nagłówek

17.12.2025

[KP] she was a gentle sort of horror

 CHORUS: Brave girl.
CASSANDRA: People never say that to a lucky person, do they?

MORRIGAN Ó DUBHUIR

13 XI 1996, nieistniejąca już wieś w hrabstwie Roscommon, Irlandia —— w wieku dziewiętnastu lat udało jej się wyjechać na studia do Trinity College w Dublinie, które musiała gwałtownie zakończyć z powodu wykrycia nadnaturalnej tożsamości —— płynnie posługuje się językami irlandzkim i francuskim —— w Last Salvation od dziewięciu lat —— banshee —— bibliotekarka —— powiązania
Włóczy się po miasteczku niczym zjawa; blada i milcząca, z szarymi cieniami pod oczami. Pachnie kawą i różami, mówi głosem znaczonym chrypką. Godzinami przesiaduje w zakurzonej bibliotece, którą opuszcza późnym wieczorem. Przypomina raczej ducha niż kobietę, chociaż pod jej mostkiem schowane jest zupełnie ludzkie, bijące serce, a w żyłach płynie ciepła krew.
Do Last Salvation trafiła dziewięć lat temu. Nie opowiada o zapachu dymu i krzykach sąsiadów, których jedynym grzechem było dobre serce. Pierwszy rok pobytu w obcym miejscu upłynął jej mgliście i szybko, nie pamięta go do końca. Zamieszkała w ciasnej kawalerce, piła kwaśną kawę bez mleka i usiłowała odzyskać kontrolę nad mocami, którą utraciła z momentem pojawienia się w miasteczku. Jej wrzask stał się słabszy, wizje utraciły na częstotliwości, ale wpadanie w trans i nagłe odzyskiwanie świadomości pośrodku drzew zdarza się znacznie częściej. Wyposażona w zapas coraz mocniejszych leków nasennych, usiłuje odnaleźć chociaż namiastkę spokoju. Pod zamkniętymi powiekami ciągle jednak tańczą umarli.
Czeka na śmierć — własną. Bo kiedy tylko zapada w sen, budzi się z krzykiem. Bo tam, gdzie odzyskuje świadomość w środku nocy, śmierdzi trupem. Bo wie, że kiedy przyszła na świat i krzyknęła po raz pierwszy, zabrała życie matce, a smak krwi w jej gardle pomału staje się nie do zniesienia.

___________
Hej, witamy się z Morrigan, która jest trochę dziwna i nieprzystępna, ale zyskuje przy bliższym poznaniu. :)
Twarzy użycza Katie McGrath, cytaty z karty pochodzą kolejno z: Salt Slow Julii Armfield i Orestei Ajschylosa w tł. Anne Carson.

42 komentarze:

  1. [Ooooh, ale mam ciarki! Genialna, mroczna, ciężka kreacja. Te leki nasenne to Noor chętnie jej będzie sprzedawać, a może czasem sprowadzić coś mocniejszego! ;) Podoba mi się, że tak różnorodne istoty tu się pojawiają, świetnie przedstawiłaś tą panią.
    Życzę cudownych i porywających wątków! ]

    Noor

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dobry wieczór - bardzo czekam na tę porę roku, kiedy o tej godzinie będzie jeszcze jasno i będę mogła napisać "dzień dobry" :)
    Czy ja mam prawo kojarzyć tą panią z jakiegoś innego bloga czy coś mi się pomyliło? Ponieważ wydaje mi się, że kojarzę, ale też jak najbardziej mogę się mylić ^^
    Do Katie mam sentyment, ponieważ dawno temu użyczała wizerunku mojej pierwszej postaci na blogu na podstawie Gry o Tron i aż uśmiechnęłam się na jej widok teraz, na stronie głównej :)
    Tak sobie myślę, że z różnorakich względów Morrigan, będąca banshee, będzie miała ręce pełne roboty w takim miasteczku jak Last Salvation 😈 Wszystko okaże się z czasem!
    Życzę udanej zabawy na blogu, natomiast gdyby Levi mógł się Morrigan do czegoś przydać, to oczywiście zapraszam pod jego kartę na wspólną burzę mózgów :)]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  3. [Och cudownie, tak jak kapitan Levi jest cudowny 💖
    W takim razie ja na pewno kojarzę ją z Woodwick, choć sama nie zabawiłam na nim zbyt długo, jakoś trudno było mi się rozkręcić.
    Co do wątku, który z pewnych względów stał się obligatoryjny, to Levi jak najbardziej może natknąć się na Morrigan. Prawdopodobieństwo jest wysokie, ponieważ sam lubi włóczyć się po nocy, aczkolwiek całkowicie przytomnie ;) Myślę, że zupełnie po kociemu by ją obserwował, a zainterweniowałby dopiero, gdyby coś miało się stać - czy w transie Morrigan jakkolwiek kontroluje to, gdzie zmierza czy brnie do celu niemalże dosłownie po trupach?
    Wydaje mi się także, skoro Levi przebywa w azylu od jedenastu lat, a Morrigan od dziewięciu, to powinni przynajmniej się kojarzyć. Stąd Levi też może wiedzieć, co mniej więcej się dzieje i nie będzie tym transem Morrigan szczególnie zaskoczony?]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  4. [Ach, zawsze chodziło za mną stworzenie banshee i nawet chciałam pojawić się kimś takim na blogu, ale jednak wiedźmucha wygrała. :D Kreacja, którą nam tu przedstawiasz jest cudowna, skomplikowana i głęboka. I smutna, właściwie to współczuję jej, że musi dźwigać taki ciężar.
    Chętnie natomiast porwę Morrigan na jakiś wątek, bo myślę, że moja Rory może stać się częstą bywalczynią biblioteki, zwłaszcza, gdy dowie się o zbiorach, które wymagają szczególnego zezwolenia. Byłabyś w ogóle chętna na cokolwiek? ;-)]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  5. [Tak sobie myślę, że obserwowanie Morrigan w transie stanowiłoby dla Leviego szczególnie dobrą zabawę, tym bardziej że on już wie, o co chodzi, a zgaduję, że czasem Morrigan mogłaby się natykać na jakieś świeżynki w azylu, które jej zachowaniem byłyby całkowicie zdezorientowane. Może nawet zrobiłybyśmy z tego ich małą tradycję? Coś na zasadzie, że Morrigan już parokrotnie zdarzyło się wybudzić z transu przy Levim?
    Poza tym, jeśli ona w transie jest przyciągana w miejsca związane ze śmiercią, to możemy pomyśleć nad jakąś mniejszą lub większą intrygą?
    Natomiast na ten moment, tak jak napisałam, Leviemu może wydawać się, że Morrigan idzie gdzieś, gdzie grozi jej niebezpieczeństwo/zrobi sobie krzywdę i zainterweniuje, próbując ją pokierować w inną stronę. Pewnie nie uda mu się jej wybudzić, a oczyma wyobraźni już widzę, jak będzie dostawał cholery, bo Morrigan będzie przeć w jedno i to samo miejsce. Nie wiem jeszcze tylko, jakie, żeby to było dla niej potencjalnie groźne, help ^^
    Przyszła mi do głowy jeszcze jedna rzecz do dorzucenia do powiązania. Może sześć lat temu, kiedy ojciec Leviego uległ wypadkowi, Morrigan zakręciła się w transie koło ich domu? Finalnie Thatcher przeżył, więc nie wiem, na ile ma to sens, ale był bliski śmierci. Z tym, że przebywał wtedy poza azylem. Nie wiem, czy to by się trzymało przysłowiowej kupy.]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  6. [Cześć! Morrigan wydaje się bardzo smutną istotą, nic w tym dziwnego, jeśli zmuszona była do świadomości śmierci, gdziekolwiek by się nie pojawiła. Co więcej nie wydaje się być szczęśliwa w Azylu, chyba że się mylę?
    Ach! właśnie zauważyłam Twój komentarz pod kartą Faith :D Chętnie skorzystamy z zaproszenia, szczególnie będąc ciekawą transu Morrigan, może wyczuje nadchodzącą śmierć w destrukcyjnej Pannie Smith, a może zostaje przyciągana do miejsca, w którym zginęła przyjaciółka Faith?
    Zapraszam na burzę mózgów na maila, tak myślę że będzie najwygodniej :) - vulnerasanenturgirl@gmail.com]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  7. [Od razu pomyślałam, że życie banshee jest naprawdę trudne, patrząc na to, jakim ciężarem obarczona jest ich codzienność. Mam nadzieję, że książki dają jej choć trochę ukojenia i pozwalają poczuć czasami swój zapach, tak dla odmiany. Poza tym, Morrigan to naprawdę super postać! Dokładam się do wszystkich powyższych życzeń, niech czas na pisanie zawsze Ci dopisuje <3]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  8. [Ściągnięcie to zawsze punkt zaczepienia, który możemy wykorzystać do powiązania, a jeśli masz chęć pogłówkować nad jakimś konkretnym pomysłem, to odezwij się na maila. Co dwie głowy to nie jedna, jak to mówią :D]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Hej! Dziękuję ślicznie za przywitanie ;)
    Życie banshee jest strasznie ciężkie. Podoba mi się jednak mrok i ciężar, który z taką zwinnością i niemalże lekkością (o ile można tak to nazwać) ujęłaś w karcie!
    Mokseo przyjąłby od niej negatywne emocje, gdyby to miało pomóc, to dora duszyczka! Może jedynie zaproponować napar na noc z ziół na sen. Gdybyście byli chętni, zapraszamy w skromne progi!
    A skoro twoja postać często znajduje się pośród drzew, mogliby natrafić na siebie! ]

    Mokseo

    OdpowiedzUsuń
  10. [zaczepiłam na @ :)]
    Noor

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie potrafił znaleźć sobie miejsca w Azylu. To nie był niepokój, który da się nazwać jednym słowem, raczej ciągłe poczucie, że przestrzeń wokół jest źle dopasowana, jak ubranie noszone zbyt długo przez kogoś innego. Last Salvation miało być schronieniem, a było klatką o gładkich prętach, w których nie dało się zaczepić pazurów. Każdy dzień wyglądał podobnie, każdy korytarz prowadził tam, gdzie nie chciał być. Chaos, którym oddychał, nie miał tu swojego miejsca. Wypełniał obowiązki mechanicznie, prowadził rozmowy, gdy były konieczne, znikał, gdy tylko mógł. Im dłużej tu był, tym wyraźniej czuł, że Azyl go odpycha, jakby wiedział, że nie jest stworzony do zamknięcia. Zbyt wiele reguł. Zbyt wiele spojrzeń udających obojętność. Zbyt mało przestrzeni na błędy, które coś znaczą. Z nudów — albo z potrzeby ciszy, która nie była kontrolowana, poszedł do biblioteki. Lubił ją, bo nie próbowała go oceniać. Stare księgi, przytłumione światło, zapach kurzu i atramentu. Tu można było istnieć bez funkcji. Przesuwał palcami po grzbietach książek bez celu, pozwalając myślom dryfować, aż jedna z nich zahaczyła o coś, czego nie planował pamiętać. Irlandia wróciła nagle. Noc, bar o lepkim blacie, zbyt głośna muzyka i jej śmiech, który brzmiał jak obietnica bez przyszłości. Kilka dni bez imion, bez zobowiązań, za to z ciałami, które rozumiały się aż za dobrze. A potem cisza. Zniknęła, zostawiając go samego przy barze z niedopitym drinkiem i poczuciem, że coś zostało przerwane w połowie zdania. Zatrzymał się. Kilka kroków dalej, przy jednym ze stołów, stała ona. Dokładnie taka, jaką zapamiętał, ta sama linia ramion, ten sam sposób pochylania głowy nad tekstem, jakby świat poza kartkami był jedynie tłem. Przez ułamek sekundy pomyślał, że Azyl zaczyna igrać z jego percepcją. Halucynacje byłyby logicznym skutkiem długotrwałego zamknięcia, ale jej obecność była zbyt konkretna. Poczuł, jak coś w nim się napina, cicho, niemal niezauważalnie. Pamiętał ciężar jej ciała, ciepło skóry, brak pytań. Pamiętał też moment, w którym zniknęła bez słowa, zostawiając po sobie tylko zapach alkoholu i obojętność, która bolała bardziej, niż chciałby przyznać. Nie ruszył się od razu. Obserwował, jakby sam fakt patrzenia mógł potwierdzić, że to nie złudzenie. Biblioteka, jedyne miejsce w Azylu, które wydawało się neutralne, nagle przestała nim być. Stała się punktem przecięcia przeszłości i teraźniejszości, granicą, której przekroczenie zawsze miało swoją cenę. I po raz pierwszy od dawna poczuł coś, co przebiło się przez apatię Azylu, ciekawość zmieszaną z niechęcią, najgorszy możliwy zestaw. Przesunął wzrok po grzbietach książek, jakby rozważał, czy to miejsce naprawdę nadaje się na rozmowy, które nigdy nie powinny się odbyć. Azyl miał swoje zasady, biblioteka swoje milczenie. Ona była wyjątkiem od obu.
    - Nie jestem fanem niespodzianek - stwierdził spokojnie, wracając spojrzeniem do niej - Zwłaszcza tych, które wracają bez zapowiedzi - westchnął. Czuł, jak Azyl znów zaciska się wokół niego, jakby reagował na obecność czegoś, co nie pasowało do jego uporządkowanej struktury. A jednak tym razem nie miał ochoty się wycofać. Jeśli przeszłość postanowiła go odnaleźć właśnie tutaj, w miejscu pełnym zapomnianych historii, zamierzał sprawdzić, ile z niej zostało naprawdę.

    Demon przeszłości <3

    OdpowiedzUsuń
  12. [ W ogóle! Zapomniałam wspomnieć, że absolutnie kocham wizerunek i mam do niej mega sentyment! Sama wiele lat temu prowadziłam postać wiedźmy z jej wizerunkiem :3
    I pewnie! Mokseo bardzo lubi ludzi, słuchać ich i z nimi rozmawiać! Z chęcią częstowałby ją herbatką podczas wizyt! I przynosił ze sobą do biblioteki :3 Mokseo jest wrażliwy, spokojny i otwarty na innych, więc może Morrigan zdołałaby mu się otworzyć? ]

    Mokseo

    OdpowiedzUsuń
  13. [Dziękuję ;) Cieszy mnie tak pozytywne przyjęcie postaci. Samą Hota to sama pewnie bede poznawać wraz z wami ^^.
    Oj w głowie miałam mętlik a kitsune wpadło, bo jej jeszcze nie robiłam a pomysły rodzą się przecież z czasem. Co z tego wyniknie - zobaczymy.
    Ja natomiast ilekroć czytam imię Mori. kojarzy mi sie z bogami ;)
    Obie się włóczą, więc mogłyby się spotkać gdzieś po drodze... zatem jeśli potrzebuje "zwierzaczka" to zapraszam no cośkolwiek ;)]

    Hotarubi

    OdpowiedzUsuń
  14. Malphas stał tam, niemal nierealny na tle zakurzonych regałów, wyglądając jak postać, która przed chwilą uciekła z kart jednej z tych mrocznych, zapomnianych legend, które Morrigan tak pieczołowicie katalogowała. Patrzył na nią wzrokiem, który zdawał się ignorować upływ niemal dekady, wzrokiem, który znał ją jeszcze z czasów, gdy nie była jedynie cieniem samej siebie, otumanionym lekami i zgaszonym przez rutynę.
    - Pomóc? - powtórzył i skrzywił usta w czymś, co mogło być uśmiechem, ale niosło w sobie zbyt wiele goryczy - Myślę, że na pomoc jest już o dziewięć lat za późno, Morrigan - zrobił krok do przodu, naruszając niewidzialną barierę spokoju, którą tak starannie wokół siebie budowała. Przesunął palcami po grzbiecie najbliższej książki, nie odrywając od niej oczu.
    - Szukałem cię - dodał ciszej - Choć muszę przyznać, że biblioteka to ostatnie miejsce, w którym spodziewałbym się znaleźć banshee, która miała podbić świat swoimi studiami. Wyglądasz... spokojnie, ale oboje wiemy, że to kłamstwo, prawda? – uniósł pytająco brew. Nie przestał na nią patrzeć, a to intensywne, niemal drapieżne spojrzenie sprawiało, że sterylna cisza biblioteki zaczęła pulsować rytmem jego obecności. Nie poruszył się, by sprawdzić tytuł książki, którą Morrigan właśnie stemplowała. Zamiast tego oparł się biodrem o regał, krzyżując ramiona na piersi z tą samą nonszalancką pewnością siebie, która dziewięć lat temu była dla niej tak magnetyczna i zgubna jednocześnie.
    - Przestań, Morrigan. Nie musisz grać przede mną roli pokornej urzędniczki - powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała nuta irytacji przemieszanej z czymś, co przypominało ból - Widzę te leki w twoich oczach. Widzę, jak próbujesz stłumić to, kim jesteś, tymi stemplami i zapachem starego papieru. Myślisz, że jeśli zamkniesz się w wieży z książek, to świat zapomni o banshee, albo że ty zapomnisz o tym, co nas łączyło? - zrobił jeszcze jeden krok, tym razem na tyle blisko, że poczuła bijący od niego chłód, ten specyficzny, nienaturalny powiew, który zawsze towarzyszył jego obecności. Jego wzrok spoczął na jej dłoniach, które wciąż kurczowo trzymały pieczątkę. Odsunął się o pół kroku, a jego wzrok złagodniał na ułamek sekundy, zanim znów stwardniał, przeszyty goryczą. Przez te wszystkie lata karmił się gniewem, pielęgnując w sobie obraz Morrigan, która po prostu odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając go z niedomkniętymi sprawami i pytaniami bez odpowiedzi.
    - Przez dziewięć lat układałem sobie w głowie powody, dla których wtedy zniknęłaś - kontynuował, a w jego głosie pobrzmiewała teraz niemal namacalna pretensja - Myślałem, że Dublin cię przerósł, że przeraziło cię to, co zaczęło się między nami dziać, albo że zwyczajnie uznałaś, że nie jestem wart ryzyka. Myślałem, że po prostu mnie olałaś, Morrigan i wybrałaś bezpieczne, nudne życie z dala od wszystkiego, co skomplikowane – westchnął i rozejrzał się po bibliotece z niesmakiem, czując coraz większą niechęć do tego przeklętego azylu.

    Malp <3

    OdpowiedzUsuń
  15. Morrigan. Levi wypatrzył ją jeszcze pośród zabudowań azylu, a teraz wchodził za nią w leśną gęstwinę. Wyciągnąwszy lewą dłoń z kieszeni kurtki, strzepnął nią tak, że zapięty na nadgarstku zegarek wysunął się spod materiału i Levi w teatralnym geście, choć pewnie i tak nikt go nie widział, sprawdził godzinę. Dochodziła druga w nocy i zazwyczaj to właśnie o tej godzinie się kładł, ponieważ wcześniej i tak nie potrafił zasnąć, ale nie dziś. Dziś Morrigan znowu dokądś zmierzała, gnana wizją, a Levi podążał jej śladem, zachowując czterometrowy odstęp.
    Schował dłoń z powrotem do kieszeni kurtki, choć palce już i tak miał skostniałe i mocno wciągnął powietrze przez nos, a potem wypuścił je ustami. Było zimno, a nawet bardzo zimno, ponieważ Założyciele musieli wybrać jakieś skandynawskie wygwizdowo na miejsce godne azylu, przez co przez większą część roku Levi chodził przemarznięty do kości i chociaż już nie pociągał nosem, bo mimo wszystko, a przede wszystkim wbrew samemu sobie, trochę się do tego zimna przyzwyczaił i nie łapał już przeziębienia od każdego mocniejszego podmuchu wiatru.
    Dla idącej przodem Morrigan temperatura nie miała znaczenia. Podczas gdy Levi miał na sobie koszulkę, bluzę i puchową kurtkę do kompletu z dżinsami i zimowymi butami, banshee wyszła z domu tak, jak stała, czyli w koszulce, dresowych spodniach i puchatych skarpetkach. Wizja musiała zastać ją we śnie lub wtedy, kiedy do tego snu się szykowała i z tego, czego zdążył się dowiedzieć Levi – ponieważ nie był to pierwszy raz, kiedy on i Morrigan znajdowali się w tej zabawnej sytuacji – nie było wtedy zmiłuj. Morrigan parła przed siebie, nie zważając na nic. Levi lubił myśleć, że była trochę jak ten czołg, który po prostu jechał przed siebie, taranując wszystko na swej drodze. Morrigan posuwała się na przód z takim samym, a nawet większym zawzięciem oraz zobojętnieniem na otoczenie, ale mimo wszystko nie była czołgiem. To dlatego, kiedy zeszli z wydeptanej przez stopy mieszkańców azylu ścieżki, Levi skrócił dzielący ich dystans i zwiększył czujność.
    Pośród leśnej gęstwiny i w panującym mroku widział ją doskonale. Miał to szczęście, że w postaci człowieka nadal posiadał kocie zmysły, choć te nie działały tak samo doskonale jak wtedy, kiedy pozostawał kotem. Raz, że miały na to wpływ różnice w budowie narządów – w końcu kocie oko czy ucho było inaczej zbudowane, niż to ludzkie – a dwa, te zmysły nieco przytępiało ograniczenie mocy nałożone na Leviego w postaci runy wyrytej na wewnętrznej stronie jego przedramieniu, przy zgięciu łokcia. Nikt nie wiedział, że niewiele brakowało do tego, by dla przekory i w celu uhonorowania babci, ta runa znalazła się na jego dupie – bo to tam, zdaniem babci, Levi miał sobie zrobić tatuaż, kiedy jako piętnastolatek podzielił się z nią tym pomysłem.
    Na wspomnienie babci uśmiechnął się do siebie. Ten uśmiech zniknął z jego twarzy w momencie, w którym do jego uszu doleciał charakterystyczny szmer – szmer wartko płynące strugi wody i Levi zorientował się, że to właśnie w stronę tej strugi zmierza Morrigan. Może chodziło o ten konkretny strumyk, może o coś za nim – to było nieistotne. Istotne natomiast pozostawało to, że w transie Morrigan była nie do zatrzymania i nie do wybudzenia, a przynajmniej Ackermannowi nigdy dotąd się to nie udało, choć próbował.
    — Jasna cholera — zaklął i zrównał krok z kobietą. Złapał ją za nadgarstek i wzdrygnął się, kiedy poczuł, jak zimne jej ciało było w dotyku, jakby jego temperatura była o kilka stopni niższa, niż temperatura otoczenia.
    — Morrigan, proszę, nie rób mi tego — rzucił, kiedy już nie tylko słyszał strumyk, ale też go widział. Morrigan tymczasem nadal parła przed siebie, na sztywnych nogach, idąc wprost w ten strumyk i Levi, wiedząc, że nie da rady jej zatrzymać, trzymał ją za ten nadgarstek chyba tylko po to, żeby kobieta nie poślizgnęła się, kiedy już w ten strumyk wejdą.
    I cóż, weszli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Levi syknął, kiedy zimna woda zalała mu buty i przelała się za niskie cholewki, kiedy podmyła nogawki spodni. Mocniej zacisnął palce wokół nadgarstka banshee, a nawet złapał ją za ten nadgarstek drugą ręką, bo podczas gdy jego podeszwy ślizgały się na rozmokłym poszyciu, puchate skarpetki Morrigan radziły sobie nad wyraz dobrze.
      — Utopię cię kiedyś w takim strumyku, przysięgam — złorzeczył, a niewiele brakowało do tego, żeby zaczął też prychać, bo było mu zimno i mokro, a przez to więcej niż źle.

      zmokły LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  16. To drżenie, w które zupełnie nagle wpadło ciało Morrigan, przyciągnęło uwagę utyskującego Leviego. Nie puściwszy jej nadgarstka, podniósł głowę i zauważył, że kobieta się ocknęła. Nie zagadał jej od razu, nie zwrócił się do niej imieniem – mieli już za sobą kilka podobnych razy i Levi nauczył się, że Morrigan potrzebowała chwili, aby odnaleźć się w sytuacji i na nowo osadzić w rzeczywistości, nawet jeśli ta była wyjątkowo nieprzyjemna. Tak, jak teraz. Nie pośpieszał jej, choć stali po kolana w zimnej, a wręcz lodowatej wodzie i ich ciała wychładzały się w szybkim tempie. Levi i tak był w lepszej sytuacji, niż Morrigan. Miał na sobie porządny zestaw ciuchów i nawet jeśli jego buty oraz spodnie doszczętnie przemakały, to tułów wciąż chroniła bluza i zimowa kurtka. Przez to, jeśli dygotał, to tylko trochę. Na pewno mniej niż Morrigan, której ciało, po wyrwaniu się z transu, w pełni odczuło skutki nocnego, a na dodatek zimowego spaceru w nieodpowiednim odzieniu, a na dodatek spacer ten skończył się kąpielą w leśnym strumyku.
    Uśmiechnął się słabo, kiedy ich spojrzenia w końcu się skrzyżowały. Zignorował uwagę Morrigan o tym, że nie musiał tego robić, ponieważ kobieta miała całkowitą rację, a Levi z niezrozumiałej dla siebie przyczyny robił to i tak, to znaczy, kiedy już napatoczył się na Morrigan, będącą w transie, szedł za nią do czasu, aż ta się przebudzała. Czasem był tuż obok, tak jak teraz, a czasem, kiedy Morrigan akurat postanowiła nie wejść w strumyk ani żadne inne, potencjalnie niebezpieczne dla niej miejsce, zachowywał tych kilka metrów odstępu i wycofywał się, kiedy kobieta, już w pełni świadomie, zawracała ku miasteczku i swojemu domostwu.
    — Postanowiłem, że przekonam się, jak to jest morsować — poinformował lekkim tonem, jednocześnie starając się nie szczekać z zimna zębami. — Ale masz rację, to nie dla kotów — rzucił i odruchowo się otrząsnął, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Nie pomogło, więc Levi, wciąż przytrzymując Morrigan za nadgarstek, ale tylko jedną ręką, poprowadził ich z powrotem ku łagodnemu brzegowi strumyka i dopiero, gdy oboje poczuli pod stopami stabilny, a przede wszystkim suchy grunt, puścił rękę kobiety.
    — Co tym razem? — zagadnął, a potem obejrzał się za siebie. Gdzieś za jego plecami, za pniami drzew, majaczyła ścieżka, na którą powinni wrócić, jeśli chcieli udać się z powrotem do miasteczka. A powinni zrobić to czym prędzej, żeby doszczętnie nie przemarznąć. — Coś ciekawego czy możemy wracać? — dopytywał, bo gdyby był sam, już dawno podjąłby żwawy marsz, oddalając się od strumyka, a przybliżając do domu, w którym było sucho i ciepło. Zamiast tego zorientował się, że w butach wciąż mu chlupotało, więc przystanąwszy na lewej nodze, ściągnął prawy but i oparłszy stopę o kolano, przechylił go cholewą w dół. Z zimowego obuwia chlusnęło trochę wody. Levi strzepnął go, założył na stopę i dokładnie to samo zrobił z drugim butem. Cała ta operacja poszła mu wyjątkowo szybko, a przy tym zgrabnie – ani razu się nie zachwiał, ani razu nie podparł drugą nogą w czasie, kiedy stał na jednej. W końcu był kotołakiem – balans ciała to było coś, nad czym nigdy nie musiał się zastanawiać, obojętnie w której formie akurat przebywał.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  17. Wykorzystywano ją. To był fakt oczywisty, bo generalnie wykorzystywano tu wszystkich, choć ją czasem bardziej, a to głównie dlatego, że miała w sobie moc, która wiele potrafiła im dać. Im, czyli radzie, bo to rada we własnej osobie była zleceniodawcą tego całego przedsięwzięcia z wyciąganiem od niej informacji. Akurat sam Zayden nic z tego nie miał, poza tym, że jego demoniczna natura chętnie karmiła się negatywną otoczką takich momentów. On wypełniał swoje zobowiązania, a odpowiedź na to, dlaczego to zawsze jemu przypadał zaszczyt słuchania krzyków banshee, a nie innemu podrzędnemu funkcjonariuszowi, była prosta: jego moc budzi strach, a strach rodzi emocje, które wyzwalają instynkt przetrwania i ujawniają prawdę. Był w tym mistrzem, ponieważ robił coś, co było zgodne z jego naturą i nie imały się go wyrzuty sumienia, dlatego chcąc, czy też nie, Morrigan była na niego skazana i będzie jeszcze przez długi czas, chyba, że rada znajdzie sobie inny, bardziej korzystny i mniej wymagający sposób zbierania informacji. Jak na razie to właśnie ona dostarczała im najwięcej cennych szczegółów, gdy chodziło o czyjąś śmierć, nawet jeśli nie podawała im niczego na tacy. A to nie było wcale łatwe – wyciągnąć z niej to, czego rada oczekuje – i w wielu przypadkach odbijało się na nim rykoszetem, bo za każdym razem, gdy przeginał, a czasami przegiąć musiał, żeby dostać od niej to, czego potrzebuje, popiół wypalał w nim rany, jakby wchodził w każdą jego myśl, żeby mu przypomnieć, że granica między tym, co może, a tym, czego mu nie wolno, nigdy nie jest daleko. Wyrzutów sumienia nie miewał, ale to nie znaczy, że nie musiał później dochodzić do siebie, bo w wielu przypadkach kosztowało go to równie wiele. Nie było to jednak dostrzegalne, bo z niego nie da się czytać, jak z otwartej księgi. Z niego nie da się czytać w ogóle, bo jego emocje mają bardzo prostą strukturę – nie grają w nim żadnej roli. Mogą być maską i ginąć za uśmiechem albo za wzrokiem pełnym skupienia, jednak nigdy nie sięgają serca. Demon nie podlega ludzkiej karmie, a rezonansowi własnych czynów, i to też przemawiało za tym, żeby to właśnie jego wcisnąć w rolę jej kata.
    Drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem, gdy wyszedł z jednego z wielu pomieszczeń prosto na korytarz, na którym Morrigan już czekała. Uśmiechnął się z zadowoleniem, idąc w jej stronę i rzucił wzrokiem na duży, wiszący na ścianie zegar.
    — Morrigan, punktualna i grzeczna, doskonale — stwierdził, tak na dzień dobry, darując sobie wszelkie grzecznościowe formy, bo to już dawno mieli za sobą. Przecież to nie pierwsze ich spotkanie w tym miejscu, ani w żadnym innym, w którym dochodziło do katuszy, gdy ona z wielu różnych powodów decydowała się ignorować wezwania na komisariat, a on musiał jej szukać i tracić na to czas. Ale wtedy przesłuchanie zwykle wypadało o niebo gorzej, bo wtedy Zayden, na swój własny sposób, ten stracony czas odbierał. W tym świecie i w tym wymiarze nic nie dzieje się bez ceny, a każda ingerencja oznacza wymianę energii. Jego za to nie obchodziło to, na co Morrigan ma ochotę, a na co tej ochoty nie ma, bo przecież nie spotykali się na pogaduszki przy kawie. Chociaż niewykluczone, że przy takiej kawie naprawdę mieliby o czym rozmawiać.
    — Jestem dobrej myśli, że załatwimy to tak szybko, jak poprzednio — powiedział, otwierając drzwi do pomieszczenia, naprzeciwko którego Morrigan siedziała. Najpierw wpis do rejestru i wszelkie niezbędne procedury, a potem działanie. Kiwnął tylko głową w stronę wnętrza, bo raczej wiedziała już, co należy robić i jego wskazówki były zbędne. Trzeba jednak przyznać, że z czasem te przesłuchania nabrały płynności, a te późniejsze, nawet jeśli wciąż mocno ją obciążały, były i tak bardziej znośne od tych pierwszych, gdy wszyscy działali trochę na oślep, najpierw próbując, a potem ucząc się na ewentualnych błędach.

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  18. Usłyszawszy przekleństwo w jej ustach, wchodząc już do pomieszczenia, cmoknął cicho i z niezadowoleniem pokręcił głową, bardziej zawiedziony niż oburzony. Takie słowa przecież nie przystoją tak ładnej kobiecie. Otaksował ją wymownym spojrzeniem, a kiedy podpisała stosowne papiery, ruszył dalej do kolejnego pomieszczenia, który był już pokojem przesłuchań, czyli miejscem jakie oboje znali aż nazbyt dobrze. Światło w pokoju było nieprzyjemnie białe i zbyt jasne jak na miejsce, w którym miały paść sekrety. Równo odbijało się od kamiennych ścian i długiego stołu, przy którym ustawiono tylko trzy krzesła. Żadnych okien. Żadnych ozdób. Jedynie cienka linia run wyryta tuż nad podłogą, niemal niewidoczna dla niewprawionego oka. Urzędnik Rady, mężczyzna o twarzy zbyt zwyczajnej, by cokolwiek o niej zapamiętać, siedział już na swoim miejscu z długopisem zawieszonym nad kartką papieru. Nie podniósł wzroku, gdy drzwi zamknęły się za nimi głucho, a jedynie zanotował godzinę i obecność przesłuchiwanej. Zayden rzucił mu krótkie, obojętne, bo gość był po prostu irytujący i chyba najbardziej popieprzony z całej ich trójki. Potrafił przesiadywać w tym pomieszczeniu z niewzruszonym spokojem, obserwować wydarzenia, chłonąć strach, a potem sprowadzać wszystko do suchych linijek atramentu, pozbawionych emocji oraz kontekstu i przekazywać te czyste fakty Radzie. Prawda jest taka, że mógłby zaoszczędzić jej przynajmniej połowę katuszy, gdyby nie spisywał wszystkiego z dokładnością co do sekundy.
    Zayden przeszedł kilka kroków w głąb pomieszczenia i zatrzymał się po drugiej stronie stołu. Nie usiadł od razu, a przez chwilę tylko stał, pozwalając ciszy wypełniać nieprzyjemnie jasne wnętrze. Nie śpieszył się, bo to on wyznaczał tempo. Jego spojrzenie spoczęło na Morrigan, chłodne i przenikliwe, ale pozbawione ciekawości. Nie było w nim teraz ani gniewu, ani satysfakcji, a jedynie coś na kształt zawodowej rezygnacji, bo oboje wiedzieli, że to spotkanie jest nieuniknione i że musi się wydarzyć, a od nich zależy już wyłącznie jego przebieg.
    — Zaczniemy od tego samego punktu co ostatnio — odezwał się spokojnie. — Rada wciąż nie dostała odpowiedzi, które mogłaby uznać za wystarczające — wyjaśnił i na moment zerknął w stronę urzędnika, przypominając o jego obecności, a potem znów skupił się na Morrigan.
    — Nie będę wyciągał tego siłą — zaznaczył po chwili. — Ale jeśli dalej będziesz to trzymać w sobie, wizja i tak znajdzie ujście, tylko mniej… kontrolowane — ostrzegł, choć jego głos nadal był spokojny. Nie wywierał na niej presji, nie nachylał się nad nią i nie podnosił tonu, bo doskonale wiedział, że banshee reagują na inne bodźce niż strach fizyczny. I to właśnie tych bodźców zamierzał jej zaraz dostarczyć.
    Światło w pomieszczeniu zaczęło przygasać, mimo że lampa nad nimi wciąż paliła się tak samo. Cień zgęstniał i rozlał się po ścianach, po suficie, po blacie stołu, aż granice pokoju zaczęły się rozmywać. Zayden pochylił się lekko do przodu, a jego cień oderwał się od ciała i przesunął bliżej Morrigan, muskając jej skronie jak zimny oddech. Dotknął dwoma palcami blatu stołu, a popiół, dotąd niewidoczny, uniósł się w powietrze niczym drobny pył. Nie parzył, gdy opadł na jej ramiona, był chłodny i martwy, jak pozostałość po czymś dawno zakończonym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cień oplótł jej sylwetkę, a pokój przesłuchań nagle pękł. Ściany cofnęły się, a w ich miejsce wdarł się inny obraz, wciąż urywany i poszarpany. Wąska uliczka. Kamień pod stopami. Zapach wilgoci i krwi. Jakaś sylwetka, niewyraźna i ryzmyta. Zayden widział to tak, jak ona: blisko, intensywnie i bez możliwości odwrócenia wzroku.
      — Wolniej — powiedział, a cień zareagował na jego głos, stabilizując wizję. — Skup się na końcu — polecił jej i lekko zacisnął szczękę, wbijając spojrzenie w jej twarz. Nikt nie liczył na to, że tym razem da im wszystko, czego potrzebują, ale że da im więcej, niż poprzednio. A nie mogła się wycofać – jego cień trzymał ją w miejscu, nie fizycznie, a głęboko w jej umyśle.

      Zayden Ward

      Usuń
  19. Przez moment w bibliotece zapadła ciężka, duszna cisza, przerywana jedynie szelestem przewracanych kartek w odległych alejkach. Jego gniew, wcześniej niemal namacalny, teraz zdawał się krystalizować w coś chłodniejszego i znacznie bardziej niebezpiecznego. Uniósł nieznacznie kącik ust w uśmiechu, który nie miał w sobie nic z rozbawienia. Zrobił jeszcze jeden krok, ignorując jej wyraźną niechęć do skracania dystansu. Nachylił się nad blatem, naruszając jej bezpieczną przestrzeń na tyle, by poczuła zapach tytoniu i chłodnego, nocnego powietrza, który zawsze mu towarzyszył.
    - Porzucić? - powtórzył cicho, a w jego głosie zamiast jadu brzmiało coś bliskiego smutku - Naprawdę tak to zapamiętałaś? To fascynujące, jak bardzo różnią się nasze wspomnienia, Morrigan. Nie szukałem cię przez dziewięć lat po to, żeby toczyć z tobą wojny - przesunął wzrokiem po jej dłoniach zaciśniętych na blacie, jakby chciał sprawdzić, czy bardzo się trzęsą. Widział jej zdenerwowanie wywołane spojrzeniami czytelników i tym razem, zamiast to wykorzystać, niemal niedostrzegalnie skinął głową, jakby przyznawał jej rację - Masz rację, to nie jest miejsce na to, co musimy sobie powiedzieć - przyznał, prostując się powoli. Jego wzrok złagodniał, choć nadal był przenikliwy - Ale nie udawaj, że ten kurz i pieczątki to wszystko, czego potrzebujesz od życia. Chciałaś uciec, rozumiem to, ale ja nie przyszedłem cię zniszczyć - wskazał dłonią w stronę wyjścia, wykonując zapraszający, niemal uprzejmy gest - Skończ pracę. Poczekam na zewnątrz, możemy porozmawiać jak ludzie, którzy kiedyś się znali, albo możesz zostać tutaj i udawać, że mnie nie widziałaś. Obydwoje jednak wiemy, że ta druga opcja już nie zadziała - przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, jakby próbował dostrzec w jej oczach choćby cień tej dziewczyny, którą poznał prawie dekadę temu. Widział jej opór, ten nagły pancerz, który wokół siebie zbudowała, i choć jej słowa o „porzuceniu” zabolały mocniej, niż był skłonny przyznać, nie pozwolił sobie na złośliwość. Zamiast tego powoli cofnął rękę z blatu, dając jej tyle przestrzeni, ile tylko mógł w tej dusznej bibliotecznej alejce.
    - Nie myślałem o tobie dlatego, że nie miałem kogo innego - powiedział bardzo cicho, tak by ich rozmowa nie niosła się już między regałami - Myślałem o tobie, bo jesteś jedyną osobą, której nigdy nie potrafiłem do końca zrozumieć. A to, Morrigan, w moim świecie jest przekleństwem - westchnął, kręcąc przy tym z rezygnacją głową i skierował się pewnym krokiem w stronę wyjścia z budynku. Szedł pewnie, ale bez pośpiechu, pozwalając, by stukot jego butów o parkiet wybrzmiał jako ostateczny akcent ich spotkania.

    Malphas

    OdpowiedzUsuń
  20. [o to dobrze jeszcze pamiętam ;>
    No a Hota. potrzebny zastrzyk pieniędzy, więc czemu nie.
    Kto zaczyna? U mnie to chwilę potrwa... więc jak chcesz poczekać. ;3]

    biały lisek

    OdpowiedzUsuń
  21. [ troszke to trwało, ale dotarłam na maila! ]

    Mokseo

    OdpowiedzUsuń
  22. Malphas stał oparty o pień starego dębu, z dłońmi schowanymi w kieszeniach płaszcza. Obserwował krople deszczu rozbijające się o bruk, jakby w ich rytmie szukał sposobu na poskromienie własnych myśli. Gdy usłyszał jej głos, nie drgnął gwałtownie, uniósł jedynie głowę, a jego wzrok spoczął na jej twarzy z intensywnością, która sprawiła, że chłód wieczoru przestał być aż tak dotkliwy. Przez dłuższą chwilę milczał, trawiąc jej przeprosiny. Nie spodziewał się ich. Myślał, że Morrigan, którą odnalazł, będzie już na zawsze schowana za murem z ironii i gniewu. Widok jej palców ubrudzonych granatowym tuszem, tak ludzki i zwyczajny w kontraście do mroku, który ich oboje otaczał, sprawił, że w jego spojrzeniu znów pojawiło się to dziwne, zmęczone złagodnienie. Spojrzał na wyciągniętą w jego stronę paczkę, a potem na papierosa w jej ustach. Wyciągnął dłoń, ale zamiast wziąć papierosa, powoli wyjął z jej palców zapalniczkę. Pstryknął, osłaniając płomień przed wiatrem drugą ręką. Blask ognia rozświetlił na moment jego ostre rysy i odbił się w ciemnych źrenicach.
    - Przyjmuję oba przeprosiny - powiedział cicho, oddając jej zapalniczkę, gdy tylko końcówka jej papierosa żarzyła się na czerwono - Choć to drugie... to drugie bolało znacznie dłużej niż te kilka słów rzuconych między regałami – dodał, sam nie poczęstował się tytoniem. Zamiast tego zrobił pół kroku w jej stronę, tak by dach biblioteki chronił ich oboje przed narastającą ulewą - Masz rację, Morrigan. Nie mam prawa - przyznał, a jego głos stał się niski, niemal kojący - Ale nie potrafię inaczej. Widzę cię taką, jaka jesteś, a nie taką, jaką próbujesz być dla tych wszystkich ludzi w środku. To, co nazywasz wyciąganiem na wierzch tajemnic, dla mnie jest po prostu... próbą odnalezienia cię pod tymi wszystkimi warstwami kurzu - oparł się plecami o chropowatą ścianę budynku, tuż obok niej. Patrzył przed siebie na pustą, mokrą ulicę. Wypuścił powoli powietrze, a dym z jej papierosa przemknął mu przed oczami, mieszając się z mgłą. Przez te wszystkie lata układał sobie w głowie dziesiątki scenariuszy tego spotkania, ale żaden nie zakładał, że znajdzie ją w tym miejscu.
    - Przez dziewięć lat byłem przekonany, że po prostu miałaś mnie gdzieś - powiedział, a w jego głosie zabrzmiała gorzka szczerość - Zostałem tam wtedy jak ostatni osioł, czekając na jakikolwiek znak, na cokolwiek. Kiedy się nie odezwałaś, uznałem, że to była dla ciebie tylko kolejna lekcja, kolejny rozdział, który zamknęłaś z ulgą. To dlatego nigdy cię nie znalazłem. Szukałem kogoś, kto chce być znaleziony, albo kogoś, kto ucieka z rozmachem - przeniósł wzrok na deszcz, bębniący o blaszany daszek. Czuł, jak narasta w nim frustracja, której nie potrafił już maskować chłodnym spokojem - Nie wiedziałem, że tu trafiłaś. Gdybym wiedział... - urwał, nie chcąc kończyć tego zdania - Jak ty tutaj w ogóle dajesz radę? Jak wytrzymujesz tę ciszę i tę cholerną, duszną powtarzalność każdego dnia? - zaklął pod nosem, przecierając twarz dłonią. Jego opanowanie pękało pod wpływem otoczenia, które działało mu na nerwy od pierwszej minuty - Ja jestem tu dopiero od kilku tygodni i już mnie strzela jasny chuj - mruknął, nie siląc się już na elegancję - Ta cała atmosfera azylu, te uśmiechy, to udawanie, że wszystko jest w porządku, podczas gdy to miasto zdaje się gnić od środka. To nie jest miejsce dla kogoś takiego jak ty. A już na pewno nie dla kogoś, kto widzi to, co my - spojrzał na jej brudne od tuszu palce, a potem prosto w jej oczy - Powiedz mi szczerze, naprawdę jesteś tu szczęśliwa, czy po prostu tak dobrze nauczyłaś się kłamać samej sobie? - przesunął wzrokiem po mokrym chodniku, a potem znów na nią, czując, jak narasta w nim absurdalna potrzeba, by potrząsnąć nią i wyciągnąć z tego odrętwienia. Sam fakt, że Morrigan, ta dziewczyna, która kiedyś płonęła ciekawością, teraz stoi tu z palcami brudnymi od tuszu i papierosem w ręku, wydawał mu się ponurym żartem.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  23. Malphas zamarł. Słowa o spalonej wiosce uderzyły w niego mocniej niż jakakolwiek obelga, którą rzuciła wcześniej w bibliotece. Przez dziewięć lat budował w sobie obraz Morrigan, która po prostu odeszła, dumnej, być może wyrachowanej, szukającej lepszego życia. Prawda o zgliszczach i ucieczce sprawiła, że cała jego misterna konstrukcja gniewu rozsypała się w pył, zostawiając po sobie jedynie gorzki osad współczucia, którego nienawidził czuć. Patrzył, jak jej dłonie drżą, jak tusz na jej palcach odcina się od nagle pobladłej skóry. Kiedy zakaszlała, odruchowo uniósł dłoń, jakby chciał ją podtrzymać, ale zatrzymał się w pół kroku, zaciskając palce w pięść.
    - Nie wiedziałem - wychrypiał, a jego głos brzmiał teraz zupełnie inaczej - Myślałem... nieważne, co myślałem. Byłem idiotą, zakładając, że świat obszedł się z tobą łagodniej niż ze mną - oparł się ciężko o ścianę, tuż obok niej, ignorując zacinający pod daszek deszcz. Pytanie o to, co on tutaj robi, zawisło w chłodnym powietrzu, domagając się odpowiedzi, której sam do końca nie chciał dopuścić do świadomości. Wyciągnął rękę i tym razem bez pytania wziął od niej papierosa, zaciągając się głęboko, jakby potrzebował tego dymu, by stłumić cisnące się na usta przekleństwa.
    - Co tu robię? - powtórzył z ponurym uśmiechem, wypuszczając dym w stronę deszczu - Zrobili mi to samo, co tobie. Założyli smycz, tylko że moja jest trochę krótsza, bo wiedzą, że gryzę. Tam, na zewnątrz, pętla zaczęła zaciskać mi się na szyi tak mocno, że nie byłem w stanie już oddychać. Zwinęli mnie, zanim zdążyłem przeładować broń - znowu zaciągnął się dymem, mocniej, jakby chciał wypalić z płuc całą tę wściekłość, która w nim siedziała - Trafiłem tutaj, jako nikt. Kolejny problem do upchnięcia w szafie. Kiedy wszedłem do tej biblioteki, chciałem tylko znaleźć cokolwiek, co pozwoliłoby mi nie myśleć o tym, że zamknęli mnie w klatce. Nie miałem pojęcia, że tu jesteś. Zobaczenie cię za tą ladą... - urwał i pokręcił głową, patrząc na nią z niedowierzaniem - Myślałem, że mam omamy, że to miejsce już zaczyna mi mieszać w głowie - zrobił krok w jej stronę, tym razem zniżając głos tak, by tylko ona mogła go usłyszeć. W jego oczach nie było już dumy, tylko surowa, bolesna prawda - Jesteśmy tu oboje, bo nas złamali, Morrigan. Mnie siłą, ciebie strachem i żałobą. Nie wiem, co tu robię. Nie mam planu - spojrzał na jej brudne od tuszu palce, a potem na deszcz, który zmywał pył z ulicy. Wskazał dłonią na puste ulice Last Salvation, po których wiatr gonił mokre liście - Jak ty tu wytrzymujesz? Jak możesz stać tam dzień w dzień i udawać, że te pieczątki i kurz to wszystko, co ci pozostało? Ja już teraz mam ochotę coś podpalić, tylko po to, żeby poczuć, że krew w moich żyłach wciąż płynie, a nie zamienia się w ten granatowy tusz, który masz na rękach - odrzucił niedopałek na mokry bruk i przydeptał go z siłą, która zdradzała znacznie większe napięcie, niż chciałby pokazać. Przesunął dłonią po krótkim zaroście - Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Nie nuda. Nawet nie ta cholerna cisza. Najgorsze jest to, że oni naprawdę wierzą, że nas oswoili, że wystarczy nam dać dach nad głową i pozwolić zapomnieć o przeszłości, a staniemy się częścią tego nudnego krajobrazu - zrobił krok w stronę deszczu, pozwalając, by krople osiadały na jego twarzy, jakby szukał w nich otrzeźwienia - Ja nie potrafię żyć tak jak ty, Morrigan. Nie potrafię karmić się rutyną. Jedyne, co sprawia, że jeszcze nie zwariowałem w tym sterylnym czyśćcu, to świadomość, że pod tą cienką warstwą pozorów ci ludzie wciąż są tylko ludźmi. Pełnymi zawiści, strachu i brudnych pragnień - odwrócił się do niej gwałtownie, a na jego ustach błąkał się niebezpieczny uśmiech.

    Malphas

    OdpowiedzUsuń
  24. Malphas uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale był to uśmiech, który nie obiecywał niczego dobrego. To nie był wyraz zadowolenia, lecz raczej desperackiej satysfakcji kogoś, kto znalazł jedyny sposób, by nie oszaleć w sterylnym pokoju bez okien.
    - Co zamierzam zrobić? - powtórzył pod nosem, jakby to pytanie było jedyną rzeczą, która trzymała go w pionie - Będę robił to, co zawsze, Morrigan. Będę szukał pęknięć. Każdy mur, nawet ten w Last Salvation, ma jakieś słabe punkty. Każdy człowiek, który twierdzi, że odnalazł tu spokój, kłamie przede wszystkim samemu sobie - zrobił krok w stronę deszczu, pozwalając, by zimna woda zmywała z niego resztki bibliotecznego kurzu. Odwrócił się do niej, a jego sylwetka na tle szarego nieba wydawała się nienaturalnie ostra, jakby nie pasował do tego rozmytego krajobrazu - Pytasz, jak długo mogę się tym karmić... - zniżył głos, który teraz brzmiał niemal jak warkot - Tak długo, aż to miejsce przestanie udawać raj. Widzisz ich rano, jak idą do pracy z tymi pustymi uśmiechami? Widzisz, jak pilnują, żeby nikt nie wystawał poza szereg? To jest gnicie za życia. Jeśli jedyną rzeczą, która może ich obudzić, jest strach albo nienawiść do sąsiada, to chętnie im to dostarczę. To i tak lepsze niż ta powolna śmierć, którą ty nazywasz „dostosowaniem się” - znów podszedł bliżej, ignorując fakt, że jego płaszcz jest już całkiem mokry. W jego oczach płonęło coś, co sprawiało, że deszcz wydawał się parować na jego skórze - Nie proszę cię, żebyś mi pomagała, ale nie oczekuj, że usiądę obok ciebie i zacznę przybijać pieczątki w książkach, czekając na koniec świata. Jeśli mam tu zostać, to na moich zasadach. Będę tym piaskiem w trybach ich idealnej maszyny, a kiedy wszystko zacznie zgrzytać... - zawiesił głos, patrząc jej prosto w oczy z intensywnością, która nie dawała pola do ucieczki - Wtedy zobaczymy, czy naprawdę „nie masz sił na opór”, czy po prostu potrzebowałaś kogoś, kto podpali ten twój azyl, żebyś wreszcie zaczęła uciekać. Naprawdę uważasz, że to, co robisz, to życie? Siedzisz w tej zakurzonej klatce, liczysz dni do starości i pozwalasz, żeby te bzdurne runy wyżerały ci duszę. Ja nie mam zamiaru czekać, aż stanę się kolejnym cieniem snującym się po tych ulicach. Jeśli mam tu zgnić, to upewnię się, że fundamenty tego miejsca zaczną pękać jako pierwsze - wyciągnął dłoń i przez ułamek sekundy wydawało się, że chce dotknąć jej policzka, ale zamiast tego chwycił tylko kosmyk jej ciemnych włosów, który przykleił się do jej mokrej skóry. Przesunął go delikatnie, a jego oczy na moment złagodniały, choć wciąż tlił się w nich ogień - Nie boisz się mnie, i to jest twój problem - mruknął - Powinnaś się bać, bo jestem jedyną osobą, która może sprawić, że to wszystko, co sobie wypracowałaś, ten spokój, ta cisza, ta nędzna namiastka bezpieczeństwa, pójdzie z dymem. I wiesz, co jest w tym najzabawniejsze? Kiedy to się stanie, kiedy ten cały „azyl” w końcu pierdolnie, będziesz mi dziękować, bo wreszcie znów poczujesz, że krew pulsuje ci w żyłach - puścił jej włosy i odsunął się o pół kroku, znów przybierając maskę kogoś, kto po prostu obserwuje świat z dystansu, choć oboje wiedzieli, że to kłamstwo.


    uparty kambion

    OdpowiedzUsuń
  25. Kocia natura była nieodzownym elementem osobowości Leviego i o ile w kociej postaci z ludzkich przymiotów pozostawała mu tylko inteligencja, o tyle jego ludzkie ciało nieustannie zdradzało się z tym, jaka była jego druga natura, choć może właśnie ta kocia natura wcale nie była drugą…? Levi nigdy się nad tym nie zastanawiał, ponieważ taki się już urodził i to, nad czym kto inny mógłby pochylić się z zaciekawieniem, dla niego pozostawało zupełnie naturalne i oczywiste.
    I tak jak Morrigan bawiły te jego kocie ruchy, tak Leviego bawiło jej zażenowanie. Odnosił jednak wrażenie, że z każdą kolejną pobudką przy jego boku, to było coraz mniejsze. W końcu widział ją w różnych, często przedziwnych sytuacjach i o ile za pierwszym razem był całkowicie zaskoczony, o tyle dziś był to dla niego chleb powszedni, choć do strumyka Morrigan weszła po raz pierwszy i Levi miał ogromną nadzieję, że będzie to także raz ostatni. Całe szczęście, zdołali z niego wyjść równie łatwo, co do niego weszli i teraz Levi zerknął na opartą o pień drzewa kobietę.
    — Cuchnie? — powtórzył za nią i zmarszczył brwi, bo też nie czuł niczego oprócz szczypiącego w nos mrozu, który drażnił gardło i wbijał małe igiełki w płuca przy każdym oddechu. Czasem, kiedy młody Ackermann się zapominał, ignorował to, że miał wyostrzone zmysły i odbierał więcej bodźców, niż przeciętny człowiek. Tak jak teraz, skupił się na tym, co najbardziej powierzchowne i dotkliwe, to jest wszechogarniającym zimnie i nieprzyjemnym uczuciu przemoczenia. Skoro jednak Morrigan czuła smród, Levi musiał to sprawdzić.
    Wziął głęboki oddech, od którego jego nozdrza delikatnie zadrżały i powoli wypuścił powietrze, po czym lekko rozchylił usta i to przez nie wciągnął kolejny haust. Dokładnie tak, jak robiły to koty, by lepiej poczuć interesujący je zapach, ale ze względu na różnice w budowie anatomicznej, na niewiele miało mu się to przydać.
    Kiedy jednak tak smakował otoczenie, coś poczuł. Spod chłodnego zapachu śniegu, przyjemnej woni igliwia i zbutwiałych liści, pod tym śniegiem leżących, przebijał się delikatny smrodek. Nieprzyjemny, mdląco słodki, charakterystyczny dla zwłok i inny od zwierzęcego truchła, bo to pachniało inaczej.
    — Coś czuję — potwierdził i o ile wcześniej zaczął wpatrywać się w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, o tyle teraz skupił wzrok na Morrigan. — Ale chyba nie będziemy zajmować się tym teraz, prawda? — rzucił, by zaraz pokręcić głową. — Chodź.
    Pokonał te kilka kroków dzielących go od kobiety, w międzyczasie ściągając z siebie kurtkę. Miał jeszcze bluzę, a pod nią najzwyklejszą koszulkę, podczas gdy Morrigan przez cały ten czas pozostawała w cienkim t-shircie i puchatych skarpetkach. Złapał ją za ramię, nie mocno, ale pewnie i odciągnął od pnia, o który się opierała, a potem zarzucił kurtkę na jej ramiona. Oddałby i jej swoje buty, które nawet przemoczone wciąż stanowiły lepszą ochronę przed zimnem, niż skarpetki, ale te byłyby na Morrigan zdecydowanie za duże i ledwo dałaby radę się w nich poruszać.
    — Dasz radę iść? — zapytał, a kiedy Morrigan wsunęła ręce w rękawy, złapał za suwak i zapiął go pod samą brodę, nieomal przyszczypując jej skórę na podbródku tak, jak w dzieciństwie zawsze robiła mu to babcia.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  26. Malphas obserwował ją z boku, opierając się o bar łokciem. Widział to gwałtowne tempo, w jakim opróżniała kieliszki, i choć sam nie stronił od używek, wyczuł w tym coś więcej niż zwykłą ochotę na drinka. To była ucieczka. Nie próbował jej już pouczać ani kpić z tego, jak bardzo zmieniło ją życie w azylu. Zamiast tego, po prostu przysunął się o pół kroku, tworząc wokół niej coś w rodzaju bariery, która odgradzała ją od reszty tłumu. Nie odszedł, mimo że jej postawa wyraźnie mówiła „zostaw mnie”. Patrzył na puste kieliszki po wódce, a potem na jej twarz, na której desperacja walczyła z dumą. Na jego ustach błąkał się ten specyficzny, gorzki uśmiech, który pamiętała sprzed lat.
    - Cóż za ironia, Morrigan - mruknął, a jego głos, choć niski, przebił się przez dudnienie basów - Znowu bar, znowu noc i znowu ty, próbująca spalić wspomnienia w alkoholu. Wygląda na to, że niektóre rzeczy są silniejsze niż runy i mury tego miasta - przesunął wzrokiem po sali, a potem znów zatrzymał go na niej. W jego spojrzeniu nie było już tej agresywnej złości z biblioteki, zastąpiło ją coś na kształt surowego spokoju, niemal ulgi - Prawie dziewięć lat temu zostałem w podobnym miejscu, gapiąc się w drzwi i czekając, aż się w nich pojawisz. Wtedy nie przyszłaś - powiedział cicho, niemal bez żalu, jakby po prostu stwierdzał fakt - A teraz patrz... wystarczyło trafić do tego czyśćca, żebyś w końcu dotarła do baru. Można powiedzieć, że w końcu się na ciebie doczekałem. Spóźniłaś się niemal dekadę, ale przynajmniej sceneria jest znajoma - skinął na barmana, tym razem zdecydowanym gestem, i wskazał na Morrigan oraz na pustą szklankę przed sobą - Skoro oboje jesteśmy tu uwięzieni, a ty najwyraźniej masz zamiar pić, dopóki świat nie stanie się znośny, to pozwól, że tym razem ja postawię - dodał, a w jego głosie pojawiła się nuta, której dawno nie słyszała - Nie będę cię o nic pytał. Nie będę wyciągał zgliszcz na wierzch. Po prostu spróbujmy od nowa, jak dwoje nieznajomych, którzy mają pecha być w tym samym bagnie. Co ty na to? - oparł się wygodniej o blat, dając jej do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera i że tej nocy nie musi być sama ze swoimi myślami, jeśli tylko na to pozwoli. Malphas uśmiechnął się do siebie, kręcąc głową, jakby wciąż nie mógł uwierzyć w to, jak ironiczny potrafi być los. Przesunął dłonią po blacie barowym, zatrzymując wzrok na jej profilu. W świetle barowych neonów, mimo jej zmęczenia, wciąż widział w niej tę samą kobietę, która kiedyś wywróciła jego świat do góry nogami.
    - Skoro co ma wisieć, nie utonie, to spójrz na nas - zaczął cicho, niemal szeptem, by jego słowa nie dotarły do nikogo postronnego - Próbowaliśmy uciekać od siebie przez dziewięć lat, a i tak wylądowaliśmy w tym samym, zapomnianym przez bogów miejscu. Skoro los nas tu ze sobą zamknął, to może czas przestać ze sobą walczyć? - zamilkł na chwilę, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś na kształt autentycznego sentymentu - Naprawdę miło spędzało mi się z tobą czas, Morrigan. I nie mówię tylko o rozmowach. To, co było między nami... ta noc... była niesamowita. Do dzisiaj pamiętam każdy szczegół. Nie udawajmy, że to nic nie znaczyło, bo oboje wiemy, że było inaczej - przesunął się o milimetr bliżej, tak że czuła teraz bijący od niego żar - Proponuję układ. Zamiast marnować siły na wzajemne docinki i uciekanie wzrokiem, zacznijmy współpracować. Ty znasz to miasto, ja wiem, jak sprawić, żeby tryby tej klatki zaczęły zgrzytać. Razem moglibyśmy tu nie tylko przetrwać, ale i coś zmienić. Co ty na to, żebyśmy po prostu spróbowali być po tej samej stronie? - wyciągnął dłoń w jej stronę, nie dotykając jej, lecz dając jej wybór.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  27. Dla Rory ten dzień różnił się od poprzednich. To był jej pierwszy wolny dzień, odkąd dostała przydział do pracy w Bruderschafcie. Nie miała tutaj czasu na naukę, na zgłębianie swojej własnej magii, która przez ostatnie jedenaście lat stanowiła jej jedyną przyjaciółkę. Była tylko ona i ta energia, która pozwalała na manipulacje. Była tylko Aurora i te skrzące drobinki unoszące się w powietrzu, które widziała tylko ona. Był ten kojący wiatr, który ciepłymi podmuchami gładził jej zmęczone policzki i był też ten chłodny podmuch, który pchał ją do działania.
    W Last Salvation zabrali jej wolność, czas, ale i tę przyjaciółkę. Runa dość mocno ograniczała jej zdolności, manipulację energią ograniczając do minimum. Aurora mogła więc uwarzyć napitek, którego właściwości nie odbiegałyby od znanych ludziom substancji. Mogła spróbować zaleczyć czyjąś ranę lub nakazać wzrost zwiędłej roślince na parapecie w kuchni, ale rzucenie czy zdjęcie uroku graniczyło z cudem. Ba, było niemożliwe. Energia nie słuchała wiedźmuchy, omijała ją szerokim łukiem i Rory czuła się kompletnie normalna.
    Dlatego dzień wolny od pracy był jej niepotrzebny. Nie zawarła tutaj jeszcze żadnych znajomości, nie miała przyjaciół, nie miała nikogo, z kim mogłaby spędzić czas i choć władze Last Salvation dbały o to, aby mieszkańcy się nie nudzili, organizowali wszelakie kółka zainteresowań, planowano również seanse w niewielkim kinie, bawiono się w pubie, a czasami nawet ludzie sami od siebie brali sanki i narty, i korzystając z zimowej aury, spędzali czas na zewnątrz.
    Aurora nie potrafiła się wczuć w tę sielankowa, beztroską aurę. Nie podobało jej się tu i powtarzała to w swojej głowie jak mantrę.
    Jej uwagę, zaraz po sklepie spożywczym, przykuła biblioteka. Nie spodziewała się jednak cudów, a mimo to, pchnęła drzwi, wchodząc do środka. Zapach wykładziny i książek komponowały się ze sobą. Lekko duszne, pełne kurzu powietrze powitało młodą kobietę. Ściągnęła z głowy czapkę w norweski wzór, z dużym, puchatym pomponem i rozejrzała się dookoła.
    — Dzień dobry — odpowiedziała cicho, a zaraz za czapką ściągnęła grube rękawice. Zadrżała, bo miała wrażenie, że zimny wiatr z dworu przyszedł tutaj razem z nią. Przestąpiła kilka kolejnych kroków w stronę biurka, za którym siedziała bibliotekarka. — Szukam czegoś… — zaczęła, luzując gruby szalik. Było tutaj zdecydowanie zbyt ciepło. — O magii. — Założyła kosmyk włosów za ucho, wielobarwnym spojrzeniem omiatając twarz przyjemnie wyglądającej kobiety. Wydawała się być zmęczona, ale to samo można byłoby powiedzieć o Aurorze, która miała zapadnięte policzki i podkrążone oczy. — Harry’ego Pottera znam — dodała, dając tym samym bibliotekarce znać, że szuka czegoś… profesjonalnego.
    Blady uśmiech wpełzł na jej bladą twarzyczkę, kiedy znowu rozejrzała się dookoła, poznając ułożenie poszczególnych regałów.
    — Katalog alfabetyczny czy rzeczowy? — spytała jeszcze, wcale nie patrząc na bibliotekarkę, a gdzieś nad jej głową.

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Dzięki za cierpliwość ♥ ]

    Mokseo lubił przebywać z roślinami odkąd tylko sięgała jego pamięć. Nie był pewien swojego człowieczego życia, ale od momentu stania się duchem natury, był z nią nierozerwalnie związany. Wiedział, że niektórzy nie akceptują takiego stanu rzeczy, że ze swoją naturą walczą.
    Sklep zielarski stał się dla niego całym obecnym życiem. W końcu nie musiał żyć w strachu, mógł odetchnąć, żyć spokojnie, powoli. Tak jak cenił sobie najbardziej. Poświęcał swoim ziołom całego siebie.
    Zapach sklepu był mocny, mieszany, może lekko przytłaczający dla osób nieprzyzwyczajonych. Idealnie komponował się z wnętrzem, ciepłym drewnem mebli i podłogi, która delikatnie skrzypiała, a także wpadającym przed zakurzone witraże światłem. Był dumny z tego efektu. Było przytulnie, ciepło, choć może delikatnie tajemniczo.
    Opiekował się roślinami na zapleczu, gdy usłyszał klienta. Konkretnego klienta, którego bardzo dobrze i szybko poznał po samym chodzie. Jednak nie był, a raczej nie była sama. Zaciekawiony wyjrzał niemal od razu, gdy kobieta zdążyła go zawołać. Posłał jej delikatny uśmiech, dość krótki. Zaraz jego wzrok padł na biedną roślinę, która wyglądała jakby miała zaraz wydać z siebie ostatnie tchnienie. Mężczyzna spojrzał na ciemnowłosą z wyraźnym niezadowoleniem i osądem, po czym wydał przeciągłe, zrezygnowane westchnienie.
    – Znów? – mruknął zamiast przywitania.
    Kucnął zaraz koło doniczki, uważnie oglądając pacjenta. Dotknął delikatnie słabą łodygę, po czym przymknął na moment oczy. Kiedy je otworzył, ponownie zmarszczył brwi, zastanawiając się chwilę.
    – No nic, spróbujemy jeszcze raz, co? Tym razem jej nie zabijesz? – spytał, tym razem już lżej, z delikatnym uśmiechem.
    Ostrożnie dotknął roślinę, obserwując ją przez chwilę. Powoli monstera zaczęła nabierać więcej życia, jej łodyga zrobiła się grubsza, bardziej zielona, a u szczytu pojawiło się kilka mniejszych liści i ich zalążków. Mężczyzna dumny z siebie, odsunął się od doniczki, stając koło swojej znajomej.
    – Herbaty? Z bławatka? – zaproponował, ale nie czekał na jej odpowiedź. Znów znikł na zaplecze, z którego dało się słyszeć wyciągane kubki oraz wstawioną wodę.


    Mokseo

    OdpowiedzUsuń
  29. [Hej, hej!
    No raczej, że Oggy lepszy… i umie różne rzeczy! To naprawdę miły kościotrup, znacznie milszy niż jego opiekun xD
    Oho, panna banshee i to taka depresyjna… podoba mi się bardzo. Od razu pomyślałam, że może mógłby jej pomóc z tym dopasowaniem leków nasennych, jak przybyła do azylu, więc mogłaby się do niego trochę przekonać. No i, kolejnym punktem mogłaby być biblioteka – Anastasius uwielbia czytać, czyta dużo i zawsze, więc pewnie byłby częstym bywalcem. A jeśli masz jakiś inny pomysł, żeby ich w coś wplątać, to dawaj znać, bo jest potencjał!]

    Anastasius von Weiss

    OdpowiedzUsuń
  30. [Oj tak, Asta to ta ucieszona dziewczynka z mema, która ma za sobą płonący dom ;D
    Bardzo, bardzo dziękuję za te słowa. Jest mi szalenie miło! Tak właśnie miało być, pozornie niewinna wyliczanka dziecka. Na kogo wypadnie, na tego... ;x
    Zawsze chciałam podjąć się pisania banshee, więc z pewnością będę podglądać Wasze lamenty!
    Wspaniałości ;)]

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  31. Levi został dość dobrze – bo nie całkiem dobrze – wychowany przez ojca i babcię. Kiedy w jego towarzystwie marzła kobieta, dawał jej swoje odzienie wierzchnie, tak jak teraz nałożył na Morrigan swoją kurtkę i zapiął suwak, pomimo jej doskonale dla niego słyszalnej uwagi, aby dał sobie spokój.
    — Dałbym, gdybyś ty dała sobie spokój z łażeniem nocą po lesie — odgryzł się, nim jeszcze się od niej odsunął, a kiedy to zrobił, posłał banshee szeroki i bez wątpienia rozbrajający uśmiech. Był zadowolony z tego, że słowny protest był jedynym, na jaki Morrigan się zdecydowała, ponieważ nie uśmiechało mu się ganianie za nią pomiędzy pniami drzew po to, by przekonać ją do założenia kurtki – bo bez wątpienia dokładnie to by zrobił, gdyby Morrigan protestowała. I tak za nią ganiał, kiedy była w transie, więc co to za różnica, prawda?
    Ten jego uśmiech nie tylko zbladł, ale całkowicie zgasł, kiedy brunetka oznajmiła, że i owszem, pójdą sobie stąd, ale dopiero wtedy, kiedy ona dowie się, o co tutaj chodzi.
    — Serio, Morrigan? — wypluł z siebie dokładnie to samo, co pomyślał. — Mózg też ci przemarzł? Jest minus nie wiem ile, ale zdecydowanie za dużo, a ty chcesz chodzić w puchatych skarpetkach po lesie i szukać trupa? — marudził, ale mimo tego, że marudził, poszedł za nią, patrząc przy tym pod nogi, bo dziwnie stawiało mu się stopy w tych mokrych butach. Szedł dokładnie po śladach stóp kobiety, co często czynił zupełnie bezwiednie, idąc za kimś i krzywił się przy tym niemiłosiernie, bo choć się ruszyli, nie było mu ani trochę mniej zimno oraz ani trochę mniej mokro. Zadziwiało go to, że Morrigan, której powinno być o wiele gorzej od niego, uparcie parła na przód. Przecież ktokolwiek wyzionął tutaj ducha, nie miał im nigdzie uciec i na pewno zaczekałby do nich do rana. Wróciliby do swoich domów, przebrali w suche ubrania, rozgrzali i wyspali, a potem odnaleźli to miejsce, rześcy i wypoczęci. Levi mógłby nawet postarać się dla nich o aromatyczną kawę w dwóch kubkach termicznych, które sprowadził sobie spoza Azylu, przynosząc je ze sobą z jednej z wypraw na zewnątrz.
    Przystanął, kiedy i Morrigan przystanęła.
    — A ja? — Podniósł na nią wzrok i uniósł brew, a potem pociągnął ostentacyjnie czerwonym od mrozu nosem. — Zagwarantujesz mi, że nie umrę?
    Banshee już parokrotnie miała okazje przekonać się, że kiedy młodemu Ackermannowi coś przeszkadzało, ten ani trochę nie powstrzymywał się przed utyskiwaniem na wszystko wokół. Dokładnie tak, jak robił to teraz, zupełnie nieskrepowanie i nie przejmował się przy tym, jak może to wpłynąć na to, jak kobieta go postrzegała. W końcu jakoś jeszcze znosiła jego towarzystwo i przyjęła jego kurtkę, a teraz oczekiwała, że Levi powie jej, skąd dochodził ten zapach.
    — Czy ja ci wyglądam na psa tropiącego? — fuknął i prychnął jednocześnie, co chyba tylko on potrafił. Posłał Morrigan ostrzegawcze spojrzenie, jakoby ta miała nie próbować dalej przeciągać struny, po czym westchnął głęboko i podjął się powierzonego mu zadania. Znowu skupił się na nieprzyjemnym zapachu, który w miejscu, gdzie podprowadziła go brunetka, był intensywniejszy i nie stanowił już tylko tła dla charakterystycznej, zimowej woni. Jak Levi podkreślił, nie był psem tropiącym, więc nie zaczął węszyć, ale ponownie rozchylił wargi i wyminąwszy Morrigan, zaczął iść w tę samą stronę, w którą się skierowali. Oddychał jednocześnie przez nos i usta, pokonał tak jeszcze dziesięć metrów, aż przystanął pod pniem drzewa grubym na tyle, że potrzeba było trójki ludzi, aby zdołali objąć go ramionami. Tutaj odór rozkładu był silny, a kierunek, z którego zawiewał…
    Levi zadarł głowę. Nad nim, na wysokości trzech metrów, w ciemności dyndał wisielec, kołysany przez dmący w koronach drzew wiatr.
    — Proszę, znalazłem — poinformował i potarł o siebie zimne dłonie, by następnie upchnąć je w kieszeniach bluzy. Pochyliwszy głowę, obrócił się w stronę Morrigan. — Czy teraz możemy już wracać, a przyjdziemy go odciąć jutro?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Go albo ją – po stanie rozkładu trudno było dociec, z kim mieli do czynienia, a choć zimno znacznie spowolniło ten paskudny, czekający każdego, kto umrze proces, to ze zwłok zostało tylko tyle, że smród, nadal wyczuwalny, był do zniesienia.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  32. Malphas uśmiechnął się, ale był to uśmiech kogoś, kto doskonale wie, że właśnie uchylił drzwi, które Morrigan próbowała zaryglować od środka. Nie usiadł obok niej, zamiast tego oparł się o bar, stając pod takim kątem, by widzieć zarówno ją, jak i całą salę, która tętniła sztucznym życiem Azylu.
    - Nie próbuję cię wciągnąć w sojusz, Morrigan. Ja po prostu stwierdzam fakt, że w tym miejscu jesteśmy jedynymi osobami, które nie boją się patrzeć w lustro bez filtrów - odparł, a jego głos, choć cichy, przebił się przez gwar muzyki z precyzją skalpela - A co do stawiania... barman wie, co lubisz, czy mam zgadywać? - przesunął wzrokiem po sali, podążając za jej leniwym spojrzeniem. Sala była pełna ludzi próbujących zagłuszyć ciszę we własnych głowach, ale dla kogoś takiego jak on, ten bar był jak otwarta rana - Pytasz o pęknięcia? - mruknął, mrużąc oczy - To miejsce jest jednym wielkim pęknięciem zalepionym tanim alkoholem i złudzeniami. Widzę strach ukryty pod zbyt głośnym śmiechem tamtej grupy przy oknie. Widzę żal faceta w kącie, który pije za kogoś, kogo imienia już nie wolno mu wymawiać. Emocje tutaj są jak dym, duszące, gęste i niemożliwe do przeoczenia, jeśli wiesz, jak patrzeć - przeniósł wzrok z powrotem na nią. Jego obecność była intensywna, niemal fizycznie odczuwalna w tej ciasnej przestrzeni między krzesłami - Ale ty... ty nie jesteś dymem. Jesteś pożarem, który próbuje zdusić się pod kocem. I to jest najciekawsze pęknięcie w całym tym lokalu. Nie szukam sojuszu dla samej idei, Morrigan. Szukam kogoś, kto pamięta smak prawdziwego świata, zanim to miasto kazało nam o nim zapomnieć - pochylił się nieco, skracając dystans na tyle, by poczuła bijący od niego żar, ten sam, który zapamiętała lata temu - Ile emocji potrafię wyciągnąć? Wszystkie. Jeśli tylko zechcę, ale teraz interesuje mnie tylko to, co ty próbujesz utopić w tej szklance. Porozmawiajmy więc. O czym chcesz wiedzieć najpierw? O tym, co widzę w nich, czy o tym, co widzę w tobie, gdy myślisz, że nikt nie patrzy? - skinął na barmana, zamawiając to, co Morrigan piła do tej pory, nie musiał pytać, zapach alkoholu i jej reakcje mówiły mu wszystko. Kiedy nowa szklanka wylądowała na blacie, on jedynie przysunął ją w jej stronę, nie odrywając wzroku od jej zmęczonej, a jednak wciąż magnetycznej twarzy. Obserwował ją uważnie, rejestrując każdy mikrogest. Przesunął wzrokiem po barze, po czym znów wrócił do jej zmęczonych oczu. Tym razem jego spojrzenie było niemal kojące, choć wciąż niosło ze sobą ten specyficzny, kambioński mrok.
    - Pytałaś, ile emocji potrafię wyciągnąć. Prawda jest taka, że w tym mieście wystarczy tylko zdjąć wierzchnią warstwę, by wszystko zaczęło wypływać na powierzchnię. Każdy tu nosi w sobie jakąś ruinę. Ja po prostu nie boję się po tych ruinach chodzić - sięgnął po swoją szklankę, ale nie upił ani łyka. Tylko trzymał ją, pozwalając, by chłód szkła kontrastował z żarem jego dłoni - Nie musisz wychodzić stąd sama i przerażona - dodał, a w jego głosie pojawiła się nuta szczerości, której rzadko używał - Możemy zostać tutaj i obserwować, jak ten ich mały świat udaje, że wszystko jest w porządku, albo możemy wyjść i przypomnieć sobie, jak to jest nie bać się własnego cienia. Decyzja należy do ciebie. Ja tylko oferuję ci towarzystwo kogoś, kto widzi cię taką, jaka jesteś naprawdę. Bez tych wszystkich warstw alkoholu i rezygnacji - przez chwilę panowała między nimi cisza, którą wypełniał jedynie stłumiony hałas lokalu. Czekał, dając jej przestrzeń na to, by sama zdecydowała, jak głęboko chce go wpuścić do swojego świata tej nocy.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  33. [Hej, dobry wieczór!

    Obiecuję, że Lupin nie spojrzałby akurat na Morrigan oceniająco, proszę mi wierzyć, ale jeszcze rozróżnia udręczone dusze od tych naprawdę potępionych, jakich postępowania wybitnie nie aprobuje XD

    Cieszę się jednak, że właśnie Tobie ów pomysł przypadł do gustu, bo pewnego dnia przyszła mi do głowy szalona myśl - karta czytelnika właśnie dla tego mocno specyficznego nawa. Lupin kocha czytać we wszystkich językach, jest też dość wszędobylski, więc mógłby (nieproszony) znaleźć się w bibliotece te kilka lat temu, dopraszając się o jej atencję oraz możliwość wypożyczania lektur XDD oczywiście przy sprostowaniu i kilku tłumaczeniach tej bezczelności przez Klementynę. Myślisz, że Morrigan by mu ją zapisała? :D

    Dziękuję jednak za bardzo miłe powitanie! Od samego początku Twoja postać była jedną z moich ulubionych, więc bardzo dużo sobie tutaj poczytałam ♡

    A z kolei ten cytat Orestei Ajschylosa przebił mnie na wylot. Tak okrutnie do niej pasuje!]

    Klementyna

    OdpowiedzUsuń
  34. [hejo - utknęłyśmy (albo raczej ja) na ustaleniach. Czy w dalszym ciągu jesteś zainteresowana ewentualnym wątkiem (zakręciłam się o.O]

    Hocia

    OdpowiedzUsuń
  35. [yhmm mogę zacząć a miedzy czasie pomyślałam o pomocy doraźnej w formie wolontariatu - jak myślisz o takim ogłoszeniu? spokojnie mogę zacząć... dziś później]

    Hocia

    OdpowiedzUsuń
  36. Gdyby siedzący przy stole urzędas był sadystą, byłoby sto razy łatwiej, bo okrucieństwo wciąż jest emocją, więc wtedy można by walczyć z nim na poziomie uczuć. Ale on, jako konstrukt, nie odczuwa nawet tego. Jest tylko sztucznym tworem, wypchanym odpowiednią magią i programem i nie można go zaszantażować winą ani poruszyć litością, bo nie ma w sobie niczego więcej poza wgraną funkcją i bezwzględną koniecznością jej wykonania. Nie bez przyczyny to właśnie tego urzędnika oddelegowywano do spraw najcięższej wagi. Nie mógł niczego zjebać, bo dla niego istota po drugiej stronie stołu zawsze będzie tylko zmienną w równaniu i problemem do rozwiązania zgodnie z procedurą. Nigdy nie podda się emocjom. Nigdy nie zdobędzie się na empatię i analogicznie nigdy nie spróbuje nienawidzić, bo jedyne, z czym będzie się liczyć, to beznamiętna egzekucja wgranych reguł. I chociaż żadne oficjalne informacje tego nie podawały, to pewne, że konstrukt był tworem Rady, skoro z ramienia Ratusza tak gorliwie działał na ich zlecenie. Pracował wyłącznie przy sprawach, które wymagały absolutnej bezstronności i całkowitego braku wahania, czyli tam, gdzie ludzki urzędnik prędzej czy później popełniłby błąd, zawahał się albo pozwolił sobie na wątpliwości. Zawsze był tam, gdzie trzeba działać bezwzględnie, więc teraz też siedział sobie na krześle w milczeniu i kompletował zapiski, robiąc to tak niewzruszenie, jakby wrzaski Morrigan wcale nie próbowały rozerwać sali przesłuchań na strzępy. Brakowało mu tylko filiżanki z herbatą, żeby scena wyglądała jak kolejne żmudne posiedzenie komisji, które wypada odbębnić. Pieprzona atrapa w ludzkiej skórze.
    Zaczęli niewinnie od narzucania wizji, które były zaproszeniem do tego, by nie stawiać oporu i płynąć razem z nimi. Zayden dawkował je z wyczuciem, a przynajmniej próbował, pozwalając każdej wizji jakkolwiek wybrzmieć, zanim pojawiła się kolejna. Był to jednak zaledwie wstęp do czegoś gorszego, co miało nadejść w następnym etapie, ale cel był taki, że podczas dzisiejszego przesłuchania musieli ustalić chociaż jakieś cechy szczególne sprawcy, które zawężą grono podejrzanych. Blizna na skroni, pieprzyk na linii żuchwy, plamka na oku – cokolwiek, co mogło być tym szczegółem, który w tej sprawie zagwarantuje im kolejny krok do przodu. Morrigan musi dać im coś, choćby drobiazg czy punkt zaczepienia, co pozwoli przełożyć dotychczasowe ustalenia na jeden sensowny konkret. Jeśli się uda, z pewnością zyska spokój na dłużej. To znaczy, dopóki znów nie będzie im potrzebna.
    Obserwował uważnie jej stan, gdy krzyk przechodził w chrypienie, a żyły na jej szyi nabrzmiewały i rysowały się wyraźnie pod skórą. Znał ten moment, bo to była granica, za którą ciało zaczyna zdradzać umysł, a opór staje się już tylko kwestią fizjologii. Jeszcze chwila, a wizje zrobią swoje, ale najpierw mała przerwa, bo krew, którą wypluła z ust, nie była wcale iluzją.
    Skoro chciała czegoś dotknąć, to Zayden zamierzał spełnić tę prośbę w odpowiedni sposób, może aż nazbyt. Odszedł od stołu na kilka kroków, znikając też z pola widzenia Morrigan, bo to, co mógł jej dać, leżało na półce za jej plecami. Sięgnął po przedmiot bez pośpiechu, nawet na niego nie spoglądając, bo wiedział, czym jest i do kogo należał, a była to wąska skórzana bransoletka, starta od noszenia, z prostym metalowym zapięciem. Nic ozdobnego i nic cennego, ale z pewnością coś osobistego. Ofiara nosiła ją codziennie i bez przerwy.
    Nie wrócił na miejsce tak, jak można by się tego spodziewać. Zbliżył się do krzesła, na którym Morrigan siedziała, złapał za oparcie i pociągnął stanowczo, obracając je bardziej w swoją stronę. Skrzypnięcie drewnianej nogi o posadzkę zgrzytnęło w uszach, a cień, który do tej pory krążył przy Morrigan, osnuł sylwetkę Zaydena, który nie był już wcale Zaydenem, tylko ofiarą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młodym chłopakiem o kasztanowych włosach, ze zbyt wąskimi ramionami i spojrzeniem, w którym wciąż tliło się zdziwienie i strach, jakby wciąż nie zaznał spokoju, tkwił gdzieś w przestrzeni i do samego końca nie potrafił zrozumieć, że ta śmierć wydarzyła się naprawdę. Miał na sobie koszulę rozdartą w kilku miejscach tak, jakby materiał nie wytrzymał szarpania ani uderzeń. Tkanina była sztywna od zaschniętych plam i przylepiona do skóry tam, gdzie nie powinna, jeden rękaw zwisał bezwładnie, rozdarty aż po szew, a guziki albo zniknęły, albo zostały wyrwane razem z kawałkami materiału. Koszula nie była już ubraniem, tylko zapisem ostatnich minut, w których ciało jeszcze się broniło. Na nadgarstku miał tę samą skórzaną bransoletkę, która jeszcze przed momentem spoczywała na półce.
      Stał tak przed Morrigan z wyciągnięta w jej kierunku ręką, by mogła ją złapać, dotknąć bransoletki i dostać to, czego potrzebowała. Miała przed sobą ofiarę, a choć była to tylko iluzja, to jednak na tyle realna, że Morrigan mogła bez trudu poczuć swąd tej śmierci. Zayden wyglądał dokładnie tak, jak ten chłopak w chwili śmierci. Tragicznie.
      — Zrób to dla nas, Morrigan, niech to się wreszcie skończy — przemówił młodym głosem ofiary, a na skórze wokół bransoletki zaczęły pojawiać się cięte rany i kropelki świeżej krwi, które powoli zamieniały się w cieknące stróżki. — Spójrz na mnie i powiedz, jak wyglądał, kiedy stał tak blisko — prosił, pozwalając, żeby jego głos dźwięczał jak echo. — Widzisz go — oznajmił, nie pytając i nie czekając na potwierdzenie. Iluzja nie eskalowała, tylko trwała konsekwentnie, dając jej czas na to, by każdy szczegół zapadł w jej wizji głębiej. Potrzebowali szczegółów, a byli już blisko ich osiągnięcia.

      Zayden Ward

      Usuń
  37. [Hej, dziękuję za słowa powitania! Nie wiem, co tu się wydarzyło, bo to chyba pierwszy raz, gdy mam taki ruch pod kartą 🫣

    Bardzo, bardzo, bardzo chciałabym rozpisać wątek między naszymi postaciami (raz, że pracują w tym samym miejscu, a dwa, że Morrigan jest naprawdę interesująca i świetnie przedstawiona!), ale umówiłam się tu już na kilka wątków i trochę obawiam się, że mogłabym nie uciągnąć kolejnych. Niemniej, jeśli nie masz nic przeciwko i pozwolisz mi się czasowo osadzić (i sprawdzić, jak idzie mi pisanie z kilkoma autorami), żebym ogarnęła, czy uda mi się wygospodarować odpowiednią ilość czasu, to BANKOWO tu wrócę, rzucę pomysłami i nawet zacznę nam fabułkę w ramach rekompensaty za chwilową odmowę :x]

    Siwoo

    OdpowiedzUsuń
  38. Dzień zapowiadał się pogodny, trochę chmur na niebie nie zwiastowało żadnych śnieżyc, więc wzięła się za porządki. Mogła sobie co prawda pomóc trochę magia lisa, ale szkoda było marnować na to energię. Zatem sukcesywnie ogarniała norę chodząc i wychodząc z niej co jakiś czas. Czuła nosem nadchodzące mrozy, które już zaczynała odczuwać mimo gęstego futra, więc musiała się pospieszyć z robotą do południa.
    Gdy się zmęczyła pobiegła do małego strumyczka, aby ugasić pragnienie. Wracając do nory upolowała kilka ryb i wróciła z nimi zanosząc w głąb nory. Rozkoszowała się śniadaniem, ale trzeba było iść do w miasto. Musiała się obkupić, mimo ograniczonych funduszy, mając nadzieje iż, znajdzie sklep o miarę przystępnych cenach. Inaczej czekała ja następna zima "marznącą". W norze posprawdzała w miarę przyzwoite rzeczy, które nie miały dziur, ale mimo wszystko jak je ubrała to przypominała kupkę nieszczęścia. Niedopasowane, wymięte i nie na tę porę roku co trzeba. Westchnęła przemieniając sie i nakładając na siebie szybko ciuchy. Brrr jak zimno. Moje futro, oczekuj mnie wieczorem. Pomiziała głowę, czy aby schowała uszy i ogon, który czasem żył własnym życiem i wyskakiwał kiedy nie miał. Na trzeba było ruszać a kawał drogi był do przejścia.
    Na granicy miasta ukryła swój zapach, aby nie przyciągać zbyt wiele uwagi, jednak mimo tych zabiegów to i tak odstawała od reszty. Zignorowała ciekawskich i poszła na targ, mając nadzieję, ze znajdzie coś ciekawego. Tylko te ceny... Zdegustowana weszła na stary rynek. O mieli chiński! Weszła do środka a jak z niego wyszła to obładowana kilkoma siatkami. Szczególnie cieszyła się z koca. Będzie jej przyjemnie grzał kuferek od ziemi. Az się wyszczerzyła na sama myśl, co przechodzący popukali się w głowę. W odpowiedzi wyszczerzyła się radośnie.
    Słyszała, że mieli tu cudowną czekoladę pitną, a ona kochała słodycze. Przechodząc na drugą stronę mignęła budynek biblioteki i gablotę wolnostojącą przed nią, która wystawiła ogłoszenie do pracy. Ciekawe... Dawno nie czytała żadnych książek, a ze względu na lokum posiadanie ich mijało się z celem. Cóż wróciła tam po godzinie rozkoszując się resztkami smakołyku. Mimo braku pieniędzy, nie myślała o zarobku.
    - prze-przepraszam... czy ogłoszenie jest nadal aktualne? - zapytała się podchodząc do bibliotekarki.

    [wiesz, mogłaś mi powiedzieć wcześniej - wrzuciłabym nam coś.... powyżej xD]

    Hocia- nieśmiały lis ^^

    OdpowiedzUsuń