Mokseo Rim
Dokkaebi — właściciel sklepu zielarskiego — w azylu od 7 lat — na ziemi od 1742 roku
Las był jego pierwszym domem i pierwszym nauczycielem. To tam nauczył się ciszy, cierpliwości i ostrożności wobec wszystkiego, co żyje. Z natury jest dobry i wrażliwy, łatwo chłonie cudze nastroje i długo je w sobie nosi. Zmiany w ziemi, w powietrzu i w ludziach wyczuwa niemal instynktownie. Zioła rozpoznaje po zapachu i dotyku, ale też po cichim wrażeniu, jakie w nim zostawiają. Otacza się nimi, bo w ich obecności czuje spokój i coś na kształt domu.
Przez wiele lat był blisko ludzi i ich codziennych trosk. Gdy okazywano mu życzliwość, odpowiadał troską, użyźniał pola i wzmacniał wzrost roślin, nie oczekując niczego w zamian. Gdy jednak go raniono, lekceważono albo próbowano zmusić do posłuszeństwa, stopniowo się wycofywał, a wraz z nim cichła ziemia. Obumierające plony były raczej śladem utraconej więzi niż karą.
Z czasem świat stał się dla niego obcy i zbyt głośny. Coraz trudniej było mu znaleźć miejsce, w którym mógłby pozostać sobą. Wędrował długo, niosąc w sobie zmęczenie i spokojną, niewyraźną tęsknotę. Ostatecznie trafił do azylu. Tam prowadzi niewielki sklep zielarski i żyje ciszej niż kiedyś, pielęgnując rośliny i pamięć o świecie, który potrafił jeszcze słuchać.
Przez wiele lat był blisko ludzi i ich codziennych trosk. Gdy okazywano mu życzliwość, odpowiadał troską, użyźniał pola i wzmacniał wzrost roślin, nie oczekując niczego w zamian. Gdy jednak go raniono, lekceważono albo próbowano zmusić do posłuszeństwa, stopniowo się wycofywał, a wraz z nim cichła ziemia. Obumierające plony były raczej śladem utraconej więzi niż karą.
Z czasem świat stał się dla niego obcy i zbyt głośny. Coraz trudniej było mu znaleźć miejsce, w którym mógłby pozostać sobą. Wędrował długo, niosąc w sobie zmęczenie i spokojną, niewyraźną tęsknotę. Ostatecznie trafił do azylu. Tam prowadzi niewielki sklep zielarski i żyje ciszej niż kiedyś, pielęgnując rośliny i pamięć o świecie, który potrafił jeszcze słuchać.
Hej!
iwoyii@gmail.com
szukamy wszystkeigo: przyjaźni, miłości niezaleźnie od gatunku i płci. Im bardziej skomplikowane wątki, tym lepiej!
iwoyii@gmail.com
szukamy wszystkeigo: przyjaźni, miłości niezaleźnie od gatunku i płci. Im bardziej skomplikowane wątki, tym lepiej!
[O, jaki on jest cudny! Podglądałam troszeczkę, przyznaję się... Emanuje z niego taka smutna łagodność i mądrość. Mam nadzieję, że znajdzie chociaż odrobinę szczęścia w pozłacanej klatce, jaką jest Last Salvation.
OdpowiedzUsuńZapraszam do siebie w razie chęci, chociaż relacja z Morrigan może być dla Rima trudna — jeśli jest wrażliwy na nastroje innych, to z nie do końca stabilną banshee obok może być mu trochę trudno.
Życzę dużo wspaniałej zabawy i weny! <3]
Morrigan
[Wyczuwam w nim taką wrodzoną dobroć, że aż serducho mi się kraje, że ktoś mógł go skrzywdzić, jak ludzie, z którymi miał do czynienia. Świetnie opisałaś otoczkę spokoju jaką emanuje wraz z towarzystwem zielonych roślin z pewnością potrafi ukoić wszelkie wewnętrzne troski.
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że Faith z przyjemnością schowałaby się w jego sklepie zielarskim napawając ciszą przy swoim nieodłącznym chaosie :)
Życzę świetnych wątków, a Mokseo nieco uśmiechu! W razie chęci zapraszam na burzę mózgów ;)]
Faith
[Och, czytam kartę i doceniam tę łagodność z niej płynącą. Mokseo jest cudowny. Wprowadza spokój, nie tylko na blogu, ale pewnie i w całym azylu. Myślę, że on jako dokkaebi może znaleźć wspólny język z wiedźmą, która na naturze poniekąd bazuje, także, jeśli chcesz, możemy coś pomyśleć. :)
OdpowiedzUsuńBaw się dobrze, samych wspaniałości. ♥]
Rory Nielsen
[Wyciszyłam się, czytając te kapejkę ❤️ dobrze, że do nas tu zawitaliście, może niektórzy ochłoną! Xd Mam wrażenie, że jest to absolutne przeciwieństwo mojej Noor, która choć nie jest gwałtowna, to nie ma w sobie nic z jego łagodności xD on jest po prostu jak plaster na wszelkie bolączki i aż żałuję, że nie jest prawdziwy!
OdpowiedzUsuńPięknych wątków i dobrej zabawy dla Was! Jakby co, wiesz gdzie nas szukać 😊]
Noor
[Dobry wieczór, cześć i czołem! 🤍 Cudownie jest widzieć Cię także tutaj 🤍 W stu procentach zgadzam się z moimi przedmówczyniami, zarówno od tej karty postaci, jak i od samego Mokseo bije zaraźliwy spokój. Przez to bardzo, ale to bardzo podoba mi się ta kreacja i będę trzymała kciuki za to, żeby ten spokój mógł trwać w Last Salvation i nie został zaburzony :)
OdpowiedzUsuńPonadto poczułam się zainspirowana tym sklepikiem zielarskim i moja głowę nawiedziła bardzo niespokojna wizja - wyobraziłam sobie bowiem Leviego jarającego skręta z kocimiętki lub waleriany xDDD Czy my chcemy tę wizję spełnić? xDDD]
LEVI ACKERMANN
[A pomyślałam sobie, że może Mokseo i Morrigan mogliby się kolegować? On mógłby dawać jej zioła na ból gardła, a ona odkładać dla niego książki botaniczne i różne ciekawe rzeczy, które trafiałby do biblioteki? Morrigan jest szorstka, ale w gruncie rzeczy dobra, więc myślę, że dogadaliby się ze sobą!]
OdpowiedzUsuńMorrigan
[hej!
OdpowiedzUsuńPrzyznaje, ze po raz pierwszy robię kitsune - miało być co innego. Wdzę fankę Mei ;) Oj ciężki był wybór z wizerunkiem.
Oj może być ciężko, no ale kto wie.
Dziękuję i nawzajem.
M. wydał mi się melancholijny, ale też pozytywnie nastawiony do świata.
Z chęcią - w zależności jak byś chciała zacząć od zera, kiedyś się poznali lub na spontana. Ze swojej strony to mi obojętne jak zaczniemy. Hota. wpadła tu przypadkiem (albo Inari ja tu zesłał ^^), jest zielona, ale mogła by potrzebować pomocy, zatem pomyślałam aby wpaść mu do piwnicy/zaplecza (cokolwiek, gdzie trzyma magazyn) i nocna pora mu namieszać. Oczywiście to tylko zarys, bo równie dobrze mógł sam porobić spacerki po lesie i ja zauważyć.
No chyba, ze masz sama cos na myśli, więc możemy zrobić burze mózgów ;)]
Hotarubi
[A dziękuję, bardzo się cieszę, że zarówno pomysł na wątek, jak i pomysł na postać Ci się podobają ^^ Ten kotołak chodził za mną już od dawna i cieszę się, że w końcu mogłam tchnąć w niego życie ^^
OdpowiedzUsuńNie, Levi nie lubi drapania za uszkiem, ponieważ jest z tych niedotykalskich kotów, ale za to nie ma nic przeciwko gadaniu ^^ W związku z tym mógłby przyjść do Mokseo po świeżą dostawę ziółek, a przy okazji od razu wyciągnąłby się w jakimś wygodnym fotelu ze skrętem i mógłby co nieco opowiedzieć?]
LEVI ACKERMANN
[Opcja rabatu dla stałego klienta jak najbardziej mi odpowiada ^^ To co, może ja nam zacznę po prostu od momentu, w którym Levi sobie do sklepiku przychodzi, a reszta wyjdzie nam w praniu?]
OdpowiedzUsuńLEVI ACKERMANN
[Zgłosiłam się na maila!]
OdpowiedzUsuńMorrigan
[No fakt, kobitka nie jest zła.
OdpowiedzUsuńTo może zaczniemy od samej piwnicy a później zobaczymy.
To teraz kwestia kto zacznie? Mogę ja, ale to chwile potrwa ;>]
Hotarubi
[dobra to zaczynam coś na luzie ;>]
OdpowiedzUsuńBiała kitsune była w drodze od parunastu dni. Straciła już rachubę, ale czasu zajęło jej pokonanie jednego kontynentu. aby dotrzeć na obecny. Wyczerpanie dawało jej się we znaki, jednak zatrzymywała się jedynie wtedy, aby się napić z napotkanego strumyka lub innego wodnego akwenu. Głód jej doskwierał, jednak bała się zatrzymać na dłużej, aby coś złapać. Zbytnio rzucała się w oczy, mimo faktu, że futro miała pobrudzone, to biel nadal było widać. Reszta anatomii tez rzucała się w oczy. Gdyby miała tylko jeden to śmiało by mogła być postrzegana za zwykłego lisa polarnego, który się po prostu zabłąkał. A tak... No, ale taka już była i nic na to nie poradzi.
Będąc jakieś wsi próbowała się podkraść do kurnika, ale psy ja zwęszyły. Przestraszona uciekła i pobiegła dalej nie oglądając się na wieśniaków. Jednak czuła zmęczenie, które na dłuższą metę w końcu osiągnie apogeum. Czasem myślała, że niepotrzebnie się stara, bo i tak nikogo nie miała by się nią zainteresował. Poza tym była z dala od domu, co wcale psychicznie nie ułatwiało kondycji. Łapy zaczęły ją piec, więc zwolniła, noc się zbliżała, więc mogła na chwilę sobie pozwolić na odpoczynek. Przebywała w okolicach gęstego boru, więc łatwiej jej się było wtopić i odczekać do rana. Do tego jak tylko dopadła najbliższych drzew, nie było mowy o bieganiu, zalesienie było zbyt gęste. Znalazła sobie jakieś wgłębienie w korzeniu drzewa i zwinęła się w kłębek, z pustym żołądkiem, który coraz częściej pokazywał, że ma coś zjeść. W tej nierównej "walce" w końcu udało jej się zasnąć. Ile spała? Trudno powiedzieć. Zaczął siąpić niewielki deszcz. Nic takiego, gdyby nie usłyszała wystrzału. Nastroszyła uszy chcąc wychwycić skąd on dochodzi. Została by w miejscu, w którym aktualnie była, ale dźwięki się nasiliły. Nie mając wyboru ruszyła się z legowiska i pobiegła truchtem w przeciwną stronę ignorując pulsowanie opuszków łap. Chyba ja usłyszeli, gdyż pobiegli w stronę, w którą losowo wybrała i wypuścili strzały. Pierwsze kule ja minęły i zatrzymały się gdzieś w korze drzewa, ale z ostatnim już nie było tak miło. Trafiła ja w bok, jak skoczyła. Przypadkowo, ale bolało jak diabli. Biały futro zaczęło robić się czerwone, brudząc i ułatwiając trop. Bolało, ale nie pierwszy to raz, gdy sobie coś uszkodziła i niekiedy goiło się tygodniami. Powoli zaczęły jej się odsłaniać zarysy budynków. Im się zbliżała tym stwierdzała, iż było to miasto. Niewielka ilość okien miała zapalone okna. Na wszelki wypadek unikała je, gdy tylko wpadła na bruk. Noc jeszcze nie znikła, jednak na wszelki wypadek trzymała się cienia. Na skręcie powinęła jej się noga i całym ciężarem wyrżnęła się na podłożu, wyduszając jęk. Coś pękło. Żebro? Wstała ociężale ciężko dysząc. Albo co innego. Pokręciła głową, aby odegnać mroczki. Musiała się ukryć. Nic jej nie przychodziło do głowy. Nie miała planu ani możliwości, za to słyszała pogłos między ulicami. Musiała się ukryć i przeczekać do rana. Tylko gdzie? Nie znała tego miejsca. Nic jej nie mówiło. Szło jej się z trudem, ale nie było wyboru. Rozglądała się na boki, aby w końcu wypatrzeć uchylone okno. Pobiegła jak szybko jej to kończyny pozwalały i wślizgnęła się do środka. Nie przewidziała tylko, iż pomieszczenie, w którym wylądowała, może mieć tak wysokie okienko. Zwaliła się nieporadnie na dół całym ciężarem, robiąc przy tym hałas niemiłosierny. Przez chwilę niezdolna do ruchu leżała aż próbowała wstać. Rozległ się kolejny trzask, przed oczami zrobiło się czerwono, a potem wzrok jej się zamglił i straciła przytomność.
[ Hejo! :)
OdpowiedzUsuńDziękuję za przywitanie i miłe słowa. Super, że Élara wywarła takie wrażenie, bo właśnie o to chodziło.
Jeśli to trochę pomoże z ciekawością, to nie, tatusiem nie jest żaden diabeł ani nikt z piekielnych czeluści :D Facet nie cieszy się aż taką popularnością, ale to może i dobrze...
Ale ojeju, Mokseo to chyba nadaje na podobnych falach :D Wydaje się taki delikatny i łagodny, trochę też do rany przyłóż. No, taki nawet uroczy :D
Jeszcze raz dziękuję i życzę tego samego. Wiadomo, czasu najbardziej i najwięcej :'D]
Élara Durant
Miała ochotę się poddać.
OdpowiedzUsuńSiedziała przed ładną, ciemnobrązową doniczką, w której jeszcze do niedawna rosła równie śliczna, ciemnozielona i dostojna monstera. Morrigan od czasu do czasu obracała ją w kierunku słońca, podlewała w zgodzie z zaleceniami otrzymanymi od Mokseo, a czasem nawet się do niej odzywała — być może samotne życie wpływało na nią mocniej, niż chciałaby przyznać. Słowem, robiła wszystko, żeby tylko utrzymać roślinę przy życiu, ale jej wysiłki znowu spełzły na niczym. Westchnęła ciężko i odwróciła wzrok od łodygi, z której odpadł ostatni liść.
Jej mieszkanie było ponure. Kawalerka — raczej mniejsza niż większa — czasami zdawała się przyduszać Morrigan. Kobiecie nigdy nie zależało na jasnych, zapraszających barwach (dlatego też ściany od dziewięciu lat pozostawały pomalowane na ten sam kolor, czyli zwykłą biel) czy drogich meblach, ale nie dało się ukryć, że czasami chciałaby poczuć domowe ciepło, czymkolwiek miałoby być. Półki uginały się pod ciężarem książek, niezbyt duże łóżko było starannie przykryte ciemnofioletową pościelą i czarnym kocem z frędzlami, a na małym, drewnianym stoliku kawowym często stała filiżanka z resztką fusów po kawie, ale nigdzie nie było żadnych zdjęć czy zwykłych ozdób. W końcu doszła do wniosku, że nic nie uprzytulnia wnętrza tak, jak rośliny — a przecież zawsze lubiła kwiaty. Dawno, kiedy była jeszcze dzieckiem, przed jej domem rosły starannie pielęgnowane przez ciotkę róże i dalie. Podobał jej się ten widok.
Szybko okazało się, że Morrigan po prostu nie ma ręki do kwiatów — zamordowała dwa storczyki, czerwoną pokrzywę, aloes (który podobno miał być niezniszczalny), pieniążka, a teraz do cmentarzyska dołączyła monstera. Nie miała pojęcia, co robi źle, przecież stosowała się do zaleceń, dostarczała odżywek... Kupiła jakiś biohummus z odchodów dżdżownic, mający rzekomo poprawiać kondycję roślin zielonych. Nic nie działało.
Zdecydowała, że spróbuje — ostatni już raz — sięgnąć po pomoc. Włożyła na siebie płaszcz i po chwili wahania chwyciła też donicę z żałośnie wyglądającą łodygą. Trochę było jej ciężko z niesieniem tego ładunku, ale na szczęście do sklepiku Mokseo nie miała aż tak daleko.
Kiedy dotarła na miejsce, nieco już zziajana, odstawiła resztki monstery na ziemię i podeszła do kontuaru.
— Mokseo, cześć — odezwała się głośno. Na szczęście w środku nie było nikogo innego. Morrigan wciągnęła w nozdrza prześliczną woń sklepu; pachniało tutaj świeżą ziemią, ziołami i czymś jeszcze, czymś świeżym i ciepłym.
Morrigan
Było późne popołudnie, kiedy Levi przetrząsał kuchenne szafki, trzaskając drzwiczkami na skrzypiących zawiasach i szufladami na pokrzywionych prowadnicach. Powinien się tym zająć, wyregulować zawiasy i prowadnice, a także je nasmarować, bo to nie było nic trudnego, ale dziś, mimo że miał wolne popołudnie i wieczór, nie miał do tego głowy.
OdpowiedzUsuńPotrzebował się zrelaksować. I potrzebował zrobić to dość pilnie, ponieważ w ostatnich dniach jego w miarę poukładane życie przestało układać się tak dobrze, jakby sobie tego życzył. W Azylu pojawiła się Rory, co nie miało prawa mieć miejsca, ponieważ Rory zginęła jedenaście lat temu. Natomiast minioną noc Levi spędził w areszcie, na twardej i niewygodnej pryczy, choć ciało bolało go także z tego powodu, że Zayden zmuszony był go poturbować, aby zachować wiarygodność i by obaj nie skończyli o wiele gorzej, niż w areszcie.
Był przekonany, że skręt dobrze mu zrobi. Rozluźni spięte mięśnie, załagodzi ból, otępi nieco pracujący na zbyt wysokich obrotach umysł. Z tym że Levi jak na złość ani w swoim pokoju, ani w aktualnie przetrząsanych kuchennych szafkach nie potrafił znaleźć zasuszonych ziół, tak cierpliwie hodowanych dla niego przez Mokseo. Naprawdę zużył cały zapas i zapomniał go uzupełnić?
Trzasnął drzwiczkami ostatniej szafki i, poirytowany, przeczesał palcami ciemne włosy. Kiedy się odwrócił, w progu kuchni dostrzegł ojca i, zaskoczony jego pojawieniem się, wysoko uniósł brwi. Stary Ackermann, mimo że od sześciu lat poruszał się na wózku inwalidzkim, wciąż potrafił podkraść się do niego niezauważonym, mimo że wózek do najnowszych nie należał i wiele jego elementów skrzypiało jak zawiasy w kuchni.
— Co, skończyły ci się ziółka? — rzucił Thatcher i uśmiechnął się pod nosem. Nie wyglądał na złego, bardziej rozbawionego sytuacją i tym, jak Levi na niego popatrzył.
— Skończyły — potwierdził, bo to, że palił, nie była żadna tajemnica. Thatcher też popalał i teraz ze zrozumieniem pokiwał głową.
— Może trochę ci podebrałem, kiedy cię nie było…
— Thatcher, ty stary… — urwał Levi, a to, czego nie powiedział na głos, wyraził mocnym spojrzeniem. Tak, zwracał się do ojca po imieniu, dokładnie w tych momentach, w których ten zalazł mu za skórę.
— No, nie piekl się już tak. Leć do Mokseo, pewnie ma jeszcze otwarte i weź trochę więcej, dla mnie.
Levi pokręcił głową, ale zamierzał zrobić dokładnie to, co powiedział mu ojciec i pomyślał o tym jeszcze przed tym, nim ten pojawił się w kuchni.
Minęli się – Levi ruszył do swojego pokoju, a Thatcher podjechał do niskiego stolika, na którym stał czajnik elektryczny i puszki z herbatą oraz kawą. Podczas gdy stary Ackermann robił sobie herbatę, co umożliwiało mu częściowe przystosowanie kuchni do jego niepełnosprawności, Levi zgarnął z szuflady biurka paczkę papierosów i skórzaną saszetkę z bletkami, filtrami i kraszerem.
Kiedy wrócił do przedpokoju, Thatcher znowu był w progu kuchni, z kubkiem herbaty w dłoniach.
— Nie siedź długo. Dam sobie nogę uciąć, że chłopak tylko udaje, że lubi tę twoją paplaninę.
— Jak wrócę, to będę — rzucił Levi, zarzucił na siebie zimową kurtkę i poupychał po kieszeniach niezbędne rzeczy.
Od sklepu zielarskiego dzielił go dwudziestominutowy spacer, ale że Leviemu trochę się spieszyło, to pokonał znajomą drogę w trzynaście minut i odetchnął, kiedy przez przeszklone w górnej połowie drzwi dostrzegł, że we wnętrzu sklepiku pali się światło. Nie było znowuż tak późno, dochodziła dopiero szesnasta, ale że mieli styczeń i znajdowali się na skandynawskim wygwizdowie, to zmrok zapadał wcześnie, nawet jak na to, że dnia zaczęło znowu przybywać.
— Mokseo? — rzucił, kiedy tylko przekroczył próg. Drzwi domknęły się za nim cicho. Rozejrzał się, ale mężczyzny nigdzie nie było. Musiał być gdzieś na zapleczu, o czym świadczyły dochodzące stamtąd dźwięki. — Mokseo, prawda, że masz dla mnie coś dobrego? — spytał i uśmiechnął się szeroko, kiedy mężczyzna z tego zaplecza wyszedł i przystanął za ladą.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[<.< zastanowię się, czy wybaczyć... *myśli" nie no, żartuje hehe, już chciałam wysłać misję poszukiwawczą do cb. ;> ps maila ci wysłałam]
OdpowiedzUsuńNie wiedziała ile czasu upłynęło. Czuła rozkosznie ciepełko i zrobiłoby jej się dosyć błogo, gdyby nie fakt, że czuła zwichnięta nogę i stłuczone od upadku płuco. Musiała się nieźle rąbnąć w... Zaraz gdzież ona właściwie wpadła? Otworzyła szeroko oczy z lekką paniką. Głowę miała skierowaną w stronę okna, z którego wpadła a teraz przez nie przebijały się pierwsze promienie słoneczne, które sprawiały że musiała mrużyć oczy. Po chwili odkryła na sobie ciężki koc. Zaczęła niuchać, ale że z pozycji leżącej ciężko było, to też zaczęła wstawać dysząc przy tym jak parowóz, jednak przy próbie wstawanie łapa odmówiła posłuszeństwa i usiadła na kuferek pisząc z bólu. Unoszące się w pomierzeniu zioła skutecznie maskowały inne zapachy, wobec czego nie wyczuła w istocie, że ma towarzystwo.
- Shimatta zrobiła się nieuważna. Nie zwracając uwagi na ból i trudności z oddychaniem odwróciła głowę w tamtym kierunku szczerząc kły i warcząc cicho, bardziej ostrzegawczo niż by miała atakować. Jednak kątem oka zarejestrowała i wodę i jedzenie, więc chyba nie był tym, który urządzał polowanie. Przyjrzała mu się uważniej. W sumie oboje się sobie przyglądali. Przestała warczeć, gdy pragnienie zwyciężyło. Ostrożnie na trzech łapach kuśtykając zaczęła podchodzić do miski nie odciągając wzroku od mężczyzny. Gapiła się długo, ale pragnienie zwyciężyło i zaczęła zachłanniej i szybko pić, bojąc się jakieś zasadzki. Ignorując sprzeciw ciała sięgnęła po mięso i kilkoma gryzami połknęła krztusząc się przy tym. Potem zaczęła się cofać aż dotarła do kąta, który mówił jej że już jej się skończyły manewry. Zakaszlała wypluwając skrzepy krwi, bolała ją też głowa, ale to pewnie w wyniku zjedzenia i picia w tak krótkim czasie i na raz. Przypadła do podłogi kładąc przy sobie uszy i obserwowała niepewna co dalej.
biała niezgrabna kulka
[ps2 mail był z 8 stycz. ;>]
Usuń[Dziękuję za miłe słowa! Ze swojej strony mogę się pozachwycać tutaj, bo Mokseo jest tak przyciągający, że ciężko oderwać się od karty! Co za tym idzie, jestem jak najbardziej za tym, by mimo oczywistych różnic, wpadli na siebie podczas tych leśnych wędrówek. Tym bardziej, że póki co, Siwoo będzie spędzał tam znacznie więcej czasu niż gdziekolwiek indziej. Aż się prosi. Spiszemy się na mailu, by ustalić szczegóły? :)]
OdpowiedzUsuńSiwoo
[ ślicznie dziękuję za powitanie! i rzucił mi się nieco w oczy kontrast między Hanbinem a Mokseo, który wydaje się kojący samą swoją obecnością. Aż się zastanawiam, czy może faktycznie byłaby szansa jakoś skrzyżować ich drogi, więc jeśli również masz ochotę, to myślę, że można nad czymś pokombinować <3 ]
OdpowiedzUsuńHanbin
Ustawiła uszy do pionu. Przekręciła głową jakby wsłuchując się w to co mówił jednak cały czas była spięta. Za krótko w mieście była, by się czuła bezpieczna. Będąc w ciągłym ruchu i jednocześnie w stresie, nawet nie była w stanie się całkowicie się zregenerować. Odległość od rodzinnego domu, na którym od wieków nie była, też swoje robiła. Wyczerpana emocjonalnie, całkiem się zamknęła na kontakty. Owszem zmieniała się, ale robiła to tak rzadko, że przestała odczuwać samotność. Wolała naturę, która dawała jej wolność i swobodę ruchu. Ostatnia rzeczą było lądowanie w czyimś domu albo miejscu pracy. Dopiero teraz przyjrzała się pomieszczeniu. Widziała przybory ogrodnicze, czuła ziemię. Tylko żałowała tej szafy na która przypadkiem wpadła. Łezka mimowolnie wypłynęła z oka. Spojrzała na mężczyznę, który nadal ją obserwował. Pisnęła a potem kichnęła czując wpadający do nosa kurz aż zapiekło jej w płucach, który dały znak że istnieją. Zaskomlała z bólu, łapiąc oddech. Jednak coś tam pękło. Trochę też bolały otarcia na opuszkach łap, więc musiała zmienić pozycję na półleżącą oczywiście cały czas, mając na uwadze towarzystwo, mimo że to ona była tu intruzem.
OdpowiedzUsuńUniosła się z trudem i jakoś z powrotem dokuśtykała do koca, kładąc się na nim. W odpowiedzi na pytanie machnęła ogonem. Była zadowolona, gdy już się względnie umościła i przymknęła oczy dając do zrozumienia, ze musi odpocząć. Zadowolona była, iż na chwile wyszedł zabierając miski.
Miała dłuższą chwilę, aby się rozejrzeć po pomieszczeniu.
Zapach ziół podpowiadał, jej że albo to była apteka, albo zielarnia. Wpatrzyła się w miejsce demolki i skupiła. Jak zawsze skupiając się na "pomocy" innym a nie sobie. Czasem sama czuła się jak duch. Ale teraz postanowiła "naprawić" to co zepsuła czerpiąc zasoby od siebie. Pot zalewał jej oczy, które teraz zasnuwała mgła, ale po chwili wszystko wyglądało mniej więcej tak jak było. Oczywiście nie wiedziała jak i co tam wcześniej stało, ale chociaż rośliny wyglądały jak nowe. W końcu zadowolona i całkiem wyczerpana ponownie się ułożyła, i zasnęła czując przenikliwe zimno, na swoim tymczasowym legowisku. Chłop pewnie się zdziwi jak wróci.
niepoważna kulka
— Z potrzebą. Przychodzę do ciebie z potrzebą — poinformował Levi, twardo wymawiając każde z wypowiadanych słów. W dwóch długich krokach pokonał pozostały dystans dzielący go od lady i przystanął przed nią. Zatrzymawszy wzrok na twarzy właściciela sklepiku, z kieszeni kurtki wyjął paczkę papierosów oraz skórzaną saszetkę z akcesoriami i ułożył je na blacie, co było gestem nader wymownym. Levi potrzebował czegoś, co będzie mógł spalić, a to, jak wzrok Mokseo zaczął błądzić po pomieszczeniu dało mu nadzieję, że to coś dostanie.
OdpowiedzUsuń— To jak? Coś się znajdzie? — dopytał, trochę tylko się niecierpliwiąc. Jakkolwiek Levi mógł uchodzić za skrytego i niedostępnego, często, a nawet zawsze zdradzało go zachowanie. Wystarczyło czytać mowę jego ciała i nie trzeba było być w tym wybitnym specjalistą, by widzieć, kiedy kotołakiem targały silniejsze emocje – tak jak kota zdradzał jego ogon, tak Ackermanna w jego człowieczej formie zdradzały gesty i ton głosu, co działo się bezwiednie, zupełnie poza jego zakresem kontroli.
Stąd Mokseo z powodzeniem mógł dostrzec, że potrzeba Leviego była pilna. Levi jednak ani nie zamierzał mężczyzny popędzać, ani bynajmniej niczego na nim wymuszać – Mokseo miał dostać dokładnie tyle czasu, ile będzie potrzebował na przygotowanie mieszanki ziół, bo w to, że te zioła miał, Levi bardzo chciał wierzyć.
Jednocześnie sam fakt, że kotołak znalazł się w znajomym wnętrzu sklepiku, podziałał na niego kojąco. Co prawda wszechobecny i intensywny zapach ziół oraz ziemi drażnił czuły węch Ackermanna i łaskotał go w nos, ale obecne w nim, znajome nuty były przyjemne. Ponadto w sklepiku było ciepło, a przytłumione i ciepłe światło bynajmniej nie raziło w oczy. Stąd ta nerwowość zakorzeniona w ciele młodego mężczyzny zaczęła powoli przygasać, a żeby usprawnić ten proces, Levi oderwał wzrok od twarzy Mokseo i zajął czymś ręce, zabierając się za przygotowanie skręta.
Nijak się nie krępował i zaczął robić to na tej samej ladzie, na której na co dzień Mokseo wymieniał sadzonki na pieniądze. Wyjął papierosa z paczki i zręcznym ruchem palców wykruszył z niego tytoń. Po tym wydobył z saszetki mały woreczek z filtrami, wyciągnął jeden z nich i stuknął nim o blat. Powrócił przy tym wzrokiem do Mokseo, pytająco unosząc brwi.
[Polecam się na przyszłość ^^]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Późne popołudnie powoli wpełzało między gęsto rosnące drzewa, jakby bało się zakłócić ciszę. Pojedyncze promienie słońca były już zawieszone nisko; docierały nie wyżej niż na półtora metra, cedzone przez łyse korony starych dębów i liche sosny. Siwoo siedział na zmarzniętej ziemi, tuż u stóp jednego z drzew. Opierał się plecami o chropowatą korę, a jedną z nóg trzymał podciągniętą pod brodę. W innych okolicznościach przejąłby się swoim obecnym położeniem, rozważył to, jak żałośnie musiał teraz wyglądać. Wstałby, sapnął ze złością i strząsnął z siebie osad lasu jak coś niechcianego… Teraz nie potrafił jednak zająć się poważniej każdym z tych elementów.
OdpowiedzUsuńZaciskał palce na rękawach rozpiętego płaszcza, jakby liczył na to, że ten gest pomoże mu utrzymać się w całości. Siwoo miał wrażenie, że mieszało się w nim teraz zbyt wiele. Sam gniew był w nim od dawna, niespotykanie gęsty, jak gorący, płynny metal wlany prosto w żyły. Znał go tak dobrze, panował nad nim. Był prosty, wskazywał kierunek i pozwalał na to, by ukryć za nim wszystko, co niewygodne. Ale tym razem, gdzieś tuż pod jego grubą warstwą, czaiło się coś jeszcze. Jakieś rozedrgane, duszne uczucie, które sprawiało, że oddech Hana urywał się niespokojnie. Nie miał dla tego nazwy. W jego dotychczasowym, prostym, czarno-białym świecie rzeczy albo płonęły, albo nie. To… było inne. Rozlewało się bez ognia, bez wrzasku.
Zamknięcie, kontrola, granice. Pułapka. Azyl.
Już samo słowo brzmiało jak kpina. Miejsce “ochrony”, w którym czuł się jak dzikie zwierzę z przyciętymi skrzydłami. Zasady, bezsilność, uprzejme uśmiechy kogoś, kto kąpał się w bredniach mówiących coś o równowadze i bezpieczeństwie. O tym, że tak będzie lepiej. Każda taka rozmowa zostawiała w nim bolesne ukłucie dokładnie tam, gdzie kiedyś był czysty instynkt. Moc. Pewność siebie. Kiedy próbował sięgnąć głębiej, do tego, co zawsze było tak naturalne jak oddychanie, natrafiał na mur. Bezlitosny, choć niewidzialny.
Pamiętał jednak coś jeszcze. Zasłyszane przypadkiem słowa, rzucone mimochodem przy jednym ze stolików w bibliotece, w której miał przymusowo pracować. Że gdzieś w granicach Azylu działał sklep z ziołami. Miejsce, gdzie można było szukać ukojenia, snów bez koszmarów… ciszy w głowie. Dwa razy kręcił się w jego pobliżu, udając obojętność. Stał po drugiej stronie brukowanej uliczki, w cieniu, obserwował wnętrze przez witrażowe okna i niewielką lukę, gdy drzwi wpuszczały i wypuszczały tych, którzy odważyli się zajrzeć do środka. Wydawało mu się, że wszystko wyglądało tam inaczej. Spokojniej. Jakby czas płynął tam odrobinę wolniej niż na zewnątrz.
Za każdym razem odchodził.
Prośba o pomoc oznaczałaby konieczność przyznania, że coś było nie tak; że z czymś sobie nie radził, a do tego Siwoo nie przywykł. Zawsze sądził, że słabość była zaproszeniem do ataku, nie do wsparcia. Zaciskał więc zęby i tłumił wszystko w sobie, aż uczucia zaczynały się ze sobą mieszać i zatracać wyraźne granice. Tak było łatwiej. Wygodniej.
Warknął pod nosem coś niezrozumiałego. Palcami jednej dłoni rozgrzebywał teraz ziemię, zostawiając w niej nieregularne bruzdy. Gdyby mógł, jednym ruchem obróciłby ten las w pył. A może i cały Azyl. Podobne, krótkie, ale gwałtowne, obrazy pojawiały się w jego głowie same. Płomienie, krzyk, rozpadające się formy. Zawsze jednak gasły, jakby ktoś tłumił mokrymi palcami lekki, drżący płomień na zapałce. To dziwaczne ograniczenie było nie tylko wokół niego, ale także gdzieś w środku, w nim, pod skórą, na której nakreślono mu skuwające runy.
Jego dłoń odruchowo znów powędrowała w ich kierunku, wdzierając się najpierw pod płaszcz, a potem pod zbyt luźną bluzę, by drapać boleśnie to jedno miejsce, które zdawało się nie należeć już do reszty ciała. Oddał się temu bezmyślnie, pozwalając na to, by paznokcie sunęły po delikatnej skórze, choć wiedział, że było to działanie nie tylko bezcelowe, ale i wymierzone jedynie przeciw sobie samemu. Trwał w tej pozycji dopóki las nie zmienił nieco zapachu. Gdy nie odniósł wrażenia, że nagle docierało do niego trochę mniej słońca, a więcej chłodu.
Siwoo zamarł na krótki moment, opuszczając dłoń i ignorując fakt, że pod jego paznokciami czaiła się teraz odrobina zdradliwej czerwieni.
UsuńTo nie był dźwięk ani nawet ruch. Wyczuł delikatne przesunięcie w powietrzu, jak wtedy, gdy ktoś stawał mu za plecami, ale nie zdążył wypuścić spomiędzy warg choćby jednego słowa. Jego ciało zareagowało szybciej niż umysł. Złość przybrała na sile, bo wiedział doskonale, że gdziekolwiek poza Azylem, wyczułby tę obecność dużo wcześniej. Gdyby tylko dane mu było być na powrót sobą, bez żadnych ograniczeń, nigdy nie pozwoliłby nikomu zbliżyć się tak bardzo.
— Nie czaj się — szepnął jedynie, będąc więcej niż pewnym, że nieproszony przybysz, kimkolwiek by nie był, doskonale go teraz usłyszy. — Nie chcę tego. Nie mam na to czasu.
I Siwoo po raz pierwszy od bardzo dawna nie był pewny, czy bardziej niepokoiło go to, co miało się dopiero wydarzyć, czy to, że nie wydarzy się… nic.
S.
[...mam nadzieję, że może być >.<]
Wzruszyła tylko ramionami w geście rozpaczy. Znów, miała ochotę odpowiedzieć, ale stan monstery mówił sam za siebie. Nie dało się tego w żaden sposób ograć. Naprawdę zamordowała kolejnego kwiatka i do tego znowu przychodziła po pomoc… Ale jeśli ktoś w tym miasteczku mógł uratować ten smutny ułamek monstery, to tylko Mokseo.
OdpowiedzUsuńMorrigan nie wiedziała, skąd wzięło się w nim tyle ciepła, ale grzała się nim. W Last Salvation brakowało osób takich, jak Mokseo. Większość osób wydawała się albo pochłonięta własnym cierpieniem, albo szamotała się w zbyt ciasnej klatce, w której często nie znalazła się przecież z własnej woli. Morrigan była pewna, że Mokseo też z czymś się zmagał — każdego ścigały jakieś demony — ale nie pozwolił na to, by ból go zniekształcił, wypaczył. Gdyby nie czuła wobec tego tak ogromnego podziwu, zapewne tylko by mu zazdrościła.
— Mogę się postarać — stwierdziła bez większej nadziei, patrząc na jego poczynania. Jego palce delikatnie prześlizgnęły się po tym, co zostało z monstery. Lubiła oglądać to, jak Mokseo przywołuje rośliny do życia; to była piękna zdolność. — Nie chciałabym znowu cię męczyć.
Uśmiechnęła się tylko i skinęła głową, bo tak — herbata z bławatka brzmiała jak coś, co mogło ukoić nieco jej zaczerwienione gardło. Przy okazji posiadała też niezwykłą właściwość podnoszenia na duchu, chociaż to mogła być zasługa dobrego towarzystwa. Włożyła ręce do kieszeni płaszcza i podążyła za mężczyzną na zaplecze, które znała już całkiem nieźle. Nie pierwszy raz wpadła na bławatkową herbatkę.
— Jestem jedyną tak beznadziejną klientką czy może przychodzą też inni? — zapytała z lekkim rozbawieniem. Oparła się o blat jakiejś drewnianej szafki, w której zapewne kryły się mieszanki ziołowe, a przynajmniej tak sugerowałby zapach. Zerknęła na Mokseo. — Jeśli jestem jedyna, to skłam, proszę. Poprawisz mi tym humor.
Morrigan
Nikt nie zachodził, więc długo spała. Zapachy ziół pomagały uspokoić umysł i nerwy, acz nie było to tym samym jakby je po prostu żuła. No ale mimo wszystko była tu intruzem, przypadkowym ale zawsze. Nie nawykła do udzielonej dla niej pomocy, zwykle sama pomagała, gdy postanowiła gdzies ostać na kilka tygodni, albo i dłuzej. Zwykle pomagała przy plonach, jak to w zwyczaju miała jej rodzina pod duchowym przewodnictwem Inari, acz wśród klanu zdażały sie szamanki i uzdrowicielki, wiec była blisko zwiazana z roślinami. Smutna była, gdy chorowały, albo umierały za posrednictwem ludzi albo i przypadku. Wiec chociaz tak mogła pomoc mimo wyczerpania i głodu, który stał się dla niej dniem powszechnim.
OdpowiedzUsuńPotrzebowała więcej snu, ale żołądek miał inne plany. Jedym uchem przechwyciła cichy szelest. Powstała ociężalu i skupiła się na nim, aby szybkim ruchem zakończyć istnienie. Dobre na mini śniadanie, ale i tak podziekowała za życie, które zakończyła. Wróciła do koców. Oj mogłaby się przyzwyczaić... pomyślała moszcząc się na materiale. Naprawdę potrzebowała ziół i pewnie uruchomienia konczyny na pare dni, która teraz spuchla. No i masz babo placek, nie trzeba było się ruszać, ale mysz była pyszna na przekaske.
Zastrzygła uszami, gdy wrócił własciciel otrzasajac ogony, które zgrabnie podkuliła pod łapy. Szczeknęła w odpowiedzi i wyszczerzyła zeby w imitacji uśmiechu. No miała inne spostrzeżenia na ten temat no i było za późno. Przechyliła głowę na bok słuchajac. Co prawda mogła sprobować myślowo, ale kazdy dziwnie reagował na obcy głos w głowie, no i najlepiej jej było przez polaczenie, które trwalo chwilowo, no ale zawsze to lepsze niz nic.
Niespecjalnie lubiła jak ktoś jej dotykał, nawet jak "konsumowała" energie poprzez akty, ale nawet w tym bywała zielona. Co nie było dziwnym, bo nikt jej nie uczył. Została sama zanim dotarła do wieku mlodzienczego. Potem unikała kontaktu nawet zreszta lisiej populacji sama siebie skazujac na życie wyrzutka nigdzie nie bywajac zbyt długo. Niczym duch przemykała po świecie az w końcu stała sie zimna.
Teraz zaś intesywnie myślała, bo wydawało jej się, iz ten stłumiony ziemisty zapach, gdzieś czuła i był jej znajomym. Aż wysiliła mózg do ożywionej pracy. Wyciagnęła pyszczek i znowu zaniuchała. Na bank, gdzieś go widziała i czuła. Podrapała łapą w podłogę, jakby w niemej prośbie o podejście i zerknęła przeciągle na niego i na spuchnięta łapę. Wyjątkowo pozwoli się przenieść a tym czasem bedzie mogła leciutko uszczknąć jego energi. Tak ociupnikę, aby móc rozwiazać te zagadkę. Co prawda tu też było dobrze, no ale skoro twierdził, iż tam nikt nie wchodził, to pozostanowieniu stwierdziła, ze pewnie ma racje. Pisnęła zaskoczona, gdy została uniesiona. Zerknęła na twarz. Bojąc się zsunac zaczepiła pazurkiem. Zapiszczała przepraszajaco kladac na boki uszy. Liznęła językiem i doznała objawienia, gdy leniwy stumyczek dotarł do mózgu. Napewno go widziała. Pomagała w końcówce walki, gdy jakiś człowiek już prawie go dobijał. Nie lubiła przemocy, ale jeszcze bardziej nie ciepiała Łowców. Ten juz miał go dobić, gdy sam padł martwy. Wtedy wówczas był, krótki okres, gdy pomagała jako piastunka i wracała ze służby w idealnym momencie. Normalnie by sie tym nie przejeła, ale miała zły okres w zyciu i czekała na wybuch. No i swietne pole do wyżycia nawet jesli krótkie.
Aby go uleczyć z wiekszych ran, "weszła" w niego i swoja moca "naprawiła" śmiertelne rany. Potem zaniosła go do swego wynajetego mieszkanka i tam dogladała. Czuła, że tak powinna.
Ale żeby go tutaj spotkać calego i zdrowego? Nie pomyslala nad tym... Pisnęła z uciechy i polizała po policzku ucieszona ku całkowitemu osłupieniu mężczyzny. A ona po prostu się cieszyła jak małe dziecko, ze go widzi acz praktycznie się nie znali kompletnie.
[tak trochę rozszerzyłam ich pierwsze spotkanie ;> sorki, że bez powiadomienia, ale wpadłam na to podczas pisania o.O]
uradowana kulka