Damroka Bogorja | umarła w wieku 19 lat | przetrwała 232 lata | Zmora | dawniej jedna ze Ściągających, obecnie Urzędniczka | mieszka z Bożątkiem
Na świat przyszła jako siódma córka z krzykiem w samą Noc Kupały a jej wrzask był zbyt głośny, zbyt długi, jakby ciało od pierwszego oddechu wiedziało, że świat będzie ciasny. Ogień trzaskał, ludzie tańczyli, a ona próbowała przekrzyczeć ich wszystkich, jakby głęboko wierzyła, że jej głos ma znaczenie. Krzyk towarzyszył jej później często. Krzyczała w sobie, gdy matka wbijała jej do głowy jak ma siedzieć, jak się śmiać i komu patrzeć w oczy. Krzyczała stopami, gdy boso przecinała wieś, a ziemia była zimna i lepka po nocy. Krzyczała milczeniem, gdy mężczyźni wołali za nią obietnice i życzenia, których nigdy nie wzięła ze sobą.
Jej ciało było pełne życia, aż do granicy bólu. Skóra zbyt napięta, krew zbyt gorąca. Kochała wszystko, co oddychało, ale pragnęła też smakować — językiem, palcami, zębami — świat, który wydawał się obiecywać więcej, niż pozwalał wziąć. Smaki i doznania zbierała zachłannie, jak jarzębinę jesienią, brudząc dłonie sokiem i nie myśląc o tym, co zostanie na zimę.
Mąż był młody, piękny i zbyt chętny do obietnic, które składał wpierw w narzeczeństwie, a później przed Bogiem. Pachniał drogą i potem obcych miast, a nocami mówił o świecie, który nie kończy się na linii lasu otaczającego wieś. Wierzyła mu ciałem i rozumem, kiedy obiecywał podróże, gdy tylko powije pierwsze dziecko, które na jesień mieli powitać.
Pierwszy ból przyszedł nad ranem w przeddzień rocznicy jej narodzin. Obudził ją skurcz, jakby coś w niej pękało i rozlewało się po wnętrzu. Podbrzusze paliło, nogi drżały, a po udach spływało ciepło — gęste, metaliczne w zapachu. Leżała bez ruchu, wpatrzona w ciemność, czując, jak wraz z krwią uchodzi coś więcej niż życie i niespełnione nadzieje.
Od tamtej nocy ciało zaczęło się zmieniać. Najpierw nieznacznie — głód pojawiał się szybciej, sen stawał się płytki, skóra bolała przy dotyku. Potem przyszły noce bez snu i dni, w których świat wydawał się papierowy, niemal przezroczysty, łatwy do rozerwania. Głód nie dotyczył już jedzenia. Był głębszy. Cięższy. Osadzał się pod językiem i za oczami, a żołądkowa żółć zdawała się palić podniebienie tylko mocniej, gdy ukochany odszedł w ramiona innej.
Gdy pierwsi sąsiedzi zachorowali, jeszcze nie rozumiała. Gdy starzy zaczęli umierać, a młodzi słabnąć jak rośliny bez słońca, wiedziała już, że to ona. Nocą czuła ich jak puls — ciepło, drganie, życie. Wystarczyło być blisko. Wystarczyło oddychać.
Stara Jaworowa spojrzała na nią pewnego dnia tak, jak patrzy się na robactwo znalezione w chlebie. Nie było w tym strachu, tylko pewność. Wskazała ją palcem, a wieś wydała wyrok, nim ta zdążyłaby się nawet spróbować obronić. Uciekła. Las rozrywał jej stopy, gałęzie ciągnęły za włosy, a serce biło zbyt wolno, zbyt ciężko. Za plecami niosły się krzyki, które znała od zawsze — tylko teraz nie były propozycjami ani nagabywaniem, lecz wyrokiem.
Czas przestał ją dotyczyć. Skóra nie starzała się, ale pod nią rosła obcość. Każde spojrzenie było zagrożeniem, każdy zapach zaproszeniem. Przez lata wędrowała od wioski do wioski, za dnia zmuszając ciało do bezruchu i dyscypliny, nocą walcząc z pragnieniem rozszarpania świata i wyssania go do cna. Lata zajęło jej nauczenie się kontroli, brania tylko tyle ile musi i dawania od siebie jak najmniej.
Azyl był pierwszym miejscem, gdzie nie musiała uciekać od razu. Została. Uwierzyła. Sprowadzała innych takich jak ona — złamanych, głodnych, nienazwanych, przestraszonych i straszących innych. Aż jesienią zeszłego roku, w wilgoci gnijących liści, spotkała Uboże przywiązane do cudzego domu jak pies do progu. Od tamtej pory jej czujność ma imię. Jej noc nie jest już całkiem pusta. Nadal jest potworem — ale potworem, który pilnuje ognia, zamiast go gasić.
[Cześć :) Nie widzę niepisania w ani jednym zdaniu! Za to historia Damroki przewinęła mi się przed oczami pieknymi, kolorowymi, a potem coraz bardziej szarymi i ciemnymi obrazami. Pięknie przedstawiłaś postać, trochę marzy mi się obejrzeć taki film o niej... z światłami bawiącymi się lasem, a potem szumem, grającym z wiatrem! O matko, aż się we mnie jakaś wrażliwość budzi po tym tekście <3
OdpowiedzUsuńBardzo chętnie napisałabym wątek dwóch nieszczęśliwych dusz, poznała, jak teraz radzi sobie ta pani, gdy jej głłd nie rozszarpuje ;) Jestem pewna, że ciekawych propozycji i relacji do rozpisania Ci nie zabraknie, więc życzę udanej zabawy i czasu na te wszystkie historie, a w razie chęci chodźcie do nas :) ]
Noor
[Witam wspólniczkę nocy. Będziemy wydzierać z siebie wstęgi mroku?
OdpowiedzUsuńUwielbiam ten słowiański klimat, ciepło i chłód pod skórą. Tekst gra z moimi zmysłami, co bardzo mi się podoba.
Życzę wspaniałości i dobrej zabawy <3
Co do wątku, to przegryziemy się mailowo!]
Asta
[cześć, oby powrót był owocny ;)
OdpowiedzUsuńKarta klimatyczna, to smutne co ja spotkało, no ale wierze, że w Azylu odnajdzie to co potrzeba ;>
Dużo wątków i powiązań. Zapraszam jak coś ;)]
Hotarubi
[no Hota. za dzieciaka była psotnikiem i figlarzem - natura lisa wychodziła litrami - a potem no cóż. Nie lubiła siedzieć długo w jednym miejscu, stąd też ciągle migrowała.
OdpowiedzUsuńCzemu nie, nie widzę przeszkód. Kto zaczyna? ;>]
Hotarubi
[aż tak się nie pali, żeby było dziś ;p ja dziś i tak przelotem...więc mogę poczekać]
OdpowiedzUsuńH.
[Co za piękna karta! Przeczytałam ją i miałam niedosyt. ♥ Płynęłam z jej nurtem, który okazał się zaskakujący! Damroka to cudownie wykreowana postać, z tekstu karty bije ogromna samotność. Moja Rory również ją poznała, choć w innym wymiarze, więc pewnie gdyby nie była sobą, to uściskałaby tę biedną zmorę.
OdpowiedzUsuńNa ten czas życzę Wam udanego pobytu, masy ciekawych wątków i ogromu weny. ♥]
Rory Nielsen
[Zdecydowanie przerwy w pisaniu nie widać! Całkiem możliwe, że działa to na zasadzie jazdy na rowerze :)
OdpowiedzUsuńSmutną ma historię, jak większość paranormalnych stworzeń, mam nadzieję że w Azylu (mimo wszystko) znajdzie swoje miejsce.
Życzę wielu porywających wątków i w razie chęci zapraszam na burzę mózgów :)]
Faith Smith
[Bardzo ciekawa historia, choć ponura, to jednak z zaskakującym zakończeniem i myślę, że mimo wszystko jednak dobrym? O ile tak można ująć fakt, że trafiła do miejsca, które pod wieloma względami dobre nie jest. W każdym razie, fajnie, że jesteście! Życzę dużo dobrej zabawy na blogu i w razie ochoty zapraszam w swoje progi! :)]
OdpowiedzUsuńZayden Ward
[To prawda, Zayden posiada zdolność szybkiego adaptowania się do otaczających go warunków, a pobyt w azylu jest dla niego jedynie jednym z wielu etapów na drodze istnienia, dlatego nie budzi w nim żadnych szczególnych emocji. On, oczywiście, zdaje sobie sprawę z tych wszystkich faktów, utraconej autonomii, itp. ale gorszych rodzajów niewoli doświadczył w swojej bogatej przeszłości, więc tu jest jakby luksusowo, haha :D Zdecydowanie wolę ustalenia mailowe, więc jak Tobie też tak pasuje, to zapraszam!]
OdpowiedzUsuńZayden Ward
Czas zajmował jej poznawaniem najbliższej okolicy. Więcej była po futrze niż używała nóg. No i było wygodniejsze niż myślenie w co się ubrać lub co znaleźć do jedzenia. Potrafiła głodować długie miesiące a jak już coś jej się trafiło, to nie pogardziła nawet szpikiem z kości. Dobre. Tylko raz albo dwa zaryzykowała pójściem do miasta, będąc cały czas na baczności, bo wyczuwała w nim wymieszaną aurę stworzeń wszelakich. Kursowała uliczkami z zaciągniętym kapturem nosząc na sobie mocno wysłużoną kurtkę. Spacerowała i oglądała witryny sklepowe bardziej z nudy niż z rzeczywistej potrzeby kupowania. Raz się wyłamała, gdy znalazła jakąś mocno wysłużoną tkaninę, która trochę przypominała prześcieradło a trochę koc. Śmierdziało z niego okropnie, ale wyprany później w rzece robił wrażenie świetnego "namiotu". Widział on lepsze czasy, to było pewne, ale pasował idealnie. Wracając z nim do swej nory nieraz wyczuwała czyjąś obecność, ale nie wydawało się aby ktoś miał zaraz rzucić się z siekierą. Jeszcze. Nawet parę razy widywała parę takich osób, które albo myślały że jest normalna albo że kilka dodatkowych ogonów to złudzenie optyczne. Dzięki ci Inari za śnieg.
OdpowiedzUsuńDlatego postanowiła zrobić coś na kształt opuszczonego miejsca biwakowego. Późniejszy opad śniegu jeszcze bardziej go wpasował w otoczenie. A potem wróciła do swej formy, aby nałożyć zaklęcie mylące. Subtelne, gdyż miało sprawiać wrażenie, że jak ktoś by się pojawił nagle by stwierdził iż ma coś pilnego do załatwienia. Zdawała sobie sprawę, ze nie wszystkich oszuka tym sposobem, bo nieraz podczas drzemek wybudzała się, gdy ktoś próbował zrobić włam na jej bazę, ale było jednak za słabe i odchodziło.
A potem otrzymała wezwanie. Sierść jej się zjeżyła na myśl o rozmowach i siedzeniu na tych twardych krzesłach. Odszukanie budynku a potem biura trochę jej zajęło. Niechętnie zapukała i otworzyła drzwi, ale nie przekroczyła od razu progu tylko węszyła. Nie była pewna z czym ma do czynienia. Kobieta wytwarzała dziwną energię wokół siebie, jednak kącik ust uniósł się lekko, gdy usłyszała przekleństwo.
- arigato - mruknęła i w końcu weszła przymykając drzwi. Nie zamknęła ich tylko po to aby móc w razie potrzeby stąd zwiać. Nie lubiła ciasnych przestrzeni - nory przy tym nie uwzględniała, bo ostatnio ją rozszerzyła - gdyż czuła ograniczenia. Taak wolność uderzyła jej do głowy podczas całego czasu podróżowania.
Przechyliła głowę na bok patrząc to na jej wyciągniętą rękę a to na nią samą. Skinęła jednak głowę.
- przepraszam, ale wolałabym się dowiedzieć co ja tu robię? - zmrużyła oczy chcąc szybko dojść do sedna sprawy i odejść.
Hotarubi
Ze swobodą całkiem nieadekwatną do warunków pogodowych opierała się o maskę szarego Volkswagena daleko od domu. Kaptur ciemnej bluzy zarzucony na głowę jako jedyny chronił przed nieprzyjemną mżawką atakującą bezlitośnie okolicę tworząc aurę przepełnioną smutkiem i melancholią. Dłonie skrzyżowane na ramionach nieco ocieplały temperaturę jej ciała, choć nie odczuwała dotkliwie zimna jesieni — a przynajmniej jeszcze nie odczuwała. Pozwoliła sobie na moment ciszy; na umysł pozbawiony gonitwy myśli i ciągłych analiz sytuacji, do których tak bardzo była przyzwyczajona. Wbiła wzrok w nieudolnie chowające się za tajemniczą mgłą szczyty gór widoczne z oddali. Osiemdziesiąt lat życia wciąż nie było wystarczającym okresem, aby zwiedzić cały świat. Był to jeden z powodów, dla których cieszyła się z genów, jakimi łaskawie podzielił się z nią jej ojciec. Otrzymała możliwość zgłębienia tajemnic świata. Dzięki temu widok Gór Kaledońskich przed nią stał się rzeczywisty, a ona wbiła w ziemię kolejną flagę z napisem Faith tu była. Podobnie było z książkami; wiedzą, jaką karmiła swój umysł poruszając go do coraz intensywniejszych dywagacji. Podważanie teorii, zgłębianie ścisłej nauki, odkrywanie zjawisk przyrodniczych, a co najważniejsze obserwowanie jak z każdą kolejną dekadą zmienia się świat. Jak szybko i naiwnie sam stacza się ku całkowitej zagładzie, do której prawdopodobnie dołoży swoją przeważającą cegiełkę. Tylko z tego powodu jej ojciec podzielił się swoimi boskimi genami.
OdpowiedzUsuńOdwróciła się machinalnie w stronę dochodzącego głosu swojej towarzyszki wyprawy. Z pewnością praca w pojedynkę przynosiła Faith lepsze efekty, co udało już jej się poprzeć silnymi dowodami podczas wcześniejszych wypraw z innymi Ściągającymi. Niestety na nic zdały się jej argumenty przy zderzeniu z kontrą przełożonego w postaci hordy wilkołaków, choć Faith była przekonana, że poradziłaby sobie sama.
Rozejrzała się po okolicy, która zaczęła wydawać się znacznie bardziej przerażająca wraz z wieścią o samotnym pobycie.
W ślad za Damroką podeszła do bagażnika i zarzuciła na ramię torbę sportową, swoją drogą jej jedyny bagaż. Nie mogła nadziwić się ilości rzeczy, które jej towarzyszka musiała ze sobą zabrać mając aż taki ekwipunek.
Zatrzasnęła drzwi i sprawnie zamknęła auto kluczykiem ściskanym w dłoni. Rzuciła ostatnie tęskne spojrzenie na szczyty gór i poczłapała za Damroką w stronę ich domku.
Przekraczając próg ściągnęła całkiem przemoczony kaptur przeczesując wilgotne włosy do tyłu. Przez moment stała na środku oceniając ich dom na najbliższe (miała nadzieję, że tylko) parę dni. Zmarszczyła czoło obserwując niechlujnie rzucone gdzie popadnie bagaże koleżanki, która aż paliła się do pracy wyglądając momentalnie laptopa. Faith bez słowa przeszła przez salon z aneksem kuchennym, po czym otworzyła drzwi do ich sypialni, gdzie oprócz dwóch pojedynczych łóżek po przeciwnej stronie tuż pod oknami, szafek nocnych z lampkami ustawionych obok, za drzwiami upchnięta została mała szafa. Otworzyła ją i na środkową półkę wrzuciła torbę sportową. Odpięła zamek i wyciągnęła jedną z niewielu bluz, jakie ze sobą zabrała i zmieniła przemoczone ubranie, aby później powiesić je na ramie łóżka.
— Możesz mi opowiedzieć. — rzuciła krótko siadając na kanapie, gotowa do myślenia. Nogi zarzuciła na stolik kawowy i zamknęła oczy. Nie była zwolenniczką planowania czy szukania suchych informacji zanim przejdzie się do akcji. Wolała adrenalinę, odkrywanie tajemnic, eksplorowanie na własną rękę, zamiast szukania poszlak w jałowym Internecie. Znacznie częściej dostarczał fałszywych tropów lub plotek śmiertelników, aniżeli faktów. Z takim przekonaniem też postanowiła wsłuchać się we wskazówki odnaleziona przez Damrokę, choć nie odrzuciła ich całkowicie. Każda poszlaka mogła zawierać namiastkę prawdy — należało ją tylko przepuścić przez ogromne sito i odnaleźć te pozłacane ziarnko, czym zamierzała się właśnie zająć.
Faith
Była jak dryfująca łódź, przygięta ku falom. Poruszała się lekko, miarowo, szukając przesmyku, który wyrzuci ją na brzeg. Pławiła się w głębinach ludzkich myśli, wyszytych na nocnej połaci snu. Palcami dotykała miejsca, w którym tafla łączyła się z powierzchnią, cienką, drżącą granicą.
OdpowiedzUsuńMiękko, chłodno i bezkreśnie. To było jej miejsce.
Słowa spływały po niej jak po śliskim płaszczu, szeleszczącym mocniej z każdym krokiem. Nie zostawały przy niej długo, jak emocje czy gesty. Te natomiast lepiły się pazernie, kotwicząc ją po tej stronie świata – wśród ciał, cudzych oddechów i napięć, których kierunku często nie dało się określić.
Azyl niewiele jej zabierał. Azyl niewiele jej dawał. Był kolejnym zawieszeniem, tak naturalnym i giętkim, że ciężkim do dojrzenia. Nie wiedziała jeszcze jak mocno wpłynie na jej równowagę i sposób istnienia, ale w tę krótką chwilę życia pozwalał na namiastkę normalności, której nie potrafiła namalować sobie w snach.
Pracę w Ratuszu podjęła niemal od początku pobytu. Była jej obojętna, ale czasem przyjemnie drapała jej dłonie. Prosta, fizyczna, tak bardzo ludzka i zwyczajna, że przypominała o ciele, zanim znów rozpływała się w chmarach nocy.
Nie wszyscy jednak potrafili zachować dystans, który ludzka mara rozpraszała wokół siebie miarowo. Jeden z urzędników mylił stanowisko z przyzwoleniem. Dłonie miał ciężkie i zbyt pewne siebie, a głos lepki od uśmiechów, które nie były prośbą. Zatrzymywał się zbyt blisko i zbyt długo, sprawdzając, jak wiele można wziąć bez zapytania.
Asta obserwowała, jak drobne ramiona kobiet kulą się w pośpiechu, gdy jego wartki oddech odbijał się od ścian. Ona sama, zaczynała kulić się nieopodal wysokich regałów, przemykać prawie niezauważona między pokojami. Do czasu, aż jego dłoń nie spoczęła na jej wąskich plecach.
Nocą była kimś innym. Duchem, który pławił się w mroku, rozkochiwał w sobie strach. Jej drobna sylwetka rozciągała się nienaturalnie, przenikając przez bezkres ciemności. Jej dłonie nie były już małe, a rozpostarte palce szukały w popłochu czegoś, czego mogły się chwycić i ujrzeć.
Chciała go tylko trochę nastraszyć. Żeby trochę się bał, ale spał smacznie, długo i wyboiście. Wpłynęła gdzieś przez przesmyk jego lęków, mieszających się nienaturalnie z fantazjami nagich ciał i bezbronnych twarzy.
Prawie podskoczyła, gdy na suchym polu, ledwie wyłaniającego się z odmętu mglistych myśli, dojrzała Ją.
Zachichotała bezdźwięcznie, ale subtelna wibracja pognała wokół nocy.
Pewnie obie wiedziały, że trzeba pozbawić go kontroli. Że koszmar, który miały przynieść miał być odzwierciedleniem jego pierwotnych lęków, prostych i zwierzęcych. Urzędnik miał poczuć, że nie jest sam, że błądzi i że nie ma tu władzy nad tym wszystkim, co tak ulegle spuszczało wzrok.
Wyciągnęła dłoń w kierunku zjawy i przywołała ją palcem. Na rozmytej twarzy widniał przeraźliwy uśmiech. Asta czuła, jak wokół jej czarnych kości drży dziecięca radość cudzych win.
Sen drgnął, jakby ktoś przesuwał ciężar na drugą stronę. Przestrzeń zaczęła się powielać, a z odmętu mroku wysuwały się znajome obrazy. Te same korytarze, drzwi, ten sam zapach potu i papieru. Urzędnik stał pośrodku, nagle zbyt świadomy własnego ciała, lecz zupełnie nieświadomy, kto go obserwował.
Zmora i mara.
Nie mogły go dotknąć. Jeszcze nie. Wystarczyło, że wiedział, że ktoś jest blisko. Że ktoś patrzy.
Asta pozwoliła, by cień wydłużył się o krok, a chłód otulił go kurczowo. Gdy spróbował się odezwać, sen połknął dźwięk.
To wystarczyło.
Asta
[Dzień dobry :) Witam się z opóźnieniem, bo nadal nie potrafię wygrzebać się z zaległości po chorobie, ale cały czas dzielnie z tym walczę ^^
OdpowiedzUsuńPięknie napisana karta postaci i muszę zgodzić się z moimi przedmówcami - tej przerwy w pisaniu absolutnie nie widać :) Ja natomiast cieszę się, że ta przerwa skończyła się wraz z dołączeniem na TLS i mam nadzieję, że w spokoju i z przyjemnością sobie tutaj u nas odrdzewiejesz ;)
Damroka to ciekawa postać, podoba mi się jej historia i ukazanie tego, jak powstała - to, że wierzenia ludzkie były tutaj kluczowe. Oby Azyl mimo wszystko pozostał dla niej tym azylem, którego zawsze szukała!]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Coś w zielonych tęczówkach, przywołujących na myśl wiosenne kwitnienie, drgnęło złowróżbnie, gdy Noor szykując się do zamknięcia apteki zorientowała się, że na ladzie leżała od kilku godzin niezabrana paczuszka. To był długi dzień, dotarło do niej wiele przedmiotów z zewnątrz i zaskakująco wiele osób przyszło po najbardziej banalne leki, ale to... to nie zapowiadało niczego dobrego i nawet będąc wiedźmą w połowie, wiedziała że to nie przypadek. Coś nad nią wisiało.
OdpowiedzUsuńNoor została właścicielką małego interesu w miasteczku, po kilku miesiącach od przybycia, bo przecież musiała mieć tu jakąś rolę. Znała się na ziołach, wiedziała co leczy migrenę, co pomaga na swędzenie i alergie, co łagodzi podrażnienia, ale samej sobie nie potrafiła pomóc i borykała się od kilku tygodni z poważnym kryzysem zdrowotnym. Jej codzienność to nie tylko prowadzenie apteki, ale także podwójne obowiązki związane z dodatkową działalnością, którą prowadzi obok, po zmroku za zamkniętymi drzwiami. Chciała bezpieczeństwa, więc dotarła do azylu, ale chciała też spokoju i miała nadzieję, że jej praca i interesy nie sprowadzą na nią kłopotów z strony Rady. Obciążenie tym wszystkim zaczynało odbijać się na jej samopoczuciu, a ostatnio coraz trudniej było jej znaleźć chwilę wytchnienia, bo bezsenność, jaka dręczyła ją od wczesnych nastoletnich lat, teraz dobijała się do niej okrutnie. Noor praktycznie nie sypiała.
Ze zmęczeniem i nieustannym uczuciem osłabienia, Noor czuła, jak jej siły słabły, a powieki pieką niemal od tego braku regeneracji. Była rozdrażniona, miała migreny i dystansowała się od wszystkich i wszystkiego, zamykając w sobie coraz bardziej. Przypominała jeżozwierza, zupełnie tak, jak w dniu przybycia do tego miejsca, choć nawet to nie ujmowało jej urody i wdzięku, co emanowała od niej na każdym kroku przez to, kim była. Popołudniami, zamiast spokojnie zasnąć przed nocą w aptece, jej ciało i umysł były przepełnione niepokojem. Bezsenność dokucza jej coraz bardziej, a w głowie pojawiały się dziwne myśli, które nie dawały jej spać nawet po zażyciu tych leków, które już wielokrotnie przynosiły ulgę. Coś wpełzało jej do myśli, coś brnęło boleśnie do najczulszych zakamarków jej umysłu, coś doskwierało i czuła to pod skórą. To jakby niechciana zmora, która się jej uczepiła i nie pozwala odetchnąć, jak zły urok rzucony z zawiści, albo przekleństwo, z którego nie potrafiła się oczyścić. Zaczynała blaknąć i wiedziała, że jeśli sama czegoś z tym nie zrobi, odbije się to na niej i ją po prostu połamie.
Udawała, że nie widzi paczuszki, jakby życzyła sobie, że pakunek zniknie, ale ostatecznie minute przed końcem dnia pracy, zapominalski klient wróci i zabierze swoje zakupy, nie przyprawiając jej o zmartwienie i kolejny powód nasilający pulsowanie w czaszce. Zamiotła zimny gres posadzki miotłą, koniecznie od końca zaplecza w kierunku drzwi - nie odwrotnie. Zerknęła w kierunku witryny, wypatrując kogoś, a potem... cicho westchnęła, wiedząc, że sama się łudzi i zamknęła lokal. Pół godziny później opatulona wełnianym szalem i w długiej kurtce, brnęła do kobiety, która popołudniu przyszła po parę ziół i najwidoczniej zaplątała się we własne myśli, zapominając pakunku. Noor nie lubiła tego... nawiązywania relacji, zacieśniania więzi, budowania kontaktów. Nie ufała nikomu, nie wierzyła innym. Dobrze jej było, gdy tkwiła w swoim punkcie sama, zakotwiczona ledwie w rzeczywistości, zapomniana i nierozumiana - do tego przywykła. Ale nie była tylko pomiotem otchłani, była też córką wiedźmy i cała ta ludzka, głupia wrażliwość siedziała w niej głeboko, więc nie mogła odpuścić. Dotarła do drzwi urzędniczki i zmarzniętymi bladymi palcami uderzyła w drewno, aż po ulicy rozniosło się echo pukania.
Noor
Westchnęła ciężko w końcu siadając
OdpowiedzUsuń- źle sformowałam pytanie: co ja robię w pani biurze?! - sprecyzowała ostrożnie badając otoczenie. Patrzyła dosłownie wszędzie oprócz kobiety, która być może była miła, ale nie ufałam ludziom. Chyba zdecydowanie zbyt długo biegała w futrze. Odgarnęła włosy za siebie.
- tak wiele pytań... - zerknęła na teczkę leżącą na biurku i zamilczała - nie zamierzałam tu zostać na stałe a co za tym idzie zgłaszać swoja obecność komukolwiek. No chyba, że to jakaś zbrodnia łamiąca jakieś przepisy, o których nie wiem - dodała z nuta zniecierpliwienia w głosie.
Zastanawiała się po co w ogóle pytała o takie rzeczy, skoro patrząc na papiery na biurku odniosła wrażenie, że każdego tutaj katalogowano. A co za tym idzie, przeszło jej przez myśl, w co się właśnie wplatała.
- Mozecie wierzyć czy nie, ale jestem samowystarczalna. Mam gdzie spać a praca? Czasem trochę komuś w czymś pomogę i mi to wystarcza.
Namyśliła się.
- Wyjątkowym? O co dokładnie pytacie? - trochę się nad tym dziwiła, bo nie brzmiało to jednoznacznie - a co jedzenia... natura daje wszystko czego potrzebuję. Zima co prawda trudniej, ale jeśli tym pytaniem chcecie stwierdzić czy stanowię zagrożenie to nie? Jestem już w odpowiednim wieku, by wejść w dorosłość - dodała pogodniej patrząc się w końcu w rozmówczynie - Nie potrzebuje zbyt wiele, ale też nie lubię ograniczeń... i nie było to groźbą - wyszczerzyła biała ząbki w uśmiechu - co może mi dać Azyl? Święty spokój. Co ja? Nie mam pojęcia do czego zmierza to pytanie.
lisek
[Przychodzę z opóźnionym powitaniem, pięknie napisana karta, a dobór zdjęć podkreśla klimat treści i całokształt postaci :) Życie jej nie oszczędzało, mam nadzieję, że w azylu znajdzie szczęście i bezpieczeństwo, nawet jeśli to w pewnym sensie nadal niewola :) Życzę dużo weny, a w razie chęci zapraszam do wrednego kambiona :)]
OdpowiedzUsuńMalphas
Zniknięcia owiec… zniknięcia turystów… Jak słusznie zauważyła Damroka, nie wskazywały na nic konkretnego. Co więcej, nie chcąc przykleić niewdzięcznej łatki dosadnie wskazującej na bestialstwo wilkołaków, w ogóle nie powinny zwracać na to uwagi.
OdpowiedzUsuńKażdy mieszkaniec Azylu przez całe życie stykał się z szykanowaniem, wytykaniem palcami, groźbami – często uskutecznionymi – spalenia na stosie. Różnili się jak dzień od nocy, a jednak wszyscy dźwigali na barkach ciężar mroku. Dopiero uświadamiając sobie ten jeden wspólny mianownik, każdy, kto przekroczył bramy Azylu, winien być za niego wdzięczny. Tak jak ona była wdzięczna.
Jak miała w zwyczaju, zmarszczyła brwi i podciągnęła się, opierając łokcie na krawędzi kanapy – zaintrygowana nagłą żądzą Damroki, by wędrować nocami przez lasy. Zdała sobie sprawę, że choć przez chwilę jej niespokojny, wiecznie pobudzony umysł nie podsunął myśli o pochodzeniu towarzyszki.
Na pierwszy rzut oka jej delikatna uroda szeptała o łagodnym usposobieniu, lecz lata pracy jako Ściągającej nauczyły ją, że pod tą mgłą delikatności często czai się coś zupełnie innego.
Odwróciła się w stronę dziewczyny sugerując zainteresowanie tematem, bowiem pracując zespołowo należało poznać talenty wszystkich członków, zanim przeszło się do tworzenia planu. Niczym pies przekręciła głowę w bok analizując słowa Damroki starając się wyciągnąć ze zlewających się, szybko wyrzucanych słów najważniejsze informacje.
Wyczuła jej skrępowanie, więc skutecznie ugryzła się w język choć impulsywne Czego się wstydzisz? drapało nieprzyjemnie w gardło próbując wydźwięczeć w przestrzeni. Zamiast tego przewróciła oczami w teatralnym uniesieniu i podniosła się ze – swoją drogą okropnie niewygodnej! – kanapy.
– Ja jestem Faith Smith i potrafię wypić kufel piwa w dwadzieścia sekund. – uśmiechnęła się zawadiacko spoglądając przy okazji na zegarek wskazujący dziewiętnastą. Idealna godzina na odwiedziny w pobliskim barze.
– Chodź, idziemy stąd. Ta chata ciągnie mnie ku melancholii. – dodała lekko chwytając kluczyki do auta, po czym zadzwoniła nimi zachęcająco.
– Jak mamy rozmawiać o tym kim jesteśmy, najlepiej zrobić to przy opróżnionym kuflu. – podeszła do drzwi wcześniej zarzucając kaptur – tym razem suchej – bluzy na głowę. Nie wspomniała, że ich wieczorny wypad mógł łączyć przyjemne z pożytecznym. Z doświadczenia wiedziała, że najwięcej plotek, doniesień, dziwacznych i pokręconych historii można było usłyszeć od lokalnych barmanów i mieszkańców. A alkohol skutecznie rozwiązywał języki.
Faith
[Cześć! W karcie można odnaleźć dużo smutku, ale też promyk nadziei — końcówka jest piękna, świetnie napisana. Damroka imponuje też swoją dyscypliną, kontrolą nad własną naturą. To znacznie trudniejsze, niż można przypuszczać, a wiele istot w Azylu raczej nie ma ochoty nawet na podjęcie takiej próby. Naprawdę jestem oczarowana Twoją postacią! <3
OdpowiedzUsuńBaw się dobrze i spełniaj pisarskie marzenia! <3]
Morrigan
[Jeśli Levi choć odrobine przyczynił się do tego, że zdecydowałaś się dołączyć na bloga, to nie, nie mam nic przeciwko dalszemu podglądaniu 😈
OdpowiedzUsuńJa również bardzo lubię wątek z Morrigan, pytanie, czy tak samo ten wątek lubi Morrigan, ponieważ Levi bardzo, ale bardzo tam marudzi 😅
Wątek z Klementyną również mogłabym polubić, ale chwilowo fizycznie więcej wątków nie udźwignę i muszę sama siebie nieco przystopować, ale jeśli chcę wszystko ogarniać, to nie da się inaczej. Także porywam ciasteczka i uciekam pisać, a jeśli zacznę mieć więcej czasu na pisanie, to wiem, gdzie Klementyny szukać ^^]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Gdyby obydwie podzielił się tym mętlikiem, jaki każdą trawił, odnalazłyby więcej niż jedną wspólną nić do zawiązania u szyi. Półdemon i półczarownica wyciszała własny chaos, perfekcyjnie panując nad rozrywającymi ją emocjami. Ale nadal była ciałem, o które należało dbać i ona... nie wiedziała, jak sobie poradzić z tym, co teraz wyciskało z niej ostatnie soki sił.
OdpowiedzUsuńTak serdecznego powitania i pozytywnej reakcji na swoją osobę się nie spodziewała, a tu w azylu może nawet nigdy takiej nie doświadczyła. Lewa brew lekko drgnęła jej ku górze, gdy nagle znalazła się po drugiej stronie drzwi i prawdę powiedziawszy, nie wiedziała nawet, jak i kiedy do tego doszło.
Czując ciepło wewnątrz mieszkania, jej ciało powoli opadło z napięcia, które narastało od momentu, gdy dostrzegła paczkę i zrozumiała, że to ona musi ją odnieść zapominalskiej klientce. Jej obecność tutaj była zaskoczeniem nawet dla samej Noor, ale miała wrażenie, że była jak oddech świeżego powietrza w dusznym tunelu. Nie lubiła kadzidełek.
- To nic wielkiego - mruknęła, bo choć nie było to kłamstwem, przetoczyła wewnętrzną walkę z sobą, aby tu przyjść. - Dziękuję, ale zostanę tylko chwilę - szepnęła jeszcze, bo jednak herbata, gorąca, aromatyczna, a najlepiej też słodka, zrobiłaby jej naprawdę dobrze.
Uśmiechnęła się kącikiem warg, zsunęła ciepłe botki, rozpięła kurtkę, którą odwiesiła na hak za drzwiami a w rękaw cisnęła czapkę i szalik. Potarła zziębnięte dłonie i zanim weszła głebiej, studiowała plan mieszkania, jakby najważniejsze było zapamiętanie jego układu i gdzie są drzwi. Zbyt długo żyła w cieniu własnych pragnień i rozczarowań, próbując maskować się pod maską silnej, by nie wiedzieć, że ucieczka niekiedy jest jedyną drogą. Teraz, kiedy ktoś wchodził do jej świata, lub gdy ona wkraczała w cudzy pierwsza, czuła, że musi znać plan obcego schronienia i drogę do wyjścia.
Weszła za Damroką do jednego z pokoi i lekko ściągnęła łopatki. Ona sama zajmowała niewielkie dwupokojowe mieszkanie nad apteką, gdzie jeden z nich prowadził przejściowo do kuchni i nie potrzebowała więcej przestrzeni, bo rzeczy miała mało. A nawet więcej by nie zostało jej przydzielone, skoro jej rola w azylu była mało znacząca. Tutaj, czuła się dziwnie. Jakby coś miało się do niej przykleić i wrócić do tego mieszkanka, które zdołała polubić.
Zamknęła oczy na chwilę, czując, jak ciepło odgania ziab, który skutecznie w drodze tutaj oplótł każdy jej skrawek. Chociaż wiedziała, że to tylko chwilowa ulga, przyjęła zaproszenie z wdzięcznością, a potem zajęła miejsce w wskazanym fotelu. Rozejrzała się po pokoju, czując, jak powoli wraca do niej oddech pełen życia. Wystrój, klimat, atmosfera... było tu domowo. Inaczej niż w gołych ścianach Noor. Dostrzegła sporo rzeczy sprowadzonych z zewnątrz i coś lekko ścisnęło ją w dołku. Ona nawet nie wiedziała, czy jej matka żyje i... czy o niej pamięta czasami.
- Masz tu... dużo rzeczy - zauważyła, bo nie była do końca pewna, czy jej się to podoba i czy komplement w stylu ładnie tu, jakkolwiek by pasował.
Noor
Życie bywało przewrotne i Anastasius doskonale o tym wiedział. Widział i przeżył dość, aby zrozumieć, że to walka z wieloma czynnikami, które ostatecznie kształtowały rzeczywistość, w której się poruszał. Podejmował więc decyzje, mniej lub bardziej złe, aż skończył dokładnie w tym miejscu – w azylu, w którym miał swój dom, spokojne życie, zajęcie… i to mu wystarczało.
OdpowiedzUsuńNie spodziewał się jednak, że zobaczy tutaj Damrokę. Poznał ją od razu – łagodna twarz, jasne włosy, drobna, mała, idealnie pasująca do krajobrazu złotych łąk i lata. Gdy ją ujrzał, poczuł się… niepewnie. Zupełnie jakby nie wiedział, jak się zachować, kiedy przyszło mu zmierzyć się z przeszłością, o której nigdy nie mówił, a i rzadko wspominał. Był wtedy młodzieńcem, który niedawno skończył studia i zaczął pracę, niewiele wiedział o życiu, choć był uważany za geniusza – opinia wśród innych, poważane nazwisko i pieniądze sprawiły, że żył godnie, z wysoko podniesioną głową.
Miał wszystko, choć podczas gdy jego koledzy spędzali noce z coraz to innymi dziewczętami, Anastasius albo się uczył, albo czytał. Aż do momentu, w którym poznał Damrokę – nie był zbyt dobry w rozmowach z płcią przeciwną, dlatego wtedy pomyślał o tym, że lepiej będzie, jeśli napisze do niej list. I to zrobił – pisał ten pierwszy list długo, rozważnie, a potem niemal trząsł się z nerwów, gdy kazał listonoszowi wręczyć kopertę do jej rąk. I jakże był szczęśliwy, gdy odpisała!
Od listu do listu – Anastasius lubił jej pismo, pamiętał, jak idealnie pisała literkę „a” albo jak uroczo układała w słowie „z”. Studiował listy tak długo, że wychwytywał momenty, gdy dociskała pióro nieco mocniej lub gdy myślała nad tym, co napisać. Te drobne relikty były dla niego jak najintymniejsza rozmowa. Potem zaczął wysyłać jej czekoladki i drobne upominki, w tym czerwony szalik w żółte kwiaty, który, jak mu się zdawało, pasował do niej.
Ostatecznie wszystko się skończyło, bo przyszła wojna i zawierucha, a Anastasius zapomniał o tym wszystkim, aż zobaczył Damrokę w miasteczku. Wtedy postanowił, że będzie jej unikać. Wiedział, że teraz miał inne ciało, że nie byłaby w stanie rozpoznać w nim tamtego chłopaka, a mimo to obawiał się tego spotkania, tego, że przyjdzie mu się zmierzyć z kimś, kto znał innego von Weissa, mniej podłego, mniej szpetnego.
Wracał ze cmentarza, zerkając co jakiś czas w stronę Oggy’ego, który wesoło syczał. Dzisiaj ewidentnie był z siebie zadowolony – porządnie wyczyścił wszystkie groby i pozbył się chwastów spomiędzy kwiatów. Anastasius doceniał jego pomoc, dlatego obiecał, że gdy wrócą do domu, poczyta szkieletowi jego ulubioną książkę.
Szedł wyprostowany, pewnie, krok za krokiem, a będąc już obok domu, zauważył kobiecą postać. Nie byłoby to nic dziwnego – mieszkańcy czasem przychodzili do niego po pomoc, a niekiedy po prostu błądzili lub spacerowali, idąc w stronę lasu. Tym razem jednak Anastasius zauważył, że drobna sylwetka nieco się chwieje, jakby szukając oparcia, którego nie znajdowała.
Podszedł bliżej, ale zanim dostatecznie się zbliżył, kobieta zemdlała – zdążył jednak pomóc sobie magią i złapał jej ciało przed spotkaniem z zimną ziemią. Anastasius od razu rozpoznał twarz. Damroka. Co tutaj robiła? Czego szukała? Mógłby ją tutaj zostawić, udawać, że niczego nie widział, ale czułby się z tym źle, choć wcale nie powinien. Wahał się.
Oggy zasyczał ponaglająco, a Anastasius wydał z siebie ciche „mhm”, łapiąc dziewczynę w ramiona. Była miękka, drobna i nieco zimna, niemal wychłodzona. Wszedł do domu, każąc szkieletowi rozpalić w kominku, i zbliżył się do kanapy. Tam położył Damrokę – zbadał jej puls, a potem dotknął dłonią czoła i jasnego policzka. To tylko omdlenie.
UsuńOkrył jej ciało kocem i odsunął się o krok. Opuścił salon, aby porządnie wyczyścić swoje ręce, a potem zaparzył ziołową herbatę – dobrał każdy ze składników tak, aby napar miał właściwości wzmacniające i rozgrzewające.
Gdy wrócił, Damroka miała otwarte oczy i rozglądała się wokół.
— Obudziłaś się, to dobrze — odezwał się, podchodząc bliżej. Ostrożnie podał jej filiżankę z herbatą. — Wypij to, napar pomoże ci szybciej dojść do siebie.
Odsunął się i znalazł sobie miejsce przy kominku. Co jakiś czas uciekał wzrokiem do ognia, do spalającego się drewna, a potem zerkał w stronę dziewczyny – jej obecność, cała ta sytuacja… to wszystko było absurdalne i abstrakcyjne.
Anastasius von Weiss
Przełożyła nogę na nogę, co było dla niej kłopotem. Zwykle siadała na podłodze.
OdpowiedzUsuń- Cóż, ciężko mi mówić po imieniu osobie, której nie znam. W Japonii, z której jestem takich rzeczy się nie respektuje.
Stresować? Raczej miała zamiar stad zwiać. Oj. Nieładnie. Zgubiła jednak swoje maniery, gdy nie przebywała zbyt często wśród zwyczajnych ludzi. No, ale taka już była - niezależna i wolna.
- Nikt mnie tutaj nie przyprowadził. Czemu to takie dziwne? - zapytała - Po prostu byłam w drodze jak przez poprzednie kilkadziesiąt lat. Bywam, gdzie chce być. Zostaje jak długo mi się podoba. Lubię podróżować. Jedynie co nie byłam to na północy, ale obawiam się iż nawet moje futro by nie wytrzymało tych mrozów. - zagryzła wargi w zadumie - dlatego też, wracając do tego co już powiedziała pani, nikt mnie nie oświecił.
No jeśli się spodziewała jakieś reakcji, to mogła pomarzyć. Była oazą spokoju. Przynajmniej na ten moment. Jedynie wcześniej zareagowała nieufnością, gdyż nikogo nie darzy zaufaniem. To akurat było chyba zrozumiałe.
- Każdy ma jakiś wybór. A że jestem tu z przypadku to może mnie po prostu wypuścicie? Gdyż odnoszę teraz wrażenie, iż przebywamy w jakieś luksusowej klatce, w której wszyscy grzecznie mieszkamy. Zapytam cię zatem wprost: Podoba ci się to, gdzie mieszkasz czy pracujesz? Jesteś tu szczęśliwa w tej złotej klatce? Nie ograniczają cię zasady tego waszego Azylu, jak to nazwałaś? - pytała spokojnie, bo była spokojna - Nie czułabyś radości, gdybyś mogła stąd odejść?. - uniosła dłoń do góry - Nie musisz mi odpowiadać.
Przyglądała się jej z ukosa, ale jednocześnie miała tez wrażenie, ze nie były tu same a zapach tego czegoś, był podobny do tego który poczuła koło nory.
- Całe życie spędzam w lasach... TO jest mój dom i nie zamieniłabym go w żaden sposób na życie w mieście wśród betonu, cegieł czy też kamienia. Po po prostu źle się czuje w miastach. - zmrużyła oczy - o czym mogłaś się domyśleć naruszając moja barierę mylącą...
Zawiesiła głos na moment a potem dalej kontynuowała.
- mieszkałam w różnych miejscach to fakt, przeżywałam mroźniejsze zimy, zawsze znajdowałam sobie schronienie, a jak nie to sama je robiłam. Mówisz, ze będzie łatwiejsze - westchnęła głucho - Nie wydaje mi się. Jestem czasem zmęczona, czasem nie mam sił, czasem głoduje co nie da się ukryć, że w zimie ciężej o pożywienie, ale umiem o siebie zadbać, inaczej tylu zim bym nie przeżyła. Bywało ciężko, ale byłam zadowolona mogąc ratować ludzi przed śmiercią, tak tez zarabiałam. Acz to zbyt mocne stwierdzenie... czasem był to nocleg, czasem posiłek, czasem pomoc w polu, bardzo rzadko materialnie, gdyż do niej wagi nie przywiązuje. - popatrzyła na nią, ale jakby przez nią streszczając swoje życie - Jestem tam gdzie bogowie chcą bym była. Nie mam na to wpływu, gdy dostaje wezwanie z góry. Tak moja praca. Taka się urodziłam, w przeciwieństwie do moich braci po futrze, chochlików i psotników. Nie zagrażam nikomu, ale bronie się jeśli zmusza mnie sytuacja.
Dotknęła palcem czoła przywołując runę:
- to - wskazała palcem - jak mniemam jest tu konieczne?
zmęczona Hocia
Damroka wydawała się być tu słońcem, jaśniała, była wesoła i ciepła, co w zestawieniu z wiecznie opanowaną Noor tej drugiej nadawało szarawych, brudnych i cienistych kolorów. Jej dystans nagle był zbyt chłodny, jej zdawkowe choć uprzejme odpowiedzi zimne, a uważne spojrzenie niemal ostre. I może odrobię zazdrościła blondynce swobody w całym tym wyrażaniu emocji, nieważne czy pozytywnych czy mniej, ale wiedziała, że nie powinna sama sobie na to pozwalać, nawet po świeżym odnowieniu run. Problem Dubois polegał na tym, że ona sama nie do końca znała siebie, miała problem z ustaleniem swojej tożsamości - tego kim się czuła; i całą wieczność swojego życia, czyli niewiele bo ćwierć wieku, wiedziała tylko tyle, że musi uważać, by nie zdradzić się z swoją dwoistą naturą. Była mieszańcem i to również nic nie ułatwiało, bo choć opanowała lawirowanie na krawędzi mroku i tęczy, to jedna i druga strona wydawała jej się zgubna. Dla niej samej, ale i dla tych co znajdowali się wokół.
OdpowiedzUsuńPrzez to też, że sama odgradzała się od ludzi i po przybyciu tutaj od pozostałych mieszkańców azylu, nie wiedziała jak smakuje to, co rozdawała Damroka. Ale choć była zdziwiona, nie uciekała. Starała się jednak również nie lgnąć do tego jak ćma do światła, obawiając się, że to jest tak samo pozornie bezpieczne, jak jej własny uśmiech.
Plecy dziewczyny zapadły się w miękkim oparciu fotela, a Noor obróciła twarz do okna, aby nie gapić się nieuprzejmie na zebrane przedmioty. Lubiła wiedzieć, jak miasto wygląda z strony cudzych domów, jakby to mogło jej pomóc ich zrozumieć. Zerkała raz po raz ukradkiem na to, co zostało ustawione na półkach, ale te drobne bibeloty opowiadały jej nieznane historie i zaczynała zdawać sobie sprawę, że Damroka choć wygląda młodo, może przewyższać ją wiekiem kilkukrotnie, choć wyglądały na równolatki. To co tu miała w mieszkaniu, nie wydawało się zbiorem przypadkowych znalezisk przy odwiedzaniu świata zewnętrznego, ale też wydawało się, że wszystko ma znaczenie... Zupełnie jakby Damroka miała czas, aby to znaczenie znaleźć, lub sama je nadać. I jej domysły potwierdziły kolejne słowa gospodyni.
Podziękowała, odebrała kubek z gorącą herbatą i wrzuciła do niego plaster cytryny, dodając dla słodyczy malinowego soku z dzbanuszka. Ładne były te groszki na talerzyku, ale jej oczy przyciągnęło coś innego wraz z słowami blondynki.
- Dostałam ostatnio kwiaty... wstawiłam je do garnka, bo nie mam wazonu - oznajmiła, zupełnie nieskrępowanie już patrząc po pokoju, jakby szukała czegoś dla siebie, choć nie była w sklepie. Może to ta życzliwość pozwoliła jej być śmielszą, choć Noor nie należała do nieśmiałych, a była zwyczajnie wycofana z ostrożności i przezorności, by nikomu nie zaszkodzić. Jak na mieszańca tych demonicznych pobudek było w niej niekiedy zaskakująco mało.
Dłonie miała zimne, ale porcelana jej nie parzyła. Powoli i ostrożnie upiła łyk naparu, opuszczając powieki. Była zmęczona, niewyspana i słaba, miała tego dość, a jednocześnie nieustannie szukała źródła problemu. Nic nie znajdowała i nic nie wyczuwała, ale gdy przestawała się pilnować, uwidaczniały się cienie na jej twarzy i to delikatne drżenie szczupłych palców, gdy zbyt długo coś trzymała w ręku. Najwidoczniej obie z Damroką znalazły się w takim dziwnym stanie, bo Noor zdała sobie sprawę, że są w tym momencie - siedząc z kubkami w ręku w fotelach, bardzo do siebie podobne.
- Nie chciałabym ci niczego zabierać - przyznała jednak, bo choć wazon by jej się przydał, to taki przedmiot związany z wspomnieniami i emocjami, mógłby nie wytrwać u niej zbyt długo, a rozpaść sie w pył z byle powodu, albo i bez powodu skoro emocje były siłą i słabością Noor zarazem. - Nie brakuje ci tego...? Wyjść na zewnątrz? - przeniosła spojrzenie, badawcze i ciekawe na twarz Damroki.
Im dłużej się jej przyglądała, tym mocniej czuła jakieś lekkie drżenie pod powiekami. Siedziała jednak prosto, jak na dobrego gościa przystało i tylko mocniej zaciskała opuszki na kubku.
Noor
Obserwował, jak pociągnęła łyk naparu, który dla niej przyszykował. Specjalnie nieco osłodził napój miodem, aby nie był tak gorzkawy w smaku – zresztą Anastasius wyjątkowo długo sterczał nad ziołami, żeby wszystko było idealne. Sądził, że to wina tego nieoczywistego spotkania po latach, które wydawało się wstrząsnąć jego duszą, a nie ciałem, ale tym właśnie był von Weiss – duszą. I to ta dusza była niegdyś zauroczona słodką Damroką.
OdpowiedzUsuńObecnie jednak Anastasius von Weiss był nieco… inny. Nie istniał w swoim pierwotnym ciele, które już pewnie dawno sczerniało, a potem jeszcze kilka razy przeskakiwał między naczyniami. Obecnie znajdował się w ciele młodego, silnego mężczyzny, którego skóra była pokryta tatuażami, do których Anastasius nie mógł się przyzwyczaić. Czy Damroka uznałaby je za atrakcyjne? Czy może jednak dostrzegłaby w tuszu jakąś zniewagę dla jasnej skóry? Nie miał pojęcia i głupio było o tym myśleć akurat teraz, bo nie powinien przejmować się swoim ciałem ani tym, czy to ciało mogłoby spodobać się kobiecie, którą znał bardzo dobrze kilka lat temu.
Znał, choć tak naprawdę jedynie przez listy, które czytał, czytał i czytał wciąż od nowa. Uśmiechał się wtedy do kartek, łaknąc szczegółów; pragnął doświadczać tego wszystkiego, co pisała Damroka i podarować jej jeszcze więcej. Miał wrażenie, że mógłby to zrobić. Poprosić o jej rękę, zadbać o jej byt, zatroszczyć się o wspólny dom, rodzinę, może postarać się o dziecko lub rozważyć adopcję – chciał tego, w tamtym momencie pragnął tego tak mocno, że był gotów klękać przed nią i całować jej śliczne ręce, by tylko zgodziła się przyjąć jego uczucia. Ale los chciał inaczej i wszystko zostało rozbite. Anastasius musiał uciekać, a potem przyszły kolejne trudne decyzje – von Weiss skończył więc jako stary kawaler, długo myśląc o Damroce i jej listach. Czasem wydawało mu się, że tylko jej słowa, które zapamiętał, rozświetlały mrok w jego duszy.
— Co najmniej godzinę — odpowiedział, a kiedy spróbowała wstać i nieco się zachwiała, niemal od razu pojawił się przy niej, gotowy jej pomóc.
Zanim pomyślał, jego dłoń delikatnie ujęła jej kruche, delikatne ramię – czuł pod palcami fakturę jej ubrania. Nie powinien o tym myśleć, ale to już się stało; dotknął jej i za długo trzymał w ten sposób, zupełnie jakby rozkoszował się tym krótkim kontaktem, który impulsywnie zainicjował.
Anastasius przeprosił krótko, a potem pozwolił jej usiąść. Odsunął się o kilka kroków i podszedł do kominka, dodając do ognia kilka dodatkowych belek. Chciał, aby było ciepło.
— Powinienem się przedstawić… — odezwał się z ociąganiem. Wiedział, że jeśli powie swoje imię i nazwisko, kobieta połączy fakty i że nie da się omamić kłamstwem, choć Anastasius nie miał zamiaru wciskać jej fałszu ani manipulować, by przeciągnąć tę grę w nieznane dłużej.
Obawiał się jednak, że Damroka wyjdzie, że trzaśnie drzwiami, że odejdzie, zanim powie choć jeszcze jedno słowo, a Anastasius nie będzie mógł już patrzeć, jak jej usta układają się, gdy wypowiada odpowiednie litery – miała ładne, delikatne usta, subtelną urodę i te śliczne, jasne włosy, które zawsze porównywał do słońca, do dojrzewającej pszenicy. Nie chciał tego stracić, tego widoku, tych dźwięków, bo kiedy zrozumiał, że ma przed sobą właśnie ją, jego Damrokę, poczuł się bardziej sobą w ciele, które do niego nie należało. Czy był samolubny, chcąc, aby została choć chwilę dłużej? Mogła po prostu siedzieć i milczeć…
Odwrócił się do niej i ukłonił nisko. Czuł, że jego serce nieco przyspiesza – i to było niespodziewane. Anastasius von Weiss od dawna się nie denerwował, nie wiedział, co to stres czy niepokój, nie znał strachu, ale teraz, kłaniając się przed tą drobną, jasną kobietą, czuł, że wolałby zmierzyć się z najgorszym monstrum, niż wyznać jej prawdę.
Usuń— Anastasius von Weiss — wypowiedział swoje imię i nazwisko ostrożnie, nieco cicho, jakby nie do końca był pewien, czy powinien to robić, ale było już za późno, aby cofnąć swoje słowa. Wyprostował się miarowo, wbijając ciemne oczy w ładną, przyjemną twarz, chcąc doszukać się czegoś, co pozwoliłoby mu określić, co się teraz stanie.
Anastasius von Weiss
Noor po omacku wędrowała po obrysach dwoistej natury, jaką obdarzyli ją rodzice. Matka była wrażliwą i sprytną czarownicą, którą odtrącił sabat, a rodzina męża nie akceptowała i nie rozumiała natury jej córki. Ojciec był nieznany, daleki, obcy i zawsze wspominany szeptem jako ten, który pochodził z miejsca, do którego można było tylko raz zejść. Mała Dubois wiedziała tylko tyle, że jest inna, a ledwie kila razy przypadkiem, i raz z premedytacją, posmakowała tego, jak ta inność smakuje i jak jeden jej uśmiech, może doprowadzić do zguby, szaleństwa i okrutnie zakpić z jej intencji. Miotała się, to fakt, ale z biegiem czasu coraz lepiej radziła sobie lawirując pomiędzy światami. I tam chciała pozostać, na granicy wyznaczanym przez to, co nieuchwytne, choć było to trudne i dla niej szczególnie uciążliwe.
OdpowiedzUsuńUśmiechnęła się lekko, z rozbawieniem na ten teatralny gest i nawet przygryzła warge, aby się nie roześmiać, nawet krótko.
-Ale czy kwiaty nie są po to, żeby doceniać chwile? - podjęła, obserwując jak Damroka wstaje i zaczyna poszukiwać wazonu, który może jej wręczyć.
Gdy po chwili przed nosem Noor wylądowało nie dwa, czy cztery, ale niemal tuzin wazonów różnej wielkości, masy, koloru i formy, sama odstawiła na skrawek wolnego blatu przy stoliku swój kubek. Zaskoczona w ten najmilszy sposób już nie przygryzała dolnej wargi, ale uśmiechnęła się ciepło. Przysunęła się na skraj fotela i obserwowała każdą sztukę dzieła z piasku z uwagą. Podobały jej się te kolorowe, pstrokate wazoniki, te z namalowanymi mozaikami, lub z połączeń materiałów, gdzie szkło miało barwione przejścia, ale gdy wyciągnęła rękę, jej palce musnęły brzeg najbardziej prostego wazonu średniej wielkości, nieco pękatego z żółtawego przybrudzonego przy dnie szkła. Taki zwykły, średni, pospolity. Piękny. I chyba bardzo stary.
- Dlaczego już nie wychodzisz? - spojrzała na Damrokę i znów usiadła wygodnie, głęboko, opierając zmęczone plecy w fotelu. Wcześniejszy gest był jej wyborem wazonu, ale to blondynka miała ostatnie słowo.
Noor ciekawa była świata, bo sama nie miała okazji ani szansy zobaczyć go nawet w ułamku. Ale tutaj w azylu czuła spokój, czuła że sama jest bezpieczna i że nikomu również nie zagrozi, gdy się zapomni. Tutaj było jej dobrze.
Zapadła cisza. Wyznanie Damroki przyniosło chłód i coś ciężkiego. Noor opuściła powieki i jej palce zadrżały, tylko dzięki temu że upiła kilka łyków herbaty wcześniej, nic się na nią nie wylało. W jej gestach nie brakowało miękkości, ruchy były płynne, wszystko prezentowało się nienagannie, ładnie, ale od pewnego czasu, od kiedy bezsenność wżerała się w nią jak trucizna, wszystko się zmieniało. Ona słabła i czuła to w każdej tkance i cząstce ciała.
- Wiedziałam... - mruknęła krótko, cicho pod nosem, ale nisko, jakby nie do końca zdecydowała, czy już się złościć, czy nie warto.
Odstawiła kubek, przejęła pled z wyciągnięte dłoni blondynki i okryła nim szczelnie nogi, brzuch, nawet podciągnęła do piersi. Milczała, szukając słów, zastanawiając się, czy się nie myli i czy to naprawdę wszystko ma sens.
- Ja nie sypiam... nie mam ani koszmarów, ani snów, znikam... rozmywam się, rozpuszczam, coś mi odbiera odpoczynek i siły - powiedziała wreszcie, wreszcie też podnosząc spojrzenie do jasnej twarzy gospodyni. - Myślisz, że dlatego twoja paczka została w aptece? Żebym tu dziś przyszła, żeby to powiedzieć i usłyszeć ciebie? - przechyliła lekko głowę, opadła mocniej plecami w tył, a fotel otulił ją dobrodusznie, gdy kilka kosmyków połaskotało ją w drobny nos ozdobiony bladymi piegami.
[aaaleee mi dałaś natchnienie!
ttps://www.tiktok.com/@thedrewbarrymoreshow/video/7470267538467818795 <3]
Noor
Anastasius czuł własną niepewność i po raz pierwszy od wielu lat miał wrażenie, że stracił kontrolę – nie dlatego, że ktoś zdecydował się sięgnąć po to, co nieodpowiednie, a dlatego, że tym razem zadrżała jego dusza.
OdpowiedzUsuńUsłyszał, jak wypowiedziała jego imię i nazwisko. Tak idealnie, to brzmiało zbyt idealnie, zbyt… intymnie. Lisz spiął się delikatnie, jakby Damroka swoim głosem trafiła w czuły punkt. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek dotrze do niego jej dźwięk. Jaka była szansa, że odnajdzie ją właśnie tutaj? Mogła umrzeć gdzieś po drodze, zabita przez tępicieli tego, co paranormalne, ale ta słodka, jasna dziewczyna żyła, była tutaj. I wystarczyło wyciągnąć dłoń, aby ją dotknąć.
Miała rację. Wtedy nie był liszem, a zwykłym magiem, śmiertelnym zresztą. Leczył choroby i przeprowadzał operacje, był dość znany wśród elit, dlatego radził sobie nieźle, a pieniądze albo oszczędzał, albo wydawał, aby kupić coś dla ukochanej – wtedy chyba najbardziej cieszył się z tego, że zarabia. Gdyby mógł, kupiłby jej wszystko, co tylko chciała, wystarczyłoby tylko jedno słowo, jeden szept.
— Wiem… — odpowiedział, gdy się przedstawiła, a kiedy powiedziała o tym, że znała kogoś o tym samym imieniu… cóż, to dobrze, że jeszcze go pamiętała.
Chyba tego bał się najbardziej. Bo co by poczuł, gdyby Damroka wypchnęła jego egzystencję ze swojej ślicznej głowy? Miała oczywiście do tego prawo. Minęło sporo lat, wspomnienia bywały zwodnicze, bladły, ale teraz, słysząc to, Anastasius czuł się pocieszony.
— Nie, Damroko. — Zbliżył się ostrożnie o krok, nie robiąc jednak nic więcej. Za bardzo się bał do czego był teraz zdolny i co może się stać, jeśli nie przestanie wracać pamięcią do tego, co łączyło go ze zmorą. — Ja jestem tym Anastasiusem, twoim Anastasiusem. To ja pisałem listy, w których z umiłowaniem pisałem o twoich drobnych, jasnych palcach, o włosach, które przypominają pszenicę albo najjaśniejsze promienie słońca… nawet teraz takie są. Wyglądasz… tak pięknie jak wcześniej, dokładnie tak jak w dniu, w którym cię zobaczyłem. Bóg mi świadkiem, jeżeli istnieje, że wtedy byłbym w stanie kłócić się z Kopernikiem, że świat nie kręci się wokół słońca, a wokół ciebie. Byłaś moją gwiazdą.
Wiedział, że pewnie nie rozumie, dlaczego wciąż żył i jak to się stało, że stał przed nią – bo był tym Anastasiusem, którego znała, ale nieco innym, starszym, bardziej poturbowanym. W innym jednak ciele. Uległ pokusie i zrobił kilka kroków w jej stronę, a potem padł na kolana tuż przed jej stopami, opuszczając głowę. Wielka męska sylwetka poddała się drobnej, jasnej kobiecie. Nie dotknął jej nóg – nie zrobił nic więcej od tego żałosnego pokazu uczuć, tego, że wcale nie był gotowy się z nią spotkać, że mogła zrobić z nim, co tylko chciała, uderzyć, skrzyczeć czy przekląć.
— Byłem… magiem, nekromantą dokładnie — odezwał się ponurym szeptem. — A teraz… klęczę przed tobą jako lisz, moja gwiazdo, to, czym się stałem, to, co porzuciłem, by móc żyć niemal wiecznie… to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo, nie umiem się zdecydować.
Został liszem, bo bał się o własne życie i duszę. Podjął decyzję, choć nie wiedział, czy rytuał naprawdę się uda, a gdy było po wszystkim, poczuł pustkę, bo jego ciało nie wypełniało życie, a śmierć – śmierć więc stała się jego przyjaciółką i kochanką, zawsze szła za nim krok w krok, szepcząc i będąc tak blisko, że Anastasius nigdy nie czuł się samotny.
Nie podjąłby jednak innej decyzji, gdyby mógł zrezygnować z rytuału. Stał się tym, czym pragnął, dostąpił tego zaszczytu, osiągnął to, co dla wielu nekromantów było jedynie mrzonką. Owszem, stracił część siebie, ale to była niewielka cena za życie, które nie mogło się tak łatwo skończyć.
Anastasius
Były na oko w zbliżonym do siebie wieku, a jednak choć Noor miała spojrzenie poważne, pełne głębi i starczej wiedzy, teraz czuła, że to Damroka jest dojrzalsza i mądrzejsza. Czas odcisnął piętno w jej młodzieńczej urodzie w sposób trudny do uchwycenia na pierwszy, drugi, a nawet czternasty rzut oka, ale dało się wyczuć, że blondynka ma za sobą wiele doświadczeń. Czuć było od niej przemijane wiosny, a jednocześnie nie uginała się pod ciężarem doświadczeń i to było godne podziwu.
OdpowiedzUsuńDubois rodziny nie wspominała, bo to ona sprowadziła na nią strach i największe krzywdy, ale tęskniła za mamą... tylko za nią. Miała po niej drobne piegi ozdabiające kształtny nos i ten drobny pierwiastek miedzi w włosach, które w słońcu mieniły się jak płomienie. Miała w sobie część jej, choć nigdy nie czuła się jak dziecko, które może w wszystkim zaufać i mamie zawierzyć i to jakimś cierniem od małego kładło jej się w sercu.
Obserwowała Damrokę w milczeniu, słuchając o bożku. Choć jej fasada wydawała się pozornie twarda i nieprzyjemna, Noor miała w sobie ogromne pokłady ciepła i empatii. Nie uśmiechała się często i śmiała się w ogóle rzadko, ale jej oczy błyszczały pogodnie i to zdradzało, że zwyczajnie dziewczyna ciągle się pilnuje. Jak teraz.
- To musi być miłe... - oceniła, bo ogólnie cały zarys posiadania współlokatora brzmiał interesująco. Noor mogłaby z kimś zamieszkać, ale musiałby to być ktoś kogo zna dłużej i komu choć odrobinę ufa. Co prawda właśnie z zaufaniem miała największy problem wobec innych, ale pracowała nad tym.
Potrzebowała chwili, to fakt, aby przetrawić słowa o zmorze o tej prawdzie, którą sama by się nie dzieliła, ani chętnie, ani wcale. Noor nie mówiła o sobie za wiele, była skryta, ale nie nieśmiała. Musiała uważać, wiedziała, że wszystko to co jest w niej dobre, może również zrobić krzywdę. Sama się niekiedy bała siebie. A gdy padły pytania o wizycie u uzdrowiciela, zacisnęła mocniej usta, sznurując ładne, miękkie wargi ostentacyjnie. Nie lubiła o nic prosić, ani przepraszać, nauczyła się, że może polegać jedynie sama na sobie i nawet tutaj się tego trzymała.
- Na razie nie... szukałam w sobie klątwy, ale nie znalazłam nic. Koszmary się na mnie obraziły - mruknęła jedynie, a potem powoli upiła łyk gorącej herbaty i zerknęła w stronę okna. - A czy ty... skoro sny to twoja działka, może ty mogłabyś ich poszukać we mnie? - zastanowiła się bardziej na głos, niż faktycznie to sugerowała. Ale nie cofnęła tych słów, gdy spojrzała czujnie na Damrokę.
Może naprawdę przyszła tu nie bez przyczyny i to nie zagubiona paczka je dzisiaj połączyła?
Noor
Przesłuchania odbywały się w jednym z bocznych pomieszczeń, bez świadków i bez zbędnej oprawy. Było tylko jasne światło, stół i dwa krzesła, ale tyle wystarczało, bo to miejsce nie miało zapewniać komfortu ani służyć do teatralnej demonstracji siły. Chodziło wyłącznie o klarowność tego spotkania i o to, żeby nic nie odciągało uwagi od faktów, które doprowadziły kogoś do tego stołu. Teoretycznie mogli przesłuchiwać podejrzanych w pomieszczeniu, które przypominałoby raj na ziemi, ale w praktyce wszyscy doskonale wiedzieli, że to nie przestrzeń jest tu najważniejsza, tylko to, kto siedzi po drugiej stronie. A tym razem po drugiej stronie siedział on. Jak zawsze nie podnosił głosu i nie wykonywał gwałtownych ruchów, a nawet nie musiał pochylać się nad stołem, żeby zaznaczyć swoją obecność, bo swoim istnieniem wypełniał cały ten pokój. Mimo że istota siedząca naprzeciwko niego, milczała, a w spojrzeniu miała wyzwanie i zachowywała się tak, jakby sam fakt siedzenia naprzeciwko funkcjonariusza był obrazą jej godności, w ogóle nie reagował na prowokacje. Milczenie drugiej strony to akurat najmniejszy problem, za to bunt w azylu to najczęściej kwestia źle obliczonego ryzyka, któremu wystarczyło tylko przypomnieć, gdzie kończy się swoboda, a gdzie zaczynają konsekwencje i wtedy opór zaczynał nagle słabnąć. Wystarczyło odrobinę przesunąć granice, stworzyć krótką, ale wyraźną wizję tego, co dzieje się z tymi, którym wydaje się, że są nietykalni i już można było dostrzec pierwsze rysy na tym zbuntowanym szkle. Palce siedzącego przed nim podejrzanego nagle przestały bębnić o blat, ramiona opadły, a spojrzenie umknęło gdzieś w bok, tracąc pewność siebie i cały czar zbuntowanego wizerunku pryskał w jednej chwili. Puff. Tym razem bez żadnych słów. Jak cudownie.
OdpowiedzUsuńByły oczywiście też przypadki, z którymi trzeba było trochę się poszarpać, ale akurat w tej sprawie przesłuchania przebiegały dość płynnie, nie licząc kilku śmiałków, którzy próbowali ograć system na własnych zasadach, testując granice cierpliwości i sprawdzając, czy presja rzeczywiście jest tak nieuchronna, jak o niej mówią. I zazwyczaj kończyło się to tak samo, czyli szybkim zderzeniem z rzeczywistością. Na swoim podwórku funkcjonariusze nie musieli udowadniać, że mają przewagę, bo ją mieli, a Zayden słynął przede wszystkim z tego, że to on wyznaczał tempo gry, a każdy, kto zapominał o tej prostej zasadzie, prędzej czy później uczył się jej na własnym przykładzie, bo bez skrępowania obnażał każdą słabość tych, którzy próbowali grać ponad swoje możliwości.
Po przesłuchaniach zgłosił w biurze, że żadna z tych istot podejrzanych o ssanie energii, nie ma z tym raczej nic wspólnego. Intuicja podpowiedziałaby mu, gdyby ktoś z nich maczał przy tym paluchy, a prawda jest taka, że ściemniali w kilku innych kwestiach, ale w tej konkretnej akurat każdy wydawał się czysty. Nie mieli na ten moment żadnego sensownego tropu, mimo że liczba podejrzanych zawężała się wyłącznie do tych, którzy posiadali zdolność do energetycznego wampiryzmu, bo to jednak wciąż zbyt wiele istot do sprawdzenia, żeby od ręki temu zapobiec.
Zdał więc stosowny raport w biurze, a potem wyszedł na korytarz i słysząc znajomy głos, wołający jego imię, od razu odwrócił się na pięcie w stronę wejścia. Uniósł lekko brew, dostrzegłszy Damrokę, a potem, gdy wspomniała o wezwaniu, przewrócił oczami z bezgłośnym komentarzem i opuścił ramiona. Na wszystkich bogów, tych miłych i tych mściwych, czy to naprawdę było konieczne? Z logicznego punktu widzenia pewnie tak, bo Damroka była Zmorą i nieważne, że urzędniczką, skoro zdolność do karmienia się czyjąś energii posiadała, ale z realnego punktu widzenia wystarczyło, że na nią spojrzał i od razu wiedział, że to całe zamieszanie to na pewno nie jej sprawka.
I nie chodziło wcale o to, że z tą okrągłą twarzą i jasnymi włosami nie wyglądała na kogoś, kto może szkodzić, bo mogła. Ale nie tutaj. Temu miejscu była oddana w inny sposób i on o tym wiedział.
Usuń— Świetnie, że przynajmniej dostałaś zaproszenie, bo niektórzy nie mieli tego szczęścia i zostali tu doprowadzeni — odparł, choć słowo doprowadzeni brzmiało bardzo łagodnie w porównaniu do tego, jak rzeczywiście wyglądało przytarganie tu kilku podejrzanych. — Mamy pasożyta w azylu, ot cała historia — skomentował w odpowiedzi i uniósł chwilowo usta w czymś na kształt krzywego uśmiechu. — A ty zapewne w tej sprawie masz zostać przesłuchana — stwierdził, obrzucając jej sylwetkę kontrolnym spojrzeniem. — W zasadzie moglibyśmy zrobić to tutaj, skoro będzie to tylko formalność, ale z racji tego, że ja i tak muszę wypisać na to papier, wygodniej będzie zrobić to w pokoju — powiedział, wskazawszy dłonią odpowiednie drzwi. — Zapraszam.
Zayden Ward
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńMachnęła na to ręką.
OdpowiedzUsuń- Jest, ale... pozostańmy przy imieniu skoro sama tak wolisz - zaśmiała się w duchu - patrząc na twoją skonfundowaną minę, którą próbujesz ukryć, że czujesz się jakbyś teraz była w jakieś parodii. Zgadłam prawda?
Popatrzyła na jej rozterki trochę w zadumie, bo nawet nie wiedziała, że istniały jakieś osoby, które się tym zajmowały. Pokiwała głową.
- Rozumiem, ale co to w rzeczywistości oznacza w praktyce? Są jakieś ich rodzaje? - no jak przyszło do zadawania pytań to była w tej materii upierdliwa, zwłaszcza jak się uaktywniła. - Istoty rzeczywiście potężne, to rozumiem, ale takie maluczkie? Zamknięcie to jedno albo utrata istoty własnego istnienia jest czymś więcej niż śmiercią. Jeśli mam byś szczera... Wiesz co mi te runy przypominają? Jakbyśmy byli w obozie koncentracyjnym oznakowani i przypieczętowani. Nie obraź się słysząc coś takiego, ale chyba po to mnie tu wezwałaś by wyłuszczyć wszelakie niuanse życia tutaj, prawda? - uśmiechnęła się - a ja czasem odnoszę wrażenie, iż przysłała mnie tu Inari-kamisama. Może jednak musiałam tu przybyć. - zastanowiła się na głos. - cóż będę zobowiązana jeśli macie takowy formularz, potem możemy przetłumaczyć. Mój angielski niekiedy bywa trudny w rozszyfrowaniu. Zresztą nawet mówiony jest słaby. - odparła na pytanie zerkając na jej poszukiwania.
- A z ciekawości... Jak długo już tu jesteś? - zapytała. - Pytałaś wcześniej czym się zajmuje. Nie, nie zapomniałam o tym. Mój klan białych lisów zajmował się głównie szamanizmem naturalnym i uzdrawianiem ducha. Ja sama zaś z kolei leczę a jak dostanę wezwanie, nie mam wyboru, muszę odpowiedzieć. To nie jest zależne ode mnie, chociaż może to dziwnie brzmieć.
Hocia
[ps. nowe zdjęcie nawet lepsze od poprzedniego *.*]
[Zacznę od tego, że ja też jestem gapą, skoro wkleiłam tamten komentarz nie pod tę kartę, co trzeba i teraz zastanawiam się, czy po takim czasie jest sens go przeklejać... xD Niemniej dziękuję, że dałaś mi znać!
OdpowiedzUsuńNatomiast co do wątku, od jakiś dwóch tygodni udaje mi się być całkiem na bieżąco z odpisami, co jest podejrzane i pewnie potrwa do czasu, kiedy wszyscy odpiszą mi jednego dnia i zostanę zasypana tak, że aż będę płakać... W każdym razie, powiedzmy, że mogę zaryzykować, a na pewno jestem bardzo ciekawa Twojego pomysłu, więc możesz mi go rozpisać pod kartą Leviego lub odezwać się na mojego maila (panienkazokienka92@gmail.com), jak Ci wygodniej :)]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
- Nic nie szkodzi - odparła ukrywając rozbawienie pod płaszczykiem łagodnego uśmiechu. Powoli zaczynała ją bawić ta sytuacja. Biedna musiała tu siedzieć razem z nią i się męczyć.
OdpowiedzUsuń- To prawda, jednak i takie podziały istnieją acz nie wszyscy sa do tego zgodni. Po prostu dałam przykład moim myślą, z tego krótkiego pobytu i z tego jak ja to widzę.
Przebierała palcami młynka.
- Jak często sie je odnawia? Czy one same "mówią" kiedy pora, czy tez trzeba sie stawić? - pytała dalej łapiąc sie na tym, ze się rozgadała, co tez rzadko sie to zdarzało. - oj bym ci musiała przedstawić cały panteon bóstw, bo tymże on jest. Podejrzewam, żeś sama wyrosła na politeizmie, czyż nie?
- Przyjęła cyrograf, pfuu kwestionariusz do ręki - poproszę o długopis - wyciągnęła rękę po przedmiot i zaczęła skrobać odpowiedzi. Nad niektórymi się wahała, parę wydawały się z tych dziwnych, ale pisała zwięźle. Przez dłuższa chwilę milczała. Potem się podpisała imieniem, który używała na co dzień.
- To dość długi staż i fascynujące zajęcie. - zauważyła i zerknęła na nią z ukosa. - wezwanie ratowania życia, gdy inne metody nie zadziały. Ostatnie koło ratunkowe, które ma pomoc przed kostuchą, acz... nie zawsze się udaje, wtedy mogę przeprowadzić ducha dalej. - westchnęła głucho - to jest skomplikowany temat, ciężko o tym opowiedzieć laikowi, ale bez obaw. Nie często sie to zdarza. Wezwanie dostaje od Bogów. - zamrugała - proszę - oddała formularz. - zatem jakie macie propozycje pracy?
Przekrzywiła głowę na bok.
Hocia
[Dobry wieczór! Cieszę się, że moja karta Ci się spodobała. Twoja także wpada w moje gusta, cała historia Damroki jest w niej ciekawie opisana. Wbrew pozorom nasze dziewczyny są do siebie całkiem podobne. Opisz mi swój pomysł. Mi wpadło do głowy, że to może Damroka sprowadziła Lilijkę do Azylu?]
OdpowiedzUsuńLilija Hollow
Trochę sobie ironizował z tym zaproszeniem, bo papier, który otrzymała, na pewno bardziej pachniał paragrafami niż perfumami i zdecydowanie brakowało mu romantycznej oprawy, szczególnie, że całości dopełniał jeszcze suchy dopisek o obowiązkowym stawiennictwie. Nie zrzucałby jednak tego łagodniejszego traktowania na karb braku wiary w jej siłę i gdyby już miał to interpretować, widziałby w tym bardziej przejaw zaufania niż taktowania z góry. Po prostu nikt nie podejrzewał jej o taki czyn, mimo że mogła znaleźć się w pierwszej trójce tych, którzy będąc na głodzie znaleźli sposób na dobranie się do czyjejś energii witalnej. Ale od jakiegoś czasu piastowała urzędnicze stanowisko, więc w oczach Rady była czysta, a przesłuchać należało ją w ramach formalności, żeby nikt nikomu później nie zarzucił stronniczości ani zamiatania czegokolwiek pod dywan. Rada mogła sobie pozwolić na wiele, ale nie na podejrzenie, że kogoś oszczędza tylko dlatego, że zajmuje odpowiednie stanowisko. Procedury musiały zostać zachowane, pytania zadane, a protokół podpisany – to wszystko. Rozmowa z nią będzie więc odbębnieniem formalności.
OdpowiedzUsuńDlatego nie przyglądał się jej z obawą, a z przekonaniem, że przejmowała się tym przesłuchaniem nieco na wyrost, bo jeśli on się jej tutaj nie spodziewał, to znaczy, że nie była brana pod uwagę jako ktoś, kto mógł szkodzić, a co za tym idzie, nie musiała czuć się zagrożona. Uzbrojenia się nie doszukiwał, bo w azylu każdy chodzi uzbrojony, patrząc na możliwości tutejszych mieszkańców, a przy wielu z nich nóż czy spluwa to tylko zabawki, którymi można co najwyżej zrobić trochę hałasu i bałaganu. Taki mało istotny dodatek do codziennej stylówki. Ale gdyby baran żył, to wtedy przesłuchanie faktycznie mogłoby przybrać bardziej sportowy wymiar. Wtedy może mieliby tu zagwarantowany jakiś bieg przez przeszkody, albo konkurs na to, kto pierwszy straci cierpliwość, czy coś w ten deseń, i rozruszałoby się przynajmniej tych starych nudziarzy, którym najwięcej adrenaliny dostarcza źle wypełniony formularz.
Kiedy zasiadła na krześle, wyciągnął z szuflady pusty egzemplarz protokołu na podkładce, a potem sięgnął do kieszeni na piersi czarnego, militarnego swetra po długopis. On dla odmiany miał na sobie wełnę jagnięcą akurat o kroju wzorowanym na modelu noszonym przez wojska Bundeswehry. Tutejsi policjanci mundurów nie nosili, bo każdy zdawał sobie sprawę, kto jest kim i nie było to potrzebne, ale on przepadał za odzieżą techniczną, a Bundeswehra wcale nie była mu taka obca. Za jego czasów był to po prostu Wehrmacht.
Strzelił z końcówki długopisu i ułożywszy wygodniej podkładkę na ręce, wpisał jej dane w odpowiednie miejsce, a kiedy wspomniała, że mają tutaj zimno, zerknął znad protokołu na kożuch, który pozostawiła na drugim krześle. Mogła go założyć, no chyba, że był to jedynie baran dekoracyjny.
— Bo my jesteśmy gorące chłopaki — rzucił krótko, bo jemu było tutaj aż za ciepło, jednak pokój nie miał okien, a jedynie solidną wentylację, więc musiał dzielnie znosić te warunki. Na szczęście nie przesiaduje tutaj bez przerwy, dlatego też zbytnio na to nie narzekał.
— O, czyżbyś jednak miała z tym coś wspólnego? — Uśmiechnął się, ale to pytanie nie oczekiwało odpowiedzi.
Mogła się za to domyślić, że trafiła z tymi informacjami, bo zdarzenie faktycznie miało miejsce chwilę po pierwszej w nocy, a dziś z samego rana wpłynęły już zgłoszenia ze strony poszkodowanych, którzy ze względu na siłę pasożyta potrzebowali wsparcia istot posiadających zdolności lecznicze. Członkowie Rady z marszu zajęli się tą sprawą i rozdysponowali wszystkim zadania, a główni podejrzani zostali już przesłuchani, teraz natomiast w dalszym ciągu poszukiwani są następni. Końca sprawy widać jeszcze jednak nie było.
Usuń— Słyszałaś coś, czy może jednak czułaś? — zapytał, tym razem z pełnym zainteresowaniem, a jego spokojny wzrok spoczął na jej twarzy. Może ta formalność, która mieli odbębnić, przyniesie jednak jakieś istotne informacje. Na ten moment wciąż brakowało im konkretów.
Zayden Ward
Levi miał mieć dzisiaj stosunkowo luźny dzień. Rada nie wyznaczyła mu żadnych nowych zadań ponad to, że miał poczekać, aż kilku z pozostałych Łączników wróci do Azylu, by w grupie mogli wybrać się po część gromadzonego w różnych miejscach zaopatrzenia. Stąd w planach miał tylko udanie się do Damroki, żeby zgarnąć od niej naszyjnik z kamieniem księżycowym, który jeszcze dzisiejszego wieczora, tuż przed jutrzejszą pełnią, miał przekazać pewnemu wilkołakowi. To była drobnostka, na załatwienie której zamierzał przeznaczyć losową godzinę w ciągu dnia, dlatego pozwolił sobie na wylegiwanie się w łóżku, będąc zakopanym pod grubą, a przez to ciepłą kołdrą. Słyszał, że Thatcher krząta się po domu, bo jego wózek skrzypiał nie ciszej, niż podłoga, po której się poruszał i choć przeszkadzało mu to w kontynuowaniu słodkiej drzemki, nie przeszkadzało mu to w leżeniu. W końcu jednak, a konkretnie około godziny dziesiątej, nastał ten moment, w którym nawet młody Ackermann poczuł potrzebę, aby się ruszyć. Wygrzebał się spod kołdry i ubrał szybko, by zagrzane ciało nadto się nie wychłodziło, choć obaj z ojcem dbali o to, aby w domu było ciepło – optymalna dla nich temperatura była o kilka stopni wyższa niż dla innych istot, przez co niemal każdy, kto ich odwiedzał, stosunkowo szybko pozbywał się wierzchnich warstw odzieży. Ackermannowie lubili ciepło i nikogo, kto ich znał, nie powinno to dziwić.
OdpowiedzUsuńŚniadanie zjadł solidne i bez pośpiechu, a opłukawszy po sobie talerze, zaparzył kawy dla siebie i ojca. Wypili ją w kuchni, przy stole, każdy z nich przycupnięty – Levi na krześle, Thatcher na swoim wózku – w plamach słońca wpadających do pomieszczenia przez dwa usytuowane na najdłuższej ścianie okna. Nie rozmawiali przy tym dużo, a w zasadzie nie rozmawiali wcale, bo ograniczyli się do wymienienia kilku luźnych uwag i informacji, w tym dotyczących tego, czego brakowało w lodówce i co należało kupić.
Kawa była już zimna, kiedy Levi brał ostatni łyk, ale to właśnie ten chłód najprzyjemniej pieścił podniebienie i duszę. Kotołak podniósł się z westchnieniem, odstawił pusty kubek do zlewu i oznajmił, że wychodzi. Thatcher nie pytał gdzie i na jak długo, a tylko skinął głową i został w swojej plamie słońca, grzejąc kości, podczas gdy teraz to Levi zaczął krzątać się po domu. W swojej sypialni ubrał się cieplej, z szuflady komody zgarnął klucze do mieszkania Damroki, bo ta od dobrych kilku godzin była w pracy, wziął jeszcze kilka niezbędnych drobiazgów, w tym skręta z kocimiętką i walerianą, którego zamierzał spalić w drodze powrotnej od wilkołaka i zaszedł do przedpokoju, gdzie założył buty i wciągnął na siebie kurtkę. Szyję niedbale owinął szalikiem i wyszedł.
Spacer do mieszkania urzędniczki zajął mu pół godziny. Levi dotarłby do celu szybciej, ale jego kroki spowolniło świecące wściekle słońce, którego promienie grzały go w plecy, dając to złudne poczucie ciepła mimo kilkustopniowego mrozu. Nawet tutaj, na tym skandynawskim wygwizdowie, w powietrzu można było poczuć nieśmiały podmuch zbliżającej się wiosny.
Na miejscu zrzucił z siebie wierzchnie odzienie, zaprószone śniegiem buty ustawił przy drzwiach, kurtkę odwiesił na jeden z haczyków na ścianie, które parę lat temu sam przykręcił w tym miejscu, a pęk kluczy schował do tylnej kieszeni spodni i ruszył do zagraconego salonu. Udał się wprost do miejsca, w którym zostawił naszyjnik – porzucił go pośród innych, leżących na regale klamotów, gdzieś pomiędzy książkami, a starym wazonem i jakże się zdziwił, kiedy wsunąwszy dłoń pomiędzy te przedmioty, napotkał pustkę. Pomylił półki? Niemożliwe. Pamięć miał dobrą, a wzrok jeszcze lepszy i na pewno odszukałby interesujący go kształt pośród pozostałych bibelotów. Naszyjnika jednak nie było, ani na tej półce, ani na każdej kolejnej. Nie było go także na drugim regale, zastawionym przedmiotami nawet bardziej, niż ten pierwszy.
Levi odsunął się, przystanął na środku salonu i zmarszczył ciemne brwi, czując rosnącą w trzewiach irytację, która łaskotała go w ten nieprzyjemny sposób, który zamiast śmiechu miał zrodzić w jego gardle krzyk. Nim jednak miał zacząć krzyczeć, miało minąć jeszcze trochę czasu. Wystarczająco, by kotołak zdążył przetrząsnąć cały salon i posunął się przy tym nawet do tego, że zaczął ściągać przedmioty z półek, przestawiać je, odkładać na niski stolik i podłogę. Nie zrzucał ich, bo szanował każdą z rzeczy, które posiadała Damroka, tym bardziej, że pośród tych rzeczy idealnie ginęły fanty, które Levi znosił do Azylu, z tym że wolał, kiedy te ginęły metaforycznie, a nie dosłownie, bo naszyjnik zdawał się przepaść jak kamień w wodę i poszukując go, Ackermann zaczął robić bałagan. W drodze do komody potknął się o rzeczy, które sam położył na podłodze i klnąc pod nosem, zaczął otwierać szuflady, przy czym każdą z tych szuflad wybebeszył, a nie znalazłszy naszyjnika, porzucił je otwarte. Zajrzał do szafy, porozsuwał wieszaki, kilka z sukienek rzucił na kanapę.
UsuńW poszukiwaniach zatracił się tak bardzo, że stracił poczucie czasu, a jego ruchy przybrały tak na szybkości, jak i nerwowości. Zgrzał się, więc ściągnął bluzę i ją także rzucił na kanapę, zostając w koszulce na krótki rękaw. Gdyby jej nie zdjął, przystając w progu sypialni Damroki, bez wątpienia zakasałby rękawy. Odetchnął głębiej i wkroczył do małego pomieszczenia, by także tam zacząć robić burdel.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Noor również tutaj w azylu czuła się bezpieczna, była o wiele spokojniejsza, mogła czuć się swobodniej, bo runy wiązały jej moce i uroki, nad którymi niekiedy nie panowała, ale w przeciwieństwie do Damroki nie potrafiła nie przejmować się tym, co ją otacza. Była tu sobą bardziej, niż kiedykolwiek i gdziekolwiek wcześniej, ale to nie było w pełni wolne życie i czuła to całą sobą, choć dobrowolnie tu przyszła i nie zmieniłaby nigdy tej decyzji. Każde spojrzenie nieprzychylne, czy krzywe kaleczyło ją jak cierń. Każdy złośliwy komentarz sprawiał, że broniła się i zamykała w sobie jeszcze bardziej. Miała tylko dwadzieścia pięć lat, wysoką wrażliwość i nigdy nie rozwinęła skrzydeł, a może... może nigdy jej się to nie uda? Ulgę przynosiła świadomość, że nikogo nie skrzywdzi i tutaj, nikt nie powinien również skrzywdzić jej.
OdpowiedzUsuńPotrafiła być mściwa, okrutna i podła, ale wtedy przemawiały przez nią te piekielne czeluści, które płynęły w jej krwi. I których sama dla siebie nie wybierała. Noor chciała być jak dotychczas, lawirować między dwiema naturami, bo obydwie ją tworzyły. Nie robiła tu sobie wrogów, ale trudno jej było zaufać i jeszcze trudniej nawiązywać bliskie przyjaźnie. A uczucia...? miała ich zbyt wiele, ignorowała je, nie słuchała. Pozwalała aby serce jej drżało w niepewności, bo do tego przywykła.
Słuchała Damroki w milczeniu. Obserwowały się nawzajem, a oblizanie ust, zmiana w spojrzeniu i dziwne napięcie w pokoju nie wystraszyły jej, nie zniechęciły, ani nie obrzydziły. Widziała gorsze rzeczy. Znała też istoty, które wydawały się nieujarzmionymi potworami, żądnymi krwi, duszy, zemsty... i to one były przerażające, a nie drobna blondynka, która żywi się koszmarami. Sama jednak siedząc w głębokim fotelu, nie piła już herbaty a czuła jak powoli jej ciało szykuje się do starcia. Nie była do końca zdecydowana na taką pomoc, bo zaufanie było u niej cieniutkie i kruche, było jak nadmuchana szklana bombka, którą może zmieść w pył nawet mocniejszy podmuch wiatru. I Noor wiedziała, co ukrywa i czego odsłonić nie może, nie chce, nie powinna, tylko czy teraz jest to dość dobrze ukryte...?
- Teoretycznie... gdybym chciała spróbować, kiedy nie będziesz głodna...? Kiedy byłoby to najbezpieczniejsze dla nas obu? - spytała, ściągając łopatki i zawieszając nieruchome spojrzenie w twarzy kobiety. Nie było to potwierdzenie, ani zaprzeczenie, musiała to przemyśleć.
Noor dużo chowała do środka, w jej wnętrzu tańczył chaos pełen sekretów, niedomówień, niepewności. To nie była tylko kwestia dwoistej natury, a jej samej, skrytej osobowości i tego, że zawsze czuła świat za bardzo. Cisza między nimi przeciągała się, tylko cichy szum ich oddechów i delikatne szmery dotykanego koca przerwały ten moment zawieszenia.
- Czy ja... mogłabym cię powstrzymać? Skoro nie mogę spać i pozostaję ciągle obudzona? - dopytała jeszcze, szukając dla samej siebie kotwicy. - Kiedy wejdziesz do mojej głowy, kiedy zaczniesz, czy jest sposób, abym to ja ciebie wygoniła? - dopytała, lekko opuszczając powieki jak ktoś, kto jest bardzo zmęczony i jeszcze dość silny, by się nie łamać.
Noor
Zamyśliła się.
OdpowiedzUsuń- Rozumiem. A jak tobie to wyszło? W sensie ile ci zajęło zrozumienie tego wszystkiego z chwila przybycia tutaj? Jakieś wskazówki, porady cokolwiek, by wiedzieć na czym stoję? - zaczęła pytać konkrety, już poważniejąc, gdy zauważyła kolory aury u dziewczyny. Cóż żarty żartami, obie czuły sie mało komfortowo a trochę to już trwało patrząc na zegarek wiszący na ścianie. Powoli jej sie tez żołądek zaczynał odzywać. Zjadła by coś, bo to ta pora.
- hmmm niech zgadne... wierzenia słowiańskie? A czym dokładnie jesteś? Czy to może jakaś tajemnica, wstydliwa dla ciebie? - zapytała pogodnie. Gdyż z natury była z tych dobrych yokai. Tylko sytuacja życiowa sprawiła, że czasem negatywne odczucia brały nad nią górę, jednak nie na tyle, by kogoś w afekcie zamordować.
- To zależy od tego co cię interesuje, ale to możemy przerobić w innym dniu, gdyż raczej nie po to tu jestem, prawda? - zauważyła wymijająco - Las w moim przypadku nie jest kwestia lubienia, ja w nim przebywam 90 % swego istnienia a wielkimi krokami zbliżam sie do piątej setki. Zatem nie mam zastrzeżeń. Jaki jest zakres obowiązków? I... przy okazji, w lesie ostatnio wpadłam na stare zapomniane sidła. Nie zauważyłam ich wcześniej, gdyż mocno wtedy napadało. Trochę się przy tym poturbowałam, pomogła mi jedna z mieszkanek. - dodała. - Nie chce myśleć czy to przypadek, czy po prostu ktoś kiedyś polował w taki sposób na drobniejsza zwierzynę. To chyba niebezpieczne, prawda?
przejmująca się Hocia
[Taki wątek byłby bardzo interesujący, gdyby nie fakt, że Lilija jest już kilka lat w miasteczku. Nie wiem czy chcemy cofać się tak bardzo do tyłu. Możemy co prawda zrobić retrospekcję, cofnąć się o kilka lat wcześniej, a później wrócić do spędzania dni w Azylu z Bożątkiem?]
OdpowiedzUsuńLilija Hollow
Anastasius nie miał pojęcia, co zrobić, jak się zachować. Do tej pory nie myślał o Damroce ani o tym, co zostawił za sobą. Zresztą nie lubił tego robić, bo gdy to się zdarzało, zdawał sobie sprawę, że wiele rzeczy było złych. Gdyby mógł cofnąć czas… pewnie do niektórych sytuacji by nie doprowadził. Ale było już za późno i musiał żyć z ciężarem swoich decyzji, nawet jeśli nie były one najlepsze.
OdpowiedzUsuń— Nie byłem w stanie tego zrobić, tak naprawdę unikałem cię, jak tylko mogłem — odparł szczerze. Nie miał zamiaru kłamać ani próbować się tłumaczyć. Wtedy myślał, że tak będzie lepiej, bo ostatecznie nie chciał przeszkadzać Damroce w jej życiu tutaj. Poza tym Anastasius miał swój dom, szklarnię i cmentarz – i to mu wystarczało, niczego więcej nie potrzebował. Nie chciał wywoływać chaosu
— Niczym nie zawiniłaś, bo podjąłem tę decyzję, myśląc o sobie, a nie o tobie — dodał.
Słysząc jej słowa, wiedział, że miała rację. Powinien był się odezwać, podejść, wytłumaczyć się. Może teraz to wszystko wyglądałoby inaczej i nie musiałby się wstydzić ani nie czułby się tak… głupio. Był dorosłym mężczyzną, który ostatecznie poddał się i nie chciał angażować w coś, co dawno utracił.
Anastasius nie kłamał, po prostu nie ujawnił się. Znał Damrokę, wiedział, czym się tutaj zajmowała i z całą pewnością miał wiele okazji do tego, aby jej wszystko wyjawić, wybrał jednak ciszę, bo tak było łatwiej.
Podniósł się z miejsca, uświadamiając sobie własną głupotę i to, jak żałosny teraz był. Odsunął się o kilka kroków i stanął przy kominku. Wpatrywał się w ogień i potrząsnął głową.
— Nie chcę o tym mówić — powiedział, choć nie tylko dlatego, że to w jakiś sposób było bolesne, ale też, że wiązało się z tajemnicą nekromantów. Rytuał był wymagający i tajny. Anastasius nie mógł zdradzić szczegółów. Poza tym po prostu nie czuł potrzeby, aby się z tego spowiadać. Nie był chłopcem, który mówiłby o czymś, domagając się zrozumienia czy rozgrzeszenia.
Potarł palcami swoje zmarszczone czoło. Musiał sobie uświadomić, że Damroka była inna, inna niż wtedy, gdy wymieniał się z nią listami. Minęło wiele, wiele lat, a teraz spotkali się tutaj. Anastasius nie mógł przewidzieć zachowania kobiety ani tego obliczyć, bo w grę wchodziły emocje, a te nie były nie do zmierzenia – zmieniały się zbyt często.
Był też innym Anastasiusem niż wcześniej; nie było już zakochanego chłopca, a starszy mężczyzna, który nie do końca dobrze czuł się w nowym ciele, który nie za bardzo rozumiał nowoczesny świat i który z całą pewnością nie lubił komplikacji. Jego serce zaczynało się uspokajać, nerwy mijały – i wtedy doszło do niego, że zachował się jak gówniarz, który byłby w stanie zaryzykować wszystkim, byleby Damroka posłała mu choć jedno łagodne spojrzenie.
— Bardziej mnie interesuje to, co dzieje się z tobą — powiedział, patrząc w jej stronę. — Zemdlałaś. Jesteś chora?
Powinien zacząć od tego, a nie się kajać i błagać o wybaczenie, bo będzie mieć jeszcze czas, by to robić. Znalazł Damrokę nieprzytomną, poza tym kobieta była wyraźnie osłabiona. Nie chciał naciskać ani wykazywać się zbyt wielkim zainteresowaniem, ale było już za późno, a Anastasius nie miał zamiaru odpuścić, nawet jeśli miało to związek z tym, co kiedyś łączyło go z Damroką.
Anastasius
W zwyczajnej sytuacji Levi nie pozwoliłby dać się zaskoczyć w taki sposób. Jego zmysły pozostawały wyostrzone także w ludzkiej postaci, choć nie były tak czułe jak u kota przez wzgląd na oczywiste różnice w budowie anatomicznej poszczególnych narządów. Powinien więc usłyszeć wchodzącą do mieszkania Damrokę, powinien usłyszeć także, jak ta przemierza salon, by wkroczyć do sypialni, jednakże jedynym, co słyszał, przerzucając ubrania kobiety, było bicie jego własnego serca. To dudniło w piersi mocno i szybko, pompując przez arterie ciała krew pełną adrenaliny, bo naszyjnika z kamieniem księżycowym nigdzie nie było. Kotołak był przekonany, że porzucił go w salonie, na pierwszym regale, do którego podszedł i kiedy go tam nie znalazł, uznał, że musiał pomylić regały. Kiedy jednak przeszukanie drugiego regału, potem salonu, a teraz także sypialni nie przynosiło pożądanego efektu w postaci znalezienia naszyjnika, Levi zaczął odczuwać irytację. Strachu nie czuł jeszcze tylko dlatego, że starał się nie myśleć o tym, co zrobi mu wilkołak, jeśli nie dostarczy naszyjnika w terminie przewidzianym ich niepisaną, bo zawartą na gębę umową.
OdpowiedzUsuńZdążył nieomal cały wejść do staromodnej, drewnianej i masywnej szafy, kiedy skradająca się Damroka upuściła świecznik. Levi podskoczył, kiedy ten huknął o podłogę i podskoczył o tyle wyraźnie, że wyrżnął głową o drążek na wieszaki, przez co syknął z bólu, złapał się za głowę i momentalnie wycofał z szafy.
— Damroka — rzucił, jakby z powodu zaskoczenia miał potrzebę nazwania na głos tego, co widzi i przesunąwszy wzrokiem po sylwetce urzędniczki, od stóp począwszy, na twarzy skończywszy, odjął lewą dłoń od głowy i przysunął do twarzy. Prawą ręką pocierając bolące miejsce na czaszce, strzepnął nadgarstkiem i ostentacyjnie popatrzył na tarczę starego, nakręcanego zegarka, bo tylko taki tutaj działał. — Powinnaś być jeszcze w pracy — zauważył i skrzywił się, zarówno z bólu, jak i z powodu tego, że jego palce namacały rosnący guz. Finalnie opuścił ręce, a także głowę i rozejrzał się po sypialni, dopiero teraz zauważając pobojowisko, które sam stworzył. Zrobiło mu się z tego powodu głupio, nie na tyle głupio jednak, by od razu wyszedł z pomieszczenia, podczas gdy Damroka wkopywała pod łóżko swoją bieliznę. Miała ładną bieliznę, w tym gorsety, choć jeśli akurat o nie chodziło, nawet Levi ze swoimi zręcznymi palcami dostałby cholery, gdyby przyszło mu rozsupływać ciasno związany sznurek, co w wyobraźni co poniektórych mieszkańców Azylu najpewniej robił po każdym swoim powrocie do miasteczka.
— Mam bardzo dobre wytłumaczenie — mruknął i przeszedł do salonu, tak by Damroka krzyczała na niego tylko za bałagan, a nie za to, że siedział w jej sypialni. — Naszyjnik — powiedział, kiedy udało mu się pochwycić jej rozgniewane spojrzenie. — Gdzie, do cholery, jest naszyjnik z kamieniem księżycowym? — spytał i on także podniósł głos. — Był na regale. — Jego ręka wystrzeliła w stronę rzeczonego regału. — Nie ma go tam. Nie ma go w całym salonie, nie ma go też w twojej sypialni. Na dziś jestem umówiony z Thomasem — przywołał imię wilkołaka. — Jutro pełnia. Wiesz, co Tommy mi zrobi, jak nie dostanie tego naszyjnika? Nawet ty nie jesteś w stanie utkać takiego koszmaru, uwierz mi.
Mówił szybko, wyrzucając z siebie kolejne słowa, stojąc pośrodku salonu z prawą ręką wyciągniętą w stronę regału, jakby nie tylko Damrokę, ale także ten mebel wywoływał do odpowiedzi. Naszyjnik zostawił tu ledwo dwa tygodnie temu i ten w tak krótkim czasie nie powinien nawet zdążyć pokryć się kurzem, na pewno nie szczególnie grubą warstwą. Nic podobnego nigdy nie miało miejsca, co – z całym szacunkiem – w pierdolniku Damroki spokojnie mogło to miejsce mieć, kobieta jednak doskonale panowała nad z kolei panującym w mieszkaniu chaosem i czegokolwiek by tutaj Levi nie zostawił, zawsze, ale to zawsze znajdował to w tym samym miejscu, w którym to odłożył.
Z tym że nie dziś. Dziś był ten pierwszy raz, kiedy nie mógł czegoś tutaj znaleźć i mierziło go to bardziej, niż zmierziłoby innego dnia, bo ostatnio zaliczył całkiem sporo niechcianych pierwszych razów. Pierwszy raz został przyłapany na nieodmeldowaniu się w Ratuszu po powrocie, pierwszy raz spóźnił się na wyznaczony termin odnowienia runy ograniczającej moc. Czy teraz miał pierwszy raz nie dostarczyć klientowi towaru w terminie? Jego niezszarganej dotąd reputacji groziło spore nadszarpnięcie i nie podobało mu się to ani trochę.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Cóż, mieli też w tej policyjnej formacji byty anielskie i inne dobre duchy, więc on nie wrzuciłby wszystkich chłopaków do piekielnego wora, ale zakładając, że był to wniosek wysnuty ze względu na niego, to się w sumie zgadzało, bo jemu bez porównania bliżej jest do piekła. Jej w zasadzie też. Tak na dobrą sprawę, jeżeli była znudzona urzędniczą rutyną i przeszkadzało jej to, że w oczach Rady była traktowała z góry jako ktoś, kto nie może szkodzić, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby ten wizerunek zmienić. Można było zrobić to od ręki. Wystarczyło jedno srogie przewinienie, jakieś jawne przeciwstawienie się zasadom, żeby ta rutyna obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, tyle że wtedy straciłaby również pozycję i zaufanie, a z tym zapewne szkoda byłoby się rozstawać. I tu jest pies pogrzebany. Dlatego słusznym było wytrzymać ból urażonego ego i dalej korzystać ze swojej funkcji z głową, bo ona mogła dać zdecydowanie więcej korzyści niż to, jak jest się postrzeganym. Samo postrzeganie to tylko opinia, którą łatwo zmienić jednym ruchem, jednym błędem, albo jednym dobrze rozegranym krokiem. Istotną wartość zawsze ma to, co stoi za nim, czyli wpływy, dostęp i możliwość działania tam, gdzie inni mogą co najwyżej popatrzeć sobie z boku. Jej, jako urzędniczce, tego nie brakowało.
OdpowiedzUsuńTo, że zachowywała dystans, w ogóle go nie raziło, bo taka była naturalna reakcja większości osób, którzy konfrontowali się z nim, więc wtopiła się w jego codzienność już lata świetlne temu. On też jej nie ufał, bo nie ufał większości, więc i w tej kwestii byli kwita. Przestąpił z nogi na nogę i westchnął, gdy powiedziała, że ma coś z tym wspólnego, bo tej odpowiedzi nie oczekiwał, więc było to kilka sekund zmarnowanych na zdanie, które nie wnosiło niczego nowego do sprawy. Dziś miał już dziesiątki tysięcy zmarnowanych sekund na puste gadki i dodatkowe nie były mu potrzebne.
Poczekał grzecznie, aż Darmoka zbierze się w sobie i zacznie zdradzać myśli, które krążą jej po głowie, a gdy z jej ust wydostały się pierwsze zdania, odnotował je powierzchownie na papierze. Coś w ten pieprzony raport musiał przecież wpisać, a na pewno nie będzie tworzył poematów czy elaboratów. Potem podniósł na nią spojrzenie znad podkładki, gdy zaczęła przybierać pierwotną formę, a jej kobieca, momentami dziewczęca wręcz uroda, została wyparta przez to, co złowieszcze. Zlustrował ją krótko, gdy w trakcie opowieści w pewnym momencie powróciła do ludzkiej postaci, i sam wrócił do notowania informacji na papierze. Uwzględnił w raporcie to, że Damroka się przemieniła i że właśnie wtedy wspomniała o artefakcie, z którego ktoś mógł dzisiejszej nocy skorzystać. Wydawało mu się, że taki raport będzie wystarczający, żeby nikt się do niczego nie przyczepił, więc schował długopis w kieszeń, minął Damrokę opartą o ścianę podszedł do drzwi, które otworzył szeroko.
— Świetnie, skoro wszystko wiesz, to pozostaje iść do arbitra — oznajmił, czekając aż Damroka opuści pokój przesłuchań. — Opowiesz o swoich przypuszczeniach, wskażesz podejrzanych i zapunktujesz, a my dostaniemy nakaz i będzie można zacząć działać w terenie — stwierdził, chociaż nie wyglądał na przejętego tym, o czym Damroka opowiadała, ale to dlatego, że przerobił tutaj wiele różnych sytuacji, a jeszcze więcej przerobił poza Azylem, więc to, że ktoś dorwał artefakt i mógł zrobić tym komuś krzywdę, nie było zaskakujące.
Takie rzeczy działy się i dziać się będą, dlatego pozostawało skupić się na tym, żeby szybko namierzyć sprawcę tego zamieszania i przykładnie go ukarać. Może świadomość, że ktoś zostanie skrzywdzony, poruszyłaby go bardziej, gdyby miał w sobie tę wrażliwość i gdyby szczerze przejmował się losem kogoś tam, ale tak się składa, że wrażliwość miał na bardzo niskim poziomie, a w ciągu swego istnienia sam wielokrotnie odpowiadał za krzywdę innych, więc nie był w stanie pochylić się nad tym tak, jak ona. Był za to w stanie dorwać sprawcę, a potem wymierzyć mu adekwatną karę, albo z przyjemnością zaprowadzić na ścięcie, jeśli taka będzie wola Rady, bo było mu szczerze wszystko jedno, co stanie się z tym, którego złapią. Azyl ma przecież swoje granice, tutaj nie da się ukrywać w nieskończoność.
UsuńZayden Ward
Noor nie wyobrażała sobie, aby jej życie mogło kiedyś wyglądać inaczej. Miała ciepłą skórę i chłodne spojrzenie, miły głos, ale padały ostre słowa z miękkich ust. Przyjemną aparycję i odsuwające od niej gesty. Była chodzącym zbiorem paradoksów i kontrastów, ale z biegiem lat taką siebie poznawała i lubiła coraz bardziej. Taką siebie akceptowała, bo przecież nie chciała się zmieniać na siłę. Nie oczekiwała, aby ktoś inny ją rozumiał, bo niekiedy sama siebie nie rozumiała, ale mimo wszystko... taka jaka była, była najlepsza. Czuła, że jest swoja.
OdpowiedzUsuńCisza nie była ciężka, ani uciążliwa, bo obie nie miały wobec siebie żadnych oczekiwań. Noor przyszła tu oddać paczkę, została w odpowiedzi na zaproszenie i zaciekawiła ją natura Damroki. Damroka była po prostu miła i chyba też nie było nic, co mogłaby od Dubois chcieć... mogły swobodnie siedzieć i milczeć, na pewno każda z nich miała swoje rozterki do przemyślenia, a zwyczajne, nawet milczące towarzystwo czasami było potrzebne. Wyciszało samotność. Niekiedy cudzy oddech obok, znaczył więcej niż rozmowa. Obecność miała znaczenie.
Spuściła wzrok, kiedy blondynka zaproponowała termin. Dwa tygodnie to wydawało się bardzo długo. Noor zauważyła że dłonie jej nagle zaczynają drżeć, ostatnio upuściła na zapleczu apteki paczkę dla klienta i robiła to, co dostarczono jej z zewnątrz na zlecenie. I to wszystko wcale nie wydawało się najgorsze, ale dziewczyna zwyczajnie zaczynała się bać.
- Ile można wytrwać bez snu? - spytała zamiast tego.
Noor mogła udać, że wierzy Damroce i rozumie ją wręcz dosłownie, że jest naiwna i nie wie, co dzieje się wokół. Ale sama prowadziła aptekę na dwóch poziomach interesu, a oczywista sprzedaż tego, co widoczne na półkach, wcale nie było tym, co dawało jej najwyższy zysk. Mogła też sama zaproponować, że sprowadzi jej coś, do gromadzenia, albo nawet pomnożenia zapasu energii, bo i takie rzeczy przechodziły przez jej ręce i przez zaplecze. Zamiast tego spojrzała na blondynkę bez słowa, za to z zrozumieniem. Najwidoczniej obie wiedziały, w jakim miejscu przyszło im żyć.
Kąciki jej ust lekko drgnęły, na nosku drobne piegi zatańczyły, gdy się zmarszczyła i zaraz Noor dopiła herbatę. Była zdecydowana spróbować, nie było sensu udawać, że sobie radzi. Damroka nie była pierwszą osobą, u której szukała pomocy, poza tym najwidoczniej stan w jakim znalazła się aptekarka, był dość ciekawy i unikatowy, nawet jak na taką istotę i na takie miejsce.
- Umiem zadbać o swoje sekrety - zapewniła z spokojną pewnością, bo przecież ten jeden, najbrzydszy i najgłębszy koszmar trawił ją od środka od lat, a ona skrzętnie ukrywała go tam, gdzie nawet telepaci nie byli w stanie dotrzeć nim trafiła do azylu.
Jeśli coś się miało wydać... trudno. Dubois pomyślała nawet w tym momencie, że lepiej aby coś się wydało, ale mogła wreszcie odpocząć, niż oszaleje i zrobi coś, co ukróci wszystko. Nie chciała dłużej się męczyć, nie chciała chodzić wyczerpana, nie chciała się bać, co się stanie, jeśli kolejnej nocy nie zmruży oka. Poza tym wiedziała, że jesli wpuści kogoś do swojej głowy to te jedne drzwi, które na stałe zapieczętowała lata temu, nie powinny drgnąć. Nie powinny...
- Spróbujmy - nie tyle zgodziła się, co poprosiła. Bo może... jak Damroka wsiąknie w jej głowę, to znajdzie coś również dla siebie. Noor była spokojna, łagodna, opanowana, trzymała w ryzach swoją siłę i swoje pragnienia, ale nie brakowało w niej życia i tego, co sprawia, że jest ono wyjątkowo ekscytujące. - Mogę ci jakoś pomóc, aby się przygotować, abyś była silniejsza, a wszystko poszło sprawniej? - dopytała, gotowa zaangażować się w pełni, by znać również możliwości i zakres działań kobiety, której postanowiła zaufać.
Noor akurat z zaufaniem miała problem, a więc teraz naprawdę łamała swoje własne postanowienia. Lubiła wysokie mury, jakie wznosiła wokół siebie, bo to z samą sobą czuła się najlepiej. A jednak... teraz sama sobie pomóc nie mogła.
Noor
— Posprzątałbym przed twoim przyjściem — rzucił na własną obronę, choć bez przekonania, ponieważ w tym momencie bardziej niż oskarżenie Damroki, absorbowało go bolące czoło. Uderzył się tuż przy linii włosów, więc guza, który bez wątpienia miał powstać – Levi czuł to pod palcami wciąż pocierającymi obolałe i pulsujące nieprzyjemnie w rytm bicia jego serca miejsce – mógł zakryć przydługą grzywką, choć nie miał to być pierwszy raz, kiedy będzie chodził poobijany. W zasadzie, chodził poobijany stosunkowo często, a ostatnimi czasy nawet częściej, niż zazwyczaj, jakby sam sobie przebiegł drogę i miał nie tyle pecha, co większe szczęście do kłopotów.
OdpowiedzUsuńSalon nie wyglądał tak źle, jak sypialnia. Tutaj Levi nie zdążył wyrzucić zawartości poszczególnych mebli na podłogę, ponieważ apogeum irytacji i zdenerwowania osiągnął w przyległym pomieszczeniu, czego nie dało się nie zauważyć i za co Damroka miała pełne prawo go okrzyczeć, co zresztą zrobiła, aczkolwiek wydawało się, że Ackermanna skuteczniej otrzeźwiło to uderzenie się w głowę niż jej krzyk sam w sobie, bo gdyby znalazł naszyjnik, faktycznie by posprzątał, a przynajmniej postarałby się posprzątać, bo nie odłożyłby wszystkiego dokładnie w to samo miejsce z tej prostej przyczyny, że Bogorja miała więcej rzeczy, niż miejsca i tylko ona jedna wiedziała, jakim cudem te rzeczy mieściły się w tym mieszkaniu – Levi nie zmieściłby do tej szafy nawet połowy tego, co ona.
Pozostając na środku salonu, opuścił rękę luźno wzdłuż ciała i popatrzył na nią spode łba, tym razem jednak zachował milczenie i nie skomentował niepotrzebnie zrobionego bałaganu, bo choć najchętniej nie zgodziłby się z Damroką i uznał ten bałagan za potrzebny, nie miał żadnego argumentu, który poparłby jego rację.
— Wciąż mogę spotkać go tutaj i nadal wyjdę na tym tak samo źle — wyburczał, a po tym westchnął ciężko i opuścił także drugą rękę, tę, której dłoń dotąd przyciskał do czoła jakby w nadziei na to, że w ten sposób rosnący guz będzie mnie wypukły, nadzieja ta jednak była płonna, bo powstała po uderzeniu opuchlizna nie miała rozlać się nigdzie indziej, jak tylko w górę.
Levi także się obruszył, kiedy kobieta zarzuciła mu najpierw, że nie pamiętał, gdzie położył naszyjnik, a zaraz potem, że miał zapomnieć, że odebrał go już wcześniej. Prychnął tak intensywnie, że zrobił to nieomal całym ciałem, bo to drgnęło lekko wraz z tym wydanym przez niego dźwiękiem.
— Uderzyłem się w głowę dopiero przed chwilą — przypomniał jej, siląc się przy tym na udawaną uprzejmość i strzelił oczami ku regałowi, odnajdując wzrokiem tę półkę, na której powinien spoczywać naszyjnik. Nie było go tam. Nie było go także w żadnym innym miejscu, a na pewno nie w tych miejscach, które zdążył przeszukać i przekopać kotołak. Nie wiedzieć czemu, nabierał pewności, że naszyjnika po prostu nie było w mieszkaniu, tylko dlaczego? Ktoś by go zwinął? Levi powoli odwrócił głowę i równie powoli wrócił spojrzeniem do Damroki, po której sylwetce z namysłem przesunął wzrokiem, ale nim na podstawie swoich myśli zdołał uformować pytanie, które mógłby zadać, zmora wycofała się do kuchni. Pozostawiony sam sobie Ackermann został w miejscu, ale rozejrzał się raz i drugi po salonie, tak dla zabicia czasu i w kolejnej próbie znalezienia naszyjnika, tym razem jednak także on niczego nie dotykał i złapał dopiero za paczkę mrożonego groszku przyniesioną przez Damrokę.
— Dzięki. — Odgarnąwszy włosy z czoła, przyłożył groszek do głowy i w momencie, w którym poczuł nieprzyjemne zimno, odruchowo mocniej nabrał powietrza. Zimno to przyniosło mu jednak natychmiastową ulgę, więc już spokojnie wypuścił wydech i potoczył wzrokiem za kobietą, która ruszyła do regału po to, by zauważyć dokładnie to samo, co on – naszyjnika nie było. Musiała jednak coś tam znaleźć, skoro nagle podsunęła mu paluchy pod sam nos. Levi, z góry zakładając najgorsze, czyli to, że zapach będzie nieprzyjemny, zmarszczył nos i wykrzywił usta, zezując na czubki palców kobiety. Wzrok podniósł na nią dopiero, kiedy się odezwała.
— Nie kuś — rzucił, po czym przerwał kontakt wzrokowy, zerknął ponownie na jej dłoń i głębiej wciągnął powietrze, jednocześnie przez nos i rozchylone usta, smakując je przez kilka uderzeń serca, nim rozpoznał znajome nuty zapachowe. — Bożątkiem. Pachnie mi to Bożątkiem. Czyli wciąż niemytymi dłońmi — poinformował i lewą dłonią, bo prawą przytrzymywał paczkę groszu, odsunął od siebie dłoń Damroki, ponieważ Bożątko miało swój charakterystyczny zapach, który dla Leviego nie był zbyt przyjemny, a który unosił się w zagraconym lokum także pod jego nieobecność, z tym że koniuszki palców kobiety pachniały tak, jakby to Bożątko podsuwało mu pod nos własną dłoń, a nie ona.
Usuń— Bożątko zwędziło mój naszyjnik? A raczej, naszyjnik Tommy’ego? — zastanowił się na głos, nie będąc pewnym, czy dobrze rozumuje. — A może tylko odłożyło go w inne miejsce? — Postukał się palcem wskazującym w brodę, utkwił wzrok w Damroce i wyżej uniósł brwi. To było jej Bożątko, powinna więc wiedzieć, co z tym zrobić, prawda?
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Wychwyciła to. Przymknęła oczy. Było krótkotrwałe, ale nawet teraz poczuła słabe echo jej cierpienia.
OdpowiedzUsuń- to dlatego nią sie stałaś - mruknęła cicho, ledwo słyszalnie. Wzrok jej sie zamglił - to przykre - westchnęła a potem zamrugała jakby wracając do siebie. Odchrząknęła wracając do siebie jakby sie nic nie zdarzyło.
- Ah tak... - Zerknęła na "buntownika". - Ty mały zdrajco. Cichaj mi tam. Nie zwracaj uwagi na tego szkodnika - pacnęła plaski brzuch. - w sumie jak już się oferujesz, to przy okazji możesz powiedzieć gdzie tu dają dobrą, gorąca czekoladę? Uwielbiam czekoladę. Mogłabym "zabić" za nią.
Zaśmiała się sama z siebie. Potem wstała z miejsca.
- Zmora wyszła z telewizora... Wybacz - zaśmiała się - zawsze chciałam to powiedzieć - wyszczerzyła swoje bialutkie ząbki - Pewnie czasem o tym słyszałaś co nie? Tylko nie nawiedzaj mnie w snach. - zmarszczyła zabawnie noskiem.
Dała jej pierwszeństwo wyjścia. Nie lubiła nikogo mieć z tyłu.
- Cóż... pułapka znajdowała się w śniegu. Nie zauważyłam jej. Odskoczyłam za późno wpadając z klatką w połamaną kończyną na drzewo, łamiąc zebra, które wbiły sie w płuco. Wiek robi swoje, wiec jak widać jestem tutaj i sobie rozmawiamy, wiec jest okey - wzruszyła ramionami. - Było minęło, ale przy najmniej skorzystaliśmy na tej rozmowie to już wiesz. No to gdzie mnie zabierasz?
lisica
Ona się zmieniła, ale Anastasius również. Nie był już tamtym chłopakiem, początkującym lekarzem, a raczej starym mężczyzną, który przeżył i widział zbyt wiele. Nie próbował jednak udawać kogoś, kim nie był, wybielać się ani próbować dotrzeć do niej w inny sposób. Może potrzebował czasu, aby podejść do niej bez obawy o to, co od niej usłyszy. Może czuł wstyd, że jest w tym ciele, że nie przypominał samego siebie, a jakiegoś młodego chłopaka w tatuażach, który raczej swoim wyglądem mógłby robić za kryminalistę.
OdpowiedzUsuń— Nie oczekuję tego od ciebie — odparł, gdy wyrzuciła z siebie, że nie rozumie i że nie ma zamiaru kłamać, że jest inaczej. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego zachowanie mogło być dla niej dziwne lub w jakiś sposób raniące, dlatego przyjął jej komentarz z pokorą.
Spojrzał w jej stronę, gdy wspomniała o herbacie lub spacerze. Ten wspólny czas zapewne byłby miły, a Anastasius nie musiałby się martwić, że zostanie źle zrozumiany. Damroka mimo wszystko sporo wiedziała o jego charakterze dżentelmena, który cenił sobie brak pośpiechu, brak komplikacji i jasną oraz konkretną rozmowę. Anastasius nie za bardzo umiał w uczucia, ale doskonale wiedział, jak nazywać swoje emocje i co z nimi robić. To dlatego jakiś czas temu z całą pewnością mógłby stwierdzić, że był gotów zrobić dla zmory wszystko, bo był nią zauroczony, bo chciał się zaangażować.
Nie nalegał ani jej nie poganiał, po prostu czekał, aż powie wszystko, co zechce. Nie oczekiwał wielkich wyznań, bo nie był jej przyjacielem w tym momencie, a raczej zachowywał się jak ktoś, kogo kiedyś dobrze znała, ale teraz, z biegiem lat, przybyło wiele pęknięć, wiele niewiadomych i pytań, aby móc tę relację nazywać zażyłą. Chciał jednak to naprawić.
— Osłabiona? — powtórzył, a kiedy wyznała, kim była, kiwnął lekko głową.
Nie dziwił się jej naturze ani też nią nie gardził. Anastasiusowi daleko było do tego typu ocen. Widział naprawdę wiele różnych istot paranormalnych, mniej lub bardziej krwiożerczych, pewnych siebie czy złamanych – i od żadnej nie odwrócił wzroku. Był chyba zbyt spragniony wiedzy, aby to zrobić.
— Więc potrzebujesz dobrze się posilić — stwierdził, bo chyba o to chodziło. Jeśli nie dolegało jej nic fizycznie, bo nie dręczyła ją żadna chora, to wystarczyło, żeby porządnie najadła się koszmarami innych, a doszłaby do siebie.
Anastasius wiedział, że zmory miały skomplikowaną naturę i były uzależnione od snów czy koszmarów innych. Z jedną miał już kiedyś do czynienia i to tutaj, w azylu. Może Damroka również mogła skorzystać z jego koszmarów o wojnie, krojeniu trupów, obozach?
— To nie był kłopot, Damroko — odparł niemal od razu i pokręcił krótko głową. Nie chciał, aby tak myślała. — Skoro potrzebujesz pożywienia, weź moje koszmary i sny. Weź tyle, ile potrzebujesz.
Wbił spojrzenie w jej twarz. Chciał oddać jej swoje koszmary dobrowolnie, nie musiałby się więc do nikogo zakradać, a też mogłaby wziąć tyle, ile potrzebowała. Nie myślał o konsekwencjach, bo nie zakładał, że będzie musiał. Mierzył się już ze zmorą, choć może nieco inną, i wtedy łatwo przychodziła mu kontrola nad snem – mógł przeskakiwać po obrazach, tworzyć to, co chciał, zmieniać scenariusz.
— Chyba to będzie lepszym początkiem naszej przyjaźni niż spacer czy herbata, prawda? — Uśmiechnął się pod nosem, spoglądając w jej stronę.
Anastasius
Wojskowy marsz był słusznym przypuszczeniem, bo w swojej historii Zayden miał bardzo dużo takich wcieleń, choć ostatnie takie miało miejsce osiem dekad temu i figurowało pod nazwą Waffen-Schutzstaffel. Dawno temu, ale pewnych rzeczy się nie zapomina, bo one stają się częścią istnienia. Miał chwilę, żeby przemyśleć sobie to, co Damroka mówiła jeszcze w pokoju przesłuchań, bo kilka rzeczy trochę mu się tutaj rozjechało. Skoro wyczuła w swojej wizji, że jakiś głupiec dorwał potężny artefakt, to wydawałoby się, że jest w stanie określić jakieś cechy szczególne tego głupca, bo inaczej może nie wiedziałaby, że to właśnie z takim typem mają do czynienia. A jeśli wizja była aż tak wyraźna, to powinno w niej zostać coś więcej niż tylko ogólne wrażenie zagrożenia, może jakiś ślad, szczegół, cokolwiek, co pozwoliłoby zawęzić krąg podejrzanych. Zayden nie lubił pracować na domysłach, a to, co usłyszał, wciąż brzmiało bardziej jak ostrzeżenie niż konkret. Było jeszcze naczynie, które mówiło coś więcej, choć wciąż niezbyt wiele, żeby wytypować kolejne osoby, które mogły maczać w tym palce, bo głupców z naczyniami mogło być tu przecież na pęczki. Czyli mieli jakieś dodatkowe informacje, ale tak w zasadzie to nie mieli nic, w co mogli uderzyć, bo jedyne, czego się dowiedzieli, a może raczej utwierdzili się w przekonaniu, to że sprawa jest śmiertelnie niebezpieczna.
OdpowiedzUsuńW biurze arbitra, stojąc nieco z boku, wysłuchał wszystkiego raz jeszcze. Nie chciało mu się tego komentować, bo naprawdę lubił tego starszego mężczyznę przede wszystkim za to, że zawsze wydawał dość klarowne polecenia, ale tym razem facet chyba trochę zbłądził. Niby jakim cudem on miał wykorzystać jej umiejętności, jeśli polegały one tylko na wyczuwaniu? Skoro i tak będą musieli sprawdzić każdego mieszkańca po kolei, to równie dobrze mogli to zrobić bez niej. Przesłuchali już kilku głównych podejrzanych w tej sprawie, ale nic nie wskazywało na to, że mogą być w to zamieszani, więc pozostawało teraz rozszerzyć poszukiwania o tych, którzy podejrzani są mniej, ale jednak wciąż mieszczą się w gronie tych, którzy mogli taki artefakt nabyć. Standardowa procedura, którą mieli zaplanowaną od początku. Nie otrzymali żadnych szczególnych poszlak, które mogłyby pchnąć ich dużo dalej, ale dodatkowe umiejętności Damroki z pewnością temu nie zaszkodzą, więc skoro została oddelegowana do tej sprawy, to niech tak będzie. Co dwie głowy, to nie jedna. Teraz wiedzieli przynajmniej, że na celowniku mają głupca z pradawnym naczyniem.
Wychodząc z pomieszczenia, zamknął za sobą drzwi i namierzył spojrzeniem Damrokę siedzącą na krzesełku. Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, rozważając w głowie kolejne kroki, po czym ruszył w jej stronę. Jeśli mieli posunąć się dalej z tym tropem, nie było sensu tracić czasu.
— Skoro startujemy z miejsca, w którym skończyliśmy, to zapoznasz się najpierw z listą osób przesłuchanych i z listą tych, którzy dopiero mieli być przesłuchani, a później ustalimy od kogo zaczniemy — oznajmił, a kiedy Damroka podniosła się z krzesełka, skierował kroki w stronę pozostałych policyjnych biur. — Może wspólnymi siłami szybciej wytypujemy sprawcę i trafimy w dziesiątkę — stwierdził, idąc prosto do pomieszczenia, w którym pracowali funkcjonariusze związani z kartotekami.
Na ten czas nie było co iść w teren, bo nie wiedzieli do czyich drzwi pukać, a szukanie sprawcy po omacku mijało się z celem.
Usuń— Przesłuchaliśmy cztery osoby, z tobą pięć — zaczął, podchodząc do biurka, na którym leżała właśnie ta sprawa. Wskazał krzesło, na którym Damroka mogła sobie usiąść i odłożyć swoje rzeczy, a sam sięgnął po skoroszyt i przełożył kilka kartek, wręczając jej listę osób już przesłuchanych. — A tu mamy sześciu tych, którzy są do przesłuchania w następnej kolejności — oznajmił, drugą kartkę kładąc przed nią na blacie. — I chyba na nich się skupimy.
Możliwe, że sprawca był na tej liście, a możliwe, że wcale nie, ale od czegoś musieli zacząć, żeby zacząć eliminować tych, którzy na pewno nie przyczynili się do nocnego chaosu.
Zayden Ward
Spuściła wzrok na swoje dłonie, obejmujące ładne naczynie po wypitej herbacie. Nie odpowiedziała, nie miała nic do dodania. Nie spała wcale, to nie były chwile bezsenności, to nie były nawet łapane pojedyncze godziny, aby się zregenerować... Nie spała. W ogóle. Dłonie zaczynały jej chwilami już drżeć, a chaos w jej wnętrzu wzburzony, ogromny, zaczynał domagać się uwolnienia, penetrując ją i wprawiając w bardzo niespokojne stany. Wiedziała, co to oznacza, szaleństwo a w końcu śmierć... nie chciała tego, ale nie wiedziała, co robić. Szukała rozwiązań, stąd również prośba do Damroki o pomoc, choć to ona podsunęła jej myśl, że mogłaby ją wesprzeć.
OdpowiedzUsuńNoor spojrzała na Damrokę z mieszanką niepewności i wdzięczności, czując, jak ciężar ukrywanego lęku spoczywa na jej barkach. Wiedziała, że kobieta mówiła prawdę, jej moc była ograniczona, a runy, nie dawały gwarancji pełnej kontroli. Jednak słowa Damroki brzmiały jak ostatnia deska ratunku w tym momencie, jak krok, który mógłby odsunąć najgorsze skutki od jej umysłu na choćby chwilę i dać wytchnienie. Nawet jeśli wiązało się to z uwolnieniem traum, z zdjęciem kłódki z tym zakamarków w głowie, które chowają najczarniejsze brudy.
- Wiem - wyszeptała cicho, zaciskając palce na kubku mocniej, aż pobielały jej knykcie na kostkach.- Wiem, że nie możesz obiecać, że wszystko będzie dobrze, ale doceniam to, co próbujesz zrobić. To znaczy wiele, że w ogóle chcesz pomóc, chociaż mnie nie znasz - przyznała i lekko opuściła ramiona. Czuła się tak zmęczona i tak... pokonana.
Przez chwilę obie siedziały w milczeniu, słysząc jedynie szmer wiatru przebiegającego przez okno i cichy oddech Noor, który coraz bardziej przypominał oddech kogoś, kto boi się, że za chwilę wszystko się rozpadnie. Patrzyła na swoje dłonie i na kubek, a w jej oczach wiła się cienka iskra niepokoju. Wiedziała, że nie ma wielu opcji, a czas działa na jej niekorzyść. Musiała działać szybko, by zyskać choć odrobinę czasu, jeśli kolejne próby i metody będą zawodzić.
- Tabletki nie działają, napary też nie... to były moje pierwsze podjęte kroki - dodała jeszcze, aby Damroka nie miała złudzeń, że Dubois nic nie robiła do tej pory. Robiła to i wiele innych rzeczy, by usnąć, a jedyne co przychodziło to rozgoryczenie i irytacja. Dzisiaj, w tym momencie, pojawił się przebłysk nadziei dzięki zmorze, ale... miała dość. Miała już tego wszystkiego serdecznie dość i czuła się bezsilna.
W końcu wstała, nie chcąc nadwyrężać gościnności blondynki. Odstawiła kubek na brzeg stolika, który nadal zastawiony był mnóstwem różnorakich wazonów i poprawiła szary sweter, luźno opadający z jej ramion na szczupłe ciało.
- Jeśli będziesz gotowa, daj mi znać, spróbuję... ja też spróbuję się przygotować - poprosiła, kierując się do drzwi. Ta wizyta była nieoczekiwana i dała zaskakujący skutek, a Noor jeszcze nie wiedziała, czy ją to do końca cieszy. Nigdy nie umiała mieć płonnych nadziei, wierzyć w coś tak, aby życzyć sobie, że to się spełni. Może poniekąd, przez to kim była, nie potrafiła marzyć.
Noor
Levi nie zamierzał się z Damroką kłócić. Przez lata współpracy zdążył nauczyć się, że ta gra nie była warta świeczki. Nie oznaczało to jednak, że każdą jej uwagę przyjmował potulnie do siebie i o ile w przypadku bałaganu byłby skłonny przyznać jej rację, o tyle na uwagę o kopaniu w żwirku wyraźnie się obruszył.
OdpowiedzUsuń— A ja niby kopię? — prychnął znowu. — Zobaczysz, jeszcze kiedyś będziesz chciała mnie pogłaskać, wszyscy chcą mnie pogłaskać, a ja ci wtedy takiego, o… — Wykonał słynny gest pewnego sportowca, który zmora mogła kojarzyć, bo choć w azylu przebywała znacznie dłużej, niż Levi, to przez wiele lat miała możliwość wychodzenia na zewnątrz i przez to mogła być na bieżąco z tym, co działo się na świecie, w przeciwieństwie do mieszkańców, którzy zmuszeni byli pozostać na miejscu. W Last Salvation nie działała skomplikowana elektronika, nie było Internetu i telewizji, a także wielu innych wynalazków charakterystycznych dla współczesności, które w niebywały sposób ułatwiały komunikację oraz śledzenie tego, co działo w najdalszych zakątkach globu. Jedynymi informacjami, jakie spływały do azylu, były te dostarczane przez Ściągających oraz Łączników, stąd wiele z tych istot, które pomieszkiwały tu dłużej, niż młody Ackermann żył, w obliczu pokazanego przez niego gestu najpewniej nie zorientowałyby się, że właśnie zostały obrażone.
Czasem kotołak zastanawiał się, jakim cudem plotki krążące o nim i Damroce nie słabły, mając się zaskakująco dobrze, bo o ile temu, że te plotki powstały, ani trochę się nie dziwił, o tyle temu, że przetrwały, już tak. Nie szczędzili sobie z Damroką uszczypliwości, które czasem były nawet brutalne, przekomarzali się często, a jeszcze częściej się ze sobą sprzeczali, co robili zarówno w bezpiecznych czterech ścianach, jak i na mieście, kiedy akurat zdarzyło im się być gdzieś razem, czy to celowo, czy to zupełnym przypadkiem. Owszem, nie przypadkiem, a celowo, raz na jakiś czas te plotki podkręcali. Wymieniali gesty, z pozoru niewinne, które jednak potrafiły dawać do myślenia, jeśli miało się pod nie odpowiednią podbudowę, a wyglądało na to, że plotkarzom wyjątkowo odpowiadało powiedzenie, że kto się czubi, ten się lubi. Levi i Damroka na tych plotkach korzystali. Dzięki nim Levi mógł wpadać do Damroki po każdym powrocie do Azylu, zostawiać u niej fanty, których posiadanie byłoby kłopotliwe podczas meldowania się w Ratuszu i odbierać je w dogodnym momencie, pozostającym czystym, w zamian za co? Za to, że przylgnęła do niego łatka stęsknionego kochanka? Och, potrafił to znieść.
Trudniej przychodziło mi zniesienie samej Damroki, która właśnie wywracała oczami, w rzeczywistości jednak Levi zaśmiał się cicho na ten widok, a wieść o tym, że Bożątko go nie lubi, skomentował wzruszeniem ramion.
— Złośliwe stworzenie — zauważył, jakby sam takim nie był i odprowadził zmorę wzrokiem. Znowu zostawiła go samego sobie na środku salonu, a on, zmotywowany jej wcześniejszym ochrzanem, był zdeterminowany do tego, aby pozostać w miejscu i niczego nie dotykać. Poczuł się tym jednak odrobinę sfrustrowany, bo też nie miał czasu na podobne nic nie robienie – musiał znaleźć naszyjnik, nim Thomas znajdzie jego. Stąd, kiedy po umyciu rąk, kobieta przecięła salon i skierowała się do pokoju Bożątka, poszedł za nią, wciąż dociskając ofiarowane mu opakowanie groszku do czoła, a nawet tuż za nią wszedł do środka, z tym że cofnął się zaraz, krzywiąc się zarówno pod wpływem zapachu, jak i światła latarki, które Bogojra skierowała wprost na jego twarz.
— Sam sobie poświecę. — Zręcznie zwinął latarkę z jej ręki, w ten szybki i wprawny ruch nie wkładając wiele wysiłku. Obrócił urządzenie w dłoni, skierował je na pokój i sam poczuł, że rzednie mu mina w miarę tego, jak snop światła odsłaniał przed nim kolejne tajemnice pokoju Bożątka. Zrezygnowany, opuścił latarkę i popatrzył na zmorę, łypiąc na nią spod paczki z mrożonym groszkiem. Strużka zimnej wody spłynęła mu po skroni i policzku, więc otarł ją wierzchem tej dłoni, w której trzymał latarkę.
— Nie prościej będzie znaleźć Bożątko i zapytać je, gdzie jest naszyjnik? — zasugerował. — Wolę grzebać w tej cholernej kuwecie, niż tutaj.
UsuńPo przetrząśnięciu szafy Damroki Levi czuł na sobie jej zapach i o ile jej zapach był przyjemny, o tyle zapach Bożątka, który osiadłby na nim po przeszukaniu jego pokoju, już do takich nie należał, a kotołak nie mógł sobie pozwolić na udanie się do domu i wzięcie długiego prysznica, kiedy wisiało nad nim widmo utraty zdrowia, a może nawet życia. Jednego i drugiego, a w przypadku tego drugiego, to nawet obu naraz miał pozbawić go Thomas, jeśli nie dostanie naszyjnika na czas, a czas ten kurczył się w zastraszającym tempie.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Anastasius podchodził do życia, przynajmniej obecnie, bardzo praktycznie. Nie lubił komplikacji, unikał konfliktów – egzystencja w małym miasteczku była dość ograniczona, a robienie sobie wrogów czy wzbudzanie podejrzeń innych mogło okazać się zabójcze, tylko że tym razem von Weiss nie mógłby przenieść się do innego ciała, które dopiero co by stygło, bo wśród mieszkańców istniały tylko i wyłącznie istoty paranormalne, silne, z co prawda ograniczonymi mocami, ale jednak mocami.
OdpowiedzUsuńTo, co przeżył poza azylem, było przeszłością i raczej starał się do tego nie wracać. Zostawił rodzinną rezydencję i rodziców, których własnoręcznie pogrzebał, za sobą, ale nie mógł rozstać się z bratem, dlatego powstał Oggy. Wbrew pozorom więc Anastasius był dość sentymentalny. Ostatecznie pamiętał przecież te śliczne, kobiece listy, słowa, zaszyfrowane słodkie wyznania – pamiętał o tym. I wtedy byłby gotów za to wszystko spłonąć i niczego nie żałować.
— Nie musisz się bać. — Zbliżył się do niej o krok, jakby z zawahaniem, bo za bardzo poddawał się ludzkim impulsom i instynktom; chciał bowiem pocieszyć Damrokę, ująć jej drobne ramiona w swoje ręce i uspokoić, zapewnić, że nie obawiał się ani jej natury, ani koszmarów.
— Wolę cierpieć, niż pozwolić, abyś ty cierpiała — wyznał szczerze, ostatecznie delikatnie łapiąc jej ramię. Damroka była drobną kobietą, szczupłą, ale bardzo ładną. Już wtedy, te kilkadziesiąt lat temu, podobały mu się jej jasne włosy, twarz i oczy. Wyobrażał sobie wtedy, jak całuje jej skórę, czoło i dolną wargę, którą czasem przygryzała, gdy była czymś zajęta.
— Nie jesteś i nigdy nie byłaś idiotycznie nierozważna, twoja natura wymaga pewnych rzeczy, to nic złego — odparł, spuszczając wzrok do jej rąk, gdy wygładziła wełnianą tkaninę. Małe, urocze palce, drobne ręce, jasne nadgarstki. Anastasius zauważał to wszystko, chłonął tę bliskość, którą sobie podarował, bo jeszcze się nie odsunął; wciąż trzymał jej ramię.
— Owszem, intymny, ale wcale mi to nie przeszkadza — stwierdził, aby miała tego świadomość. Anastasius nie czuł się speszony ani nie chciał, żeby zmora czegokolwiek się wstydziła, bo zaproponował jej swoje koszmary. Zrobił to, bo tego chciał, zrobił to, bo nie chciał, żeby znów zemdlała, głodowała. Kiedyś w listach obiecał, że postara się, aby nigdy jej niczego nie zabrakło. I skoro nie mógł wcześniej spełnić tego, co pisał, to pragnął zrobić to teraz, bo ostatecznie zawsze liczyło się jej dobro.
— Pokażę ci wszystko, zmorko — odpowiedział, nazywając ją pieszczotliwie, bo nawet jeśli Damroka w swojej pierwotnej formie była przerażająca i chłodna, to Anastasius niewielu istot naprawdę się bał, a jej? Jej bać się nie chciał wcale.
Podniósł rękę, obserwując zachodzące w kobiecie zmiany, a potem trącił kciukiem jej policzek.
— Zabraniam ci znikać, Damroko, dopiero naprawdę cię odnalazłem — rozkazał, patrząc w jej stronę z góry. Lisz odwrócił się chwilę później, a ze swoich zapasów eliksirów wyjął fiolkę z naparem, który miał pomóc mu szybko zasnąć.
— Pozwolisz, że usiądę obok ciebie. — Pochylił głowę w jej stronę z szacunkiem, z pełną dżentelmeńską gracją, a potem zajął miejsce i wypił eliksir. Zamknął oczy.
UsuńPierwsze, co poczuł, to zapach rozkładających się ciał. Widział swoich kompanów w okopach, wokół było ciemno, nad ziemią unosiła się mgła, słychać było strzały i krzyki, wybuchy zawładnęły ciszą, gwałcąc spokój, który jeszcze kilka godzin temu zagościł wśród żołnierzy.
Zaciągnął się słodką wonią, oglądając się za siebie. W śnie ubrany był w swoje eleganckie ubrania – wypastowane, ciemne buty, czarne spodnie w kant, koszula z czerwoną apaszką pod szyją, szelki, kamizelka i dłuższa marynarka z poręcznymi kieszeniami.
Nagły wybuch spowodował pisk w uszach. Z irytacją machnął ręką, a sen zmienił swój kształt. Tym razem widok sprawił, że w jego oczach pojawiło się coś mrocznego, zimnego. Prosektorium, a wokół wiele nagich, martwych ciał, niektóre z otwartą klatką piersiową, inne pozbawione oczu, nosa czy kończyn – nieudane eksperymenty i badania. Anastasius dotknął zakrwawionego stołu.
Anastasius
— Och, domyślam się. Inni bez wątpienia także — odparł, w ten bezpośredni sposób nawiązując do krążących na ich temat plotek i niezmiernie bawiło go, że on także zaliczał się do grupy mogącej wyłącznie snuć domysły na temat tego, czy Damroka faktycznie drapała za uchem tak dobrze, jak twierdziła. Nigdy nie przekroczyli tej granicy, zza której nie byłoby już powrotu, nie nadwyrężając w ten sposób swojej przyjaźni, o którą szczególnie w miejscu takim, jak to, warto było dbać. Levi szybko zrozumiał, że Damroka, która była przecież atrakcyjną kobietą, bynajmniej nie była jego rówieśniczką – o co byłby mógł ją posądzić jedenaście lat temu, kiedy trafił do Azylu i kiedy sam miał ledwo szesnaście lat, ponieważ Bogorja, z jej dziewczęcą i typowo słowiańską urodą wyglądała wyjątkowo młodziutko. Niemniej Levi i Damroka nie tylko nie byli rówieśnikami, a Damroka była od Leviego o nieco ponad dwa wieki starsza, co można było wywnioskować po tym, jak zachowywała się jeszcze jako Ściągająca, a co potwierdziły informacje, jakie z czasem Ackermannowi udało się o niej pozyskać. Stąd, nawet jeśli jako tamten gówniarz mógłby być skory do zawieszenia na niej oka, szybko wybił to sobie z głowy i to na tyle skutecznie, że dziś, stojąc pośrodku zagraconego salonu, mogli sobie z Damroką swobodnie dogryzać i żadne z nich nie czuło się przy tym niezręcznie, przeciwnie, towarzyszyła im ta niewymuszona swoboda, charakterystyczna dla relacji dwójki osób, które czuły się ze sobą bezpiecznie.
OdpowiedzUsuńPopatrzył na zmorę, kiedy ta się zaśmiała i patrzył na nią nadal, kiedy nazwała go kociakiem. Zjeżył się na to określenie, co bez wątpienia byłoby widoczne, gdyby pozostawał w kociej postaci, a co nie mogło zostać zauważone przez jasnowłosą kobietę, bo jedynie drobne włoski na jego karku stanęły dęba.
— Nie mam trzech, a nawet dwóch dni — burknął, bynajmniej nie podchwyciwszy radosnego, wręcz szczebioczącego tonu głosu swojej rozmówczyni i popatrzył na nią z rosnącym niedowierzaniem, bo nie przekopałby niemalże całego mieszkania Damroki, wywracając znaczną część jej rzeczy do góry nogami, gdyby sprawa nie była poważna. Mogli metaforycznie, bo za pomocą słów szczypać się na zmianę i mogli doskonale się przy tym bawić, ale jednocześnie Levi słyszał w głowie tykanie zegara odliczającego do wieczora, a na pewno do jutrzejszej pełni i był boleśnie świadom tego, jak niewiele miał czasu na odszukanie naszyjnika i przekazanie go wilkołakowi.
— Może Tommy mnie nie zamorduje, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pogruchotał mi kości — podjął marudnie, nie mając świadomości, jak bardzo w tym momencie przypomina Thatchera, który co rusz na coś utyskiwał. — Więc tak, poszukajmy Bożątka w lesie, zanim Tommy znajdzie mnie, bo wyglądał mi na kogoś, kto chciał wejść w posiadanie tego naszyjnika za wszelką cenę, a ja w jego oczach chyba nie jestem wiele wart.
Ackermann bynajmniej nie był puszkiem-okruszkiem. Był wysoki, bo miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, niemniej budowę ciała miał przy tym szczupłą. Choć mięśnie rysowały się pod jego skórą wyraźnie, nie był nabity i nie wyglądał jak ktoś, kto nie wychodził z siłowni, w przeciwieństwie do wielokrotnie wspominanego Tommy’ego, którego z powodzeniem można było porównać do góry mięsa. Levi górą mięsa być nie mógł z tej prostej przyczyny, że wtedy nie byłby zwinny i szybki, i właśnie w tym jednym względzie miał nad wilkołakiem znaczącą przewagę – nie miał z nim szans w bezpośrednim zwarciu, ale zawsze mógł mu się wywinąć i zacząć uciekać, bo biegał szybko, choć tylko na krótkie dystanse.
— Mam bluzę — oznajmił i rozejrzał się za nią po salonie, na szczęście – w przeciwieństwie do biżuterii z kamieniem księżycowym – namierzył ją tam, gdzie ją zostawił, na kanapie. — Kurtkę i szalik — wymienił, stojąc już przy kanapie. Wziął z niej wspomnianą bluzę, przez głowę wciągnął ją na tułów.
Nie miał czapki i rękawiczek, bo nie lubił w nich chodzić i nie nauczyły go tego nawet siarczyste, skandynawskie mrozy, tak różne od tych, do których przywykł w Anglii. Na szczęście dotąd niczego sobie nie odmroził, choć jeśli mieli spędzić noc w lesie, to istniało takie ryzyko.
Usuń— Przydałby się nam też jakiś prowiant — zauważył rzeczowo, bo skoro miał marznąć, to na pewno nie o pustym żołądku. — Nie zdążyłem zdemolować kuchni, nim przyszłaś, więc nie wiem czy w lodówce masz coś więcej, niż światło…? — Zerknął na Damrokę, przeczesując palcami wzburzone po założeniu bluzy włosy. Paczkę z mrożonym groszkiem porzucił gdzieś przed jej ubraniem i nie pokwapił się tym, by sięgnąć po nią z powrotem, skoro niedługo mieli wyjść, a guz na jego czole i tak miał się pojawić, nawet jeśli po drodze mógł okładać go śniegiem. Zimno mogło tylko zmniejszyć jego rozmiar, ale nie zapobiec jego powstaniu.
Levi nie mógłby gniewać się na Damrokę za to, co najprawdopodobniej – bo wciąż nie mieli całkowitej pewności – zrobiło Bożątko, bo przecież to nie ona kazała mu zwędzić naszyjnik. To była w pełni autonomiczna decyzja Bożątka, za które może i zmora nie tylko czuła się, ale i była odpowiedzialna, nie mogła jednak szukać w sobie winy za jego czyny i Levi nie zamierzał szukać jej także. Jeśli kogoś obwiniał, to wyłącznie Bożątko, ale i na nie wydawał się nie być zły. Jego zdenerwowanie brało się wyłącznie z tego, że gonił go termin, a Tommy był górą mięsa. W każdym innym przypadku Ackermann machnąłby na to ręką i na pewno nie dałby się namówić na wycieczkę do lasu, gdzie było zimno i niemiło.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛