęta wprost z dworskiego splendoru. Nie miała bujnej sukni, ale miała halkę, która jako skromniejsza wersja kiecki i tak zafalowała przy tym ruchu, podkreślając wdzięk gestu.
    — Gdybym nie słyszał, ominęłoby mnie zdecydowanie zbyt wiele ciekawych rzeczy — stwierdził dość prosty i oczywisty fakt. Niewiele wyciągnąłby na przykład z tej obecnie trwającej rozmowy, która była przecież bardzo ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ale prawda jest faktycznie taka, że kolejnego razu może nie być i to niekoniecznie dlatego, że ogłuchniemy, albo że ja się spopielę, choć to akurat jest możliwe — zaznaczył z uśmiechem, po czym odstawił kubek na stół. Kolejnego razu mogło nie być, bo taniec nie był częścią jego codzienności w tym miejscu. Kiedyś, gdy w innym wcieleniu istniał na południu Włoch, to i owszem – tańczył między innymi tarantellę albo passamezzo. Gdy zamieszkiwał wschodni Karadeniz tańczył horon. Taniec zawsze był naturalny dla wspólnot, których był częścią w poprzednich życiach, ale tutaj, w skandynawskim azylu, żadna wspólnota nie istniała, podobnie jak tradycje, które często napędzały życie mieszkańców w wolnym świecie. W tym miejscu istnienie jest techniczne, dlatego on traktował je jak zadanie do wykonania, a nie jak doświadczenie do przeżycia.
      Z nieznacznym westchnięciem podniósł się z krzesła i wyciągnął dłoń zapraszająco w kierunku Baldwiny. Przynajmniej mógł być pewny, że ze swoimi umiejętnościami tanecznymi nie podepcze jej tych drobnych, gołych stóp.
      — Co w takim razie zatańczymy, skoro poznaliśmy się tutaj? — zapytał, nasłuchując przy okazji dźwięków utworu, który wybrzmiewał z gramofonu, żeby coś do niego dopasować.

      Zayden Ward

      Usuń
  34. Baldwina opowiadała mu o Limnarze, bo przecież znali się wystarczająco długo, by Levi zauważył pająka żyjącego w białych włosach przyjaciółki. Wiedział więc, że Limnar był duchem i wiedział, że Kościeja zawarła z nim pakt, a choć nigdy o szczegóły tego paktu nie pytał, rozumiał, że tak jak musiała płynąć z niego obopólna korzyść, tak też każde z nich musiało płacić swoją cenę. I to, że nic nie było za darmo, także rozumiał doskonale. Sam przecież czerpał zyski z tego, że szmuglował do Azylu różnorakie fanty, czasem zupełnie niegroźne i niewinne, a czasem takie, za posiadanie których Rada skróciłaby o głowę nie tylko jego, ale każdego innego, przy kim te zostałyby znalezione. Mieszkańcy Last Salvation płacili mu różnie, najczęściej w gotówce, którą można było roztrwonić tutaj na różne dobra, równie często wymieniali przysługę na przysługę, a z niektórymi Ackermann wchodził w układy pozwalające mu na robienie tego, co w ogóle robił. Kotołak dbał o swoje interesy, które były schedą po ojcu, bo powszechnie wiadomym było, że Thatcher przetarł mu dragę. To Thatcher jako pierwszy z ich dwójki pracował jako Łącznik, póki nie został sparaliżowany w wyniku wypadku, któremu uległ i to Thatcher jako pierwszy przemycał do Azylu wszelakie dobra, które nie były powszechnie dostępne za ochronną barierą. Levi poszedł w jego ślady poniekąd dlatego, że nie widział dla siebie innej drogi, a poniekąd dlatego, że bycie szmuglującym łącznikiem perfekcyjnie pasowało do wszędobylskiej natury kotołaków.
    Jakkolwiek Levi zdawał sobie sprawę z różnych rzeczy i różne rzeczy rozumiał, na pewno nie zgadłby, jaką cenę płaciła Baldwina za pomoc Limnara w ochronie jej zamkniętego w czarnej skrzynce serca i teraz, kiedy miał okazję zobaczyć to na własne oczy, był przerażony. Dotarło też do niego to, jak niewielką zapłatę miał uiścić on sam za zdjęcie za niego klątwy, bo czym było pozwolenie Baldwinie na wtulenie się w kocią sierść w porównaniu z tym, że ona była dosłownie żywcem obdzierana ze skóry? I co z tego, że Limnar robił to z chirurgiczną wręcz precyzją? Co z tego, że wydzierał z jej ciała cienkie jak nici paseczki tkanki, skoro nie sprowadzało się to do niczego innego, jak do okaleczania Baldwiny?
    Cofnął się, kiedy Heart wyswobodziła się z jego uścisku, a cofnął się nie dlatego, żeby dać jej tę wolną przestrzeń, którą przed chwilą odruchowo jej zabrał, chcąc ją podtrzymać, a dlatego, że odepchnęły go jej słowa. To nie jest częścią umowy, którą zawarliśmy. Levi zamrugał parokrotnie i szybko, stojąc nieco zesztywniałym i – co uprzytomnił sobie poniewczasie – nagim. Póki więc Baldwina wbijała wzrok w podłogę, sięgnął po koc, który pod wpływem nagłego zrywu zsunął się z jego ciała i owinął go sobie wokół pasa niczym ręcznik kąpielowy, który przytrzymał w garści na lewym boku.
    Gdy obróciła się do niego plecami i zsunęła sukienkę, Levi mocniej wciągnął powietrze w płuca i przytrzymał je tam dłużej, niż było trzeba. Oddech wypuścił powoli, jednocześnie sunąc wzrokiem po tych krwistych, jak i już wygojonych, bladych wzorach. Być może faktycznie w innych okolicznościach mogłyby uchodzić za piękne i być może Ackermann potrafiłby się nimi zachwycić, lecz teraz, w tym konkretnym momencie przed oczami miał jedynie obraz kurczącego się Limnara i kurczącej się wraz z nim Baldwiny. Odruchowo podniósł wzrok wyżej, przesunął nim po jej opadających swobodnie, białych włosach, szukając pośród nich poruszających się zwinnie odnóży. Limnar przerażał go w swej prawdziwej formie, ale kiedy krył się między białymi pasmami, łatwo byłoby wyłowić go stamtąd zręczną dłonią i zgnieść.
    — Nie boję się ciebie — odpowiedział cicho. — Boję się o ciebie — dopowiedział jeszcze ciszej. Opuścił głowę i wyżej podciągnął okrywający jego ciało koc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było coś niezręcznego w tym, jak obnażali się przed sobą i wcale nie chodziło o ten zsuwający się z Leviego koc oraz opuszczoną przez Baldwinę sukienkę, a przyznanie się do tego, co w tej chwili gryzło ich najbardziej – i wyglądało na to, że w przypadku kościeji wcale nie był to Limnar. Ona martwiła się tym, że Levi mógłby się jej bać, on natomiast martwił się o Baldwinę i o to, że zareagował niewłaściwie – raz na widok Limnara i drugi, kiedy ją przytrzymał, były to jednak sytuacje, w których zareagował szybciej, niż zdołałby pomyśleć, absolutnie nie mając czasu na chłodną kalkulację.

      LEVI ACKERMANN, który nie uważa, aby Baldwina była CHOĆ TROCHĘ straszna 🐈‍⬛

      Usuń
  35. Lilith uśmiechnęła się pod nosem, tym swoim spokojnym uśmiechem, który potrafił sprawić, że rozmówca czuł się jednocześnie dostrzeżony i nieco obnażony. Była oparta biodrem o blat, skrzydła a raczej mini sztyleciki, bo nie rozwinęły się one całkowicie zniknęły jakby nigdy ich tam nie było, a krew na dłoni przestała już płynąć; rana zasklepiła się niemal od razu, pozostawiając po sobie jedynie cienką, perłową kreskę.
    — Problemy? — powtórzyła miękko, nieco marszcząc przy tym brwi — Zawsze są jakieś problemy, ale teraz… Nic. Cisza. — czyżby przed burzą? Dokończyła w myślach. Nalała do nowej szklanki bursztynowego płynu, a potem, jakby mimochodem, przesunęła ją w stronę Baldwiny. — Ale teraz… napij się ze mną. Jeden łyk. Obiecuję, że nie stracisz kontroli ani duszy. — uśmiechnęła się, nie kryjąc rozbawienia. — Po prostu przestaniesz być taka… spięta. — mruknęła, omiatając jej sylwetkę uważnym wzrokiem.
    W magnetyzmie Lilith nie było nachalności. To była siła przypominająca grawitację; nie pchała, nie ciągnęła jawnie, a jednak trudno było jej się oprzeć. Usiadła blisko Baldwiny, podając jej szklankę z czystym alkoholem. Głos demonicy był niski, spokojny, niemal kojący, jakby każde słowo miało swoje drugie dno.
    — Proszę. — wręczyła jej szklankę, delikatnie dotykając jej palce. — Wiesz… — zaczęła, opierając się wygodnie i zakładając nogę na nogę. — Zawsze ciekawiła mnie Twoja praca. Runy, regulacje, raporty, pilnowanie, by nikt za bardzo nie wystawał. A przy tylu różnych istotach to cholernie trudne. — mruknęła. — I ta Twoja dokładność, to jak cholernie skrupulatna jesteś. Zawsze tak było? W Twoim poprzednim życiu też? — przechyliła lekko głowę, przyglądając się jej z uwagą. Mimo tych pytań nie wyobrażała sobie, aby Baldwina mogła być inna.
    Przechyliła własną szklankę i upiła łyk, delektując się mocnym smakiem whisky. Ona w przeciwieństwie do Baldwiny, uwielbiała alkohol i gustowała w tych najmocniejszych, najbardziej prestiżowych trunkach. Od ciepłych napoi wręcz ją mdliło. I na pewno nie zaserwowałaby kościeji aromatycznej herbatki, nieważne jak bardzo by Baldwinę lubiła.
    — Jeśli o mnie chodzi, to w piekle było inaczej. — Lilith nieczęsto mówiła o przeszłości, a szczególnie o tym jak żyła w piekle. Miała wrażenie, że mówienie o tym mogło tu przyciągnąć coś, czego wcale by nie chciała. — Tam nie było run ograniczających. Nie było żadnego udawania. Byłam Królową, Baldwino. Nie dlatego, że ktoś mi to dał… ale dlatego, że nikt nie był w stanie mi tego odebrać. — wyznała, obracając kryształową szklankę w dłoni. — Rządziłam przez strach, przez pożądanie, przez lojalność i przez brutalną siłę. — westchnęła na wspomnienie tego, trochę z sentymentu, trochę z tęsknoty. — Tutaj wszystko jest inne. Pełne zasad, ograniczeń. Ucywilizowane. — mówiąc to lekko wywróciła oczami — A jednak odnalazłam w tym swój Azyl. — zażartowała, myśląc o tym jakie życie potrafi być przewrotne. Żyła ponad dwa tysiące lat, a jednak wciąż potrafiło ją zaskoczyć.

    Lilith

    OdpowiedzUsuń
  36. Zważywszy na równowagę i rozwój zewnętrznego świata, zwykle trzymał się trzech tożsamości na jedno ciało, a to obecne miało już trzy imiona i trzy nazwiska. Przyjdzie w końcu moment, że to trzecie imię również wyczerpie swoją funkcję, a on porzuci to ciało na rzecz innego, ale niewykluczone, że będzie ono najdłużej trwającym ze wszystkich, jakie miał dotychczas, skoro dwie dekady temu trafił do zamkniętego azylu. To środowisko, pełne istot nadnaturalnych, nie wymagało absolutnie żadnych zmian, bo tutaj czas jakby się zatrzymał, a szanse na to, że ktoś zobaczy podobną do niego gębę na jakiejś fotografii sprzed stu lat, są marne. Zresztą, nawet jeśli, to i tak nie ma to żadnego znaczenia, bo oczywistym jest, że tutaj niczego nie będzie musiał tłumaczyć, tak jak w przypadku świata po drugiej stronie. Chociaż śmiertelnicy i tak zapewne nazwaliby to istnieniem sobowtóra, albo zrzuciliby to na zwykły przypadek, zbieg rysów twarzy i genów, które powtarzają się w nieskończonej wariacji. A to było naprawdę wygodne tłumaczenie, zwłaszcza dla istot, które korzystają z jednego ciała przez długi czas.
    Zmysły były bardzo ważne w tej materii i bez nich życie tutaj byłoby znacząco utrudnione, ale w tej zamkniętej, azylowej przestrzeni wciąż jednak możliwe. To miejsce powstało przecież właśnie po to, by nadnaturalne istoty mogły przetrwać bez względu na to, czy ich ludzka powłoka jest idealna, czy pełna defektów. Nie bez powodu ograniczono moce, nie bez powodu powołano takie jednostki jak Baldwina czy on. Gdyby jemu zabrakło tych ludzkich czynników, miał jeszcze inne – swoje własne oraz te nadane podczas pieczętowania przysięgi, dzięki którym wciąż mógłby sprawować swoją policyjną funkcję. Zwykle wiedział, gdzie należy reagować, bo naruszenia zasad i porządku wyczuwał instynktownie. Ludzkie zmysły często grały w tym tylko niewielką rolę. Czasami wystarczył ledwie uchwytny dysonans w powietrzu i charakterystyczne napięcie pod skórą, gdy otoczenie dawało mu znać na ułamek sekundy przed tym, nim coś zdążyło się wydarzyć, a czasami była to decyzja, która jeszcze nie zapadła, a już odciskała się ciężarem w otaczającej ich strukturze. W takich chwilach nie potrzebował dowodów ani świadków, bo ten nieporządek zbierał się w nim jak ciśnienie, a potem wskazywał mu kierunek. Dlatego przysięga w pewnym sensie go programowała, bo naturalnie nie wykorzystywałby tego instynktu do pilnowania porządku, tylko do skutecznego siania chaosu. Ale tutaj zgodził się na to świadomie i wcale nie żałował, bo nie miał czego. Ten świat jest jednym z wielu, których doświadczył w przeszłości i których doświadczy w przyszłości, o ile po drodze coś nie zmiecie go z planszy. To wciąż tylko jeden z wielu etapów na drodze istnienia, którą nieustannie podąża od kilku stuleci. Poza tym, azyl bardzo szybko przestanie być niewolą, jeśli zrozumie się jego zasady i nauczy się wykorzystać je na własną korzyść, a on doszedł do tego już dawno. Bycie funkcjonariuszem porządkowym w tym miejscu dawało mu wyraźną przewagę, z której chętnie korzystał.
    Oplótł palcami dłoń Baldwiny i podążył za nią do salonu, zastanawiając się po drodze, co takiego w tańcu mogłoby być wyłącznie ich, ale szybko doszedł do wniosku, że najlepsza będzie improwizacja. Jeśli dadzą ponieść się dźwiękom muzyki, one same stworzą dla nich odpowiedni układ taneczny. Potrafił tańczyć, więc o to się nie martwił, a do tego mógł jeszcze polegać na zmysłach artystycznych Baldwiny, która kiedyś wyginała się przecież na tych wszystkich szarfach i innych akrobatycznych elementach, a to raczej pewne, że ze swoją dokładnością nie robiła tego na spontanie, tylko według przećwiczonego ze sto razy układu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy zatrzymał się w skąpanym w przyjemnym mroku salonie, rzucił krótkie spojrzenie na wnętrze i ulokował spojrzenie w twarzy Baldwiny. To ona nadal była najjaśniejszym punktem tego domu, a biel jej długich włosów przebijała się nawet przez ciemność pomieszczenia i nocy, która na dobre rozgościła się na zewnątrz. Na pewno dostrzegłby ją w niej i bez tych lampeczek, które wisiały na oknem.
      — Co stałoby się, gdyby ktoś zobaczył cię przy rzece? — pociągnął temat, zmieniając nieco ułożenie swoich palców w jej dłoni. Jego druga dłoń spoczęła na jej talii, osiadając tam pewnie, z delikatnym naciskiem, który wyznaczał kierunek ruchu, a ta, w której splatały się ich palce, powędrowała wyżej nad jej głowę. Obrócił ją powoli dookoła własnej osi, kontrolowanym ruchem nadgarstka sprawiając, że obrót był płynny i nienachalny, a gdy wirowała, jego dłoń w jej talii na moment przesunęła się wyżej, żeby mieć pewność, że nie straci równowagi. Przy tym ruchu materiał halki zafalował leniwie wokół jej nóg, a kosmyki włosów zareagowały z opóźnieniem, unosząc się dopiero wtedy, gdy jej ciało kończyło obrót, by po chwili łagodnie opaść na ramiona.
      — Albo gdybyś zatańczyła, a nie udawała? — kontynuował, gdy Baldwina znów stanęła do niego przodem. Jego dłoń na powrót odnalazła jej talię, a on zrobił ostrożny krok i przyciągnął ją bliżej, wprawiając ich ciała w powolny ruch. Przesunął stopę w bok, potem drugą i zaczął prowadzić ją z wyczuciem, ale bez pośpiechu, tak żeby ich ciała poruszały się w jednym rytmie i dopasowały się do siebie bez słów.

      Zayden Ward 🕺🎶

      Usuń
  37. Baldwina słusznie odnosiła wrażenie, że poprosiła o więcej, niż Levi chciał jej dać, choć po tym pokazie uważał, że cena, jaką za jej pomoc miał ponieść on, była żadna w porównaniu z ceną, jaką ona ponosiła za pomoc Limnara.
    Ackermann nie potrafił powiedzieć, z czego wynikała jego niechęć do wszelakiej formy dotyku w jego kociej postaci, tym bardziej, że jako człowiek, podobnych problemów nie miał, choć też nie był szczególnie dotykalski. Trzymał dystans, choć też jak mogła zaobserwować sama Baldwina, potrafił błyskawicznie go skrócić, a nawet całkowicie porzucić, kiedy targały nim emocje, bo oczywiście, że targały nim emocje, kiedy widział, jak na sukience Heart odciska się krwisty wzór i jak ta zapada się w sobie, podczas gdy Limnar zdawał się zapadać w niej.
    Bał się o nią. Dokładnie tak, jak powiedział, w tym konkretnym momencie czuł strach dodatkowo potęgowany tym, że wiedział, że nie może nic zrobić – nic ponadto, że ją podtrzyma, kiedy wydawało mu się, że kościeja zaraz ugnie się pod własnym, niewielkim przecież ciężarem i to dlatego wyrwał ku niej, zrzucając z kolan doniczkę. Odruchowo i bez zastanowienia, gnany tym silnym strachem, który nagle poczuł i któremu w pełni się poddał, a nim zdążył ten strach opanować, swoim ruchem i słowami Baldwina wymusiła na nim odsunięcie się, ponowne złapanie porzuconego dystansu.
    A teraz sama zrobiła krok w jego stronę. Levi nie patrzył na nią, a w podłogę, ale potrafił wyczuć jej ruch, umiejscowić go w przestrzeni wyłącznie za pomocą pozostałych zmysłów, które teraz nie były tłumione przez runę, bo ta zdążyła zniknąć jakiś czas temu i były czulsze, niż u zwykłego człowieka, wciąż jednak nie tak czułe, jak u kota przez oczywiste różnice w budowie anatomicznej poszczególnych narządów.
    Podniósł na nią wzrok, kiedy się odezwała i zmierzył spojrzeniem wyciągniętą ku sobie, drobną dłoń. Pozwolił, choć mógł przecież tego nie zrobić, aby ta dłoń znalazła swoje miejsce na jego policzku, okazując się chłodną w dotyku. Drgnął, nie pod wpływem muśnięcia jej palców, a pod wpływem jej słów. Uśmiechnął się słabo, Baldwina mogła wyczuć to lekkie napięcie mięśni, nim szybko cofnęła rękę.
    Spłoszyli się oboje, każde ze swojego powodu, widać jednak nie na tyle, by uciec.
    — Zostanę.
    Zgarnął swoje ubrania z jej rąk, nie przestając przytrzymywać koca, więc zrobił to tylko jedną ręką. Ostrożnie, ale jawnie odprowadził Heart wzrokiem, póki ta nie zniknęła w sypialni i dopiero wtedy sam udał się do łazienki, której położenie na planie niedużego mieszkania znał, bo przecież bywał tutaj wcześniej, może nie zbyt często, ale wystarczająco wiele razy, by zdążyć skorzystać z łazienki. Teraz zamknął się w niej, odłożył ubrania na wolny kawałek blatu jednej z szafek i złapał za koc, który złożył w nieszczególnie staranną kostkę. Wciągnął na siebie swoje rzeczy, po czym pochylił się nad umywalką i ochlapał twarz wodą. Powtórzył to kilkukrotnie, aż przypadkowo zmoczył przydługą grzywkę nieustannie opadającą mu na czoło i oczy. Zaczesał wilgotne włosy do tyłu, po chwili namysłu wypłukał też usta, a nawet nabrał na palec odrobinę pasty do zębów i odświeżył się po tym, jak wyrzygał się do doniczki, która pozostała porzucona gdzieś w salonie. Levi zapamiętał, żeby się nią zainteresować i nie zostawić po sobie nieporządku.
    Nie zamarudził w łazience długo, wystarczająco długo jednak, by Baldwina zdążyła się przebrać. Nie musiał jej nawoływać, by widzieć, w której części mieszkania się znajdowała. Doskonale słyszał jej krzątaninę po kuchni i to tam się skierował, a że to pomieszczenie ledwo mieściło jedną, małą i drobną kościeję, to przystanął w progu i oparł się ramieniem o framugę, skrzyżowawszy ramiona na piersi, a nogi w kostkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ładnie pachnie — odezwał się, czując, jak opróżniony żołądek niemal przykleja mu się do kręgosłupa. Był głodny, cholernie wręcz głodny i był to dobry objaw, oznaczający, że Levi był zdrowy. Cokolwiek toczyło jego ciało i umysł, jakakolwiek klątwa by to nie była, trawił ją teraz Limnar, podczas gdy kotołak próbował przetrawić to, co zaszło.
      — Te ślady… — zagaił, przesuwając wzrokiem po plecach przyjaciółki okrytych ciemnym materiałem swetra. — Już się zagoiły, prawda?
      Umiejętności kościeji nie były mu kompletnie nieznane. Znali się wystarczająco długo, by Levi coś wiedział, w tym to, że ciało Baldwiny regenerowało się szybko. Zatrważająco wręcz szybko, jeśli porównać to z zupełnie zwykłym procesem zasklepiania się ran, musiał jednak zapytać. Upewnić się, że mogli przejść do porządku dziennego nad tym koniecznym incydentem, choć pozostawało im jeszcze się rozliczyć i o tym Ackermann też pamiętał, jak o doniczce.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  38. Może nie wszystkie jego cechy były jak z gumy, zwłaszcza ta deficytowa wyrozumiałość, ale potrafił dostosowywać się do warunków, w których przychodziło mu trwać, dlatego w azylu również odnalazł się bezbłędnie. Musiał wprawdzie przyjąć trochę hamulców w postaci przysiąg i run, żeby stać się częścią tego świata, ale nie stanowiło to dla niego problemu, bo jego celem nie było publiczne obnażanie się ze wszystkich zdolności, czy chęć zawładnięcia nad tym terytorium – bo na cholerę mu to – tylko właśnie przetrwanie do następnego etapu. Tutaj mógł przetrwać bez wysiłku, mając jak pączek w maśle, dlatego korzystał z tej możliwości, a jedyne, co musiał, to działać dla Rady. Także działał, choć wciąż na swoich własnych warunkach, czasami mocniej naginając pewne zasady, a czasami lżej. Doskonale poznał granice własnej wytrzymałości, jeśli mowa o łamaniu przysięgi, a i miał swój własny sposób na wzmacnianie się i omijanie pewnych barier, więc był świetnie przygotowany do istnienia w tym miejscu, choćby i przez kolejne dziesiątki lat. Do tego funkcja policyjna z pełnym wachlarzem przywilejów i, ach, no czego chcieć więcej?
    Poznał już pewną część jej historii, również tą cyrkową, gdy występowała dla gawiedzi, ale nigdy nie zastanawiał się, czy ona tak naprawdę to lubiła. Czy te wszystkie akrobacje, wykonywane gdzieś wysoko pod sklepieniem namiotu, sprawiały jej przyjemność? Czy taniec na szarfach dawał jej jakąkolwiek satysfakcję, czy był tylko obowiązkiem, z którym tak perfekcyjnie nauczyła się żyć? Tutaj tego nie robiła. Nie tańczyła w powietrzu, przynajmniej nie tak otwarcie, chociaż to może akurat dlatego, że to miejsce nie posiadało warunków do wieszania elementów akrobatycznych tak wysoko, żeby mogła to kontynuować. Możliwe, że odnalazła w tym swoją pasję, a może zupełnie odwrotnie, może zawsze pragnęła z tym skończyć, dlatego tutaj nawet nie próbowała. Życie w cyrku nie było przecież bajkowe. W porównaniu do życia w azylu było raczej czystą tragedią.
    Miał wrażenie, że ich kroki nijak miały się do melodii płynącej z gramofonu, ale nie miało to większego znaczenia, bo w tym przypadku muzyka była jedynie tłem, a z tańcem poradziliby sobie nawet w zupełnej ciszy. Kołysali się w swoim własnym rytmie, powolnym i niewymuszonym, a każdy kolejny ruch był naturalną konsekwencją poprzedniego. Jego dłoń prowadziła ją bez zbędnej siły, a ona odpowiadała na to przesunięciem ciężaru ciała. Wcale się nie spieszyli i wcale nie próbowali dopasować się do czegokolwiek poza sobą. Po prostu w tym trwali.
    Z jego ust wydostało się ciche hm, gdy powiedziała, że wieśniacy widzieli w niej coś złego. Jeśli w niej było coś ze zła, to w nim była już chyba tylko piekielna czarna dziura. Oczywiście nie potrzebował wyjaśnień, bo doskonale wiedział, jak wyglądało życie w dawnych czasach i nie trzeba było mu tego tłumaczyć, a ona jako Kościeja teoretycznie reprezentowała siły zła, ale w przeliczeniu na dzisiejsze czasy, to jakby mówili o dwóch zupełnie innych istotach. Ta azylowa Baldwina nie miała w sobie nawet grama zła i o tym wiedział każdy w tym miejscu. Była inna i w tej inności piękna, ale to tyle. Przeklęta? Na pewno nie w ludzkim sensie. Zła? Absolutnie nie po tysiąckroć.
    Nawet z początku przeszło mu przez myśl, żeby sobie z tego zażartować i powiedzieć, że dosłownie brakuje jej już tylko berła i korony, żeby wyglądać jak rasowa cesarzowa zła wszelakiego, ale dał sobie spokój. Trochę jednak drażnił go fakt, że ktoś kiedyś sprawił, że to przeświadczenie o byciu dziwadłem nadal w niej tkwiło. Inaczej nie zapytałaby go o zdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Baldwino — zaczął, unosząc jej dłoń i kładąc ją na swojej piersi, podczas gdy swoje ręce splótł wygodnie na wysokości jej lędźwi. Kołysali się dalej, a ta bliższa, bardziej zamknięta pozycja tylko ułatwiała utrzymanie wspólnego rytmu. — Widzę w tobie dokładnie to, czego oni bali się nazwać — odpowiedział spokojnie. — Ludzie często mylą niezrozumiałe z przeklętym, a silne ze złym. Wiesz dlaczego? Bo to wygodne, to po prostu uspokaja ich sumienia. Jeśli nazwą coś potworem, nie muszą już próbować tego zrozumieć — powiedział, unosząc nieznacznie kącik ust, bo to było głupie rozumowanie, ale istniało wśród ludzi naprawdę. Pewnie prościej byłoby powiedzieć, że wtedy nie muszą przyznawać, że są ograniczeni, ale to chyba zepsułoby ten refleksyjny klimat, który zagęścił się między nimi na moment, więc zachował bezpośredni przytyk dla siebie. — Nie ma w tobie zła, jest siła, a siła nie jest przekleństwem. To, co z nią zrobisz, decyduje o wszystkim, a ty robisz z nią same dobre rzeczy — zauważył, po czym spojrzał na Baldwinę, żeby się upewnić, że taka odpowiedź ją satysfakcjonuje. Mógł powiedzieć, że nie widzi zła i już, ale tak powiedziałby każdy, a on nie lubił być jak każdy.

      Zayden Ward

      Usuń
  39. Usiadł, zgodnie z poleceniem przyjaciółki, uznawszy, że najbardziej jej pomoże, jeśli nie będzie przeszkadzał. Pochylił się nad blatem stołu, którego nogi zaskrzypiały cicho, kiedy Levi oparł się o niego łokciami. Przedramiona zostawił uniesione, ale bynajmniej nie splótł ze sobą dłoni i nie podparł na nich podbródka. Zawiesiwszy wzrok na Baldwinie, która jeszcze przez pewien czas pozostawała odwrócona do niego plecami, zaczął bawić się własnymi dłońmi. Pocierał je o siebie, wgniatał kciuki w zagłębienia po ich wewnętrznej stronie, pociągał za palce i wyginał je, nie przestawszy tego robić dopóty, dopóki kościeja nie zajęła miejsca naprzeciwko niego. Wtedy sięgnął po jedzenie i uśmiechnął się lekko, kiedy białowłosa kobieta podsunęła mu talerzyk z wędzoną rybą. Skoro wyjęła ją specjalnie dla niego, to kotołak nie zamierzał jej rozczarować – przysunął sobie całą porcję, wziął kromkę chleba i zaczął pałaszować.
    Miał przy tym pewność, że Baldwina usłyszała jego pytanie i nie poganiał jej z odpowiedzią. Jeśli nie miała ochoty, nie musiała odpowiadać, ani teraz, ani w ogóle. Ackermann potrafił zrozumieć, że niektóre pytania bywały niewygodne, choć nie wydawało mu się, aby jego takie było – nie po tym, co miał okazję zobaczyć na własne oczy, choć z drugiej strony cała ta sytuacja była dla nich odrobinę, a może nawet więcej, niż odrobinę niewygodna, ponieważ jak słusznie zauważyła Heart, przekroczyli dziś kilka granic. I to nie tak, że przekroczyła je tylko ona. Levi też wyszedł daleko poza tę niewidzialną linię, którą oboje zgodnie i umownie wyrysowali w tej jedenastoletniej znajomości, okoliczności jednak zmusiły ich, aby kompletnie zapomnieć o jej istnieniu i gdyby ktoś zapytał kotołaka o zdanie, ten nie czuł się z tym źle. Baldwina przecież wciąż pozostawała Baldwiną – tą samą, którą znał od dnia przybycia do Azylu i którą poznawał przez minione, spędzone tu lata, aż ją jedyną zaczął nazywać przyjaciółką.
    Podniósł głowę znad talerza, kiedy kobieta się odezwała. Z kawałka wędzonej ryby została połowa, Levi sięgnął po kolejną kromkę i tym razem zdecydował się posmarować ją masłem czosnkowym. Odłożył zbrudzony nóż i wziął gryza, po czym pokiwał głową i oblizał usta, bo jego wewnętrzny krytyk kulinarny właśnie ocenił, że masło było bardzo dobre, a chleb smakował z nim wybornie. Gdy Baldwina wyciągnęła w jego stronę dłoń, przełknął i przekrzywił głowę, by uważniej przyjrzeć się małemu palcu, o którym wspominała. Uspokoiła go swoim zapewnieniem, że jej ciało szybciej się regeneruje. To dobrze, nawet bardzo dobrze. Nie chciał, żeby z jego powodu cokolwiek ją bolało, a to on był dziś przyczyną powstania nowego wzoru na jej plecach, nawet jeśli ten dołączył do kolekcji poprzednich, jasnych śladów.
    — Każdy człowiek ma blizny — zauważył. — Pamiątki po urazach, mniejszych i większych.
    Żadne z nich nie było człowiekiem, przy czym Levi nie był nim od dnia narodzin, natomiast Baldwina… O ile dobrze rozumiał to, co mu dotychczas o sobie opowiedziała, miała okazję być zwykłą dziewczyną, choć wciąż nie tak zwykłą, jak zwyczajny był każdy inny człowiek. Wyróżniała się, a przez to, że się wyróżniała, była uważana za dziwadło. Młody Ackermann miał to szczęście, że na świecie zjawił się wśród swoich. Urodził się i wychował pośród innych kotołaków i czarownic, przynależał gdzieś, choć teraz nie czuł, by przynależał gdziekolwiek.
    — Kiedy ostatnio ćwiczyłaś na szarfach? — spytał niespodziewanie, zmieniając temat ich rozmowy praktycznie o sto osiemdziesiąt stopni. Nie wiedział, czy na przyjemniejszy czy wręcz przeciwnie, bo o szarfach wiedział tylko tyle, że Baldwina miała w swoim życiu epizod z nimi związany. Właściwie, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, większość wiedzy, którą posiadał na jej temat, była właśnie taka – powierzchowna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Levi wiedział, że coś w jej życiu miało miejsce, ale nie wiedział, dlaczego i jakie towarzyszyły temu okoliczności, bo dotąd niewiele mieli okazji do spokojnych rozmów, poza tym nie dało się ukryć, że jeszcze jakiś czas temu Ackermann do podobnych rozmów się nie nadawał. Był przecież gówniarzem, kiedy trafił do Last Salvation, ledwo szesnastolatkiem, który w głowie miał bardzo, ale to bardzo niewiele.
      Zainteresował się na powrót swoją rybą, przegryzając ją chlebem. Herbaty jeszcze nie tknął, chcąc najpierw zaczekać, aż ta nieco przestygnie, bo odkąd pamiętał, miał talent do parzenia sobie ust gorącymi napojami. Nie spieszyło mu się, choć zazwyczaj było inaczej – Levi zawsze musiał gdzieś iść, z kimś się zobaczyć i coś zrobić. Dziś jego zadaniem było odmeldowanie się w Ratuszu i stawienie się na nałożeniu runy, ale to pokomplikowało się przez klątwę, którą oberwał. Teraz, kiedy klątwa zniknęła, a jedząc, Levi powoli przypominał sobie, co zaszło poza Azylem, odmeldowanie się w Ratuszu stało się dla niego mniej istotne. Między innymi dlatego, że wierzył, że Baldwina dopełni za niego formalności, tym bardziej, że mieli tutaj coś jeszcze do załatwienia przed tym, jak kościeja nałoży na niego runę, bo to musiało zdarzyć się jeszcze dzisiaj.
      Nie spieszyło mu się jednak nie tylko dlatego, że miał cos jeszcze do zrobienia i to trzymało go w mieszkaniu przyjaciółki, a dlatego, że miło było czasem się zatrzymać, a szczególnie miło było zatrzymywać się w towarzystwie Baldwiny, co dziś, po tym niespokojnym i pełnym niepokoju dniu, dostrzegał szczególnie wyraźnie.

      LEVI ACKERMANN, który jedzenia nie odmawia 🐠

      Usuń
  40. W ogóle nie oceniał w ten sposób swoich rozmówców, bo tak na dobrą sprawę to wszyscy w tym miasteczku byli dziwadłami i trudno było mówić tutaj o normie, skoro każdy odbiegał od niej na swój własny sposób. Normalność była pojęciem względnym i zależnym wyłącznie od perspektywy tego, kto akurat patrzył, a on w tej kwestii patrzył na wszystkich jednakowo i mierzył wszystkich tą samą miarą. Może właśnie dlatego wyzwiska nigdy go nie ruszały, a próby sprowokowania go wiązanką siarczystych epitetów kończyły się jego chłodną obojętnością. Słowa to przecież tylko zlepek liter, zabarwionych odpowiednim tonem, które nie mają w sobie realnej siły, żeby go dotknąć, a w większości przypadków były one tylko próbą odzyskania kontroli przez tych, którzy czuli, że ją tracą. Obelgi nie zmieniały żadnych faktów, a jeśli ktoś liczył, że tym go poruszy, a urażona duma wytrąci go wtedy z równowagi, to musiał się rozczarować, bo jego duma jest wysoko ponad tym. Nie był kimś, kogo da się stłamsić czy zapędzić w kozi róg, bo nie posiadał w sobie tej wrażliwości, na której zwykle żerują podobne zagrywki. A że nie szukał aprobaty, to nie potrzebował potwierdzać własnej wartości w cudzych słowach i było mu wszystko jedno, co ktoś o nim myśli. Ze swoją naturą nie przetrwałby tych sześciu stuleci, gdyby było inaczej, bo prędzej to jego wtedy przehandlowaliby gdzieś na targu.
    Ale oczywiście, to że Baldwina mówiła o nim tak ciepło, było miłe, bo jeśli nie widziała w nim zła, to znaczy, że naprawdę mu ufała, ale też czuła się przy nim na tyle bezpiecznie, żeby kołysać się z nim na środku własnego salonu i ze swobodą badać palcami jego ciało. Nie znała go z tej drugiej strony, bo nigdy nie dała mu powodu, żeby ją przed nią odsłonił, a on, choć potrafił być bezlitosny, wcale nie szukał okazji, żeby to udowadniać. Jego relacje z innymi nie były jednak jednowymiarowe. Z jednymi utrzymywał chłodny dystans, z innymi prowadził wyrachowaną grę, a jeszcze inni istnieli w jego życiu wyłącznie jako element większej układanki. Każda więź miała własne zasady i własne granice, ale to, że przy niej pozwalał sobie na łagodniejszy ton i spokojniejsze spojrzenie, nie wynikało też wcale z przypadku. Tak sobie wybrał, świadomie i w pełni kontrolowanie. Baldwina nigdy nie chowała się za warstwą pozorów, była autentyczna i szczera, czym zyskała w jego oczach więcej, niż pewnie sama przypuszczała. Bo w ich azylowym światku, pełnym półprawd, gierek i wyuczonych masek, taka prostolinijność działała jak powiew świeżego powietrza, a w jej towarzystwie można było pozwolić sobie na ten głębszy wdech i przez chwilę oddychać ze swobodą. Tutaj mógł zdjąć gardę i mieć pewność, że ta chwila nigdy nie zostanie obrócona przeciwko niemu. Jej domostwo w pewnym sensie go odprężało i robiło to niemalże tak, jak jego własne, dlatego z przyjemnością ją odwiedzał. Czasami bez zapowiedzi, ale chyba nie miało to większego znaczenia, bo Baldwina jakimś cudem i tak zawsze była na jego wizytę przygotowana.
    Jego usta poruszyły się w uśmiechu, gdy podniosła wzrok i zaczęła śledzić spojrzeniem detale jego twarzy. Skrupulatnie ominęła oczy, jak zawsze, ale to było dla niej tak naturalne, że nie zwracał już na to większej uwagi. Tym razem skupił się bardziej na jej dotyku, bo poczuł, że zaczęła zmieniać położenie palców. Badawczo sunęła nimi w górę po szyi, przez żuchwę wzdłuż napiętego konturu, gdzie zatrzymały się na krótki moment, nim ruszyły w dalszą wędrówkę do policzków. Był bardzo cierpliwy, kiedy dostarczała mu tych dodatkowych bodźców, które rozpraszały się w całym ciele, bo oglądała go w ten swój specyficzny sposób, który już znał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mam nadzieję, że nigdy nie dam ci powodów, żebyś w tę wiarę zwątpiła — odparł i sięgnął do jej dłoni, gdy wycofała się nagle i narzuciła dystans, wprawdzie bardziej samej sobie niż jemu. — Bo za bardzo lubię twoją kawę i ciastka — przyznał z uśmiechem, a jej dłonie ułożył sobie z powrotem w okolicach karku. Potem przebiegł palcami po jej ramionach, gdzieniegdzie nieznacznie zadzierając w górę materiał swetra na rękawach, i sięgnął do jej twarzy. Ujął ją lekko i kciukami musnął krótko kąciki jej ust, chcąc tym magicznym gestem pogłębić jej uśmiech z delikatnego na pełniejszy. Nie przeszkadzało mu to, że go dotykała, nawet jeśli momentami wyjątkowo się w to wczuwała, bo było to przyjemne, a on dość dobrze się kontrolował, żeby tego nie zrozumieć na opak. Może nie było to standardowe w takiej znajomości, ale w tym, tak jak w ich tańcu, też nie było przecież nic złego.
      — Ja tańczyć nauczyłem się we Włoszech — odpowiedział z lekkim uśmiechem, na powrót układając ręce nad jej biodrami. We Włoszech powstał i tam spędził sporą część swojego istnienia. — Na dworze sabaudzkim uczono, że jeśli potrafisz prowadzić w tańcu, potrafisz też prowadzić rozmowę. I wojnę — zdradził, przechylając lekko głowę, żeby przyjrzeć się temu, jak jej zmarszczony lekko nos powracał do pierwotnego stanu. Pamiętał jednak, że im dłużej będzie przyglądał się bieli, tym większa szansa, że oślepnie, dlatego przeskoczył zaraz wzrokiem do koloru, który w otaczającym ich półmroku wpadał w ametystowy półcień.

      Zayden Ward

      Usuń
  41. Jego podejście do urzędniczych spraw tego miejsca, czy to w wersji służbowej, czy w prywatnej, nie różniło się właściwie wcale, bo w każdym wydaniu pozostawał tak samo świadomy mechanizmów, które nim rządziły. Wiedział, że postępowanie rady nie zawsze było czyste i szlachetne, gdy w grę wchodziły interesy służące przede wszystkim im samym, a chociaż porządek był tutaj wartością nadrzędną, to bywał też wygodnym narzędziem w rękach tych, którzy go narzucili. On sam nie nadużywał władzy często, a przynajmniej nie w sposób oczywisty, ale kłamstwem byłoby twierdzenie, że nie robił tego nigdy. Tam, gdzie pojawiała się realna korzyść, a granice naginały się w kierunku, który sprzyjał jemu, jego interpretacja przepisów potrafiła stać się o wiele bardziej elastyczna. Oczywiście, nie przymykał oka na wszystko, ale przymykał je tam, gdzie według niego warto było to zrobić. Rada zresztą też doskonale zdawała sobie sprawę z wielu trwających procederów, które funkcjonowały obok oficjalnego porządku, ale widocznie nie wszystkie wymagały reakcji, skoro trwały w najlepsze. Dlatego właśnie zasada ograniczonego zaufania była tu słusznym wyborem, bo skoro każdy coś wiedział, każdy na coś przymykał oczy i każdy miał własne powody, żeby pewne sprawy pozostawić w cieniu, to ufność bez granic w takim miejscu była zwykłą naiwnością. Baldwina podchodziła do tego idealistycznie, bo taka była część jej usposobienia, ale i dlatego, że była oddana swoim obowiązkom i wykonywała je z należytą starannością. Gdyby każdy w tym miejscu wykazywał się taką pilnością i tak prostą wiarą w sens zasad, być może mieliby tu raj na ziemi.
    Różniło ich nieco podejście do znajomości, bo on potrafił wchodzić w relacje czysto użytkowe, budowane na układzie i wzajemnych korzyściach, bez potrzeby nadawania im jakiegokolwiek głębszego znaczenia. Dla niego więź mogła być narzędziem, takim czymś, co działało, dopóki obie strony czerpały z niej to, czego potrzebowały, a Baldwina patrzyła na to inaczej, bardziej bezpośrednio. A jednak w ich przypadku prawdą jest to, że łączył ich brak oczekiwań i pragnień, bo on też niczego od niej nie żądał. Nie myślał nawet, że za każdym razem ugości go kawą i ciastkiem, czy że wpuści go tak w ogóle do mieszkania, gdy przyjdzie, nie wspomniawszy wcześniej o tym słowem. On także przyjmował od niej wyłącznie to, co mu ofiarowała. Nigdy nie chciał więcej, nigdy niczego od niej nie wymagał, bo ich chwile wcale nie musiały znaczyć nic poza tym, że stały się częścią ich egzystencji tutaj. Oni byli po prostu tu i teraz, bez presji, bez oczekiwań, bez jakichkolwiek żądań czy roszczeń, i może właśnie dzięki temu ich relacja pozostawała tak stabilna. A to rzeczywiście było najważniejsze.
    Dopiero co rozważał, czy jej skóra zdolna jest zdradzić ją choćby najdelikatniejszym rumieńcem i voilà – na jej policzkach właśnie rozlał się odcień wyraźnie kontrastujący z jasną bielą, który podkreślił też stado bladych piegów przy jej nosie. Nie spodziewał się tego, choć brał pod uwagę, że taki gest może ją odrobinę onieśmielić, bo bardziej wkraczał nim w jej przestrzeń osobistą niż poprzednimi, ale nie rozważał tego zbyt długo. Skoro się zarumieniła, to miał już odpowiedź na swoje rozważanie i tyle wystarczy.
    Uśmiechnął się wyraźniej, kiedy odpowiedziała mu cichym śmiechem i powróciła do badania dłońmi faktury jego ciała w okolicy karku. Gdy poczuł jej palce w swoich włosach, drobny dreszcz przebiegł mu po plecach. Lekko przygryzł dolną wargę, w ten sposób dusząc cisnące się na usta westchnienie pełne aprobaty i uniósł nieznacznie podbródek, chcąc utrzymać pełną kontrolę nad własną reakcją. To, co robiła, było przyjemne i nie zamierzał samego siebie oszukiwać, że jest inaczej. Miała smukłe palce, ale silne, w końcu kiedyś trzymała w nich całe swoje istnienie, wisząc gdzieś wysoko na szarfach, ale jej ruchy były bardzo subtelne i łagodne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dużą część swojego istnienia, Baldwino — odpowiedział i spojrzał na nią, czując, że zeszła palcami nieco niżej na kręgosłup. Jego pochodzenie było wiedzą ogólnodostępną, zwłaszcza dla urzędników, więc zakładał, że wiedziała. — Powstałem tam. Pompeje to mój początek — rzekł. — I tam po raz pierwszy przybrałem ciało — dodał, po czym zamilkł, gdy salon wypełniła cisza po wybrzmieniu ostatnich nut z gramofonu. Oczywiście, gdy powstał, były to czasy pod panowaniem Królestwa Neapolu, zanim jeszcze ktokolwiek myślał o zjednoczonych Włoszech, ale nie było to wcale jedyne miejsce, w którym istniał przez lata. — I myślę, że tak, że wszystkie te rzeczy mają punkty wspólne — powiedział jeszcze w odpowiedzi na jej pytanie, a potem zabrał ręce z jej talii i uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu. Może kiedyś to powtórzą, może jeszcze zatańczą i może wtedy nie będzie to jedynie wynik spontanicznej zachcianki.
      — Dotrzymałaś obietnicy, nie podeptałaś mnie, więc jest szansa, że kiedyś to powtórzymy — stwierdził z wyraźnie żartobliwą nutą w głosie i spojrzał chwilowo na swoje stopy, a przy okazji też na jej. Dobrze, że nie chodziła boso po urzędzie, bo przy zimowej aurze tyle piachu wnosi się na buciorach, że łatwo można nadziać się na ostry kamień i skutecznie odebrać sobie całą przyjemność z tego nawyku.
      — Będę jutro na komisariacie od rana — oznajmił, ruszając z miejsca w stronę kuchni i myśląc już o powrocie do swojego mieszkania. Bardzo często obstawiał zmiany wieczorne i nocne, ale jutro zamierzał spędzić na komisariacie cały dzień, a może i nawet więcej, dlatego całkiem prawdopodobne, że zajrzy do niej więcej niż raz.

      Zaydenek

      Usuń
  42. Levi nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek wyszedł od Baldwiny głodny, a gdyby się wysilił i przetrząsnął umysł, aby przeanalizować te wszystkie razy, kiedy opuszczał jej mieszkanie, nabrałby pewności, że nie tylko nie wychodził głodny, ale też nie wychodził z pustymi rękoma. Heart zawsze udawało się coś mu wcisnąć, choćby tych kilka ciastek, nawet jeśli Levi wymawiał się, że on i Thatcher niczego nie potrzebują i wszystko mają. Mówił tak z grzeczności, ale także dlatego, że naprawdę niczego nie potrzebowali i wszystko mieli – może ich lodówka czasem świeciła pustkami, ale wtedy wystarczyło wyskoczyć do jednego z niewielkich sklepów rozsianych po Azylu. Nigdy też nie robili dużych zakupów, bo ileż mogło przejeść ich dwóch? Nie tak znowu dużo, jak mogłoby się wydawać, a nie lubili marnować jedzenia, więc też nie gromadzili zapasów niczego, co z zasady psuło się szybko.
    Obserwował przyjaciółkę, kiedy ta mówiła o bliznach i nie mógł nie zastanowić się przy tym, czy jej słowa tyczyły się wyłącznie ciała, czy sięgały głębiej, zahaczając o samą duszę, bo i ta mogła być pokryta trwałymi śladami, pozostałościami minionych zdarzeń. Tego rodzaju blizny bywały nawet bardziej tkliwe, niż te na ciele.
    Ani jednych, ani drugich kotołak nie miał zbyt wiele. Ciało się goiło, natomiast rozerwana na pół po masakrze w Coventry dusza miała już zostać w tych dwóch, poszarpanych kawałkach.
    — Jak jest w twoimi bliznami na plecach? — spytał równie spokojnie, co ona. Miał na myśli te blizny, które były dziełem Limnara, mógł jednak zgadywać, że już przed związaniem się paktem z duchem ciało kościeji nosiło ślady minionych lat. I o ile blizny na ciele Ackermanna były chaotycznie rozsianymi punktami, których nie sposób było powiązać, o tyle te należące do Baldwiny musiały tworzyć mapę, którą tak metaforycznie, jak i dosłownie można było prześledzić palcem.
    Dojadłszy wędzoną rybę, Levi wziął kolejną kromkę chleba. Posmarował ją masłem czosnkowym, nałożył na chleb twarogu, na niego zaś ogórki i cebulę. Musiał się postarać i szeroko rozewrzeć usta, żeby wziąć gryza, a także przytrzymać kromkę obiema dłońmi, żeby ta nie przechyliła się nadto i nic z niej nie pospadało, ale było warto, bo mieszanka smaków, która powstała, odpowiadała jego podniebieniu. Dobrze, że zdążył przełknąć, kiedy Baldwina na głos zastanowiła się nad tym, skąd miała wziąć w Azylu szarfy, bo zaraz parsknął wyraźnie.
    — Skąd miałabyś wziąć w Azylu szarfy? Nie mam pojęcia — rzucił i wzruszył ramionami, podczas gdy jego jasne oczy śmiały się do niej znad jedzonej przez niego kanapki z twarogiem, ogórkami i cebulą. Nie powiedział niczego więcej, ale w głowie już układał plan i wiedział, że to nie żuka przyniesie Baldwinie następnym razem. Z miejscem także nie powinno być większego problemu, Ackermannowi od razu przyszło jedno na myśl.
    Kobieta mogła dostrzec, że jej przyjaciel odpłynął myślami, bo kotołak uciekł wzrokiem od jej twarzy i wodził nim po najbliższych powierzchniach nie tak jednak, jakby patrzył za konkretnymi przedmiotami, a tak, jakby podążał za własnymi myślami, których pojawiło się bez liku po słowach urzędniczki. Im dłużej zastanawiał się nad poruszonym tematem, tym większej nabierał pewności, że mógł zorganizować coś podobnego, niemniej jeszcze jedno nie dawało mu spokoju i wtedy, przełknąwszy ostatni kęs, na powrót utkwił wzrok w Baldwinie.
    — Lubiłaś występować na szarfach? — spytał wprost, a nie miał co do tego pewności z prostej przyczyny. Baldwina, dołączając do cyrku, coś robić musiała, a jeśli owo coś robiła pod przymusem, wcale nie musiała swoich występów lubić, wcale nie musiała za nimi tęsknić, przez co on, gdyby zrealizował pomysł, który przyszedł mu do głowy, mógłby zrobić jej przykrość, a nie przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dziękuję. — Delikatnie otrzepał palce z okruszków nad talerzykiem. — Za raport. I za klątwę. Pewnie zarzygałbym się na śmierć, gdyby nie ty — zażartował i chwycił na kubek z herbatą, jednocześnie przez ramię łypnął w stronę salonu, bo czekała tam na niego doniczka z nieciekawą zawartością. Póki co jednak uniósł kubek z herbatą do ust, trzymając go nie za uszko, a od góry, zabawnie rozcapierzając i zaciskając palce wokół krawędzi. Ostrożnie upił łyk, a kiedy nie sparzył sobie języka, już zupełnie swobodnie wziął kilka większych łyków, od razu wypijając połowę herbaty.
      — Smakuje. Thatcherowi też pewnie będzie smakować — rzucił i uśmiechnął się do niej szeroko, błyskając zębami, bo dziś nie zamierzał wymawiać się pełną lodówką. Ryba była naprawdę dobra i stary Ackermann powinien jej spróbować.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  43. Pożegnał się krótko, jak zawsze, z lekkim uśmiechem i porozumiewawczym oczkiem posłanym w jej stronę, a potem odwrócił się i ruszył przed siebie. W pustym korytarzu jedynym dźwiękiem stał się miarowy stuk jego kroków o posadzkę, który niósł się chwilę za nim, odbijając się od ścian, aż w końcu ucichł przy drzwiach wyjściowych. Chwilę później jego kroki zetknęły się ze skrzypiącym pod butami śniegiem na zewnątrz, a on zaciągnął kołnierz wyżej, osłaniając szyję przed chłodnym, nocnym powietrzem. Poprawił pojemnik z ciasteczkami, który trzymał schowany pod kurtką, wsunął drugą dłoń do kieszeni i skierował się w stronę swojego mieszkania, zostawiając za sobą budynek i resztki rozmowy, które jeszcze przez chwilę krążyły gdzieś z tyłu głowy.
    Następnego ranka zjawił się na komisariacie punktualnie, jak miał w zwyczaju. Budynek jeszcze nie zdążył w pełni wypełnić się codziennym ruchem, choć z dalszych korytarzy dobiegały już przytłumione rozmowy, a wraz z nimi biurowy szmer odsuwanych krzeseł i szeleszczących pod palcami papierów. Dzień jak co dzień, ale te poranki, w przeciwieństwie do wieczorów, zawsze wydawały mu się jakoś dziwnie niespokojne, może dlatego, że budynek dopiero zbierał się do życia, a pracownicy nie byli tak do końca sobą o tej porze?
    Przeszedł przez hol spokojnym krokiem, a przynajmniej do momentu, w którym prawie zderzył się z Harrisem. Ten wyglądał, jakby zdążył już stoczyć pierwszą bitwę dnia, choć wskazówka zegara dopiero co przekroczyła godzinę rozpoczęcia pracy. Zmarszczone brwi i zaciśnięte usta starszego funkcjonariusza sugerowały, że dzień już zdążył rozpocząć się nie po jego myśli, ale to nie była żadna nowość, bo Harris należał do tych, którzy potrafili znaleźć problem jeszcze zanim pojawił się powód. Odnotował jedynie krótkim spojrzeniem jego krzywą minę, a gdy Harris bez ostrzeżenia zaczął swój poranny wywód o tym, że nikt go nie prosił o pojawianie się tu o takiej porze, Zayden rzucił spokojnie, że jego z kolei nikt nie prosił o istnienie, a jednak jakoś nikt nie robi z tego afery i wszyscy muszą to znosić. A potem pokręcił głową i ruszył dalej w stronę kuchni, kończąc rozmowę, która od początku nie była warta uwagi. Tak na dobrą sprawę, cała postać Harrisa nie była warta uwagi, ale zyskiwała ją czasami automatycznie, bo Harris w roli sygnalisty sprawdzał się doskonale, a on od początku policyjnej fuchy był jego celem. To natomiast wynikało z przekonania, że demony to marni funkcjonariusze porządkowi, a obsadzenie w tej roli akurat Zaydena Warda można podciągnąć pod eksperyment organizacyjny o wyjątkowo wątpliwej logice. Nie lubili się, mówiąc grzecznie, ale kto by się tym przejmował. Zayden miał go w głębokim poważaniu i wcale się z tym nie krył.
    Gdy wszedł do kuchni, przesunął spojrzeniem po wnętrzu, witając się zdawkowo z osobami, które akurat się tam kręciły, a potem zatrzymał wzrok na karteczce z własnym nazwiskiem. Lekko przechylił głowę, śledząc literki składające się w krótką wiadomość, po czym podniósł kartkę w palcach. Od razu rozpoznał baldwinowe pismo, ale wiedziałby, że to kawa od niej nawet wtedy, gdyby tej karteczki w ogóle nie było, bo tylko ona w tym miejscu parzyła ją w tygielku. Taka kawa zawsze pachniała inaczej niż lura z ekspresu, jakoś tak głębiej i intensywniej, jakby ktoś poświęcił jej więcej uwagi i nie traktował tylko jak obowiązkowego elementu każdego poranka. Baldwina podchodziła z sercem do większości takich spraw, mimo że to serce wcale w niej nie biło. Tylko ona mogła tak pieczołowicie przyłożyć się do rytuały parzenia kawy.
    Uniósł filiżankę, a kącik jego ust drgnął nieznacznie, zanim upił pierwszy łyk. Czarna i gorzka, czyli dokładnie taka jak lubił. I właśnie wtedy, gdy delektował się tym smakiem, jego wzrok natrafił na spojrzenie Philipa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tamten przyglądał mu się z tą charakterystyczną ciekawością, która zwykle oznaczała, że w głowie aż roi się od myśli i scenariuszy, które nie mają racji bytu, a mimo wszystko plączą się w niej jak kłębek nici. Zayden zatrzymał na nim wzrok na tyle długo, żeby tamten bez trudu odczytał wyraźne ostrzeżenie, a kiedy Philip w końcu uciekł spojrzeniem w bok, spokojnie sięgnął po muffinkę i ciastko z blatu.
      — Crowley, zostaw te fantazje i bierz się za robotę — rzucił znacząco, po czym skierował się do wyjścia z kuchni, a dalej do biura, w którym zwykle urzędował z kilkoma funkcjonariuszami. Miał bardzo smaczny zestaw śniadaniowy, więc od niego zaczął, gdy tylko przysiadł połową tyłka na podłużnym blacie, na którym leżały różnorakie przybory i dokumenty, z których część należało już zarchiwizować, a część po prostu poukładać. Zdążył wymienić kilka zdań ze swoim dobrym towarzyszem i współpracownikiem Kaelenem, także wilkołakiem, a potem zjeść i strzepać okruszki ze swojego swetra o kroju wzorowanym na modelu noszonym przez wojska Bundeswehry, gdy do biura wpłynęła informacja o buntującym się gremlinie. Akurat to jedne z tych istot, których nie ima się ani porządek ani posłuszeństwo, więc to było do przewidzenia, że kiedy nadejdzie czas, Elliot Grimsby wcale nie ruszy tyłka, żeby odnowić runy.
      Dlatego chwilę później naciskał już klamkę w drzwiach, za którymi swoje biuro miała Baldwina, i przekraczał próg trochę tak, jakby wchodził do siebie. Ale wszędzie wchodził pewnym krokiem, więc jego znajomość z Baldwiną nie miała nic do rzeczy w tej kwestii. To była cecha jego temperamentu.
      — Jeśli nie da się zaprowadzić, to będzie jego strata, Baldwino, a mi nie będzie z tego powodu wcale przykro — odparł, przejmując od niej dokument. Mógł powiedzieć, że on to się nawet ucieszy, ale jeśli przyjdzie co do czego, to będzie to po prostu po nim widać. Każdy miał świadomość, czym w azylu może skończyć się bunt, więc jeśli ktoś mimo to decydował się iść tą drogą, nie powinien liczyć na litość. A akurat on nie miał w zwyczaju okazywać litości tam, gdzie ktoś sam postanowił wykazać się brawurą, zamiast nauczyć się obchodzić system z głową. Pycha kroczy przed upadkiem i niewykluczone, że ten upadek miał dla Elliota zaraz nadejść.
      — Dziękuję za śniadanie — powiedział jeszcze, gdy Baldwina sięgała po te wszystkie magiczne rzeczy do nakładania run. Zlustrował spojrzeniem jej sylwetkę, skupiając się na tym, co miała na sobie, a przede wszystkim na jej stopach. Sukienka niech już zostanie, ale buty to wypadałoby założyć na akcję trochę solidniejsze. On miał na sobie ciężkie trapery, ale z racji tego, że funkcjonariusze mundurów tutaj nie noszą, dla wygody zakładał do pracy odzież techniczną. Wiązanek z kwiatów w swoim fachu nie układa, więc ubrania miały wytrzymać przede wszystkim to, co przynosi dzień.
      — Jeśli koniecznie chcesz przy tym być, to wypadałoby przynajmniej założyć coś, w czym da się przejść gremlinowy burdel, bo gremliny to chyba rzadko współpracują z taką elegancją — stwierdził, a kącik jego ust powędrował zaraz w górę. Wyglądała elegancko, przecież widział, więc nie naciągał faktów, ale jeśli jednak zechce wyjść stąd tak, jak była ubrana teraz, to też jej nie zabroni. Wszystko wskazuje jednak na to, że podczas tej akcji mogą się trochę pobrudzić.

      Zayden Ward
      dziękujący grzecznie za śniadanko 🙏😘

      Usuń
  44. Bunt przeciwko runom był jednym z wielu rodzajów buntów, do jakich dochodziło w tym miejscu, ale ze względu na świadomość społeczeństwa co do ryzyka, ten rodzaj i tak należał chyba do najrzadszych. Większość istot dobrze rozumiała, że runy nie są jedynie symbolicznym ograniczeniem, tylko częścią mechanizmu, który utrzymuje azyl w równowadze, i że każda próba ich obejścia kończy się bolesnym przypomnieniem, dlaczego w ogóle zostały nałożone. Jeżeli ktoś buntował się w tej kwestii, to zwykle dlatego, że uznał, że jego własna wyjątkowość pozwala mu stanąć ponad zasadami. Nic bardziej mylnego, rzeczywistość szybko to błędne przekonanie weryfikowała i dziś miała ją zweryfikować właśnie w sprawie Elliota. Częściej jednak dochodziło do innych form sprzeciwu: do szmuglowania przedmiotów, które nigdy nie powinny znaleźć się w przestrzeni azylu, do krążenia po kątach z artefaktami pozwalającymi obejść część ograniczeń, albo do jakiś drobnych magicznych manipulacji gdzieś w zaciszu domostw. Z pozoru niewielkie rzeczy, ale nie wszystkie były do namierzenia tak od ręki, bo niektórzy robili to naprawdę sprytnie, więc czasami trzeba było pozwolić im przez chwilę trwać, żeby w efekcie móc ich złapać. Nie było jednak żadnego oficjalnego kodeksu, a kary przybierały różne formy, bo Rada rozpatrywała każdy przypadek indywidualnie, więc czasami kończyło się to jedynie odebraniem przywilejów albo czasowym ograniczeniem swobody, a innym razem konsekwencje były bardziej dotkliwe. Ryzyk-fizyk. Ale na pewno istotne było to, kto dokonywał zatrzymania, bo funkcjonariusze porządkowi mieli pełną możliwość interpretować sytuację wedle własnej skali, a skala Zaydena była znana przede wszystkim z tego, że nie pozostawia miejsca na żadną taryfę ulgową. W sprawie buntu przeciwko runom tym bardziej, więc gremlinowi ewidentnie dziś się nie poszczęściło.
    Zdawał sobie sprawę, że wściekłe gremliny potrafią narobić szkód, ale ta wizytacja nie wzbudzała w nim nawet krzty niepokoju. Działał służbowo, a w takich sytuacjach zakres dopuszczalnych środków stawał się znacznie szerszy niż zwykle. Wszystkie chwyty dozwolone. Jeśli zrobi mu krzywdę adekwatną do jego przewinienia, wcale za to nie odpowie, a jeśli jednak przegnie, to najwyżej ukarze go jego własna przysięga. I tak szczerze, jedyne, co go odrobinę niepokoiło, to obecność Baldwiny, bo nawet jeśli wiedział, że jej doświadczenie jest na tyle duże, by poradziła sobie w trudniejszej sytuacji, to jednak nie chciał, żeby nie ucierpiała. Ale bunt Elliota rzeczywiście był książkowy, a wiele jego zachowań dało się przewidzieć i bez specjalnych zdolności, więc to nie stanowiło żadnego problemu. Nie ukrywał się, więc była to jedynie czysta demonstracja uporu i marna próba postawienia na swoim.
    Warsztatowy zapach metalu i smaru był pierwszym, co dało się poczuć po przejściu przez wejściowe drzwi, które Zayden pchnął nogą bez wahania. Zaraz potem dało się zauważyć garażowy chaos i stertę przedmiotów z odzysku, które albo już nie służyły, albo mogły jeszcze posłużyć, o ile się je naprawi. Nie rozglądał się zbyt długo po pomieszczeniu, bo ten dysonans, który towarzyszył naruszeniom zasad, natychmiast zdradzał się lekkim drżeniem w przestrzeni, widzialnym tylko dla niego, dlatego jego spojrzenie od razu zatrzymało się na sylwetce Elliota. Potem omiotło jego najbliższe otoczenie, kalkulując ewentualne zagrożenia, szczególnie, gdy Elliot rzucił ciężkim kluczem o stół.
    — No właśnie, a gdzie jakaś kawka, herbatka, co Grimsby? — rzucił, gdy ten głośno zwrócił na nich uwagę. — Ach tak, zapomniałem, że kultura osobista nie była nigdy twoim priorytetem.
    Splótł ręce za plecami i przywdział na usta swój firmowy uśmieszek, obserwując gotującego się coraz bardziej gremlina, który mierzył Baldwinę srogim spojrzeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obserwował jego ruchy, na razie grzecznie stojąc i czekając na rozwój wydarzeń, a kiedy usłyszał Baldwinę, która zaczęła wytykać gremlinowi błędy porządkowe, mimowolnie się uśmiechnął. Tylko ona mogła zrobić to w tej sytuacji. Nie było nic bardziej baldwinowego niż to. Spojrzał więc na nią, parskając cichym śmiechem, ale tylko na ułamek sekundy, bo nagły ruch Elliota od razu ściągnął jego uwagę z powrotem.
      Zauważył moment, w którym gremlin sięgnął po klucz, jeszcze zanim ten zdążył oderwać się od stołu. Jego ruch był szybki i impulsywny, podyktowany złością, ale dla Zaydena wystarczająco czytelny, żeby wiedzieć, co wydarzy się w następnej kolejności. Elliot całą złość kierował w stronę Baldwiny, więc to oczywiste, że w jej stronę pokieruje również klucz. Impuls obronny pojawił się w nim natychmiast, a drobiny popiołu w jednej chwili skumulowały się pod skórą jego dłoni, gotowe wyrwać się na powierzchnię. Bez słowa złapał Baldwinę za rękę, niebywale mocno zaciskając na jej przedramieniu swoje palce i szarpnął ją do siebie, jednocześnie odpychając za swoje plecy, żeby odruchowo postawić między nią, a zagrożeniem swoje własne ciało. Metalowy klucz przeleciał obok nich z głuchym świstem i z hukiem uderzył w ścianę, aż farba odprysnęła z tynku i posypała się na podłogę. Pieprzony pojeb.
      Zayden nawet nie odwrócił głowy, żeby sprawdzić, gdzie ten klucz dokładnie wylądował.
      — Odsuń się, Baldwino — polecił tylko, bo spojrzenie jego czarnych i matowych oczu było już wbite w Elliota, a cień pełzł po podłodze, aż rozszczepił się przy jego stopach i wyciągnął się w dwie dodatkowe sylwetki o znajomym kształcie. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby Baldwina stała w warsztacie potrojona – trzy identyczne postacie, trzy pary oczu skierowane na gremlina, choć tylko jedna realna i żywa. Była to zwykła iluzja, mająca zmylić Elliota i odebrać mu pewność co do tego, która z tych Baldwin jest tą prawdziwą. Wszystkie wykonywały dokładnie te same ruchy w tym samym czasie, więc jeśli prawdziwa Baldwina się poruszyła, zaczesywała włos za ucho czy sprawdzała rękę, pozostałe dwie również. Jeśli prawdziwa Baldwina będzie nakładać runy, pozostałe dwie także, tyle że ich działanie będzie złudzeniem niemającym żadnego efektu w rzeczywistości.
      I w tym czasie, w którym jego cień robił co swoje, gremlin, zdezorientowany nagłym rozmnożeniem sylwetek Baldwiny, warknął coś pod nosem i gwałtownie przeniósł swoją złość na Zaydena. W jego oczach pojawił się ten sam błysk, który poprzedzał kolejny nieprzemyślany ruch, a Zayden zdążył go przewidzieć. Drobne, ciemne cząstki popiołu uniosły się niespodziewanie i natychmiast zgęstniały w powietrzu, po czym w jednej chwili osiadły na torsie i ramionach Elliota, a w następnej zacieśniły się jak materiał, tworząc coś na kształt popielnego kaftana. Warstwa była cienka, ale ciężka i zwarta, a każda próba szarpnięcia kończyła się jedynie ruchem popiołu, który jak guma zaraz wracał na swoje miejsce.
      I na tym mogło się to zakończyć, ale na tym się nie zakończyło. Zayden wciąż czuł w sobie złość, która nie zdążyła opaść razem z opanowaniem sytuacji. Elliot zaatakował Baldwinę, a to wystarczyło, żeby potraktować sprawę inaczej, niż zwykłą interwencję. Ten pieprzony pojeb celował w Baldwinę.

      Usuń
    2. Zacisnął szczękę, gdy gremlin toczył walkę z oplatającymi go drobinkami popiołu i syczał głośno, obrzucając ich przekleństwami. Nie popuści mu, nie ma szans.
      — To, że rzucasz narzędziami w urzędnika, to twój najmniejszy problem, Grimsby, choć widzę, że ty naprawdę jesteś głupszy niż podejrzewałem — rzucił chłodno i podszedł do ściany, o którą stała oparta stalowa rura. Wziął ją i odwrócił się z powrotem do Elliota. — To za to, że pomyślałeś, że możesz ją ruszyć — dodał i zamachnął się, uderzając go metalowym elementem w kolano. Elliot runął na ziemię, wrzeszcząc głośno z bólu, ale tylko do momentu, gdy Zayden podszedł bliżej, przycisnął stalową rurę do jego szyi i docisnął ją do podłogi, odcinając mu resztę powietrza. Krzyk urwał się nagle, zastąpiony chrapliwym, zduszonym oddechem. — A to za to, że spróbowałeś.
      Zdążył tylko wycedzić te słowa, gdy nagle poczuł rozrywające pieczenie na wysokości mostka. Ból pojawił się gwałtownie, jakby coś w środku zapłonęło pod skórą, a był tak silny, że aż zacisnął zęby i mimowolnie wypuścił z rąk rurę, która z głuchym stukiem potoczyła się po podłodze. Pozostałe dwie Baldwiny zniknęły, a cień scalił się z jego sylwetką. Na moment zabrakło mu powietrza, gdy ciepło rozlało się po klatce piersiowej, pulsując w rytmie serca, ale znał to uczucie aż za dobrze, bo była to kara za przekroczenie granicy, której nie wolno mu było świadomie naruszać.
      — Nałóż mu runy, Baldwino — wypowiedział z trudem i odsunął się o kilka kroków, gdzie mógł spokojnie złapać się stołu i na nim oprzeć, czekając, aż ogień przysięgi ustabilizuje się i przestanie palić go od wewnątrz.

      Zayden Ward 💣😤

      Usuń
  45. Mógłby patrzeć, jak dzieje jej się krzywda, bo nie miałby najmniejszego problemu z oglądaniem nawet najbardziej obrzydliwych scen, ale tu sprawa wyglądała inaczej. Tu sprawa miała się tak, że on nie chciał, żeby działa jej krzywda i to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Miał tę cechę, że lubił stawiać na swoim, a skoro już podjął taką decyzję, nie zamierzał jej zmieniać. Jeśli coś postanowił, robił wszystko, żeby doprowadzić sprawy do końca, a w tym przypadku, skoro krzywdy dla niej nie chciał, to jasne, że nie zamierzał dopuścić, żeby cokolwiek jej się stało. I mógłby się nawet spalić, ale jeśli coś miało dziś ucierpieć, to na pewno nie ona. Taką podjął decyzję i nie należał do tych, którzy pozwolą, żeby rzeczywistość ją podważyła. A gdyby ten pieprzony pojeb trafił ją tym kluczem, to na pewno nie łamałby mu kolan, tylko wypatroszyłby go tą rurką, a potem wypchał z powrotem, ale po swojemu. Jego szczęście, że przysięga działała skutecznie, bo inaczej ten dzień byłby najgorszym, jaki miałby okazję zapamiętać, o ile w ogóle byłby w stanie go jeszcze wspominać.
    Jego iluzje mogły być dosłownie wszystkim, co tylko przyszło mu do głowy, od drobnych złudzeń do tworzenia w umyśle przeciwnika świata, z którego nie było żadnego wyjścia. I byłoby tak, gdyby nie miał nałożonych run, ale podlegał temu obowiązkowi tak jak wszyscy, dlatego był w tej kwestii dość ograniczony. Może nie aż tak dotkliwie, bo swoją policyjną funkcję sprawować musiał, więc to, co było przydatne do ujmowania sprawców, za zgodą Rady było ograniczone mniej, ale mimo wszystko od pełni mocy był bardzo daleki. Z ograniczeniami mógł zasilić iluzją tylko kilka umysłów, więc gdyby mieli tu większą widownię, to wtedy nie wszyscy dostrzegliby sklonowane Baldwiny, a gdyby zaatakowała ich armia gremlinów, to w takie popielne kaftany mógłby wsadzić ich tylko paru. Ale przez te wszystkie lata, mimo że miał wrażenie, że został przez te ograniczenia upośledzony i cofnięty w rozwoju, to nauczył się funkcjonować z tym niepełnym sobą i dostosowywać to, co mu pozostało, do swojej pracy oraz obowiązków, które się z nią wiązały. Czasami pewnych rzeczy nadużywał, ale właśnie po to miał na sobie przysięgę i właśnie z tego powodu Harris łaził za nim co jakiś czas, żeby inwigilować jego działania. Jeśli tylko coś przeskrobie, Rada natychmiast zacieśni smycz.
    Teraz, gdyby nie to, że przysięga trzymała go w ryzach, finał interwencji mógłby potoczyć się w znacznie mniej kontrolowany sposób, bo ochota jakiej nabrał, dociskając stalową rurę do krtani Elliota, była silna i całkowicie niepoprawna. Czuł, że zgładzenie go byłoby bardzo satysfakcjonujące i nasyciłoby te najbardziej skryte pragnienia, przez ostatnie wieki trochę już uśpione. Ale między tą myślą a jej realizacją stała właśnie przysięga, która odpowiadała mu równie mocno, jak silne były jego własne myśli i chęć, by zrobić ten jeden krok za daleko. Teraz chciał tego tak bardzo, jak bardzo nie chciał, żeby Baldwinie stała się krzywda, czyli wystarczająco, by istniejący w nim żar przeszył jego klatkę piersiową bólem i jak rozgrzane żelazo wytopił na skórze palące rany.
    Oddychał niespokojnie, opierając się dłońmi o brudny stół, na którym przewalały się te wszystkie śrubeczki i stopniowo przyzwyczajał się do dyskomfortu, który nieubłaganie przeszywał go w okolicy mostka i rozciągał się aż po lewy obojczyk. Czuł, że pod materiałem swetra, skóra zrobiła się lepka, więc rany musiały być na tyle głębokie, że zebrały się na nich krople krwi. Potrzebował swojego popiołu, żeby móc go w siebie wetrzeć. Im szybciej to zrobi, tym lepiej.
    Stał z zaciśniętą szczęką i nasłuchiwał działań Baldwiny, która nakładała runy spętanemu gremlinowi, a gdy skończyła i podeszła, wyprostował się lekko, zsuwając jedną dłoń z blatu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę, powinien go doprowadzić do aresztu, ale w tej sytuacji lepszym pomysłem będzie przysłanie tu kogoś innego. Gdyby to on go prowadził, niewykluczone, że Elliot nie zdążyłby do tego aresztu nawet dojść, bo prędzej on sam wymierzyłby mu sprawiedliwość według własnego kodeksu. I już mniejsza o to, jaka kara spotkałaby go za tę samowolkę.
      — Twoja sukienka — zaczął i zrobił krótką pauzę, żeby nabrać nieco więcej powietrza w płuca. — Pobrudziła się — powiedział, patrząc przez chwilę na dolny brzeg białego materiału, który zaszedł czernią od smarów i brudu wdeptanego w podłogę. Zerknął jeszcze na końcówki jej włosów, bo kiedy klękała nad Elliotem one były bardzo blisko ziemi, a potem skinął lekko głową, rzucił krótkie chodźmy i ruszył do wyjścia.
      Naturalne światło dnia wydawało się ostrzejsze w porównaniu do garażowego oświetlenia, więc odruchowo zmrużył oczy, gdy wyszli na zewnątrz. Ból cały czas pulsował w jego klatce piersiowej, dlatego szedł wyprostowany w trochę nienaturalny sposób, ale potrzebował jeszcze chwili, żeby ciało zaakceptowało ten stan rzeczy i przyjęło jako część codzienności.
      Spojrzał uważniej na Baldwinę, kiedy zostawili garaż dalej za sobą i zatrzymał się, łapiąc ją znów nad nadgarstkiem, ale tym razem dużo lżej. Tamten chwyt był nienaturalnie mocny, ale wynikał z niespodziewanego zagrożenia. To nie była reakcja, która wyszła z jego ludzkiej głowy, tylko z jego prawdziwej natury. Prościej można powiedzieć, że z serca.
      — Wszystko w porządku, Baldwino? — zapytał, przyglądając się jej twarzy i chcąc się upewnić, a może utwierdzić w przekonaniu, że nie przejęła się tą sytuacją. I że czuła się dobrze, bo atak był wymierzony przede wszystkim w nią. Za każdym razem, gdy przypominał sobie o tym kluczu, który leciał w jej stronę, nabierał ochoty wrócić do tego garażu i nafaszerować Elliota znajdującym się tam żelastwem, a potem wrzucić do najbliższego bagna i tylko zaczekać, aż opadnie na dno.

      Zayden Ward 😌

      Usuń
  46. Ta odpowiedź Baldwiny dotycząca blizn usatysfakcjonowała Leviego. Dobrze było posiadać wiedzę na temat tego, że białowłosa kobieta akceptowała zarówno swój wygląd, jak i naturę, bo przecież część blizn na jej ciele nie powstałaby, gdyby nie pakt z Limnarem, który z kolei nie zostałby zawarty, gdyby Baldwina nie była kościeją. Levi, mając okazję poznać wielu mieszkańców Azylu, wiedział, że pewna ich część nie akceptowała tego, kim była i nie tyle rozumiał, co widział, jak bardzo potrafiło być to dla nich uciążliwe. Przebywać w ciele, którego się nie chciało i posiadać moce, którymi się brzydziło musiało być okropnym doświadczeniem i Ackermann nie potrafił wyobrazić sobie, jak czułby się ze świadomością, że musi przeżyć w ten sposób życie, które w jego przypadku i tak miało pozostać krótkie – krótkie w porównaniu z tymi, którzy mogli żyć znacznie dłużej, jak chociażby siedząca po drugiej stronie stołu Heart.
    — Oczywiście — odparł od razu, nie przestając spoglądać na kościeję tymi śmiejącymi się oczami, czego ona nie mogła spostrzec, a do czego Levi zdążył się przyzwyczaić i choć zupełnie odruchowo szukał z nią kontaktu wzrokowego, nie dziwił się już, że go nie znajduje. Baldwina patrzyła wszędzie, tylko nie w jego oczy i tyczyło się to każdego, z kim przebywała, choć może robiła pewne wyjątki? Tego Levi nie wiedział, a i nie czuł, że potrzebuje podobnym wyjątkiem zostać, bo po co i dlaczego miałby nim być?
    To, że Baldwina lubiła tańczyć na szarfach, miało być dla niego dodatkową motywacją. Utwierdziwszy się w przekonaniu, że szarfy były przedmiotem pożądanym przez Heart, młody Ackermann odczuł ten szczególny rodzaj niepokoju, który nie pozwalał mu długo wysiedzieć w miejscu. Głęboko w sobie, gdzieś w środku znowu się śpieszył i tym razem śpieszył się do tego, by opuścić Azyl w celu poszukania tych właśnie szarf, które nie tylko zamierzał przynieść, ale które zamierzał umocować przy suficie jednego z wyższych budynków w Last Salvation, tak aby Winnie od razu mogła je przesterować. Niemniej, mimo chęci poddania się pośpiechowi, kotołak nie mógł od razu poderwać się z miejsca. Musiał zaczekać, aż nadarzy mu się kolejna okazja do wyrwania się z Azylu, a tych jako Łącznikowi na szczęście mu nie brakowało.
    — Czuje się dobrze, tak mi się zdaje, bo marudzi cały czas tak samo — stwierdził i wzruszył ramionami, bo dla jego ojca dzień bez marudzenia był dniem straconym, a Levi po części przejął od niego ten nawyk i marudził także, z tym że w przeciwieństwie do Thatchera, potrzebował do tego powodu. Kiedy już ten powód miał i tylko sam Levi wiedział, który powód jest do marudzenia odpowiedni, stawał się największą marudą tego świata.
    To, że Baldwina zaczęła się krzątać i pakować jedzenie było dla niego jasnym sygnałem świadczącym o tym, że ten wymagający dla obojga dzień miał dobiec końca. Ackermann dopił herbatę, jednak bez pośpiechu, bo choć przyjaciółka zaczęła pakować dla niego wszelakie smakołyki, wiedział, że nie zamierzała go stąd wyganiać i Levi miał wyjść dopiero, kiedy sam tego zechce, nawet jeśli miałby to być ranek. Nie chciał jednak i nie zamierzał nadużywać tak bardzo jej gościnności i podniósł się z krzesła.
    — Dobrze — odpowiedział tylko na wzmiankę o herbacie, obrzucił sylwetkę białowłosej kobiety wzrokiem i wycofał się z niedużej kuchni.
    Przeszedł do niewiele większej łazienki, gdzie rozebrał się do naga. Ubrania złożone w nierówną kostkę zostawił na zamkniętym sedesie, odruchowo zerknął w lustro, a potem zrobił puf! Przez drzwi, które celowo pozostawił niedomknięte, bo trudno byłoby mu je otworzyć, przeszedł już jako czarny kot.
    Drogę powrotną do kuchni pokonał bezszelestnie, miękko i niespiesznie stąpając na czterech łapkach, a kiedy znalazł się w pomieszczeniu, bezceremonialnie wskoczył wprost na stół, uprzednio uprzątnięty przez Winnie. Drewniany blat zaskrzypiał cicho pod jego ciężarem, więc jego pojawienie się nie mogło pozostać niezauważone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Levi przysiadł na samym środku blatu, czyniąc to z nonszalancją świadczącą o tym, że dobrze wiedział, iż na stole nie powinien siadać i jednocześnie wiedza ta ani trochę nie przeszkadzała mu w zagarnięciu tej przestrzeni dla siebie. Przednie łapy ułożył równo, nakrył je ogonem i wlepił bladozielone, lekko żółtawe ślepia w kościeję.
      Mieli przecież coś jeszcze załatwić przed nałożeniem runy, prawda? Siadając w ten sposób, Levi sugerował, że Baldwina w dowolny sposób może odebrać zapłatę za udzieloną mu pomoc, a on zniesie to cierpliwie i z honorem, a przy okazji może jej nie podrapie.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  47. Oczywiście on doskonale wiedział, że to, że teraz stąd wychodzili, to nie był koniec tej sprawy, a dopiero początek, bo to nie pierwszy raz, kiedy go tak trochę poniosło i dał upust swoim demonicznym chęciom. Będzie musiał srogo się z tego tłumaczyć, a niewykluczone, że może nawet dostanie jakąś finansową karę z tego tytułu, bo przegiął i był to niezaprzeczalny fakt, którego nie zamierzał wcale tuszować. A czy jego reakcja była adekwatna do zagrożenia, które stanowił gremlin, to już oceni Rada, ale gdy Harris dowie się, że wezwano go na dywanik, zrugano i prawdopodobnie ukarano, będzie piał z zachwytu i do znudzenia powtarzał te swoje mądrości, że wszystkie demony to najlepiej zesłać do łagru, a Warda dla pewności wysłać na księżyc, bo stamtąd może nie zdoła wrócić. Nie bał się konsekwencji, ale miał świadomość, że mogą być dotkliwe, bo już takie były przez to, co przysięga robiła z jego ciałem, choć ból fizyczny i tak był nieporównywalny do tego, jak bolało ograniczenie zdolności i ubytki w życiowej sile. Złamanie przysięgi obciążyło go w tej chwili tak mocno, że nie byłby w stanie zrobić nawet głupiej szkolnej sztuczki i to upośledzenie czuł teraz całym sobą.
    Ale nie żałował tego, co się stało. Może było mu nawet trochę szkoda, że w tym kluczowym momencie przysięga zacisnęła się na nim jak kolczatka na karku wściekłego psa i nie doszło do tego, co miał ochotę Elliotowi zrobić i do czego dążył, gdy przyduszał go metalową rurą. Od początku przewidywał, że ta interwencja nie zakończy się polubownie, ale liczył na to, że gremlin całą swoją złość skieruje w niego, a nie w Baldwinę, bo tego dnia ona przyszła tu tylko wyjątkowo. Zwykle nie pracowała w terenie i nie znajdowała się na pierwszej linii, gdzie rzeczy potrafiły szybko wymknąć się spod kontroli. Nakładała runy w urzędzie, mając w swoim otoczeniu odpowiednią asystę w razie, gdyby któryś buntownik zdołał się rozkuć czy wydostać spod policyjnych zabezpieczeń. W terenie było dziko, nieprzewidywalnie i znacznie bliżej do chaosu niż do porządku, który zwykle panował w urzędowych murach, a interwencja u Elliota była tego świetnym przykładem. Co mu w ogóle przyszło do głowy, żeby atakować Baldwinę? Czy ten prostak nie miał instynktu samozachowawczego? Właśnie stał się jego celem na najbliższe lata, bo to jasne, że nic nie rozejdzie się po kościach, bez względu na to kto i jak bardzo zostanie ukarany. Zayden lubił sądzić winnych po swojemu, więc jeśli Elliot nie będzie trzymał się z daleka, uprzykrzy mu to istnienie do takiego stopnia, że dla świętego spokoju sam się wypatroszy.
    A dlaczego? Bo nie chciał, żeby Baldwinie stała się krzywda. Nie zamierzał do tego dopuścić, nie ważne, czy byli na interwencji w terenie, czy przyprowadzał jej śmiałków do urzędu, bo to nie chcenie obowiązywało w całej tej azylowej klatce. Ona wykonywała swoje obowiązki, nie miała absolutnie żadnych złych zamiarów robiąc to, co robiła, a jego zdaniem dla co niektórych gagatków i tak była zbyt delikatna. Powinna wypalać im te runy żelastwem, a nie pieścić ich pędzelkiem, może wtedy poszliby po rozum do głowy.
    Dopiero, gdy zaczęła odczepiać jego palce ze swojej ręki, spostrzegł się, że ten chwyt mimo wszystko był podyktowany jego zdewastowanym nastrojem i nie wypadł wcale tak oględnie, jak mu się z początku wydawało. Zerknął na ich dłonie, gdy Baldwina splotła je pewnie i zastanowił się chwilę nad jej odpowiedzią.
    Zareagował, bo nie chciał żeby Baldwinie stała się krzywda – to było już wiadomo. Ale dlaczego nie chciał? Dlaczego poczuł, że nie chce jej krzywdy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamrugał powoli, szukając w głowie sensownej odpowiedzi, a potem ruszył za Baldwiną, gdy nadała im krok. Chciał już nawet coś powiedzieć, otworzył usta, ale zamknął je zaraz. No nie. Nie miał na razie odpowiedzi na to pytanie, dlatego przerzucił skupienie na to, co w swojej odpowiedzi poruszyła ona.
      — Dlaczego niepokoi cię to, że stanąłem w twojej obronie? — zapytał, wolną ręką drapiąc się lekko z tyłu głowy, gdy zmierzali drogą, a przed nimi rozciągała się już ta utwardzona asfaltem. — To... Baldwino, miałbym pozwolić, żeby kawał żelastwa wbił ci się w czaszkę? Zasłużyłaś na to? Nie, ty przyszłaś zrobić tylko to, co do ciebie należy — stwierdził, opuszczając rękę wzdłuż ciała, a w drugiej trzymając palce Baldwiny. To, że czuła krew, to nie przypadek, bo ta krew na pewno zrosiła się kropelkami na jego skórze, która popękała od płonącego w nim żaru. Ale to nie pierwszy raz, dlatego to nie była sprawa, którą zawracał sobie teraz głowę.

      Zayden Ward
      i error, który mu się udzielił 🤔

      Usuń
  48. On w ogóle nie uwzględniał w tym jej winy, więc nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby wymagać od niej jakichś specjalnych zeznań, a co dopiero pieniędzy. Była częścią sytuacji, ale nie była prowodyrką takiego przebiegu wydarzeń, bo to gremlin zrobił pierwszy krok, a on zrobił ostatni. Baldwina tylko naniosła runy, wypełniając swój zawodowy obowiązek, który mógłby przebiec w nieco innej atmosferze, gdyby nie to, że Elliot miał wybujałe ego i był błędnie przekonany, że uda mu się zbawić cały azyl, robiąc w warsztacie chryję. Obaj poniosą konsekwencje swoich decyzji, bo rada pewnie nie popuści żadnemu, chociaż funkcjonariusz zawsze stał w lepszym świetle ze względu na swoją funkcję, ale Zayden zamierzał wziąć to na klatę i nawet nie myślał wciągać w to Baldwiny. Niczego od niej nie oczekiwał, bo nic nie była mu winna. Jest akcja, to jest reakcja – sam więc zapłaci za to, co przeskrobał, bo gdyby nie dał się ponieść demonicznym żądzom, to zamiast iść łatać jego rany, mogliby wrócić na komisariat i zadowoleni z roboty, zjeść sobie ciastko.
    On już też nie odezwał się słowem przez całą drogę. Raz, że czekał na odpowiedź, której się nie doczekał, a dwa że sam próbował zrozumieć, gdzie jego reakcja miała swoje źródło i co to mogło dla niego oznaczać na przyszłość, gdyby jeszcze kiedykolwiek przytrafiło im się działać wspólnie w terenie i natrafić na takie gremlinowe wybuchy głupoty. Poprawiał tylko co jakiś czas ułożenie jej palców w swojej dłoni i rzucał długie spojrzenia tym, którzy mijali ich drugą stroną ulicy i z lekkim niedowierzaniem odwracali się za nimi przez ramię, żeby mieć pewność, że to, co widzieli, to nie była jakaś iluzja. Nie rozmyślał nad tym, czemu w ogóle trzymali się za rękę, ale wrażenie, że Baldwina tego potrzebowała, przyszło do niego samo, tak samo jak świadomość, że idą do jej mieszkania. Tym razem to ona narzucała tempo spaceru, a on nie protestował. Powinien wrócić na komisariat, żeby przekazać sprawę innym funkcjonariuszom, a potem być na miejscu w chwili, w której Elliot zostanie wciśnięty do aresztu i móc złożyć zeznania, ale zdążą to zrobić. Baldwina miała w tej chwili inny cel, a to, co planowała, nie zajmie im raczej całego dnia, bo ona sama też musiała powrócić przecież do urzędniczych obowiązków.
    W mieszkaniu usiadł na kanapie, nie spuszczając z Baldwiny spojrzenia, i czekał, aż w końcu otworzy te swoje piękne, blade usteczka i wyda z nich jakiś dźwięk, bo milczała już troszkę zbyt długo. I zrobiła to, jak na życzenie, ale w taki sposób, że aż poczuł dreszczyk presji. Nie poprosiła grzecznie, żeby rozebrał się od pasa w górę, tylko nakazała mu zdjąć sweter, jakby z góry nie akceptowała żadnej formy nieposłuszeństwa. Ale przynajmniej się odezwała, wprawdzie nie z odpowiedzią na pytanie, które zadał kilkanaście minut temu, ale już mniejsza o to.
    Sięgnął więc dłońmi do brzegów swetra i ściągnął z siebie materiał, spuszczając wzrok z Baldwiny tylko na ten ułamek chwili, w którym ciuch zasłonił mu oczy. Potem odłożył go na bok, gdy ona klękała przy komodzie i coś tam spod niej wygrzebywała. Zerknął krótko na nagi tors i długą ranę, która przecinała jego klatkę piersiową od mostka aż po lewy obojczyk. Pulsowała gorącem, miała poszarpane brzegi i sączyła się z niej gęsta krew, a w całości przypominała trochę szczelinę wulkaniczną tuż po erupcji. Ładnie oberwał. Już dawno nie dostał tak silnego jednorazowego ciosu, ale dawno też nie zapragnął pozbawić kogoś istnienia. Kara zawsze była adekwatna do czynu albo do zamierzeń, więc tym razem musiała być tak sroga, jak jego nagła zachcianka.
    Dotknął palcem brzegu rany i skrzywił się lekko, czując jak przeszywa go piekący ból, a potem opuścił rękę bezwiednie na kanapę i utkwił wzrok we fiolce, z którą Baldwina do niego wróciła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Płyn, który poruszał się w niej był dużo bardziej gęsty niż woda w kranie i świetlisty w sposób, w jaki normalna woda nigdy nie mogłaby być. Przejął od niej szklane naczynko i skinął lekko głową, gdy powiedziała, że ma to wypić. W normalnym przypadku zastanowiłby się milion razy, zanim w ogóle przyłożyłby fiolkę do swych warg, ale tym razem po prostu to zrobił. Przechylił zawartość szkiełka i wlał ją do swych ust, zamykając je od razu, gdy poczuł na języku tą dziwną konsystencję.
      Nie wiedział, czego powinien spodziewać się po tym specyfiku, bo nigdy nie miał z nim styczności, a przynajmniej nie świadomie, bo różnych rzeczy próbował w ciągu istnienia, a nie wszystkie znał z nazwy, bo wtedy interesowało go tylko to, że działało. Chociaż słowo martwa trochę gryzło się z leczeniem i długowiecznością, to jednak miał stu procentowe zaufanie do Baldwiny i być może wypiłby zawartość fiolki nawet wtedy, gdyby nie wyjaśniła mu, co w niej jest. Ale akurat ta długowieczność wcale nie napawała go optymizmem.
      Ona zniknęła w łazience, a on odłożył szkiełko na najbliższy blat, bo ono do niego nie należało, i wychylił się odrobinę, żeby upewnić się, że ona naprawdę postanowiła wyprać ten sweter. Bogowie mali i wielcy. Chciał wstać i pójść do niej, a potem kazać jej przestać, bo to nie jest teraz aż tak istotne, chociaż nie miał pojęcia, jak stąd wyjdzie bez swetra – najwyżej wciśnie się w baldwinową halkę – ale nie zrobił tego, nie ruszył się wcale. Ona miała potrzebę pozbyć się tej krwi, to niech tak będzie. A może potrzebowała też dodatkowo pobyć trochę sama ze swoimi myślami.
      Odchylił lekko głowę na oparciu kanapy i wyprostował ją dopiero, gdy Baldwina wróciła do salonu. Milczał długo, ale ona też milczała całą drogę, a kiedy stanęła przed nim i podziękowała, zmarszczył wyraźnie brwi. To słowo wbrew pozorom trochę mu tłumaczyło, bo nie dziękowała bez powodu. Zerknął krótko na jej zaciśnięte dłonie i wziął nieco głębszy wdech, wracając spojrzeniem do jej twarzy.
      — To ja dziękuję — odpowiedział. — Ta rana zużyłaby sporą część moich zapasów, więc naprawdę mnie ratujesz — przyznał i poprawił swoje ułożenie na kanapie, po czym wyciągnął do Baldwiny dłoń, zachęcając ją, żeby też na niej usiadła. Zlustrował jeszcze spojrzeniem jej sylwetkę, żeby się upewnić, że wszystko było jak należy, oczywiście poza tą zabrudzoną sukienką.
      — Czy są jakieś specjalne zalecenia w kwestii tej martwej wody? — upewnił się, bo nieświadomie może zrobić coś, co zaszkodzi procesom, które ta woda miała rozpocząć. Wolał wiedzieć. Nie miał pewności, jaka kara czeka go ze strony Rady, a może jego na jakiś czas też gdzieś zamkną? Cholera wie. Warto być przygotowanym na każdą możliwość.

      Zayden Ward
      powoli ładuje nowy zestaw pytań 🧐

      Usuń
  49. Lekko skinął głową w odpowiedzi na jej pytanie. Był istotą długowieczną, w ludzkim rozumieniu nieśmiertelną, choć w rzeczywistości istniały sposoby na to, żeby go zgładzić, ale to mogło zdarzyć się jedynie w świecie astralnym, gdzie jego prawdziwa natura była odsłonięta i pozbawiona ludzkiej powłoki, która w tym świecie stanowiła dla niego rodzaj osłony. Jego obecność w tym miejscu była między innymi podyktowana właśnie ucieczką przed tymi, którzy w tamtym wymiarze potrafili polować na takie istoty jak on i dążyć do ich unicestwienia. Tutaj nikt z zewnątrz nie miał do niego dostępu. Mógł przetrwać kolejne dziesiątki, a może setki lat, zanim znów zostanie namierzony i wzięty na celownik. W tej chwili jedynym realnym zagrożeniem była dla niego przysięga, która mogła doprowadzić go do spalenia się, ale dopóki będzie kontrolował jej granice, to może istnieć sobie spokojnie i robić swoje. A jeśli przetrwał już dwie dekady w tym miejscu, to znaczy, że znalazł sobie całkiem dobry patent na to, by poruszać się między zasadami tak, żeby ich doszczętnie nie łamać, ale też nie pozwolić, żeby całkowicie go ograniczyły.
    Wiedział, że Baldwina nie troszczyła się w tej chwili o jego zapasy. Zrobiła to dla niego zupełnie tak, jak on dla niej wystawił się w warsztacie. To była wzajemna przysługa, której wcale nie musieli nazywać, bo wynikała z tego rodzaju zaufania, które nie potrzebuje deklaracji, żeby trwać i działać kiedy naprawdę jest potrzebne. Baldwina poratowała go martwą wodą, bo chciała i dzięki temu jego rana zaczęła wyraźnie zmieniać swój kształt i stopniowo zanikać od brzegów. Czuł ulgę, która rozchodziła się po jego ramionach, gdy skóra zasklepiała się, a ból przechodził jedynie we wrażenie, które po silnym dyskomforcie zawsze zostawało jeszcze na jakiś czas gdzieś w ciele. Odpowiadało mu to naturalne tempo, bo praktycznie nie czuł, że na jego skórze toczy się proces, więc mógł siedzieć sobie spokojnie, wciśnięty w oparcie kanapy i czekać, aż uczucie palenia całkowicie się rozpłynie. I trzymać Baldwinę za rękę. No właśnie.
    Zwrócił na to uwagę dopiero w chwili, w której lekko ścisnęła jego palce. Wtedy automatycznie przeniósł wzrok na ich dłonie, ale nie zmienił ułożenia, w jakim właśnie się znajdowały, bo było bardzo wygodne. Spoczywały swobodnie na kanapie między nimi, a to, że co rusz się trzymały, ostatnimi czasy najwidoczniej bardzo im pasowało. Rozluźnił tylko nieznacznie palce i podciągnął je odrobinę wyżej, chcąc musnąć kciukiem miejsce na nadgarstku, w którym zbiegały się główne żyły.
    Podniósł wzrok na Baldwinę, gdy zaczęła mówić i uśmiechnął się lekko kącikiem ust, kiedy przyznała, że nie chciałaby skończyć z żelastwem w głowie. No całe szczęście, bo jeszcze wyszłoby na to, że zrobił coś wbrew jej woli. Nie spodziewał się tej odpowiedzi już wcale, bo zadał pytanie kilkadziesiąt minut temu i puścił je w zapomnienie, a już tym bardziej nie spodziewał się jej tak rozbudowanej i wyrzuconej na jednym wdechu, jakby była czymś, co ciążyło i nagle znalazło sobie dobry moment na ujście.
    — Baldwino — zaczął, wyciągając dłoń z jej palców. Uniósł ją do jej twarzy i ujął lekko pod brodą, kciukiem muskając kącik jej ust, jakby chcąc go poruszyć i pobudzić do uśmiechu. — Zrobiłem to, bo prawdopodobnie nie zniósłbym twojej krzywdy — wyjaśnił, bo być może ta kwestia była najtrudniejszą, którą ona miała do ułożenia w swojej głowie. Z jakiegoś powodu zebrała się na odpowiedź dopiero teraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A wtedy Elliot na pewno nie zniósłby mojej — przyznał, pogładził jeszcze jej blady policzek i cofnął rękę, a potem poprawił się na siedzisku, żeby usiąść wyżej. Rana na jego klatce piersiowej prawie już zanikła, a on machinalnie odzyskał swobodę i życiową energię.
      — Tak sobie myślę... Może pójdziemy razem na kolację, Baldwino? — zaproponował, utrzymując spojrzenie w jej twarzy. — Do tej regionalnej restauracji, którą wszyscy na komisariacie tak chwalą — dodał. Jeszcze nigdy tam nie był, a chociaż nie stołował się w takich miejscach na co dzień, to okazja tym bardziej sprzyjała. Miejsce jest podobno eleganckie i wyjątkowo kameralne.

      Zayden Ward 💌

      Usuń
  50. Siedzący na stole Levi kilkoma ruchami różowego języka oblizał pyszczek, bo choć w kuchni Baldwiny przyjemnie pachniało już wcześniej, dopiero teraz z całą intensywnością poczuł feerię smakowitych zapachów i choć zjedzona wędzona ryba wraz z kromkami chleba z masłem czosnkowym ciążyły mu w kocim żołądku, zdecydowanie mniejszym, niż ten ludzki, wodzony na pokuszenie zapachami, z chęcią zjadłby coś jeszcze. To jednak z pewnością skończyłoby się u niego przysłowiowym rzyganiem jak kot, a że dziś zdążył już zapewnić przyjaciółce tego rodzaju atrakcję, to zamierzał obejść się smakiem, a przynajmniej wstrzymać się z jedzeniem do czasu powrotu do ludzkiej postaci.
    Obserwował Baldwinę, wodząc za nią błyszczącymi ślepiami i kiedy ta odwróciła się do niego przodem, spojrzał wprost w jej oczy i mrugnął powoli. Z oczywistych względów nie mieli okazji przetestować tego wcześniej, ale może kościeja miała nie unikać kontaktu wzrokowego z kotami? Zaciekawiony tym Levi nie spuszczał z niej wzroku, a kiedy białowłosa kobieta pochwaliła jego wygląd, miauknął w ten charakterystyczny dla kotów sposób świadczący o zadowoleniu, wysoko i ze słyszalną, wibrującą nutą. Oczywiście, że wyglądał zdecydowanie lepiej, ponieważ tak też się czuł. Po klątwie nie pozostał żaden ślad, nie licząc porzuconej w salonie doniczki z nieciekawą zawartością i umierającą roślinką.
    Gdy Heart zbliżyła się i uniosła dłoń, to na niej Levi skupił wzrok. Doceniał, że nie dotknęła go nagle i gwałtownie, a zasygnalizowała, że zamierza to zrobić, lecz i tak końcówka jego ogona owiniętego wokół przednich łap widocznie i niespokojnie drżała. Kotołak nie był zadowolony, bo nie lubił drapania za uchem, choć nie potrafił określić, dlaczego. Podejrzewał, że będąc nie kotem, a kotołakiem, odbierał płynące z zewnątrz bodźce inaczej, niż odbierało je nie-magiczne zwierzę, będąc na nie bardziej wyczulonym, choć z drugiej strony pełno było niedotykalskich kotów, które na czyjeś kolana wchodziły wyłącznie od święta.
    Dłoń Baldwiny okazała się delikatna, a palce ostrożne i nienachalne. Nie szarpała go za futro, a gładziła je płynnie i zgodnie z kierunkiem wzrostu włosa, co nie było takie złe, a nawet mogło uchodzić za miłe. Jej dotyk nie sprawił, że Levi spiął się i nastroszył, nie pokazał też zębów ani pazurów, a końcówka jego ogona przestała drgać. Nie zrobił też jednak niczego, co mogłoby zasugerować, że pieszczota mu się podobała. Nie podsunął głowy pod jej dłoń, nie wyprężył grzbietu i bynajmniej nie zaczął mruczeć. Wypełnił swoją część umowy ze spokojem i cierpliwie, odruchowo lekko przymrużając oczy.
    Gdy Winnie cofnęła rękę, Levi zeskoczył ze stołu, nie zaszczyciwszy jej spojrzeniem, jak to kot. Wrócił do łazienki, gdzie przemienił się, a zaraz po tym ubrał i po niespełna trzech minutach znalazł się z powrotem w kuchni, gdzie pozostała Baldwina i do której uśmiechnął się już w progu.
    — Było lepiej, niż się spodziewałem. Nadajesz się do miziania kotów — zażartował, po czym powiódł wzrokiem ku naszykowanemu dla niego tobołkowi. — To teraz formalności? — spytał, powracając wzrokiem do przyjaciółki i odruchowo podrapał się w miejsce, gdzie na jego ciele powinna znajdować się runa – na prawej ręce, po jej wewnętrznej stronie tuż pod zgięciem łokcia. Proces nakładania runy nigdy nie był dla niego szczególnie bolesny i gdyby Levi miał choć jeden tatuaż, pewnie mógłby porównać nakładanie runy właśnie do tatuowania, po podczas pracy Baldwiny przy runie każdorazowo miał wrażenie, jakby pod jego skórę wkuwało się wiele drobnych igiełek. Wiedział, że dla niektórych istot był to proces szczególnie bolesny, choć nie potrafił stwierdzić, z czego to wynikało. Czy zależało od mocy danego osobnika, czy od metody wybieranej przez inspektorkę, a może od jednego i drugiego?
    — Gdzie mam usiąść? — dopytał, bo nie wiedział, gdzie Baldwina trzymała swoje przybory i czy zrobią to w kuchni, czy może jednak w salonie, w którym było więcej miejsca.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  51. To musiało w jakieś części wynikać z ich obopólnego chcenia, bo w innym przypadku na pewno nie obdarzaliby się tymi wszystkimi drobnymi gestami, które od dłuższego czasu po prostu między nimi były. Czasami była w nich czułość, czasami jakaś troska, ale nawet jeśli, to oni nie mieli potrzeby rozbijać ich na takie czynniki. Jedno przyjmowało to, co drugie chciało mu dać i na tym się to kończyło – bez pytań, bez analizowania, bez potrzeby nazywania rzeczy, czy zamykania ich w jakichkolwiek kategoriach. Dopiero dzisiejsze wydarzenia niosły ze sobą trochę więcej znaków zapytania i momentów, które wypadało wyjaśnić, żeby każdy z nich miał jasny obraz tego, co wydarzyło się w szopie gremlina. I żeby ten obraz dla każdego z nich był taki sam. On nie zamierzał ukrywać tego, co nim kierowało, bo Baldwina zasługiwała na szczerość, a jeśli potrzebowała poukładać sobie każdą z chwil wedle logiki, to był zobowiązany jej to ułatwić. Co prawda, w pewnym momencie sam nie potrafił zrozumieć, dlaczego ta sytuacja z kluczem wycelowanym w jej stronę tak bardzo nim poruszyła, że aż wywołała w nim pierwotne instynkty, ale widocznie Baldwina była dla niego kimś bliższym niż świadomie zakładał. Pewnych odruchów oszukać się nie da, a tamten w warsztacie był bezwarunkowy i wyszedł głęboko ze źródła jego istnienia. Ona mu ufała, więc na pewno miała też świadomość, że mogła być przy nim bezpieczna niezależnie od sytuacji, on zaś zamierzał dbać o to, żeby tym solidnym filarem zaufania nigdy nie zachwiać. Nie mógł pozwolić na to, żeby stała jej się krzywda, ale i nie chciał. A jeśli nie chciał, to jego niechcenie determinowało dosłownie wszystko.
    Popatrzył na różowy cień, który powoli wpełzł na jej policzki tuż po tym, gdy lekko pogładził jeden z nich. Nie miał pewności, czy to nie wprowadzało jej w jakieś dziwnego rodzaju zakłopotanie, bo do tej pory zwykle tylko ona dotykała jego twarzy w ten swój badawczy sposób, więc jego gesty mogły nie być takie oczywiste. Ale też nie robił tego dlatego, że nie miał co zrobić z rękami. Chciał jej dotykać. Miała piękną, gładką skórę, która reagowała na jego dotyk i kiedy mógł zestawiać ją z fakturą opuszek własnych palców, to sprawiało mu to subtelną przyjemność. Poza tym, gdyby przekraczał jakieś granice i krzywdził ją w ten sposób, Baldwina na pewno nie zostawiłaby tego bez słowa. Był zresztą wobec niej bardzo delikatny. Tak delikatny, że momentami nie poznawał sam siebie.
    Jego usta uniosły się w uśmiechu na jej reakcję. Nie próbował szufladkować tego wyjścia, sugerując się tym, że generalnie to oni niczego nie szufladkowali w ten sposób, żeby nadawać czemuś jakieś konkretne ramy czy granice. Nazwanie ich wyjścia randką w pewien sposób określało charakter tego spotkania i mogło wiązać się z oczekiwaniami, a tego wolał uniknąć głównie z myślą o Baldwinie i o jej komforcie. Już pomijając fakt, że chciał zjeść w restauracji, bo miejscówka była podobno warta odwiedzin, to istotne było to, że chciał zjeść tam w jej towarzystwie, więc sam prawdopodobnie wcale by tam nie poszedł. Mogli wyjść po przyjacielsku, mogli wyjść jako współpracownicy, mogli wyjść jako dwie istoty, tak po prostu bez określania, ale mogli wyjść też na randkę. Jeżeli to nie wprowadzi chaosu w ich znajomość, to nazwa nie miała dla niego żadnego znaczenia. Chciał spędzić czas z Baldwiną tak jak zawsze, w atmosferze, w której we dwoje odnajdowali się z pełną swoboda i bez słów. Jeśli nazwanie tego randką nie spieprzy atmosfery, to mogli iść i zrobić z tego nawet the absolute best first date of all time.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby iść na randkę z kimś, kto na randce ostatni raz był z dwieście lat temu, a od tamtej pory trochę zdziadział w tym temacie, to... niech będzie to randka — odpowiedział, przechylając głowę lekko w bok, żeby popatrzeć na Baldwinę z troszkę innego kąta. Uśmiech cały czas trzymał się jego ust, bo lekkiego spięcia w ciele Baldwiny nie dało się nie odnotować. Uważał, że była śliczną, ale nie rzeczą, tylko istotą – piękną, delikatną, ale w gruncie rzeczy bardzo silną istotą, której uroku nie dało się sprowadzić do jednego słowa ani jednego spojrzenia. Domyślał się, że nie znała swojej wartości w pełni, skoro przez lata zdzierano z niej godność, ale zasługiwała na to, żeby być docenioną. I żeby wiedzieć, że nie było takiej perspektywy, z której nie dałoby się nią zachwycić.

      Zayden Ward 🖤

      Usuń
  52. Levi nie pozwoliłby, aby ktoś go przygarnął, choć bez wątpienia byłoby to wygodne. Po pierwsze, nie pozwoliłby na to, bo nie był zwykłym kotem, choć pośród zwykłych kotów także znajdowały się takie, które były zagorzałymi przeciwnikami udomowienia. Po drugie, nie pozwoliłby na to, ponieważ nie leżało to w jego naturze – Ackermannowie lubili mieć ostatnie słowo w kwestiach, które dotyczyły ich bezpośrednio i Leviemu było niezwykle niewygodnie w sytuacjach, w których nie mógł decydować o sobie, ponieważ i takie się zdarzały. Samo zamieszkanie w Azylu nakładało na niego obowiązki, których nie mógł zignorować, a tym samym nie mógł mieć wspomnianego ostatniego słowa, a jeśli zastanowić się nad tym głębiej, to zamieszkanie w Azylu przeczyło naturze Ackermannów i gdyby Levi oraz Thatcher mieli wybór, bez wątpienia nie znaleźliby się w tym miejscu. Tak się jednak złożyło, że tego wyboru nie mieli – na pewno nie miał go szesnastoletni Levi, kiedy wraz z ojcem uciekał z Coventry i być może nie miał go Thatcher, który przystał na propozycję Ściągającej, w tamtym momencie chcąc wyłącznie zapewnić im bezpieczeństwo i przez to nie myślał o pozostałych kwestiach, jak choćby ta, że nigdy nie będą mogli opuścić Last Salvation.
    Postarali się o to, by urządzić się wygodnie i mieć jak największy wpływ na własne życie. Thatcher prędko został Łącznikiem, ponieważ jego umiejętność przemiany w kota miała być wielce przydatna w szpiegowaniu tych osób, które zdaniem Rady powinny być szpiegowane, a Levi przejął schedę po ojcu i dzięki temu zyskał swobodę wystarczającą, aby nie musiał utyskiwać na zamknięcie.
    — A kotołaki też lubisz? — spytał z przekorą, dobrze wiedząc, że nie spełnia definicji kota jako takiej. Zdawało się, że jego natura miała to, co najlepsze z człowieka i to, co najlepsze z kota. Kiedy Levi przebywał w ludzkiej postaci, nie trzeba było wysilać się, żeby dostrzec w jego ruchach oraz gestach kocie naleciałości i odwrotnie, kiedy był kotem, był nim w możliwie najbardziej koci sposób, a jednak z jego ślepi wyzierała zupełnie ludzka inteligencja.
    Skinął głową, kiedy Baldwina powiedziała, że usiądą w salonie. Zajął miejsce na kanapie, wybierając tę jej część, którą zajmował wcześniej, a siadając, zwrócił się ciałem ku kościeji, by w odpowiednim momencie mógł wyciągnąć ku niej prawą rękę, póki jednak inspektorka do spraw run nie była gotowa, Levi trzymał ręce skrzyżowane na piersi i śledził wzrokiem jej ruchy. Niespodziewanie żal ukuł go w serce i kotołak skrzywił się nieznacznie, ledwo zauważalnie. Zdążył zapomnieć, jak to jest mieć możliwość swobodnie się przemieniać. Owszem, kiedy przebywał na zewnątrz, mógł robić to bez ograniczeń, jednak nie miał tej możliwości w Azylu i kiedy przerwa między jednym, a drugim wyjściem robiła się dłuższa, niż zazwyczaj, czuł, że był pozbawiony czegoś, co było dla niego zupełnie naturalne.
    Przemiana nie była dla niego w żaden sposób bolesna czy męcząca. Jego ciało nie wykrzywiało się i nie wykręcało, kości nie łamały się i nie wyskakiwały ze stawów, jak miało to miejsce chociażby podczas przemiany wilkołaków. Levi nie robił niczego więcej jak to puf!, które mógłby porównać do wymuszonego kichnięcia – należało nauczyć się je wywoływać, ale kiedy już załapało się, o co chodzi, można było kichać na zawołanie i to dziesięć razy pod rząd. Przez to młode kotołaki potrzebowały czasu, żeby nauczyć się przemieniać i tylko sporadycznie zdarzało im się to niekontrolowanie, ponieważ w naukę należało włożyć trochę wysiłku, zrozumienia i wyczucia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo swoich odczuć, Ackermann wyciągnął rękę ku urzędniczce i tak jak obserwował jej przygotowania, tak obserwował nakładanie runy. Śledził ruch pędzla i za każdym razem dziwiło go, że jakimś magicznym sposobem nanoszony na skórę tusz przenikał pod nią, w końcu po powrocie do domu Levi nie miał mieć możliwości zmycia znaku wodą z mydłem. Kreślona zręcznie smukłymi palcami Baldwiny runa wsiąkała w ciało, o czym świadczyło odczuwane przez Leviego znajome mrowienie. Cały proces nie trwał długo, bo Heart miała wprawę i do ograniczenia jego mocy wystarczała ta jedna runa, która z czasem miała zacząć blednąć. Teraz jednak, tuż po tym, jak kościeja skończyła, była czarna jak smoła i wyraźnie odcinała się od jasnej skóry.
      — Dziękuję — powiedział i posłał przyjaciółce lekki uśmiech. Zawsze dziękował po nałożeniu runy, odruchowo i bez zastanowienia, choć inni pewnie Baldwinę wyklinali. On jednak szanował jej pracę, a dziś doceniał, że mu pomogła i miała zająć się pozostałymi procedurami.
      — I to by było na tyle, jeśli chodzi o głaskanie kota — westchnął, po czym podniósł się z kanapy i ruszył ku leżącej na podłodze doniczce. Poprosił Winnie o kilka przyborów do sprzątania, które pomogły mu rozprawić się z bałaganem, którego sam narobił. Zamiótł na szufelkę rozsypaną ziemię, wytarł podłogę wilgotną szmatką, zebrał obtłuczone kawałki doniczki i dogorywającego kwiatka ustawił przy drzwiach, aby w tej obtłuczonej doniczce zabrać go, kiedy będzie wychodził, z zamiarem wyrzucenia go gdzieś po drodze. Po tym zaczął zbierać się do wyjścia, nie chcąc nadużywać gościnności Heart, bo oboje mieli za sobą długi dzień i każde z nich zasługiwało na odpoczynek.
      — Następnym razem, kiedy się zobaczymy, będę miał dla ciebie szarfy — zapowiedział, ubierając się przy drzwiach. Założył buty, owinął szyję szalikiem i włożył kurtkę, którą zapiął pod szyję. Doniczkę złapał pod prawą pachę, pakunek z jedzeniem wziął w lewą dłoń i wyprostowawszy się, popatrzył po raz ostatni na Winnie.
      — Odpocznij — polecił jej na wspomnienie ran zadanych jej przez Limnara. — I nie nadwyrężaj się jutro w pracy.

      troskliwy misiu LEVI ACKERMANN 🧸

      Usuń