nagłówek

16.12.2025

[KP]

If life is pain then I buried mine a long time ago.
Życie rozpoczęło się od żartu. Kapryśny wybór naczynia do powicia, obarczony pospolitym nazwiskiem rozpoczynał drogę opadającej salwy śmiechu. Oczywiście żartowniś napędzany iście optymistyczną kreatywnością w wyborze imienia — bowiem zwykła ziemianka przy odrobinie nieszkodliwych emocjonalnych sieci zgodziłaby się na absolutnie wszystko — skacze niczym rozchichotane dziecko z radości nad swoim przenikliwym umysłem wpisując na akcie urodzenia “Faith Smith”. Takim oto sposobem stała się kowalem wiary w żart. To był pierwszy raz, kiedy spotkała Lokiego.

                                Zdrada czai się w rechocie, a uśmiech skrywa nóż.

Szybko natomiast udało jej się przeistoczyć żart w chaotyczną siłę sprawnie i początkowo całkiem nieświadomie narzucając przeróżne iluzje swoim, (och jak bardzo!) irytującym ziemskim rówieśnikom. Bali się jej, kiedy poprzez obserwację potrafiła dokładnie uderzyć w ich największe słabości rozsiewając pozorne choroby umysłowe, a własne czyny kwitowała jedynie wzruszeniem ramion, rozbawionym uśmiechem i wrodzoną satysfakcją. Przeraziła się dopiero wtedy, kiedy reprymenda matki rozbudziła w niej nastoletnią falę ciężkich emocji, a ciało zaczęło doznawać okropnie bolesnych deformacji. Zwierzęcy instynkt przejął nad nią kontrolę, a ona sama wraz ze śliską powłoką węża napędzaną złością zapomniała o człowieczeństwie. To był pierwszy raz, kiedy doświadczyła zmiany kształtu i drugi raz, kiedy spotkała Lokiego.

                        Blizny przypomną Ci człowieka, zanim wąż pochłonie duszę.

Wszystkiego nauczyła się sama — metodą prób i błędów, przez wiele lat pracując nad wypaczeniem ludzkich emocji, które powodowały niekontrolowane zmiany kształtu (a były ich aż trzy). Wewnętrzna pustka została wybawieniem od ran, bowiem skażona człowieczą krwią nie była w stanie sprostać wymaganiom boskich genów. Mimo wszystko starzała się znacznie wolniej, niż (słabi) rówieśnicy. Wraz z matką nigdy nie zaznały ciepła stabilności zmuszone do częstych podróży w celu zatuszowania roztaczającego się chaosu jakim była. W końcu ludzki zegar biologiczny empatycznej i kochającej rodzicielki wybił ostateczną godzinę zostawiając Faith samą sobie. Brak wzorca człowieczeństwa, tłumiona moc, jak i rozpacz obudziła w niej nieokiełznaną magię ognia palącą wszystko co spotkała na drodze. Wtedy po raz pierwszy doznała wizji Ragnaröku oraz trzeci i ostatni raz, kiedy spotkała Lokiego.

                                    Ragnarök niesie ogień, a chaos spali i Ciebie.

Po latach ucieczki przed samą sobą wreszczie trafiła do Last Salvation. Swoją wieloletnią lojalnością i niezwykłą bezwzględnością czynów zyskała uznanie przełożonego ściągających, który (mogłaby przysiąc, że przymyka oko) nie zauważa jej drobnych występków wiedząc, że i tak wykona każde z jego poleceń. Nawet jeśli będzie ją to kosztować skrawki wspomnień, kolejne blizny na ciele, chroniczną bezsenność, a nawet widmo przybliżającej się coraz bardziej wizji Ragnaröku. Ale nie ma to żadnego znaczenia, bowiem wie, że w Azylu jej moce stają się przyjemnie otępiałe, a jak co wieczór skopie parę mieszczańskich tyłków na podziemnej arenie.
Faith Smith
demigod | dziewięćdziesiąt pięć lat zamkniętych w ciele dwudziestoparo latki | córka zwykłej krawcowej oraz boskiego Lokiego | zmiennokształtność: lis, wąż oraz kruk | mistrzyni iluzji i fałszywych emocji | niekontrolowana magia ognia | w Last Salvation od trzydziestu lat | ściągająca z wieloletnim stażem | zagorzała fanka kickboxingu

 Kod do karty, nieco zmodyfikowany
mail: vulnerasanenturgirl@gmail.com  
buźki użyczyła: Renata Gubaeva, cytat w tytule NF - Paralyzed
Szukamy wszystkiego! :)

30 komentarzy:

  1. [Cześć! Świetna, skomplikowana, twarda babka. Mam wrażenie, że jest tak uparta, a zarazem nieprzekupna, że jak już obierze cel, to można się schować za nią, albo zejść na bok - tylko, inna opcja to ryzyko. Nie chciałabym stanąć jej na drodze...
    Sporo potrafi, ale też za wszystko dużo zapłaciła. W jej sile widzę dużo smutku i pustki. My autorzy, jesteśmy parszywym i draniami.
    Baw się dobrze, nie spal nas tutaj xD Noor chętnie przygarnęłaby liska, ale z resztą nie wiem, czy umiałaby sobie poradzić ;)]

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ależ ona jest cudowna! I geneza powstania jej imienia i nazwiska, cholera, chciałam powiedzieć, że uwielbiam imię Faith, a tutaj taki pstryczek w nos... a właściwie pstryczek w nos od Lokiego. A to psotnik. ;-)
    Mam nadzieję, że w tym swoim otępieniu Faith odnajduje spełnienie i zostanie w Last Salvation jak najdłużej.
    Co prawda w karcie wspomniałam, że za ściągnięcie do azylu Rory odpowiada niejaka Anathea, ale zawsze mogę to zmienić, jeśli to Faith okaże się tą, która ostatecznie wprowadziła moją czarownicę do tego miejsca.
    Baw się dobrze, samych cudowności życzę. ♥]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dzień dobry, cześć i czołem :) Patrząc na to zdjęcie w karcie postaci, nie potrafię pozbyć się skojarzenia z Matyldą z Leona Zawodowca. Może nie bezpodstawnie, może nie tylko ze względu na podobieństwo, ponieważ tak jak los brzydko zadrwił z Matyldy, tak z Fatih zadrwił wręcz dosłownie. I odnoszę wrażenie, że Faith po dziś dzień z tą drwiną się nie pogodziła, ale może się mylę?
    Jeśli tylko przytłumienie mocy i skopanie paru tyłków na arenie przynoszą jej upragnioną ulgę, to pewnie przestrzeganie zasad w azylu nie sprawia jej większego kłopotu ;)
    Cieszę się, że zdecydowałaś się do nas dołączyć i życzę Ci udanej zabawy na blogu, a gdyby Levi mógł się Faith do czegoś przydać, to oczywiście zapraszam do siebie :)]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dzień dobry, po prostu musiałam przywitać się z Faith! <3 Niezwykłe połączenie umiejętności, a przy okazji szalenie niebezpieczne — ogień parzy sam w sobie, a co dopiero, gdy podsycany jest przez tak silną i charakterną władczynię iluzji...
    Faith wydaje się dzika, potężna i mimo wszystko trochę przestraszona. Życzę Ci wspaniałej zabawy, a w razie chęci zapraszam do siebie. <3]

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  5. [Tułanie się po świecie to chyba nieodłączny element wszystkich niezwykłych istot, ale taka już ich dola, niestety. Najważniejsze, że Faith odnalazła w azylu swoje miejsce i dostała fuchę, która, mam wrażenie, bardzo ją satysfakcjonuje. A skoro rzeczywiście tak jest, to mi pozostaje życzyć Tobie świetnej zabawy na blogu! Z taką postacią nuda na pewno nie będzie Wam doskwierać! :D]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  6. [No i świetnie, najważniejsze jest robić to, co się lubi, haha! :D Akurat tę kwestię mam już ustaloną: Zayden po prostu zbyt brutalnie potraktował Obdarzonego, którego tropił, aż w końcu go wytopił, czym złamał kilka zasad i punktów przysięgi. Poza przerzuceniem do komisariatu, to jeszcze odbiło się boleśnie na nim samym pod wieloma względami, więc kara była sroga. Ale tutaj nikt go nie sprzedał – to się wydało, bo to było po prostu widać i czuć, a że Zaydenowi już kilkakrotnie zdarzało się przesadzić, to Arvis znalazł świetny pretekst, żeby go wypieprzyć. Założyłam, że oni od początku nie pałają do siebie sympatią. W każdym razie, Faith mogła się temu przysłużyć, jeżeli uważasz, że to się zgadza z jej charakterem. Wyczytałam, że jest lojalna i ma uznanie Arvisa, więc to by w sumie pasowało. Tylko nie wiem, jaki wątek z tego sklecić, żeby nam to hulało, bo raczej żadnemu z nich nie będzie wtedy zależeć na przebywaniu w swoim towarzystwie. Ewentualnie jakaś niechciana współpraca zawodowa, powiedzmy.]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  7. [Przepraszam? ^^ Ale przynajmniej teraz nie jestem sama z tym skojarzeniem hue hue ^^
    Co do wątku, na burzę mózgów jestem jak najbardziej chętna i zacznę może od tego, że Levi podziemną arenę zna, ponieważ szmugluje różne rzeczy z zewnątrz do azylu i w dużej mierze to właśnie w arenie większość tych rzeczy przekazuje mieszkańcom. To, że oboje zdają sobie sprawę z jej istnienia, będzie można jak najbardziej kiedyś wykorzystać :)
    Natomiast bardzo ciekawie byłoby rozpisać coś na zewnątrz, skoro oboje mają możliwość opuszczania azylu. Może Faith próbowałaby ściągnąć kogoś z najbliższej okolicy azylu, a Levi znalazłby się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie i zupełnie niechcący by jej w tym przeszkodził? Nie wiem czemu, ale wyobrażam sobie, że to mogłoby być jakieś dziecko - na zasadzie, niby nie powinno być z nim kłopotu, a jednak kłopot będzie i to wielki ^^
    Myślę, że wygodniej może być nam na mailu, więc w razie czego zapraszam: panienkazokienka92@gmail.com]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Hej!
    Ślicznie dziękuje za powitanie i miłe słowa! Właśnie chciałam, żeby Mokseo był takim spokojnym, wrażliwym typem :3
    A do sklepu zapraszamy z otwartymi szeroko drzwiami! Zgotujemy jakąś pyszną herbatkę :3 ]

    Mokseo

    OdpowiedzUsuń
  9. Było jej… dziwnie. Nie przywykła do tego, aby ktokolwiek ograniczał jej wolność. A tutaj, wbrew zapewnieniom, wolności nie miała praktycznie wcale. Otrzymała rzekomo bezgraniczne bezpieczeństwo, miejsce, które mogła nazywać domem i pracę, w której otrzymywała wynagrodzenie. Sztywno określone normy finansowe narzucone przez tutejszą Radę, która zdawała się kontrolować każdy, nawet najmniej istotny aspekt życia mieszkających tu istot.
    Nie potrafiła przywyknąć. Co prawda nikt jej nie dyktował, o której powinna chodzić spać i o której musiała wstawać, całe szczęście, że dostała pracę w Brudershaftcie, gdzie nie zaczynałą zmian z samego rana, choć bywało, że w weekendy rano je kończyła. Zadziwiającym było, że życie w tym konkretnym barze nie różniło się od tych barów, które znała spoza azylu, a w których również przyszło jej pracować.
    Nie miała bowiem innych umiejętności, a akurat tutaj nie mogła dorabiać sobie w fusze wiedźmy, bo jej moce były zablokowane. I dlatego było jej dziwnie. Do tej pory, przez te wszystkie lata, żyła w swoistej symbiozie z otaczającą ją energią. Teraz jej praktycznie nie czuła. Były dni, że czuła się kompletnie wyjałowiona, a innymi mogła rzucić drobne zaklęcie, które miało się komuś przysłużyć. Była zła, osaczona, nieswoja.
    Było jej naprawdę dziwnie, gdy codziennie, niemal każdego ranka, próbowała przekonać samą siebie, że trafiła do odpowiedniego miejsca. Dzisiaj było podobnie, z tym, że dzisiaj miała swój pierwszy wolny dzień. W pełni zasłużony, bo wypracowany. I poniekąd była z siebie dumna. To było akurat miłe uczucie, podobnie jak to, że faktycznie miała swoje mieszkanie i donikąd się nie spieszyła. Wysypiała się na wygodnej kanapie, zakupy chowała w działającej lodówce i brała prysznic z wiecznie ciepłą wodą.
    Postanowiła wykorzystać ten dzień, aby wreszcie, na własną rękę, poznać Last Salvation. Do tej pory uważała, że istoty tu żyjące są jak zaprogramowane. Codziennie widziała z okna jedne i te same twarze, spieszące o tej samej porze, w to samo miejsce. Chciała chociaż spróbować się przekonać, że było inaczej.
    Po skromnym śniadaniu opuściła mieszkanie. Było zimno. Bardzo zimno. Śnieg zalegał na ulicach, choć służby porządkowe odśnieżyły ich większość, tworząc niezbyt szerokie ścieżki do przejścia. Rory miała puchową, długą kurtkę, szalik i czapkę z pomponem naciągniętą na uszy. Dopiero w drodze zakładała rękawiczki, czując jak mróz wbija drobne szpileczki w jej dłonie.
    Śnieg przyjemnie skrzypiał pod ciepłymi butami, gdy wydmuchiwała powietrze z ust, pojawiała się para. Liczyła na szybkie nadejście wiosny i lata, bo zdecydowanie nie przywykła do takiej zimy, choć krajobraz prezentował się całkiem… ślicznie. Mijała kilka stałych bywalców baru, ale i też całkiem nowe, nieznane jej twarze. Szła w kierunku pomnika Morrisa Stroble’a, który częściowo widziała z okien przydzielonej jej kawalerki.
    Krążyła wzdłuż pomnika, wczytując się w ryte w kamieniu nazwiska. W pewnym momencie się zatrzymała. Pobladła, jakby rażona prądem, gdy wśród wielu nazwisk, dostrzegła to znajome.
    I tak stała. Kilka minut. Może kilkanaście. W bezruchu, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie. Nie wierzyła i jeszcze długo miała nie wierzyć w to, że ktoś z jej rodziny trafił tu przed nią. Nikt nie przeżył, więc… jak?

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  10. [cześć.
    No cóż... to było ponad 400 lat temu, gdzie stara się nie myśleć o tym podczas podróży a Azyl... zbyt świeża jest, by się wypowiadać, ale podejrzewam, że tym dla niej będzie, chyba, ze spróbuję uciec, bo nie jest typem, który lubi siedzieć długo w jednym miejscu.

    Chęci zawsze są gorzej z pomysłami, więc może być i burza. Mi na luźnego przychodzi wytropienie tej mojej kulki w lesie w opuszczonym namiocie, w którym koczuje kilka tygodni]

    Hotarubi

    OdpowiedzUsuń
  11. [Cześć, cześć!
    Dziękuję za wszystkie miłe słowa :D Cóż, tym głównie zajmuje się Élara – uspakajaniem, więc to dobrze, że tak się dzieje.
    Po przeczytaniu historii Faith odnoszę wrażenie, że jeśli jakoś nasze babeczki miałyby się dogadać albo w ogóle rozpocząć znajomość, to chyba dlatego, że Élara się bardzo stara być dobrą matką. Wiesz, ten fragment o tym, jak Faith przeżyła śmierć swojej i jak została ze swoim chaotycznym życiem sama, dał mi tak do myślenia :) No jak sama wspomniałaś, ten cały spokój, którym Élara emanuje mógłby dodatkowo przyciągać :D
    Na wątek zawsze jestem chętna, więc jeśli mamy na czym bazować, to czemu nie? :D Może Faith rzeczywiście uległaby aurze, którą roztacza wokół siebie Élara i czasem zamiast pójść skopać tyłki, przyszłaby najpierw posłuchać bajek opowiadanych Calebowi? :D]

    Élara Durant

    OdpowiedzUsuń
  12. Levi często kręcił się w najbliższym sąsiedztwie Last Salvation, pozostając jednak poza jego granicami, które wyznaczał zasięg bariery ochronnej. Nie zapuszczał się dalej, kiedy miał za zadanie sprawdzić, czy w pobliżu nie działo się nic niepokojącego, a z takim przykazem opuścił Ratusz po odmeldowaniu się u przełożonego Łączników. To była prosta i przyjemna robota, ponieważ najczęściej nie działo się nic i z przekonaniem, że nie inaczej będzie także tym razem, Levi pokonywał ścieżkę prowadzącą przez las i łagodne wzniesienia, by po wspięciu się na jedno z nich jego oczom ukazało się położone w niewielkiej dolince miasto. Miasteczko właściwie, bo przecież znajdowali się na odludziu, na dodatek na terenie o ukształtowaniu niesprzyjającym budowaniu metropolii.
    Levi przystanął, zapatrzył się na widoczne poniżej, w oddali zabudowania i odchyliwszy rękaw kurtki, zerknął na zegarek. Miało zacząć zmierzchać za dwie godziny, więc do miasteczka miał zejść jeszcze, kiedy będzie widno. Zaciągnąwszy się zimnym powietrzem, ruszył w drogę.
    Był już na płaskim terenie, przy pierwszych zabudowaniach, kiedy idąca z naprzeciwka postać wydała mu się znajoma. Ani trochę znajome nie było dziecko, na oko dziesięcioletnie, które Faith prowadziła ze sobą, ale że była Ściągającą, to pewnie po prostu dorwała nieletnią, paranormalną istotę. Mijając je, bo dzieckiem okazała się dziewczynka, Levi lekko skinął Faith głową. Nie zatrzymywał jej, tym bardziej nie zagadywał, bo sprawne doprowadzenie dziewczynki do Azylu i jak najszybsze zniknięcie z oczu postronnych obserwatorów było kluczowe. Tym bardziej, że dziecko zdawało się iść z Faith niechętnie. W zasadzie, jeśli by być bardziej szczegółowym, Faith ciągnęła je za sobą, trzymając mocno za nadgarstek.
    Levi obejrzał się za nimi jeden raz i poszedł dalej. Nie minęło jednak pięć minut, a zza rogu, pośród gęstniejących, niskich zabudowań, wypadł zziajany mężczyzna. Wpadłby na Ackermanna, ale ten uskoczył i bezwiednie syknął ostrzegawczo, niezadowolony z tego, jak blisko było nieprzyjemnej stłuczki.
    Mężczyzna poderwał głowę, przystanął, a potem zmierzył Leviego wzrokiem.
    — Nie widział pan dziesięciolatki? Miała granatową kurtkę i czerwoną czapkę? — wyrzucił z siebie na jednym tchu. — Żona mnie zabije, wyszedłem na sanki z córką, zaczęła bawić się z grupką innych dzieci i… zniknęła — powiedział jękliwie, robiąc zbolałą minę.
    Levi zmarszczył brwi, pochylił lekko głowę.
    — Widziałem — powiedział, nieznacznie przeciągając samogłoski. Czyżby Faith się pomyliła? A może po prostu znalazła zagubione dziecko? Tylko dlaczego ciągnęła je do Azylu, bo Levi nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że właśnie tam z nim zmierzała?
    Oczy mężczyzny rozbłysły nadzieją, na rumianą od mrozu twarz wystąpił nieśmiały uśmiech, jakby nieznajomy jeszcze nie do końca wierzył w to, co usłyszał.
    — Naprawdę? — tchnął, na co Levi skinął głową.
    — Tylko musimy się pośpieszyć. Pan pójdzie za mną — rzucił, a potem ruszył w tę stronę, z której przyszedł. Mężczyzna podążył za nim i teraz obaj maszerowali szybko, aż wyszli spomiędzy zabudowań na drogę prowadzącą poza miasteczko. Kilkadziesiąt metrów przed nimi zamajaczyła Faith, bo w te kilka minut ze stawiającym opór dzieckiem nie mogła zajść za daleko. Levi zaczął zastanawiać się, co nią kierowało. Jeśli to było zwykłe dziecko, to dlaczego nie poszukała jego rodzica? Zamiast jednak porządnie się zastanowić, przyspieszył kroku, a towarzyszący mężczyzna wręcz wyrwał się biegiem ku majaczącym przed nimi sylwetkom. Levi nie od razu puścił się za nim. Najpierw przyłożył ręce do twarzy, dzięki czemu dźwięk miał się lepiej ponieść.
    — Faith! — zawołał. — Zaczekaj!
    I dopiero wtedy potruchtał za ojcem, który czym prędzej chciał dotrzeć do córki. A przynajmniej tak mu się wydawało.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  13. Levi poniewczasie zorientował się, że coś jest nie tak. Truchtał za biegnącym mężczyzną, który oddalał się od niego, a skracał dystans do Faith i prowadzonego przez nią dziecka, będąc przekonanym, że ta pogmatwana sprawa zaraz znajdzie swoje szczęśliwe zakończenie, kiedy Faith odwróciła się i zasłoniła sobą dziewczynkę. Cała reszta wydarzyła się szybko – tak szybko, że nawet wyostrzone zmysły kotołaka nie wyłowiły wszystkich, istotnych szczegółów.
    Sylwetka biegnącego mężczyzny zaczęła jaśnieć, co było widać tym wyraźniej w zapadającym mroku, a śnieg pod jego stopami zdawał się topnieć – Levi zaczął dostrzegać ciemniejsze ślady, które zostawiał za sobą mężczyzna. Nie, nie mężczyzna – to musiała być tylko powłoka mająca zmylić ludzi i pomniejsze istoty paranormalne, ponieważ w kolejnym momencie ludzkie kształty, jeszcze widoczne pośród jasnej poświaty, rozmyły się kompletnie w białym świetle.
    Levi zwolnił, zmrużył powieki i przesłonił oczy przedramieniem, po czym jego nogi ugięły się pod czyjąś przygniatającą obecnością. Padł na kolana, podparł się na rękach, palce kurczowo wbijając w zmarznięty śnieg. Miażdżąca siła naparła na jego ciało zewsząd, gotowa uczynić z niego worek pełen pogruchotanych kości i zgniecionych organów. Levi chciał krzyknąć, ale powietrze, zamiast uciec z jego płuc, zostało brutalnie w nie wtłoczone i kotołaka zadławił się, przekonany, że coś właśnie rozerwało mu płuca.
    Nie widział, co działo się z Faith, z dziewczynką i tym mężczyzną, którego sam tutaj podprowadził, a który wcale nie był zatroskanym ojcem. Gdyby tylko tak bardzo go nie bolało i gdyby tylko nie miał wrażenia, że umiera, gnieciony niczym robak pod butem, Levi plułby sobie w brodę i przeklinał własną głupotę.
    Nagle wszystko ustało. Levi padł bezwładnie prosto w śnieg i łapczywie wziął oddech. Leżał tak, oddychając spazmatycznie, z kłującym bólem w piersi, aż przypomniał sobie o Faith i o dziecku. Podniósł się na czworaka, dostrzegł nieopodal sylwetkę Ściągającej, ale nigdzie nie widział dziewczynki. Zaklął, z trudem podźwignął się na nogi i zataczając się, pokonał tych kilka kroków dzielących go od kobiety, aż przy niej ponownie padł na kolana i złapał ją za ramię.
    — Faith? — wycharczał, potrząsając nią lekko. — Faith? — powtórzył i nie zważając na potencjalne konsekwencje, bo mógł pogorszyć jej stan, przekręcił ją z brzucha na plecy. Wtedy zauważył nie tylko, że Faith oddychała, ale że też zatrzepotała powiekami. Wtedy puścił jej ramiona, opadł pośladkami na pięty, westchnął głęboko, a zaraz po tym się rozkaszlał.
    — Co to było? — spytał ochryple, podnosząc na nią załzawione po ataku kaszlu oczy. Ciało nadal go bolało, płuca piekły przy każdym wdechu, a świat wokół delikatnie wirował. Zostali sami, na prowadzącej pod górę, pokrytej śniegiem ścieżce. Nie było śladu ani po dziewczynce, ani po mężczyźnie.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  14. [No nie możemy nie mieć wątku, zsumowawszy fakt jej wizji Rangnaröku, obopólnej niechęci do ludzi, nawet jeśli innego źródła, oraz tego, że Fionntán jako ifrit włada ogniem i gorącem, to jeśli z nim można się w ogóle dogadać, to zrobi to ona. Ogólnie cudna jest całościowo <3
    Może on ją zacznie uczyć panowania nad żywiołem? Oczywiście nic za darmo, ale jako ścigająca ma mu sporo do zaoferowania. A z niego stara dupa jest, więc zapewne ma spore doświadczenie w kontroli swoich umiejętności i kapryśności tej konkretnej. Żeby było ciekawiej, to może wyjść przypadkiem i Fionntán może odnieść wrażenie, że jest przez nią atakowany, zanim się zorientuje, że ona straciła kontrolę. Zmusi go to do użycia magii ognia, co go przede wszystkim wkurwi, bo ona ma najgorszy wpływ na ciało syna. Myślę, że normalnie z runą nie jest do niej zdolny w ogóle, ale możemy założyć, że będzie tuż przed jej odnowieniem. Jak to brzmi?]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  15. [Widzę tu kilka problemów: przede wszystkim z racji tego, gdyby Fionntán był obok, wioska miałaby małą szansę się spalić, bo on by po prostu skontrolował ten ogień. No chyba oczywiście, że spalenie tej wioski mogłoby mieć dla niego jakiś cel, ale w przeciągu ostatnich 150 lat on się wycofał z tematu walki istot magicznych z ludźmi i skupił się na zagadnieniu syna. Chyba, że potrzebował ofiar dla jakiegoś boga zaświatów, z którym dyskutował nad swoim problemem, wtedy jak najbardziej.
    Druga kwestia to, że kontrolowanie ognia uszkadza ciało chłopca. Gdyby zmuszony był to zrobić w azylu, miałoby to sens: chroniłby miejsce, które chroni jego dziecko. Poza azylem też musiałoby to być tym motywowane, tj. ocaleniem syna, które swoją wagą przewyższałoby uszkodzenie minimalnie jego ciała.
    Więc ew. sprzed azylu wchodziłaby w grę opcja właśnie w stylu, że zmanipulował twoją panią do utraty kontroli na swoją mocą, żeby oddać tę wioskę w ofierze jakiemuś bogu. Mógłby nie chcieć robić tego samodzielnie, bo zależało mu na czasie, a nie chciał ryzykować uszkodzeniem ciała syna.
    Druga opcja jaką widzę, to że coś by się zadziało w azylu, co sprawiłoby, że doszło do błędu w symulacji i akurat ich runy przestały działać, co im obu nie byłoby na rękę. Mogłoby to mieć związek z burzą emocji, która doprowadziłaby do utraty kontroli Faith, a Fionntán mógłby po zdjęciu runy swobodnie używać magii ognia, choć kosztem ciała. Obie opcje jednak trochę naciągane chyba?]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  16. [O, to się pięknie składa w całość. Tylko z tą wizją Fionntána odpada - odkąd opanował tę moc jego jasnowidzenie działa na bazie intencji, a nie niekontrolowanych wizji, a jako że z dostał dotkliwą nauczkę, że z posiadaną w ten sposób wiedzą nic zrobić nie może, to odpuścił korzystanie z tej magii i ją wycisza. Ale mam inny pomysł, tworzę mu powiązanie i na jego bazie Fionntán może chcieć ściągnąć do miasteczka bardzo upartego boga, który pomóc mógłby mu w kontrolowaniu rozkładu ciała syna. Ten bóg zaginął przed wiekiem i mój dżinn na pewno będzie potrzebował dłuższej współpracy ze ścigającą w celu jego odnalezienia. Myślę, że może mieć Faith na oku od dłuższego czasu, on to ogólnie jest takim wilkiem w owczej skórze, co to swoje rozgrywki planuje na dłuższą metę. Pytanie tylko jak ją skłonić do współpracy? Fionntán jako ifrit ma zdolność wyczuwania cudzych pragnień, stąd mógłby wiedzieć, że Smith pożąda kontroli wewnętrznego ognia. W miasteczku rozniosła się też plota, że jeśli ktoś ma jakieś nietypowe potrzeby, to warto zajrzeć do antykwariatu mojego chłopa, bo ma przeróżne przedmioty na najróżniejsze problemy, a jeśli nie ma, to może je załatwić. Jest szansa, że Faith przyjdzie do niego w celu zakupienia czegoś, co wyciszy jej problem, a Fionntán będzie jej mógł wtedy zaproponować barter? Muszę tylko ostrzec, że na pewno posypie go brokatem swoich złośliwości.]

    Fionntán Ó Cuanáin

    OdpowiedzUsuń
  17. [Jeśli to jazda na rowerze, to przy tej karcie miałam wrażenie jazdy bez trzymanki :D Bardzo dziękuję za powitanie i chciałabym wykorzystać zaproszenie do burzy mózgów. Damroka pracowała kiedyś jako jedna ze Ściągających - może to mogłoby stanowić punkt zaczepienia? Mogłybyśmy osadzić wątek w przeszłości - jeśli jesteś zainteresowana to możemy przejść na maila, żeby było łatwiej ustalić szczegóły ;) ]
    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  18. [Oh, nawet nie wiesz jak się cieszę, że tekst łaskocze wyobraźnię! Historia Twojej pani jest szalenie ciekawa. Loki to jeden z moich ulubionych bogów, więc nic dziwnego, że Faith przyciąga mnie jak magnes! Jestem chętna na wspólne brojenie, więc pozwolę sobie odezwać się niebawem na maila (:]

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  19. To niby nie była jej pierwsza wyprawa, a jednak stresowała się bardziej niż przed wieloma poprzednimi. Po raz pierwszy od dawna w podróży towarzyszyła jej inna osoba, co zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa powodowało nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, zapraszając myśli do gonitwy ku wspomnieniom tak odległym, jakby obrazy tam zebrane nigdy nie zostały namalowane. Góry, górujące nad nimi i oświetlane jedynie słabym blaskiem księżyca, przypomniały jej moment, gdy po raz pierwszy pojawiła się na Wyspach – wśród gęstej mgły, zgniłych liści i niekończących się pastwisk.
    Pamiętała tylko pojedyncze chwile. Z biegiem lat dawne wydarzenia zdawały się rozmywać jak stary list wrzucony do kałuży. Pamiętała wsiadanie na statek płynący do nowego domu – jednego z tak wielu. Prawie dwieście lat kręcenia się w kółko, ciągłego powracania do punktu wyjścia, przerwało dopiero przeprowadzenie się do Azylu. Wcześniej nie potrafiła oprzeć się ani pokusom pozostałości swojej ludzkiej strony, ani tym mroczniejszym, które przyszły do niej, gdy była jeszcze bardzo młoda.
    Przez długość swojego istnienia powinna była już osiągnąć formę ostateczną, a jednak miała wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem galopuje w poszukiwaniu zmiany, nie przystając nawet na chwilę. Wciąż była ciekawa, zainteresowana, z szeroko otwartymi oczami na nowe możliwości – a jednak dzielenie mieszkania z koleżanką po fachu zaburzyło rutynę, z której istnienia nie zdawała sobie wcześniej sprawy, ani jak wielką czerpie z niej przyjemność.
    Lubiła tę ciszę nad ranem w obcym miejscu, gdzie nawet najmniejszy szmer wywoływał gęsią skórkę i to szczególne podniecenie, które towarzyszyło każdej samodzielnie zdobytej wskazówce. Czy będzie potrafiła cieszyć się informacją, jeśli nie pozyska jej sama? Zapewne zastanawiałaby się nad tym głębiej, może nawet poprosiłaby o zmianę przydziału jeszcze w Azylu, ale wiele lat temu obiecała sobie, że nie będzie myśleć za dużo.
    Działanie wychodziło jej na dobre. Nie tonęła wtedy we własnym smutku ani w nieprzeżytym życiu, które utraciła na długo przed pojawieniem się na świecie swojej towarzyszki podróży. Przez wszystkie dni i noce spędzone w drodze nauczyła się, że zbyt intensywne wpatrywanie się w samą siebie sprowadza ją na kolana – a potem całkiem do poziomu podłogi. Nie lubiła się czołgać w bólu, któremu było daleko do katharsis, a znacznie bliżej do brudnego upodlenia, po którym zostawał jedynie żal do samej siebie. Tak było i wtedy, w miejscu wyjątkowo ciemnym i zimnym – niemal jak noc otaczająca hotel, gdy po raz ostatni jej stopa dotknęła betonowej płyty w londyńskim porcie.
    — Jesteśmy jedynymi gośćmi w obiekcie — zwróciła się do towarzyszki, którą chwilę wcześniej zostawiła przy samochodzie, by odnaleźć ukryty kluczyk do miejsca, w którym miały spędzić noc.
    Podróż zajęła im cały dzień i większą część wieczoru. Gdy dotarły w okolice Leckmelm, z ulgą przyjęła potwierdzenie rezerwacji, dokonanej jeszcze w drodze z lotniska. Do dyspozycji miały niewielki domek letniskowy, przypominający konstrukcją holenderkę. Z jednej strony budynku rozciągał się widok na drogę biegnącą wzdłuż posesji, z drugiej zaś widać było ciemny zarys szczytu, u którego podnóża się znajdowały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otworzyła bagażnik i wyciągnęła duży plecak, małą walizkę oraz torbę z zakupami zrobionymi po drodze. Bez słowa ruszyła w stronę domku, posyłając w stronę Faith słaby, zmęczony uśmiech.
      Była głodna. Jej na wpół żywe ciało domagało się kalorii – lecz to nie tego głodu się obawiała. Z każdą chwilą, gdy słońce znikało za horyzontem, coraz bardziej bała się głodu, który przychodził każdej nocy. Czuła, jak jej wnętrzności same się trawią, jak ciemna strona krzyczy, rozdzierając trzewia w oczekiwaniu na pokarm.
      W Last Salvation pragnienie energii było mniejsze, cichsze i łatwiejsze do zaspokojenia. Wystarczał czyjś zły sen – nawet niezwiązany z nią – okruch strachu, ciche zakwilenie bólu albo grymas wywołany niesmakiem. Karmiła się ochłapami, wystarczającymi, by nie zabrać nikomu zbyt wiele. Za każdym razem, gdy opuszczała teren Azylu, wracały dawne pragnienia i obawy, że znów zrobi komuś krzywdę.
      Nie o Faith się martwiła. Wiedziała, że demigod(ka?) jest od niej znacznie silniejsza – zapewne nawet odporna na jej próby posilenia się. Tego była niemal pewna. Problemem były domy mijane po drodze, z żółtym światłem sączącym się przez okna, jasno świadczącym o obecności ludzi. Choć wiedziała, że musi się pożywić, czuła wstyd – nie potrafiła zrobić tego bez niczyjej wiedzy tak, jak podczas samotnych wypraw.
      Miała poczekać, aż Faith zaśnie, i spróbować wymknąć się niepostrzeżenie? Na ten moment wydawało się to najrozsądniejsze. Ostatecznie jednak D. postanowiła zrobić to, co robiła najlepiej – zostawić problem na później.
      Wchodząc do domku, zapaliła światło. Walizkę rzuciła w kąt, plecak postawiła przy stole, a zakupy odłożyła na blat niewielkiego aneksu kuchennego. Usiadła na krzesełku stojącym przy stole w centralnej części chatki, po drodze wyciągając z plecaka laptopa, który szybko rozłożyła i sprawnie przywróciła wcześniej zamknięte strony.
      — Jeszcze na lotnisku znalazłam kilka informacji, które mogą naprowadzić nas na stado — zwróciła się do koleżanki po fachu. — Chcesz zerknąć? — zapytała, spoglądając na nią uważnie.
      Damroka

      Usuń
  20. Damroce blisko było do ucieleśnienia chaosu. Jeszcze przed przemianą wykazywała się brakiem jakiejkolwiek rozwagi we wszystkim, co robiła — uchodziło jej to płazem jedynie dzięki byciu najmłodszą z rodzeństwa oraz wyjątkowej umiejętności zjednywania sobie sympatii mieszkańców wioski, w której mieszkała. Jej matka wiedziała o tym od momentu, gdy Damroka bez cienia strachu poznawała świat jako dziecko, a ta ciekawość — zamiast z czasem słabnąć — jedynie się pogłębiała.
    Lata mijały, a ona wciąż była gotowa wspinać się na jabłonkę tylko po to, by zerwać najczerwieńsze z jabłek, które na niej rosły; czekać na każdy zachód słońca z wypiekami na twarzy, bo przecież ten jeden mógł okazać się najpiękniejszy; czy parzyć sobie język za każdym razem, gdy dostawała gorącą kaszę — bo ta mogła być najsmaczniejsza. Chęć doświadczania uzależniała, a jej niepohamowany entuzjazm do życia sprawiał, że zalotnicy ustawiali się w kolejce po jej rękę od momentu pierwszego krwawienia. Nie czuła się najpiękniejsza w całej wsi, ale miała pewność, że żyje najbardziej.
    Każda podróż, każdy przebyty kilometr i każde nowe miejsce, w którym spała, przypominały jej o marzeniach młodej dziewczyny, którą niegdyś była. Kiedy Dobromir pojawił się w ich wiosce ze swoim straganem i opowieściami o wielkim świecie, cała rodzina Damroki wiedziała, że dziewczyna przepadła — i że żaden chłop, nieważne ile ziemi i uroku by posiadał, nie miał z tym człowiekiem żadnych szans.
    Była siódmą z córek. Wszystkie jej siostry od dawna były już po ślubie, dlatego gdy Dobromir udał się do jej ojca z prośbą o błogosławieństwo wszyscy wiedzieli, jaka będzie jego odpowiedź. Ojciec, który o niczym innym nie marzył, jak o tym, by Damroka w końcu stała się utrapieniem dla innego mężczyzny, zgodził się bez wahania. Dobrze temu chłopakowi patrzyło z oczu, a o swoją córkę czuł, że nie musi się martwić.
    Martwić. Nikt o nią od dawna się nie martwił.
    Damroka zdawała sobie sprawę z tego, że mimo swojej przeklętej formy nie musi obawiać się śmiertelnych — a jednak jako Ściągająca nauczyła się nie lekceważyć przeciwnika. Wielokrotnie wracała z jątrzącymi się ranami na ciele i umyśle, zawsze odnajdując drogę do Azylu, bo nauczyła się liczyć swoje wątpliwości. Dlatego nawet niedługie poszukiwania w internecie były czymś, czego nigdy nie odpuszczała. Bała się każdej misji, bo chciała żyć, smakować i zwiedzać dalej — poznawać i doświadczać.
    — Z doniesień prasowych są tylko informacje o kilku owcach zabitych przez wilki i jednym turyście, który zaginął latem, więc nic specjalnego — wzruszyła ramionami i otworzyła kolejną zakładkę. — Ze zdjęć satelitarnych wynika, że na zachodnim zboczu góry są… chyba jakieś domki, bo obraz mocno się załamuje. Zaczęłabym jutro marsz od tamtej strony, mogę też zrobić dzisiejszej nocy rekonesans…
    Urwała i momentalnie się zreflektowała. Faith nie miała prawa wiedzieć, na czym dokładnie polegają jej zdolności — Damroka dbała o dyskrecję od chwili przybycia do Azylu, by nikt przypadkiem nie próbował spalić jej na stosie za zmoczone przez sen prześcieradło, czy chroniczną bezsenność.
    — Nie wiem, ile słyszałaś albo ile miałaś w dokumentacji na temat tego, czym właściwie jestem… — zaczęła i zerknęła na dziewczynę ukradkiem, chowając połowę twarzy za ekranem laptopa. — W nocy ciężko mnie dostrzec, nawet jeśli ma się wyczulone zmysły. Mogę zamienić się w coś w rodzaju zjawy — trudno mnie zauważyć, poruszam się szybko i cicho. Możliwe, że jeśli kiedykolwiek czułaś się obserwowana nocą, był to jeden z tworów podobnych do mnie. Koszmary to ta sama rodzina, tak samo jak sen bez odzyskania energii — wyrzuciła na jednym tchu uznając, że im szybciej to powie, tym szybciej będą miały te niewygodne podchody za sobą.
    — A ty? Czym, kim jesteś i co potrafisz? — spytała bezpośrednio, wiedząc, że tak czy inaczej będą musiały się o sobie czegoś dowiedzieć.

    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  21. Rory drgnęła, słysząc czyjś głos. Nie obejrzała się od razu, aby zidentyfikować pytającą. Kojarzyła to brzmienie i pewnie gdyby nie fakt, że była tak skupiona na tych kilkunastu literach ułożonych w jeden, istotny ciąg, bez problemu przypisałaby głos do Ściągającej, która sprowadziła ją do Azylu. Nie przymusowo. Nie siłowo. Rory się poddała. Poddała się strachowi i zmęczeniu, które towarzyszyło jej po jedenastu latach ucieczek.
    Do tego dnia nie wracała myślami zbyt często, traktując go jako własną porażkę. Największą. Te nieprzyjemne dreszcze, które ślizgały się po jej kręgosłupie, niemal ją paraliżując, przypominały jej o tym, że wcale nie była w bezpiecznym miejscu.
    Powoli uniosła głowę i spojrzenie przeniosła na znajomą twarz. Rozpoznała Faith, ale z racji tego, że nie wiązała z nią żadnych przyjemnych wspomnień, ulokowała ją jako obcą. Brew czarownicy drgnęła ku górze, gdy zrozumiała sens zadanego jej pytania.
    — W porządku… — odparła cicho, a potem westchnęła. — Szczerze? — spytała i nie czekając na odpowiedź funkcyjnej, kontynuowała: — Nie pamiętam, co znaczy w porządku. Nic nie jest i nie było w porządku — mruknęła, przekierowując uwagę i spojrzenie na wysoki pomnik założyciela Last Salvation.
    Zdała sobie sprawę z tego, że powiedziała zbyt wiele, choć w zasadzie nie powiedziała nic. Wypowiedziała zaskakująco dużo słów jak na siebie, a jednocześnie były one puste w przekazie, bo Faith nie mogła i nie powinna ich do niczego dopasować. Ich sens siedział głęboko w wiedźmie, która nie szukała tutaj przyjaciół. Nie próbowała. Szokiem było samo spotkanie Leviego, o którego śmierci również była przekonana, ale kotołak nie chciał albo nie zdążył jej wspomnieć.
    — Frida Evans. — Wybrzmiało, ale cicho, szeptem niemal, który w innych warunkach nie miałby siły przebicia, ale teraz były tutaj tylko one. Może kilkadziesiąt metrów dalej jakiś z mieszkańców przemierzał po chodniku, może ktoś śpieszył do pracy, ale Aurora zamknęła się w bańce, która ograniczała ją do tu i teraz, do tego momentu przed pomnikiem.
    Imię i nazwisko ciotki, siostry matki Rory, sprawiło jej fizyczny ból. Skrzywiła się. Frida w bardzo młodym wieku wyszła za mąż i została wdową, dlatego była stałym elementem życia Aurory, gdy uznała, że wspólnie z nią i jej matką — Almą, odszukają odpowiedni im sabat.
    Grymas z twarzy Nielsen nie chciał zniknąć, gdy ponownie spojrzała na Ściągającą.
    — To moja ciotka — przyznała cicho. Wiedziała przecież, że osoby, których imiona i nazwiska widniały pod pomnikiem, były informację o tym, że nie żyły. Nie żyła więc Frida Evans, ale co gorsze – nie umarła wtedy, gdy wybito ich sabat, gdy Aurora myślała, że została na świecie całkiem sama, jako nastolatka. Umarła później, docierając do tego przeklętego azylu.
    — Nie wiedziałam, że przeżyła — dodała, a słowa, które nie powinny wybrzmieć, wypływały z jej ust. Przy zupełnie obcej osobie. A może właśnie na tym to polegało. Na pytaniach i odpowiedziach, na okazywaniu zainteresowania, na byciu obecnym. Aurora zapomniała. Można było powiedzieć, że tego nie znała.

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  22. Levi siedział na ubitym śniegu, na piętach, a po tym, jak przestał potrząsać Faith, luźno opuścił ręce na uda, dłonie układając wierzchem do góry i mocno zgarbił plecy, rozluźniając wszystkie mięśnie, które tylko zdołał rozluźnić. Świat wokół niego, choć wciąż wirował, to powoli wytracał tę zawrotną prędkość, z jaką się poruszał i kotołakowi było coraz łatwiej skupić wzrok na Ściągającej, która finalnie także zaczęła gramolić się na nogi, a kiedy na nich stanęła, wyciągnęła ku niemu rękę.
    Ackermann podniósłby się bez jej pomocy, ale skorzystał i złapał dłoń Faith, nadto nie uwieszając się na niej własnym ciężarem ciała, kiedy wstawał. Mocniej wbił pięty w śnieg, jakby to miało mu pomóc w utrzymaniu równowagi, póki nękały go lekkie zawroty głowy i popatrzył na kobietę, która właśnie tłumaczyła mu, z kim mieli do czynienia. Mrużył przy tym lekko powieki, bo w polu widzenia wciąż tańczyły mu dwie, kolorowe plamy – świetlne powidoki powstałe, nim Levi zdążył osłonić oczy przedramieniem przed jaśniejącym mężczyzną. Pół aniołem, jak się dowiedział.
    — A Marissa to…? — zagadnął i rozejrzał się, kręcąc zarówno głową, jak i tułowiem na boki, jakby liczył na to, że dziewczynka mimo wszystko pozostała tuż obok. Spodziewał się tego, że tak nie będzie; że nigdzie jej nie dostrzeże, ale i tak poczuł ukłucie zawodu, kiedy okolica okazała się wyludniała i opustoszała, nie licząc ich dwójki.
    — A raczej, kim jest Marissa? — poprawił się, kiedy powrócił spojrzeniem do Faith, ponieważ akurat tego Ściągająca nie zdążyła mu wyłuszczyć, a dochodzący do siebie po pokazie półanielskiej mocy Levi nie był ani trochę domyślny. Nie wiedział, czego pół anioł mógł chcieć od dziecka niewiadomej dla niego rasy, bo zakładał chociaż tyle, że to nie było zwykłe, ludzkie dziecko, które nie posiadało żadnej nocy. Inaczej tamten by się nim nie zainteresował, a na Anioła Stróża nie tylko nie wyglądał, ale też nie zachowywał się w sposób, który Stróżowi by przystoił.
    Uwagę na temat tego, że sam podprowadził pół anioła do poszukiwanego przez niego dziecka, puścił pomimo uszu. Przecież nie zrobił tego umyślnie, prawda? Ze swojej winy natomiast doskonale zdawał sobie sprawę, acz na swoje usprawiedliwienie miał to, że nie wiedział. Nie wiedział, kogo Faith prowadziła i kim był ten facet, bo skąd miał to wiedzieć? Był tylko kotołakiem i choć miał silnie rozwiniętą intuicję, nie wyczuwał w mgnieniu oka, z kim na do czynienia. Zresztą, kiedy mijali się z Faith bliżej miasteczka, ta kompletnie go zignorowała. A może mogła dać mu znak, jakikolwiek?
    Levi westchnął ciężko, ponieważ z podobnego gdybania nie miało nic wyniknąć, łypnął na Faith i obróciwszy się na pięcie, ruszył w stronę zabudowań.
    — Może Marissa wróciła tam, skąd ją zgarnęłaś?

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  23. Był zbiorem kontrastów.
    Z jednej strony pożądany, lubiany, tajemniczy. Widziany oczami śmiertelników jako istota piękna i nęcąca, często wchodził na cudze języki w plotkach i w fantazjach.
    Z drugiej strony zdystansowany, często izolowany od ludzi, pozostawał cieniem cudzych relacji, wbitym w ziemną grudę zawsze obok zwykłych ludzi lub za ich plecami.
    W historiach i opowiadaniach Ishaan, jak i inne peri, pojawiali się jako coś świetlistego, ulotnego i widzianego najpewniej w przelocie. Coś, co można było zauważyć w kącie spojrzenia, ale także coś, czego zupełnie nie dawało się uchwycić. Jakby duchowa energia, która go tworzyła, w naturalnym cyklu życia umykała palcom słabych śmiertelnych. Obecność periego postawała z nimi tylko na krótko, jak ciepło osiadłe z rana na skórze i światło ich życia, które zawsze kiedyś gasło. Dobiegało końca.
    Towarzystwo perich, a w szczególności miłość, jaką trzymali w sobie zawsze w gotowości, w tym ujęciu była więc formą boskiego żartu. Odczuwalna, silna, wręcz odurzająca, nigdy jednak nie była skończona. Z góry skazana na fiasko. W efekcie mógł kochać i doświadczać kochania (z trudem), nie mógł jednak posiadać miłości „na własność” i „na dłużej”.
    Był zbiorem kontrastów z jeszcze jednego powodu – bo po latach niepowodzeń, jakich doświadczał, wciąż czując w sobie każdy jeden gest i każde słowo kierującego nim uczucia, nauczył się ten stan doznania i chronicznego niespełnienia sprawnie ignorować.
    Miłość przypominała dla niego katakumby z wąskimi korytarzami możliwości, wzdłuż których rozpłaszczały się nisze grobowe jego minionych sympatii. Odwiedzał je we własnej głowie tylko czasami, z sentymentu, w milczeniu przechodząc obok każdego większego uczucia. Przyglądał się wtedy wspomnieniom, jak przygląda się inskrypcjom, wykutym w miękkich skałach tufiowych wnęk nagrobkowych – z melancholią i z szacunkiem. A niekiedy też z tęsknotą i z wydartym z serca żalem.
    Faith Smith należała do osób z tej drugiej kategorii.
    Stopień ich zażyłości budził bowiem w jego sercu pulsującą niemoc i niechęć wobec tego, co tego rodzaju uświadomiony brak – jaki odczuwał na myśl o niej – mógł z nim uczynić. Dlatego najczęściej nie myślał o niej. Celowo wykreślał jej obecność z głowy, jak wykreśla się nieopatrzny błąd na kartce. Problem z błędami był jednak taki, że nawet gdy starało się je zamazać i o nich całkiem zapomnieć, one nie znikały. Nie tak naprawdę. Czasem, zza wykreślenia, potrafiły nawet nabrać solidnych kształtów. I to czasem właśnie się do niego zbliżało. Wchodziło w horyzont jego wzroku, gdy przechadzając się po bibliotece, w najbliższej alejce dostrzegł właśnie ją: Faith Smith.
    Niepokój na jej widok wdzierał się pod skórę powoli.
    Z początku zatrzymany jedynie na ramionach, jak osiadły na książkach kurz – cienkim poszyciem emocji oblepił ciało Ishaana. Zdawało się nawet, że za jednym machnięciem dłoni mężczyzna może strącić go z powierzchni ramion. Nasienie emocji, sięgało jednak głębiej, niż można było przypuszczać w pierwszej chwili. Wpijało się z wolna pod membranę skóry i biegło wzdłuż zagrzanych nagle żył. Docierało do samego serca.
    Wstrzymał na moment oddech.
    Wraz z kolejnymi, wykonanymi w jej kierunku krokami, zbliżając się do drabiny, na której stała Faith, emocje nabrzmiewały. Pęczniały w nim niezauważalnie, nie dając się już ani zbyć, ani zignorować. Przyrastały do niego prawie jak cierń, wkłuwając się boleśnie i z charakterystyczną stałością w głowę oraz w serce. Wstępowały na horyzont myśli niczym masyw górski. Zimny, wystrzępiony, pozbawiony miękkości.
    Dziś nie budowała go duma i elegancja, jak codziennie. Bezkresne korytarze myśli Ishaana obiegał irracjonalny lęk. Zespajał on ze sobą kilka wąskich tuneli refleksji, by zbiec się na końcu w jeden wielki, buzujący od emocji kocioł; w chaos i w duszność, którą czuł już nie tylko w swojej głowie, ale i na płucach. Wrażenie to urosło do erupcji dokładnie w momencie, gdy kobieta zachwiała się na niestabilnej konstrukcji, tracąc równowagę i odrywając się od stopnia drabiny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parę sekund, w trakcie których znalazł się blisko niej, trwało dla Ishaana wieczność. Może dlatego, mimo rozpędzonego lotu w dół, był w stanie sprawnie ją złapać i w kalejdoskopie wrażeń mógł uchwycić absolutnie wszystko: od strachu, po tęsknotę, od dezaprobaty po zdziwienie, a wreszcie od ciszy do pierwszej, absurdalnie skąpej wypowiedzi.
      — F-Faith? — głos zadrżał mu w pierwszej nucie, wyrównany dopiero w dalszej części, przy wzniesieniu tonu do pytania. Zaklął w myślach, nie spodziewając się, że spotkanie jej w tym miejscu, w Azylu, wywrze na nim tak piorunujące wrażenie. Że w ogóle może tak mocno czuć coś do kogoś po latach. A jednak każda jedna tkanka jego ciała budziła się na jej oddech i jej dotyk, gdy utrzymywana na sile jego rąk, niemal wtapiała się swoją obecnością w niego.
      Może jednak nie chodziło o samą jej namacalność?
      Może chodziło o neutralność, która aż z niej biła?
      Jak intruz, płaskość wypowiadanych przez nią głosek wkradła się między nich z przeprosinami, wsiąknęła we włókna jego swetra i ugrząznęła w tkaninie na dłużej, kłując niemiłosiernie.
      — Tak... domyślam się, że spadanie z drabiny nie mogło być zamierzone.
      Na tym mógłby skończyć. Ego, nadszarpnięte przez brak choćby powitania z jej strony, nie potrafiło jednak zamilknąć. W kolejnej wypowiedzi przedarło się przez pretensjonalność tonu: — A co z traktowaniem mnie jak obcy? To też przypadkiem? — podniósł pytająco brwi, dopiero po tej wypowiedzi stawiając ją na deskach podłogi. Nie cofnął jednak dłoni z kobiecej talii, pozostając z nią w luźnym objęciu.

      Ishaan

      Usuń
  24. Asta jako mara balansowała gdzieś w cienkiej, tlącej się granicy jawy i snu. Była czymś w rodzaju wytworu własnej wyobraźni, z silnie spiętrzoną energią, która wiele lat temu pozwoliła jej na samodzielne zaistnienie w wąskim przesmyku koszmarnych treści.
    Świat opływał ją jak śliski płaszcz. Ściśle, ale z jawnym przyzwoleniem trwania pomimo wszystko. Nie musiała wybierać strony. Przynajmniej na razie.
    Przesmyk przyjmował ją bez sprzeciwu, a świat pozwalał się nosić, jakby to było najprostsze z możliwych porozumień.
    Choć wywodziła się ze zwyczajnego, ludzkiego ciała, rzeczywistość nie była dla niej żyznym polem. Plony były miałkie, monotonne. Wystarczały, by trwać, ale nie karmiły niczego więcej.
    Dlatego nawet za dnia lubiła dotykać tego, co brudne i nieoswojone, jak śladów cudzych lęków, pęknięć w porządku rzeczy czy zakłóceń, których próbowano nie zauważać – jakby próbując scalić wszystko, po co sięgała z szeroko rozpostartymi ramionami.
    Tak jak to miejsce. Podziemia były brudne i pierwotne, a istoty wystarczająco szczere, by nie udawać, że wszystko da się uporządkować zgodnie z założeniem.
    Asta przychodziła tu od niedawna, za sprawą swojej znajomej. Z ciekawością towarzyszyła jej hazardowym podbojom, choć zapytana o chęć podjęcia rękawicy, wyraziła jedynie niechęć do materiału, z którego wykonywano kości. Zwykłe kości bowiem leżały w dłoni zdecydowanie lepiej.
    Zamiast tego, czujnie pilnowała pleców Faith, sącząc gorzkie piwo, pozostawiające na jej sinych ustach nieznaczne lśnienie. Z uwagą malowaną w pozbawionych bieli oczach spoglądała na chropowaty stół, który dzielnie przyjmował niewidzialne ciosy stosowane przez towarzyszkę.
    Asta uśmiechnęła się niemal niewidocznie słysząc, jak niewinny głos Faith zaciska głowę orka niczym kowadło. Jego upadek był ujmujący, za co mara miała odwdzięczyć się kolejnymi, sennymi klęskami.
    Kiwnęła głową na jej słowa i dopiła resztkę ze szklanki. Z hukiem postawiła ją na stole, a kostki przesunęły się bliżej przegranego. Podążyła za dziewczyną, a jej rozmyty kontur sunął niebezpiecznie blisko granic cudzej percepcji.
    – Jasne, jest tak brutalnie zwyczajny, że ciężko zapomnieć tego widoku – rzuciła z obrzydzeniem, nie oglądając się za siebie. Podążyły wąskim korytarzem w kierunku schodów, pozostawiając za sobą cichnący barowy gwar, przecinany przez chrapliwe przekleństwa i świszczący dźwięk ciosów.
    Z każdą jednak chwilą potęgowało się w niej wrażenie piętrzącej się wokół energii. Coś zaciskało się dookoła, jakby niewidzialna wstęga, przywiązana do ich nóg. Asta przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, ten jeden raz obejrzała się za siebie. Nikogo nie było.
    – Coś jest nie tak, Faith – mruknęła, zupełnie ożywiona. Znudzona twarz przybrała nagle barwę śmierci, bieląc bijącą wokół niej łunę. Coś się przesunęło. Nie w przestrzeni i nie w nich, a jednak wystarczająco blisko, by Asta poczuła to jak delikatne drganie pod skórą. Uniosła wzrok powoli, już wiedząc, że ta ucieczka przestała być wystarczająca.

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  25. [Dziękuję za miłe powitanie. <3
    Faith za to jest niezależna i silna, lubię takie kreacje, sprawiają, że mam ochotę dopingować bohaterce i patrzeć, jak pokonuje kolejne przeciwności losu :D
    I masz rację, Anastasius jest mroczny, uwielbia śmierć i w swoich badaniach bywa szalony, ale to taki trochę stary dżentelmen, który w nowym ciele czuje się nieco… nieswojo. Oggy za to nadrabia swoją osobowością za ich dwóch xD
    Masy weny i samych wciągających wątków!]

    Anastasius von Weiss

    OdpowiedzUsuń
  26. [Cześć! Faith chyba odkryła wszystkie tajemnice Azylu! W końcu jest tu 30 lat, a to wydaje mi się strasznie długo. Przynajmniej dla młodej wampirzycy, która została przemieniona zaledwie trzy lata temu. W sumie moja Minerva również jest Ściągającą, więc może jest szansa, aby dziewczyny spotkały się również poza Azylem? Może Faith też by ją wprowadziła w tą nową dla niej rolę?
    Jeśli masz ochotę na wątek, to serdecznie zapraszam, na pewno wspólnie wykombinujemy coś ciekawego.]

    Minerva Cove

    OdpowiedzUsuń
  27. [Hej, hej! Dzień dobry!

    Dziękuję za piękne powitanie! Dla mnie jako osoby skromnie zaznajomionej z mitologią nordycką postać demigoda jest (możnaby przyznać szczerze) takim samym miłym zaskoczeniem, co dla Ciebie moje podejście do wampiryzmu ♡ takiej postaci jak Twoja również nigdy nie widziałam, więc tym bardziej cieszę, że Azyl pozwala nam na takie szaleństwo kreatywności!

    Z tego co widzę wątków Ci nie brakuje, więc tylko pozostaje mi życzyć niekończącej się weny ♡]

    Klementyna

    OdpowiedzUsuń
  28. [No proszę! Jestem w takim razie ciekawa czy te wspomnienia kiedyś do niej wrócą czy przepadły już na zawsze. ^^
    Nie mam problemu z rzadszymi odpisami, więc jestem jak najbardziej chętna na wątek. Zastanawiam się tylko czy wolałabyś może zacząć od momentu kiedy Minerva stawia pierwsze kroki jako Ściągająca i Faith ją uczy co i jak? Czy może trochę później, bardziej nadzorując jej wypady?]

    Minerva Cove

    OdpowiedzUsuń