NOOR DUBOIS
urodzona 6. maja 2001 roku pod Paryżem · młode ciało i stary duch · Alu-bies · mieszana krew · nieprzespane noce · niewyjaśnione lęki · wysoka wrażliwość · brak uśmiechu · brak łez · determinacja · duma bez uprzedzeń · gra na fortepianie przekazaną pasją od matki czarownicy · sokolnictwo obowiązkiem wobec (tego znanego) ojca · właścicielka apteki z wielobranżowym zapleczem · wyśmienita szablistka
Muśnięta słońcem skóra obsiana piegami na drobnym nosie jest ciepła i rumiana, ale magnetyzujące spojrzenie powstrzymuje od zaczepek chłodem jak kostki lodu, które uwielbia przegryzać o każdej porze roku. Subtelny uśmiech byłby kluczem do sukcesu, gdyby nie cięte riposty i gorąca krew, gdy zabraknie cierpliwości. Lotny umysł, elokwencja i słodka aparycja otworzyłyby niejedne drzwi, gdyby nie milczenie budujące wokół niej grube mury, które wybiera częściej niż głośną odpowiedź na pytanie. Słucha i zapamiętuje, nie walcząc o uwagę, bo zna swoją wartość. Bardziej ceni suchy niedosyt, niż duszący przesyt. Preferuje noc od dnia, mimo że jej imię oznacza światło.
Chowa w sobie zbyt wiele emocji, nie potrafiąc ich wyrazić, ani zrozumieć. Ukrywa gamę nieodkrytych kolorów, nosząc beże i szarości. Długie kasztanowe włosy zwykle nosi rozpuszczone, aby gęstą kaskadą zalały jej drobne ramiona i plecy, pobudzając poczucie własnej wartości. Jest niepozorna, śliczna i wie więcej, niż się wydaje. Spojrzeń pełnych podziwu, pytań, pożądania i zazdrości nigdy nie ma dość, chociaż nic nie znaczą. Opinie na swój temat ma w głębokim poważaniu, nie czując potrzeby prostowania niesłusznych ocen i wyłapuje z uniesionym podbródkiem cudze spojrzenia w tłumie. Gardzi złośliwymi plotkami i tymi, którzy je rozsiewają.
Zbyt łatwo obcy zanurzają się w jej jasnym spojrzeniu, zbyt szybko w nim toną, lecz jej zbyt łatwo przychodzi to wszystko ignorować, by odwrócić się i odejść. Nigdy nie brakowało jej ambicji, od dziecka udowadniała na każdym kroku jaka jest chciwa wobec codzienności, bystra, jak wielkie ma pragnienia i ile oczekuje od życia. Nie należy jednak do tych osób, które oczekują, aż wszystko zrobi się samo i sukces sam do niej przyjdzie. Chwyta każdy dzień garściami, wymagając od innych, ale przede wszystkim od samej siebie. Dlatego prędzej, czy później zawsze osiąga to, co sobie zamierzy i jest w stanie ustrzelić każdy wcześniej obrany cel. Uparta i zdeterminowana żałuje tylko tego, że nie potrafi innych zarazić tą wewnętrzną zawziętością i odwagą do podejmowania wyzwań. Zbyt łatwo się irytuje tylko wobec tych, którzy są dla niej ważni; nie ma problemu z kłamaniem prosto w twarz, a póki sama nie jest krzywdzona, potrafi wiele wybaczyć. Dba o innych tak, by nie dopuścić ich zbyt blisko, a tu w Azylu, w którym jest od kilku lat, niemal wszystkich traktuje z szacunkiem i bez przesadnej serdeczności.
Nie lubi się powtarzać, nie prosi zbyt gorąco i nie przeprasza zbyt wylewnie. Pozuje na osobę, która się nie waha, a własnej prywatności strzeże niezwykle starannie. Jest córką czarownicy bez sabatu, która nie spełniła oczekiwań swoich rodziców, oraz dwóch ojców, ale nikt o tym prawdziwym nie mówi. Ostrą i wyczuwalną niechęć czuje tylko ponad piętnaście lat starszego wobec brata, twardego i okrutnego czarownika, który niezwykle rzadko utrzymywał z nią kontakty, a od kiedy znalazła się tutaj, czuje się bezpieczniej nie mając z nim żadnego. Byłaby może oczkiem w głowie drugiej strony rodziny, gdyby nie spalone mosty i jakiekolwiek dojścia do informacji o nich. Kiedyś, tylko raz, słyszała od ojca, który ją wychowywał, że pochodzą z miejsca, do którego można zejść tylko raz.
Nie powie, że uczucia nie są ważne, bo zwykle wpływają na szybkość i trafność dokonywanych wyborów, ale wierzy, że to nie serce poprowadzi przez życie w górę i do przodu. Odwzajemnia każdą surowość w ocenie innych, bo sama tylko z taką się spotyka, potykając wciąż o stereotypy. Niedobrze reaguje na cudzą głupotę, brak kwalifikacji, kultury i obycia, szczególnie w fatalnym połączeniu z zuchwałością. Nie jest naiwna, tylko trochę romantyczna, a marzenia po prostu spełnia, zamiast nad nimi dumać. Chce czuć, że żyje i nie godzi się na aranżowanie jej życia w żadnym aspekcie, choć plotki o jej pochodzeniu dawno rozeszły się po kątach, tak samo jak gadanie o tym, że blizny sprzed dwóch lat na jej prawym nadgarstku nie są jedynymi, jakie nosi, tylko teraz wybiera bardziej dyskretne miejsca na skórze.
Nigdy nie pamięta swoich snów, za mało sypia. Może obawiać się jedynie tego, czego nie zna, lecz nie zdarza jej się skupiać nad własnymi lękami. Ucieka od nich. Żyje teraźniejszością, bo powrót do przeszłości mógłby ją złamać. Widziana jest w wykreowanej niezłomności i odwadze, której inni od niej oczekują, trzyma się tego jak ostatniej deski ratunku. Nie płacze, nie uśmiecha się też za często, nie tęskni, pokazując raczej ograniczoną gamę emocji, choć serce ma żywe i gorące. Pełne niewygojonych blizn.
Cześć, zapraszamy po wątki, dramy i intrygi. Przygarniemy wszystko, szukamy niechcianego brata i kogoś, kto ją ukoi, też stałych klientów tej drugiej strony apteki. Wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole :3. Wizerunek nieznany.
[Ja to jestem bardzo ciekawa, co jest tą drugą stroną apteki, Levi także 😈
OdpowiedzUsuńCześć i czołem! Bardzo się cieszę, że Cię tutaj widzę, ale też nie ukrywam, że spodziewałam się Ciebie tutaj zobaczyć - zawsze nas ciągnęło do tego typu klimatów, prawda? ;)
Mam wrażenie, że po przeczytaniu karty postaci wiem o samej Noor mniej, niż przed jej przeczytaniem ^^ Ale to dobrze, lubię takie nieoczywiste postacie. W przypadku Noor mam wrażenie pewnej dwoistości i myślę, że w jej przypadku ta dwoistość ma uzasadnienie w jej pochodzeniu.
Mam nadzieję, że Noor jest w Last Salvation na tyle wygodnie, że nie myśli o tym, jak tu wydostać się azylu, a przez to obie zostaniecie z nami na długo ;) Tymczasem idę głowić się nad wąteczkiem dla nas!]
LEVI ACKERMANN
[Cześć i czołem! ;-) Dobrze Cię tu widzieć. Mam wrażenie, że cofnęłyśmy się trochę do Halloween Town. Pamiętacie jeszcze tego bloga? :D
OdpowiedzUsuńPodsunęłam nam już pomysł na wątek, dlatego grzecznie poczekam na obiecane rozpoczęcie. Może Noor w końcu zatańczy na barze. ^^]
Rory Nielsen
[A czy stali klienci tej drugiej strony apteki mogą liczyć na jakieś specjalne oferty? 😈
OdpowiedzUsuńUrocza demonica, ciekawa mieszanka wielu cech. Jestem przekonana, że będziesz bawić się tutaj przednio, dlatego ja tym razem życzę Ci wątkowego rollercoastera bez pasów bezpieczeństwa, żeby każda historia wciągała bardziej niż poprzednia!]
Zayden Ward
Levi wzdrygnął się, kiedy przeszedł przez barierę ochronną azylu. Ta pozostawała niewidoczna dla oka, ale za każdym razem, kiedy ją przekraczał, w tę i z powrotem, towarzyszyło mu nieprzyjemne szarpanie za trzewia, dokładnie na wysokości pępka. Odetchnął głębiej, spomiędzy jego rozchylonych warg uleciał obłoczek pary. Zimne powietrze kuło go w płuca, skręcona kostka rwała, a rozbity nos pulsował tępo. Nad górną wargą miał rozmazaną krew z tegoż rozbitego nosa, brunatny ślad pozostawał także na wierzchu jego prawej dłoni, którą tę krew otarł. Szedł z pochyloną głową, utykając lekko, bo odruchowo odciążał lewą nogę.
OdpowiedzUsuńW kłopoty wpakował się nie do końca na własne życzenie. Korzystając ze swobody, jaką gwarantowało wyjście poza azyl, jeden z wieczorów spędził w jakimś barze. Chciał tylko wypić jedno lub dwa piwa, odetchnąć po całym dniu załatwiania różnorakich spraw i przewietrzyć głowę. Dosiadła się do niego jakaś dziewczyna, całkiem ładna. Zagadała, a że Leviemu nie chciało ruszać się z wysokiego, barowego stołka, bo zostało mu jeszcze pół piwa, to pociągnął rozmowę, która zaczęła toczyć się w naturalnym i całkiem lekkim, a przez to przyjemnym rytmie.
Kwadrans później okazało się nie dość, że ta dziewczyna miała chłopaka, to była jeszcze niezłą aktorką. Odstawiła godną Oscara scenę, w której z przekonaniem wyjaśniła, że to Levi dosiadł się do niej i nie chciał się odczepić, swój wywód kończąc słodkim tak się cieszę, że wróciłeś, misiu!. Misiu okazał się wysokim i szerokim w barach facetem, ogolonym na łyso, z tatuażami oplatającymi szyję i Leviemu ani trochę by to nie przeszkadzało, gdyby nie to, że jego zachowanie w stu procentach odpowiadało stereotypowi powiązanemu z tym wizerunkiem.
Oberwał, nim choćby pomyślał, żeby słowem zająknąć się na temat tego, co zaszło i choć żal było mu tego niedopitego piwa, postanowił się ulotnić, nim misiu miałby okazję złapać go za fraki. Z krwawiącym nosem i załzawionymi od uderzenia oczami zsunął się ze stołka, zgarnął swój plecak i ruszył do wyjścia. Kiedy misiu ruszył za nim, zaczął biec. Wypadł z baru, obejrzał się przez ramię, żeby sprawdzić, czy misiu zrezygnował z pościgu i wpadł w jakąś dziurę w chodniku. Tak skręcił kostkę, ale przynajmniej misiu go nie gonił.
— A mogłem kupić sobie flaszkę i wypić w motelu — westchnął, z lasu otaczającego Last Salvation wychodząc na otwartą przestrzeń, upstrzoną jedynie niskimi, pojedynczymi zabudowaniami. Wypchany po brzegi plecak, przewieszony przez ramię, trochę mu ciążył. To dlatego postanowił zahaczyć o aptekę od razu, żeby pozbyć się części ciężaru, a dopiero potem udać się do ratusza, żeby się zameldować, skąd mógłby pójsć prosto do siebie i wyciągnąć w łóżku bez poczucia, że ma coś jeszcze do załatwienia.
Zabudowania wyrastały coraz bliżej siebie, gęstniejąc w miarę tego, jak Levi zbliżał się do centrum. Szedł na pamięć, wciąż ze spuszczoną głową, nie rozglądając się na boki i myślał już tylko o tym, jak bardzo chce mu się spać, choć wcale nie było późno. Dochodziła dopiero osiemnasta, a przynajmniej tak podpowiadał mu nakręcany zegarek, który nosił na lewym nadgarstku. O ile pamięć go nie myliła, apteka miała być jeszcze czynna, nie powinien więc odbić się od drzwi i te faktycznie ustąpiły, kiedy je pchnął.
Levi uniósł głowę i przymrużywszy oczy, rozejrzał się po jasnym wnętrzu. Nie wypatrzywszy nikogo za ladą, podszedł do niej i z ramienia zrzucił plecak na blat, czemu towarzyszył cichy huk – na spodzie plecaka musiała znajdować się szklana butelka z syropem czy innym specyfikiem.
— Dostawa! — zawołał w eter na tyle głośno, że powinno było być go słychać na zapleczu. Było mu obojętnym, czy przywoła któregoś z pracowników, czy Noor – skoro apteka była otwarta, ktoś powinien przyjść do niego na pewno. Stąd zaczął wypakowywać plecak, wykładając na ladę zawartość. Opakowania leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych – po namyśle zgarnął jego opakowanie dla siebie i schował je do kieszeni kurtki – leków na biegunkę, na alergię i na każdą inną chorobę, którą wymyśliła sobie ludzkość. Zawsze niezmiernie bawiło go to, że w takim miejscu jak Last Salvation taki towar w ogóle był chodliwy, ale hej, on sam, mimo że był istotą paranormalną, wcale tak bardzo paranormalny nie był. Miewał sraczkę, szczególnie kiedy po przemianie z kota w człowieka w jego żołądku pozostało coś dla kota zjadliwego, a dla człowieka nieszczególnie – w końcu zmieniał się on, nie treść jego żołądka i jelit. Dziś natomiast potrzebował leków przeciwbólowych, ponieważ nie potrafił sobie przypomnieć, czy coś zostało w domowej apteczce, a nie chciało mu się męczyć z tym nosem i z tą kostką, kiedy mógł sobie w prosty sposób ulżyć.
Usuń— No przyjdzie ktoś? — prychnął z niezadowoleniem, kiedy dłonią namacał w plecaku dno. Chciał do domu, tak zupełnie po ludzku, a także po kociemu, zwinąć się w kłębek na łóżku i pójść spać.
Zasunął suwak, zarzucił plecak na jedno ramię i zdmuchnął z oczu opadające na nie włosy. Skrzywił się zaraz, bo rozbolał go przy tym rozbity nos, a z prawej dziurki znowu pociekło trochę krwi i tym razem, poczuwszy ją na górnej wardze, Levi po prostu ją zlizał.
LEVI ACKERMANN
[Hej, ślicznie dziękuję za powitanie. <3 Bardzo się cieszę, że udało mi się wzbudzić w Tobie emocje!
OdpowiedzUsuńNoor to bardzo ciekawa postać, ale jednocześnie cudownie niedookreślona — ją po prostu trzeba poznać, popatrzeć chwilę w te śliczne oczka i wtedy wyrobić sobie opinię. :)
Jeśli masz ochotę na wątek, to zapraszam serdecznie! Morrigan na pewno błagałaby Noor o dostarczenie jej spod lady czegoś mocniejszego. :)]
Morrigan
[Cześć! Nie taka Faith zła, jak ją piszą, ale prostoty osobowościowej sobą zdecydowanie nie reprezentuje :D
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo za powitanie, jeśli jakiś pomysł się narodzi odnośnie powiązania uprzejmie zapraszam a ze swojej strony również zapowiadam odzew :)]
Faith
Poczucie spełnienia przyjemnie rozchodziło się pod jego skórą, gdy po wszystkim pozostawał nieruchomy, leżąc i pozwalając, by to, co właśnie się wydarzyło, opadło w nim bez potrzeby nazwania. To poczucie stopniowo przeobrażało się w czyste rozluźnienie, jakby napięcia, które zwykle trzymał pod kontrolą, na chwilę straciły znaczenie. Ciało nabierało ciężaru, oddech wracał do rytmu, który znał, a uwaga porządkowała się, na powrót odbierając z otoczenia wszystkie bodźce, również te niechciane, które mąciły przemijającą powoli chwilę całkowitego zapomnienia. Był odprężony, w zasadzie taki jak zawsze, bo bliskość z Noor nie zostawiała w nim ani wzburzenia ani emocjonalnego uniesienia, a raczej porządkowała jego wewnętrzne impulsy i wszystkie napięcia, które zwykle nim rządziły. Nie była dla niego kaprysem, ale nie była też kimś, z kogo nie mógłby zrezygnować, bo akurat jego emocje mają bardzo prostą strukturę: one rzadko dochodzą do głosu i nigdy nie odgrywają większej roli. To dlatego niczego w tej chwili nie analizował, jego myśli nie wychylały się ku przyszłości ani nie cofały się do tego, co było, żeby jakkolwiek roztrząsać ich cielesne uciechy. Będzie ich jeszcze wiele, bo ten układ bez wątpienia pasuje im obojgu, ale wszystkie będą kończyć się bardzo podobnie, czyli na tym, że skorzystają, a później każde i tak pójdzie w swoją stronę.
OdpowiedzUsuńGdy na niego spojrzała, przyjął to spojrzenie bez reakcji, która mogła cokolwiek obiecywać. Nieśpiesznie zlustrował wzrokiem jej ciało, na które opadała teraz kaskada ciemnych włosów i podniósł się do pozycji siedzącej, zrzucając nogi na przyjemnie chłodną podłogę. Jeżeli lubił za coś ludzkie ciało, to właśnie za te wszystkie subtelne niuanse, które potrafiły dać przyjemność bez zbędnego wysiłku. Ono pozwalało mu cokolwiek czuć, co momentami było też bez wątpienia wadą, a już szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziła kara za łamanie przysięgi. Ale dziś było zaletą, i to nawet bardzo dużą, bo igraszki z Noor były warte grzechu, choć w te igraszki należało włączyć też całą resztę układu, który łączy ich od dłuższego czasu. A jest to układ pełen wzajemnych korzyści, na którym oboje mogą tyle samo stracić, jeżeli kiedykolwiek się wyłoży.
— Najskrytsze pragnienia? — Jego brew powędrowała do góry, a usta wykrzywiły się w lekkim, przewrotnym uśmiechu. — Ale ja nie kryję się z żadnymi pragnieniami, ślicznotko, i ty najlepiej o tym wiesz — zauważył, posyłając jej znaczące spojrzenie. To nie było naciągane, bo gdy uprawiali seks, brał ją tak, jak chciał, a kiedy chodziło o sprawy niezwiązane z ich bliskością, tylko z otoczeniem, to najlepszym przykładem była Rada, która miała świadomość jego nastawienia, i sam Arvis, który niejednokrotnie słyszał od niego szczere słowa dezaprobaty. Jeśli zapragnął mu powiedzieć, że jest beznadziejny, to szedł i mu to mówił, a to, że później zbierał baty, to już inna bajka. Jest akcja, to jest też reakcja, oczywista sprawa.
Za moment dźwignął się z łóżka i wyprostował, w takim samym stopniu, co Noor nie czując nawet cienia żenady z faktu, że był przed nią zupełnie nagi. Ciało musiało być silne i wytrzymałe, ale traktował je jak pancerz, a w niektórych przypadkach jak więzienie, bo co by nie było, nawet jeśli nie odczuwa bólu tak do końca po ludzku, ono zawsze w jakimś stopniu go ogranicza. Mógł stać się cieniem, ale mimo to wciąż musiał uważać, żeby nie potknąć się o pieprzony kamień, czy nie uderzyć małym palcem w pufę. Cień nie przenika przez elementy, tak samo jak ciało, choć trzeba przyznać, że czasami taka możliwość byłaby dla niego zbawieniem.
— Podziel się swoimi fantazjami — polecił, wychodząc z założenia, że skoro nawiązała do tematu, to znaczy, że istnieją one w jej głowie. — Chętnie się dowiem, co to za brzydkie myśli, których jeszcze nie znam, chodzą po głowie pani aptekarki — rzucił, a kącik jego ust drgnął w prowokującym uśmieszku. Miał się zebrać i wyjść, ale może zdarzy się coś, co zatrzyma go tutaj jeszcze chwilę, skoro pojawił się temat fantazji.
Zayden Ward
[ja jak ro ja - pojawiam się i znikam ^^
OdpowiedzUsuńAleż śmiało tul, ja tam jestem za. W sumie to jej ostatnie siły ją tu przywiodły, tak jest zmęczona życiem.
Ja niestety chyba nie umiem pisać weselszych postaci - swoją Noor to też rzuciłaś na głęboką wodę emocjonalną - mimo mieszanej krwi to raczek pozytywna
A dziękuję i Tobie także]
lisek z białą kitą ;p
Zawody w piciu były normalnością. Pijackie potyczki również. Bełkotliwe występy karaoke stanowiły nieodłączny element wtorkowych wieczorów. Rory nie pracowała tutaj zbyt długo, ale wyniosła doświadczenie z innych barów, tych poza Last Salvation i prędko doszła do wniosku, że Bruderschaft tak bardzo nie różnił się od miejsc, w których pracowała.
OdpowiedzUsuńByć może zatrzymał się w czasie, bo jego wygląd sugerował głębokie lata siedemdziesiąte z kilkoma unowocześnieniami, ale zachowywał klimat bawarskiej gospody. Pachniało tu piwem, pieczoną golonką i kiełbasą z grilla. Gości im nie brakowało, choć Rory odnosiła wrażenie, że większość przychodziła tutaj tylko po to, aby zalać się w trupa przed kolejnym dniem. Takim samym jak poprzednie.
Zdołała jednak zauważyć, że było to trudne. Upicie się. Bo ich może i były wyciszane, ograniczane i krępowane, ale sporo z nich posiadało naturalnie lepszy metabolizm, nawet jeśli chodziło o alkohol.
Niemal cały wieczór obserwowała młodą kobietę i wampira, który był tutaj stałym bywalcem. Nie pił zbyt dużo, często doprawiając zamawiane drinki czymś, co pewnie było krwią, ale Rory w to nie ingerowała.
Towarzysząca mu ślicznotka dotrzymywała mu dzisiaj tempa. Nielsen jej nie znała, nie kojarzyła, aby tutaj przebywała. Ktoś jej podszepnął, że to aptekarka. Barmanka uniosła więc brew, kiedy lała im piąty kieliszek tequili. Tej złotej, lepszej. Nietypowy był to jednak wybór dla wampira.
— Jeszcze? — spytała, podchodząc bliżej. Aptekarka nie wyglądała źle, natomiast wampir wyraźnie pobladł, głowę wspierając na własnej dłoni. — Jest pani tego pewna? — dopytała, a jej spojrzenie powędrowało tam, gdzie spojrzenie Noor. W kierunku podwyższenia, które dzisiaj służyło jako scena od występów karaoke.
— Zaraz opróżnicie butelkę — zauważyła. — I kto za to zapłaci? — dodała, unosząc brew. Wiedziała, że każdy zarabiał tutaj określoną ilość pieniędzy, każdego powinno być stać na to, żeby się napić w barze, ale zeszyt pod ladą, przez lata prowadzony przez Hansa, świadczył o tym, że sporo mieszkańców piło na kreskę.
Rory Nielsen
[ Awwww! Wydaje mi się, że z połączenia naszych postaci może wyjść coś ciekawego! Złapię Cię na mailu! <3]
OdpowiedzUsuńMokseo
Levi podniósł wzrok, kiedy hałasy dolatujące do jego uszu z zaplecza ustały, a dźwięki gniecionego kartonu zostały zastąpione przez odgłos kroków. Słyszał to wszystko wyraźnie, a nawet lepiej niżby chciał, ponieważ w człowieczej formie jego zmysły pozostawały wyostrzone – co prawda nie w sposób, który sprawiał, że widziałby i słyszał absolutnie wszystko, ale w sposób wystarczający, by znajdował się poziom, a może nawet dwa wyżej niż zwykły człowiek. Ta ostrość zmysłów, lepsza niż u człowieka, ale wciąż gorsza niż u kota ze względu na różnicę w budowie poszczególnych organów, tępiła się nieco przez runę wyrytą na wewnętrznej stronie jego przedramienia, blisko zgięcia łokcia. Levi nie był potężną istotą paranormalną. Był kotołakiem – niezwykłym dla ludzi i zupełnie zwykłym dla istot przebywających w azylu. Mógłby założyć się o flaszkę, że każda jedna istota w miasteczku była silniejsza niż on i wydawać by się mogło, że dorastając w takim środowisku, Levi mógłby mieć z tego tytułu kompleksy, ale nic z tych rzeczy.
OdpowiedzUsuńLevi lubił tą swoją zwykłą niezwykłość. Nie był na tyle interesujący, by przyciągać uwagę Rady i jednocześnie pozostał na tyle użyteczny, że został Łącznikiem. Jedno i drugie składało się na to, że młody Ackermann miał wyjątkowo dużo swobody. Mógł wychodzić poza azyl i choć każde jego wyjście oraz powrót musiał być zarejestrowane, a także poparte konkretnym uzasadnieniem, nie zmieniało to tego, że mógł wychodzić na zewnątrz. I były takie istoty w azylu, które szalenie mu tego zazdrościły.
— Widzę przecież — odparł na uwagę Noor, bo to ona wyszła z zaplecza. Levi w istocie trzaskał butelkami, ale nie miał żadnej z nich niechcący stłuc – chwyt miał pewny, a refleks nadzwyczaj dobry i nie byłoby przesadą powiedzieć, że ten był nadludzki. Mógłby co najwyżej celowo coś zrzucić – jak to kot, dla przekory. Po tych licznych dostawach, zarówno rzeczy legalnych, jak i tych nielegalnych, które mieli za sobą, Noor powinna to wiedzieć, a przynajmniej powinna się tego domyślać i to dlatego Levi popatrzył na nią spode łba, niezadowolony z tego, że został upomniany.
Ale dobrze, że był, prawda? Gdyby nie on i inni Łącznicy, Noor nie miałaby czego sprzedawać w tej swojej aptece, a tym bardziej na jej zapleczu. A to w zasadzie było możliwe wyłącznie dzięki Leviemu, choć może nie był jedynym, który szmuglował dla Noor rzeczy, które w azylu teoretycznie pojawić się nie powinny. Nie wiedział tego i nie chciał się tego dowiadywać, ponieważ tak było dla wszystkich bezpieczniej.
Popatrzył na wyłożone na ladę medykamenty, potem na Noor, potem znowu na opakowania leków i zacisnął szczękę. To po kiego grzyba on właśnie wyładował to wszystko z plecaka? No tak, mógł sam o tym pomyśleć, ale widać jego głowa nie pracowała zbyt dobrze, kiedy rozbity nos cały czas nieznośnie pulsował i ból nasilał się przy każdym poruszeniu, do wtóru ze skręconą kostką. Levi nie odezwał się tylko dlatego, że był świadomy własnej ułomności i finalnie nachylił się ku ladzie, a potem tyle, ile dał radę, zgarnął rękoma buteleczki i opakowania, dociskając wszystko do piersi.
Pewnie, że mógłby wpakować wszystko z powrotem do plecaka, ale o tym też nie pomyślał.
Na to, że był to podstęp ze strony Noor, nie wpadł w ogóle.
Kuśtykając, obszedł ladę, aż dotarł do luki w blacie wystarczającej do przeciśnięcia się między nią, a ścianą jednego człowieka i tym sposobem znalazł się w części apteki niedostępnej dla pozostałych klientów. Przystanąwszy przy Noor, lekko skinął głową, zachęcając ją tym samym, by ruszyła przodem, bo on i tak nie wiedział, gdzie iść. Dobrze, może trochę wiedział, ponieważ nie był tutaj pierwszy raz, ale tylko Noor znała zasady rządzące zapleczem i odpowiadała za panujący na nim porządek, którego Levi nie śmiał naruszać. To dlatego, kiedy z jego nosa znowu kapnęło trochę krwi i jedna z kropel, zamiast zatrzymać się na rękawie jego kurtki, jak pozostałe, rozbiła się o wyłożona kafelkami podłogę, Levi roztarł ją butem z nadzieję, że Noor tego nie zauważy.
LEVI ACKERMANN
Nie zareagował gwałtownie, choć z pewnością słyszał jej kroki na długo przed tym, jak wyłoniła się z cienia drzew. Woda spływała mu po ramionach, lśniąc w nikłym świetle gwiazd, gdy powoli odwrócił głowę w jej stronę. Nie było w nim lęku, raczej ten rodzaj czujnego spokoju, który cechuje drapieżniki lub tych, którzy zbyt długo musieli walczyć o przetrwanie. Patrzył na nią z mieszanką niedowierzania i chłodnej analizy. W Azylu rzadko spotykało się kogoś tak bezpośredniego. Tutaj każdy pilnował własnego cienia, a siadanie przy ubraniach obcego faceta w środku nocy było albo aktem najwyższej odwagi, albo całkowitej nieświadomości zagrożenia. Zrobił kilka kroków w stronę brzegu, a woda zaszumiała wokół jego bioder. Nie zakrywał się, nie przyspieszył ruchów. Był w nim jakiś surowy spokój, który sugerował, że nagość jest dla niego znacznie mniejszym problemem niż niespodziewane towarzystwo.
OdpowiedzUsuń- Masz bardzo osobliwy sposób witania się z ludźmi - odezwał się w końcu. Jego głos był niski, lekko zachrypnięty, jakby od dawna nie był używany - Większość mieszkańców tej złotej klatki ucieka na sam dźwięk łamanej gałązki. A ty siadasz mi na butach, jakbyśmy znali się od lat - wyszedł na mieliznę, zatrzymując się tuż przed linią wody. Patrzył na nią z góry, próbując wyczytać cokolwiek z jej jasnych oczu. Czuł od niej ten dziwny, magnetyczny pociąg, którego nie do końca rozumiał.
- Kim jesteś? - zapytał prosto, mrużąc oczy - I dlaczego nie wyglądasz na kogoś, kto boi się, że za chwilę wyjdę z tej wody i odbiorę ci ten spokój, który tak manifestujesz? - nie wyciągnął ręki po swoje ubrania, choć dzieliło go od nich zaledwie kilka kroków. Czekał, był ciekawy, czy ta dziewczyna rzeczywiście jest tak pewna siebie, czy to tylko kolejna maska, którą mieszkańcy Azylu zakładają, by przetrwać kolejną noc.
- Odważnie - odezwał się niskim, nieco zachrypniętym głosem, który idealnie współgrał z szumem nocnego lasu - Większość tutejszych omija to jezioro po zmroku. Mówią, że woda wyciąga z ludzi wspomnienia, o których woleliby zapomnieć - nie spuszczał wzroku z jasnych oczu dziewczyny - Pachniesz ziołami i starym szkłem - zauważył, a w jego głosie pojawiła się nuta ciekawości, która przebiła się przez chłód. Przetarł twarz dłonią, odgarniając mokre włosy, i skinął głową w stronę ubrań leżących obok niej. Nie prosił, by odeszła. Wręcz przeciwnie, jego obecność zdawała się teraz grawitować w jej stronę, jakby to spotkanie było jedyną autentyczną rzeczą w całym tym wyreżyserowanym spokoju Azylu.
Malphas
[biedna chcą ja faszerować xD ależ można
OdpowiedzUsuńNo wiesz, jakoś nie do końca wierze, że Noor serca nie ma. Ma tylko je głęboko ukryła. Wiesz-tyle możliwości do odkrycia xD]
biały lisek
To tylko chwila, a takie chwile zawsze są najbardziej zdradliwe. Dotyk nie zmienia jednak zasad i nigdy ich nie zmieniał, bo świat nie zatrzymuje się przez skórę na skórze ani przez myśli, które próbują nadać temu znaczenie większe, niż na to zasługuje. Wszystko, co istnieje, opiera się na rachunku zysków i strat, na równowadze, którą trzeba utrzymać, a przynajmniej tak jest w świecie Zaydena, w którym nigdy nie było miejsca na złudzenia. Pozwolić sobie na więcej, niż to, co dawało ciało, znaczyłoby zaryzykować utratę kontroli, a on zbyt dobrze wiedział, jak wysoka bywa cena za moment nieuwagi. Każde poluzowanie zasad rozsadzało konstrukcję, którą budował latami, a nie był istotą, która mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek pęknięcia. Jego świat nie nagradzał tych, którzy ulegali impulsom – nagradzał tych, którzy potrafili je zdławić, zanim nabrały kształtu, dlatego pozwalał chwili minąć, pozwalał dotykowi stać się jedynie zapisem w pamięci, bo jeśli tylko pozwoliłby temu urosnąć, to stałoby się szczeliną, przez którą wślizgnęłoby się wszystko, co latami trzymał na dystans. Zayden nie istniał po to, by ulegać. Istniał po to, by realizować swoje zadania. Były momenty, gdy ludzka natura trochę mu to utrudniała, ale przetrwał w tej formie sześć stuleci, więc zdołał wypracować własne metody radzenia sobie z pewnymi pokusami. Nie polegał na emocjach, bo one nie były dla niego żadnym schronieniem. Polegał na dyscyplinie, ponieważ ona nigdy go nie zawiodła. Emocje były zmienne, kapryśne, podatne na manipulację, a dyscyplina pozostawała stała, niewzruszona, odporna na czas i pokusy. To ona pozwalała mu oddzielić to, co chwilowe, od tego, co konieczne.
OdpowiedzUsuńUtrzymywał wzrok w oczach Noor, a kącik jego ust unosił się ku górze z każdym jej kolejnym słowem. Wsunął palce w jej włosy, gdy się zbliżyła, i przyciągnął jej usta do swoich, pogłębiając pocałunek, który znów rozniecił to przyjemnie napięcie w ciele. Lubił tę formę spędzania z nią czasu, te krótsze i dłuższe momenty intymności, gdzie słowa były zupełnie zbędne. Lubił jej ciało, bo doskonale wpasowywało się w to należące do niego. I lubił ją, tak po prostu, choć na swój własny sposób, który nie wiązał się ani z żadnymi oczekiwaniami, ani ze zobowiązaniami. Sprawiała mu przyjemność, będąc częścią jego rzeczywistości już od dawna, bo jeszcze na długo przed trafieniem do azylu, a dopóki była, on zamierzał z tej przyjemności czerpać. I nie dać jej zrobić żadnej krzywdy, ale to akurat oczywiste.
Chwycił jej twarz w obie dłonie, scałowując z jej ust drobne westchnienia i naparł na nią swym ciałem, zmuszając najpierw do kroku w tył, a później do opadnięcia z powrotem na łóżko, które było tuż za nią. Miękki materac, na którym leżała skłębiona nimi pościel, ugiął się lekko pod ciężarem ciała.
— Skoro uważasz, że lepiej pozostawić je dla siebie... — zaczął, pomiędzy pocałunkami, którymi nie dawał dojść do głosu nawet samemu sobie, szczególnie, gdy Noor tak słodko i zachęcająco na nie odpowiadała. — To szkoda — dokończył z nutą naciąganego smutku w głosie. Pocałował ją jeszcze raz, lekko zasysając jej dolną wargę i odsunął się, skupiając uwagę na poszukiwaniu swoich spodni. Gdy namierzył je spojrzeniem, zgarnął z podłogi i sprawnie na siebie wsunął. Mógł tym razem zostać i coś zmienić, tyle że nie miał takiej potrzeby, dlatego zdecydował się iść. Jak zawsze.
— Zajrzę niebawem do apteki — zapowiedział zapinając guzik. Później wciągnął na siebie sweter, który leżał na podłodze tam, gdzie wcześniej spodnie. Nie chciał precyzować, kiedy to niebawem nastąpi, bo miał jeszcze trochę spraw do pozałatwiania, ale nie rzucał słów na wiatr, więc jeśli się zapowiedział, to zapowiedzi na pewno dotrzyma. Na dniach musi zejść do areny, bo Rada zaczynała się niecierpliwić brakiem informacji, które miał im przynieść, ale korony im z głów nie pospadają, gdy poczekają jeszcze chwilę. A gdzieś w międzyczasie na pewno znajdzie chwilę, by skręcić do apteki i zatrzymać wzrok na tej kobiecie o zielonych oczach, w których tak łatwo się zatracić.
UsuńZayden Ward
[Hejo :) Dziękuję za te wszystkie miłe słowa <3
OdpowiedzUsuńGeneralnie to my mamy biznes do Noor! Co byś powiedziała, żeby Élara pracowała u niej w aptece? :) To na pewno dałoby sporo okazji, żeby trochę zaspokoić ciekawość co do jej historii ^^ Inne punkty zaczepienia też się znajdą w razie co.]
Élara Durant
Ulegał, ale przede wszystkim cielesności, przyjemności, która w towarzystwie Noor miała różne oblicza. Raz była cicha i niemal niewinna, ukryta w spojrzeniach i przypadkowym dotyku dłoni, a innym razem cięższa i bardziej intensywna, wywracająca do góry nogami wszystkie możliwe zmysły. Potrafiła go w to wciągnąć, bo miała coś, czego nie posiadał on sam, czyli dostęp do uczuć, które gwarantowała jej ta druga, ludzka połowa, w której było zamknięte jej istnienie. I nawet jeśli nie chciała nazywać uczuciami tego, co po cichu mąci jej umysł, to jednak je posiada, skryte gdzieś na dnie serca, a on to wyczuwał. Miała w sobie ten wyjątkowy ludzki czynnik, dlatego przy niej cielesność zawsze niosła za sobą coś więcej – to nie było tylko chwilowe zaspokojenie fizycznych potrzeb, ale też osobliwe ciepło, które zatrzymywało go na krawędzi bycia bezczelnym dupkiem, a w efekcie sprawiało, że na moment tracił ten swój wieczny cynizm. Że zamiast brać, zaczynał też dawać, słuchać i zastanawiać się, co kryje się pod jej milczeniem. Pod wieloma względami była do niego podobna, bo oboje nosili w sobie demoniczny pierwiastek, a więc ten sam głód i to samo wewnętrzne rozdarcie między tym, co wolno, a tym, czego się pragnie. Różnica polegała na tym, że ona wciąż potrafiła dostrzec granice, nawet jeśli świadomie je przekraczała, podczas gdy on od dawna przestał ich szukać. Nie uważał, że człowieczeństwo jest słabością, ale wiedział, że miało swoje wady, a jedną z takich wad była potrzeba bycia dla kogoś ważnym. I dlatego, nawet jeśli nie pojawiał się w pobliżu, obserwował ją dyskretnie z pozycji cienia na wypadek, gdyby tutejszy świat okazał się zbyt chciwy albo zbyt okrutny. Z tej samej pozycji obserwował również nowych mieszkańców azylu, nieoswojonych z tutejszą codziennością, albo z faktem, że muszą trwać w zamknięciu, ogołoceni w dużej mierze ze swojej mocy. Niektórzy zaniepokojeni nowym porządkiem, a inni wciąż jeszcze rozkapryszeni, choć to do czasu, bo Rada ma doskonałe metody na to, by doszczętnie pozbawić mocy tych, którzy idą przed siebie, święcie przekonani, że azyl padnie im do stóp. Bzdura. W tym miejscu, w pojedynkę, każdy jest tylko pionkiem w grze, której zasady dyktują założyciele.
OdpowiedzUsuńTo, że podążając śladem kambiona dotarł aż do areny, nie było dla niego żadnym zaskoczeniem. To było wręcz śmiesznie przewidywalne. Podziemne korytarze pod areną nie były jednak zwykłymi przejściami, którymi można urządzić sobie popołudniowy spacerek. Tworzyły iluzje, które żyły własnym życiem, napędzane myślokształtami, echem pragnień, lęków i wspomnień tych, którzy odważyli się po nich wędrować. Ściany poruszały się, zmieniając kształty pod wpływem niewypowiedzianych myśli, a coś, co wydawało się dalekim końcem korytarza, w jednej chwili mogło skręcić w labirynt, którego nie sposób było ogarnąć wzrokiem. Nałożone iluzje były przebiegłe, czasem przypominały znajome twarze lub miejsca, które nigdy nie istniały, a innym razem wydawały się rozmywać, pozostawiając uczucie pustki i zagubienia. Korytarze były pułapką samą w sobie, więc jeśli pozwoliło się ponieść wrażeniom, można było w nich zgubić nie tylko drogę, ale i zdrowy rozsądek. Ale to nadal była tylko iluzja – coś, co można pokonać, jeśli nie da się jej władzy nad własnym umysłem. Iluzję można oszukać, o ile się wie jak patrzeć.
Dlatego on poruszał się w tym chaosie jak w domu. Cienie i kształty, które dla innych były zdradliwe i zmienne, dla niego były przewidywalne, podatne na kontrolę i interpretację. Każda zmiana ścian, fałszywy korytarz czy twarz była dla niego wzorem, który wystarczyło przeczytać, żeby iluzja stała się przezroczysta. Widział strukturę iluzji niczym otwartą księgę, która przewraca się pod jego myślami, bo one były częścią jego demonicznej natury. To dlatego zlecenia związane z areną, które funkcjonariuszom wydawała Rada, przypadały właśnie jemu.
Zaskoczeniem było już jednak to, że pomiędzy ścianami wilgotnych korytarzy dostrzegł ją. Była śliczna nawet, gdy niepokój tańczył w jej oczach, jej dłonie błądziły po ścianach w poszukiwaniu wsparcia, a klatka piersiowa unosiła się szybciej, jakby w tym miejscu każdy oddech ważył więcej. W kąciku jego ust mignął uśmiech, bo wiedział, że mimo strachu i niepewności, którymi emanowała, nie była bezbronna, tylko zwyczajnie zagubiona, zwiedziona mirażami, które pozbawiały ją rozsądku.
UsuńByli jednak w miejscu, w którym mogli zostać zauważeni, dlatego zbliżył się do niej niespostrzeżenie, a gdy znalazł się tuż za nią, podniósł rękę, zasłonił dłonią jej usta i pociągnął ją w tył, w stronę ściany za nimi, która w jednej chwili stała się miękka jak guma. Wpadli do pomieszczenia, które nigdy nie istniało w realnym świecie, bo była to jego własna iluzja, stworzona według jego zasad. Ciemne światło rozlewało się tu inaczej niż w korytarzach, a cienie układały się według jego woli. Tutaj korytarze nie mogły jej zwieść, bo tutaj on dyktował prawa.
— Noor — odezwał się, obracając ją do siebie przodem i pchając na ścianę, która ukształtowała się za jej plecami, odcinając ich od iluzji narzuconych przez arenę. Jego surowe spojrzenie spoczęło ciężko w jej oczach. Zabrał dłoń z jej ust, bo teraz, kiedy już go widziała, nie miała powodu do krzyku. — To nie jest odpowiednie miejsce na spacer, skarbie — zauważył, nie łudząc się, że przyszła tu bez celu. — Co cię tutaj sprowadza? — Podniósł brew i chwilowo zniżył spojrzenie do jej rozchylonych warg. Miał nadzieję, że słowa, które zaraz je opuszczą, będą szczere i autentyczne, tak jak ich zaufanie.
Zayden Ward 🌙
[No chyba inaczej się nie da, skoro przeczucie Cię nie myli :D Caleb to jeszcze taki maluszek jest, więc na pewno będzie w aptece częściej niż rzadziej i tak też to sobie wyobrażałam, że gdzieś blisko, zza zaplecza na przykład, mógłby sobie drzemać w jakimś koszu czy coś ^^ A poza tym z niego też jest mieszaniec, co prawda nie taki demoniczny, ale... No, myślę, że Noor jako jedna z pierwszych mogłaby się trochę więcej o tym dowiedzieć :D No i Élarze też by się przydała duszyczka, z którą mogłaby czasami na parę godzin małego zostawić i się nie martwić, więc może w tę stronę też by się udało ich znajomość pokierować? A może Noor skusiłaby się na skorzystanie z niektórych pozycji magicznego repertuaru Élary, jakieś wyciszające rytuały, ziołowe herbatki, haha :D]
OdpowiedzUsuńÉlara Durant
Levi dreptał za Noor z pochyloną głową, niezainteresowany tym, co wokół, a wpatrzony w jej śmigające w jego polu widzenia pięty. Minę miał ponurą, naręcze leków wciąż przyciśnięte do piersi. Zatrzymał się, kiedy i Noor się zatrzymała, podniósł głowę i popatrzył na ławę, na którą Noor odstawiła trzymane buteleczki. Zrobił dokładnie to samo, z tym że musiał pochylić się bezpośrednio nad blatem, a kiedy jego łokcie się o niego oparły, rozchylił ręce i pozwolił, by trzymane leki wysypały się na ławę, już bez brzęku sugerującego, że któraś z buteleczek mogła się stłuc. Zrobił to delikatnie, jakby to upomnienie, które Noor sprzedała mu na dzień dobry, mimo wszystko zostało z tyłu jego głowy.
OdpowiedzUsuń— Pójdę po resztę — powiedział, skoro już wiedział, dokąd iść, a na aptecznym kontuarze zostało kilka ostatnich opakowań, bo Levi nie zdołał zabrać wszystkiego na raz, a i pojemność kieszeni Noor była ograniczona.
Wrócił się tą samą drogą, którą tutaj przyszli. Całkiem prostą, bo prowadzącą pomiędzy zastawionymi specyfikami regałami. Przeszedł zaplecze, wyszedł do części przeznaczonej dla klientów i zgarnął tych kilka ostatnich leków plączących się na blacie. Kiedy wrócił tam, gdzie zaprowadziła go Noor, kobieta praktycznie uporała się ze znalezieniem miejsca dla wszystkich poszczególnych elementów jego dostawy. Levi dołożył na ławę te opakowania, które doniósł i wyprostowawszy się, popatrzył na krzątającą się Noor.
Stąd widział doskonale, jak ta przesunęła w jego stronę obrotowe krzesło i tęsknie strzelił oczami ku siedzisku. Może nic się nie stanie, jeśli przycupnie na chwilę? Odciążyłby skręconą kostkę przed drogą do ratusza, wytarł zakrwawiony nos. Nim jednak zdecydował, co zrobić, właścicielka apteki poruszyła się. Levi drgnął odruchowo na ten oczywisty ruch w jego stronę, spojrzeniem wracając do kobiety. Źrenice miał rozszerzone, niemalże niezdrowo, jakby coś wziął, ale te reagowały tak na przytłumione, ciepłe światło lampki, chcąc pochłonąć jego wystarczającą ilość, by lepiej widzieć w panującym półmroku, rozszerzając się w ten charakterystyczny, koci sposób.
— Tak? — mruknął w odpowiedzi na swoje imię, stojąc wyprostowanym jak struna, z wyciągniętą szyją. Nie zrobił kroku w tył, ale jego postawa wyraźnie mówiła, że chciałby zwiększyć dystans pomiędzy sobą, a Noor. Tylko dlatego, że go bolało i tylko dlatego, że to był odruch, zarówno zwierzęcy jak i człowieczy – każdy stawał się niedotykalski, kiedy był poszkodowany i każdy wzdrygał się, kiedy miało zaboleć bardziej. A miało, jeśli Noor zdecydowałaby się dotknąć jego twarzy, co najwyraźniej zamierzała zrobić, skoro wyciągnęła ku niemu rękę, ale zamarła w połowie ruchu, jakby zdawszy sobie sprawę, że tym sposobem może osiągnąć efekt odwrotny do zamierzonego.
Levi popatrzył na nią, na jej wyciągnięte palce i na krzesło. To na nim zatrzymał wzrok, a finalnie westchnął ciężko i oklapł na siedzisko, trochę z rezygnacją, ale trochę widoczną w jego grymasie twarzy ulgą, kiedy przestał opierać ciężar ciała na skręconej kostce.
— Muszę jeszcze zameldować się w ratuszu — powiedział cicho, teraz spoglądając na Noor z dołu. — Także tylko na chwilę — podkreślił, a potem szarpnięciem ręki rozsunął suwak kurtki i poluźnił ciasno oplątany wokół szyi szalik, bo na zapleczu było przyjemnie ciepło i to ciepło w końcu zaczęło wnikać w jego przemarznięte ciało. Dłonie i stopy wciąż miał zimne, te pierwsze nawet zaczerwienione, bo nie nosił rękawiczek, tak jak zresztą i czapki, mimo że zimy w Last Salvation były znacznie mroźniejsze i trwały dłużej niż te, do których przywykł w Anglii.
Do zim w Azylu także zdołał się przyzwyczaić – miał na to całych jedenaście lat. Przez te jedenaście lat nie pomyślał, żeby się stąd wyrwać. Żeby pewnego dnia po prostu nie wrócić. Miał do czego wracać, nawet jeśli ojciec był wyjątkowo upierdliwy, podczas gdy na zewnątrz... Na zewnątrz nie było już niczego, co znał i za czym mógł tęsknić.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Akurat wierny był tylko i wyłącznie sobie, a cała reszta jego stosunków była oparta na bilansie zysków i strat, i dotyczyło to także Rady. Jeżeli w jego otoczeniu istniało coś, dawało mu korzyści, to mogło liczyć na jego pełne zaangażowanie tak długo, aż te korzyści będą wymierne. Ale jeżeli zaczną generować straty niewarte zachodu, to przestaną mieć znaczenie i staną się zbędne. A zbędne znaczy do skreślenia. Może nie tak definitywnie, bo żyją w azylu, z którego nikt – nie licząc łączników i ściągających – nie ma możliwości dobrowolnie się wydostać, więc to, co skreślone, prawdopodobnie i tak nigdy stąd nie zniknie, chyba że zostanie skutecznie zgładzone. Zresztą, właśnie tak kończy się dla uciekinierów i oponentów próba działania wbrew zasadom. I podobnie działa to u Zaydena, tyle, że on nie może nikogo legalnie tutaj uśmiercić, bo taki przywilej należy się jedynie Lukosevicusowi, ale jeżeli ktoś w układzie z nim złamie zasadę lojalności, to straci to, co ona mu dawała, nawet jeśli wiązałoby się to z pchaniem w kierunku śmierci. I w tym sensie był uczciwy, bo nigdy nie obiecywał lojalności bezwarunkowej i nigdy nie udawał, że kieruje się czymś więcej niż chłodną kalkulacją. Każdy, kto wchodził z nim w układ, robił to na własne ryzyko, świadomy, że dopóki rachunek się zgadza, może liczyć na jego pełne zaangażowanie, ale gdy przestaje się zgadzać, wtedy nie ma już miejsca na żadne negocjacje. Nie była to jednak wyłącznie kwestia charakteru ani cynizmu wyuczonego przez lata, bo taki sposób myślenia wynikał z samej jego natury i z faktu, że był echem prawa, a nie jego strażnikiem. On nie postrzegał relacji przez pryzmat emocji czy przywiązania, tylko jako elementy większej struktury, które albo podtrzymują porządek, albo go destabilizują, dlatego w jego świecie lojalność nie była wartością moralną, a mechanizmem stabilizującym system. Gdy działała, to wzmacniała porządek, a kiedy zawodziła, stawała się zagrożeniem, które należało wyeliminować, zanim bałagan zacznie się rozrastać. Ale to chyba naturalna kolej rzeczy także w ludzkim świecie, bo raczej każdy, kogo zaufanie zostanie zniszczone, przestaje traktować winnego w ten sam sposób, co wcześniej. Zaufanie raz złamane rzadko daje się odbudować bez kosztów, a często nie daje się odbudować wcale. Różnica polegała jedynie na tym, że ludzie potrafią jeszcze łudzić się, że emocje coś naprawią, że czas zatrze ślady i pozwoli zapomnieć, natomiast Zayden takich złudzeń nie miał. Dla niego zerwana lojalność była faktem, a nie tragedią i bardziej sygnałem, że dany element po prostu przestał spełniać swoją funkcję.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na nią z lekka zdumiony, gdy stwierdziła, że nie powinno go tutaj być. Był funkcjonariuszem porządkowym i mógł być wszędzie tam, gdzie wyczuwał łamanie prawa, ale pomijając już tę kwestię, podziemna arena sama w sobie nie była miejscem przez kogokolwiek zakazanym. Istniała nieoficjalnie, w jej czeluściach dochodziło do dziwnych transakcji, ale samo miejsce nie figurowało na liście tych, do których wstęp jest zakazany. Wiedza o tym miejscu nie jest wcale powszechna, a korytarze pełne iluzji nie wpuszczą w głąb tych, którzy nie potrafią zapanować nad swoim umysłem, albo którzy nie mają odpowiednich kontaktów, żeby zostać wprowadzonym. Prawda jest taka, że to miejsce istnieje bez zasad, a mieszkańcom nikt nie zabronił spotykać się w podziemiach, dlatego sam fakt, że Noor tu była, go nie raził. Kluczowy był powód. Jak zawsze.
Wiedział, o kim wspominała, bo miał ten zaszczyt otrzymywania informacji o nowo przybyłych mieszkańcach azylu. Zakładał im teczki, więc orientował się kto jaką mocą włada, gdzie kto mieszka i gdzie kto pracuje, a także kiedy musi stawić się na odnowę run. Ta wiedza była niezbędna funkcjonariuszom do pilnowania porządku i egzekwowania prawa, więc otrzymywali ją od Rady na bieżąco.
— Robię tutaj dokładnie to, co ty: chodzę za śladami — odpowiedział, co było faktem, tyle że on nie chodził za śladami kogoś, kto zawrócił mu w głowie, a za tymi, którzy mogli mieć jakieś złe intencje. Noor nie zaliczała się do tego grona, przynajmniej na razie, a jej obecność tutaj była nawet zaskakująca, bo przez te wszystkie lata nie miała okazji eksplorować tego miejsca, aż do dziś. Ale skoro zaczęła zapuszczać się w te rejony, to mogło nie wróżyć niczego dobrego, bo jeśli wpadnie, to wtedy nawet jego słowo nie będzie miało znaczenia. Wierzył jednak w jej rozsądek i w jakiejś części liczył na to, że pociąg do kambiona jej nie zgubi. Ale czas pokaże.
UsuńResztę jej odpowiedzi przyjął milczeniem, bez potrzeby rozbijania tych powodów na cząsteczki. Czasem im mniej wiedział, tym lepiej, bo jeśli musiałby coś zataić, to z pewnością odbiłoby się na nim samym, a na razie wciąż czekał na dostawę wsparcia, którym mógł się podreperować w zaciszu swoich czterech ścian, więc musiał funkcjonować oszczędnie. Za każdym razem, gdy zrobi coś niezgodnego ze swoim powołaniem i przysięgą, a to zdarza się bardzo często jak na demona przystało, popiół fizycznie spala go od wewnątrz. Ma swój sposób na to, by wzmacniać się nielegalnie i obchodzić też ograniczenie mocy nałożone przez przysięgę, ale do tego potrzebuje odpowiednich artefaktów z zewnątrz. I to na ich dostawę musi czasami czekać trochę dłużej.
— Wydostaniesz się stąd, czy potrzebujesz pomocy? — zapytał, odsuwając się o krok. Znajdowali się w pomieszczeniu, które było iluzją i dla nich i dla tych mogących znaleźć się po drugiej stronie ścian, ale bez względu na wszystko, to nadal tylko iluzja. Jeśli ktoś złamie jej strukturę, będzie w stanie ich zobaczyć. Może niewiele jest takich osób, ale jednak są. Poza tym, nie od dziś wiadomo, że ściany mają uszy.
Zayden Ward
Biała kitsune była w drodze od parunastu dni. Straciła już rachubę, ale czasu zajęło podróżowała. Wyczerpanie dawało jej się we znaki, jednak zatrzymywała się jedynie wtedy, aby się napić z napotkanego strumyka lub innego wodnego akwenu. Głód jej doskwierał, jednak bała się zatrzymać na dłużej, aby coś złapać. Zbytnio rzucała się w oczy, mimo faktu, że futro miała pobrudzone, to biel nadal było widać. Reszta anatomii też rzucała się w oczy. Gdyby miała tylko jeden ogon to śmiało, by mogła być postrzegana za zwykłego lisa polarnego, który sie po prostu zabłąkał. A tak... No, ale taka już była i nic na to nie poradzi. Na szczęście zaczął padać śnieg, jednak nadal było go za mało.
OdpowiedzUsuńBurczenie w brzuchu się nasiliło. Mijała właśnie wieś, więc postanowiła sprawdzić, czy aby któreś z gospodarstw nie miało kur albo innego ptactwa, któremu by mogła podkraść parę jaj. Tylko wpierw musiała obejść wieś, aby ja poobserwować przez chwile. Po drugim kółku trafiła na samotne ptactwo, ignorując szczekające wściekle psy sąsiada. Podkradła się jak najciszej mogła podchodząc do przybudówki i chapsnęła parę jaj zanim zrobił się ruch na dworze i właściciel ze strzelba nie wyszedł zobaczyć co się działo. Nie omieszkała przy tym dostać ze śrutu, który przyjechał jej futro, gdy mężczyzna wystrzelił, aby odegnać ja od swoich cennych kur. Piekło ja, ale nie zatrzymywała się póki nie była już wystarczająco daleko od wioski, aby móc przystanąć i zobaczyć obrażenia. Były na szczęście powierzchowne. Ruszyła dalej.
Gdyby znała teren za nic by nie ruszyła dalej, no ale mleko się rozlało. Gdy przemierzała kolejne lasy, śnieg już był gęsty. Przykrył pułapkę, której pod gruba warstwa białego puchu nie widziała. Szła w poszukiwaniu miejsca do spania, bo już czuła że łapy ja długo by nie poniosły. Pulsowały i były poprzecierane. Miała się jak zawsze obyć ze smakiem, tylko jak na złość akurat jak układała głowę na łapach, wyskoczył jej samotny zając. Oboje się na siebie spojrzeli, gdy ten zauważył gdzie trafił. No i się zaczęło, gdy instynkt zareagował. Zając miał na tyle przewagi, że był mały, zwinny i nie był zmęczony. Schował się w śniegu a ona za nim, jednocześnie za późno zdając sobie sprawę z pomyłki, gdy trafiła na starą, zapomniana przez kogoś, zardzewiałą pułapkę. Odskoczyła, ale było za późno. Zamknęła się na jej tylnej nodze. Podczas odskoczni poderwała się cała, łamiąc przy tym kość i zaczęła się turlać niekontrolowanie aż w końcu zatrzymała się na jakimś drzewie łamiąc tym razem żebro, którego odłamek wbił się w wątrobę. Osunęła się po pniu jak worek kartofli rozpryskując wszędzie krew. Zamroczyło ja i na chwile odpłynęła, ale bol ja ocucił na chwile, gdy próbowała wstać. Czerwone i czarne plamy zaczęły jej robić figle przed oczami, gdy próbowała się ruszyć, odkasłując krew z pyska, która nadal ściekała. Naturalnie łatwiej teraz by było gdyby była człowiekiem, aby pozbyć się tej przeklętej rzeczy z łapy, która teraz wisiała pod dziwnym kątem z otwartą raną, no ale nie miała siły. Dobre w tym wszystkim był fakt, że wszędzie leżał śnieg, to i krwawienie nie było zbyt obfite. Jednak zmęczenie zrobiło swoje i chcąc nie chcąc - nieszczęśliwa - położyła się a w zasadzie przeturlała na mniej obolałą stronie zanim całkiem straciła przytomność.
biała kulka
Nielsen pracowała w barze, ale sama po alkohol sięgała rzadko. Piła, nie uważała się za abstynentkę i nawet za taką nie próbowała uchodzić. Najczęściej jednak pozwalała sobie na takie chwile, kiedy była sama, kiedy otaczały ją cztery ściany, film na DVD i paczka kupnego popcornu. Do Bruderschaftu prywatnie nie przychodziła prawie wcale, chyba że na obiad. Nie przepadała jednak ani za kiełbasą, ani za golonką w kapuście, która była popisowym daniem tutejszej kucharki. Wiedziała jednak, jak alkohol działał na ludzi i nie-ludzi. Podczas tych kilku tygodni pracy w Last Salvation zdołała zaobserwować, jak poszczególni obdarzeni reagują na spożywane trunki. Jedni odpadali tak szybko, jak zwykli śmiertelnicy, inni potrzebowali znacznie więcej, by poczuć ten przyjemny rausz, a kolejni mogliby pić w nieskończoność, a nie poczuliby nic.
OdpowiedzUsuńTo był fascynujący aspekt życia w Last Salvation. Ta różnorodność, widoczna mimo ograniczonych mocy i zdolności. Dlatego ciekawym było obserwowanie znanego sobie wampira, który próbował prześcignąć młodą kobietę. Tej Rory nie znała, nie mogła uważać jej za stałą bywalczynię przybytku. Niemniej, nietrudno było zauważyć, że brązowowłosa radziła sobie znacznie lepiej, więc na jej skinięcie Rory dolała jej alkoholu do kieliszka, a gdy ta go wychyliła w śmiały sposób, dolała jej kolejną porcję.
— Piosenkę? — spytała, nieco zaskoczona. Zwykle klienci sami wybierali sobie utwory, Rory, której gust muzyczny był nieco ograniczony, nie znała się zbytnio na tym, co mogłoby być modne, ale… wiedziała, co modne było. Jako nastolatka dorastała słuchając popowych kawałków. Popatrzyła na kobietę, która już ruszyła w kierunku niewielkiego podwyższenia.
Aurora kucnęła, aby dotrzeć do sprzętu, jaki odpowiadał za karaoke i westchnęła, przeglądając płyty. Brak dostępu do internetu bywał uciążliwy, ale też doceniała jego brak. Informacje z świata zewnętrznego docierały do nich w ograniczony, filtrowany sposób, a Rada czyniła starania, aby azyl był azylem nie tylko fizycznie, ale i dla psychiki jego mieszkańców. Na Rory to nie działało, ale teraz zaczynała bawić się przednio.
Wybrała płytę z popowymi kawałkami lat 2000. Szybko rozbrzmiały pierwsze nuty utwory Natashy Bedingfield — Pocketful of sunshine, która skojarzyła się Rory z odważną młódką, która właśnie zamierzała dać popis swoich umiejętności wokalnych.
Wyprostowała się, podała wampirowi kolejny kieliszek alkoholu i czekała. Noor przyciągnęła spojrzenia i uwagę niemal wszystkich zgromadzonych, co dało barmance chwilę wytchnienia.
Rory Nielsen
Dziękuję za powitanie! Rzeczywiście, obie nasze postaci mają pewne punkty zbieżne, jak wrażliwość i emocje, które w sposób dominujący prowadzą ich przez życie. Niech Twoja odnajdzie w Azylu swoje szczęście i życzę rozgrywek obfitych w wyjątkowe zwroty akcji i angażujące fabuły!
OdpowiedzUsuńIshaan
[Ja Ci chętnie pokażę czy to wariatka czy nie!
OdpowiedzUsuńOczywiście dziękuję za przywitanie i uznanie moich creepy pomysłów... ;>
W oczach Noor można się zgubić i chętnie to zrobimy. Myślę intensywnie <3]
Asta
[Witam serdecznie i bardzo dziękuję za powitanie - kamień z serca, bo jak (chyba wieki temu) kiedyś publikowałam nie miałam takiego stresu jak teraz. Normalnie trema! :D
OdpowiedzUsuńMożemy coś pomyśleć o spaniu Noor - skoro ma z nim problemy, to może D. mogłaby coś spróbować pomóc - w końcu to sen to trochę konik D.
Długo żyje na tym świecie, ziół poznała dużo, mogą też wymieniać się wiedzą i zdobytymi przez lata doświadczeniami...? Może Noor miałaby ochotę czasami posmakować względnej normalności, którą D. od jesieni próbuje wprowadzić do swojego domu, a co do tej pory przypomina karykaturę ogniska domowego? (naleciałości Ściągającej pozostały) Jeśli tylko jesteś chętna na wątek, to jestem przekonana, że razem coś wymyślimy :) ]
Damroka
Jak długo była w niebycie? Nie wiedziała, ale półświadomie odczuwała chłód w zranionych miejscach, który przenikał do kości, powodując odrętwienie i większe zimno, które zwykle aż tak sromotnie nie odczuwała. Później nie czuła już nic, gdy odpływała i wracała na przemian do żywych. Tak po którymś razie, zmysły wyczuły intruza. Zastrzegła uszami i nawet próbowała się unieść, ale nawet na to siły nie miała. Nawet tak drobny ruch sprawił, że czuła całkowite wyczerpanie. Warczenie wyrwało jej się instynktownie, gdy tylko poczuła ręce błąkające po ciele, aż dotarło do głównego problemu. Wtedy zaskomlała z bólu, który był niczym z połamaną łapą. Chciała się odsunąć, aby uniknąć rąk. Jakby chciała powiedzieć: Idź sobie, to boli, ale tylko odkaszlała większy skrzep.
OdpowiedzUsuńJednak ta istota, kimkolwiek była chyba postanowiła nie zwracać na nią uwagi. Wątpiła by był to człowiek. Aura była dziwna, jakby mroczna i nie miała jakoś ochoty na bliższe kontakty, ale co zrobić. Chyba tym razem nie da sobie sama rady. Więc chcąc nie chcąc musiała pozwolić się zabrać.
Łypnęła na dziewczynę, jak tylko zawroty głowy trochę się uspokoiły i przyjrzała uważniej. Jakby sondując ją całą od góry do dołu i oceniając zagrożenie. Na przypomnienie wyszczerzyła zęby a potem westchnęła przeciągle kładąc głowę na śniegu.
Poddając się rozpoznaniu starała się nie myśleć o dotyku, ale zaczęła protestować, gdy ta ją zaczęła podnosić. Z frustracji trzepnęła ogonami o ziemie, przepłaszając przy okazji jakeś przyglądające się temu ptaki, które teraz rzucały przekleństwa w jej strone. Szczeknęła krótko w odpowiedzi.
W między czasie już została podniesiona i gdzieś szły, ale jak na złość rana znowu się otworzyła i zaczęła lecieć świeża krew. Zacisnęła zęby z bólu, zastanawiając się ile jej jeszcze krwi zostało, tylko że znowu odpłynęła, przez cała drogę już nie wracając do przytomności.
lisica
Tak naprawdę wcale nie musiał rozumieć pobudek, które nią kierowały, bo gdyby wydarzyło się coś, na co musiałby zareagować, jej motywy i tak byłyby ostatnią rzeczą, która miałaby wtedy znaczenie. Dlatego nie próbował i dlatego na głos nie założył i nie powiedział niczego, co zdradzałoby jego myśli. Wszystko to pozostawało wyłącznie w sferze jej interpretacji, natomiast on sam nie dociekał skąd te interpretacje się brały, podobnie jak nie poruszał tematu kambiona, za którym tu przyszła, bo nie wiązał tego z żadnymi odczuciami, a już tym bardziej z niepokojem. Mogła chodzić za nim dokądkolwiek zechce, przecież jemu nic do tego. Jego policyjna funkcja nie obejmowała stania na straży czyjegoś serca, uczuć ani cichych nadziei, które gdzieś w głębi często rodzą się bez pozwolenia. Był tu tylko od porządku, od reagowania wtedy, gdy coś wymykało się spod kontroli, a nie od rozplątywania cudzych pragnień lub wewnętrznych potrzeb. I od bezpieczeństwa, rzecz jasna, nawet jeśli trudno było w nim dostrzec kogoś, kto może je zagwarantować.
OdpowiedzUsuńJego pytania były klarowne, więc jeśli Noor zdecydowała się przyjść tutaj świadomie i szukać czegoś, czego nie może znaleźć na powierzchni, to on na tym etapie nie zamierzał jej w tym przeszkadzać, choć nie dlatego, że jej obecność była mu obojętna, tylko dlatego, że nie widział powodu, by ją regulować. Dopóki poruszała się w granicach, które obowiązywały wszystkich, jej decyzje pozostawały jej własnością, bo może azyl odbierał sporą część autonomii, to jednak nie był miejscem, w którym odbierało się wolę. Wystarczy respektować zasady i można żyć tu jak pączek w maśle. Są więc mieszkańcy, którym całkiem dobrze to wychodzi, ale są oczywiście też tacy, którym nie wychodzi to w ogóle. A kwestia tego, ile on takich odstępstw puści płazem należy już wyłącznie do niego, bo z konsekwencjami niezauważonych przewinień mierzy się sam.
Gdy hałas rozniósł się echem po wilgotnych podziemiach, cień oderwał się od ścian i wrócił do Zaydena, jak na niemą komendę. Przestrzeń wokół straciła na moment ostrość, a iluzja pomieszczenia, w którym do tej pory trwali, rozmyła się, pozostawiając wokół nich gołe korytarze podziemi. Puste ściany będą towarzyszyły im jednak tylko przez chwilę, bo iluzje odgórnie nałożone na to miejsce, zaraz ponownie się otworzą i zaczną robić papkę z mózgu odwiedzającym, ale na razie droga była czysta. I warto było z tego skorzystać, skoro za moment mogą mieć tu towarzystwo.
Stojąc spokojnie, z cieniem znów na swoim miejscu, rzucił tylko krótkie spojrzenie w stronę dobiegającego do nich hałasu. Noor była mistrzynią ukrywania prawdy, a on był mistrzem wyłapywania tego, co spod niej przeciekało. Naruszenia zasad wyczuwał instynktownie, jako cień prawa zrodzony z nierozliczonych win i niewypełnionych wyroków. I podobnie było z kłamstwem, bo chociaż samo kłamstwo nie jest naruszeniem zasad, to naruszeniem ich jest to, do czego to kłamstwo prowadzi. Mógł je wyczuć, jeżeli ono mogło nieść konsekwencje. Odpowiedź Noor nie była go pozbawiona, ale on nie zamierzał decydować, czy ją wyprowadzi, bo ona sama tę decyzję podjęła. Nie potrzebowała pomocy, więc jego ingerencja była zbędna, ale jeśli ktoś faktycznie mógł ich teraz słuchać, albo zobaczyć, to nawet lepiej, że nie wyjdą stąd razem.
— W takim razie bądź czujna, Noor — zaznaczył. — Niektóre sekrety mogą nie przypaść ci do gustu — dodał, rzucając ostatnie spojrzenie w jej oczy. A potem odwrócił się bez pośpiechu i ruszył w głąb korytarza, korzystając z tego, że jeszcze nie były oszukane przez fikcyjną rzeczywistość.
Zayden Ward
Malphas uśmiechnął się półgębkiem, a w jego spojrzeniu błysnęło uznanie dla jej opanowania. Nie spieszył się z ruchem, stał w płytkiej wodzie, pozwalając, by chłodna tafla obmywała mu kolana, podczas gdy on bacznie przyglądał się Noor. Jej pewność siebie i sposób, w jaki lustrowała go wzrokiem, nie budziły w nim skrępowania, wręcz przeciwnie, bawiła go ta nagła zamiana ról. W tym sterylnym, lękliwym Azylu, ona była pierwszą osobą, która nie odwróciła wzroku z obawy przed jego aurą. Wyszedł z wody powolnym, niemal leniwym krokiem, nie dbając o to, że chłód nocy natychmiast osiada na jego mokrej skórze. Podszedł do pnia, na którym siedziała, i nie zatrzymał się, dopóki nie stanął na wyciągnięcie ręki. Nie sięgnął po ubrania. Stał przed nią z tą samą drapieżną swobodą, którą ona w nim wyczuła, nie wykonując jednak żadnego gwałtownego ruchu.
OdpowiedzUsuń- Pytasz, kim jestem? - przechylił głowę, a krople wody spłynęły mu z włosów na ramiona. - Jestem kimś, kto nie wierzy w przypadkowe spotkania, Noor. I kimś, kto zbyt długo uciekał, by teraz przejmować się takimi drobnostkami jak „ostrożność” podczas kąpieli. W tym miejscu wszyscy jesteśmy drapieżnikami zamkniętymi w zbyt małej klatce, tyle że niektórzy z nas wciąż pamiętają, jak używać kłów - zrobił ten jeden krok, o który ona wcześniej się odważyła, zmniejszając dystans tak bardzo, że czuł zapach ziół bijący od jej ubrań. Jego oczy, czujne i głębokie, zatrzymały się na jej twarzy z intensywnością, która nie dawała pola do ucieczki.
- Nie boisz się jeziora, bo je znasz. Nie boisz się mnie, bo widzisz w moich oczach coś, co masz w swoich - mruknął, a jego głos stał się niski i chropowaty - To rzadkość w Last Salvation. Większość ludzi tutaj próbuje wymazać wspomnienia, o których mówiłaś. Ja natomiast noszę swoje jak blizny. Nie da się ich opłacić, żeby zniknęły - wskazał podbródkiem na jej dłonie, którymi przed chwilą tak pewnie gestykulowała - Skoro prowadzisz aptekę, to pewnie wiesz, że niektóre trucizny są najlepszymi lekarstwami, jeśli poda się je w odpowiedniej dawce - uśmiechnął się, tym razem nieco szerzej, a w tym uśmiechu nie było już groźby, lecz pewnego rodzaju nieme porozumienie - A co do moich butów... - dodał ciszej, spoglądając na miejsce, gdzie leżały jego rzeczy - Cieszę się, że o nie dbasz. W tym bagnie trudno o przyzwoitą parę, z której nie trzeba ciągle zmywać brudu - przerzucił suchą koszulę przez ramię, nie śpiesząc się z jej założeniem, jakby chciał, by chłodny wiatr ostatecznie przypieczętował to spotkanie - Skoro już ustaliliśmy, że moje buty są bezpieczne, a ty nie zamierzasz uciekać na widok kogoś, kto nie bawi się w konwenanse, to może faktycznie to miasto nie jest tak beznadziejne, jak myślałem - mruknął, podchodząc jeszcze bliżej - Noor... aptekarka, która nie boi się mroku. To brzmi jak najlepszy żart, jaki usłyszałem od czasu przekroczenia bramy Last Salvation - przystanął tuż przed nią, a różnica wzrostu sprawiła, że musiał lekko pochylić głowę. Wyciągnął dłoń i przez chwilę wydawało się, że dotknie pasma jej włosów, ale zamiast tego tylko wskazał na drogę prowadzącą w głąb lasu.
- Nie boisz się mnie, bo wyczuwasz, że gramy w tej samej lidze, Noor. To miasto jest pełne ofiar, które udają ocalonych. My dwoje... my po prostu przetrwaliśmy, a to różnica. Skoro już wiesz, że potrafię być nieostrożny, to może dasz się zaprosić na spacer z powrotem do centrum? Chętnie posłucham, jakie jeszcze sekrety skrywasz w tej swojej aptece. Obiecuję, że tym razem to ja będę słuchał, a ty będziesz mogła sprawdzić, czy faktycznie jestem tak niebezpieczny, na jakiego wyglądam - uniósł brew, czekając na jej ruch. Czuł, że ta noc właśnie przestała być tylko nudnym epizodem wygnania.
Malpi
Niedługo po tym, jak Levi opadł na krzesło, opadły też jego powieki, jakby w momencie, w którym pozwolił sobie skapitulować przed Noor, skapitulowało też całe jego ciało. Bynajmniej nie zasnął, a nawet nie przysnął. Ot, powieki już wcześniej miał ciężkie, a oczy suche i piekące od mrozu tak, jak przemarznięte dłonie. Musiał i chciał się wygrzać, i zamierzał zrobić to po odmeldowaniu się w Ratuszu, a potem dotarciu do domu dzielonego z ojcem, ale w tym zamiarze przeszkodziło mu zatrzymanie na zapleczu apteki Noor, które podobnie jak jego pokój, było przyjemnie ciepłe.
OdpowiedzUsuńLevi westchnął ciężko. Po tym, jak rozsunął zamek kurtki i rozsupłał szalik, opadły też jego ramiona. Kotołak przygarbił się, ale nie zwiesił głowy. Twarz miał wciąż zwróconą w stronę aptekarki, a przynajmniej w tę stronę, gdzie ta stała, nim przymknął powieki.
— Hm? — Drgnął na dźwięk swojego imienia, wyżej uniósł ciemne brwi, ale bynajmniej nie zdołał otworzyć oczu, choć próbował, a raczej myślał, że stanie się to samo, w odpowiedzi na to ciche Levi rzucone przez kobietę. Zmusił się więc, by te oczy otworzyć. Najpierw mocniej zacisnął powieki, jakby zbierając siły i dopiero po tym rozchylił je, by następnie początkowo zamglony wzrok wyostrzyć na Noor, która tłumaczyła mu właśnie, że nie musiał meldować się w Ratuszu od razu.
— Będą mnie szukać — zamarudził, ale był to jedyny, a w dodatku bardzo słaby protest, na jaki się zdobył. Poddał się zaskakująco łatwo, prawda? Może to Noor wpływała na niego delikatnie za pomocą swojej mocy, a może wcale nie musiała nic robić i do tego, aby młody Ackermann przestał być zawzięty i uparty wystarczyło zarówno to ciepło, które panowało we wnętrzu apteki, jak i to, które biło od samej Noor. Jakiekolwiek nie byłoby źródło tego ciepła, to ono rozbroiło kotołaka, który rozpiął kurtkę i zdjął szalik, jakby to te dwa ruchy miały być odpowiedzią na pytanie o zgodę zadane przez Noor.
— Mogę — dodał jednak, dla jasności, i o ile do jego nosa kobieta miała nieograniczony dostęp, o tyle kostkę zasłaniał zimowy but, skarpetka i nogawka spodni. Levi wyprostował prawą nogę w kolanie, tym samym wysuwając ją spod krzesła i nachylił się do niej z jękiem oraz cichym trzeszczeniem mebla. Zaczerwienionymi palcami rozsupłał węzeł sznurówki i poluzował wiązanie, przy czym syknął cicho – ucisk trzymał ból w ryzach, bo kiedy tylko opuchlizna dostała trochę więcej miejsca, rozlało się po niej dotkliwe pulsowanie. Skrzywiwszy się, Levi zdjął but, odstawił go na bok i ściągnął skarpetkę, którą wcisnął do niskiej cholewy. Podwinął nogawkę, zawijając ją trzykrotnie, co wystarczyło na uniesienie jej do połowy łydki i wyprostowawszy się, popatrzył na pozostającą w pobliżu brunetkę. Prawą kostkę miał spuchniętą, na skórze odcisnął się wzorek z włokiem skarpetki i mocnych szwów buta, a po zewnętrznej stronie, pod kością niknącą w opuchliźnie, powoli rozlewał się siniak, który na przestrzeni tygodni miał przejść przez kalejdoskop barw, od wściekle fioletowej, przez niebieską i zieloną, do brązowej i niezdrowo żółtej.
— Póki tu siedzę i nie protestuję, możesz robić, co chcesz — rzucił, przyglądając jej się spod zmrużonych powiek, z zaciśniętymi wargami, bo wciąż był niechętny pomocy, a jednak nie ruszył się z miejsca. — Zawsze jest tu tak ciepło? — spytał, to w tym cieple węsząc podstęp, bo to właśnie to ciepło trzymało go na krześle i skłoniło do zdjęcia obuwia. To ciepło otulało go coraz bardziej, rozgrzewało i roztapiało charakterystyczne dla Leviego zacięcie, którego jedyny ślad był w zmrużonych oczach i zaciśniętych wargach.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Minęło sporo czasu odkąd zmieniła otoczenie. Leśny zapach ustąpił, zajmując go mieszaniną ziół i czymś ciężkim, czego dawno nie doświadczała mimo, że była blisko świata duchowego. Tu panowała dosyć ciężka atmosfera. Przez pierwsze parę godzin była zbyt osłabiona by móc jeść, więc chcąc nie chcąc musiała się zdać na pomoc. Więcej jedzenia lądowało na podłodze niż do żołądka, gdyż szczęki były tak zaciśnięte z bólu przy każdym drobnym poruszeniu. Nawet okrycie z koca powodowało dyskomfort. Piszczała z bólu podczas zmian opatrunku i się wierciła przy wymianie bandaża na świeży. Raz nawet chciała ugryźć, byle uniknąć dotyku. Dużo spała. Dopiero pod wieczór zrobiło się na tyle lepiej, aby zmienić pozycje na inna, bo w tej mocno ścierpła. Dopiero wtedy przyjrzała się bliżej pomieszczeniu. Ciemność nie pomagała, ale wydawało się dosyć przytulne mimo skromności. W kącie siedziała w fotelu śpiąca dziewczyna. Rzuciła jej uważne spojrzenie zastanawiając się z kim ma do czynienia. Zaczęła niuchać chcąc wyłapać zapach, który może by jej coś odpowiedział, gdyby nie unoszący sie wszędzie zapach ziół, który wszystko wytłumiał. No cóż będzie musiała uzbroić się w cierpliwość. Spróbowała się unieść nie krzywiąc się przy tym i ignorując ciało, które protestowało od tego wysiłku, do którego je zmuszała. Była dla siebie surowa, to fakt, ale tak długo by nie przeżyła, gdyby taka nie była. Nawet w obecnej sytuacji, gdy odwróciła wzrok i spojrzała na miskę obok z wodą. Musiała się mocno wysilić by się doczołgać i trochę napić. Strasznie chciało jej się pić. Potem umościła się wygodniej uważając na zranioną łapę i jakoś udało jej się zasnąć.
OdpowiedzUsuńNastępnego dnia wręcz musiała zmrużyć oczy, gdy światło słoneczne padało na jej posłanie. Pisnęła zirytowana ogonami próbując zasłonić trochę odblaski. Odwróciła się na dźwięk kroków. Warknęła, gdy ta się zbliżyła zbyt blisko, ale na słowa dziewczyny zareagowała krótkim szczeknięciem i przewróciła oczami na jej słowa.
Kobieto, czy ty myślisz, że mnie to rusza? Nie planowałam tu zostawać zbyt długo burknęła z lekka frustracja. Podejrzliwie popatrzyła na posiłek, no ale nic takiego nie znalazła. Pachniało dobrze i zaczęło jej burczeć w brzuch. Zdrajca jeden. Pisnęła pod nosem lekko zdegustowana i zaczęła wstawać wygrzebując sie z ciepełka. Przyjemnie, ale wolała chłodzik. Stanęła chwiejnie. Gdzieniegdzie było widać zgniecione futro od długiego leżenia, więc się trochę wstrząsnęła poprawiając włosie, by zachować chociaż pozory elegancji. Zerknęła na nią przechylając głowę. Nie wiedziała czy to aby nie pułapka, no ale w takim razie raczej by już dawno wyzionęła ducha i kruki by się dobrały do truchła. Znowu odezwał się żołądek. Po chwili wahania zaczęła jeść.
Skończyła szybciej niż pewnie to się gotowało i czekała na dokładkę. Pacnęła łapą miskę i zaczęła nią lekko kołysać do góry i dołu. Łatwiej by było po prostu zaczerpnąć energię, ale nie stąd. Tu panowała trochę przyciężka atmosfera. Czyli będzie po staremu, acz będzie trwało dłużej. Zapominając o łapie chciała na niej stanąć. Zaskomlała patrząc na nogę niechętnie. No i nici z biegania. A tak kochała czuć wiatr we włosiu. Przysiadła czując nadchodzące zmęczenie i popatrzyła na Noor, jakby ta była znawcą chorób wszelakich z niemym pytaniem co dalej.
biała kulka
Skąpana w deszczu nocnych win, odrywała od siebie kolejne skrawki ludzkości. Pusty, czarny szkielet wypełniały obrazy – gęste i bolesne, lecz lekkie, jakby podatne na każdy podmuch wiatru. Myśli osiadały na niej jak kurz, a potem spływały, rozpuszczone w winnej wilgoci mroku. Kotwiczyły się ledwie na moment, splatając z ulotnymi gestami i koszmarną energią, która boleśnie pieczętowała jej figle.
OdpowiedzUsuńByła pęknięciem, przez które świat wlewał się nieproszony, ale mile widziany. Była nocną marą. Uosobieniem najczarniejszych snów i ulotnym przesmykiem, w którym pragnienie traciło kształt, a wstyd nie nadążał za ruchem.
A jednak noc nie dawała jej ostatnio wytchnienia. Choć błądziła w obcych odmętach, pełnych brudnej mgły i ciężkiego powietrza, Asta głodowała. Nie rozumiała drogi, którą przyszło jej stąpać, pełnej rwistych kamieni, głucho opadających na jej kostki. Każdy krok był cięższy, jakby zapadała się w coś spoza własnej energii. Nie rozumiała tych snów. Ulatywały wraz z pierwszym oddechem świtu, pozostawiając pod bladą skórą jedynie napięcie i echo pragnienia, coraz silniejsze, coraz bardziej brutalne.
Szukała odpowiedzi, klucza. Błądziła u czerniejących wrót, padając na kolana pod rdzawą kołatką, a niewidzialna granica tylko piętrzyła się bezpowrotnie. Asta czuła, jakby coś nie pozwalało jej wkroczyć dalej, co potęgowało nieznośne drżenie jej serca, tak podle przypominające o zwyczajności ludzkiej postaci.
Była zmęczona. Nie kotwiczyła się w mroku, czując narastającą potrzebę wpicia się w sny kolejnych ofiar. Ale to wszystko było za mało.
Wiatr smagał jej nagie, kościste ramiona, ale kontury ciała wciąż słabły za sprawą głodu. To było naturalne dla nocnych mar, które nie trzymały formy długo, a ich kształt poddawał się emocjom i pragnieniom, jak glina wilgoci. Asta uginała się pod naporem niespełnienia, czując, jak energia krąży w niej niespokojnie, zamiast zapadać się w głębokie, znane koleiny mroku.
Zapukała kilkukrotnie, a chłód dębowych drzwi boleśnie zagrał w jej dłoni. Uśmiechnęła się pod nosem, jakby pozorna, fizyczna przyjemność była przypomnieniem, że wciąż potrafiła dotykać świata.
Wraz z pojawieniem się kobiecej sylwetki, mgła wokół niej zgęstniała, próbując uformować dookoła godny tajemnic kokon.
– Słyszałam, że… – szepnęła śpiewnie, wywracając oczami. Przez moment czerń jej oczu zgasła, jakby tęczówki dosłownie odszukiwały czegoś w odmętach jej myśli. Biel jak zwykle była jednak ulotna, a Asta zakotwiczyła smolisty wzrok w niepokojącej zieleni kobiecych oczu – … znajdziesz lek na wszystko.
Przestąpiła przez próg, choć jej stopy zdawały się nie dotykać podłoża. Zamknęła za sobą drzwi i oparła o nie plecy, wzdychając ciężko. Blade lico ducha niechętnie przyjęło na siebie półmrok niewielkiego pomieszczenia.
– Potrzebuję czegoś na głębszy sen. Czegoś, co spowolni oddech i zaciśnie niewidzialne więzy w skroniach – dokończyła cicho, a każde słowo zbierało wagę jej wstydu. Czuła jednak, jak jej energia, niespokojna dotąd, odnalazła coś, na czym również chciała osiąść.
Asta chwyciła się za dłonie i strzeliła głucho kostkami. Wilgotne od mgły, czarne włosy opadły gładko na jej ramiona, lecz ciążyły bardziej niż kiedykolwiek.
Właściwie nie wiedziała, czy wizyta w aptece, o której szeptało się nawet w koszmarach, mogłaby cokolwiek zmienić. Nie wiedziała nawet, czy środek, który mogłaby tu otrzymać, miałby zgnieść ją, czy bohaterkę jej snów.
Asta
Anastasius von Weiss od zawsze budził się wcześnie rano. Być może dlatego, że był do tego zmuszany od dziecka, a może dlatego, że nie chciał marnować cennego dnia, który zawsze kończył się zbyt szybko. Jako młody mężczyzna, kilkadziesiąt lat temu, bardzo to odczuwał – czas wydawał się umykać w dziwaczny sposób, a Anastasius zawsze próbował zrobić zbyt wiele, zawsze za czymś gonił.
OdpowiedzUsuńCzas w miasteczku płynął jednak inaczej, a może to von Weiss się zmienił. Może trochę dojrzał, zaczął przyglądać się światu nieco inaczej albo zamieniał się w starego dziada, któremu nie chciało się już biec. Nic jednak nie ostudziło jego zapędu do odkrywania. Cenił sobie naukę i nawet jeśli obecnie miał nieco związane ręce, to robił wszystko, aby wiedzieć, a wiedza bywała cenniejsza niż cokolwiek innego. W miasteczku znany był zresztą z tego, że umie dochować tajemnicy. I że nigdy nikogo nie ocenia – czasem kiwał jedynie głową lub wyduszał z siebie ciche „hmm” lub „mmm”.
Wstał z łóżka, ubierając się – najpierw koszulka, potem koszula, kamizelka, spodnie z dobrze zapiętym paskiem i szelki. Anastasius zawsze wyglądał schludnie i elegancko, nawet jeśli sytuacja tego nie wymagała. Czuł się jednak bardziej sobą, gdy zakrywał tatuaże i mniej lub bardziej widoczne blizny.
Gdy umył zęby i przemył twarz zimną wodą, usłyszał charakterystyczny dźwięk gruchających kości. Oggy wspinał się po schodach, niosąc w dłoniach srebrną tacę z filiżanką czarnej kawy; obok niej stał talerzyk z nieco spalonymi tostami z masłem i dżemem.
Anastasius uśmiechnął się pod nosem, gdy Oggy wystawił tacę w jego stronę i zasyczał przyjaźnie, najwyraźniej oczekując pochwały.
— Dziękuję, Oggy. — Odebrał od kościotrupa tacę i skierował się do swojego zagraconego gabinetu, który bardziej przypominał zapuszczoną bibliotekę. Cóż, Anastasiusowi bywało czasem wstyd za ten bałagan, ale nie lubił, gdy ktokolwiek grzebał w jego osobistych rzeczach, więc karcił Oggy’ego za każdym razem, kiedy ten próbował tutaj posprzątać.
Zajął skórzany fotel, a potem napił się kawy. Idealnie czarna, wyśmienita, a potem ugryzł tost, żując wolno. Prawie w ogóle nie było czuć spalenizny. Anastasius nie był jakoś wybredny, zadowalał się tym, co mu podsuwano pod nos, choć zdecydowanie dałoby się go nazwać surowym koneserem jabłeczników. Jabłecznik musiał być idealny.
— Kawa jest niezła — odezwał się, zerkając w stronę Oggy’ego, który wpatrywał się w niego swoimi pustymi oczodołami. Anastasius wiele razy zastanawiał się, czy nie powinien umieścić w nich czegoś, co mogłoby imitować oczy. Może rubiny? Albo jakiś inny kamień szlachetny?
Pozwolił szkieletowi posprzątać po śniadaniu i zszedł po schodach, aby ubrać swoje idealnie wypastowane buty, płaszcz i kaszkiet – cholernie trudno było zdobyć to nakrycie głowy i dość długo się naczekał.
Opuścił dom chwilę później, słysząc, jak Oggy rusza jego śladem jak wierny pies, choć Anastasius nigdy nie myślał o kościotrupie w ten sposób. Szkielet był jego rodziną i jeśli cokolwiek mogłoby sprowokować von Weissa do emocjonalnej i głupiej reakcji, to najpewniej krzywda Oggy’ego.
Dzień był intensywny. Najpierw obchód po cmentarzu, mycie pomników, mruczenie do uświęconej ziemi, by ta dobrze otulała zmarłych. Anastasius uwielbiał ten zapach – wilgoć, mgła i coś, czego nie dało się określić w prosty sposób. Coś jak… pierwotna otchłań. Potem spędził kilka godzin, doglądając kwiatów, które ostatnio zasadził. Postawił tę szklarnię przede wszystkim dla Oggy’ego, ale koniec końców też uległ pokusie i miał swoje ulubione rośliny – niektóre nawet nazwał, jednak do tego nigdy by się nie przyznał.
UsuńNoc zawsze była początkiem, zapowiedzią czegoś mrocznego i nieoczekiwanego, ale do tej pory nie stało się nic złego. Cmentarz wciąż stał, a groby nie były rozkopane – sprawdzał to skrupulatnie każdego ranka. Oderwał wzrok od książki, gdy poczuł czyjąś obecność. Nie tutaj, a gdzieś pomiędzy grobami. Delikatna, słodka energia, inna, trochę sprzeczna w samej swojej naturze. Doskonale wiedział, kto to był.
Odłożył książkę, wstał z fotela i wyszedł z domu. Miał ochotę westchnąć naprawdę ciężko, widząc Noor Dubois, bo dziewczyna od jakiegoś czasu wędrowała po cmentarzu, układała znicze, poprawiała kwiaty i wszędzie zostawiała swoją energię. Czasem zastanawiał się, czy sobie z niego nie żartuje i czy to nie jeden z głupich kawałów, ale raczej nie podejrzewał, aby Noor robiła to specjalnie.
Wrócił się do domu o krok, podnosząc z fotela, tuż przy drzwiach, kobiecy sweter – nie miał właścicielki, ale przydawał się, gdy Noor pojawiała się pod jego domem jak duch, być może szukając ukojenia w mroku i trupiej aurze. Anastasius nie oceniał, każdy w końcu potrzebował czegoś innego, aby jakoś sobie radzić. Świat nie był dobrym miejscem.
Zrobił kilka kroków w jej stronę, obserwując jej drobną sylwetkę. Nie pasowała do mroku… ale też nie widziałby jej w kompletnym świetle. Ustawiłby ją raczej gdzieś przy granicy, w tym idealnym miejscu, w którym słońce ledwo co się pokazuje, przełamując ciemność i tworząc iluzję oślepiającej mgły.
— Czasem zastanawiam się, panno Dubois, czy twoja obecność to zapowiedź kolejnej bezsennej nocy, czy może szansa, abym w końcu dowiedział się, dlaczego noc w noc włóczysz się po moim cmentarzu. Jesteś głośniejsza niż jęczące duchy, a te bywają naprawdę nieznośne — odezwał się raczej neutralnym tonem, ktoś mógłby powiedzieć, że nawet uprzejmym. Wyciągnął do niej rękę z swetrem, który pachniał szałwią i proszkiem do prania. — Lepiej, żebyś nie zmarzła i się nie przeziębiła, panno Dubois.
Anastasius von Weiss
[Ja tutaj jeszcze szybciutko dodam, że dziękuję za miłe słowa <3 I obiecuję, że Anastasius nie będzie AŻ TAK zły xD]
[Hej, dzień dobry! Cieszę się, że udało mi się pozytywnie wpłynąć na sam nastrój drugiego autora - jest to dla mnie niezwykle ważna informacja jako osoby czynnie piszącej oraz próbującej nadal korygować swoje teksty, nawet jeśli błędy widzi się dopiero dzień/dwa później <3
OdpowiedzUsuń"Mieszanie we wspomnieniach" jest niestety dla pani von Lossow bardzo niemoralne samo w sobie, a tak jak zauważyłaś, raczej dobra oraz prostolinijna z niej osóbka :D wydaje mi się, że faktycznie mogłyby się znać, aczkolwiek sama nie mam na ten moment pomysłu, jakby tę ich relację pociągnąć, rozwinąć czy zakręcić. Gdybym na coś wpadła, z pewnością się jeszcze kiedyś tutaj do Was odezwę.
Miłego dnia i dużo weny tymczasem <3]
Klementyna
[Dziękuję ślicznie za powitanie i tyle miłych słów <3 Bardzo się cieszę, że Siwoo przypadł do gustu!
OdpowiedzUsuńMiałabym ochotę na wątek, nie przeczę, ale muszę w szczerości przyznać, że poziom zainteresowania nieco mnie zaskoczył (serio!). Zdążyłam umówić się już na kilka fabułek i po prostu trochę się obawiam, że nie pociągnę aż tylu. Niemniej, gdyby okazało się, że nie jest to tak przytłaczające, jak się chwilowo wydaje, chętnie wpadnę z taką informacją na dniach i wtedy możemy o czymś sobie wspólnie pomysleć :)]
Siwoo
Położyła uszy i je ustawiła, rozumiejąc zaistniały stan rzeczy. Było to nad wyraz logiczne stwierdzenie po tak długim poście, ale nie miała odpowiednich zasobów energetycznych, które mogłaby wykorzystać, aby wspomóc regeneracje inna niż ta proponowana. Pożaliła się jednak cicho pisząc przy tym.
OdpowiedzUsuńA potem ziewnęła przeciągając się i ignorując przy tym rwanie w łapie. Drgnęła, gdy poczuła płyn. Szczypało niemiłosiernie, ale się nie odsunęła przyglądając się jej poczynaniom.
Po tej dawce pożywienia zrobiła się senna. Przechyliła głowę na bok i kichnęła raz i drugi, gdy kurz dostał się do nosa. Zaskoczyło ją pytanie. A i owszem, tylko nie wiedziała czy na chwilę obecną było to wskazane. Westchnęła. Istniała inna możliwość, ale to wymagało się włamaniem do ducha astralnego. Popatrzyła na nią uważniej jakby sprawdzając możliwości wyboru, aby przy okazji nie zaszkodzić sobie bardziej. Ból głowy i trudności w oddychaniu trochę przeszkadzały. Chyba, że pożyczyłaby na chwilę jej siły witalne, aby otworzyć strumień myślowy.
Spróbować można, tylko czy nie uzna to za atak? Na samą myśl wyszczerzyła żeby w imitacji uśmiechu. Machnęła ogonami myśląc intensywnie jak się za to zabrać.
Powstała z trudem, gdyż ciało jej zdrętwiało, stanęła w miarę prosto na rozszerzonych kończynach, aby się nie wywalić od razu. Poruszała głową, aby odgonić mroczki. Chwilę to trwało. A potem sukcesywnie zbliżała się do Noor aż w końcu była na wyciągnięcie łapy. Wysiłek robił swoje i czuła większe zmęczenie, ale ignorowała to skupiając się na planie. Wlepiła oczy w oczy tamtej. Do roboty ruszył jeden z ogonów przekształcając się w coś w rodzaju nici, które teraz oplatały nadgarstek. Ofuknęła ja, gdy się lekko poruszyła. Pot zaczął gromadzić się na futrze. Dawno tego nie robiła w taki sposób. Oczywiście było by łatwiej, gdyby była mniej poturbowana, bo szło by dużo sprawniej.
Gdy związanie doszło do końca, lekko ukłuła w żyłę. Uszczknęła trochę siły. Tamtej nie zabije, a jej pomoże. Acz wrażenia mógłby się różnić po obu stronach. Zaczęła formować strumień.
Nic ci nie robię Miała całkiem niezłe zabezpieczenia. Otwórz się na mnie - mruknęła myślą zamykając oczy. Widziała ją. Jej istotę. Niby zła, ale chyba nie do końca. Samotna, ale kto nie był. Zagubiona, może trochę...
Oczywiście działało to w obie strony, acz na krótko.
Otworzyła nagle oczy. Bardzo, bardzo powoli ogon rozluźniał chwyt i wracał do formy. Zaczęła kasłać po tym jakby wypiła o jedno sake za dużo. Az przysiadła na pupie zduszając krzyk w gardle, gdy podrażniła połamana kończynę.
Słyszysz mnie? - zapytała.
magiczna kulka
To było pewne, że zjawi się w aptece prędzej czy później, bo zapowiedź padła z jego ust już wcześniej, wprawdzie bez konkretnej daty, ale padła, a on swoich obietnic dotrzymywał, nawet, jeśli chodziło o coś tak błahego jak zwykłe odwiedziny. Dla niego słowa miały swoją wagę, niezależnie od okoliczności, a raz wypowiedziane zobowiązanie nie znikało tylko dlatego, że mijał czas, bo każde kolejne godziny czy dni i tak były zaledwie drobnym ułamkiem wieczności w obliczu setek lat, które miał już za sobą. Poza tym szczęśliwi czasu nie liczą, czyż nie? Grunt, że słowa nie pozostały pustą deklaracją, a on sam nie kazał na siebie czekać wiecznie i w końcu pojawił się dokładnie tak, jak należało się tego spodziewać, czyli przekraczając próg apteki bez pośpiechu, krokiem pewnym i pozbawionym wahania. Trochę tak, jakby wchodził do miejsca, które doskonale znał, a trochę jakby kierował nim jakiś własny cel. Był spokojny, niewzruszony, bo nie zwykł działać bez powodu i tym razem też dobrze wiedział po co tutaj przyszedł, chociaż niewykluczone że i tak dostanie więcej niż zamierzał wziąć. Nie przychodził przecież do nieznajomej, tylko do kogoś, kto od dawna miał talent do zaglądania tam, gdzie inni woleli nie patrzeć. I kto potrafił zadowolić go na wiele różnych sposobów, a przy okazji wiedział, jak sprawić, by wyszedł stąd w pełni usatysfakcjonowany. Ach, Noor. Z nią wszystko zawsze kończyło się dokładnie tak, jak powinno.
OdpowiedzUsuńA on nie bez powodu do niej wracał.
Dźwięk dzwoneczka nad drzwiami dotarł do niego równie szybko, co charakterystyczny zapach kopru włoskiego i suszonych ziół, który unosił się wyraźnie w powietrzu, będąc nierozerwalnie związanym z tym miejscem i jego przeznaczeniem. Są na świecie takie rzeczy, których nawet czas nie uznaje za warte zmiany i aptekarska woń bez wątpienia do nich należy. Dosłownie wszędzie taka sama. Tutaj różnica była jednak taka, że przebijał przez nią delikatny, kwiatowy zapach, subtelny, ale jednak wyraźnie odróżniający to miejsce od wszystkich innych – i ten niezmiennie należał do właścicielki, która dziś, zgodnie z jego przewidywaniem, była na miejscu. Jeszcze, bo tak na dobrą sprawę zaraz powinna kończyć pracę, ale Zayden nie bez powodu przychodził właśnie na sam koniec. Trudno o lepszą wisienkę na torcie, nieprawdaż?
Ulokował w niej spojrzenie powoli, pozwalając mu zatrzymać się na niej na dłużej, niż wymagała zwykła obserwacja. Otaksował ją z niespieszną ciekawością, świadomie smakując ten moment, jakby chciał ją poczuć już zanim się zbliży, a potem ruszył w jej stronę wolnym krokiem. Gdy skracał dystans, jego wzrok powoli przesuwał się po niej, zatrzymując się tam, gdzie sam chciał, aż stanął się przed nią i wymierzył ciemne, stanowcze spojrzenie w jej oczy. Zauważył, że pomimo braku emocji na twarzy, wyglądała na zmęczoną, albo po prostu na niewyspaną.
— A nie powinienem? — Uniósł brew, ale nie w geście zaskoczenia, a bardziej z lekkim rozbawieniem, bo sama sugestia była dla niego co najmniej interesująca. Nie przepadała za jego służbową wersją? Och, to nie dobrze. Ale akurat teraz przyszedł tu w prywatnej sprawie, co nie zmienia jednak faktu, że jego rola w całym tym przybytku jest czymś, czego nie da się zawiesić ani wyłączyć niezależnie od przyjętej wersji. Prywatnie widział i czuł dokładnie tyle samo co służbowo, z tą różnicą, że prywatnie potrafił przymknąć oko, nie sięgając po to, co mogłoby zaszkodzić tym, z którymi żył w dobrych stosunkach albo łączyły go wypracowane przez lata układy.
Rzucił krótkie spojrzenie w stronę parującego kubka, z którego unosił się zapach jakiegoś melisopodobnego suszu, po czym powrócił uwagą do Noor i, obrzuciwszy wzrokiem jej twarz, lekko przechylił głowę w bok. Uniósł dłoń i wierzchem palca musnął jej skroń, gładząc pojedynczy kosmyk włosów okalający jej twarz. Przeciągnął ten gest nieznacznie, pozwalając, by dotyk trwał dłużej, niż było to konieczne.
Usuń— Ktoś wyraźnie zapomniał o odpoczynku — stwierdził, a jego palec zsunął się po linii jej policzka i zatrzymał się pod brodą, unosząc ją odrobinę. — Powinienem się martwić, skarbie, czy to twój nowy standard? — zapytał niskim, spokojnym tonem, a potem ponownie skupił spojrzenie w jej zielonych oczach, które zupełnie nie pasowały do tutejszej aury i mrozu szczypiącego w palce. Czy on rzeczywiście mógł się martwić? Cóż, to akurat skomplikowana sprawa. Pewne jest jednak to, że mógł działać i zrobić coś, co dla niej mogło okazać się korzystne, o ile to zmęczenie nie stanowiło nowego porządku rzeczy, a było jedynie skutkiem jakiejś niechcianej komplikacji, którą należało usunąć.
Zayden Ward ✨
— Ale w końcu zaczną — powtórzył uparcie i to nie dla tego, że chciał się z Noor podroczyć. Mówił z doświadczenia, ponieważ nie tak dawno temu, kiedy nie stawił się w Ratuszu od razu po powrocie do Azylu, zainteresował się tym jeden z funkcjonariuszy publicznych i przyłapał Leviego w trakcie transakcji z Zaydenem, choć z drugiej strony kotołak odniósł wrażenie, że wcale nie o niego tutaj chodziło, a o demona cienia. Cóż, być może dzisiaj miał przekonać się o swojej racji? Jeśli znowu zamarudzi gdzieś po drodze, a wszystko wskazywało na to, że miał zamarudzić w aptece, pod czujnym okiem Noor i jeśli z tego powodu znowu napatoczy się tutaj ktoś z Ratusza, chcąc uprzejmie dopytać o to, dlaczego Levi jeszcze się nie odmeldował, to przynajmniej będzie miał pewność, że to on znalazł się na świeczniku.
OdpowiedzUsuń— To miło — skomentował w odpowiedzi na drobne kłamstwo kobiety, które dla niego wcale nie było kłamstwem. Może miał gorączkę, a może po prostu zmarzł tak bardzo, że nawet to nieprzesadnie nagrzane pomieszczenie – bo faktycznie, leki nie lubiły wysokich temperatur – wydawało mu się gorące, przez co wychłodzona skóra w kontakcie z ciepłym powietrzem mrowiła nieprzyjemnie, w miarę tego, jak w przemarzniętych członkach powoli powracało poprawne krążenie.
Levi pozwolił Noor działać. Tak jak przed chwilą, kiedy się odezwał tak i teraz, kiedy właścicielka apteki musnęła jego rękę, po czym przyklękła, by obejrzeć jego kostkę. Jej dotyk nie był ani trochę przyjemny – nie w miejscu, które było obolałe i opuchnięte, a przez to po prostu tkliwe. Ackermann przez cały czas trwania badania krzywił twarz w grymasie, który wynikał nie tyle z faktycznej bolesności, co z tego, że po każdym ruchu Noor spodziewał się fali bólu. Ani jedna taka fala nie nadeszła, czemu Levi zaczął się dziwić, kiedy Noor się wyprostowała. Z tymże zdziwieniem uniósł wzrok na jej twarz, kiedy mówiła o maści i bandażu.
— W porządku — przytaknął cicho, siedząc oklaple na krześle. Jeśli jeszcze przed oględzinami kostki Levi wyglądał jak ktoś, kto miał coś przeciwko temu, że przebywał w aptece dłużej, niż zamierzał, tak teraz wyglądał, jakby było mu wszystko jedno. Tak też się czuł, bo kiedy już zdecydował się usiąść i odciążyć nogę, czym sobie ulżył, zaskakująco prosto było odpuścić.
Z dłońmi wsuniętymi do kieszeni kurtki i pochyloną głową, ale podniesionym wzrokiem obserwował, jak Noor krząta się w pobliżu. W pewnym momencie musiał rozchylić usta, żeby nabrać powietrza, bo stłuczony nos spuchł za bardzo i stracił drożność, by Levi mógł przez niego oddychać.
Miarowość ruchów brunetki, stukot butelek i chrobot kamiennego moździerza składały się na przyjemną i rytmiczną, a przez to usypiającą melodię. Kotołak nie przeszkadzał Noor w pracy i nie przerywał zapadłego pomiędzy nimi, acz ani trochę ciężkiego milczenia, bo zamiast milczenia, ciężkie były jego powieki. Noor miała słuszność w tym, że się odezwała, bo Levi z coraz większym trudem podrywał je w górę, jednak jej głos cofnął go znad cienkiej granicy między jawą, a snem.
— A nie widać? — odpowiedział przewrotnie pytaniem na pytanie, mimo swojego stanu, a może właśnie przez wzgląd na niego. Zaczął mówić nosowo i ochryple przez to, że powietrze przeciskało się przez struny głosowe, ale już nie niedrożny nos, przez co teraz czuł ból także nisko na czole i za oczodołami.
— Dobry — dodał po chwili, starając się śledzić wzrokiem ruchy Noor, by się rozbudzić. — Załatwiłem, co miałem załatwić. Znalazłem nawet czas na to, żeby wstąpić do baru na piwo, a szkoda — mruknął i wyciągnąwszy rękę z kieszeni, niedbałym machnięciem dłoni wskazał na swoją twarz. — Przysiadła się do mnie jakaś dziewczyna. Ładna i miła, więc zaczęliśmy rozmawiać i może nie poprzestalibyśmy na samej rozmowie, gdyby nie to, że przyszedł jej chłopak. Laska odwróciła kota ogonem, dosłownie. — Levi zaśmiał się krótko, używszy powiedzonka, które bardzo tu pasowało. — Powiedziała, że to ja się do niej dosiadłem i nie chcę jej dać spokoju. Tak oberwałem — wyjaśnił zwięźle. — Kostkę skręciłem, jak już uciekłem z tamtego baru. Stopa wpadła mi do jakiejś dziury w chodniku.
UsuńOpowiedział Noor o tym, ponieważ to była historia, jaką mógł podzielić się z każdym. Opowiedział jej o tym także dlatego, że to nie każdy inny, a Noor konkretnie przygotowywała teraz maść na jego skręconą kostkę i jeśli chciał jakoś jej się odwdzięczyć, to właśnie podsuwał jej doskonały pretekst do tego, aby mogła sobie na nim poużywać i się z niego ponabijać.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Zignorowała sweter, który jej ofiarował, choć logiczne by było jego wzięcie i okrycie się. Noce bywały zwodnicze, a chłód szybko zamieniał się w dotkliwe zimno. Noor jednak wydawała się nie przejmować wszystkim dookoła, jakby jednocześnie nie istniała i istniała całą sobą w tym właśnie momencie.
OdpowiedzUsuń— W twych oczach jutrznie wstają, zapadają zorze, zapach świeżości ronisz ja po burzy kwiecie, przez filtr całunków z ust swych podobnych amforze sączysz słabość w herosa a zuchwałość w dziecię — odpowiedział, cytując wiersz Hymn do piękna, gdy porównała się do zjawy.
Gdy przeszła obok, poczuł jej ramię przy swoim – zrobiła to specjalnie, wiedział o tym. I w jakiś sposób uznał to za nieprawdopodobnie bezczelne z jej strony. Takie istoty jak ona… miał ochotę pokręcić głową. Nie powinien trzymać się stereotypów i wsadzać Noor w ramy niewinnej niewiasty. Nie była niewinna w swojej naturze, raczej kusząca, ciepła i zdecydowanie nie należało doszukiwać się w niej damy w opresji.
Anastasius wyłapał jej szerszy uśmiech, to, jak zatrzymała się przed jego domem, zbyt blisko, naruszając kolejną granicę. Czy świetnie się bawiła? Być może. Patrzył, jak zabiera kosmyk włosów z policzka, jak patrzy w jego stronę i jak nie pasuje do tego całego mroku, a mimo to nie wyobrażał sobie jej nigdzie indziej.
— Nie jesteś powodem moich bezsennych nocy, panno Dubois — odparł neutralnie. Nie chciał rozmawiać o koszmarach, przyznawać się do nich ani się tłumaczyć. To, co działo się w jego umyśle, było tajemnicą i Anastasius rzadko pozwalał sobie mówić o sobie zbyt intymnie. Był przyzwyczajony do tego, aby wypowiadać się ostrożnie, z dbałością o jasne intencje, choć nie zawsze mu się to udawało.
Przez chwilę wyobraził ją sobie wśród martwych ciał, trupów, które zastygały – nie, zdecydowanie nie pasowała do jego koszmarów. Prędzej widziałby ją gdzieś wśród łąk, wśród kwiatów, gdzie – jeszcze jako młodzieniaszek – spędzał czas po nauce; mógłby przysiąc, że Noor idealnie wpasowałaby się w szelest traw.
Analizował jej pytanie. Czy powinien to robić? Przyszła tutaj, być może ktoś ją widział – czy to nie spowoduje plotek? Dziewczyny takie jak ona, młode i ładne, mogły szybko stracić swoje dobre imię, a Anastasius nie miał zamiaru brać w tym wszystkim udziału. Wiedział jednak, że jeśli powie „nie”, Noor będzie próbować zmienić jego zdanie, a jej młodzieńcza bezczelność bywała nieco ekspresywna.
Być może poddałby się jej magii i całej tej otoczce, którą wokół siebie tworzyła, mamiąc obietnicą i zapewnieniem, że przyszła tutaj tylko dla niego, że może ją podziwiać i wielbić, ale Anastasius wychwycił tę subtelną różnicę. I niczego tak nienawidził jak fałszu – był człowiekiem, który widział wiele, a potem został liszem, zawsze zaprzysiężonym śmierci, z trupią aurą wokół, z sercem niezbyt czystym, ale wciąż głucho bijącym w klatce piersiowej.
— Panno Dubois — odezwał się, podchodząc bliżej. Stanął tak, aby spojrzeć na nią z góry; w jego ciemnych, brązowych oczach przemknęło coś mrocznego, zimnego. Przyjrzał się jej delikatnej buźce. — Każde spotkanie z panią to jak spalanie świeczki z dwóch stron, panno Dubois … zastanawiam się, czy kiedy poczekam dość długo, aż zniknie wosk, dostrzegę coś prawdziwego, bez słodkiego głosiku, za którym się chowasz, tylko ty, panno Dubois, i ja, podły starzec, z którym nie powinnaś spędzaj tej uroczej nocy.
UsuńWyprostował się i zaprosił ją gestem do środka. Ściągnął z głowy kaszkiet, a potem marynarkę. Kobiecy sweter idealnie złożył i odłożył tam, gdzie jego miejsce – fotel przy drzwiach zdążył się do niego przyzwyczaić.
Poprowadził Noor do salonu, a chwilę później dorzucił do kominka dodatkowe drewno, aby zrobiło się cieplej. Pokazał dziewczynie fotel, żeby usiadła – bacznie ją obserwował. Rzadko miewał gości, których wpuszczał do środka, zazwyczaj większość rozmów odbywał przed domem, z nieco skwaszoną, ponurą miną.
Oggy pojawił się kilka minut po tym, jak Anastasius usiadł naprzeciwko, w takim samym fotelu. Niósł w kościanych rękach srebrną tacę z dzbankiem herbaty, filiżankami i ciasteczkami maślanymi. Szkielet zasyczał przyjaźnie, odłożył wszystko i pokiwał energicznie w stronę Noor, przyzwyczajony do tego, że bywała tutaj dość często, biorąc pod uwagę to, że Anastasius był raczej typem samotnika.
— Dziękuję, Oggy — odezwał się, nalewając herbaty do zdobnych filiżanek. Oggy pokiwał głową, zasyczał, a potem wrócił do układania książek po drugiej stronie pokoju.
W salonie słychać było dźwięk gruchoczących kości i spalanego drewna w kominku, w powietrzu unosił się zapach słodkiej herbaty, ciasteczek i piżma. Anastasius upił łyk gorącego naparu, wziął głębszy oddech i wbił wzrok w twarz siedzącej naprzeciwko dziewczyny.
podły starzec Anastasius von Weiss
Malphas zaśmiał się cicho, a był to dźwięk niemal gardłowy, wibrujący w chłodnym powietrzu. Słodycz w jej głosie i ten prowokujący uśmiech zadziałały na niego lepiej niż jakakolwiek otwarta groźba. Wiedział, co Noor robi, testowała go, sprawdzała, jak głęboko sięgają jego pokłady cierpliwości i jak bardzo jego ego jest podatne na takie drobne uszczypliwości.
OdpowiedzUsuń- "Niebezpieczny"? - powtórzył, a w jego oczach błysnęła czysta, drapieżna rozrywka - Ostrożnie, Noor. Najbardziej zdradliwe są te pułapki, które na pierwszy rzut oka wyglądają na zupełnie nieszkodliwe. Skoro jednak tak stawiasz sprawę, postaram się cię nie rozczarować... ani dzisiaj, ani nigdy - wciągnął spodnie, zapinając je z tą samą nonszalancją, z jaką wcześniej stał przed nią nagi. Narzucił koszulę, ale nie zadał sobie trudu, by ją zapiąć, materiał łopotał na wietrze, odsłaniając klatkę piersiową i zarysy run, które pod wpływem bliskości innej potężnej istoty pulsowały teraz nieco mocniej.
- Obietnice to w tym mieście waluta bez pokrycia, ale skoro prosisz... - zrobił krok w jej stronę, tym razem z dłońmi schowanymi w kieszeniach, co miało niby sugerować brak złych zamiarów, choć jego postawa wciąż krzyczała o gotowości do ataku - Nie wciągnę cię w moje gry, dopóki sama nie uznasz, że zwycięstwo w nich smakuje lepiej niż ten twój spokój. A co do mówienia, zgoda, będę mówił, ale nie zdziw się, jeśli odpowiedzi nie zawsze będą tym, co chciałabyś usłyszeć - ruszył przodem, wskazując głową ścieżkę prowadzącą w głąb ciemniejącego lasu, ale po kilku krokach zwolnił, by mogła zrównać z nim krok. Las wokół nich zdawał się oddychać, liście szeleściły intensywniej, a cienie wydłużały się, jakby natura wyczuwała obecność dwóch istot, które nie powinny istnieć w tak kruchym świecie.
- Prowadź do tej swojej apteki - rzucił, zerkając na nią z ukosa - Chętnie zobaczę miejsce, w którym trzymasz swoje "lekarstwa" - szedł ramię w ramię z nią, czując bijącą od niej siarkę i tę dziwną, magnetyczną energię. Ciekawiło go, jak długo uda im się utrzymać tę fasadę "spaceru", zanim jedno z nich spróbuje sprawdzić, gdzie kończy się uprzejmość, a zaczyna prawdziwa natura drapieżnika. Dostosował swój krok do jej tempa, a ich ramiona raz po raz ocierały się o siebie w wąskich przejściach między drzewami. Chłód nocy, który Noor tak dzielnie ignorowała, dla niego był jedynie tłem, jego skóra wciąż promieniowała resztkami żaru, który przyniósł ze sobą z jeziora.
- Gry są częścią natury, Noor. Nawet drapieżniki bawią się swoją zdobyczą, zanim... no cóż, wiesz jak to się kończy - mruknął, zerkając na nią z rozbawieniem, które nie znikało z jego twarzy - Ale skoro prosisz o rozejm, niech będzie. Dzisiaj będziemy po prostu dwojgiem uchodźców wracających z nocnej wycieczki. Bez ukrytych kart. Przynajmniej tych, które mogłyby cię skaleczyć - przez chwilę szli w ciszy, którą wypełniał jedynie trzask suchych gałązek pod ich butami. Czuł, że obietnica "mówienia" będzie go kosztować więcej, niż przypuszczał. Noor nie była kimś, kogo można było zbyć byle kłamstwem.
- Skoro chcesz, żebym mówił... - zaczął, a jego głos stał się nieco poważniejszy, tracąc tę zaczepną nutę - Szukałem jeziora, bo woda to jedyna rzecz w tym Azylu, która nie próbuje mnie osądzać. Runa, o których wspomniałaś...one nie tylko blokują moc. One są jak głód, który nigdy nie zasypia. Przypominają mi o wszystkim, co straciłem, za każdym razem, gdy biorę głębszy oddech - zatrzymał się na moment, gdy las rzedniał, ukazując pierwsze światła miasteczka majaczące w oddali. Odwrócił się w jej stronę, a blask księżyca wyostrzył rysy jego twarzy.
Malpi
Zagłuszające głód działanie bariery Azylu zdawało się wpływać kojąco na podskórne pragnienia, które mrok wydobywał z Damroki. Pozbawiona jednak regularnych wizyt w świecie zewnętrznym, gdzie mogła pożywić się w pełni, bez liczenia na ochłapy rzucone jej przez los, zaczynała słabnąć w oczach. Jej ludzka strona stawała się coraz bardziej ułomna.
OdpowiedzUsuńSiniaki nabite podczas przypadkowych spotkań z równie przypadkowymi przedmiotami znikały znacznie wolniej, potrafiąc utrzymywać się pod skórą przez kilka dni. Zacięcie kartką papieru, które wcześniej goiło się w ciągu paru godzin, towarzyszyło jej już od kilku dni, uporczywie przypominając o losie, który sama sobie zgotowała. Ten sam los sprawił, że postanowiła przynajmniej spróbować zadbać o ludzką powłokę. Warunkiem było jednak pamiętanie o zabraniu wszystkich zakupionych specyfików z apteki — a to przerosło zmorę, która od trzech godzin pluła sobie w brodę, że z całej listy medycznych wynalazków miała przy sobie jedynie zioła kupione dla Uboża.
Mieszkanie, które zajmowała na parterze wielorodzinnego budynku, miało trzy pokoje, a w każdym z nich unosił się mdły, ledwie wyczuwalny zapach kadzideł dogasających teraz przy uchylonym oknie. Dębowy parkiet, ciemny i naznaczony śladami tych, którzy byli tu przed nią, skrzypiał przy każdym kroku. Zamiast wywoływać ciarki, dawał jej jednak przyjemne ukojenie swoim zawodzeniem.
Jeszcze rok temu miejsce, które nazywała domem, było nim jedynie z nazwy. Mimo kilkunastu lat spędzonych w Azylu nie nosiło w sobie żadnych znamion przywiązania. Częściej spała w obcej pościeli niż we własnej, suszącej się teraz w salonie, i zdawało się jej, jakby to wszystko należało do zupełnie innego życia. Damroka przeżyła wiele żyć, ale w tym najtrudniej było jej się odnaleźć.
Nie była już córką rolnika ani żoną handlarza z odległych stron. Nie była kobietą w ciele młodej dziewczyny, która pojawiała się i znikała w różnych zakątkach świata. Nie była też Ściągającą, żyjącą od zadania do zadania, zapominającą o tym, co istniało pomiędzy nimi. Nie wiedziała, kim jest — zagubiona w próbach odnalezienia własnej tożsamości. Tylko Zmorą czuła się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Jak Uroboros pożerała samą siebie.
Gdy usłyszała pukanie do drzwi, podskoczyła na krześle. Siedziała właśnie przy kuchennym stole, popijając herbatę i przyjemnie parząc sobie nią podniebienie.
— Już idę! — zawołała, wstając i czym prędzej podbiegając do drzwi.
Wyjrzała przez wizjer i na widok aptekarki aż westchnęła z ulgą i wdzięcznością. Przekręciła zamek i uśmiechnęła się szeroko na widok zaginionej paczki.
— Nie wiem, jak ci dziękować. Zupełnie wypadło mi z głowy, żeby ją ze sobą zabrać — powiedziała, pospiesznie odbierając pakunek. — Wejdź, właśnie zaparzyłam herbatę. Ogrzejesz się trochę, musiałaś zmarznąć po drodze — to przecież kawał drogi.
Wpuściła dziewczynę do środka, jasno dając do zrozumienia, że nie przyjmuje odmowy.
Sprzeczność.
Gdy ktoś wiedział, czym właściwie Damroka jest, mógł mieć poważne trudności z połączeniem jej ludzkiej postaci z tą, która kryła się w cieniu. Niezbyt wysoka, długowłosa, o łagodnych rysach i naturalnej zdolności emanowania ciepłem, sprawiała wrażenie kogoś, kto miał więcej wspólnego z nimfą niż ze zmorą.
Postać Asty była graniczna. Określona jedynie w wąskich, rozsypanych w chaosie fragmentach cudzych skrawków snów.
OdpowiedzUsuńNie tylko dlatego, że stała pomiędzy dniem a nocą. Nie pomiędzy światami, ale dlatego, że żaden z nich nie chciał jej w całości. Była zbyt cielesna, by pozostać tylko duchem, i zbyt pusta, by móc się osadzić w porządku żywych. Wszystko, czym była, istniało na warunkach tymczasowości, jak oddech wstrzymany tuż przed krzykiem czy cień, który jeszcze nie zdecydował, czy należy do ciała, czy światła.
Jej dziecięce życzenie stało się czymś w rodzaju zwierciadła, a cały jej byt był rozpostartym za dnia koszmarem, w którym gnieździła się z rosnącą rozkoszą.
Życzenie było proste. Zbyt proste, by mogło zostać spełnione bez ceny. Nie dotyczyło mocy ani wieczności, ale czegoś, co zdawało się być wówczas równe nierealności.
Cisza. Ten jeden moment, w którym noc miała przestać boleć.
Mrok nie zapominał próśb. Przechowywał je jak strach – tak głęboko i cierpliwie, aż znalazł kształt, który uniesie bezkres cierpień. Asta stała się tym kształtem.
Od tamtej pory nie należała już do siebie. Nie należała też do snów, które odwiedzała. Była majaczącym we mgle krzykiem i złapanym w pół odruchem ucieczki.
Każde kolejne zejście w cudzy koszmar coraz bardziej oddalało ją od resztek człowieczeństwa, ale obce wspomnienia kotwiczyły ją w świecie rzeczywistym. Strach był dla niej jedyną formą faktycznego dotyku, a noc, jedynym miejscem, w którym wciąż czuła, że istnieje.
Na słowa kobiety kiwnęła głową ze spokojem. Ciemniejące spojrzenie podążyło za lekką sylwetką, drżącą pod naporem piętrzących się wokół energii. Asta czuła pod skórą wibrację, jakby noc próbowała znaleźć w pobliżu szczelinę.
Coś w odmętach jej myśli zadrżało.
– Esencja snu – powtórzyła cicho i ujęła w kościste palce niewielkie szkiełko. Obróciła je w palcach, obserwując, jak lśniąca ciecz wypala w jej wnętrzu smugę snu, lepki ślad cudzej świadomości – Tonący brzytwy się chwyta, czyż nie? – uśmiechnęła się lekko, choć nieco krzywo. Wyjaśnienie aptekarki wydało jej się na swój sposób urocze i niewinne. Ostrzegała ją przed tym, czego i tak oczekiwała.
Miała zapaść się w tę bezkresną głębinę, scalić z błagającą nicością. Chciała kurczowo opleść się w odmęty krzyków i ponieść wygłodniałym falom, które mogłyby otworzyć zapieczętowane wrota. Tylko po to.
Uśmiechała się szerzej do myśli o upadku. W końcu zawsze była lepsza w spadaniu niż w powrocie na powierzchnię.
– W przeszłości… brałam sporo różnych leków – powiedziała zgodnie z prawdą. Ojciec pasł ją przecież wszystkim, co znalazł – Często nawet silne środki nie działają na mnie wystarczająco. Mogę… przychodzić tu co wieczór? – zapytała bez precedensu. Zagryzła wargę, ściskając mocniej fiolkę z majaczącym płynem. Miała ochotę otworzyć ją od razu i wypić jednym haustem. Zdawała się być jak łyk rozkosznego krzyku – Jaki… byłby koszt takiego układu?
Wypowiadając te słowa, zrobiła pierwszy krok ku celu. Noc już zaczęła spisywać rachunek.
Nigdy nie była dobra w negocjacjach, ale zawsze świetnie płaciła sobą.
Asta
[Cześć! :) Ale cudowna karta. Te oczy. *-* Noor jest naprawdę piękna i kusząca. Chyba nikt nie jest w stanie się jej oprzeć, co?
OdpowiedzUsuńJeśli masz ochotę trochę poszaleć w miasteczku, to zgłaszamy się z Minnie na ochotniczki do wspólnych zabaw. ^^]
Minerva Cove
Musiała dostać chwilę, aby uspokoić umysł. Dlatego też po tym "zabiegu" dała im obu przestrzeń. Uśmiechnęła się kącikami na reakcje.
OdpowiedzUsuń- psujzabawe - mruknęła myślowo sadowiąc się wygodniej na deskach. - a ja przypominam, że prosiłaś o kontakt. Zatem go dostałaś, w zamian "grożąc" mi Radą. - uniosła nos do góry udając, że się obraziła. Czym nie było, bo rozumiała obawy tamtej.
Zerknęła na nią z ukosa namyślając się.
- bez obaw, aż TAK daleko nie sięgam, bez zezwolenia. Z nas dwóch, to ty jesteś cała i zdrowa. Gdzie na dobra sprawę parę szybkich ruchów i po sprawie, prawda? Zatem nie masz się o co martwić, ale... - westchnęła - nie powiem, było by to wybawieniem. Przeklęty królik - mruknęła krytycznie patrząc na stan łapy i jednocześnie momentalnie zmieniając temat. - spokojna głowa. Wiedzą o moim istnieniu. A to połączenie jest tylko chwilowe do jutra już mnie nie wyczujesz. Więc nie mamy czasu na roztrząsanie tego i owego, prawda? - zauważyła trochę cierpko zbywając jej obawy. Widziała astral fakt, ale to nie to samo co myśli, czy wpływanie na nie. Przemiana w obecnym stanie nie byłaby dobrym rozwiązaniem. Już i tak nadszarpnęła rezerwy, które skupiła na płucu.
- Na nogę będziesz potrzebować krwawnik, szałwię i wodę księżycową. Mam pęknięte żebra, jedno przebiło tez płuco, gdy wylądowałam na drzewie za późno orientując się, że pod fałdami śniegu leży ta cholerna pułapka. Swoją drogą Rada mogłaby coś z tym zrobić - dodała zgryźliwie. - No ale wracając do tematu: - trzeba zrobić tonik, jak nie masz jakiegoś dostępnego: najlepszy by był na pewno na bazie rumianku, tymianku z dodatkiem babki lancetowej, zielem lancetowatym i mira. Na bazie wody 4/3. Plus pozwalam ci oddać włosie z ogona, które trzeba dodać na sam koniec. To ma się ważyć przez cała pełnię, która na szczęście dla mnie jest tej nocy.
Zerknęła na nie pewna doza dumy, mimo że przywołują wspomnienia. Przywołała jedno z nich i sięgnęła zębami po jedno włosie. Chciało wrócić do reszty. Smyrgnęła nosem jakby pocieszając, ze odrośnie.
- jeszcze jakieś pytania? Strasznie mi się chce spać. - ziewnęła przeciągle.
przebiegła kulka (wszystko odbywa się w głowie ^^)
Anastasius lubił to, co niezwykłe i niezbadane, wywoływało to w nim dreszcz, który trudno było mu zignorować. I chyba dlatego został lekarzem – nie chodziło wcale o coś szlachetnego, a o spełnienie własnych ambicji, sięganie coraz dalej i dalej, jakby nie było nic ważniejszego. Noor jednak nie była jednym z jego eksperymentów. Widział w niej coś kruchego i niebezpiecznego – być może miała w sobie siłę, aby rozwalić wszystko wokół, dotrzeć do jego zmęczonego, popsutego umysłu i rozpętać tam jeszcze większy chaos.
OdpowiedzUsuńWiedział, co próbowała zrobić, mówiąc w ten sposób. Zawsze reagowała, zawsze pragnęła dostosować jego słowa do własnych oczekiwań lub kreowała rzeczywistość, w której był ważniejszy niż kiedykolwiek by chciał. To było niebezpieczne. Anastasius sądził, że nie powinien jej pozwalać zachowywać się w ten sposób, ale też nie miał przed sobą głupiego dziecka, które niczego nie rozumiało. Noor była… bronią – powoli rozcinała jego skórę, przecinała ścięgna i mięśnie, docierając do sczerniałego szkieletu.
Patrzył, jak ściąga z siebie sweter, jak zostaje w bluzce. Anastasius obserwował ruch jej kości, to jak poruszały się pod spodem… i ta skóra, miękka, zapewne przyjemnie aksamitna, pozbawiona blizn. Noor Dubois miała ładną szyję i piękne obojczyki, perfekcyjne ramiona, drobne, delikatne – von Weiss zauważał to wszystko, choć nie traktował jej jak obiektu seksualnego. Doceniał raczej piękno zaklęte w jej istocie.
Spuścił wzrok do jej nadgarstków, spinając się niezauważalnie, gdy dostrzegł cienką nitkę z kilkoma supełkami. Mógłby przysiąc, że czuł w niej swoją energię… kiedyś robił amulety ochronne i rozdawał niewinnym, sądząc, że w ten sposób jakoś uciszy demony wewnątrz siebie. Nitka niczym się nie wyróżniała, była zwykła, ale o to chodziło. Nie zapytał jednak o amulet, przynajmniej nie zrobił tego teraz. Musiał pomyśleć.
— Bo wiem, że i tak byś tutaj wtargnęła, panno Dubois — odparł krystalicznie szczerze, głosem, który nie miał w sobie słodyczy, zawierał jedynie prawdę. — A może po prostu wiem, że przychodzisz pod mój dom, szukając czegoś, co cię ukoi… za każdym razem, gdy tu jesteś, słyszę, jak twoje serce zwalnia, twój puls także. Nie wiem jednak, czy bardziej mnie to cieszy, czy niepokoi. Nie powinnaś szukać czegokolwiek w domu starego dozorcy cmentarza, szczególnie późno w nocy.
Zasugerował jej w ten sposób, że dba o jej dobre imię. Nie chciał, aby mieszkańcy zaczęli szeptać i plotkować. Zapewne byłoby z tego więcej problemów niż pożytku.
— Nie lubisz mnie w kaszkiecie? — Oparł policzek o delikatnie zaciśniętą w pięść dłoń, gdy dotknął łokciem boku fotela. Trącił kciukiem swoją dolną wargę, która delikatnie zadrżała, układając się w nieporadny, rozbawiony uśmiech. — To całkiem interesujące. Czy powinienem pytać czego jeszcze nie lubisz, panno Dubois?
Pozwolił jej mówić. Milczał, wsłuchując się w każde jej słowo. Ostatecznie podniósł się z miejsca i wolno wyciągnął do niej dłoń, a gdy poczuł jej drobną rękę w swojej, poprowadził Noor w stronę swojego gabinetu.
Pokój był spory, ale zagracony książkami, zapiskami i szkicami. Obok okna stał teleskop – to tam zatrzymał się Anastasius. Ustawił soczewkę tak, aby pokazywała konkretną gwiazdę.
Usuń— Proszę spojrzeć. — Zrobił miejsce, aby Noor mogła pochylić się do teleskopu. — Ta gwiazda nie próbuje być niczym innym, jest sobą, świeci, istnieje, egzystuje wśród innych gwiazd, zna swoją naturę.
Wpatrywał się w niebo za oknem, sunąc wzrokiem po malutkich punktach, i dodał:
— Każda z tych gwiazd zapewne świeci od tysięcy lat, choć ich światło dociera do nas już po ich śmierci.
Skierował spojrzenie do Noor, aby przyjrzeć się jej łagodnemu profilowi.
— Ty nie musisz umierać, aby każdy wokół dostrzegł twoje światło, panno Dubois. I to jest najpiękniejsze w byciu żywym, bo nawet jeśli twoja własna natura próbuje cię złamać, to masz szansę, aby to zrozumieć. — Spojrzał jej w oczy. — A co do mnie… jestem cierpliwy. Poczekam tak długo, ile będzie trzeba. Nie boję się oślepiającego światła gwiazd, twoje światło też mnie nie przestraszy, panno Dubois.
Anastasius von Weiss
Kichnęła rozdrażniona. Łapami okryła nos zatykając otwory i przy okazji wyraz pyska.
OdpowiedzUsuń- Aż tak jesteś tym zainteresowana? Zaspokoję twoją ciekawość: jakiś czas temu dostałam wezwanie. Zadowolona? Ta informacja nie przyprawi cię o ból głowy prawda? - zauważyła kwaśno unosząc głowę, by na nią spojrzeć. Wyglądała na przemęczoną a tu jeszcze ma okazję użerać się z lisem.
Nawet trochę jej współczuła.
- oh... nie twierdzę, żeś jest totalną nowicjuszką, ale śmiem wątpić, czy jesteś w stanie zajmować się z uciążliwymi zwierzętami i masz na ich temat jakieś pojęcie.
A w przekorności tylko rozdrapywała frustracje malującą się na twarzy Noor. Ziewnęła przeciągle. Mogłaby tak bez końca.... dlatego unikała miast i ludzi. Im mniej ma z nimi styczności tym lepiej dla stanu jej ducha.
Nie zarejestrowała kiedy ta wyszła. Tak naprawdę potrzebowała dostępu do okna podczas pełni. Światło księżyca pomagało przyspieszać regeneracje.
Przekręciła głowę w kierunku łyżki, najpierw je niuchając a potem wypiła krzywiąc się przy tym.
- a fujj.... nikogo... więcej - jeszcze mruknęła sennie, powoli tracąc "połączenie", które gasło. Nie dokończyła swojej myśli.
Jednak wychwyciła jedną ostatnią myśl, która jej się nie spodobała. Kami-sama, żadnych innych osób... - pomyślała bardzo powoli przymykając oczy, acz starała się nie zasnąć. Jednak umysł powoli odpływał a ona położyła głowę na przednich łapach.
upierdliwy ogonek
Jego spojrzenie na moment zatrzymało się na parującej mgiełce nad kubkiem, który Noor wzięła w dłonie, tym prostym gestem stawiając między nimi niewidzialną barierę. Taktyczne odgrodzenie. Nie musiała jednak martwić się o swoją przestrzeń, bo nie przyszedł tu po to, by forsować jej granice ani zmuszać ją do czegokolwiek, na co mogłaby nie mieć ochoty. Sprowadziła go tutaj zupełnie inna sprawa, a skoro mimochodem dostrzegł cienie zmęczenia na jej twarzy, postanowił przyjrzeć im się z bliska, jak zwykle działając po swojemu, czyli bez potrzeby pytania o pozwolenie. Zakładał, zresztą, że gdyby przeszkadzał jej kontakt fizyczny, nie wyszłaby zza tego szklanego blatu, tylko obsłużyła go zgodnie ze standardem, a przede wszystkim z bezpiecznego dystansu. Miała tutaj całe mnóstwo narzędzi, by chronić własną przestrzeń.
OdpowiedzUsuńOpuścił rękę, ostatni raz obrzucając spojrzeniem jej twarz, gdy jej usta przywarły do ceramicznego kubka, sącząc z niego gorący napar. Jej zmęczenie nie było zwyczajne, a on wiedział to od chwili, gdy na niego spojrzała, ale skoro miała powody, żeby o tym nie rozmawiać, to przecież nie będzie wyciskał z niej tych słów siłą. Mógłby, ale po co? Nie chciał zrobić jej krzywdy, to po pierwsze, a po drugie nie chciał narazić też siebie, bo za działanie wbrew przysiędze i tak miał już na własnym ciele wystarczająco blizn i żywych ran. Skazy w lojalności kosztowały go naprawdę wiele, tym bardziej teraz, gdy nie miał już zapasów ani artefaktów szmuglowanych dla niego przez Łączników, które mógł przerobić na popiół. Nie miał się czym wzmacniać, więc musiał łatać rany od zewnątrz, żeby nie spłonąć od środka. Teraz, gdy czekał na dostawę, każde nadużycie mocy było balansowaniem na krawędzi, bo bez artefaktów i bez popiołu, który amortyzuje takie przeciążenia, jego ciało stawało się jedynie naczyniem wystawionym na żar. Leczenie zewnętrzne maskowało tylko skutki. Ale teraz dobre będzie i to.
— Ach, Noor — westchnął cicho i pochylił się minimalnie, ale wystarczająco, by poczuła jego obecność. — Najpierw musiałabyś czekać — odparł bezpośrednio, nie mając wątpliwości, że tego nie robiła. W swojej naturze nosiła skłonność do obdarzania ciekawością i zainteresowaniem tych, którzy pojawiali się na jej drodze, więc potrzeba czekania wydawała się w jej przypadku nie istnieć.
Wyprostował się zaraz, spojrzał na aptekarskie regały i podszedł do nich lekkim krokiem, z bliska czytając pobieżnie nazwy różnorakich specyfików, które tutaj sprzedawała. Niektóre kojarzył, inne były tak dziwaczne, że trudno było połączyć je z jakimś konkretnym działaniem. Znał trochę łacinę, ale bez przesady.
— Potrzebuję ciebie — stwierdził, co nie mijało się z prawdą ani trochę. — Twojej wiedzy i doświadczenia — dodał dla wyjaśnienia, a kącik jego ust drgnął w krótkim uśmiechu, bo to wciąż nie brzmiało tak jednoznacznie, jak powinno.
Odwrócił się do niej, tym razem zamierzając przejść już do konkretów, bo to, co miał pod materiałem kurtki i swetra, czekało na autentyczną interwencję, a nie na prowokacyjne aluzje. Czekało na jej ręce.
— Potrzebuję czegoś, co zatrzyma rany na skórze po oparzeniach — powiedział, tym razem już na poważnie. Noor na pewno miała na stanie coś, czym można było załagodzić problem. Wiedział przecież, że jej zaplecze jest doskonale doposażone, i to nie tylko w to, co legalne i zgodne z ogólnie przyjętymi zasadami.
Zayden Ward
[Myślę, że Minerva mogłaby próbować nakłonić Noor, aby podążała swoją demoniczną ścieżką. W końcu natury nie oszukasz, prawda? ^^
OdpowiedzUsuńMoja wampirzyca mogłaby dość szybko odkryć Podziemną Arenę i może zabrałaby tam Noor?]
Minerva Cove
Anastasius był trudny w obyciu. Nie chodziło o jego maniery czy manię wyższości, a o to, że wielu rzeczy nie dostrzegał lub nie rozumiał, a bywało i tak, że po prostu wolał nie prowadzić długich, jego zdaniem, bezsensownych rozmów, bo i tak do niczego to nie prowadziło. Nie chciał się obnażać ani zwierzać, nie potrzebował też nikogo bliskiego. Oggy zdecydowanie mu wystarczał.
OdpowiedzUsuńAle Noor zawsze się wpraszała, była… wszędzie. Pokazywała się, zostawiała po sobie zapach i energię, wtrącała się, mówiła, patrzyła, robiła te wszystkie gesty i zapadała w tę jego mroczną rzeczywistość, jakby ktokolwiek dał jej prawo robić tutaj remont. Całym sobą irytował się, gdy tak się działo, a mimo to nie był w stanie nic z tym zrobić.
— Wtedy trzeba polubić ciemność — odparł, widząc jej delikatną zmianę; tę szczerość, tę bezradność, które sprawiały, że Noor właśnie w tym momencie świeciła najjaśniej.
Nie odpowiedział nic, słysząc jej subtelny komentarz, a potem poczuł jej palce. Drobne, miękkie, inne niż jego. I właśnie dlatego Noor była niebezpieczna. Robiła to, co chciała, nie przejmując się konsekwencjami, choć może Anastasius za bardzo się tym przejmował. Może za bardzo rozmyślał o tym, co się stanie, gdy przekroczy jakąś granicę i nie będzie w stanie się cofnąć. Noor była dwojaka w swej naturze, a to sprawiało, że von Weiss zastanawiał się, czy jej decyzje i gesty też takie były. Czy jedna część jej natury nie dominowała w określonej sytuacji, podczas gdy druga mogłaby żałować tego, co się stało.
Obserwował ją czujnymi, brązowymi oczami, a gdy się pochyliła, poczuł jej oddech, w którym, chcąc lub nie chcąc, poczuł słodką i lepiącą energię. Noor Dubois była żywa w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu.
— Jesteś taka bezczelna, panno Dubois — odezwał się, a w jego głosie słychać było delikatne potępienie.
Nie odsunął się jednak od razu, pozwolił sobie przyjrzeć się jej twarzy w ten sposób; miała małe, śliczne i liczne piegi, delikatną skórę, idealny nos, perfekcyjnie wyciosane usta i głęboko osadzone, zielone oczy o gęstych rzęsach. Anastasius był pewien, że gdy padało, krople deszczu z chęcią je zdobiły, zatrzymując się na końcach.
Wycofał się jednak, obrócił teleskop i oparł się biodrem o biurko, krzyżując ramiona. Przez moment myślał o tym wszystkim, jakby próbował pojąć, dlaczego musiał mierzyć się z młodzieńczą bezczelnością Noor Dubois. Czy to przez to, że nie był dość odpychający? Może gdyby trzymał swoją gardę wyżej, Noor nie zdołałaby zbliżyć się tak bardzo?
Spojrzał w jej stronę – stała przy oknie, oświetlona blaskiem księżyca i gwiazd. Doskonale wiedział, że gdyby poznał ją kilkadziesiąt lat wcześniej, napisałby do niej list – rozpisałby się o jej oczach, o tym, że ma idealnie małe, białe palce, że jej włosy pięknie dotykają jej ramion. Gdyby tylko był tamtym Anastasiusem… wręczyłby jej bukiet kwiatów, kupił najlepszy karton czekoladek, wybrał idealną biżuterię. Zrobiłby wszystko tak, jak powinien, ale zmienił się, dorobił się skaz.
Zsunął wzrok do jej nadgarstka, do czerwonej niteczki, która kontrastowała z delikatną skórą Noor.
Usuń— Skąd masz tę nić? — spytał bezpośrednio. Musiał wiedzieć, a skoro była tak blisko, powinien to wykorzystać. Być może nie będzie miał innej okazji. — Zdajesz sobie sprawę, że to stary amulet?
Spojrzał jej w oczy. Był pewien, że słyszała o amuletach, choć temat ten był dość skomplikowany i obszerny. Nie dało się jednoznacznie stwierdzić, co miał chronić dany amulet, bo to zależało przede wszystkim od maga, który zadał sobie trud, aby zakląć przedmiot.
Anastasius obawiał się najgorszego; co, jeśli to on podarował dziewczynie tę nitkę? To by oznaczało, że spotkali się już wcześniej, ale Noor była młodą duszą. Czy to możliwe, aby…? Nie, nie.
— Teraz raczej żaden mag nie korzysta z tak… trywialnych materiałów, ale zwykła nitka może mieć w sobie niezwykłą moc, nieść ze sobą intencje tego, który wykonał amulet — dodał rzeczowo, ruchem głowy wskazując czerwony sznureczek. — Mogę dotknąć?
Anastasius von Weiss
Aurora nigdy nie pozwoliłaby postawić się komukolwiek na miejscu Noor. Była raczej wycofana, cicha i skryta. Z prostego powodu – przez przeszło jedenaście lat ukrywała się przed światem, przed władzami wielu państw, przed tymi, którzy mieli unicestwiać magiczne istoty i przed tymi, którzy skutecznie zgładzili jej sabat. Nauczona była do życia w cieniu i tego półmroku skrzętnie się trzymała. Wychodziła na światło tylko wtedy, gdy musiała. Jak teraz, gdy stała za barem i siłą rzeczy stawała się centrum uwagi co niektórych osób. Na pewno tych, którzy podchodzili do lady zamawiając kolejne drinki. Jednak wiedziała, że w większości przypadków pozostawali bardziej zainteresowani wystawką alkoholi za jej plecami niż jej osobą. Pasowało jej to. Lubiła słuchać, ale niekoniecznie lubiła o sobie opowiadać.
OdpowiedzUsuńDzisiaj uwagę od barmanki skutecznie odciągała młoda, brązowowłosa, piękna kobieta. Rory nie była ślepa i widziała te męskie, ale i kobiece spojrzenia, które ciągnęły się za sylwetką Noor, podążając zgodnie za jej krokami – do niewielkiego podestu. Widziała to spojrzenie, które rzuciła jej stojąca przy mikrofonie kobieta, wzruszyła ramionami, rozkładając bezradnie ręce. Niemal przepraszający uśmiech wpłynął na jej usta.
Cóż, Noor mogła wybrać sobie piosenkę sama, a skoro tego nie zrobiła, musiała improwizować, co zresztą szło jej całkiem nieźle. Nielsen obserwowała występy klientki baru, kiwając się delikatnie w rytm skocznej, popowej piosenki. Trudno było się nie uśmiechać, nawet jeśli to nie był uśmiech sięgający jej wielobarwnych oczu. Nie należała przecież do przesadnie radosnych osób, dlatego teraz patrzyła, bujała się, wydawała drinki i nalewała piwo tym, których występ Noor nie przytrzymał na krześle. Niewielu jednak było takich śmiałków, bo zdawało się, że jakiś niespotykany urok młodej kobiety rozlewał się po barowym pomieszczeniu, oddziałując niemal na każdego, kto choć raz skupił na niej spojrzenie.
Biodra wiedźmy uciekły w tę samą stronę, co biodra Noor. I jeden, i drugi raz, ale obroty sobie darowała. Akurat lała kolejne piwo z kranika, gdy śpiewająca istota ruszyła w stronę baru. W głowie Nielsen pojawiło się zbyt wiele absurdalnych obrazów, aby którykolwiek z nich mógł okazać się prawdą, ale jednak, to się działo. Noor z mikrofonem ruszyła na podbój baru, a Aurora, tylko się cofnęła, jakby obawiając się tego, co zaraz się wydarzy.
— Hej, stój! Co planujesz? — spytała, ale chyba na nic się to zdało.
Rory Nielsen
[Cóż, Minerva na pewno będzie próbowała przeciągnąć ją na stronę chaosu... ^^
OdpowiedzUsuńBędę wdzięczna, jeśli zaczniesz ♥]
Minerva Cove
Też czasem zastanawiał się, ile prawdziwego ja widziała w nim Noor, a ile było jedynie jej słodkim wyobrażeniem. Nie chciał, aby dostrzegła coś, czego nie było. Wolałby, żeby przekonała się o tej zgniliźnie, koszmarach, mroku i ciągnącej się śmierci już teraz, w tej chwili.
OdpowiedzUsuńByła kusząca w całej swojej naturze, a mimo to słodka, niemal niewinna. Łączyła w sobie tak wiele sprzecznych emocji i pokus, że Anastasiusowi mogłoby zacząć kręcić się w głowie. I to nie tak, że nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś podobnego – tym razem jednak wszystko było inne, bo w całym tym chaosie niedopowiedzeń nie chciał zrobić czegoś, co skrzywdziłoby Noor. I to odróżniało ją od innych kobiet; nie była jedynie rzeczą, którą wykorzystałby, aby się zaspokoić, nie była też pionkiem, o którym szybko by zapomniał. Wślizgnęła się do jego świata, robiąc demolkę.
— Nie, i to właśnie przeraża mnie najbardziej — odparł celnie. — Bo ty nadal będziesz taka, właśnie taka, a ja cię nie wygonię.
To był cholerny paradoks. Z jednej strony chciałby się jej pozbyć, zatrzasnąć drzwi, a z drugiej ta jej obecność, czasem irytująco lepka, niekiedy kusząca, a innym razem niewinna, słodka, była dla niego osobistym uzależnieniem, do którego by się nie przyznał.
Zignorował całusa, którego mu wysłała w powietrzu. Świetnie się bawiła, kręciła się wokół i jaśniała coraz bardziej. I tylko przez moment Anastasius pomyślał o innych mężczyznach. Czy był jedną z wielu jej ofiar? Czy może przychodziła tutaj, bo jako jedyny dawał jej coś innego niż komplementy? Nie miał pojęcia, ale nie chciał o tym myśleć.
Obserwował, jak opiera się o biurko – była w tym wszystkim lekka, pełna gracji, jej ruchy wydawały się miękkie, stworzone do opowiadania historii zaledwie kiwnięciem palców. Doceniał jej piękno. Noor Dubois nie potrzebowała sukienek, krótkich spódnic, dekoltów ani innych wyszukanych kreacji. Anastasius w dziwny sposób czerpał największą przyjemność z patrzenia na nią, gdy była ubrana w zwykłą bluzkę i jeansy, kiedy pojawiała się tutaj taka codzienna, muśnięta rzeczywistością, w której oboje żyli.
— Od zawsze? — powtórzył nieco pytająco, a potem przyjrzał się nitce, gdy Noor wyciągnęła do niego dłoń. Miała ładny, drobny nadgarstek, a sznurek idealnie kontrastował z jej skórą.
Gdy przebywał jeszcze poza azylem, często korzystał ze swojej wiedzy. Wychował się w rodzinie magicznej i surowej, takiej, w której przekazywano naukę biciem i karami. Anastasius był pojętnym uczniem, poza tym nienawidził, gdy ojciec się zamachiwał, więc szybko opanował podstawy, a potem eksperymentował. W tamtym czasie bardzo lubił robienie amuletów.
Gdy przysunęła palce do jego ubrań, tuż przy szyi, wyprostował się momentalnie, a jego oczy odszukały twarz Noor, jakby upewniał się, że taka bliskość nie jest dla niej niekomfortowa. Czasem zapominał, że to ona prowokowała takie typu zbliżenia, że to ona przekraczała granice. Złapał delikatnie jej rękę w swoje długie, nieco spracowane palce, czując pod opuszkami jak miękka i delikatna jest jej skóra. Przez chwilę miał ochotę przycisnąć jej dłoń do swoich ust, aby poczuć ją w inny sposób; wyobraził sobie moment, w którym zahaczyłby wargami o każdy z jej idealnych palców, zahaczył zębami i posmakował. To jednak było nieodpowiednie, złe.
Ostatecznie dotknął amuletu i niemal od razu to poczuł – własną energię, starą, ale wciąż żywą. To on zaklął nitkę i wręczył ją Noor. Kiedy? Kiedy to było? Gorączkowo próbował sobie przypomnieć, a potem jedno ze wspomnień uderzyło w niego tak mocno, że wstrzymał oddech. Ciężarna kobieta, której poród odebrał, małe dzieciątko, dziewczynka, śliczna, idealna… i moment, w którym zawiązywał nitkę wokół jej nadgarstka, obiecując jej matce, że amulet będzie ją chronić.
UsuńCofnął palce, a potem delikatnie złapał Noor za ramię. Przyjrzał się jej bladej twarzy. Dziewczyna zdecydowanie ucichła, nieco zatopiła się w sobie, w swoich myślach, może strachach.
— Wszystko w porządku? — spytał cicho, niemal miękko. — Chodź, odprowadzę cię do domu, Noor.
Wypowiedział jej imię z szacunkiem, jakby pielęgnował je w ustach od wielu, wielu lat. W tonie jego głosu słychać było troskę i cichą obietnicę, że nic jej nie będzie. Przyrzekł to wtedy, gdy odbierał poród, i robił to teraz, kiedy Noor była już dorosłą kobietą.
Anastasius von Weiss
[Bardzo mnie cieszy, że Tove sprawia takie wrażenie, bo na tym mi zależało. Noor jest wyjątkowa, czuć, że ma pazur, ale z drugiej strony wydaje się także kimś przyjaznym, wartym poznania. :) Myślisz, że nasze panie mogłoby się zakolegować? Chętnie to sprawdzę. :) Bardzo dziękuję za powitanie!]
OdpowiedzUsuńTove
Pokręciła tylko głową. Jaki sens było tłumaczyć komuś, ze dostała po prostu polecenie stawienia się w ratuszu czy jak oni tam nazywali, aby przejść pierwsza weryfikacje acz jak przyszła do jakieś babki to ta już miała przy sobie pokaźną teczkę. A dopiero co przybyła... No musiała przyznać, ze dobrzy byli, bez dwóch zdań. Ziewnęła przeciągle dając do zrozumienia, ze odpływa. W sumie nie prosiła o pomoc.... no może ciutkę, a także o przeniesienie. To była jej decyzja. Jednakże sam fakt dodania środka nasennego, oj tak wyczuła coś w tym płynie ciężkiego, wcale jej sie nie spodobał. Nic a nic. Może kiedyś jej to wytknie, jak ich drogi ponownie się złączą.
OdpowiedzUsuńPołożona na kocach zwinęła się w kulkę mimowolnie na tyle ile jej połamana noga pozwalała. Jednak to nie był dobry sen. Męczyła się mając wrażenie, że chce ją pochłonąć. Wierciła się niespokojnie a przez środek nasenny i spowolniona reakcje nie mogła go przerwać. Dyszała a z pyska zaczęła cieknąć świeża krew. Popiskiwała żałośnie wierzgając łapami.
Nie zareagowała, gdy została unieruchomiona, aby sobie bardziej nie zaszkodzić. Kolejna porcja leków trochę pomogła uspokoić umysł, jednakże takie epizody trwały przez kolejne parę godzin aż skrajne wyczerpanie zrobiło swoje i już tylko ciężka dyszała jakby przebiegła maraton. Ściśnięte zęby utrudniały podawanie leków, jednakże pomalutku jakoś je przełykała. Spokojnie zrobiło się nad ranem. Nocy kompletnie nie pamiętała. Oblizała pysk, mając wrażenie suchości w pysku. Ziewnęła przeciągle. Z rozmachu chciała wstać, ale kończyn nie czuła a na uszkodzonej poczuła materiał. Popatrzyła tam. Bandaż. Uwierał ją. Sięgnęła tam unosząc się do siadu i sięgnęła z trudem do niego. Chwyciła za brzeg materiały zębami i zaczęła skubać, by trochę poluzować. Ni cholery sie nie udało, więcej sie zmęczyła niż to było warte. Zakasłała. Pić.... Czy ta kobieta pamiętała chociaż o wodzie?
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Bogowie! dalej nie można było jej położyć? No i jak ma do niej dojść? Szczęście dla nich obu, iż Noor już nie była w stanie usłyszeć jej bluźnierstw i narzekań. Połączenie wygasło, no ale uprzedzała. ZMUSIŁA się by wstać, acz stać to mało powiedziane. Bogi trzęsły jej się jakby był zrobione z galarety. Zrobiła parę kroków i usłyszała otwieranie drzwi. Zamarła kładąc uszy na boki i zniżając łeb. Tym razem nie warknęła no ale zęby miała w pogotowiu, bardziej jako ostrzeżenie niż by było rzeczywistą groźbą. Zresztą po co dyskutować, jak nawet nie była na swoim "terenie", czyli lesie.
niewdzięczny lis ^.^
W dokładnie takim samym stopniu on nie wiedział, jak bardzo może ufać jej, dlatego utrzymywał bezpieczny dystans i dbał o emocjonalny balans, by ewentualna klęska nie okazała się dla niego zbyt kosztowna. Ta niepewność była u nich obustronna. On również nie potrafił wyczuć granic jej lojalności, bo od początku trwali w czymś, co nie było w żaden sposób określone ani nazwane i co cały czas rozwija się bez żadnej szczególnej kontroli. On nie znał jej oczekiwań, ona prawdopodobnie nie znała oczekiwań należących do niego. To, że spotykali się od czasu do czasu i kończyli w plątaninie pościeli znaczyło raczej niewiele, bo takich istot, do których ona miała potrzebę się zbliżyć, jest w tym nie tak dużym azylu całkiem sporo. Strzegł swoich tajemnic i wolał, żeby nikt nie wyciągnął ich z jej głowy, choćby przypadkiem, bo sprawował tutaj funkcję, która dawała mu zbyt wiele korzyści, a w niektórych kwestiach także znaczącą przewagę, i wolał jej nie zaprzepaścić. Zresztą, nie był jedynym, który z tej funkcji korzystał, bo miał przecież różne układy, legalne mniej lub bardziej, na których co niektórzy pobudowali swoje małe imperia zależności i milczących zobowiązań. Przymykał oko na to, co zwozili do azylu niektórzy łącznicy, albo nie zauważał nadmiarowych skrzyń, które znikały w magazynach szybciej, niż ktokolwiek zdążyłby je wpisać do rejestru. Wiedział, że w tym miejscu zbyt dociekliwi nie utrzymują się długo, a on sam nauczył się selektywnej ślepoty dawno temu. Azyl funkcjonował poniekąd właśnie dzięki temu, że pewne rzeczy pozostawały nienazwane, tak jak relacje między ludźmi, którzy go zamieszkiwali. Być może właśnie dlatego tak łatwo przyszło mu wpasować ją w ten schemat.
OdpowiedzUsuńJeżeli cokolwiek było w stanie mu zaszkodzić, to właśnie on sam. Każde złamanie przysięgi czy zignorowanie zasad, które jej dotyczyły, karało go dotkliwie – nie natychmiast i nie w sposób widowiskowy, tylko powoli i podskórnie. Sprzeciw spalał go od środka, a że sprzeciwiał się często, bo sprzeniewierzanie się zasadom jest częścią jego demonicznej natury, to był już w dużej mierze nadpalony i przyzwyczajony do tego stanu. Po tych wszystkich latach nauczył się już pewne sprawy gładko obchodzić, albo naginać pod siebie, ale doskonale wiedział, że każda manipulacja porządkiem świata ma swoją cenę, i że bywa ona cholernie wygórowana.
Przyglądał się jej poczynaniom, a kiedy wręczyła mu słoiczek z dziwnym proszkiem, obejrzał produkt przez szkło i lekko nim potrząsnął. Wyglądał trochę jak przebarwiony cukier puder, albo jak drobno zmielona kreda. Pył leniwie osiadał z powrotem na dnie, pozostawiając na szkle delikatny nalot, a substancja, choć sprawiała wrażenie suchej, reagowała na sam ruch tak, jakby była bardziej świadoma, niż powinna. Uniósł brew, rzucając Noor krótkie, badawcze spojrzenie, ale nie zadał żadnego pytania, bo wyraz jej twarzy z marszu zdradzał, że to nie są rzeczy, o których chciałaby mówić głośno, czy mówić w ogóle. Składniki, które nie powinny istnieć? To doprawdy intrygujące. W azylu mnóstwo jest rzeczy, których nie powinno być, a jednak są i mają się dobrze. On sam takie przecież posiada.
Jej bliskość była wyraźna, niemal namacalna i choć przez chwilę nie wykonał żadnego ruchu, pozwolił jej trwać. W ciemniejszym oświetleniu jej zielone oczy pełne były głębi, jakby ktoś wstrzyknął w nie jeszcze więcej tego wyjątkowego barwnika i dodatkowo napełnił szklistym połyskiem. Lubił, gdy była blisko, bo wtedy mógł śledzić drobne zmiany w jej rysach, a w sposobie, w jaki oddech zmieniał linię jej ust, jakby twarz zdradzała to, czego ona sama jeszcze nie zdecydowała się wypowiedzieć, znajdował więcej prawdy niż w słowach. Nie mówiła mu wszystkiego, ale czasami naprawdę nie musiała, bo zdradzało ją ciało.
— Mam dziwne przeczucie, że dziś nie wyjdę stąd o własnych siłach — stwierdził, a jego usta wygięły się w rozbawionym uśmiechu. W zdolności Noor oczywiście nie wątpił, ale ten proszek, mimo że kolor miał całkiem łagodny, zupełnie nie wzbudzał zaufania. Bezimienne składniki nie mogły wróżyć niczego dobrego, ale najważniejsze, żeby późniejsze efekty były wymierne. Gorzej być zresztą nie może.
UsuńRuszył zaraz za Noor w kierunku schodów na wyższa kondygnację i zaczął rozbierać się z kurtki w drodze po stopniach, bo wewnątrz było naprawdę ciepło, mimo że zimowa aura za oknem była tak sroga, że dało się mrozić w niej mięso i inne przetwory. Wieczna skandynawska zmarzlina, do której można się przyzwyczaić nawet będąc potomkiem piekła.
— Jakieś skutki uboczne tego specyfiku to są? — dopytał, przekładając kurtkę wygodniej przez ramię, żeby od razu ściągnąć z siebie sweter. Chłodniejsze powietrze musnęło przyjemnie jego ciało, gdy tylko uwolnił je od materiału. Na odsłoniętej skórze mostka widać było nieregularne pęknięcia, jakby coś żarzyło się w nim zbyt długo i w końcu znalazło ujście na zewnątrz. Rany były świeże, ale wielokrotnie odnawiane, a cienkie, poszarpane linie rozchodzące się od środka klatki piersiowej w kierunku obojczyków, były ciemniejsze niż reszta skóry. Ślady po ogniu, który nigdy nie płonął na zewnątrz. Pojawiały się tylko wtedy, gdy nadużywał zasad przysięgi ponad normę, nie mając na zapasie własnych specyfików, które go wzmacniały i skutecznie tłumiły skutki wewnętrznego spalania. Znikną, ale tylko prowizorycznie, bo pod skórą zostawią swój ślad, który będzie trwałą skazą na jego istnieniu.
Zayden Ward
Anastasius nikogo nie oceniał. Koniec końców każdy krwawił tak samo – wiedział o tym, bo kroił i ludzi, i osoby paranormalne, więc wszystko sprowadzało się do konkretnych decyzji. Nie widział więc w jej matce nikogo innego jak ciężarnej, która potrzebowała pomocy. Odebrał poród, zadbał o dziecko tak, jak umiał, a potem ruszył dalej – nie myślał o tym, gdy życie znów zrobiło się nieco bardziej skomplikowane.
OdpowiedzUsuńNie oceniał też Noor i wspierał ją, sądząc, że tego właśnie potrzebuje. Nie były ważne miłe słówka czy gesty, a obecność i pozostanie jej bezpieczną przystanią, bo Noor wracała tutaj w ciemnościach, szukając nieokreślonego czegoś, a Anastasius może i narzekał, ale nigdy jej stąd nie wyrzucił. Wiedział jednak, że niezależnie od tego, co się działo, nie może wpuścić jej głębiej – nie chodziło nawet o to, że nie lubił, gdy ktoś próbował poznać jego przeszłość czy jego samego, a o to, że mógł ją skrzywdzić. Nie był dobrym synem, bratem. Sądził, że najlepiej sprawdzał się jako zimny dozorca cmentarza, który czasem proponował herbatę.
Był starą duszą i tak się czuł, nie zamierzał z tym walczyć. Wiedział, że inne istoty lepiej przystosowały się do tych czasów, że rozumiały cały ten chaos, ale Anastasius był typem, który nie dość, że nie umiał się odnaleźć w dzisiejszym postępowym świecie, to jeszcze nie lubił nowego, młodego ciała, które miał. Poprzednie, nieco stare, dobrze mu służyło, ale musiał znaleźć nowe naczynie – lisz nie umierał, dopóki jego dusza żyła.
Nie był pewien, czy powiedzieć jej prawdę. Widział, że źle się poczuła, że pobladła i nie chciał, aby przez resztę nocy rozmyślała o przeszłości. Mimo to sądził, że powinna mieć tego świadomość, bo nawet jeśli odebrał poród i trzymał ją w ramionach kilkanaście lat temu, to nie zrobił niczego, co mogłoby zmienić jej życie. Amulet ochronny miał za zadanie trzymać Noor z daleka od niebezpieczeństw, być czymś, co można uznać za przedłużenie instynktu i intuicji. I jak widać, dobrze się spisał, skoro wciąż żyła.
— Porozmawiamy o tym później — odpowiedział. Tym razem w jego głosie słychać było coś nieustępliwego. Rzadko mówił w ten sposób, był poważny, i niezależnie od tego, co Noor by zrobiła lub powiedziała, Anastasius podjął już decyzję.
Nagle znalazła się zbyt blisko. Jej palce wsunięte między guziki jego ubrania, jej zapach, jej oddech – kiedy to się stało? Odchylił nieco głowę, jakby broniąc się przed tą bliskością. Miał wrażenie, że to kolejna z jej sztuczek i że znów z nim igra, obserwując i czekając, aż zareaguje.
— Nie interesuje mnie twoje łóżko, panno Dubois — odparł sztywno. — Sądzę, że to nie w nim zostawiasz swoje serce czy energię… bardziej interesujące byłoby miejsce, o które dbasz, w które się angażujesz.
Odprowadził Noor, idąc tuż obok niej. Czuła się najwidoczniej lepiej, bo nie była już tak blada, co oczywiście od razu zauważył. Nie odzywał się ani nie próbował w żaden sposób przerwać ciszy – lubił, gdy świat zamykał się jedynie w dźwiękach i mroku, który znał. Wtedy nawet koszmary wydawały się w jakiś sposób piękne.
UsuńZatrzymał się przed drzwiami, a potem ruchem głowy wskazał amulet, który nosiła Noor. Nigdy nie miał problemu z tym, aby być z kimś szczery – to było łatwiejsze niż kłamstwa lub półprawdy.
— Nitka, którą nosisz… ja zrobiłem ten talizman — powiedział, wpatrując się w małą buzię dziewczyny. Nie szukał żadnej konkretnej reakcji, po prostu dzielił się tym, co wiedział. — I to ja odebrałem poród twojej matki, to ja powitałem cię jako pierwszy na tym świecie, to w moich rękach się rozpłakałaś.
Podszedł o krok bliżej, górując nad nią swoim wzrostem i szeroką sylwetką. Nie zrobił jednak nic, aby przekroczyć granicę i pokonać dystans.
— Byłaś śliczną, małą dziewczynką… pełną życia, łapiącą oddech jak coś, co zawsze jej się należało — dodał szeptem. — Ale świat nie jest dobrym miejscem, wiesz o tym, prawda? Dlatego dałem ci tę nitkę. Miała cię chronić, szeptać do ciebie, abyś uważała, żebyś słuchała swojej intuicji…
Anastasius von Weiss
Przyszedł tutaj po doraźną pomoc w oparzeniach i mówiąc szczerze trochę inaczej to sobie wyobrażał, a już na pewno nie zakładał, że Noor wcieli się w rolę uzdrowicielki, żeby leczyć go z czegoś, czego nigdy wyleczyć się nie da w taki sposób, w jaki ona proponowała. On doskonale znał powód popękanego ciała i doskonale wiedział, co należy zrobić, żeby definitywnie pozbyć się tego problemu, ale zrobić tego nie mógł. Bo żeby te rany nie wracały, należałoby usunąć przysięgę, a ją może usunąć wyłącznie jej twórca – to jest z kolei niemożliwe i nigdy możliwe nie będzie. Dlatego tak długo, jak długo on będzie działał przeciwko zasadom, które składają się na tę przysięgę, jego ciało będzie pękać i spalać się od wewnątrz. Właśnie taką formę przybrała kara i nic tego nie zmieni, żadna magia rytualna, żadna krew czy element złożony w ofierze. Przysięga jest w tej chwili częścią jego bytu, a wraz z nią są też kary, które przychodzą, gdy świadomie działa wbrew temu, czego od niego wymaga. Kara nie spada na niego z zewnątrz, tylko rodzi się w nim samym i to nigdy się nie zmieni. On natomiast, po tych wszystkich latach, doskonale nauczył się z tym żyć i gdyby nie fakt, że zabrakło mu artefaktów do spopielenia, na pewno nie pomyślałby o szukaniu wsparcia gdziekolwiek, bo wcieranie popiołu z artefaktów, zebranych z terenów przesiąkniętych śmiercią i cierpieniem, było skuteczne. Przyszedł do Noor bo była aptekarką i zakładał, że miała na stanie jakieś specyfiki, które mógł fizycznie nałożyć na ranę, żeby ją zabezpieczyć. Nie ufali sobie w codziennych sprawach, więc on nie ufał jej na tyle, żeby o tym odpowiadać, a już tym bardziej, żeby poddać się jej magii, wymieniać z nią krew czy cokolwiek innego, co ona zamierzała zrobić, idąc do łazienki. I na razie nie było przesłanek, by to mogło się zmienić. Znali się trochę, mieli jakiś układ, a czasami spotykali się na cielesne uciechy, ale to niepewność grała pierwsze skrzypce w ich relacji, dlatego musiałby być naprawdę niepoważny, żeby dobrowolnie poddać się działaniom kogoś, kto równie dobrze może podać mu truciznę. Ona zastanawiała się, czy on przychodząc do niej nie działa pod przykrywką i nie sprzeda jej Radzie, a on nie miał żadnej pewności, że ona w tej niepewności nie spróbuje mu zaszkodzić. To jasne, że nie da sobie zrobić niczego, czego efektów nie jest nawet świadoma ona sama.
OdpowiedzUsuń— Tego nie da się zaleczyć, Noor, bo to jest część mnie — powiedział, żeby wyprowadzić ją z błędu. Gdy odwiesiła jego kurtkę, obrzucił wnętrze mieszkania kontrolnym spojrzeniem, mimo że był tu niejeden raz. — Nie potrzebuję żadnej krwi — dodał, zatrzymując się mniej więcej na środku i centralizując spojrzenie w jej twarzy. Trochę niezrozumiałe, a trochę zaskoczone, że proponowała mu coś, co nie miało prawa zadziałać. To znaczy, całkiem możliwe, że byłoby w stanie załagodzić skalę pęknięć, ale na pewno nie było w stanie zamknąć ich na dobre. I to wciąż było tylko gdybanie. Ostatecznie eksperymenty mogą okazać się jednak niewymierne, dlatego nie zamierzał ryzykować czymś niesprawdzonym, gdy w naturze dostępne są sposoby na rany stworzone z ognia, które nawet jeśli nie zadziałają akurat na jego przypadłość, to przynajmniej wiadomo, że nie narobią szkód żadnemu z nich. A takie próby mógł podjąć nawet z kimś, komu do końca nie ufa.
— Potrzebuję jedynie czegoś, czym zabezpieczę to na kilka dni — oznajmił, bo może na dole nie wyraził się zbyt jasno. — Jesteś w stanie mi to dać?
Chodziło o jakiś okład z olejkiem księżycowym, czy może lniane płótno nasączone wywarem z ziół i podkręcone odrobiną magii. Nic spektakularnego, ale w swojej prostocie znanego i niewykluczone, że skutecznego, by rana nie podrażniała się pod ubraniami i nie otwierała na nowo przy najlżejszym napięciu skóry. Coś, co odgrodzi ją od szorstkiego materiału, stłumi pieczenie i pozwoli mu choć na chwilę zapomnieć o upartej obecności dyskomfortu na wysokości mostka. Nie oczekiwał uzdrowienia, bo ono nie było możliwe. Wystarczyłoby, gdyby dało się to po prostu przetrwać przez kilka następnych dni, szczególnie, że łamanie zasad przysięgi nie przychodzi mu z trudem, więc szansa na pogłębienie się tego stanu jest dość duża.
UsuńZayden Ward
[Wszystko jest super. <3]
OdpowiedzUsuńMinerva uwielbiała wieczory, światło księżyca ją przyciągało o wiele bardziej niż słońce, którego tak naprawdę nie znosiła. Od przemiany w wampira każdy promień słońca ją drażnił, ale też osłabiał jej moce. To właśnie nocą była silniejsza, szybsza i bardziej zwinna. Noor poznała kilka miesięcy temu. Polubiła ją, choć uważała, że marnuje swój potencjał. W końcu miała w sobie moc, którą tłumiła, by zachować swoją ludzką naturę. Minerva swojej ludzkiej strony wyzbyła się już dawno temu, w dzień przemiany w wampirzycę. I do tego samego chciała skłonić Noor, przeciągając ją na ciemną stronę mocy. Odkąd nie polowała razem z innymi wampirami, brakowało jej partner in crime, a panna Dubois mogła być kimś, z kim Minnie by zaszalała.
Doszła do baru Brudershaft, który był chyba pierwszym lokalu w miasteczku. Podeszła do aptekarki, opartej o ścianę i zsunęła kaptur z jej głowy. Złapała za kosmyk jej włosów, wokół których owinęła swój palec.
— Jesteś gotowa? — mruknęła, patrząc prosto w oczy dziewczyny. — Na łamanie zasad i poddanie się mrokowi, który tak Cię pragnie? — pochyliła się nad jej szyją, wdychając jej słodki i przyjemny zapach, szeptając te słowa do jej ucha.
Minerva miała na sobie czerwoną, krótką sukienkę i wysokie czarne kozaki, sięgające niemal do połowy jej ud. Na ramionach miała zarzuconą czerwoną, aksamitną pelerynę, która stała się już niemalże jej znakiem rozpoznawczym, bo zawsze w niej włóczyła się po nocach.
— Chodźmy więc. — chwyciła ją zimną dłonią za nadgarstek i pociągnęła w kierunku lasu. Wejść do Podziemnej Areny w miasteczku było kilka, a przynajmniej tyle znalazła Minerva, kiedy zwiedzała miasto i próbowała odkryć jego liczne tajemnice. Na szczęście blisko znajdowało się jedno z nich. Zaciągnęła Noor w jedną z ciemnych uliczek, przechodząc pomiędzy starymi budynkami. Weszła do jednego z nich, wyłamując zamek i zeszła do piwnicy. Bez problemu odsunęła szafę za którą znajdowało się przejście do podziemnych tuneli. Skoczyła w dół, ignorując drabinę.
— Skup się. Wyostrz zmysły. — mruknęła cicho do Noor. — Łatwo tu się zgubić... — w ciemności mignęły jej kły, które ukazała w szerokim uśmiechu.
Choć jeszcze chwilę temu była przed dziewczyną, zaraz pojawiła się za jej plecami.
— I nie zakładaj, że jesteśmy tu same… — szepnęła do jej ucha. — Idź pierwsza. — podała jej lampę naftową. Minerva dość dobrze widziała w ciemności, ale nie była pewna czy Noor również ma taką umiejętność. Delikatnie pchnęła dziewczynę do przodu. — Czujesz? To miejsce jest naładowane magią i energią… Mnóstwo tu iluzji… — mruknęła, a dźwięk jej wysokich obcasów odbijał się od kamiennej posadzki.
Minerva Cove
Wychwycił jej reakcję; to, jak jej oczy stały się niepewne, zagubione. Wyczuł też, że jej serce przyspieszyło. To, co usłyszała, nie było czymś oczywistym, czymś, czego się spodziewała, ale jak miał to ukrywać? To nie było żadną tajemnicą, a Anastasius nie miał zamiaru trzymać tego w sobie. Co by się stało, gdyby jakimś cudem odkryła to bez jego słów? Czy wtedy byłoby lepiej? Nie wiedział, ale było już zbyt późno, by mógł to analizować.
OdpowiedzUsuńDostrzegł, jak chowa amulet, jak się odsuwa. Mógł się tego spodziewać, a i tak było w tym coś niepokojąco bolesnego.
— Bo nie chciałem tego ukrywać — odpowiedział. — Kiedy zauważyłem tę nitkę, gdy dostrzegłem i zrozumiałem, co nosisz… jak mógłbym milczeć?
Nie mógł wiedzieć, co takiego myślała, ale gdyby tylko to z siebie wydusiła, wyjaśniłby jej wszystko. Powiedziałby, że amulet nie jest w stanie na nią wpływać, że jedyne, co robił, to ją chronił, bo takie było jego zadanie – to tylko czerwona nitka z zaklęciem ochronnym. Nie powiedział jednak nic, bo Noor nie zadała pytań, a zamknęła się w sobie, wyraźnie nie chcąc, aby tutaj był. Bała się? A może w końcu przekonała się o tym, że naprawdę nie był dla niej odpowiednim towarzystwem?
Gdy powiedziała, żeby się odsunął, zrobił to niemal od razu. Nie był natrętem ani też nie chciał jej osaczać. Wycofał się więc o kilka kroków, a kiedy wyrzuciła mu w twarz, że amulet jej nie uchronił przed tym, co do niej przyszło, chciał przeprosić, ale potem w niemal sekundzie przyszło zawahanie. Miała do niego żal, że jej życie wyglądało tak, a nie inaczej? Była zła, że doświadczyła w życiu bólu, cierpienia, odrzucenia? Chciał powiedzieć, że nie ma takiej mocy, która potrafiłaby ochronić przed zepsuciem tego świata, ale nie odezwał się słowem.
Pożegnała się, zwracając się do niego oficjalnie. Pochylił delikatnie głową i odpowiedział:
— Panno Dubois.
Poszedł przed siebie, nie odwracając się. Sądził, że zrobił dobrze. Powiedział jej prawdę, wyznał przeszłość, którą dzielili, a której ona nie była w stanie pamiętać. Noor urodziła się jako śliczne, małe dziecko; była różowiutka i miała bystre spojrzenie. Może to dlatego postanowił jej dać coś od siebie. Teraz nie wiedział, czy postąpił słusznie. Próby bycia tym dobrym zawsze kończyły się dla niego jakimiś nieprzyjemnościami – może w końcu przestanie się wtrącać?
Wrócił do domu, napił się herbaty przygotowanej przez Oggy’ego i położył się jakiś czas później. Sen jednak nie przyszedł, a poranek okazał się wyjątkowo męczący.
Praca pomogła Anastasiusowi pozbyć się ciężaru wczorajszego spotkania z Noor. Ze swoją wrodzoną dbałością czyścił każdy z nagrobków, przekopał ziemię, sprawdził studnię i pochylił się nad kilkoma kwiatami, które nieśmiało zaczynały się pojawiać. Anastasius uwielbiał ciszę, która tutaj panowała – nie było szeptów ani śmiechów, zazwyczaj też nie było nikogo, kto spacerował pomiędzy nagrobkami, a jeśli już, to były to osoby, które nie miały ochoty rozmawiać. I von Weiss to rozumiał. Nie naciskał, nie próbował się odzywać.
Tak samo podszedł do sprawy z Noor. Nie pokazywał się ani nie odezwał się do niej przez ponad tydzień. Wiedział jednak, co się u niej działo, bo niby przypadkiem wysyłał Oggy’ego w tę konkretną część miasteczka, a kościotrup wracał z zakupami, których wcale nie potrzebował. Anastasius przyjął bierną postawę, sądząc, że to najlepsze, co może zrobić, ale z każdym kolejnym dniem odczuwał brak… czegoś. Może tęsknił za jej zapachem albo śmiechem, a może w ogóle za całą Noor, która czuła się tutaj jak u siebie, panosząc się i będąc gdzieś pomiędzy niewinnością a bezczelnością.
Anastasius kilka razy szedł w stronę jej mieszkania, a potem się wracał. Zrobił to kilkukrotnie, zupełnie jak jakiś chłopiec, który jest przerażony tym, aby stanąć twarzą w twarz ze swoją ukochaną. On nie był już młodzieńcem i nie pielęgnował w sobie takich uczuć. Wstyd? Niepewność? Wahanie? Nie, Anastasius był ponad tym wszystkim, a mimo to miał w sobie coś ludzkiego, by czuć się nieco zakłopotany.
UsuńOstatecznie jednak stanął przed mieszkaniem Noor. Tym razem nie miał kaszkietu, ale ubrany był elegancko. W ręce trzymał bukiet ziół i kwiatów, prosto ze szklarni, bo sądził, że połączenie ładnego z pożytecznym to kwintesencja dobrych prezentów. Nie wiedział, czemu zdecydował się przynieść cokolwiek, ale chyba czuł, że to właściwe, a może w ten sposób po prostu chciał jej pokazać, że o niej myślał.
Gdy zapukał, wyprostował się nieco. Otworzy mu? Czy będzie udawać, że jej nie ma? A może weźmie kwiaty i ciśnie nimi w jego twarz? Mógł spodziewać się wszystkiego i właściwie był gotów przyjąć każdą z jej reakcji.
Anastasius von Weiss
Malphas zatrzymał się gwałtownie, gdy jej palce musnęły jego skórę. Ten dotyk był inny niż wszystko, czego doświadczył w tym sterylnym mieście. Nie był ani atakiem, ani ucieczką, był badaniem terenu. Czuł, jak prąd przebiegający przez ciało Noor rezonuje z jego własnym, nieludzkim żarem, budząc echa mocy, które Azyl tak usilnie starał się stłumić. Patrzył na nią z góry, pozwalając, by cień drzew przeciął jego twarz na pół. Jej pytanie o strach zawisło w powietrzu, gęste i lepkie jak żywica wyciekająca z pni wokół nich.
OdpowiedzUsuń- Boisz się tego, co znajdziesz? - powtórzył cicho, a jego głos stał się niski, niemal pozbawiony wcześniejszej drapieżności. - Ja już dawno przestałem szukać, Noor. Moje demony nie chowają się w szafach ani pod taflą jeziora. One chodzą ze mną w pełnym słońcu i szepczą mi do ucha każde kłamstwo, jakie kiedykolwiek usłyszałem - zrobił krok w jej stronę, naruszając tę bezpieczną granicę, którą próbowała wyznaczyć. Nie dotknął jej, ale jego obecność była jak nagły wzrost temperatury, jak zbliżający się pożar.
- Mówisz, że woda nie zapomina, może. Za to ogień... ogień nie musi pamiętać. On po prostu pochłania wszystko, co stanie mu na drodze - uśmiechnął się, tym razem bez drwiny, a w jego oczach błysnęło coś, co mogło być uznane za bolesny rodzaj uznania - Skoro twierdzisz, że jesteś na krawędzi, to musisz wiedzieć jedno, na krawędzi nie stoi się wiecznie. Prędzej czy później albo ktoś cię pchnie, albo sama skoczysz, żeby sprawdzić, czy pod tą całą wrażliwością masz skrzydła, czy tylko kamienie w kieszeniach - jego spojrzenie zsunęło się na jej dłoń, która wciąż znajdowała się niebezpiecznie blisko jego piersi - To nie jest spacer, Noor. Oboje to wiemy. To jest rozpoznanie walką. Chcesz wiedzieć, czy jestem taki jak ty? Nie jestem. Ja zaakceptowałem to, co wyje we mnie w nocy. Ty wciąż próbujesz to uciszyć ziołami i aptekarskim spokojem, ale te mury, które budujesz... -wskazał głową w stronę, gdzie majaczył zarys budynku - One nie chronią cię przed światem. One tylko pilnują, żebyś nie wyszła na zewnątrz i nie stała się tym, kim naprawdę jesteś - odwrócił się lekko, dając jej znak, by szła dalej, ale jego wzrok wciąż był wbity w nią, jakby próbował przejrzeć przez wszystkie maski, które na siebie nałożyła - Prowadź do swojego królestwa. Zobaczmy, co trzymasz za tymi drzwiami zaplecza. I nie bój się konsekwencji przekraczania granic. W tym mieście jedyną prawdziwą konsekwencją jest bycie martwym za życia, a to już oboje mamy za sobą - wzruszył bezradnie ramionami, mrugając w jej kierunku, po czym pewnie ruszył dalej przed siebie.
Malphas
Levi nie buntował się przeciwko Radzie otwarcie, a w zasadzie nie buntował się wcale, a na pewno sam nie postrzegał tego w ten sposób. Tego, że szmuglował do Azylu przedmioty wszelakie, nie uważał za przejaw buntu. Przeciwnie, czyż w ten wyszukany sposób nie dbał o morale mieszkańców, karmiąc ich przeczuciem, że na cokolwiek mieli wpływ? Nie chciało mu się wierzyć, że Rada nie wiedziała, co robili Łącznicy, bo przecież on nie był jedynym szmuglującym, nie pierwszym i nie ostatnim. Mimo tego Levi pozostawał ostrożny i zachowywał pozory, dbał o dyskrecję i o interesy zarówno osób, którym dostarczał fanty, jak i swój własny, bo przecież szmuglowanie przynosiło mu dodatkowy zysk, często znacznie większy niż skromne wynagrodzenie Łącznika.
OdpowiedzUsuńStąd Levi nie miał do niczego namawiać Noor, na przykład do zaangażowania się w sprawę bardziej, bo dla niego żadnej sprawy nie było. Każde z nich działało wedle własnego uznania, a że dzięki temu mogli nawiązać współpracę i znajomość, to tym lepiej. W Azylu potrzeba było znajomości, tak tych interesownych, jak i zupełnie zwyczajnych, bo jak inaczej wytrzymać w tym zamknięciu? Znajomość Leviego i Noor do tej pory utrzymywana była na stopie interesu, ale dziś nieco wykraczali poza ten obszar, ponieważ kotołak nie tyle wiedział, co miał przeczucie, że w tej pomocy, której udzielała mu ciemnowłosa aptekarka, żadnego interesu nie było. Nie takiego, za który Levi miałby jej coś zwrócić lub być coś dłużnym.
— Ja sobie sam tę drogę przebiegam, Noor — odparł niby to posępnie, ale bardziej jednak z rozbawieniem. Ackermann miał talent do pakowania się w kłopoty, tak po prostu. Różne rzeczy mu się przytrafiały, w różne się pakował, jakby jako ten czarny kot, sam na siebie ściągał pecha.
— No pewnie, wyliżę się — odpowiedział, nadal nosowo, ale jakby chętniej, niż jeszcze do niedawna. Wyglądało na to, że skoro już się rozgadał i opowiedział kobiecie o tym, co spotkało go na zewnątrz, to skapitulował ostatecznie, rezygnując z bycia opryskliwym, co po prostu stanowiło jego ostatnią linię obrony przed bólem i przed pokazaniem, że jednak coś mu dolegało i był słabszy, niż na co dzień.
Popatrzył na Noor, kiedy ta przed nim przyklękła, a w zasadzie to przed jego wyciągniętą nogą i kiedy tchnęła go pewna myśl, cicho zachichotał.
— Co najmniej, jakbym był twoim Kopciuszkiem — podzielił się z nią myślą, która go dopadła i która wywołała w nim to rozbawienie. — Znasz w ogóle ludzkie bajki? — spytał zaraz, uświadomiwszy sobie, że Noor może nie wiedzieć, o czym ten do niej mówi. Nie miał pewności, ale wydawało mu się, że kobieta żyła na tym świecie znacznie dłużej, niż on i znacznie dłużej miała pożyć. Kopciuszek z wyciągniętą przed księciem zgrabną nóżką mógł jej być kompletnie nieznany, tak jak jemu pewnie nieznane były powszechne dla Noor rzeczy.
Wzdrygnął się, kiedy zimna maść dotknęła jego skóry, ale zimno szybko przyniosło ze sobą ukojenie. Z gardła Leviego wyrwał się nawet cichy pomruk zadowolenia, który, gdyby Ackermann był w swojej kociej postaci, z powodzeniem mógłby okazać się mruczeniem, choć koty mruczały także, kiedy coś je bolało. A wkrótce zabolało, bo Noor szarpnęła bandażem, a tym samym jego nogą i w kostce coś przeskoczyło tkliwie, wywołując krótką, acz przeszywającą bolesność.
— Raczej nie… — powiedział na wydechu, jeszcze trochę ciężko przez to, że przed chwilą go zabolało. — Nie szukałem okazji, ale skoro już okazja znalazła mnie… — urwał i posłał Noor zgoła niewinny uśmieszek, który widniał na jego pokiereszowanej twarzy również wtedy, kiedy sięgał dłonią do kieszeni kurtki po to, żeby wysunąć z niej opakowanie leków przeciwbólowych, które zwinął przy rozpakowywaniu dostawy do apteki. — W zasadzie, to coś już sobie wziąłem…
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[noo.... ja ten tego masz mnie ^__^ cóż to zależy do czego byś wykorzystała krew lisa albo jej ogony. ;p Ale za bardzo mnie znasz czyż nie? lubię się droczyć. Nic nie poradzę, że trochę to komiczne jest ;>]
OdpowiedzUsuńPopatrzyła na nią ostro słysząc, że sprowadziła pomoc. Na wszystkich bogów... Położyła uszy po głowie, by dać do zrozumienia, ze sama Noor by sobie poradziła, no ale miska nęciła ją woda i zaczęła pić. Mlasnęła głośno zbierając resztki cieczy z dna miski. Kręciło jej się w głowie, wobec czego usadziła zadek na ziemi i zaczęła patrzeć za jedzeniem.
Popatrzyła w górę na nią i przekręciła głowę raz w jedna raz w drugą. Pewnie, że czuła, ale zamiast odpoczywać i wbrew zdrowemu rozsądkowi, ustawiła zadek do pionu i kuśtykając podeszła bliżej niuchając. Na wyciągnięcie ręki przystanęła.
Osobiście wolała już teraz stad czmychnąć, no ale nie była aż tak niewdzięczna, by zwiać po udzielonej pomocy, mimo ze korciło jak diabli. Z natury była płochliwa, nic nie mogła na to poradzić. Nawet gdy straszono ja tu wizytami w urzędzie. Już parę wizyt miała, dziękuję bardzo za następne.
Jednak mimo, że instynkt krzyczał była ciekawa. Mieszana aura, dziwny zapach. Nie wiedziała do czego można było ja połączyć. Z frustracji zaczęła myć łapkę a potem ucho. Poprzednio średnio zareagowała na połączenie, więc podarowała sobie, dla niepoznaki przybliżając się bliżej, gdy ta po prostu siedziała. W końcu dotarła do samych palców, bo były najbliżej. Liznęła skrawek. Mięciutkie paluszki, jednak wolała zające. Była na bank przekonana, ze go dorwie prędzej czy później.
Cały czas jednak patrzyła na reakcje będąc w pogotowiu, by uskoczyć. Dotknęła nosem otwartej dłoni. Szturchnęła lekko. Popatrzyła do góry i się wyszczerzyła przy tym w imitacji uśmiechu a potem zległa na bok wciskając się w nogi zawzięcie machając ogonem. Postanowiła odpocząć tutaj nie bacząc na konwenanse. Przymknęła oczy jakby mówiąc przy tym, że się zdrzemnie, jednak jak na złość zaburczało jej w brzuchu.
Naprawdę? Teraz się odzywasz? - Otworzyła oko i zerknęła w dół. - Siedź cicho! Ja tu ogarniam granice... - Zamknęła oko i wtuliła się.
przekorna kitka ^^
[wiem, dlatego się tam przymilam hehe - taktyka zmiękczania przeciwnika ^_^ "kręci głowa" ne, tak mi dobrze tak mi rób ;p]
OdpowiedzUsuńGdy wyczuwała ruch, przykładała łapę na nodze i przytrzymała dając do zrozumienia, że ma po prostu siedzieć i się nie ruszać. Pomogło na tyle, że poczuła jej rękę na sobie. Gdy zapytała, mimo, ze nie było skierowane do niej, zerknęła do niej i pisnęła jakby podzielając jej bezsilność. Poklepała głową kolano na pocieszenie. Aż za bardzo rozumiała jej potrzeby. Obie były w tym podobne. Nie była telepatka, nie czytała myśli, jednak odczuwała emocje a to całkiem co innego. Pufnęła na nią i przekręciła głowę jakby dając do zrozumienia, ze nie musi się tym martwić. Już i tak dużo zrobiła, co niechętnie przyznawała, co niekoniecznie jej się podobało, gdy ja ktoś trzeci ruszał. Wystarczy poczekać do nocy. Księżyc zrobi resztę, gdy "naładuje" baterię.
Pisnęła cicho rozczarowaniem, gdy ciepełko pleców odstąpiło i wstało. Znowu chciała powstać, ale zesztywniała od długiego bezruchu. Fuknęła zła na siebie za ta bezsilność. Wzruszyła barkami widząc karcące spojrzenie. Pokazała język w odpowiedzi, ale uniosła przednią część ciała po to by zmienić pozycję i patrzyła na poczynania Noor. Oglądanie krzątaniny potrafiło zmęczyć, więc ponownie zaczęła drzemać, wchodząc w tryb oszczędzania energii.
Reszta dnia szybko przeleciała.
Mimo spojrzeń Noor wstawała. Musiała się trochę rozruszać nic nie mogła za to, nawet jak bolało na każdym kroku, zmuszając ciało do ruchu, potrzebowała tego. Była zadowolona z nowej porcji jedzenia... do czasu, gdy zwymiotowała. Podkuliła ogony pod siebie i przypadła do ziemi skomląc przepraszająco, gdy trzeba było ogarnąć jej bałagan. Sama by posprzątała, ale kręciło jej się w głowie a używanie lisiej magii trochę wykańczało. Wycofała się do rogu smutna za zrobienie kłopotu. Ze swego kata już się nie ruszyła, tylko nawet przyparła bardziej zawstydzona bardziej swoja reakcją niż słowami. Odwróciła na bok głowę i zaczęła gapić się w ścianę. Przymknęła oczy. W końcu została sama. Nic nowego.
Ostatnie promienie słoneczne zniknęły za horyzontu zmieniając w szarugę, powoli zaczynały się godziny wieczorne. Codzienne odgłosy miasta powoli cichły. Jedne interesy się zamykały, drugie otwierały. Dzień jak co dzień w miastach, które nie znała zbyt dobrze. W aptece też zrobiło się cicho. Poczekała jeszcze trochę, aby mieć pewność, że apteka zakończyła swój dzień. W sumie nawet dobrze, że była w otoczeniu tylu ziół. Jednak ktoś tu mógłby być niezadowolony...
Uniosła głowę. Uparcie trwała we własnym rogu, mimo nalegań i spokojnych słów. Ruszyła się. Spociła, gdy nakazała ciału opanować drżenie. W końcu wolnymi kroczkami ruszyła do źródła ziół. Musiała się przygotować. W budynku panował spokój, gdy nasłuchiwała. Poszła spać? Zerknęła w stronę drzwi. Cisza w eterze. Pokręciła głową. Nie czas na to. Sama tam ruszyła nieźle się gimnastykując przy drzwiach, ale się w końcu udało je otworzyć. Wysondowała do pomieszczenia aptecznego i zaczęła szukać zioła, które będą jej potrzebne. Nie myślała, że to kradzież, bo w świadomości miała za nie później zapłacić, jak zarobi. A teraz musiała się spieszyć. Gdy zebrała co potrzeba, zaniosła z powrotem, ponownie męcząc się z drzwiami. Położyła zioła na podłodze a sama skupiła się na ogonach, które w razie czego były przydatne do różnych celów. W tym przypadku zmieniły się w coś na kształt magicznego pióra. Usiadła naprzeciwko okna i zaczęła "rysować krąg wokół siebie, w środku niego nakładając mało zrozumiane w tym regionie symbole. Po fakcie nie będzie po nich śladu, gdyż to nie był trwały ślad, po którym można by było się obawiać, że przyciągnie coś paskudnego. Zadowolona ze swego dzieła, porozstawiała zioła w obszarach pomiędzy dwoma kręgami aż weszła do środka. Pazurem zadrapała opuszek łapy i przyłożyła do głównego symbolu inicjującego, gdy tylko pierwsze promienie księżyca w pełni dotarły do kręgu. Łagodna poświata otaczała ją cała a krąg pulsował anihilując zioła. Sama przysiadła i czekała na efekty lecznicze.
magiczny lis
Jeśli oczekiwała, że nagle przestanie być tym głazem, to chyba lepiej byłoby, gdyby porzuciła tę nadzieję i nie marnowała na to czasu, bo on był po prostu sobą – zawsze i od samego początku. Nie liczył się z uczuciami w taki sposób, w jaki liczyła się z nimi ona, bo w jego naturze większość z nich nie występuje, dlatego nie da się wymagać od niego zachowań, które są mu obce. Nie miał przed czymś się odsłaniać, bo on niczego nie ukrywa, oczywiście pod względem uczuciowym, czyli nie licząc tych technicznych spraw, które mogłyby zostać wykorzystane przeciwko niemu, gdyby ujrzały światło dzienne. Zresztą trudno mówić o jakimkolwiek chowaniu się w jego przypadku. Zawsze był zbyt bezpośredni i zbyt prostolinijny w tym, co robił i czego chciał, bo nie miał w sobie tej ludzkiej skłonności do owijania wszystkiego w półsłówka ani do ukrywania zamiarów pod uprzejmymi gestami. Jeśli coś planował, było to widać, jeśli coś myślał, prędzej czy później padało to na głos. Szczerość nie była u niego wyborem ani cnotą, tylko naturalnym stanem, wynikającym z braku tych wszystkich odruchów, które kazały ludziom maskować się przed sobą nawzajem. Dziś przyszedł tutaj po wsparcie i nie ukrywał tego od samego początku. Innym razem przychodził do niej po cielesne spełnienie i to też zawsze było jasne. Jeżeli nie ufała mu bo był głazem, a do osiągnięcia tego stanu potrzebowała ludzkiego ciepła, to możliwe, że nigdy nie zdołają wpuścić się nawzajem do swoich codzienności. On niewiele ma w sobie z człowieka, bo w zasadzie tylko opakowanie i to, co ono w komplecie mu podarowało.
OdpowiedzUsuńStał spokojnie, gdy Noor badała dłońmi popękaną fakturę jego skóry na wysokości mostka. Nie cofnął się ani o krok, mimo że chłód jej palców wyraźnie kontrastował z ciepłem bijącym spod skóry, a jego ciało reagowało na to automatycznie. Patrzył na nią z góry, w milczeniu, pozwalając jej badać w ten sposób każdy szczegół, choć nie trwało to długo, ale prawda jest taka, że nie było w tych ranach niczego szczególnego. Przynajmniej z zewnątrz, bo na ciele wyglądały one jak podłużne cięte rany, wąskie i ciemniejsze od reszty skóry, a pod palcami lekko chropowate. Dopiero z bliska można było dostrzec, że układają się w nieregularną mozaikę, jakby każda z nich powstała w innym czasie i z innego powodu, choć w rzeczywistości wszystkie i tak sprowadzały się do tego, że były konsekwencją nieposłuszeństwa. Tak na dobrą sprawę mógł poczekać, aż ciało samo się zregeneruje, ale marne szanse, że dotrwałby do tego momentu bez odwalenia czegoś, co pogorszyłoby stan pęknięć. W miejscu, gdzie układy rządzą się własnymi prawami, a jeden nieostrożny krok potrafi uruchomić lawinę zdarzeń, zasady przysięgi często przegrywają z koniecznością działania.
Skinął lekko głową, gdy odsunęła się, a w drodze do kuchni zaproponowała, żeby sobie usiadł. Oczywiście nie skorzystał z tej propozycji, ale wcale nie dlatego, że miał jakieś obiekcje, co po prostu dlatego, że wolał sobie poobserwować jej poszukiwania. Miała specyfiki pochowane po szafkach i słusznie, bo niewykluczone, że gdyby trafiły w jakieś niepożądane ręce, narobiłyby więcej szkód niż pożytku. To wcale nie jest takie łatwe zastosować wszystko tak, by dało bezbłędny rezultat. Trzeba zachować jakieś proporcje, mieć odpowiedni zmysł i doświadczenie. Gdyby było inaczej, mógłby zając się tym sam, bez potrzeby zawracania komuś głowy. Mógł zrobić komuś papkę z mózgu, ale mistrzem łączenia ziół nie był pod żadnym względem.
— Zauważyłem, że najlepiej goją się, gdy wcieram w nie gorący preparat — podpowiedział, obserwując Noor wspinającą się na blat do górnej szafki. Obrzucił jej sylwetkę dłuższym spojrzeniem i z lekkim westchnięciem, mniej chętnie, skupił w końcu wzrok na tym, co zamierzała sięgnąć. To jasne, że miał swój własny patent na te przypadłości i wiedział, co daje skuteczny efekt, nawet jeśli wcieranie gorąca w poparzenie wydawało się trochę dziwne. Nie była to jednak zwykła, ludzka rana, więc kierowała się innymi prawami. Chętniej przyjmowała to, co ciepłe, bo to co zimne po prostu spalała. To dlatego żarzący się popiół był doskonały, ale tylko wtedy, jeśli pochodził z przedmiotu, który nosił w sobie cierpienie, krzywdę lub żal. Kiedyś, gdy wychodził poza azyl, organizował je sobie sam, ale teraz pewien łącznik, uroczy kotołak, sprowadza mu specjalne artefakty z miejsc egzekucji, czy masowej śmierci, tyle że ostatnio gdzieś go wcięło, więc wyjątkowo musiał wesprzeć się czymś innym.
UsuńZayden Ward
[niespodzianka xD wiedziałam, że będzie zadowolona - na szczęście dla lisicy to tylko skubnęła po paru listkach ^_^]
OdpowiedzUsuńPóźniejsze lisie ogniki zapowiedziały jej, iz leczenie powoli dobiegało końca. Ogony wróciły do formy i żyły teraz własnym życiem, w razie czego gotowe do obrony. Wiedziała, ze ma obserwatora, wyczuła wahania powietrza, ale nic z tym nie robiła do czasu aż zioła się wypaliły, krąg się rozproszył i została już tylko ona stojącą i przeciągającą się. Przyglądała się księżycowi a potem postać lisa zamigotała - gotowa była do przemiany, aby podziękować kami za pomoc. Po transformacji "odziała" się w odświętne czarne furisode, które na tle bladej cery przypominało jakąś zjawę.
Trzykrotnie biła pokłony kami a potem się wyprostowała.
- wiem, że jesteś zła - powiedziała cicho łamaną angielszczyzną. Nigdy nie była dobra w językach. W czasach, gdy mieszkała nie było potrzeby ich nauki a i teraz posługiwała się podstawami. Zresztą po co komu lisowi angielski, prawda?
Odwróciła się.
- wcale nie mam o to do ciebie żalu. Zapłacę za użyczenie materiału, ale będziesz musiała poczekać. Jestem w tym mieście zbyt krótko, by wszystko ogarnąć. - złożyła ukłon cały czas na klęczkach - dziękuję za dotychczasową pomoc... - zawiesiła głos - mam tylko prośbę: mogę zostać do rana? Acz patrząc na ciebie, to byś z chęcią już teraz pozbyła się problemu - westchnęła unosząc się do pionu - wcale mnie to nie dziwi - uśmiechnęła się bez wyrazu patrząc na jej aurę.
Owszem.. mogła poprosić, ale w formie lisa nijak by się to udało.
- a jeśli chodzi o Radę czy jak wy to nazywacie: byłam już na spotkaniu z nimi, obecna sytuację też z nimi wyjaśnię, jeśli się o to boisz. I tego właśnie chcesz. - dodała po chwili smętnym głosem.
Cóż więcej mogła powiedzieć: zaburzyła swoja osoba rytm życia tej osoby chcąc nie chcąc, dlatego po tym wypadało się pożegnać. Nie spodziewała się jednak przedłużającego się milczenia, które wzięła teraz za odmowe. Westchnęła ruszając się z klęczek. W dalszym ciągu odczuwała nogę, która nie zaleczyła się do końca. Będzie musiała ja oszczędzać przez jakiś czas a inne obrażenia... moc księżycowa przyspieszyła poprzednią pomoc, więc było okey. Może Inari nie zostawiła jej do końca.
- cóż... to chyba pójdę już. - odparła w ciszy. Przybrała ta postać tylko na chwilę, by móc się lepiej porozumieć, ale i tak bariera językowa była duża. Zbyt długo siedziała w futrze.
Hocia w ludziach sie przebrała
Odwrócił się niemal od razu, gdy poczuł jej obecność. Noor. Przyjrzał się jej małej twarzy. Miała niepokój w oczach, który go poruszył. Nie wyglądała źle, ale nie przypominała też siebie sprzed tygodnia, zupełnie jakby swoim wyznaniem zabrał jej coś ważnego. Spokój? Stabilność? Nie chciał, aby tak to wyglądało, żeby przejęła się tym tak dotkliwie – zresztą nie rozumiał, co było w tym aż tak wstrząsającego. A może chodziło jedynie o to, że przewinął się w historii Noor tak szybko, że był przy niej, gdy wzięła swój pierwszy oddech? Nie wiedział, ale chciał się dowiedzieć, dlatego tutaj był.
OdpowiedzUsuńWyciągnęła do niego dłoń, czego się nie spodziewał. Raczej oczekiwał ostrej reakcji, ostrych słów, ale nie dotyku. Znów się z nim bawiła? Znów prowadziła swoją grę? Nie cofnął się jednak, a wyprostował bardziej. Skoro tutaj przyszedł, nie zamierzał odchodzić bez słów, bez wyjaśnienia sobie kilku szczegółów.
— Wiem, że nie musiałem — odparł neutralnie. Miała rację; nie musiał tutaj przychodzić ani zabierać ze sobą kwiatów. Nie musiał tego wszystkiego robić, a mimo to zdecydował się ją odwiedzić, bo cisza robiła się coraz bardziej męcząca, a przestrzeń przestała pachnieć zapachem jej skóry i perfum.
Nigdy wcześniej tego nie zauważał. Noor po prostu była, czaiła się gdzieś obok, czasem jedynie przechodziła, uśmiechała się lub wpraszała się, przejmując całą sobą otoczenie wokół. Gdy jej zabrakło, odczuwał to bardziej każdego kolejnego dnia. I to było w tym wszystkim najbardziej interesujące i przerażające; Anastasius nigdy by nie pomyślał, że się do kogoś przywiąże. Wystarczał mu Oggy i jego syknięcia. Co więc zrobił, jak bardzo opuścił gardę, że brakowało mu tej dziewczyny?
Gdy wpuściła go do środka, zrobił najpierw kilka niepewnych kroków, a potem przeszedł przez próg. Rozejrzał się grzecznie wokół, jak gość, który pamięta o swoich manierach. Nie był natrętny ani nie zrobił niczego, co mogłoby nie spodobać się Noor.
Skierował wzrok w jej stronę – przyglądała mu się badawczo, niemal oceniająco. Jej oczy były inne, choć takie same w swojej zieleni.
— Dubois do ciebie pasuje, określa cię — powiedział, gdy rzuciła w jego stronę ostrzeżenie. — Poza tym jesteś ode mnie młodsza, a nazywanie cię panną Dubois to mój wyraz szacunku, a nie pogardy. Nie mówię też tak, aby się z tobą droczyć.
Wiedział jednak, że to jej przeszkadza, dlatego kiwnął lekko głową. W ten sposób poddał się temu, co nieuniknione. Panna Dubois miała zostać Noor, po prostu… Noor, a choć czuł się z tym nieco dziwnie i niekomfortowo, nie miał zamiaru o tym dłużej dyskutować. To ustępstwo nie było wielkim przestępstwem, poza tym dostosowywał się do tego, czego chciała od niego Noor, a rzadko mówiła tak wprost, co jej nie pasuje.
— Przyniosłem kwiaty i zioła z mojej szklarni, są świeże — odezwał się, przerywając ciszę. — To dla ciebie… nie chciałem przychodzić z pustą ręką.
Gdyby umówił z nią tę wizytę, pewnie postarałby się bardziej, ale tym razem było to spotkanie, do którego dążył, bo ona się odsunęła i zamilkła, a Anastasius? Anastasius po prostu chciał to zmienić, chciał wrócić do tego, co było wcześniej, nawet jeśli musiałby znów zmierzyć się z jej dziewczęcą bezczelnością i bliskością.
Wyciągnął w jej stronę bukiet, czekając, aż przyjmie upominek. Nie wiedział, co innego mógłby jej dać – pragnął, aby odczytała ten konkretny gest jako „myślałem o tobie, dlatego przyniosłem kwiaty i zioła, dlatego wybrałem te konkretne rośliny”. Miał nadzieję, że Noor zauważy tę subtelność.
— Musimy porozmawiać — dodał, wpatrując się w jej drobną sylwetkę. W jego głosie słychać było chęć do podjęcia trudnych tematów i gotowość, aby odpowiedzieć na każde pytanie, które padnie z ust Noor. — Wiem, że to, co powiedziałem, mogło tobą wstrząsnąć, ale amulet… ta magia nie była, nie jest i nie będzie w stanie cię do czegoś zmusić. Nitka miała jedno zadanie: ochronę. Nie miałem złych intencji, gdy dawałem talizman małej, dopiero co narodzonej dziewczynce. Byłaś niewinna, słodka. Pomyślałem wtedy, że jeśli mogę zrobić coś dobrego w całym moim pokręconym życiu, to właśnie to.
UsuńAnastasius von Weiss
Pierwsze korytarze były wąskie i niskie, dlatego nie zmieściłyby się w nich obie. Minerva szła więc za Noor, będąc tuż za jej plecami. Ściany które je otaczały były surowe, miejscami obudowane cegłą z różnych epok, jakby tunele były łatane przez pokolenia, choć zdawało się to niemożliwe. Kamień pod stopami bywał zdradliwy, niektóre płyty lekko się przesuwały, od innych ich buty odbijały się z głuchym dźwiękiem. Wiedziała, które z nich omijać. Wiedziała też, że wiem to słowo niebezpieczne.
OdpowiedzUsuń— Chyba lepiej zapytać co się tutaj nie dzieje… — mruknęła. Pamiętała swoje pierwsze razy w tunelach. Iluzje potrafiły porządnie namieszać w głowie, a co gorsze zrobić komuś rzeczywistą krzywdę. — Możesz tu zobaczyć wszystko. I nic jednocześnie. — delikatnie wzruszyła ramionami. — Mój pierwszy raz tutaj był tragiczny. — na moment wróciła do tych wspomnień z delikatnym grymasem na twarzy. — Ale ja byłam sama. Ty masz mnie. — objęła ją lekko w talii, na znak, że cały czas jest przy niej.
Iluzje przybierały tu różne kształty. Czasami były to miraże i zjawy. Kiedy indziej drobne przesunięcia; korytarz, wydaje się dłuższy niż powinien, zakręt prowadzi w tą samą stronę, mimo że skręca w odwrotną. Najgorsze dla wampirzycy były jednak iluzje przestrzeni. Czasem miało się wrażenie, że szło się prosto, a po godzinie wracało się do tego samego znaku: wyżłobionego runu, plamy sadzy, odprysków skały. Tunele potrafią się zamknąć w pętlę, jeśli wyczuły pośpiech albo strach.
— Dlaczego się zatrzymujesz? — zapytała, nieświadoma że Noor doświadczyła właśnie jednej z iluzji. Minerva widziała przed sobą jedynie pustą przestrzeń. To co mogła zobaczyć Noor, dla Minervy było niewidoczne. I na odwrót. Jednocześnie, mogły doświadczyć iluzji wspólnie.
Zimna i aksamitna dłoń wampirzycy zacisnęła się na dłoni swojej towarzyszki. Jakby chciała dać jej znać, że wciąż tu była. Przeszły przez kolejne korytarze, najpierw prosto, później w lewo by zaraz zejść po kamiennych schodach, porośniętych mchem. Gdy poczuła jak do jej nozdrzy dociera zapach krwi, na jej wargi wkroczył lekki uśmiech. To oznaczało, że są już blisko. Im bliżej Areny, tym intensywniejszy zapach krwi. Lampy naftowe wtedy migoczą, choć nie ma przeciągu. Cienie poruszają się o ułamek sekundy za późno. Świece palą się zimnym, niemal przezroczystym, upiornym płomieniem. Korytarze rozszerzają się, ale nie przynoszą ulgi. Wręcz przeciwnie: w szerszych przestrzeniach iluzje mają więcej miejsca, by się rozwinąć.
— Czujesz krew, ale zwalniasz… mimo, że za plecami masz wampirzycę. — szepnęła do jej ucha. — A tak naprawdę powinnaś biec… — skłamało miękko. Bieganie po tych korytarzach było jednym z głupszych pomysłów. Zresztą, Minerva przekonała się o tym kiedyś na własnej skórze. Zaraz zniknęła zza pleców Noor, pojawiając się centralnie przed nią. Światło lampy oświetlało jej twarz i kły ukazane w pół uśmiechu. Docisnęła Noor do jednej ze ścian, a kiedy ta w nieuwadze upuściła i zbiła lampę, roześmiała się, a jej śmiech niósł się echem przez korytarze. — Nie bądź taka spięta. Nie jestem głodna. Nie mogę być głodna na Arenie, ani przy Tobie. Za bardzo kusisz zapachem. Jesteś słodka i lepka jak miód. — przesunęła palcem po szyi nieco zmieszanej dziewczyny. — Ale skoro już się przyjaźnimy, to nie posmakuję Cię, dopóki mi nie pozwolisz. — puściła do niej oczko i złapała pewnie za jej dłoń. — Chodźmy, nie można tu stać za długo… — mruknęła, mając wrażenie, że ściany się do siebie zbliżają. — Jesteśmy już blisko, nie potrzebujemy światła. — zapewniła ją, idąc długim korytarzem, prowadzącym do kamiennych wrót. Wyjęła sztylet zza czerwonej podwiązki i przecięła swoją dłoń. Krwawą rękę przyłożyła do wrót, które się przed nimi otworzyły. Miejsce po skaleczeniu natychmiast się zagoiło, ale organizm Minervy szybko się regenerował, nawet po wyciszeniu jej mocy przez Azyl.
Z daleka udało im się usłyszeć gwar, brzęk metalu, krzyk, a potem ciszę tak głęboką, że aż dzwoniła im w uszach. Duży korytarz stawał się coraz jaśniejszy, a ich oczom ukazała się wielka sala z kamiennymi ścianami. To miejsce tętniło życiem, było głośne i intensywne. Królował tu czarny rynek, można było nabyć różne zakazane przedmioty: przepisy, mikstury, eliksiry czy chociażby talizmany. Odbywały się tu również walki w których Minerva miała nadzieję wziąć udział. Kto wie, może namówiłaby nawet Noor, aby skorzystała z tej krwawej i dość brutalnej rozrywki?
Usuń— Chodźmy do baru… — pociągnęła dziewczynę w tamtą stronę. — Muszę się napić. — uśmiechnęła się nieco zwodniczo, bowiem drinki które mieli w ofercie były tu wyjątkowe.
Minerva Cove
[staram sie jak mogę XD]
OdpowiedzUsuń- żalu, za twoja wściekłość - sprecyzowała kręcąc głowa w roztargnieniu za swoja nieuwagę - taka natura lisa a ja zbyt długo mieszkam poza cywilizacją. Odzwyczaiłam się i taki zbieram skutek - westchnęła kręcąc głowa za wskazanie fotela. Było na pewno wygodniejsze niż podłoga, ale wychowała się w czasach, gdy nie było mowy o takie luksusy. To było proste życie, które gwałtownie i brutalnie się urwało z zazdrości o atencje bogów.
- jestem zobowiązana. Oczekuj przesyłki na dniach a potem się już nie zobaczymy. Czas ruszyć dalej... Zbyt zasiedziałam się w tym mieście. A miasta nie są dla mnie.
Potem zamilkła. Marzyło jej się, żeby już teraz wrócić doi miasta. No alke dziewczyna w jednym miała rację - trzeba się było udać do ratuszu, ale nie do końca w tej sprawie. o której Noor chodziło. Między innymi po to prosiła o jeszcze parę godzin "noclegu" aby z apteki móc bezpośrednio iść do ratusza a stamtąd dokończyć księżycowy rytuał w strumyku. A potem pomóc pewnej rodzinie w małej wiosce z problemami, gdyż taki nakaz dostała.
Skinęła jej głową na herbatę, ale jej nie tknęła ani sama tez nie ruszyła sie z miejsca.
Odeszła nim świt nastał. "Zmieniła" swoje ubranie, by nie wzbudzać większego zainteresowania niż by miała paradować sobie w kimonie, na stare znoszone dresy, które i tak adekwatnymi do pogody nie były i ukryła soją naturę, beztrosko idąc w stronę budynku. Po odpowiednio długim czekaniu i rozmowie, za ostatnie grosze kupiła sobie mrożone truskawki i w tej formie je zjadła. Co z tego, ze zimne. Mniam...
Na obrzeżach miasta wróciła do formy lisa otrzepując się po zamianie. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle ją poskładali, noga co prawda jeszcze nie wróciła do formy, ale za parę dni mogła dalej sobie biegać. Kąpiel... czuła się brudna. Pozwoliła się dotykać nie wiadomo w sumie komu, trzeba było to zmyć. Poleciała do strumyka. Lodowata woda jej straszną nie była, wypłoszyła tylko ryby dając nura do wody. Westchnęła czując przepływający nurt przez włosie futra. Cudownie rozkosznie, ale przyjemności czas zakończyć. Wyszła otrząsając sie z wody, jednak zawróciła głowę by się napić i złapać parę ryb na śniadanie i wróciła do nory. Nareszcie trochę normalnego snu bez zmartwień co dalej.
Ile dokładni godzin spała? Trudno powiedzieć, gdyż nastał kolejny dzień. Cóż czas iść do pracy i zarobić. W tym tez celu zostawiła swój przybytek i ruszyła do wioski drwali, gdzie bogowie przysłali jej wieści podczas ostatniego rytuału, że mężczyzna miał wypadek przy rąbaniu i mocno się pochorował. Obiecała pomoc z wyłączeniem, iż by nikt jej nie przeszkadzał ani też do izby nie wchodził. Poprosiła tylko o misę wody. Gdy została sama opętała go, po to by go wyleczyć. Nad ranem wyszła z ciała zadowolona. Szmatkami obmyła twarz mężczyzny i nogę i wyszła z izby.
- Wszystko w porządku. Jednak do pełni sił, by wyzdrowieć, będzie potrzebował dwóch tygodni. Cisza i odpoczynek jest tu wskazany.
Uśmiechnęła się.
- Dziękujemy Bóg ciebie do nas zesłał. Jak możemy się odwdzięczyć?
- Naprawdę nie potrzeba - odparła pogodnie. Kątem oka widziała, że nie byli zamożni.
- Zostań z nami na obiad. Nie mamy wiele, ale podzielimy się.
No jakże by mogła odmówić. Została na tym skromnym posiłku a potem we łzach gospodyni i jej najstarszego syna pożegnała się i ruszyła z powrotem do miasta. Powłóczyła łapami, gdy wracała do legowiska tak była wykończona. Rankiem czuła się już świetnie, zjadła wysuszone mięso i ruszyła zapolować. Zimą było trudniej, ale nie było to niemożliwe. Niestety tym razem nić nie złapała. Ehh czas popracować fizycznie, poszła więc do miasta zobaczyć, kto aktualnie potrzebował wsparcia i zaczęła pracować. Za zarobione pieniądze, wstąpiła do zielarni i zaczęła kompletować paczkę. Zadowolona z efektów i zawartości, dorzuciła jeszcze parę banknotów i zakleiła je w kopercie i parę słów od siebie. Zbliżały się godziny zamknięcia, więc musiała się spieszyć, by na czas zdążyć do apteki. Otworzyła drzwi, postawiła pakunek i odeszła nic nie mówiąc, acz wiedziała o jej obecności wewnątrz budynku.
zalatany lis
Gdyby powiedziała mu o tym wszystkim, kazałaby jej nad sobą popracować. Ucieczka czy udawanie, że czegoś nie było, to marna strategia, aby nauczyć się panować nad sobą i swoim zachowaniem. Noor bywała różna, zmienna, co pewnie było dla niej same w jakiś sposób trudne. Pozwalał jej się rządzić, nie beształ ani nie mówił nic, chyba że ewidentnie robiła się zbyt śmiała, bo tego akurat nie lubił – nie wiedział w końcu, czy robiła to, bo chciała, czy może to jej kolejna gra, której mogłaby żałować.
OdpowiedzUsuńNigdy nie wykorzystał jej natury, aby coś zyskać. Wbrew pozorom trzymał gardę dość wysoko, ale nie aż tak, żeby się nie przejmować.
Był niewinny. Nie zrobił nic, by mogła myśleć, że ją oszukał. Naprawdę sądziła, że to był jego plan? Albo że zrobił to specjalnie, mając satysfakcję z jej niewiedzy? I to był problem zamykania się w sobie. Noor nic o nim nie wiedziała, nie znała jego zasad, a widziała tylko to, co jej pokazywał.
— Sądzisz, że się tobą bawię? — zapytał, wpatrując się w nią. Odsunęła się od niego, nie przyjęła kwiatów, zrezygnowała z jego gestu, odrzuciła. — W mojej naturze nie leży ani zabawa, ani manipulacja.
Patrzył, jak ucieka, a potem idzie przed siebie. Przez moment zastanawiał się nad tym, czy nie wyjść. Mógłby zostawić kwiaty przy drzwiach i wrócić do siebie, ale postanowił zostać, bo być może, gdyby to zrobił, żałowałby, że tak się to skończyło.
Poszedł za nią, a gdy dotarł do niego jej krzyk, nie zareagował. Pozwolił jej mówić, słowa płynęły i płynęły, coraz bardziej gorzkie.
— W porządku, być może nie powinienem przychodzić tutaj z tym bukietem — przyznał, bo być może ten gest był przyczyną jej wybuchu, może gdyby podszedł do tego inaczej, Noor by tak nie zareagowała.
— Co dokładnie jest kłamstwem według ciebie? To, że dałem małej dziewczynce amulet ochronny, a potem nigdy więcej jej nie spotkałem? — Nie rozumiał, co próbowała mu teraz wmówić, ale jej zachowanie było absurdalne i do końca nie wiedział, co się właśnie działo. Był przekonany, że to zrozumie i że jeśli będzie mieć jakieś wątpliwości co do jego intencji, to o to zapyta lub pójdzie poradzić się jakiejś tutejszej czarownicy. One pewnie potwierdziłyby jego wersję. Amulet nią nie manipulował ani do niczego nie zmuszał, nie była więźniem jego magii.
— Od tego samego momentu co ty — odpowiedział. — Do tej pory nie przyglądałem się temu, co nosisz, ale gdy siedziałaś u mnie i ściągnęłaś sweter, zobaczyłem czerwoną nitkę, a gdy jej dotknąłem, wiedziałem, że to ja ci ją dałem.
Obserwował, jak szuka czegoś, czym mogłaby zerwać nitkę. Uchylił się, gdy kilka sprzętów kuchennych poleciało w jego stronę, a potem znów przyjął jej wybuch, niemal tak silny jak supernowa.
Zbliżył się do niej, łapiąc za nadgarstek i wyrywając nóż, który w końcu znalazła. Ostrze odbiło się głucho o posadzkę, nitka została przerwana, a Anastasius przygarnął Noor do siebie, przytulając jej drobne, drżące ciało – otoczył ją ramionami, pozwolił się szamotać, krzyczeć.
— Nigdy nie mów, że nie powinnaś przyjść na ten świat — odezwał się szeptem tuż przy jej uchu, musząc się nieco pochylić, aby to zrobić. — Widziałem cię wtedy, małą, słodką dziewczynkę, niewinną… i taką widzę cię teraz, ale masz rację, nie jesteś już dzieckiem, a dorosłą, piękną kobietą, tak samo niewinną, jak bezczelną. Masz w sobie to wszystko, Noor, światło i mrok, ciszę i hałas… i to jesteś ty. Taką cię widzę i taką cię akceptuję.
Odchylił się nieco, aby spojrzeć w jej twarz.
— A jeśli naprawdę nie chcesz mnie widzieć, powiedz to, a wyjdę — dodał, widząc, że się nieco uspokoiła.
Anastasius von Weiss
[To prawda, silne i zadziorne charakterki są moją słabością, haha. ^^ Jakby Noor chciała się trochę pouczyć demonowania to zapraszam do Lilith. Nie wiem czy masz ochotę na drugi wątek ze mną, ale ja nie pogardzę :D]
OdpowiedzUsuńLilith Morveth
Minerva zaśmiała się cicho, dźwięk był zbyt miękki jak na to miejsce, a przez to jeszcze bardziej niepokojący. Pochyliła głowę, jakby smakowała pytanie Noor, a jej paznokcie musnęły brzeg blatu. Usiadła na wysokim, barowym krześle i złapała kontakt wzrokowy z barmanem. Który de facto zwykłym barmanem nie był, a Łącznikiem, który zapewniał Minervie różne zakazane towary, w tym krew różnym istot, naładowaną różnymi emocjami.
OdpowiedzUsuń— Dla mnie to co zawsze. Dla mojej przyjaciółki… — wskazała ruchem dłoni dziewczynę — Coś demonicznego. — jej błękitne oczy zabłysły. Kiedy mężczyzna skinął głową, odwróciła się w stronę dziewczyny.
— Waluta… Hm, to trochę bardziej skomplikowane. Czasem płaci się krwią. Czasem tajemnicą. Czasem obietnicą, której nie da się złamać, nawet jeśli bardzo się tego chce. — uśmiech Minervy poszerzył się, był drapieżny i szczery. — A najdroższe są te rzeczy, które oddaje się, myśląc, że nic nie znaczą. — wampirzyca przysunęła się bliżej Noor, wsuwając nos pomiędzy jej włosy. — Spokojnie. Nie pozwolę, żeby wzięli coś, czego sama nie chciałabym posmakować. Dziś zapłacę ja. Ale następnym razem… — zawiesiła głos i szeptała do jej ucha, rozkoszując się napięciem. — Już będziesz wiedziała, czego się spodziewać.
Barman postawił przed nimi drinki. Jeden był czerwony i pachniał świeżą krwią, ten oczywiście był dla wampirzycy. Drugi, przezroczysty, z kawałkami limonki przeznaczony dla Noor.
— Dziś masz smak strachu i podniecenia. Wiem, że to Twoje ulubione połączenie. — barman puścił oko wampirzycy, a na ona odpowiedziała szerokim uśmiechem. Kiedy odszedł zająć się innymi klientami, skupiała całą swoją uwagę na przyjaciółce.
— Podoba Ci się? — spytała dość bezpośrednio. — Później… możemy się z nim zabawić. Jeśli masz ochotę. — doskonale wiedziała, że mężczyzna ją słyszał, bo należał do istot z bardzo czułym słuchem.
Objęła palcami swoją szklankę i zamoczyła usta w aromatycznym drinku. Krwawa Mary. Z tą różnicą, że zamiast soku pomidorowego była krew. Miła odmiana od tego, co piła w miasteczku. Alkohol i krew to wspaniała mieszanka, od której kręciło jej się w głowie. Była jednak ciekawa doznań smakowych Noor, bo nie do końca wiedziała co barman jej zaserwował. Miała nadzieję, że wpasowało się to w jej gust.
— Jest tu dużo towarów, którymi mogłabyś być zainteresowana. Na pewno przydałyby się w Twojej aptece. — rozejrzała się po stoiskach, przy których stało pełno ludzi. Towary najwyraźniej były popularne wśród mieszkańców i każdy szukał tu czegoś dla siebie. — Są też walki… — ukazała kły w szerokim uśmiechu. — Wszystkie chwyty dozwolone. — oblizała usta. — Ale Ciebie chyba to nie interesuje? — spojrzała prosto w oczy dziewczyny. Szkoda było takiej ładnej buźki, zdecydowanie.
Minerva Cove
[wiem, no ale życie w biegu to u niej normalka ;p]
OdpowiedzUsuńPo co miała zostawać? Obiecała "nagrodę", zostawiła ją w miejscu jej pracy i poszła. Była niczym wiatr i tak się czasami czuła. Żywa, ale chyba nie do końca. Zostawiała ślad i odchodziła, gdy już nie była potrzebna. Niektóre rzeczy potrzebowały czasu, nie zawsze miała możliwości.
Było chłodno, marzyła jej się czekolada, ale tylko na marzeniach sie zakończyło. Miała ledwo parę drobniaków a ceny tu były zabójcze nawet za zwykłe pączki. Uwielbiała słodycze. Westchnęła do siebie ogrzewając swój cienki przyodziewek noszony wiele lat.
Zbliżała się do lasu gotowa do przemiany. Wracała, bo jutro miała zaplanowane sprzątanie w domu któregoś z magicznego mniejszego kalibru. Z tymi silniejszymi nie zadzierała głowy. Nawet, gdy reguły azylu jasno określały zasady, pewne nawyki mimo "zamknięcia", zostawały w charakterach, których nie mogła być pewna.
- Dostałaś swoja paczkę - odparła beznamiętnie ledwo zwalniając roku - spłata została uczyniona a ja w tym przypadku dotrzymuje słowa. Dostarczyłam co potrzeba i nie uznałam, by trzeba się jeszcze z tego tłumaczyć. - odparła obojętnie - A co w niej jest... to co pożyczyłam plus parę dodatków, w której jak zauważyłam masz braki. Sama musisz zobaczyć. - zerknęła w górę, gdy usłyszała nawoływania puszczyka.
Uniosła dłoń uciszając Noor, bo swoim paplaniem nie mogła się skupić.
- szlag.... muszę iść. Wracaj do domu dziewczyno. - Nie patrzyła na nią, więc nie była pewna cóż ze sobą zrobiła. Ruszyła truchtem całkiem ja ignorując, bo wsłuchiwała się w relacje sowy. - o nie... - skierowała się w głąb wyczuwając świeże ślady, które zostawiły ślady widoczne na śniegu. Pobiegła parę kroków i za ścieżki ujrzała okaleczonego młodego łosia, jakby jakiś większy zwierz się na niego zasadził o tej porze. Żyło, ale ledwo, gdy podchodziła. Mówiła w swoim języku spokojnym tonem. Przyklękła. Miała mało czasu, raptem 15-20 minut. Przyklękła obok nie zważając na krew, przywołała ogniki, które rozsadziła na czterech stronach świata i zamknęła oczy wyciągając przed sobą ręce. Było by prościej gdyby po prostu jej duch w nią wszedł, tylko czuła że mogła by przesadzić i nie zauważyć kiedy przestać, by samej nie przenieść się w zaświaty. Oddychała miarodajnie i jednostajnie kierując stały strumień energii, co było materialnie widać przez przywołana mgłę, która wirowała wokół. Czuła zmęczenie, ale nie przestawała. Położyła dłoń na ziemi, żeby z niej pobrać co potrzebowała. Czuła puls, dodawało siły, gdy w tak w krótkim czasie leczyła, ale opłaciło się. Poczuła silniejszy, miarodajny puls zwierzęcia. Otworzyła oczy rozpraszając ogniki. Zdążyła. Westchnęła z ulgi. Popatrzyła na oczy zwierzęcia. Wcześniej żywe teraz bardziej żywe. Pogłaskała.
- ciii już dobrze.
Podniosła się lekko zataczając. Oj odeśpi to jak nic i podeszła do głowy.
- spokojnie - pogłaskała delikatnie - odpoczywaj jeszcze...
Westchnęła zirytowana. Była świadoma, że tu jest. Że poleciała tu za nią. Nie odwróciła się cały czas sprawdzając stan łosia.
- jak długo zamierzasz tu być? - zapytała cicho Noor. - las nie jest bezpieczny zwłaszcza, gdy jesteśmy w jego głębi.
niezadowolona kulka [niedługo to mi się przymiotniki skończą xD]
To, co ich łączyło, było przede wszystkim efektem chcenia, w dodatku takiego, którego nie skupiali wyłącznie na sobie. Pojawiało się ono również gdzieś indziej, wobec innych istot i innych spraw, przychodząc i odchodząc bez większych zobowiązań, dlatego nigdy nie należało tylko do nich. On nie liczył na to, że ona znajdzie w nim jakikolwiek punkt oparcia, ale i sam nie dążył do tego, żeby szukać w niej własnego. Zapewnił jej bezpieczeństwo, trochę cielesnego szaleństwa i może jakieś poczucie bliskości, ale nie wierzył, że to będzie trwałe, ani że pozostanie niezmienne. Wykluczała to ich natura. Dlatego to, co ich łączyło, traktował z lekkim dystansem, jak coś, co z czasem mogło się rozproszyć, osłabnąć albo po prostu przestać mieć znaczenie, tak jak wiele rzeczy wcześniej. Nie próbował tego zatrzymywać ani nazywać, bo wiedział, że to, co pojawia się z potrzeby chwili, rzadko bywa stałe, a oni nigdy nie budowali tego na czymś, co mogłoby przetrwać dłużej niż sama chęć. Było w tym zbyt mało zaufania i zbyt wiele niepewności co do granic lojalności, by mogło przerodzić się w coś trwałego. Trzymali się siebie na tyle, na ile pozwalała chwila – ani bliżej, ani dalej, jakby oboje podskórnie wiedzieli, że każde z nich prędzej czy później i tak pójdzie w swoją stronę. Był to przecież niespisany, prosty układ, który mógł skończyć się w dowolnym momencie. Seks za ochronę, towar za seks. Tak na dobrą sprawę, Zayden miał w azylu znajomości o głębszym znaczeniu, którym przypisywał większą wagę, a nie opierały się na cielesności.
OdpowiedzUsuńPrzemilczał komplement, którym go podsumowała, ale tylko dlatego, że był bardzo subiektywny. Co do tego nie miał akurat wątpliwości, bo niektórzy z pewnością uważali go za najzimniejszego drania w tej mieścinie, a to że miał względnie przyjemną dla oka aparycję niewiele znaczyło w obliczu nienawiści, którą do niego żywili. To też wynikało częściowo z jego natury, bo zasiewał niepokój wszędzie tam, gdzie się pojawiał, a funkcja, którą sprawował, dodatkowo go pogłębiała. Aczkolwiek Noor miała też troszkę inne, bardziej intymne, podstawy, żeby tak sądzić, więc nie zamierzał się z tym spierać ani tego podważać. W jej przypadku nie chodziło przecież wyłącznie o to, co widzieli inni, ale o to, co sama znała z bliska.
Podszedł bliżej i wyciągnął dłoń, żeby wesprzeć ją przy zeskakiwaniu z blatu, a potem spojrzał na nią z lekko uniesioną brwią, bo ten obrót wokół własnej osi był dziwnie uroczy. Najwyraźniej nastrój jej dopisywał, mimo zmęczenia, które dostrzegł w niej już wcześniej. Przejął w dłonie dwa małe słoiczki, a potem ruszył w stronę kanapy, oglądając pobieżnie ich zawartość. Nie oczekiwał cudów, bo działali zewnętrznie na skórę, ale może przynajmniej na to, że kiedy założy sweter, ten wreszcie nie będzie go tam uwierał. A niech piecze, ile chce, byleby pomogło mu przetrwać jeszcze kilka dni.
Rozsiadł się wygodnie na kanapie i zwrócił słoiczki Noor, obserwując przy okazji to, jak na stoliku rozkładała sobie narzędzia do pracy. Rozchylił lekko kolana, a ręce luźno położył po swoich bokach, a kiedy zapytała o rum, pokręcił głową w odpowiedzi. Alkohol miał na niego znikome działanie, więc nie potrafił go docenić, nie licząc smaku, tyle że dla smaku sięgał jedynie po campari, albo po arak. Tutaj akurat oba nie były popularne, więc na ogół alkoholu nie popijał.
— Ja nie chcę, ale ty nie musisz sobie odmawiać — powiedział i uśmiechnął się do swojej następnej myśli. — Może trochę rozplącze ci się język i powiesz przynajmniej, co w ostatnim czasie tak bardzo zabiera ci sen — stwierdził, wracając wzrokiem do jej twarzy, która tym razem, po upięciu włosów, była już zupełnie odsłonięta. Pewnie nie to po zaparzyła sobie melisę, żeby teraz podnosić sobie ciśnienie krwi rumem, ale wcześniej też nie spodziewała się raczej gości. Nie bez powodu przyszedł tuż przed zamknięciem. Wiedział, że o tej porze apteka będzie pusta, a Noor wolna, chociaż nie miał żadnej pewności co do tego, że niczego sobie na ten wieczór nie zaplanowała. Ale nawet jeśli, to nie zamierzał zajmować jej go zbyt wiele, więc w razie co, to nie wszystko stracone.
UsuńZayden Ward
Nie był zbyt dobrym pocieszycielem, nie wiedział nawet, co powiedzieć ani jak się zachować. Nie chciał jednak, aby coś sobie zrobiła lub całkowicie pogrążyła się w myślach, które zatruwały jej umysł. Anastasius nie do końca to rozumiał. Sądził, że dostatecznie wszystko wyjaśnił, że Noor będzie umiała dostrzec tę prawdę, ale najwyraźniej emocje wzięły górę i teraz tkwili w tej nieco dziwnej, niezręcznej sytuacji.
OdpowiedzUsuńPozwolił jej uderzać w swój tors, nie przejmując się tym zachowaniem. Widział w jej oczach gniew i zranienie, choć nie czuł się temu winny. Nie zrobił nic, aby ją skrzywdzić, a przyszedł tutaj po to, żeby to podkreślić. Nie spodziewał się jednak takiego przebiegu rozmowy i robił wszystko nieco ślepo.
Nie puścił jej, obawiając się, że znów sięgnie po nóż albo jakoś inaczej będzie chciała się złościć, raniąc przy tym siebie. Wiedział, że nie miał prawa i gdyby sytuacja tego nie wymagała, nie zrobiłby tego i nie naruszyłby żadnej z granic, ale w tym przypadku chodziło o coś więcej.
— Najwyraźniej jesteś wyjątkowa — odparł, a potem dodał: — Urodziłaś się i żyjesz. Żyłabyś nawet bez tego amuletu, bo ostatecznie wszystko i tak zależało, zależy i będzie zależeć od ciebie.
Znów podkreślił, że talizman wcale nią nie manipulował. Wszystkie jej decyzje, te dobre i te złe, były tylko i wyłącznie jej wyborem.
Obserwował ją, gdy nagle wyciągnęła do niego ręce, jak się zbliżyła. Nie po to tutaj przyszedł. Nie chciał dotyku zrodzonego z gniewu ani strachu. To było nieodpowiednie, złe, a nawet w jakiś sposób czuł, że Noor po prostu wykorzystuje sytuację, aby w ten sposób zagłuszyć swoje emocje. Nie był jednak kimś, kto mógł jej pomóc w ten sposób, i to nie dlatego, że nie doceniał jej piękna, a dlatego, że za bardzo ją szanował, aby wykorzystać moment i spić z niej te niewygodne, trudne uczucia, które w niej wrzały.
— Zostanę tyle, ile będziesz potrzebować — odparł, a potem podniósł rękę i oparł o jej głowę, aby pogłaskać jej włosy. Przeczesywał jej pasma, pieścił i pozwalał, aby czuła jego oddech przy sobie, żeby miała świadomość, że jest tuż obok.
Ale nie zrobił nic więcej.
— Tylko ze mną rozmawiaj — dodał, odsuwając się nieco, a potem objął Noor w talii i poprowadził w stronę krzesła. Kiedy zajęła miejsce, przyjrzał się jej małej twarzy. Widział, że zaczęła błądzić wzrokiem, więc trącił kciukiem jej policzek, aby spojrzała w jego stronę.
— To dobry moment, żeby wyjaśnić sobie kilka kwestii. — Zanim usiadł obok, ściągnął z siebie marynarkę. — Po pierwsze chciałbym, żebyś wiedziała, że nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Nie wiem, dlaczego tak pomyślałaś, ale są osoby, które życzą ci dobrze, Noor, miałem nadzieję, że wiesz, że do takich należę.
Nie miał pojęcia, co właściwie sobie o nim myślała, jednak musiał powiedzieć to wszystko tu i teraz, bez niedopowiedzeń. Może to pozwoliłoby mu lepiej ją zrozumieć, a następnym razem umiałby jej lepiej pomóc, zamiast działać jak ślepiec.
Widząc ją taką, milczał przez moment, a potem nieco niepewnie złapał jej drobną dłoń w swoje palce i ścisnął lekko. Nie wiedział, co powiedzieć ani jak dotrzeć do Noor w tym momencie, obawiał się, że może coś źle odebrać. I chyba dlatego wolał towarzystwo zmarłych lub nieżyjących – wtedy nie musiał przejmować się emocjami, ludzkimi odruchami czy w ogóle ludzką naturą, bo nie miało to żadnego znaczenia.
— Noor… opowiedz mi, proszę, o tym, co się z tobą dzieje, o twojej naturze — powiedział, wpatrując się w jej twarz. — Twój wybuch, nóż w twojej ręce… co sobie myślałaś, gdy po niego sięgałaś?
Anastasius von Weiss
W noc przylegającą do kości, dudniącej pod skórą jak galop martwych koni, błądził w mglistych połaciach własnego niezrozumienia. Mrok przyjmował jego cień bez sprzeciwu, jakby znał ciężar psich dróg lepiej niż głębiny piekielnych czeluści.
OdpowiedzUsuńCmentarz drżał pod naporem cieni żarzących łap, coraz śmielej jednając się ze znajomym ciężarem – tym niskim, zwierzęcym rytmem, rozpychającym się w ziemi jak odbicia starych śladów, których nie dało się zdeptać.
Nagrobki mijały go bez imion, chłodne i obojętne jak stare blizny. Nie przychodził tu po spokój, bo ten był jedynie kłamstwem, pachnącym jak mokry kamień. Spopielona ziemia była uczciwsza niż ludzie, a śmierć cichsza niż ich głosy. Ogar nie wierzył w pamięć, tylko w ostatnie tchnienie pod naporem jego szczęki. Tutaj, unosiło się w powietrzu to łakome zawieszenie, które próbowało nakarmić go choć na krótką chwilę.
Zgubiony trop nie umarł. Psuł go powoli, od środka, zostawiając gorycz tego, czego nie dało się dokończyć. Noc karmiła go złudzeniem. Prowadziła w pół kroku za śmiercią, zawsze o jeden oddech za późno. Im dłużej krążył między nagrobkami, tym wyraźniej czuł, że nie poluje na ofiarę, lecz na brak. Gonił pustkę, rozpychającą się w nim szerzej niż piekło.
Ta noc niosła coś cierpkiego, znajomego aż do mdłości.
Zapach wślizgnął się pod skórę szybciej niż myśl. Kark bestii napiął się, niebezpiecznie zbliżając go do wąskiego przesmyku niemożliwego wyboru. Gnieżdżąc się gdzieś w piekielnych odmętach, przypominających mu o brudnym przeznaczeniu, przejechał chłodną dłonią po głowie. Skupił spopielony wzrok gdzieś w ciemnym horyzoncie, pozwalając mu roztoczyć swój podły blask.
Nie musiał jej widzieć. Wystarczyło mu to charakterystyczne drżenie ciężkiego powietrza, jawiące się jako instynkt, atak i gorycz.
Noor.
To imię było jak zgrzyt zębów o kość. Nie wypowiedział go na głos. Najchętniej splunąłby nim w ziemię, gdyby nie smakowało jak stara, cuchnąca rana, w której coraz śmielej gnieździło się robactwo.
Zatrzymał się nagle, gdzieś przy zimnym, porośniętym murze. Gniew rozlewał się gwałtownie, przypominając o tropie, który powinien złamać się wraz z jej karkiem. Niestety, wciąż igrał z jego zmysłami, potęgując jego piekielne łaknienie.
Leżała nieruchomo. Zbyt spokojna, zbyt cicha, jakby noc postanowiła przez moment pomóc zapomnieć mu, kim naprawdę była. Grimm zatrzymał żarzący się wzrok na jej sylwetce tylko na tyle, by upewnić się, że oddycha. Oddychała. Skrzywił się.
To wystarczyło, by w gardle podniósł się ciężki, gorzki pomruk.
Nie ufał jej nawet w bezruchu. A może, zwłaszcza w nim. Wyglądała niemal obco, jak coś, co nie zdążyło jeszcze zepsuć powietrza swoim istnieniem i to rozdrażniało go jeszcze bardziej, wraz z ciszą, która udawała niewinność, choć głaskała jak pułapka.
Przesunął językiem po kłach. Głód poruszył się pod skórą, a jego żar ślizgał się po spływających po kamieniu włosach Noor, dłoniach, rozrzuconych jakby w zapomnieniu i tej pozornej kruchości, która brzydziła go bardziej niż same obrazy przeszłości.
Zacisnął pięści i choć noc wzywała go do pogoni, trzymał oddech w miarowym, ludzkim tonie. Ze złością odepchnął plecy od muru i zaszeleścił kilkukrotnie o cmentarne poszycie, niebezpiecznie zbliżając się do jej paskudnego cienia.
Nie dotknął jej. Nie zamierzał zostawić na niej własnego zapachu.
– Znowu ty – wychrypiał cierpko, łapiąc w płuca ostatnie słowa tej nocy – Zawsze musisz śmierdzieć tam, gdzie ja próbuję oddychać?
Jego cień niespiesznie przybierał kosmatą, płomienną formę.
Cisza oblała go jak ulga i żal. Odwrócił wzrok od jej dłoni i niebezpiecznie odsłoniętych żeber nie dlatego, że chciał ją oszczędzić. Nie zamierzał dłużej patrzeć na coś, co wciąż oddychało, choć dawno powinno zostać wspomnieniem.
Wiatr smagnął jego stojące uszy. Cmentarz oddychał równie głęboko co Grimm, bezczelnie wskazując mu miejsce, niecierpliwie czekające na własny ciężar.
W piekle nauczył się dopadać i rozszarpywać. Tutaj miał nauczyć się czekać i zostawiać gniew głębiej niż własne kły.
Grimm
Dziwny wydawał jej się ten wymóg, żeby każdy, kto zawitał do miasteczka i postanowił zostać w nim dłużej, musiał znaleźć sobie dochodowe zajęcie. Nie miała nic przeciwko pracy samej w sobie, przecież do niedawna normalnie też musiała się z czegoś utrzymywać, opłacać rachunki i chodzić na całkiem zwyczajne zakupy, ale tutaj, w miejscu, które funkcjonowało przede wszystkim dzięki biernie czerpanej energii z mieszkańców, a nie pieniądzom per se, było to… drobnostkowe.
OdpowiedzUsuńIntuicja podpowiadała, że to tylko pozory, dzięki którym ktoś chciał stworzyć obraz normalnie funkcjonującego miasteczka. Pomysł wyjątkowo kuriozalny, skoro z założenia mieszkańcy nie byli tacy zwyczajni, nie w takim rozumieniu, które obejmowało większość świata.
Rozum jednak nakazywał wręcz, żeby przymknęła na to oko i zostawiła sprawę taką, jaką była. Nie chodziło w końcu o to, co jej się mogło wydawać i czy szło to w parze z jej przekonaniami. Takie rzeczy musiała póki co odłożyć na bok i skupić się na tym, co najważniejsze.
Caleb.
Spoglądała na śpiące maleństwo owinięte lekko w wełniany kocyk, zastanawiając się po raz kolejny, czy na pewno dobrze zrobiła, zabierając go tutaj. Nie czuła się w miasteczku dużo bardziej bezpiecznie, ale z drugiej strony co ona mogła o tym wiedzieć? Tak naprawdę nigdy nie musiała uciekać ani się ukrywać. Żyjąc, tak jak żyła, nie zwracała na siebie większej uwagi, nic ją nie zdradzało z tego, że była czarownicą. A jeśli ktoś już coś wiedział albo się czegoś domyślał, to tylko dlatego, że sam miał coś do ukrycia.
Caleb był jednak inny. Roztaczał wokół siebie dużo silniejszą aurę, bardzo niestabilną i nieprzewidywalną, taką, że nawet zupełnie niewrażliwi, zwykli śmiertelnicy potrafili poczuć, że coś zmienia się w powietrzu. Potrafiła sobie z tym radzić, ale nie dało się temu całkowicie zapobiegać, czasem najzwyczajniej w świecie Élarze brakowało sił, żeby pomóc tej energii się rozejść.
No i tego jego oczy. Bo pozostałe rzeczy można było jeszcze ukryć pod ubrankami, ale oczy? Oczy zdradzały go najbardziej, były też pierwsze, żeby zwracać uwagę innych. Zdarzało się, że źrenice zwężały się nagle do wąskich kresek, kolor nabierał intensywności, a samo spojrzenie stawało się… ciężkie. Ale i bez tego Caleb nie patrzył tak, jak patrzą inne dzieci w jego wieku.
Maleństwo przeciągnęło się mocno, kwiląc i wypuszczając z buzi pojedynczy bąbel ze śliny. Élara wyszła ze swojego zamyślenia, skupiając się na dziecku, którego oczka rozbłysły na jej widok. Dla niej to były najpiękniejsze oczy na świecie…
— Chodź do mnie — odezwała się, wyciągając ostrożnie chłopca z kołyski, nim ten sam zacząłby się tego domagać płaczem. Wyglądało na to, że drzemka dobiegła końca, więc przydałoby się, żeby coś zjadł. Élara pociągnęła nosem, zupełnie nie wiedząc, co ją do tego podkusiło. — Więc dlatego tak się przeciągałeś. — Pokiwała ze zrozumieniem głową, krzywiąc się zabawnie i układając dziecko w ramionach. — Zaraz cię oporządzimy.
Zerknęła pobieżnie w stronę wejścia do apteki, nim udała się z malcem na zaplecze. Nie zapowiadało się na to, żeby ktoś miał akurat tutaj zawitać, więc spokojnie mogła dać znać Noor, że potrzebowałaby na chwilę zniknąć zza lady.
Caleb nie był na razie bardzo wymagającym dzieckiem. Miewał swoje humorki, ale zazwyczaj jego problemy nie wymagały rozwiązywania skomplikowanych zagadek układanych przez samego Sfinksa. Najbardziej potrzebował bliskości Élary, bo to przynosiło mu największy spokój, a kiedy był spokojny, powietrze wokół niego też takie było. Co prawda runy nieco wyciszały jego wpływ na otoczenie, ale Élara czuła, że nie do końca działało to tak samo na niego samego i energia dalej potrzebowała pomocy, żeby ujść. Jednak jeśli udawało jej się zapobiegać napadom płaczu, rozdrażnieniu wywołanym przemęczeniem albo innym niemowlęcym dolegliwościom zawczasu, opieka nad Calebem szła gładko.
— Caleb się obudził — odpowiedziała na pytanie Noor siedzącej na zapleczu. To chyba wyjaśniało już wszystko, w końcu nie był to pierwszy dzień. — Nie ma jakiegoś ruchu, ale gdyby jednak ktoś akurat przyszedł, to mogłabyś podejść…? Ogarnę tego małego żuczka i zaraz tam wrócimy — zapewniła, na chwilę zerkając na pyzatą twarzyczkę chłopca, który jeszcze trochę zaspany opierał głowę o jej ramię. Musiała go przewinąć i nakarmić, co nie zajmowało jakoś dużo czasu i bardzo prawdopodobne, że Noor wcale nie będzie musiała ruszać się z miejsca i odrywać od swojego zajęcia.
UsuńÉlara Durant
Jeszcze tego brakowało, żeby klientela uprawiała w lokalu dzikie tańce w miejscu, które nie było do tego przystosowane. W Bruderschafcie było miejsce, gdzie po odsunięciu kilku stolików pod ścianę i zabraniu krzeseł, pojawiał się całkiem przyzwoity parkiet. Wśród mieszkańców azylu byli też fani potańcówek i Rory nie miała nic przeciwko temu, jeśli działo się to w warunkach kontrolowanych.
OdpowiedzUsuńA młoda, pewnie pijana kobieta, robiła teraz na Aurorze wrażenie, ale niekoniecznie pozytywne. Nie uszły jej uwadze spojrzenia podchmielonych mężczyzn, które sunęły po pośladkach wspinającej się na bar Noor. Barmanka, nadal krzyżując ręce pod niewielkimi piersiami, uniosła tylko brew ku górze i mało brakowało, a warknęłaby na tych gogusiów, którzy zdawałoby się, woleliby ujrzeć, jak tancereczka ściąga z siebie ubrania. Bruderschaft może i miał swoją reputację wśród mieszkańców, na pewno jako najdłużej działający tutaj bar, ale nikt nigdy nie powiedziałby o tym lokalu, że był klubem nocnym ze striptizem. To się tutaj nie zdarzało. Owszem, bywały wieczory, kiedy to syreny przychodziły na łowy i zarzucały swój urok na mężczyzn, ale pozostawały nadal ubrane, skąpo po skąpo, ale zawsze. Były też dni, kiedy to mężczyźni zrzucali z siebie koszulki i prężyli muskuły, obijając sobie pyski, wtedy nie kończyło się miło, najczęściej wizytacją funkcjonariuszy porządkowych. A tych Rory nie lubiła, bo kojarzyli jej się z policją. A policji też nie lubiła, bo pojawiali się zawsze wtedy, kiedy Nielsen wywoływała kłopoty, a nie wtedy, gdy potrzebowała pomocy.
— Zejdź! — próbowała przekrzyczeć śpiew pięknej, młodej kobiety, stojąc bezpiecznie za jej plecami, więc miała teraz wgląd na ten krągły, zgrabny tyłek i już się nie dziwiła tym pijaczkom, dlaczego tak na nią spoglądali. Wąska talia wyłoniła się zza materiału swetra, a Rory z trudem oderwała spojrzenie od sylwetki Noor.
— Ty, wielkoludzie! — krzyknęła do barczystego, wysokiego mężczyzny, który pojawił się przy barze, chyba jako jedyny zmierzając po dolewkę piwa. Postawił kufel na ladzie, a Aurora szybko go przechwyciła, aby czasem szatynka nie narobiła strat. — Ściągnij ją, to dostaniesz piwo za darmo — mówiła, gdy skupiła na sobie uwagę mężczyzny. Ten pochwycił Noor pod kolanami, ale wystarczyło, aby wokalistka na niego spojrzała, a odpuścił.
I wtedy Nielsen pojęła, jak działa ta czarodziejka z barowej lady. Nie pozostawało jej nic innego, jak wybić panienkę z rytmu. Bawiło ją to. Naprawdę, ale była w pracy i nie mogła dać sobie tego luzu, który teraz miała w sobie nieznajoma. Rory dorwała się do sprzętu audio, wyłączyła muzykę i wyciszyła mikrofon, więc śpiewaczka przestała rezonować swoim głosem po wnętrzu.
— Dobra, starczy — powiedziała głośno, prostując się za ladą. — Nogi połamiesz. Złaź.
Rory Nielsen
Dobrze, że wiedziała, że nie chciał jej zranić. Przez moment sądził nawet, że może jednak wierzyła w to, że jest mu obojętna i nie przejmuje się jej dobrem, a przecież był tuż obok, prawie zawsze będąc dla niej ukojeniem, przystanią, do której mogła wracać. Niczego od niej nie oczekiwał, niczego nie chciał. Nie musiała bawić się z nim w czułe, słodkie słówka ani gesty – jeśli to, co się między nimi działo, miało przetrwać, o ile w ogóle coś było, to Anastasius pragnął przede wszystkim tego, co prawdziwe. Chciał Noor, całego jej chaosu, rozterek, gniewu, strachu, uśmiechów, bo to wtedy była najpiękniejsza. Tak inna, a tak spójna w swojej naturze.
OdpowiedzUsuńDawał jej chwilę, której potrzebowała. Cisza nie był w końcu zła, pozwalała się zastanowić, przemyśleć to, co się stało, a Anastasius był cierpliwy. Nie musiał wiedzieć wszystkiego tu i teraz, nauczony tym, że wiedzę zdobywało się stopniowo. Nie chciał też naciskać ani psuć pozornego spokoju Noor – w tym momencie nie było w niej emocji, które zmuszały ją do ostrych słów i ostrych czynów.
— Gdyby to było takie proste… nie ma takiej magii, która mogłaby kogoś w ten sposób związać, poza tym byłaś dzieckiem, małą, niewinną duszą, dopiero się urodziłaś — odpowiedział, chcąc zaznaczyć, że nie zajmował się tego typu magią. Nekromancja miała swoje plusy i minusy, dawała wiele w domenie panowania nad życiem i śmiercią, ale nie pozwalała rządzić losem drugiego człowieka.
— Stare pisma powiadają, że magia nie jest w stanie tak naprawdę zmusić kogoś do konkretnych uczuć. Zapewne znaleźliby się tacy magowie, którzy to umieją, ale i tak byłoby to coś niestałego, fałszywego… to, co cię do mnie przyciąga, to nie magia, przynajmniej nie moja magia. Nie jestem tego typu magiem — wyjaśnił konkretnie. — Myślę, że tak bardzo jesteś niepewna wszystkiego wokół, że poddałaś się swoim własnym, trującym myślom, byleby zyskać kontrolę i się ode mnie odciąć. I w jakiś sposób to rozumiem, choć wolałbym, żebyś ze mną rozmawiała, a nawet krzyczała czy rzucała talerzami, niż chowała się w tym chaosie i unikała mnie.
Chciał wierzyć w to, że to ostatnia tego typu sytuacja, ale wiedział, że tak nie będzie, że Noor jest chaosem, że prędzej znów wyceluje w niego czymś ciężkim, niż załatwią sprawę pokojowo. I ani trochę mu to nie przeszkadzało. Jeśli coś było warte siedzenia w tym miasteczku, to właśnie to – ten moment, w którym był tuż obok niej, mogąc posłużyć jej dobrym słowem i radą. Chciał być wsparciem, choć jeszcze uczył się, jak to robić.
— Zabiorę nitkę — obiecał. Amulet nie musiał jej dłużej chronić, teraz Noor była tutaj, w azylu, gdzie pozornie każdy był bezpieczny. — Tak, bardziej spektakularny i mogący przyprawić o zawał serca starego człowieka — wytknął z ponurą nutką żartu w głosie, a potem spojrzał w stronę jej skaleczenia.
Anastasius machnął dłonią, a zielona poświata dotknęła jej rany i błysnęła mocniej, nie zostawiając po niej śladu. Lisz dotknął kciukiem gładkiej skóry. Kiedyś, poza azylem, umiałby wyleczyć gorsze urazy czy choroby, teraz raczej ograniczał się do drobnych draśnięć, bo tylko to mógł zrobić z runami ograniczającymi moce.
— Wolałbym, żebyś przez najbliższy czas nie sięgała po nóż — dodał.
Spojrzał w jej stronę, gdy pochyliła się do niego i zadała mu pytanie, a potem tak po prostu wyznała to, co wyznała, a Anastasius wydał z siebie ciche mhm.
Usuń— Martwię się — przyznał szczerze. — Jesteś zdziwiona? Myślałem, że o tym wiesz. I… nie wiem, co powiedzieć. Nie jestem odpowiednim towarzystwem dla kogoś takiego jak ty, Noor. Noszę w sobie śmierć, zgniliznę, bliżej mi do starca niż młodego chłopaka, z którym mogłabyś przeżywać chwile, których nie chciałabyś nigdy zapomnieć. Jesteś piękna, Noor, jak wschód słońca, który rozgania mrok, a ja… chyba obawiam się, że wprowadzam w twoje życie ciemność, rusałko.
po prostu Anastasius
Wyrwała się.
OdpowiedzUsuń- Nie dotykaj mnie - warknęła lodowato. Nie interesowało ją w tej chwili jej zdanie, motywy czy pobudki. Nie znosiła zbytnio dotyku, zwłaszcza jak ktoś sobie na to pozwalał. - Nie znasz ani mnie ani moich mocy, wiec skąd twoja pewność, że w pelni ją używam? - uniosła brew odskakujac. - Kimże jesteś żebym sie musiała tłumaczyć z własnych pobudek czy czynów. Śledzisz mnie teraz czy szpiegujesz? Ja za tobą nie latam tylko ty... Wiesz, że to pod paragraf podchodzi? Rozumiem, że chcesz się upewnić czy mi nic nie jest. - zauważyła - NIE JEST! - warknęła sucho. - A teraz może wrócisz do swej apteki a mnie dasz w spokoju wykonywać pracę? Jestem strażnikiem leśnym, taka tu dostałam pracę, by dbać o zwierzęta. Nie mój problem, czy ci się to podoba czy nie a jeśli chodzi o runy, skoro bawisz się w detektywa to owszem mam - przytknęła palec do czuła i popukała, by je ujawnić. - proszę ! Teraz jesteś zadowolona? Mogę wrócić do pracy? Komunikowanie się ze zwierzętami nie podlega pod magię, bo sama jestem lisem, jakbyś nie zauważyła jeszcze. Rozumiesz? - Przejechała dłonią po czole: znak znikł.
Okrążyła ją by podejść do zwierzaka. Próbował wstać.
- Jeśli to już wszystko to żegnam.
Schyliła się przy jego grzbiecie i zrobiła dźwignie, aby ułatwić wstanie. Długo to trwało, nim w końcu stanął na nogach. Podtrzymywała go. Popatrzyli w oczy i powoli zaczął odchodzić.
H.
Ona w niektóre dni bała się krzywdy i zdrady, a on zawsze miał na uwadze niepewną między nimi lojalność, która w każdej chwili może się złamać. Nie pozwalał być jej bliżej, bo nie musiał – jeśli ona tego potrzebowała, to znajdowała bliskość gdzieś indziej, a on nie był istotą, która tak lekko rozdaje siebie i swoje zainteresowanie, czy daje komuś wstęp do własnego świata za odrobinę ciała. Tym nie dało się go ani omamić ani przekupić, bo miał wolną wole, żeby korzystać z pokus, albo je ignorować. Akurat słodkie chwile uniesienia były dla nich tym gruntem, na którym nie mogli się zniszczyć, bo zawsze zaczynały się na prostych zasadach i bez obietnic, które mogłyby później ciążyć któremukolwiek z nich. Dzięki temu niczego od siebie nie wymagali i niczego sobie nie odbierali, zostawiając między sobą bezpieczną przestrzeń, w której mogli po prostu trwać przez chwilę obok siebie. Jemu też to wystarczało. I na razie mogło też dalej trwać, aczkolwiek nie powiedziane, że ten układ z czasem nie ulegnie zmianie, albo że się nie rozmyje na poczet jakiegoś innego, bo przestrzeń się zmienia, podobnie jak priorytety. Zresztą, ona potrafiła szukać nieczystych intencji nawet w momencie, w którym on otwarcie przyszedł do niej po pomoc, więc tymi wątpliwościami prędzej czy później wyniszczy samą siebie. Z jednej strony czuła się przy nim bezpiecznie, z drugiej nieustannie węszyła spisek – może pewnego razu odbierze coś tak opacznie, że runie to wszystko szybciej, niż kiedykolwiek mogliby zakładać. Ale był to właśnie efekt braku wzajemnego zaufania, który roztaczał się między nimi na tyle dotkliwie, by zasiewać niepewność i dystans, dlatego dużo lepiej, że pozostawali jedynie w układzie słodkich chwil. To było proste, nie wymagało niczego więcej ponad obecność. A z czasem, kiedy i tego między nimi zabraknie, nie będzie to strata, której mogliby żałować jakoś szczególnie, bo po prostu rozejdą się jak za każdym razem już po wszystkim i zwyczajnie do tego nie powrócą.
OdpowiedzUsuńMilczał, obserwując jej ruchy, słuchając i jedynie w myślach zgadzając się co do tego, że jeśli coś było niewypowiedziane, to z pewnością dlatego, że ktoś mówił za mało. Nie wiedział, do czego konkretnie się odnosiła, bo wciąż obchodziła temat półsłówkami, ale nie zależało mu na tym, żeby wyciągać od niej informacje, czy ciągnąć za język, żeby to zrozumieć. Pytał, bo jej zmęczenie go zastanowiło – tyle, albo aż tyle. Może był w stanie jakoś jej w tym pomóc, a może nie. Ostatecznie mogła powiedzieć, że to nie jego sprawa i taka odpowiedź też byłaby dla niego jasna. Nie przesłuchiwał jej przecież, nawet nie wymagał od niej zwierzeń, a jedynie luźnej pogawędki, zakładając, że na tyle jest ją chyba jeszcze stać, nawet w obliczu niepewnego zaufania. Dostrzegał w niej ostatnio jakąś dziwną niestabilność, jakby nie wiedziała, w którą stronę należy iść, dlatego sam starał się trzymać jedynie tego, co jest między nimi pewne. To niwelowało ryzyko wymknięcia się czegokolwiek spod kontroli.
— Coś próbuje cię atakować, gdy próbujesz zasnąć? — zapytał wprost, lekko marszcząc brwi, bo nie był pewien, czy dobrze rozumie to, co właśnie mu przekazywała, choć wszystko wskazywało, że tak. Nie zamierzał nic z tym zrobić, dopóki ona sama tego nie zechce, ale było to zjawisko zastanawiające i raczej idące gdzieś spoza systemu. System miał w zwyczaju korygować takie rzeczy.
Gdy oparła się o niego bokiem, podniósł rękę i przełożył ją za jej plecami, żeby było im w tej pozycji trochę wygodniej. Byli przyzwyczajeni do bliskości swoich ciał, więc nie był to gest, który mógłby ich zaskoczyć, ale może właśnie tego Noor potrzebowała. Ramienia, na którym może się oprzeć w chwilach zwątpienia. A czy to dobrze, że to jego ramie, to podlega jedynie ocenie Noor.
Usuń— Teraz zastanawiam się, czy mnie tym wysmarujesz, czy może jednak wypchasz — odpowiedział, nie kryjąc się z żartobliwym uśmiechem, który na moment wyraźnie pojawił się na jego twarzy. — A dlaczego zakładasz, że coś może w niej siedzieć, skarbie? Lubię, gdy sobie razem siedzimy, ale teraz wyglądam co najmniej tak, jakbym stoczył bitwę z jakimś wyjątkowo złośliwym kotem i te rany trochę mnie wkurzają, bo są niewygodne i drażnią — przyznał. Nie był to taki typowy ból, ale dyskomfort gdzieś pod skórą, który kładł już się cieniem na jego nastroju.
Zayden Ward
Stała przy przy ciężkim, drewnianym biurku i starannie układała kolejne dokumenty w równych stosach, robiąc to tak, jakby porządek w papierach miał pomóc uporządkować także wszystkie jej myśli. W biurze, w którym urzędowała od kilku lat, panowała cisza przerywana jedynie szelestem kartek i cichym stukiem odkładanych na miejsce teczek. Jej włosy były związane w długi, starannie spleciony warkocz, który opadał wzdłuż pleców, a wolne kosmyki, które się w niego nie złapały, tańczyły przy jej twarzy. Miała na sobie ciepłą, wygodną sukienkę do kostek, swobodnie układającą się przy każdym ruchu, której długie rękawy poprawiała co jakiś czas, nachylając się nad kolejną kartą kroniki. Była zanurzona w swoim zajęciu i w spokojnym rytmie zimowego popołudnia, ale bardzo lubiła swoją pracę. Dawała jej poczucie sensu i stałości, taką prostą satysfakcję, która przychodziła z porządkowania cudzych historii i nadawania im miejsca w kronikach. Czasem łapała się na tym, że czytała urywki zapisków uważniej, niż było to konieczne i w takich momentach zwalniała nieco, by z zainteresowaniem prześledzić którąś historię. Niektóre miały spore luki, więc zaznaczała je sobie, a potem starała się odnaleźć brakujące informacje, by je uzupełnić. Zwykle docierała do źródeł – do istot, których dotyczyły, ale współpraca nie zawsze była lekka.
OdpowiedzUsuńPo chwili sięgnęła po jedną z cieńszych teczek, przypominając sobie o dokumencie, którego brak zauważyła wcześniej. Poza sporą częścią historii, brakowało potwierdzenia jednej z dat, a wiedziała, że odpowiedni rejestr przechowywany jest w sąsiednim dziale. Poprawiła rękawy sukienki, wygładziła dłonią wierzch stosu papierów i wyszła na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi.
Na zewnątrz było chłodniej, a wąski korytarz wypełniał przytłumiony pogłos kroków. Minęła kilka zamkniętych drzwi, kierując się do pomieszczenia, w którym przechowywano starsze zapisy. Lubiła te krótkie przerwy od siedzenia w jednym miejscu, bo pozwalały rozprostować plecy i na chwilę oderwać myśli od niekończących się kolumn dat i nazwisk. Teraz jednak szła z konkretnym celem, mając nadzieję, że wśród zakurzonych rejestrów znajdzie ten brakujący ślad, który pozwoli domknąć kolejną historię, ale gdy minęła krzyżujące się korytarze, zauważyła spacerującą wzdłuż ściany Noor. Wyglądała na znużoną czekaniem. Pewnie przyszła do ratusza dopiąć comiesięczne obowiązki, związane z prowadzeniem apteki.
— Noor? — zawołała do niej, zbaczając na chwilę z trasy. Pomachała lekko i uśmiechnęła się ciepło, gdy brunetka na nią spojrzała. — Firmowe obowiązki? — zapytała, podchodząc bliżej. Nie zajmowała się takimi sprawami, ale mogła coś podpowiedzieć, albo z czymś pomóc. Była tym rodzajem urzędniczki, która nie robi nikomu pod górkę, bo nie jest wcale konfliktowa. Starała się wspierać wszystkich w przechodzeniu przez urzędnicze procedury i zamiast zasypywać ich niezrozumiałymi formułkami, cierpliwie tłumaczyła, co należy zrobić i gdzie się udać, by sprawa mogła posunąć się naprzód. Wiedziała, że dla wielu z nich te korytarze i stosy dokumentów były czymś obcym i przytłaczającym, dlatego starała się być kimś, kto wprowadzał w ten świat odrobinę porządku i spokoju.
Tove
— Myślę, że jeśli nie spróbujesz, to się nie przekonasz. A chyba nie chcesz żałować, że czegoś nie zrobiłaś? — Minnie uśmiechnęła się zawadiacko, zupełnie jakby chciała rzucić Noor wyzwanie. — Nie musisz być tak odważna jak ja. — wzruszyła lekko ramionami. — A mówiąc o nim… — wskazała mężczyznę za barem, jak gdyby nigdy nic. — Miałam na myśli trójkąt. Chyba, że wolisz na nas popatrzeć… — wampirzyca spojrzała na nią, unosząc brew. W końcu istniały różne fetysze, a każdego kręciło coś innego. Spojrzała na barmana tylko na moment, jak na narzędzie, po czym wróciła wzrokiem do zielonych, jarzących się oczu Noor. — Ale hej! Samej Cię na pewno nie zostawię. — złapała dziewczynę za rękę, uśmiechając się przy tym szeroko.
OdpowiedzUsuńMinerva już kończyła swojego drinka. Mimo że był aromatyczny i wręcz uzależniający, to nie potrafiła się nim delektować. Była zachłanna i szybko go pochłonęła stawiając puste szkło na blacie.
— Negocjacje bywają tu naprawdę żarliwe. — przyznała, oblizując usta. — Ale ostatecznie to Ty wybierasz, co dasz innym.
Minerva nie cofnęła się ani o cal. Przeciwnie, przyjęła ciężar Noor z tym spokojnym, drapieżnym bezruchem, który zdradzał, że wszystko dzieje się dokładnie tak, jak chciała. Jej dłoń uniosła się leniwie i zatrzymała tuż pod brodą dziewczyny, nie dotykając jeszcze, jakby smakowała samą możliwość.
— Chcę więcej — powtórzyła cicho słowa dziewczyny, z lekkim rozbawieniem. — Widzisz? Nawet nie musiałam Cię namawiać… — zaśmiała się cicho i melodyjnie.
Jej palce w końcu musnęły skórę Noor, chłodne, pewne, aksamitne. Minerva nachyliła się tak blisko, że ich oddechy niemal się zmieszały, a jej głos był naładowany słodyczą. Zapragnęła posmakować drinka, którym raczyła się kobieta i który tak na nią wpłynął? A może po prostu chciała zasmakować jej? Chwyciła jej twarz w dłonie i zbliżyła się ustami do jej ust. Językiem przesunęła wzdłuż jej warg, zlizując jej smak. Nawet jeśli ktoś na nie patrzył, to jej to nie przeszkadzało. Przeciwnie, ona uwielbiała być w centrum zainteresowania. Zupełnie jakby karmiła się nie tylko krwią, ale i atencją innych.
— Niezły. — mruknęła, patrząc przez chwilę w oczy Noor. Niespodziewanie odwróciła się od niej, łapiąc kontakt wzrokowy z chłopakiem za ladą. — Jeszcze raz to samo. — mężczyzna zaraz podał im po jeszcze jednej kolejce. — I piekielne szoty. — dodała, nim zdążył się oddalić. Nalał do kieliszków wódki i podpalił je tak że płonęły niebieskim ogniem.
— Co powiesz na body shot? — zapytała, ale nie zaczekała na odpowiedź. Chwyciła kieliszek, odwracając się w kierunku Noor. Wylała zawartość kieliszka na szyję dziewczyny, celowo w takim miejscu, że strużki alkoholu spływały w kierunku jej dekoltu. Noor mogła poczuć, że skóra ją pali od alkoholu, w końcu te shoty były wyjątkowe. Kiedy mokry język Minervy dotknął jej szyi, mogła poczuć ulgę od pieczenia. Dziewczyna zsunęła się niżej, zlizując całą zawartość alkoholu.
— Język mnie pali — zaśmiała się, zaraz się prostując. Dla niej najwyraźniej była to świetna zabawa. — Spróbujesz? — podała jeden z kieliszków swojej towarzyszce.
Minerva Cove
[Czołem!
OdpowiedzUsuńMiło mi, że rozbudziłam zaciekawienie u tylu osób, choć totalnie nie spodziewałam się takiego feedbacku. Dawno nie pisałam i odnoszę wrażenie, że przez to trochę mi się zardzewiało.
Chwilowo nie mam pomysłu na wątek z Noor, ale to jeszcze przecież niczego nie przekreśla. Postaram się pogłówkować, może coś mi przyjdzie do głowy C: ]
Belial
Wiedziała, że złość piękności szkodzi i wcale nie poprawia nastroju... ale są jakieś granice.
OdpowiedzUsuń- do rzucania sie to mi jeszcze daleko. - westchnęła ciężko jakby spodziewając się zaraz wielkiej migreny - przedstawiam fakty, które chyba nie do końca do ciebie dotarły, Noor, to co mówię.
Schyliła się, aby wytrzeć ręce w śniegu.
- Jak chcesz dobitniejszego śladu na potwierdzenie, to ci to dam.
Odwróciła się do niej plecami i sięgnęła za bluzkę odsłaniając plecy i zżymając się w duchu do czego to doszło, by musiała aż tak się upokarzać przed całkiem obcą osobą. Wprawne oko zauważy jej blizny po poparzeniach z dzieciństwa i wybuchu mocy po uzyskaniu czwartego ogona. Oprócz tego było widać ślady różnego rodzaju, nawet bardziej świeże niż te ostatnie.
Po chwili obciągnęła bluzkę w dół i zwróciła się twarzą do niej.
- mam nadzieję że się przyjrzałaś. Złamania i różne inne rzeczy nie były dla mnie nowością. Tak się złożyło, że byłaś, pomogłaś, podziękowałam już. - zawiesiła głos - jednakże, patrząc na twój młody wiek, radziłabym uważać. To nie jest groźba sama w sobie, ale jak ci sie przytrafi gorsza w życiu istota, to tak nie szarżuj. Jako strażnik leśny mam trochę inne runy, niż pozostali - odparła - jak nie wierzysz, to możesz śmiało w Ratuszu zapytać. Trochę to trwało nim w końcu znalazłam odpowiednie zajęcie. A z tego przypadku - machnęła ręką na krew - będą musiała sporządzić raport.
Mogła być złośliwa, ale po co. Miała las pod opieką i to jej wystarczyło, aby żyć w tej "złotej" klatce i nie mieć zbytecznego kontaktu z mieszkańcami LS. Pożegnała ja skinieniem głowy a sama poszła w odwrotnym kierunku.
Hocia-psocia
[Myślę, że jej wysoka wrażliwość w tym miejscu może się okazać całkiem sporym przekleństwem, ale z drugiej strony - daje to na pewno spore pole do popisu w kwestii wątków. Bardzo dziękujemy za powitanie, a w razie chęci, wiecie gdzie nas szukać.]
OdpowiedzUsuńDorian
[Chciałabym powiedzieć, że Noor ma niewielką szansę by go przyłapać, ale byłoby to kłamstwo: myślę że wchodząc do sklepu to zawsze 50/50 - ktoś powinien zatrudnić ochroniarza. Dorian ma też emocjonalność ameby, co nie pomaga w nawiązywaniu relacji. Natomiast, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wpadła do sklepu i go obudziła - a jeśli przy okazji miałaby przy sobie jakieś ciekawe ziółka, które picie wina wprowadziłyby na wyższy level, Dorian mógłby pokusić się o szybsze zamknięcie sklepu i udawanie, że nie jest całodobowy.]
OdpowiedzUsuńDorian
Jej głos odbił się od zmarzniętych nagrobków, trafiając prosto w jego piekielną świadomość. Nieznośna wibracja, dudniąca wraz z posiniaczonym echem wspomnień próbowała zmusić go do reakcji.
OdpowiedzUsuńCiało napięło się maksymalnie, a w gardle na dłużej zatrzymała się krwista gula. Czuł pod skórą drżenie psiej bestii, wyjącej z prośbą o wyjście z nocy. Coraz śmielej rosła w nim chęć, by rzucić się na jej szyję i poczuć zgrzyt drobnych kobiecych kości pod zębami.
Tylko ten paskudny zapach jej ucieczki, który nieoczekiwanie prześladował go od tamtej nocy, trzymał go jeszcze w ryzach. Skrzywił się, wyraźnie obrzydzony jej osobą.
Mimo to kucnął nieopodal chłodnej ziemi, którą swoją osobą brudziła Noor.
Miała w sobie wszystko, co próbował z siebie wyrzygać – tę samą, niepokojącą iskrę, która zamiast gasnąć, uparcie tliła się pod skórą nawet w najciemniejszą noc.
Grimm przechylił głowę nieznacznie, jak drapieżnik, który dawno przestał traktować ofiarę jako zagrożenie. W jego spojrzeniu cichł gniew, ale potęgowała się ciężka, lepka pogarda, która osiadała na skórze gęściej niż wilgoć unosząca się nad rozkopaną, cmentarną ziemią.
– Skończyłaś? – zapytał powoli, splatając ze sobą palce. Ściskał je tak mocno, że bielały pod naporem jego nadnaturalnej, zazwyczaj zbyt brutalnej siły. Grimm zacisnął szczękę mocniej, aż w skroniach zapulsowało tępe, znajome ciśnienie – Masz wyjątkowy talent do wracania tam, gdzie nikt cię nie chce.
Jego cichy głos był jak gardłowy szept. Szorstki, stłumiony, jakby każde słowo z trudem przeciskało się przez kły, które z trudem mieściły się w ludzkich dziąsłach. Jego ton był jednak spokojny, niemal uprzejmy. Dokładnie taki, jakim mówiło się rzeczy ostateczne.
Przebiegł jeszcze wzrokiem po jej policzku, z niemą satysfakcją obserwując nerwowe zaciskanie się kobiecej szczęki. Uśmiechnął się niemal niewidocznie, chowając się w cieniu rzucanym przez światło pełniejącego księżyca.
Wstał nerwowo, nienaturalnie i chwycił za wąską łopatę, opartą o pobliski mur cmentarza.
Powoli wbił jej kraniec w wilgotną ziemię. Raz. Potem drugi. Mokra gleba ustępowała z cichym, ale nieprzyjemnym mlaśnięciem, jakby udzielała jej się niechęć Grimma. Ruchy miał spokojne, niemal metodyczne, jakby naprawdę bardziej interesowała go robota niż ona.
Nie spieszył się.
– Bo jeśli to już wszystko – dodał chłodno, strzepując z ostrza większą grudę ziemi – to naprawdę wolałbym wrócić do roboty.
Jego spojrzenie przesunęło się po niej powoli, bez cienia współczucia. Jak po czymś, co za chwilę ze złudnym zapomnieniem zniknie pod warstwą ziemi.
Grudy ziemi ciężko osuwały się na bok. Wilgoć ziemi wpełzała pod paznokcie, ale nie zwracał na to uwagi. To było coś naturalnego, miękkiego, a jednocześnie kotwiczyło go w psiej, brutalnej naturze. Każdy jego ruch był zwyczajny, niemal lekki, jakby robił to już zbyt wiele razy, by musieć się nad tym zastanawiać.
W końcu zatrzymał się i oparł trzonek łopaty o pobliski nagrobek.
Nie chciał zbyt długo igrać z własną satysfakcją.
W mgnieniu oka znalazł się tuż przy niej. Złapał ją mocno, szorstko, jak niewygodną przeszkodę, która uniemożliwiała przejście przez drogę. Przez ułamek sekundy jego szorstkie palce mocniej zacisnęły się na skrawkach jej nagiego ciała, jakby bestia chciała sprawdzić, czy nadal z taką łatwością potrafi łamać.
A potem ją puścił. Tak po prostu, ledwie pochylając się nad wykopanym dołem. Smukłe ciało opadło na miękką ziemię z echem, które zadziornie zadrapało jego stopy.
Grimm przez moment patrzył w głąb wykopu w milczeniu, jakby oceniał własną robotę. W jego spojrzeniu nie było ani odrobiny triumfu ani grama wahania.
Jedynie to ciężkie, znajome zmęczenie i zapach krwi, której nie było.
Uniósł łopatę ponownie, a ziemia powoli zaczęła wracać na swoje miejsce.
I po co było wracać, Noor… skoro i tak za każdym razem kończysz w moich rękach. Całe szczęście pod ziemią oddycha się ciszej.
prywatny grabarz
Tymczasowo wróciła do swej nory, aby zażyć parę snu przed przenosinami swego małego przybytku. W końcu ustalono jej nowy przydział zadań, ale musiała poczekać aż urzędnicy ogarną temat i znajda jakąś miejscówkę w lesie na jej nowy dom. Zdawała sobie sprawę, iż nie będzie mogła długo mieszkać w jamie, ale mimo tego i tak ja zostawiła - tak na wszelki wypadek. Nie pamiętała, żeby tak długo spała. Może z wyczerpania albo emocji, ale wyszła skoro świt do ratusza, aby dowiedzieć się szczegółów jak i odebrać klucze i niewielki przydział kasy, za którą kupiła kilka kocy, poduszkę, ręczniki i inne drobiazgi jak i później wstąpiła też do papierniczego. Obładowana siatkami ruszyła do swego domu, ale też miejsca pracy.
OdpowiedzUsuńW ciągu paru godzin tak kursowała w obie strony z parę razy znosząc do budynku więcej rzeczy niż normalnie miała w całym swoim życiu i zaczęła sprzątać, gdyż budynek był stary i miał pełno kurzu. Powinna też zajrzeć do apteki po podstawowy sprzęt ratowniczy, ale się wąchała. Jednakże nie była typem chowającym głowę w piasek, przy jakimś nieporozumieniu. Sprawdziła portfel - powinno starczyć i ruszyła.
Było jeszcze otwarte chociaż było już późno. A wbrew temu, to miasto nie było jeszcze aż tak wielkie by sie nie mijać po drodze.
- dobry! - odparła obojętnie jakby tu była pierwszy raz - potrzebuję bandaży 5 sztuk, gaziki, jodynę, spirytus salicylowy, przylepce papierowe najlepiej, jakieś leki przeciwbólowe... - zaczęła jeszcze wymieniać parę rzeczy - wiem, że zbliża się pora zamknięcia, a nie lubię tłumów. To trochę duże zamówienie, nie wiem, czy tyle mi wystarczy a jak nie to może przekażesz je w ratuszu, odlicza potrzebna kwotę? - mówiła to biznesowo.
Hocia-zakupoholiczka
Zapach alkoholu mieszał się z czymś głębszym, metalicznym, niemal słodkim. Minerva chłonęła go powoli, z zamkniętymi na moment powiekami, jakby smakowała emocje zamiast krwi. Noor była pełna sprzeczności, a to zawsze działało na nią najmocniej. Kontrola i chaos, strach i duma, ogień, który sam sobie narzucał kaganiec. Minerva czuła, że to nie była niewinność. To była świadoma decyzja, wypracowana latami walki z samą sobą. Otworzyła oczy i spojrzała na nią z bliska. W tej odległości czuła każdy nierówny oddech Noor, drobne napięcia mięśni, mikrodrżenia, których nie dało się oszukać. Czuła, jak aura Noor na nią reaguje i skłamałaby, gdyby powiedziała że jej się to nie podobało. Kiedy jej towarzyszka wspomniała o tym, że nie wytrzymaliby jej bliskości, Minerva jedynie uniosła brew, lecz nie zapytała o konkrety. Była ciekawa jak działają demoniczne moce na wampiry. Na pewno nie tak mocno jak na ludzi, ale wampirzyca wiedziała, że nie była na nie całkowicie odporna. Mimo to wciąż kusiła, prowokowała i wystawiała cierpliwość Noor na próbę.
OdpowiedzUsuńKiedy panna Dubois przejęła stery i przycisnęła ciało wampirzycy do swojego, Minnie tylko się uśmiechnęła, kąciki ust uniosły się leniwie, niemal rozbawione. Nie cofnęła się, nawet nie przeszło jej to przez myśl. Pozwoliła, by echo słów Noor osiadło między nimi jak zapach alkoholu i siarki.
— Problem polega na tym… — zaczęła, wyzywająco patrząc w jej oczy. — Że lubię się sparzyć. — zimnymi, smukłymi palcami objęła żuchwę dziewczyny. Kiedy wspomniała, że może być jej zgubą, wyszczerzyła ostre kły w uśmiechu. — Wcale w to nie wątpię. Jesteś delicją i zgubą w jednym. — odchyliła delikatnie głowę do tyłu, kiedy dziewczyna wylała zawartość kieliszka na jej szyję. Zadrżała podniecona, czując jej język na swojej skórze.
Była wyjątkowo nakręcona przez smak krwi i alkoholu, a dodatkowo przez jej bliskość. Nim się odsunęła, złapała ją za pośladek i zatrzymała przy sobie na krótką chwilę.
— Skoro Ty mnie kąsasz, to ja też mam na to zgodę? — zapytała z prowokującym uśmiechem. Pragnęła posmakować jej krwi, w kółko sobie wyobrażając jak mogła smakować. Dodatkowo, pijąc jej krew mogłaby dostać się do jej umysłu i zerknąć na choć jedno wspomnienie czy odczytać jej emocje. Czy ta gra podobało jej się równie mocno?
— Tego się boisz? — zmarszczyła brwi, chwytając ją mocno za nadgarstek. Zbyt mocno, ale to chyba jedyna rzecz którą zrobiła czysto nieświadomie. — Jak można zapomnieć o kimś takim jak Ty? — szczerze się zdziwiła. — I dlaczego miałabym zapomnieć o kimś, z kim tak dobrze się bawię? — spytała aksamitnym głosem.
Cała ich relacja była dość pokrętna, balansując na granicy. Ale to właśnie się jej podobało. Że nic nie było oczywiste. Że nie wpasowały się w ustalone schematy i szablony. Poza tym, Minerva miała wrażenie, że pod pewnym aspektem są do siebie podobne. Obie były niebezpiecznymi kusicielkami. Nieważne jak bardzo Noor chciała zaprzeczyć swojej naturze, ona wiedziała, że ta pewnego dnia zerwie łańcuchy.
Minerva Cove 🫦
Lilith była jedną z istot najdłużej przebywających w miasteczku. Na jej oczach wszystko się rozwijało, pojawiały się nowe sklepy i biznesy. Kiedy w miasteczku otworzyła się apteka, Lilith bacznie obserwowała poczynania jej właścicielki. Co prawda z daleka i bardziej przez swoje cienie niż osobiście, ale jednak wiedziała kim jest Noor Dubois. Jej zmagania aby ukryć swoją demoniczną naturę były dla Lilith niezrozumiałe. W końcu nie mogła się wyrzec tego kim kiedyś była, prawda? Podejrzewała też, że pewnego dnia Noor sama do niej przyjdzie, pragnąc dowiedzieć się więcej o samej sobie. Tak też stało się tej nocy. Poczuła jej obecność w momencie kiedy stanęła pod drzwiami, jeszcze zanim użyła kołatki. Stanęła przy oknie w swojej sypialni, spoglądając na postać dziewczyny. Kącik jej ust mimowolnie drgnął. Nie wyszła jednak z pokoju, a zamiast tego podeszła do komody na której stała szkatułka wypełniona ziołami. Wyjęła szałwię, którą zapaliła, a która miała sprawić, że rozmowa toczona w tym pokoju nie dojdzie do uszu innych.
OdpowiedzUsuńW tym samym czasie drzwi domu otworzyła Elyra, młoda demonica, sukkub, o zniewalającej urodzie i czarującym uśmiechu.
— Witaj, Noor. — uśmiechnęła się do nieznajomej, lustrując ją dokładnym wzrokiem. — Lilith Cię oczekuje. Zapraszam. — była uprzejma, a jej złote oczy nie odrywały się od gościa. Ruchem dłoni zaprosiła ją do środka, zaraz zamykając za nią ciężkie drzwi. W pobliżu stały Cienie, obserwując ją i szepcząc między sobą. — Chodź za mną, zaprowadzę Cię. — ciemnowłosa powoli ruszyła po krętych schodach na górę i wskazała Noor pokój należący do Lilith. Zaraz gdzieś zniknęła, najpewniej wracając do swoich spraw, albo do plotek z innymi demonami.
Drzwi pokoju Lilith otworzyły się przed nią zapraszająco, a demonica delikatnie rozdmuchała płonącą szałwię, pozwalając aby jej zapach unosił się w całym pokoju. Kiedy tylko Noor przekroczyła próg, drzwi gwałtownie się za nią zatrzasnęły.
— Trochę Ci to zajęło… — stwierdziła, obracając się powoli w kierunku swojego gościa. — Jesteś tu pięć lat, a odwiedzasz mnie dopiero teraz. Nie wiesz, że w tym domu każdy demon jest mile widziany? — uśmiechnęła się do niej subtelnie. To prawda, mieszkały tu różne istoty. Sukkuby, inkuby, cienie. Wszystkie zrodzone z jej krwi.
I ona, ta która miała tu nad wszystkim pieczę i kontrolę. Lilith. Ubrana w czarną, długą suknię sięgającą do jej bosych stóp. Z głębokim wycięciem na plecach, sięgającym niemal do linii jej pośladków i równie głębokim dekoltem. Wskazała na miejsce na kanapie, tuż obok siebie.
— Usiądź, opowiedz co Cię do mnie sprowadza… — przechyliła głowę, bacznie się jej przyglądając. — Mam Ci pomatkować? Nauczyć Cię jak być dobrym demonem? — zapytała aksamitnym głosem, a jej ton zdradzał leniwe rozbawienie.
Lilith 🖤
Nie był raczej najlepszym przyjacielem ani towarzyszem, zdecydowanie brakowało mu jakiejś wewnętrznej empatii. Wolał zresztą własne towarzystwo lub Oggy’ego, który był częścią jego życia, a to sprawiało, że wydawał się bardziej znośny od innych.
OdpowiedzUsuńNie zamierzał więc stawać się dla Noor przystanią ani tym bardziej pewnikiem czegokolwiek, ale tak się stało, a Anastasius kompletnie nie rozumiał dlaczego. Był naukowcem, uwielbiał naukę, fakty – jednak coś mu umknęło, jakaś zmienna. Może emocje i przywiązanie nie były tak łatwo mierzalne? Gdyby dało się je policzyć i określić, raczej miałby już żonę. Żona. O tym też często myślał, częściej niż kiedykolwiek. Wiedział, że jest zamknięty w azylu i że raczej nie będzie już podróżować ani poznawać innych istot, które byłyby nim potencjalnie zainteresowane, utknął tutaj i może za kilkadziesiąt lat poczuje, że zmarnował jakąś szansę, aby ułożyć sobie życie.
Nie odzywał się, pozwalając jej mówić. Nie był kimś, kto próbował wchodzić komuś w zdanie, szczególnie teraz, gdy wiedział, że Noor w każdej chwili mogła znów wybuchnąć, bo cała ta sytuacja była świeża, a Anastasius nie do końca rozumiał powstały chaos. Próbował jakoś dotrzeć do sedna sprawy i przyjąć to, co miała dla niego Noor, nawet jeśli byłyby to tylko ostre słowa i zakaz zbliżenia się.
— Jest w tym jakaś mądrość — odparł, gdy wspomniała o słowach.
Noor miała rację. Dotykał ją dzisiaj inaczej niż zwykle – robił to, bo tego chciał, robił to, bo uważał to za słuszne, choć gdyby kazała mu przestać, zabrałby ręce i już nigdy nie odważyłby się przekroczyć granicy. Anastasius nigdy nie był nachalny w stosunku do kobiet i to one raczej dyktowały tempo jakiejkolwiek relacji. Dla niego powiedzenie „spaliłbym dla ciebie cały świat” stało obok „będę się o ciebie troszczył, będę dla ciebie miły, będę o tobie pamiętał”. I to chyba sprawiało, że niekiedy wydawał się nudny, bo tam, gdzie wrzały emocje, Anastasius musiał to przemyśleć. Często budził się ze swoimi pragnieniami zbyt późno, aby móc je zaspokoić, ale nigdy tego nie żałował.
— I tak przychodzisz do mnie wtedy, kiedy chcesz, nie będzie różnicy, jeśli zaczniesz bywać częściej. Co do gotowania, nie jestem w tym zbyt doby, najczęściej gotuje Oggy, ale mogę coś pokroić albo pomieszać. I otworzę twoje przesyłki, jeśli będziesz chciała — odpowiedział rzeczowo, jakby spodziewał się, że Noor naprawdę potrzebuje tego wszystkiego usłyszeć.
Spojrzał w jej stronę, gdy się poruszyła, a potem tak nagle zawisła przy jego twarzy. Zacisnął lekko szczękę, czując ją tak blisko.
— Więc pozwól mi się poznać — powiedział bez zawahania. Anastasius nie miał w sobie strachu ani nie był też tchórzem, przekonał się o tym w czasie wojny i podczas liszowego rytuału, podczas którego musiał się zabić. Samobójstwo, rezygnacja z życia… nigdy wcześniej i potem nie czuł się tak bezbronny jak wtedy.
— Wiem, że masz dwojaką naturę i akceptuję to, nie musisz być zawsze łagodna, nie musisz też być zawsze chaotyczna. Najważniejsze, żebyś była po prostu sobą, niczego więcej nie wymagam, choć wątpię, abym był w pozycji, w której miałbym prawo czegokolwiek od ciebie wymagać — wyznał szczerze. Nie miał zamiaru czegokolwiek od niej oczekiwać i chciał, aby miała tego świadomość.
Zmarszczył się, gdy objęła jego twarz dłońmi. Przez moment chciał się odsunąć i kazać jej przestać, ale nie poruszył się. Po prostu wpatrywał się w jej oczy, szukając w nich jakiś wskazówek. Co myślała? Co czuła? Czego chciała?
Usuń— Strach to pojęcie względne, Noor. Nie boję się tak naprawdę niczego — odparł neutralnie. — Ale dobrze, że to powiedziałaś, bo mimo tego, że nie potrafię się bać, ulżyło mi.
Wstał z miejsca i dotknął palcami jej włosów, aby pogłaskać jej głowę.
— Napijemy się herbaty? — spytał. — A potem mogę poczekać, aż zaśniesz. Wiem, że masz ostatnio z tym problemy. I zanim cokolwiek sobie pomyślisz, to dowiedziałem się o tym od Oggy’ego. Przez ten czas, kiedy cię u mnie nie było, doskonale wiedziałem, co się u ciebie dzieje. Nazwij mnie szaleńcem, ale wolałem mieć pewność, że wszystko u ciebie w porządku.
Anastasius
Levi być może potrafiłby zrozumieć sposób, w który Noor budowała relacje. Czyż sam nie działał podobnie? Mieszkał w Azylu jedenaście lat, a nadal miał wrażenie, że nikt dobrze go tutaj nie znał, przy czym nawet on nie znał dobrze samego siebie. Żył w dziwnym i niewygodnym przeświadczeniu, że stracił swoją tożsamość w dniu wyrżnięcia klanu i sabatu, bo właśnie wtedy runęło wszystko, na czym tę tożsamość budował, a potem nie znalazł innego fundamentu, który byłby równie solidny.
OdpowiedzUsuńPo przybyciu do Last Salvation stał się nikim – kolejną istotą paranormalną zupełnie anonimową tak długo, póki nie zdradził komuś swojego imienia. Dopiero z czasem zaczął stawać się kimś. Synem Thatchera, młodym Ackermannem, tym Łącznikiem, który szmuglował fanty. Czasem jednak, kiedy już zdarzało mu się nad tym pochylić, Levi nie wiedział, kim tak naprawdę był i czego chciał od życia. Wziął te wszystkie role, które mu przydzielono i dziś miał je ograne do perfekcji, ale kiedy przestawał być synem Thatchera, młodym Ackermannem i Łącznikiem, a zostawał tylko Levim, nie czuł się ze sobą do końca dobrze. Coś toczyło go od środka, poczucie pustki i tęsknota za czymś więcej, ale czym miałoby być to więcej?
Nie okazywał jednak tego na co dzień, a nawet nie miał czego okazywać, bo o tym zapominał. Miał dużo zajęć i jeszcze więcej znajomości ze względu na to, jaką rolę w Azylu pełnił, przez co niemalże zawsze był gdzieś i z kimś, a przez to także był kimś.
— Kopciuszek miał też złą macochę — zauważył, zresztą całkiem słusznie, ale tylko po to, żeby się z Noor podroczyć, kiedy ta znęcała się nad jego kostką, bandażując ją ciasno. Nie był to dla niego przyjemny proces, bo ciągnięta na wszystkie strony i uciskana kostka bolała, ale kiedy już Noor skończyła, Levi odczuł pewną ulgę. Nieznośne pulsowanie w stawie zelżało, a kiedy kotołak podciągnął nogę z powrotem pod krzesło i ustawił stopę płasko na podłodze, czuł, że dzięki elastycznemu opatrunkowi kończyna jest stabilniejsza.
Utkwił wzrok w sylwetce Noor, kiedy ta powiedziała, że nie miała stu lat. Nie skomentował tego, ale też nie odwrócił wzroku i kiedy krzątała się nieopodal, ze swojego miejsca na krześle przyglądał jej się uważnie, jakby z zamiarem odgadnięcia jej prawdziwego wieku. W miejscu takim, jak to, jak Last Salvation, mógł zgadywać do woli – miał do czynienia z tyloma długowiecznymi istotami, że nie był w stanie ich zliczyć. Przecież sami Członkowie Rady wyglądali w większości na osoby w kwiecie wieku, podczas gdy wszyscy lub prawie wszyscy – bo nie miał pewności co do Belli – mieli ponad setkę. Bella, nawet jeśli setki nie przekroczyła, to dzięki matce i tak wyglądała na mniej lat, niż miała.
— Nie trzeba — odpowiedział, przejmując słoiczek z jej dłoni. — To tylko skręcona kostka i rozbity nos. Dla mnie nic nowego — zapewnił i bynajmniej nie było to zgrabne kłamstwo, które miałoby uśpić czujność kobiety. Levi był szybszy i bardziej zwinny niż przeciętny człowiek, co sprawiało, że większości urazów potrafił uniknąć, jak i jedocześnie było to wyjątkowo urazogenne, ponieważ Levi łaził po miejscach, do których zwykły człowiek by się nie dostał.
Schował słoiczek do kieszeni kurtki, tej samej, w której miał opakowanie leków przeciwbólowych.
— Nie wiem — rzucił i wzruszył ramionami. — Wyglądasz na dwudziestoparolatkę, ale odkąd cię znam, nie postarzałaś się ani trochę. Więc równie dobrze możesz mieć te dwadzieścia pięć lat, jak i dwieście pięćdziesiąt. Bliżej której liczby mam strzelać? — spytał, sam nieco rozbawiony przez to, że widełki podał dość szerokie i jeśli mieli grać w tę grę, to Noor mogłaby być na tyle miła, by chociaż je dla niego zawęzić.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Wzruszyła ramionami, ale nic nie powiedziała. Za krótko była w tym miejscu, wiec nie zapoznała się aktualnymi zwyczajami. Tak samo jak pominęła w milczeniu jej ton wypowiedzi czy odczuwane przepływające w powietrzu emocje. Nie było jej zwyczajem pomagać ludziom swoja własną egzystencje. Trzeba było ja przerobić, aż osiągnie się harmonię.
OdpowiedzUsuń- Zostały mi 40 [złotych? ps jaka tu jest waluta? dolary?] - odparła neutralnie - dziękuję za koc. To nie dla istot dwunożnych a zwierzęta leśne nie potrzebują koca. Ogarniam tylko pierwsza pomoc. Tyle zatem mi potrzeba na start - odparła - To ile to wyjdzie? Wiem, ze jest późno i czas nagli do zamknięcia a nie chce tu być, skoro nie jestem już tu mile widziana - zauważyła kwaśno.
Zanim ugryzła się w język, ale nie była tu by zacieśniać więzy międzyrasowe ani mieć przyjaciół. Posiadanie było tylko zbędnym dodatkiem, które tylko sprawiało problemy. Nie była w tym dobra, chociaż początkowo z tym walczyła i tak poniosła sromotną porażkę.
Popatrzyła jak ta pakuje do torby na ile starczyło, zapłaciła i już chciała wyjść, ale zatrzymała się w progu.
- Nie pomożesz sobie jeśli siebie nie zaakceptujesz w obu połówkach na równych zasadach. - powiedziała cicho - Pomagają też medytację... ale pewnie rady jakieś tam głupiej, niewdzięcznej istoty nie są potrzebne, wiec dobrej nocy. - dodała i wyszła.
Miała nadzieję, iż uda jej się jeszcze zamówić jeszcze czekoladę, ale jak doszła i zapytała o cenę, zauważyła że jej nie starczy. Skrzywiła się, no ale cóż poradzisz... Trzeba było wracać do nowego domu i jeszcze popracować nad ogarnianiem kilkuletnich kotów. Było dobrze po północy, gdy skończyła cała umorusana brudem i pajęczynami. Zabrała ręcznik ze sobą i poszła nad strumyk.
Woda była przenikliwie lodowata, ale jej to nie przeszkadzało, bo po zrzuceniu z siebie ciuchów - najlepiej łaziła by nago - weszła w wartki strumień i usiadła na dnie w pozycji lotosu.
Zaczęła medytować i trwało to dobre kilka godzin. Czas jakby zamarł i nawet przestała reagować na odgłosy lasu. Jedynie co się ruszyła jak poczuła przepływającą obok rybę. Otworzyła leniwie oko, ale dała jej spokój, acz nęciła ją późna kolacja albo wczesne śniadanie. Wróciła do medytacji. Dopiero wstała jak zdrętwiała.
- o jak dobrze... jak za starych dobrych czasów... - mruknęła. Starych, gdy miała dom, rodzinę i przyjaciół. Już jak była szczeniakiem się wyróżniła. Normalnie powinna zacząć od jednego ogona, ale ona już na starcie miała trzy. Długo więc musiała się szkolić, by zasłużyć na wzrost mocy no i co jej z tego przyszło? Rozczarowanie i utratę wszystkiego co znała. Potrząsnęła głową. Nie miała do tego wracać. Sięgnęła po ręcznik, by się trochę obetrzeć od wody i sięgnęła do ciuchów, które ubrała na wciąż wilgotne ciało.
Hocia ;**
Nie był nieśmiały, raczej podchodził do wszystkiego z rezerwą. Nie miał potrzeb, które musiałby spełniać, nie czuł więc, aby potrzebował tego, co bliskie lub dalekie. Dla niego liczyło się życie, które sobie tutaj zbudował. Bezkonfliktowe, spokojne, ale Noor taka nie była, więc trzymał dystans. Nie lubił zresztą gierek ani bawienia się cudzym kosztem, aby sprawdzić czyjąś reakcję. Nie był bytem, który miał w sobie nienawiść czy gniew. Anastasius pozostawał bardzo świadomy własnych uczuć czy ograniczeń, i właśnie dlatego trzymał się z boku.
OdpowiedzUsuńNie wiedział jednak, dlaczego pozwalał Noor być tak blisko. Chodziło o to, że ona tego potrzebowała? A może chciał zrobić coś dobrego? Anastasius nie powiedziałby, że miało to jakieś mistyczne znaczenie, ale lubił, gdy znajdowała się obok. I to wystarczało, żeby się przed nią nie chował.
Próbował zrozumieć całe to zamieszanie z nitką, ale to leżało już w samej naturze bytu. Anastasius nie umiał pojąć, dlaczego to było tak ważne dla Noor, a jednocześnie doskonale odczytywał jej obawy. Magia, manipulacja – o to podejrzewała amulet, który jej wręczył kilkanaście lat temu. Najlepiej było po prostu dać jej czas, aby się przekonała, że wszystkie jej decyzje wynikają z jej wyborów.
— Nie lubię się spieszyć — odparł, gdy wytknęła mu wahanie i brak reakcji. Może miała trochę racji, jednak Anastasius nie był kimś, kto robiłby coś gorączkowo. Poza tym wolał jak sprawy toczyły się swoim normalnym tempem, bez uniesień, bez wybuchów ekstazy czy innych związków chemicznych w mózgu, bo one jedynie przykrywały prawdę i kolorowały świat, ukrywając szarość. A Anastasius tę szarość uwielbiał.
Gdyby odmówiła herbaty, zrozumiałby to i pewnie powiedział, że mogą po prostu posiedzieć, pomilczeć lub dalej rozmawiać. Nie oczekiwał od Noor wielkich wyznań, wiedział, że potrzebuje czasu i że jest zagubiona. Była młodą dziewczyną z dwojaką naturą, która wciąż próbowała odkryć własne ja. Jeśli mógł jej w tym jakoś pomóc, to tylko w ten sposób.
Poczuł jej dłoń przy swojej. Nie zabrał ręki, wiedział, że to nie był praktyczny gest, raczej wynikał z prostej potrzeby bycia blisko. Zdążył też zauważyć, że Noor lubiła okazywać uczucia poprzez dotyk, spojrzenia, mowę ciała. Było to dla niego nieco abstrakcyjne, ale zdążył wyłapać pewne niuanse.
Pokiwał głową, gdy oznajmiła, że pójdzie zagrzać wodę, a jego spojrzenie omiotło salon. Nie przyglądał się niczemu zbyt nachalnie, raczej poznawał mieszkanie. Skierował wzrok w stronę Noor, gdy ta wróciła, a potem obserwował, jak zabrała kwiaty – spodziewał się raczej, że wylądują one w koszu. I tam pewnie by się znalazły, gdyby nie wybuch Noor, rozmowa i propozycja wypicia herbaty.
— Pomyślałem, że będą do ciebie pasować — powiedział. Wybrał te zioła i kwiaty, które były nietuzinkowe i można je było później wykorzystać. Praktyczny prezent dla dziewczyny z apteki.
Nie ruszył się, gdy nagle objęła go mocno, jakby próbowała się w nim schować. Anastasius przez moment nie wiedział, co zrobić. Nagła bliskość wydawała się nieco nieodpowiednia, ale nie była męcząca, miała jednak w sobie coś z desperacji. Mruknął pod nosem.
— Strach to dobra rzecz, sprawia, że bardziej się coś docenia. Problem pojawia się wtedy, gdy strach staje się paraliżujący — odpowiedział spokojnie. — Mówisz to, chociaż wiesz, że przez ostatnie dni doskonale wiedziałem, co się u ciebie dzieje. Nie zapomnę cię. I jeśli cię to pocieszy, tkwimy w tym miejscu oboje, raczej bez perspektywy wyjścia… więc czy to nie oznacza, że jesteśmy na siebie skazani?
UsuńPozwolił jej się odsunąć, gdy czajnik zagwizdał, a potem zajął miejsce, odprowadzając dziewczynę wzrokiem. Był świadomy całego chaosu, który w sobie nosiła, a który być może tylko pogłębiał, ale teraz nie zamierzał się wycofywać. Przyszedł tutaj, zaryzykował wyrzuceniem z domu i przetrwał tę jednostronną kłótnię. Wytrzyma jeszcze trochę.
Z wdzięcznością przyjął od Noor kubek z herbatą.
— Więc… — zaczął. — Co się właściwie dzieje? Masz nieco podkrążone oczy, a twoja energia wydaje się inna.
Anastasius
Zrobiło jej się zimno. Stwierdziła, że najlepszy to był moment na powrót. Kątem oka zauważyła przemykająca między drzewami sylwetkę. Domyśliła się któż to mógł być, no ale nie zamierzała nic robić w tym kierunku, by zaskarbiać sobie czyjąś sympatie. Nie znane jej były dobre relację, które już dawno utraciła. Jednak mimo tego samotna łza poleciała z oka gubiąc się gdzieś w bluzie. Wystarczy tych sentymentów na kolejne stulecie.. jeśli przeżyje przyjęcie kolejnego ogona. Ale na to jeszcze miała czas.
OdpowiedzUsuńMiała już ruszyć do swej chaty, gdy coś ja tchnęło.
Zmieniła się i podskoczyła na najbliższą dolną gałąź sosny, wskakując coraz wyżej i wyżej aż była na tyle wysoko, że widziała dobrze najbliższą okolicę i otoczenie, migrując w stronę wracając do miasta Noor. Przemieszczała się z gałęzi na gałąź dosyć sprawnie. Zaniepokoił ją zapach. Nie był to typowy zwierz. Śmierdziało i przemieszczało się do niczego nieświadomej dziewczyny. Sympatie i antypatie zostawiła za drzwiami, bo w stanie jakim była, nic nie mogła zrobić, poza paraliżem. Przyspieszyła ignorując wściekła krzyki obudzonych ptaków, gdy przypadkowo poruszała, podczas skoków, gałęzie. A tym czasem zły byt był coraz bliżej, jakby przyciągany przez skrajne emocje. Obchodził dziewczynę od zachodniej strony, przecinając szlak, nim dotarła. Stał się prawie materialny, gdy skoczyła mocniej sie wybijając tylnymi łapami i zagroziła drogę młócąc ogonami a potem przepuściła atak próbując odstraszyć intruza. Wrzasnął - wyszczerzyła kły w odpowiedzi i warknęła groźnie.
Gdy nie posłuchał, ruszyła w jego stronę. Ah jak brakowało jej światła księżyca. Chmury go całkiem odcięły. Musiała więc przywołać energię z ziemi.
Z każdym krokiem, który stawiała, futro jej jaśniało a potem zaczęła biec na około by zamknąć go w kręgu. Chociaż biec to mało powiedziane. W pewnym momencie niefortunnie wbił jej się kamyczek miedzy pazurami. Wybiła się z rytmu, jednak poza tym miała zamiar zamknąć krąg, do którego weszła na koniec. Przywołała ogniki, które miały unieruchomić byt. Ignorowała wrzaski i jakiś wydobywający się bełkot i przecięła zjawę ogonami z wybicia, opadając na drugą stronę. Przez chwilę jeszcze było jasno, ale nietrwało to długo. Światło zgasło, przepływ energii zamknęła i popatrzyła na lekko oszołomioną. Pisnęła cicho przechylając głowę na bok, jakby sprawdzając czy nic jej nie jest. Zadowolona z oględzin uniosła głowę do góry i zaczęła niuchać czy aby na pewno byt nie miał kumpli. Jednak nic nie wyczuła. Podrapała za uchem, a potem lekko kulejąc ruszyła w stronę domu.
Hocia strażnik Teksasu ^^
Damroka mogła wydawać się jedną z cieplejszych i bardziej sympatycznych osób w Azylu — i taka też starała się być, nawet w dni, kiedy najchętniej strzelałaby żółcią i oślepiała jadem. Wychodziła z założenia, że życie jest dostatecznie trudne, a samo istnienie wystarczająco bolesne, by psuć dzień innym swoimi problemami i złym humorem, co oczywiście nie znaczyło, że sama nie miewała gorszych chwil.
OdpowiedzUsuńZdarzały się sporadyczne sytuacje, gdy jej uśmiech i dobre słowo były odbierane jako słabość — bo przecież nikt nie boi się wesołej blondynki, która swoją aurą i wyglądem przypomina bardziej leśną nimfę niż to, czym była w rzeczywistości. Mimo to nie starała się mścić, a jedynie wykorzystywać to złudne wrażenie, co wręcz idealnie sprawdzało się zarówno wtedy, gdy była Ściągającą, jak i w chwilach, gdy ukrywała się wśród ludzi i nikt nie podejrzewał jej o mroczną naturę.
— Na dłużej nie zapraszam, bo jak mój współlokator wróci, nie dasz rady z nim wysiedzieć. Mieszkam z Bożątkiem. To takie… można powiedzieć, że wieczne dziecko, kochające błoto, żaby, zdechłe myszy i wszystko to, co może kojarzyć ci się z brudem i średnim zapachem — wyjaśniła, z pełną premedytacją ignorując czujne spojrzenie kobiety.
Zbyt dobrze to znała. Jako Ściągająca wielokrotnie widziała istoty, które w nowym miejscu szukały dróg ucieczki i potencjalnych schronień, robiąc to tak naturalnie i podświadomie, jak ludziom przychodzi oddychanie czy patrzenie na świat. Daleko było jej do roli zbawicielki tych wszystkich zagubionych, ale wrodzona empatia i miłość do bliźniego nakazywały jej starać się, by w jej towarzystwie czuli się możliwie komfortowo i bezpiecznie.
Zostawiła Noor samą w salonie, chcąc dać jej nieco przestrzeni, bo swoją napiętą sylwetką przypominała kota, który po raz pierwszy obchodzi nowe miejsce. Sprawnie naszykowała niewielki, fajansowy czajniczek z herbatą, filiżankę, malutki dzbanuszek z sokiem malinowym i kilka plasterków cytryny na talerzyku w ozdobne grochy, obok którego stał większy talerz z dużym kawałkiem drożdżowego placka.
Kiedy wróciła, nadal miała na twarzy dobrotliwy uśmiech, który towarzyszył jej aż do kanapy. Usiadła na niej ze swoim kubkiem, wcześniej stawiając tackę przed Noor.
— Mam dużo lat, więc i dużo wspomnień, a także wiele rzeczy z nimi związanych — powiedziała, kilka razy dmuchnęła w parującą herbatę i pociągnęła łyk, boleśnie parząc sobie wargi. — Pracowałam jako Ściągająca. Z każdej wyprawy przywoziłam sobie pamiątki, ale nie umiałam niczego wyrzucić… Rozejrzyj się. Jeśli coś może ci się przydać, możesz to wziąć. I tak jest tego za dużo dla mnie jednej — uśmiechnęła się, wtulając w miękką poduszkę.
Patrzyła na Noor z nieukrywaną ciekawością, starając się przy tym za wszelką cenę przykryć uniesionymi kącikami ust własne zmęczenie i osłabienie, które zdawało się towarzyszyć jej gościni. Uważne oko mogło dostrzec, że pod radosną maską Damroki kryją się podkrążone oczy, zbyt szczupłe dłonie i lekko niezdarne, dziwnie nerwowe ruchy, które próbowała maskować udawanym rozemocjonowaniem.
W rzeczywistości chciała spać.
Chciała uciec.
Chciała jeść.
Damroka
Levi miał to szczęście, że wychował się w środowisku, w którym bycie kotołakiem nie oznaczało niczego dziwnego, a było na porządku dziennym i każda, najdrobniejsza nawet rzecz, która przydarzała się jemu, przydarzyła się komuś wcześniej lub miała się przydarzyć następnej osobie. Poczucie wyobcowania było mu obce, bo skupionych wokół sabatu w Coventry było ich kilkunastu, a jeśli wziąć pod uwagę obszar o szerszym promieniu, to nawet kilkudziesięciu. Klan Ackermannów może nie był szczególnie liczny, bo bywały klany większe, ale też nie należał do tych najmniejszych, stanowiących w zasadzie jedną czy dwie rodziny. Kobiety Ackermannów przeważnie rodziły dwójkę, trójkę dzieci, przez co ich drzewo genealogiczne miało rozłożystą koronę, której najcieńsze gałązki sięgały daleko. Stąd, choć matka Leviego zmarła przy porodzie, ten na podorędziu miał babcię i ciocie, miał ich mężów i kuzynostwo, którzy osładzali mu dzieciństwo u boku zgorzkniałego po śmierci żony Thatchera.
OdpowiedzUsuńBył też sabat, który stanowił drugą rodzinę – dzieci kotołaków bawiły się z dziećmi czarownic i czarowników. Byli trochę jak komuna, co prawda nie skupiona w jednym miejscu, a rozproszona po mieście, bo ze względów bezpieczeństwa gromadzili się tylko w wyjątkowych okolicznościach i właśnie podczas jednej z takich okoliczności przypuszczono na nich atak. To musiała być organizacja rządowa – jedna z tych tępiących istoty paranormalne. Żaden z nich nie zadawał pytań, żaden z nich nawet nie mrugnął okiem, kiedy strzelali do dzieci i podrzynali gardła ich rodzicom.
Po raz pierwszy Levi poczuł się wyobcowany w Azylu, do którego trafił w przeciągu tygodnia od masakry w Coventry i po jedenastu latach pozostawał taki nadal, bo już nie znajdował się pośród swoich, choć przecież każdy mieszkaniec Last Salvation był istotą paranormalną. Nie każdy jednak był czarownicą, nie każdy był kotołakiem, bo tymi pozostali tylko on i Thatcher.
Łypnął na Noor, kiedy ta przyznała, że mogłaby być macochą lub jedną z myszy i uśmiechnął się do niej lekko, ledwo poprzez uniesienie kącików ust.
— Lepiej, żebyś nie była myszą — rzucił swobodnie i nadal żartobliwie, ponieważ w tej konkretnej konfiguracji brunetka znalazłaby się na z góry przegranej pozycji, choć w stanie, w którym się znajdował, Levi nie miałby ochoty ganiać za żadną myszą, ani prawdziwą, ani tym bardziej metaforyczną. Skrzywił się za to, kiedy do jego nozdrzy doleciał ostry zapach, który kotołak zarejestrował nawet pomimo wyraźnego uszkodzenia narządu będącego umiejscowieniem zmysłu węchu. Tak jak zapach, tak nie podobał mu się zestaw ratunkowy przygotowany przez Noor, bo o ile waciki wyglądały niegroźnie, o tyle te patyczki za bardzo kojarzyły mu się z pandemią – wychodzący na zewnątrz Levi chcąc, nie chcąc załapał się na kilka wymazów i to nie było nic przyjemnego.
Usiadł jednak na tyle wygodnie, na ile potrafił i odchylił głowę, a przez to utkwił wzrok w górującym nad nim suficie. Obserwował sęki na majaczących w górze belkach, podczas gdy aptekarka oczyszczała jego twarz z zaschniętej krwi. Nasączony płynem wacik był chłodny, a przez to, choć jego nos pozostawał tkliwy, sama procedura nie była aż tak bardzo nieprzyjemna.
— A potrafisz patrzeć jak ktoś, kto ma dwieście pięćdziesiąt — zauważył i oczywiście, że młode osoby się nie starzały – nie w rozumieniu, jakoby miało im przybywać zmarszczek czy siwych włosów, ale także po takich osobach znać było piętno upływającego czasu. Zmieniał się ich owal twarzy, pojawiało więcej znamion czy blizn, głębi nabierał tembr głosu. Także Levi wyglądał inaczej, niż pięć lat temu – po prostu dojrzalej, podczas gdy Noor pozostawała dla niego tą samą, młodą dziewczyną i tylko to jej spojrzenie… Ackermann uzmysłowił sobie, że to nie o jej wygląd chodziło, a właśnie o to spojrzenie. To ono przydawało jej lat.
Przymknął powieki, kiedy kobieta skupiła się wyłącznie na nosie. Starał się nie krzywić, ale Noor mogła wyczuć pod palcami i zobaczyć, jak mimowolnie drżały mięśnie jego twarzy, bo choć Dubois była delikatna, to nie na tyle, by Ackermanna nie bolało. Jego nos zaliczył bliskie spotkanie z pięścią jakiegoś łysego mięśniaka, musiał więc boleć.
Usuń— To już zależy od tego, co kto lubi. — Otworzywszy oczy, Levi łypnął na Noor i uśmiechnął się zgoła niewinnie, pozostawiając te słowa jako jedyny komentarz zarówno do jej pierwszej, jak i drugiej wypowiedzi. Ten uśmieszek zniknął z jego twarzy w momencie, w którym patyczek znalazł się w jego lewej dziurce. Kotołak szarpnął głową w tył, chcąc przed nim uciec, ale że ograniczało go oparcie krzesła, to nie bardzo mu się to udało. W końcu jednak Noor cofnęła rękę, a wtedy Levi zerwał się na nogi tak, jakby wcale nie miał skręconej kostki.
— Wystarczy! — zawołał nieco panicznie, unosząc dłonie w obronnym geście. — Wystarczy — powtórzył spokojniej. — Naprawdę dużo zrobiłaś, Noor, dziękuję, ale jeśli jeszcze raz wsadzisz mi do nosa ten patyczek, to sama skończysz z podbitym okiem — uprzedził lojalnie, dając jej do zrozumienia, że nad niektórymi swoimi odruchami zapanować nie zdoła.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Lilith w milczeniu wysłuchała Noor, spoglądając na nią ze spokojem. Jej ciemne jak otchłań oczy świdrowały sylwetkę dziewczyny, badając każdy kształt jej ciała, zerkając na jej twarz i magnetyzujące, zielone tęczówki.
OdpowiedzUsuń— Dziwne… — mruknęła, a zapach szałwii uniósł się już w całym pomieszczeniu — Bo patrząc na Twoją dwojaką naturę, te wszystkie piętrzące się wątpliwości, myśli, które nie dają Ci spać… lekcje by Ci się przydały. — stwierdziła bez ogródek.
Przysunęła się bliżej niej, tak żeby jej biodro dotykało ciała Noor. Ujęła jej twarz w dłonie i spojrzała prosto w jej rozemocjonowane oczy.
— Tracisz coś ważnego, bo wiecznie negujesz swoją naturę. Bo uciekasz od tego kim tak naprawdę jesteś. — położyła dłoń na piersi Noor, w miejscu gdzie biło jej rozszalałe serce. — Jesteś demonem i on pragnie się uwolnić. — mruknęła z uśmiechem, powoli cofając swoją dłoń. — Tracisz część siebie, przyjemność, którą mogłabyś czerpać z życia. I po prostu wegetujesz. — wzruszyła lekko ramionami.
Kiedy wspomniała o swoim ojcu Lilith spojrzała na nią ostro, a gdyby jej czarne, pełne mroku tęczówki były ostrzami to przebiłyby skórę Noor na wylot.
— A więc przyszłaś tu zdobyć informacje o swoim ojcu? — zaśmiała się zimno i z niedowierzaniem pokręciła głową. Czarne włosy rozsypały się na jej ramionach, a ona nie kryła rozczarowania. W końcu myślała, że Noor pragnęła ją poznać i w końcu zrobiła ten odpowiedni krok do stania się pełnoprawnym demonem. — Cóż, jak widzisz, tu go nie ma. — zakpiła, patrząc jej prosto w oczy. — Wiesz ile jest demonów na świecie? Setki. Tysiące. A wliczając takie przypadki jak Ty… jeszcze więcej. — nie chciała nazywać jej mieszańcem, ale taka była prawda. Noor miała zanieczyszczoną krew, nie była pełnokrwistym demonem i właśnie to było źródłem jej wszystkich problemów. Nie wiedziała kim był jej ojciec, ale gdyby chciała i rozpuściła wici, dowiedzenie się tego zajęłoby jej nie całą noc. — Nawet jeśli go znam, to dlaczego miałabym podzielić się z Tobą tą cenną informacją? Co jesteś w stanie dać mi w zamian? — zmrużyła oczy. — Co mogłabyś poświęcić, żeby móc go poznać? — była ciekawa jak daleko Noor była w stanie się posunąć. — Bo wiesz.. Gdybym tylko chciała, on mógłby być w tym domu. — uśmiechnęła się prowokacyjnie.
Lilith
Wcale nie uciekała. Szła spokojnie acz sztywno zmęczona przepływem energii, która odcięła, gdy utwierdziła się, iż jest już spokojniej. Co zreszta las jej powiedział jakby dzwieki lasu, wczesniej wyciszone, nagle się ożywiły, jakby nic takiego się nie wydarzyło. Przez ta przeklęta runę zużywała za dużo mocy duchowej przez co trudniej jej było nia używać, jednak mimo tej niedogodności czerpała z innnych źródeł. Teraz najchętniej zwinęła by się w kłębek i spała... pewnie więcej niz dobę.
OdpowiedzUsuńOdczekała na ścieżce ziewając i zerknęła na nią. Pokiwała głową na podziękowanie a potem gestem kazała jej iść za sobą. Mimo zmęczenia, kapieli kilkugodzinnej i ta walka z bytem bie z tego świata, nie czuła odprężenia. Poprowadziła je głębiej, w inna stronę, w która zmierzała Noor. Do jej chaty, której jeszcze nie zdążyła ogarnąć. W ciemności było ja dobrze widać, a że śnieg gdzieniegdzie sie rozpuścił była niczym latarnia na morzu i drogowskaz.
Były już blisko. Jednak musiała otowrzyć stworzoną przez siebie zasłonę rozpraszajacą, którą po wyrytym znakiem, wprowadziła je do środka. Powietrze w barierze było rześkie i odprężajace. Między susłami zaczęła się zmieniać, więc w następnym była juz w ludzkiej postaci w zwiewnej szacie.
- Wejdź, zapraszam, tylko od razu mówię iż dopiero co ogarniam chatę i nie jest zbyt przytulnie. - zaprosiła w stronę drzwi, koło których walało się jeszcze parę pudeł, zakupy oraz rozpakowane już dwa instrumenty, które uwielbiała. A lisy uwielbiały muzykę. Pal licho, że miała shamisen i guzheng. Jedno japońskie, drugie chińskie. Czasem pozwalały wyciszyć umysł, gdy tego potrzebowała.
Weszła do domku - surowe wnętrze, gdzieniegdzie wisiały pajęczyny, którymi miała się zajac następnego dnia, czyli za pare godzin, ale kominek był juz przygotowany, do którego podeszła i zapaliła typowo podpałką.
- Zaproponowałabym sake, ale to chyba nie dziś. Mam natomiast herbatę. Chcesz? Klapnij sobie gdzieś.
Sięgnęła po czajnik i nalała wodę.
- Miałaś szczęście. - zaczęła podczas czynności - noc przyciąga różne byty. Głupotą zapuszczać się było tak daleko. No ale nie jest to pora na reprymendy. Założę się, iż znowu dręczy cię bezsenność.
Hocia lekko zmartwiona
Anastasius nie był najlepszym pocieszycielem i być może wcale nie chciał kimś takim być. Cenił sobie spokój i życie w azylu, które było dalekie od skomplikowanego. Wszedł jednak w relację z Noor, choć nie oczekiwał od niej niczego i niczego też nie pragnął. Widział w niej zagubioną, młodą dziewczynę, która mierzyła się z własnymi demonami i naturą, którą próbowała zrozumieć. Lisz wiedział, że mogło to być trudne, choć nie do końca rozumiał, dlaczego tak bardzo próbowała się od tego odciąć albo o tym zapomnieć – wydawało mu się, że Noor za bardzo poddaje się temu, co negatywne, zamiast ostatecznie zrobić coś z tym, co już wiedziała. Zdecydowanie łatwiej było żyć, gdy akceptowało się własną naturę, ograniczenia czy po prostu wiedziało się o sobie coś więcej – było to trudne i niewygodne, ale ostatecznie samopoznanie przynosiło coś więcej niż tylko satysfakcję.
OdpowiedzUsuńNie miał zamiaru się spieszyć, bo nie musiał gorączkowo myśleć o tym, co dalej. Anastasius budował relacje, cenił sobie rozmowę i czas. Nie było też w nim pożądania ani pierwotnych potrzeb, które musiałby zaspokajać jak przeciętny mężczyzna, który pragnie być blisko pięknej kobiety. Był dżentelmenem, starą duszą, która nigdy nie marzyła o słodkim romansie, a raczej o relacji, w której Anastasius von Weiss czułby się swobodnie.
Byli na siebie skazani, a Anastasius czuł, że powinien się nią zaopiekować, zupełnie jakby była jedną z jego pacjentek. Pomoc Noor wiązała się w końcu z zaangażowaniem, a przy okazji jednak von Weiss nie chciał się zbytnio w tym wszystkim zatracić. Nauczył się więc jak pomagać i nie tracić przy tym siebie, bo gdyby za każdym razem wchodził we wszystko całym sobą, zapewne nic by z niego nie zostało. Słusznie więc dbał o granice i przede wszystkim przejmował się stanem Noor. Chciał jej pomóc.
— Co przez to rozumiesz, że to nie jest twoja bezsenność? — spytał, patrząc w jej stronę neutralnie, nieoceniająco. Nie był tutaj po to, aby cokolwiek jej wytykać lub nadmiernie analizować. Nie chciał robić z Noor obiektu badawczego, ale to być może była jedyna okazja, by zbadać jej naturę i dowiedzieć się czegoś więcej.
— Może rozwiązaniem byłyby runy? Skoro jest to związane z twoją naturą i tym, co czujesz, runy ograniczające moce wydają się jakimś rozwiązaniem, o ile faktycznie by pomogły — stwierdził, myśląc głośno. — Jeśli zwiększenie ich liczby nic by nie dało, to raczej skupiłbym się na medytacji i wzmocnieniu duszy. W azylu jest wiele istot, które lepiej radzą sobie ze sprawami duchowymi niż ja, myślę, że powinnaś z kimś porozmawiać, szczególnie że to, o czym mówisz, wydaje się poważne.
Omiótł spojrzeniem jej zmęczoną twarz, podkrążone oczy. Zdecydowanie wyglądała na wyczerpaną.
— Mogę stworzyć dla ciebie napar, który zmusi cię do snu — dodał, upijając łyk herbaty. — Nie wiem, czy faktycznie zadziała, bo jesteś istotą paranormalną, więc jego skutki mogą być różne, ale możemy zaryzykować, jeśli chcesz.
Nie chciał jej do niczego zmuszać, zresztą wątpił, aby mógł cokolwiek narzucić Noor. Była zbyt temperamentna, żeby ulec jakimkolwiek wpływom. Poza tym Anastasius nie bawił się w manipulacje – cenił sobie szczerość nie tylko u kogoś innego, ale też u samego siebie. Być może dlatego miał swego czasu więcej wrogów niż przyjaciół.
Anastasius
- co prawda to prawda - przytaknęła zajęta garnkami. W sumie też sobie zrobiła. Tylko do kubka Noor dodała trochę innych ziół: odprężających i uspokajających ciało. Z umysłem jest trudniej. Był niczym ciągle otwarta księga, w której codziennie jest coś pisane i nie ma końca. Dlatego lawirowanie w umyśle jest kłopotliwe.
OdpowiedzUsuńNie nawykła do gości. Czuła się dziwnie, ale jak wręczała kubek ręką jej nie zadrżała. Zdusiła kolejne ziewnięcie. Efekt szybkiego spadku energii, więc sobie dodała trochę cukru, acz psuło smak.
- usiądź bliżej ognia - poleciła - zmarznięta jesteś chociaż tego nie mówisz i pij póki ciepłe. - dodała łapiąc się na tym, ze brzmi jakby matkowała a nie miała miotu od dosyć dawna. Sama zaś usiadła naprzeciwko również zbliżając się do ciepła. Przy zlewie dorwała się do kamienia, które jej się wbiło wcześniej. Trochę szczypało, ale do rana śladu nie będzie.
- Na te istoty nie imają się bariery. One tylko czekają, by kogoś pochłonąć. Karmią się emocjami. Zwykle tymi skrajnymi. Ich ulubioną przekąską są istoty takie jak ty: zagubione, nie znające siebie do końca, z nie przetrawiona traumą. Jak juz jeden to wyczuł u ciebie to źle. Nie twierdzę, że bronić się nie umiesz, ale czy z zaskoczenia? Nigdy nie wiesz kiedy się zmaterializują a im większe emocje tym staja sie silniejsze. Wpływają na umysły, mieszają w nim, mogą sprawić, że zrobiłabyś coś o czym byś nie pamiętała do czasu, gdy byłoby za późno. Wtedy żadne tłumaczenie nie braliby pod uwagę. - odpowiedziała - W jaki sposób chronisz umysł?
Upiła trochę herbaty i uśmiechnęła się lekko na taką formę spłaty.
- Nie jestem ludem rdzennych Amerykanów. Acz w sumie blisko. Mój klan zajmował się uzdrawianiem w sferze fizycznej i w duchowej. W sumie coś tam z szamanizmu mi zostało. Tylko to żadna magia sama w sobie. Można by powiedzieć, iż leczenie alternatywne, gdy inne środki nie dały by rady. Bo bronią bytów niematerialnych byś nie zabiła - pokręciła głową - Mam na razie tyle ziół, że więcej mi nie potrzeba. Nie trzeba nic spłacać, gdyż to żaden dług. I tak wracałam do domu, jednak nie lubię jak mi ktoś żeruje sobie bezkarnie na moim podwórku.
Hocia
Każda istota paranormalna trafiająca do Azylu miała inną przeszłość, ale wszyscy oni bez wyjątku posiadali wspólny mianownik – wspomnianą paranormalność. Nienormalność, która była niezrozumiała, a przez to niewygodna dla świata zewnętrznego i jakkolwiek wiele stworzeń było potężniejszych niż ludzie, ci mieli przewagę liczebną oraz wyjątkową zdolność do zorganizowania się, aby przeciwstawić się wspólnemu wrogowi, bo dokładnie tym były istoty paranormalne dla zwykłych ludzi – wrogami, których należało wytępić co do jednego i tyczyło się to nawet tych najzwyklejszych z nich, niezwykłych. Tyczyło się to Leviego i jego bliskich, którzy nie stanowili żadnego zagrożenia dla zwykłego człowieka, bo jakim zagrożeniem było to, że potrafili przemieniać się w koty? A jednak nawet ich nie oszczędzili – nigdy nikogo nie szczędzili, bo sama śmierć nigdy nikogo nie szczędziła. Na każdego czekał jakiś koniec.
OdpowiedzUsuńLevi nie miał nad tym końcem żadnej kontroli. Mógł zginąć z rąk ludzi, mógł zginąć potrącony przez samochód, mógł zginąć z rąk kogoś magicznego, komu wszedłby w drogę. Scenariuszy jego końca było wiele, niezależnie od tego, gdzie akurat by się znajdował, choć wolałby wtedy znajdować się wśród swoich. Szkopuł w tym, że tych swoich już nie miał. Został mu tylko Azyl, a on nie był do końca jego, raczej to Levi należał do Azylu i do Rady przez wzgląd na to, jaką rolę pełnił i jeśli miał to być jedyny sposób, w jaki Levi miał kiedykolwiek do kogokolwiek przynależeć, to musiał mu wystarczyć.
— I bylibyśmy jak Tom i Jerry? — rzucił lekko, bo dzisiaj coś trzymały się go te porównania z bajek, których nie sposób było obejrzeć w Azylu i które mogli znać tylko stąd, że kiedyś żyli poza nim, choć ich życia musiały różnić się od siebie diametralnie.
Levi nie flirtował z Noor, a na pewno nie robił tego świadomie, ponieważ jego nastrój daleki był od takiego, w którym kotołak celowo i zręcznie bawiłby się słowem, nawijając na uszy kobiety przysłowiowy makaron. Bolało go tu i tam, był zmęczony i chociaż tyle, że nie było mu już zimno, bo siedząc na zapleczu apteki, zdążył przyjemnie się zagrzać. Słowem, nie był w swojej najlepszej formie, na pewno nie tej do flirtowania, co i tak nie przeszkadzało mu w tym, aby – skoro już się rozluźnił – gadać to, co ślina przyniosła mu na język.
— Może jak mnie pocałujesz, to zamienię się w księcia? — zasugerował, posiłkując się kolejnym, bajkowym porównaniem. Ten cios w nos chyba poprzestawiał mu także coś w głowie, bo na co dzień nawet nie myślał o tych wszystkich animacjach, których naoglądał się za dzieciaka, a dziś proszę, sypał z rękawa charakterystycznymi formułkami, zupełnie niezrażony tym, że Noor właśnie nazwała go flirciarzem i to w dodatku słabym.
Zraził się dopiero, kiedy aptekarka wsadziła patyczek do jego nosa.
— Ty wiesz, co taki patyczek potrafi zrobić? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a potem patrzył już, jak brunetka opiera się o biurko i jak śmieję się w głos z niego, a może… do niego? Nie był pewien tego, w jaki sposób śmiała się dwudziestopięciolatka, oprócz tego, że śmiała się naprawdę ładnie, w sposób miły dla jego wrażliwych uszu, które śmiech niektórych potrafił najzwyczajniej w świecie drażnić. Śmiała się tak, że przyglądający jej się Levi sam uśmiechnął się lekko, nie bardzo nawet wiedząc, czemu się uśmiecha, ale w niczym mu to nie przeszkadzało.
— Wsadź sobie taki patyczek w nos, ale głęboko i zobaczymy, czy wtedy będzie uroczo — odgryzł się, ale w tonie jego głosu więcej pobrzmiewało rozbawienia, niż zgryźliwości. Mimo tego nie wrócił na krzesło. Obrzucił sylwetkę Noor wzrokiem, jakby jednocześnie się nas czymś zastanawiał, a potem pokręcił głową i ewidentnie zaczął się zbierać. Sięgnął po szalik, owinął go wokół szyi i zapiął kurtkę.
— Pójdę już — oznajmił, jakby to nie było jasne. Okręcił się wokół siebie, namierzył pusty plecak i podniósłszy go z podłogi, zarzucił go sobie na ramię. Ruszyłby do wyjścia, ale przystanął i obejrzał się przez ramię na kobietę. — Dziękuję, Noor. Kostka ma się o wiele lepiej — powiedział, bo kiedy zrobił tych parę kroków, kuśtykał mniej, niż jeszcze kiedy tu przyszedł. — A nos poradzi sobie sam — dodał, poprawił ramiączko plecaka osuwające się po materiale kurtki i podreptał ku wyjściu.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Obserwowała jak Noor się odsuwa i z trudem powstrzymała ciche syknięcie. Spojrzenie jej błękitnych oczu było wygłodniałe, choć nie czuła żądzy krwi. Oczy Minervy odzwierciedlały jej głód. Kolor głębokiego lazura oznaczał, że wampirzyca nie była głodna; przeciwnie, była nasycona krwią. Głód jednak nie zawsze miał smak krwi. Zrozumiała to, patrząc na nią. Powoli przejechała językiem po czerwonokrwistych ustach i uśmiechnęła się leniwie. Miała poczucie, że dla Noor kontrola jest jak zbroja, w którą się odziała, ale Minerva chciała ją z tej zbroi rozebrać. Kawałek po kawałku. I zdawało jej się, że słyszy dźwięk metalu pękającego od środka. Zupełnie jakby chciała jej ulec, ale wciąż się od tego powstrzymywała.
OdpowiedzUsuń— Często niszczy nas właśnie piękno — uśmiechnęła się lekko, mówiąc na przykładzie siebie samej. Była krwiożercza, nigdy temu nie przeczyła. Jej ciało pamiętało bitewne noce i miękkie gardła; dłonie wiedziały, jak łamać i jak trzymać. Jednak w obecności Noor głód rozszczepiał się na dwie rzeki. Jedna chciała zatopić kły, wziąć, zawładnąć. Druga pragnęła gry, przeciągania liny, uwodzenia i prowokowania.
Powoli sięgnęła po szkło. Jej palce, blade i chłodne, zetknęły się z palcami Noor przy krawędzi baru: przypadkiem, a może wcale nie. Drinki były ciężkie, gęste od zapachu alkoholu i czegoś jeszcze, nuty metalicznej, niemal niewyczuwalnej dla zwykłych zmysłów. Minerva uniosła szkło powoli, obserwując Noor ponad krawędzią naczynia. Wypiła swojego drinka niemal błyskawicznie, odczuwając potrzebę zmiany miejsca. Za długo już były przy tym barze, a ona się zdążyła już znudzić.
— Chodź — powiedziała tylko, zgrabnie zeskakując z wysokiego krzesła. Puściła oczko barmanowi, chwyciła Noor za nadgarstek i pociągnęła ją przez gęstniejący tłum, korytarzami, które pachniały potem, krwią i starą magią. Dźwięki narastały z każdym krokiem: dudnienie bębnów, krzyki, ryk istot.
Stanęły przed areną, która była sercem tego miejsca. Krąg z czarnego kamienia pulsował energią. Widzowie stali ciasno, warstwami, jakby każdy chciał być bliżej, wchłonąć więcej brutalnej prawdy. Minerva stała obok Noor, niewzruszona, z rękami splecionymi za plecami, jakby to było jej naturalne środowisko. Na arenie walczyły dwie istoty. Jedna z nich była masywna i mocno umięśniona, druga znacznie smuklejsza, poruszająca się z gracją i wdziękiem, z oczami świecącymi w półmroku jak dwa zimne ognie. Każdy cios był aktem przemocy i sztuki jednocześnie. Krew pryskała na kamień, parowała, gdy dotykała rozgrzanej powierzchni. Tłum ryczał, a Minerva chłonęła to wszystko; rytm serc, zapach strachu, ekstazę zwycięstwa i agonię porażki. Gdy jeden z wojowników padł, a drugi ryknął triumfalnie, Minerva pochyliła się do ucha przyjaciółki.
— Teraz chyba moja kolej na odrobinę zabawy.. — lekko przegryzła płatek jej ucha.
Zwycięzca został sam na środku kręgu. Był wysoki, szeroki w barach, a jego oczy jarzyły się bursztynowym blaskiem. Krew spływała po jego ciele, ale nie należała do niego. Był pół demonem, istotą zrodzoną do walki, odporną na ból, szybką mimo swojej masy. Idealny. Wystarczająco silny, by stanowić wyzwanie. Wystarczająco śmiertelny, by dało się go pokonać. Minerva poruszyła się, zanim Noor zdążyła zaprotestować. Jednym ruchem przeskoczyła barierę i wylądowała na kamieniu areny. Tłum zawył. Zwycięzca odwrócił się w jej stronę, zaskoczony, po czym uśmiechnął się szeroko, przyjmując jej wyzwanie. Starli się bez ostrzeżenia. Jego pięść przecięła powietrze tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej była jej głowa. Minerva była szybka; cień w ruchu, błysk białych dłoni. Uderzała precyzyjnie, testując jego obronę. On odpowiadał brutalną siłą, próbując ją przygwoździć, zmiażdżyć. Kamień pękał pod ich stopami. Każde zderzenie było jak wyładowanie. Minerva czuła, jak jego energia ociera się o jej własną, jak krew w nim pulsuje, gorąca, ciężka od mocy. Dostała jeden cios: w bok, poczuła trzask łamanych kości, ból, który rozlał się jasnym światłem po jej wnętrzu. Zaśmiała się wściekle, trochę jak wariatka. To tylko ją rozjuszyło.
Wykorzystała moment, gdy on zamachnął się zbyt szeroko. Wskoczyła, odbiła się od jego ramienia i wylądowała mu na plecach jak drapieżnik. Jej nogi zacisnęły się wokół jego tułowia, ręka wbiła się w jego włosy, odchylając głowę. Ryknął, próbując ją strącić, ale było już za późno. Wpiła się kłami prosto w jego kark. Krew uderzyła w nią falą; gorąca, ciężka, przesycona gniewem i siłą. Piła zachłannie, czując, jak jego opór słabnie, jak ciało pod nią drży, a potem osuwa się na kolana. Tłum eksplodował wrzaskiem. Dla Minervy świat zawęził się do jednego punktu, jednego smaku, jednego triumfu. Gdy się odsunęła, półdemon runął na kamień. Minerva wyprostowała się powoli, z krwią na ustach, z oczami lśniącymi dzikim blaskiem. Spojrzała w górę, w stronę Noor. Ich spojrzenia się spotkały.
UsuńMinerva Cove
Pokiwała głową.
OdpowiedzUsuń- te uczucia też je przyciągają. - powiedziała - są jak pokutujące dusze. Im więcej i bardziej się im przyglądasz tym stają się silniejsze i mogą poczynić fizyczne rany. - westchnęła - obawiam się, że w określonych porach nocnych ich natężenie jest większe. Są jak dusze pokutujące, błąkające się bez celu. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby to były echa tych, którzy tu zniknęli na amen. - dodała w zadumie - czeka mnie dużo roboty. Najlepiej by było gdybym miała dostęp do akt, tych którzy próbowali stad odejść.
Upiła kolejny łyk.
- pewnie będę musiała im pomóc po swojemu. Niestety runa trochę mi to utrudnia zadanie. A one nie mogą tu zbyt długo zostać.
Przymknęła oczy.
- To dobrze, ale one czują emocje, przyciąga to je. A ja nawet stąd czuje. - westchnęła grzejąc ręce - Wiem, że można to ciężko zrozumieć, ale możesz mi wierzyć, lub nie, nie chciałabyś być ich przekąską. - uśmiechnęła się krzywo - miałam już podobny przypadek. Z żalem to mówię, ale nie udało mi się chłopca uratować. Chciałabym mieć wiarę, ale ona nie uchroni cie przed wszystkim. Eh, musisz mi wybaczyć, nie jestem w teamie miasteczkowym a lisy wolą życie w lesie. Nie jestem dobra w konwersacjach. - kolejny łyk acz prawie, ze już wypiła do końca. Zagapiła się w ogień. A potem wstała aby dorzucić parę drewien do kominka, z którym się trudziła najdłużej. Był tak zasyfiony po latach nie używania, że wyglądała jak węgielek. Dobrze, że była szczupła, ale stan futra, po robieniu za darmową szczotkę był daleki od stanu faktycznego.
- cały czas leczę. Głównie się tym zajmuję, gdy mnie wysyłają, gdy stan już jest najbardziej krytyczny. Ostatni środek ratunku. Niestety sytuacja zmusiła mnie do opuszczenia kraju. Z daleka, Nihon jest pięknym krajem, albo raczej był, gdy jeszcze nie poustawiane były betonowe domy - dodała po namyśle - i z innych czasów, gdzie ciebie jeszcze na świecie nie było. Jeszcze herbaty?
listek w nostalgii
Słysząc jej podniesiony głos, niemal krzyk, Lilith uniosła mimowolnie brew ku górze, by po chwili się roześmiać. Ten śmiech nie był jednak melodyjny i przyjemny dla ucha. Był złowrogi i mroczny.
OdpowiedzUsuń— Jesteś demonem — warknęła, łapiąc ją mocno za nadgarstek. — Mimo, że ta krew jest zanieczyszczona, to jesteś demonem i powinnaś się z tym pogodzić. — to jak bardzo Noor negowała swoją naturę i to jak bardzo nie chciała taka być, nieco irytowało Lilith. Szczególnie, że każdy demon był jej oddany i wdzięczny za ofiarowaną mu moc. Zastanawiała się czy Noor też mogła zmusić do uległości i wydobyć ukryty w jej wnętrzu potencjał.
— Dopóki się hamujesz i ukrywasz, nigdy nie przestaniesz czuć się rozdarta. Nieważne, którą stronę wybierzesz, ta druga zawsze będzie się upominała i rozrywała Cię do końca. Twoi rodzice skazali Cię na wieczny ból egzystencjalny. — wyznała chłodnym głosem, omiatając ją uważnym spojrzeniem. — Ale istnieje pewien sposób. By wyplenić ludzką krew z Twoich żył. Byś stała się całkowicie demonem, oddanym mrokowi. I mi. — uśmiechnęła się szeroko. — Azyl jednak dość mocno blokuje moje moce. Więc nie wiem czy mogłabym go tu przeprowadzić. Nawet gdybym zaczerpnęła mocy z sukkubów, inkubów i cieni znajdujących się w tym domu… to albo by je to zabiło, albo miasteczko by to zablokowało. A raczej nie chcę śmierci moich pięknych dzieci. — wzruszyła lekko ramionami. To wszystko czyniło sprawę dość problematyczną. Poza tym, czy Noor w ogóle chciała pozbywać się swojej ludzkiej natury i wspomnień o swojej matce?
— To nie układ, to cyrograf który podpiszesz własną krwią — mruknęła diabelskim szeptem. — Chcę byś uwolniła swoją demoniczną stronę. Chcę, żebyś pokazała mi jak potrafisz nęcić, uwodzić i sprowadzić człowieka na skraj jego zmysłów. Jak stawiasz dobrą osobę nad przepaścią. Jeśli oddasz w moje ręcę jedną ludzką duszę, niekoniecznie swoją, bo pragnę byś omamiła kogoś innego… wtedy dowiesz się czegoś o swoim ojcu. — cena którą podała Lilith była cholernie wysoka. Czy Noor była w stanie ją zapłacić?
Lilith
Damroka wiedziała, kim i czym jest, a to dawało jej spokój, którego Noor najwyraźniej brakowało. Znała swoje ograniczenia, znała swoje możliwości, wydawało się jej, że przez wszystkie lata zdążyła przetestować wszelkie możliwe scenariusze z użyciem swojej mocy, ludzkiego ciała i nocnej postaci we wszelakich kombinacjach. Gdyby nie runy zaciskające swe szpony na zdolnościach Damroki, niewinnie wyglądająca dziewczyna mogłaby za pstryknięciem palców wysłać do Krainy Morfeusza całe miasteczko, czyniąc ze snu tego najgorszy koszmar, jaki ktokolwiek kiedykolwiek śnił. Bogorja doskonale zdawała sobie sprawę, w jak okrutne stworzenie zmieniła ją tragedia, pamiętając o tym, kim niegdyś była – miała w końcu po dziesięćkroć więcej czasu na samopoznanie niż młodziutka Noor.
OdpowiedzUsuń— Ale tak nie można! — powiedziała Damroka z przekonaniem, z udawanym, teatralnym przejęciem patrząc na gościnię, gdy ta wspomniała, w jaki sposób potraktowała kwiaty. — Nie wiesz, że się obrażą i zwiędną, nim zdążysz się nimi nacieszyć? Koniecznie potrzebujesz wazonu!
Odstawiła kubek na duży stolik kawowy o bogato zdobionym, mozaikowym blacie. W pomieszczeniu gładka zdawała się być jedynie ściana, nieśmiało wystająca spod niezliczonej ilości mniejszych i większych obrazków, koralików, dzwoneczków i innych przypadkowych przedmiotów, które można było na czymkolwiek powiesić.
Pospiesznie wstała z kanapy i zaczęła, jak ptasia mama do gniazda, znosić przed Noor mniejsze i większe wazoniki – jedne z kolorowego szkła, inne ze szkliwionego fajansu, a jeszcze inne z misternie powyginanych metali wszelkich możliwych barw.
— W Azylu raczej ciężko będzie znaleźć odżywkę do kwiatów ciętych, ale pracujesz w aptece, a zwykła aspiryna powinna wyśmienicie pomóc przetrwać otrzymanemu podarunkowi — uśmiechnęła się pogodnie i przysiadła na brzegu stoliczka, który teraz przypominał otwartą gablotę ekspozycyjną oferującą zwiedzającym widok na wszelkiej maści, wielkości i rodzaju naczynka.
— Niczego mi nie zabierzesz, jeśli pożyczę ci to na wieczność, prawda? — uśmiechnęła się zachęcająco, zerkając w stronę swojego obecnego siedziska. Oblizała usta, wstała i jakby ktoś pozbawił ją baterii, które naładowały się przez nagły przypływ ekscytacji, ponownie opadła na kanapę, czując już któryś raz tego dnia dziwną ociężałość w mięśniach.
— Brakuje mi każdego dnia — wyszeptała, tępe spojrzenie wlepiając w niebieskie szkiełko odbijające światło leniwie wpadające przez okno. — Każdego dnia tęsknię za przemierzaniem następnych kilometrów, odkrywaniem nowych miejsc, poznawaniem zwykłych ludzi i ich niezwykłych historii, bardzo tęsknię — powiedziała z rozmarzeniem, bez większego zastanowienia dzieląc się swoimi myślami z pięknym towarzystwem siedzącym po drugiej stronie niewielkiego salonu. Nic z tego jednak nie było tajemnicą, a Damroka czuła się zbyt zwykła, przeciętna wręcz, by strzec swoich myśli jak najcenniejszego skarbu – do czego miałyby się komuś przydać? Co mogłyby komuś uczynić?
— Chodzę wciąż głodna… Nie będę przed tobą ukrywać, kim jestem, nie jest to też jakiś sekret. Dawno temu, kiedy twoje imię było pewnie zapisane tylko w gwiazdach, pewne wydarzenie sprawiło, że zostałam Zmorą — wyznała, po czym kontynuowała z lekkim, udającym pogodny uśmiechem, którym starała się przykryć ogarniające ją zmęczenie. — W dużym uproszczeniu żywię się koszmarami, strachem, energią śpiących osób i chociaż ich nie brakuje w Azylu, to staram się ograniczać żerowanie do niezbędnego minimum. Nikomu nie robię krzywdy, gdy przychodzę na koszmar wywodzący się ze wspomnień, więc Rada nie ma nic przeciwko temu, ale… Ale czuję się zwyczajnie źle, nawet odbierając komuś senne horrory. W końcu to jest własność każdego z nas z osobna i każdy ma prawo nawet do przeżywania w kółko tego samego nieszczęścia…
Sięgnęła po jeden z wełnianych koców leżących na oparciu kanapy i nakryła nim swoje stopy, by chwilę później wyciągnąć następny pled w stronę Noor. Czy ona też wyczuła, jak w pomieszczeniu zrobiło się chłodno?
Damroka
Możliwe, że została poddana jakiemuś atakowi, ale równie prawdopodobne było to, że jej obecny stan wynikał z zachwianej równowagi między jedną naturą a drugą. Jeśli któraś z nich zaczynała dominować, to druga przecież nie znikała, tylko buntowała się i rozpychała pod skórą, domagając się swojego miejsca, które nieustannie jej się należy. W azylu nie będzie w stanie pozbyć się żadnej ze swoich połówek, bo runy ograniczające moce nikomu nie pozwolą na inicjację takiego procesu, a ponieważ miała przed sobą długowieczny pobyt w tym miejscu, rozsądniej byłoby szukać złotego środka i sposobu na utrzymanie wewnętrznej harmonii między obiema naturami, a nie walczyć z którąkolwiek z nich. W przeciwnym razie konflikt nie tylko nie zniknie, ale z czasem zacznie ją rozrywać od środka, i niewykluczone, że już zaczął, skoro nie była w stanie nad tym zapanować. Istnieli w zamkniętym światku, który rządził się swoimi własnymi prawami, ale to nie było miejsce po brzegi wypchane samym złem. Noor nie musiała zaczynać od najgorszego, mogła szukać wsparcia tam, gdzie nikt nie pomyśli o tym, żeby ją wykorzystać, czy żeby pożywić się jej nieszczęściem. Mieszka tu całkiem sporo istot o dobrych intencjach, które mogą spróbować coś naprawić i wcale nie wezmą za to niczego. Inspektorka do spraw run jest jedną z nich i na pewno byłaby rozsądniejszym startem w drodze do równowagi, niż ślepe błądzenie za kambionem gdzieś w podziemiach. On nie zamierzał jej oczywiście umoralniać w tych kwestiach, bo nie byli na tyle blisko, żeby rościć sobie prawo do ingerowania w wybory. Mógłby jedynie wskazać kierunek, zasugerować rozwiązanie i pozwolić, żeby Noor sama zdecydowała, czy chce z niego skorzystać. O ile zależałoby jej w ogóle na jego zdaniu w tej sprawie.
OdpowiedzUsuńCałkiem przyjemnie siedziało się na tej kanapie, mimo dyskomfortu w klatce piersiowej, ale nie wiedział na razie, czy zostanie na kolacji, czy nie, bo nie miał tego w planach i dopiero teraz wziął taką opcje pod rozważanie. Przyszedł poniekąd bez zapowiedzi, nie licząc tego, że dużo wcześniej wspominał, że tu zajrzy, i nie nastawiał się na zbyt długie posiedzenie.
— Nie mam potrzeby dzielić się wszystkimi myślami, podobnie jak ty — odparł w odpowiedzi, a akurat tego, że ona też nie dzieliła się wszystkimi myślami, był w stu procentach pewien. Nikt tego nie robił, każdy zostawiał coś dla siebie i jest to w zasadzie naturalne, że większa część myśli nigdy nie wydostaje się na światło dzienne. Dochodziła jeszcze kwestia zaufania, które w ich przypadku nie jest zbyt pewne, a bez tej pewności żadne z nich nie zacznie zwierzać się ze swoich przemyśleń, nie wspominając już o uchylaniu drzwi do własnego wnętrza. Oboje byli przyzwyczajeni do ostrożności i zachowywali ją już podświadomie.
Wciągnął nieco więcej powietrza do płuc, gdy Noor przyłożyła do jego ciała palec z lekiem, a przez rany przebiegło piekące mrowienie, które rozlało się pod skórą falą nieprzyjemnego ciepła, zmuszając mięśnie do krótkiego napięcia. Przez moment zacisnął szczękę, czekając, aż ból zrobi co swoje, zanim ustąpi miejsca przytępionej uldze, ale oczywiście cały czas słuchał tego, co mówiła, rozbijając skupienie raz na jej słowa, raz na piekący ból i mrowienie rozlewające się wzdłuż ran. Nie poruszał się jednak, mimo że każde jej dotknięcie było impulsem tworzącym dyskomfort. Pozwalał jej pracować i nakładać tę pastę. Też lubił koty, ale w takim przypadku też przerobiłby go na czapkę.
To było nawet zabawne, dlatego uśmiechnął się na te słowa, a potem oparł głowę na kanapie, zamknął na chwile oczy i skupił się na jej dotyku, na tym jak ostrożnie wodziła opuszką palca po jego ranach i powoli wsmarowywała lek w popękaną skórę. To też było przyjemne, mimo że efektem dotyku był dyskomfort. Miała chłodniejsze palce, a on wyczuwał tą subtelną różnicę temperatur, która teraz była nawet kojąca.
Usuń— A ja myślę, że potrafisz to pokazać, tylko nawet o tym nie wiesz — stwierdził, przechylając głowę i lokując spojrzenie w jej oczach, wycelowanych w jego tors. Już wcześniej to dostrzegał, że ilekroć pojawiał się w zasięgu jej wzroku po jakieś dłuższej rozłące, coś w niej nagle się zmieniało. I to była dobra zmiana, naturalna, idąca prosto z serca. — A bandaż jak długo powinienem nosić? — zapytał jeszcze, żeby nie przyszło mu przypadkiem do głowy zdjąć go jeszcze dziś. A że ostatecznie wolał bandaż niż plastry, to z nim może połazić trochę dłużej, jeśli taka będzie konieczność.
Zayden Ward
Nie musiała mu ufać – to był jej wybór. Anastasius do niczego ją nie zmuszał i nie próbował też przekonywać do swoich racji, owszem, często mówił o tym, co myślał, wprost, nie bawiąc się w żadne półsłówka. Wierzył, że w ten sposób nie pojawią się żadne nieporozumienia, choć być może był co do tego zbyt optymistyczny. To, że on niczego nie ukrywał, a przynajmniej nie w kwestii tego, co łączyło lub nie łączyło go z Noor, nie oznaczało, że i ona będzie do tego tak pochodzić. Ostatecznie nie mógłby powiedzieć, że znał Dubois i wiedział o niej więcej niż przeciętny mieszkaniec azylu.
OdpowiedzUsuń— Boli? Co dokładnie? — spytał. Nie wiedział, jak to zinterpretować. Może run powinno być więcej, a może mniej? Może w ogóle trzeba było spróbować czegoś innego? Anastasius tak naprawdę miał dość związane ręce i nie mógł ingerować w pracę urzędników, choć bardzo chętnie przyjrzałby się temu wszystkiemu z bliska. Z natury był raczej kimś, kto lubił zdobywać wiedzę, więc z przyjemnością dowiedziałaby się czegoś o runach i technikach, które stosowała inspektorka.
— Nie wydaje mi się, żeby runy wpływały na emocje i poczucie siebie, one ograniczają jedynie moce, a nie mieszają w głowie — odpowiedział. Przez moment zastanowił się nad tym, czy to możliwe, żeby Noor po prostu chorowała psychicznie. Z jednej strony zdawała sobie sprawę z tego, kim jest i jaka jest jej natura, ale ostatecznie jej nie akceptowała, doszukując się kłamstwa, fałszu i manipulacji, choć prościej byłoby po prostu znaleźć kogoś, kto mógłby jej pomóc okiełznać cały ten chaos. Anastasius wiedział, że nie byłoby to łatwe, ale w azylu było dość istot paranormalnych, które zapewne za odpowiednią cenę zgodziłyby się pomóc.
Rozumiał, że było jej ciężko i że znajdowała się w sytuacji, w której czuła wszystko mocniej. Może właśnie dlatego wybuchła i pozwoliła sobie opuścić gardę, choć wciąż nie wiedział, czy to była część tego, co w sobie nosiła, czy po prostu chwilowy zryw, emocjonalny wybuch, który koniec końców mógł dopaść każdego – emocje były pokręcone, miały w sobie dużo niewiadomych i przede wszystkim nie dało się niczego zmierzyć.
— Powinnaś po prostu po nim zasnąć, to trochę tak, jakbyś połknęła tabletki nasenne, tylko że tym razem nie czekałabyś zbyt długo, aby odczuć jakiś skutek — odpowiedział zgodnie z prawdą. Napar zadziałałby o wiele szybciej, dając Noor kilka lub kilkanaście godzin snu. — Spokojnie, zostanę z tobą przez ten czas. Wolałbym, żebyś była pod moją opieką, nie wiem w końcu, jak zareagujesz, gdy to wypijesz, a nie chciałbym być posądzony o morderstwo.
Gdyby coś poszło nie tak, byłby winny i zapewne osądzony. Nie przewidywał raczej żadnych niespodzianek, ale istoty paranormalne były inne niż śmiertelnicy, których leczył. Dlatego zawsze podchodził do tego typu zadań dość zachowawczo.
— Nie muszę się bawić w doktora, jestem z wykształcenia lekarzem. Leczyłem ludzi, zanim w ogóle się urodziłaś — odparł, upijając łyk herbaty. Uśmiechnął się delikatnie, zdając sobie sprawę, że już dawno nikomu nie przychodziło mu pomóc w ten sposób. W azylu raczej ograniczał się do rad, które kończyły się poleceniem pójścia do apteki, więc nie korzystał ze swoich umiejętności jakoś bardzo często. Poza tym z biegiem czasu o wiele bardziej wolał kroić ciała niż je leczyć, ale to akurat było już typowe spaczenie nekromanty.
Anastasius
Damroka pamiętała swoją pierwszą rodzinę, jak pamięta się sen zaraz po przebudzeniu. Niby wyraźnie, z dużą ilością uczuć i emocji, ale wciąż zamazanymi obrazami bez chronologicznej kolejności przewijającymi się w głowie. Pamiętała dobrze zapach wypiekanego przez matkę chleba i jej spracowane, szorstkie dłonie o krzywych palcach, które z imponującą dokładnością nakładały hafty na chusty i zapaski, wiązały włosy w warkocze i potężnymi nożycami do strzyżenia owiec wycinała kwieciste wzory. Siostry stanowiły grupę, wiekiem do siebie wszystkie były zbliżone, bo Damroka pojawiła się na świecie, gdy jej własna matka była już babką dla dzieci najstarszych dwóch córek. Ojciec śmiał się, że Bóg zesłał ją by wraz z matką zachowali młodość i siłę, nie zdziadzieli przy bawieniu wnuków, ale samej Damroce nie było z tego powodu wcale do śmiechu. Bała się przedwczesnej śmierci rodziców od najmłodszych lat, ojca zawsze kojarząc z głębokimi bruzdami na przepalonej słońcem twarzy, matkę z chustą zasłaniającą siwiznę włosów. Może to dlatego tak spieszyło jej się do wyjścia za mąż? By i jej dzieci nie dorastały w takim strachu przed samotnością?
OdpowiedzUsuńTak jak i Noor na dwoistość natury została skazana, nie mając nic do powiedzenia w temacie wyboru losu. Miała jednak znacznie więcej czasu by poznać drugą stronę, która dołączyła do niej po tym, jak znała przecież już tą pierwszą - słoneczną i prostą, pełną infantylnej nadziei, szczelnie zamykającej się na wszelkie zło i smutek.
— A co stoi na przeszkodzie, by ta chwila trwała tyle, ile sama chcesz? — zapytała, zerkając na nią przez ramię, zatrzymując się na chwilę w swoich poszukiwaniach — Czy chwila dla jętki będzie trwać tyle, co dla żółwia? — uśmiechnęła się z wysoko uniesioną brwią.
Z nieskrywaną radością obserwowała opuszki Noor muskające przydymione szkło - już wiedziała z jakim podarkiem opuści jej dom. Miała nadzieję, że nie zrobi tego zbyt szybko, bo wręcz uwielbiała gości, a przez swoje wcześniejsze zajęcie w Azylu nie miała zbyt wielu przyjaciół, by móc ich zapraszać na herbatę czy ciasto. Cieszył ją widok tej drobnej kobiety siedzącej w jej salonie.
— Pochodzi z dawnej Czechosłowacji, w moje ręce trafił w trakcie Praskiej Wiosny… Podobno był zrobiony przez ucznia samego Stanislava Libenský’ego, takiego artysty tworzącego w szkle — zmrużyła lekko oczy i zaśmiała się sama do siebie — Chociaż ja w tym raczej widzę jakąś komunistyczną manufakturę, niż artyzm i był za tani na rękodzieło — wzruszyła ramionami i przesunęła sugestywnie naczynie w stronę Noor — Nie zapomnij o nim przed wyjściem. To w podziękowaniu za przyniesienie paczki i dotrzymanie mi towarzystwa — nawet, gdyby Noor próbowała wykręcić się od podarku to po głosie Damroki można było wyczuć, że nie będzie to łatwa operacja.
— Mój towarzysz, ten o którym wspominałam ma niecodzienną naturę. Przywiązuje się do domu, nie do osób czy rzeczy z osobna, bo w jego znaczeniu dom to budynek i człowiek, który w nim mieszka. Chciałam mu dać dom, a przez ciągłe wyjazdy nie byłabym w stanie, a ja… Ja od dawna nie miałam domu i wydało mi się bardzo miłym pomysłem zamieszkanie z kimś, z kim rano można się przywitać, porozmawiać przy herbacie, czy popatrzeć jak zajmuje się swoimi rzeczami — uśmiechnęła się lekko, jakby zawstydzona swoim wyznaniem. Istoty w Azylu miały przecież znacznie poważniejsze, trudniejsze do rozwiązania problemy niż puste, pozbawione życia mieszkania i Damroka dobrze o tym wiedziała, bo wielokrotnie pomagała takie problemy rozwiązywać.
— Nie ukrywam tego, nie ma po co — wzruszyła ramionami, podciągając koc do wysokości kolców biodrowych, bo tułów miała ukryty pod grubym, wełnianym swetrem o tłustym, gęstym, nieco krzywym splocie. Dała dziewczynie chwilę na zebranie myśli, bo ta widocznie potrzebowała tych kilkunastu sekund na ich werbalizację, w tym czasie pociągnęła duży łyk rozgrzewającego napoju ze swojego kubka.
Damroka
— Nie wiem Noor, może i dlatego. Albo dlatego, że jestem zwykłą gapą, która zapomniała przesyłki bo chodzi ciągle głodna i rozkojarzona — uśmiechnęła się krzywo, wpatrując się w młodą kobietą ze znacznie większym zainteresowaniem niż jeszcze chwilę wcześniej. Zmrużyła lekko brwi, jakby próbowała doszukać się w niej czegoś, co podpowiedziałoby jej z czego mogą wynikać kłopoty ze snem, które najwyraźniej urosły do rangi poważnego problemu, skoro nie aptekarka nie była w stanie sama sobie z nimi poradzić. Przecież miała dostęp do wszelkich możliwych leków — Byłaś już u Fremont? Albo jakiegoś innego uzdrowiciela bądź lekarza? —zapytała rzeczowo, marszcząc przy tym nieznacznie brwi.
UsuńLevi potrafił ładnie prosić, ale Noor nie miała się o tym przekonać, choć przez kilka kolejnych dni gościła w głowie Ackermanna częściej, niż gościła kiedykolwiek wcześniej. Pozdrawiając ojca, słyszał w głowie jej śmiech, który obijał się echem po wnętrzu jego czaszki w taki sposób, że Levi chciał to echo pochwycić, lecz to z dnia na dzień stawało się coraz słabsze, aż ucichło zupełnie i nie było już czego łapać.
OdpowiedzUsuńSkręcona kostka i rozbity nos utrudniały mu pracę, jednak kotołak nie zamierzał pozwolić, aby mu ją uniemożliwiły. Nadal wykonywał swoje łącznikowe obowiązki, choć przebywając poza Azylem, nie przemieniał się, gdyż ze świeżym urazem było to dość ryzykowne – w kocim ciele uraz ten nie objawiłby się jeden do jednego, obrażenia mogły okazać się znacznie rozleglejsze i złamany w ludzkiej postaci nos Leviego mógł stać się doszczętnie pogruchotaną żuchwą u kota, skręcona kostka z kolei złamaną miednicą. Zdawało się, iż w tym, że był kotołakiem, było mało magii, a o wiele więcej zawiłych, anatomicznych zagadek, których dotąd nikt nie rozwiązał.
Tak jak Levi regularnie odwiedzał aptekę, tak też równie często zachodził do sklepu zielarskiego Mokseo, z którego uczynił swojego dilera, acz bynajmniej nigdy nie nazwał go w ten sposób na głos, uważał go też za dobrego znajomego, a nie wyłącznie za dostawcę dobrego towaru, choć musiał przyznać, że Mokseo jak nikt inny potrafił zmieszać ze sobą kocimiętkę i walerianę w takich proporcjach, że te kopały zdrowo. Thatcher i Levi nigdy nie osiągnęli równie zadowalającego efektu, a przecież mieli za sobą lata doświadczenia w robieniu skrętów z tych ziół.
Tego popołudnia młody Ackermann zasiedział się u zielarza dłużej, niż zwykle się zasiadywał, bo kiedy palił, potrafił zdrowo się rozgadać, a dziś miał o czym gadać – jego była dziewczyna zamieszkała w Azylu i mogłoby to nie być nic dziwnego, gdyby nie to, że jeszcze do niedawna Levi uważał tę dziewczynę za martwą. To było wiele do przetrawienia, a że po kilku dniach Levi był tym trawieniem zmęczony, to postanowił się zrelaksować i tym sposobem późnym wieczorem wyszedł od Mokseo kompletnie zjarany.
Przez to młodego Ackermanna wcale nie było trudno namierzyć. Szedł wyjątkowo lekko, z uniesioną wysoko głową i uśmiechał się błogo do każdej napotkanej istoty. Humor mu dopisywał, bo choć wszystko wskazywało na to, że miał pełne prawo zjarać się na smutno, los postanowił się do niego uśmiechnąć i teraz Levi cały promieniował tym uśmiechem, jak nie on, bo przecież na co dzień nie rozdawał uśmiechów na prawo i lewo.
Właśnie po skosie przecinał rynek, idąc wprost na posąg profesora Morrisa, kiedy z jednej z uliczek ulatujących na główny plac Azylu ktoś się wyłonił. Levi przystanął, bo w ruchach istoty wypatrzył znajomy schemat, te nieuchwytne ludzkiemu oko drobiazgi, które dla jego wprawnych oczu były jak odcisk palca.
— Noor! — nie zawołał, a wydarł się, wspiąwszy się na palce i pomachawszy do niej tak, jakby dzieliło ich nie dziesięć, a sto metrów. — Noor, cześć!
Gdzieś w górze skrzypnęło otwierane w pośpiechu okno.
— Ackermann, to znowu ty?
Levi odwrócił się w stronę niesionego po placu krzyku i zadarł głowę wystarczająco szybko, by uchylić się przed nadlatującym butem.
— Jeszcze nie marzec! Idź drzeć się gdzieś indziej!
Do pierwszego, turlającego się po bruku buta dołączył drugi, mijając o kilkanaście centymetrów kotołaka pokazującego krzyczącemu z okna środkowy palec.
— Noor! — zawołał raz jeszcze do wtóru z trzaskiem zamykanego okna i dotruchtał do aptekarki, nie wiedząc, że ta go szukała i że sam się znalazł. Przystanął przed nią, zmierzył wzrokiem jej sylwetkę i zajrzał w twarz. — Źle wyglądasz — ocenił bez skrupułów. — W skali od jeden do Kopciuszka, jak wredna macocha. Co się stało?
ujarany i uchachany LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Anastasius niczego nie brał za pewnik. Nauczył się już, że w przypadku istot paranormalnych nie zawsze wszystko było takie proste, tym bardziej że zdawał sobie sprawę z natury samej Noor. Była w stanie kusić, zapraszać do popełnienia grzechu, a potem wycofywała się i pokazywała, jak bardzo jest zagubiona, złamana. Czasem nie wiedział więc, co było prawdziwe, a co nie – wątpił jednak w to, żeby aptekarka nim manipulowała lub próbowała cokolwiek ugrać.
OdpowiedzUsuńDawał jej spokój i bezpieczną przestrzeń, wszedł w tę rolę prawie bez narzekania, bo ostatecznie było już za późno, aby się wycofać. Noor przychodziła do niego, szukała jego towarzystwa, znalazła sobie miejsce w rzeczywistości, którą zbudował w azylu i raczej nie chciała pójść w swoją stronę. Anastasius nie wiedział, czy to dobrze, czy też nie – obawiał się jednak, że nie był zbyt dobrym towarzystwem dla kogoś takiego jak ona. Noor potrzebowała prawdziwych przyjaciół, a nie starego lisza, który ma w sobie więcej z zrzędzącego dziada niż młodego mężczyzny, którego ciało przejął kilka lat temu.
— Moje runy są nakładane specjalnym atramentem, czarnym, aby zlewały się z tatuażami — odparł. Kiedyś, gdy zapytał o to inspektorkę do spraw run, ta powiedziała, że magiczne znaki mogą być naniesione w różny sposób; ryte w skórze, wypalane energią lub właśnie narysowane alchemicznym atramentem. — Myślisz, że to przez runy?
Nie sądził, żeby runy miały aż taką moc, żeby zamykać przed kimś jakąś część ich samych. Owszem, ograniczały dary istot paranormalnych, ale czy mogły robić coś jeszcze? Anastasius nigdy się nad tym nie zastanawiał.
Spojrzał w jej stronę, gdy pokazała mu swoją runę. Czy to inspektorka wybrała sposób, w który pojawił się znak? Czy może to Noor podjęła ostateczną decyzję? Raczej wątpił, aby Baldwina Heart czerpała przyjemność z zdawania bólu – była raczej niemal bezemocjonalna, gdy nakładała runy i wszystko tłumaczyła bardzo dokładnie, precyzyjnie, żeby opowiedzieć jak najbardziej obszernie o całym procesie i o tym, co właściwie robiły te znaki.
Anastasius poruszył się i sięgnął do mankietów, podwinął rękawy i pokazał skórę ozdobioną ciemnymi tatuażami. Tam znajdowały się jego runy – skupił się, aby znaki zabłyszczały delikatną zielono tupią poświatą pod wpływem jego magii.
Nie wymagał od niej, aby była tak samo spokojna jak on. Właściwie niczego od niej nie wymagał, bo nie miał do tego prawa. Anastasius wychodził z założenia, że każdy powinien robić to, co było zgodne z jego sumieniem i jeśli Noor była właśnie taka, chaotyczna i niestabilna, to nie było powodów do wstydu czy zamknięcia się w sobie. Emocje bywały skomplikowane, to akurat mógł z całą pewnością stwierdzić.
— A o jakie zabawy? — spytał, żeby wiedzieć, co miała w głowie. Doprawdy, czasem nie umiał jej rozgryźć, a co dopiero zrozumieć cały chaos, który wokół siebie tworzyła. Przyzwyczaił się już do jej gierek, bo te akurat skutecznie psuł, ale wciąż nie do końca wyłapywał kontekst słów, które pewnie zabrzmiałyby inaczej, gdyby był tego świadomy.
Anastasius nie tęsknił za zaczepkami – właściwie nie lubił za bardzo, gdy Noor robiła się zbyt śmiała, traktując to tak, jakby chciała się zabawić jego kosztem. Nie był tanią rozrywką ani też nie czuł potrzeby, aby jej odpowiedzieć, bo nie chciał zabrnąć zbyt daleko. Wtedy zostałby tylko żal i gniew, bo von Weiss cenił sobie jasne sytuacje, jasne emocje i brak komplikacji, choć te akurat ostatnio często się go łapały. Lubił Noor taką jak teraz – może trochę zmęczoną, ale wciąż dość zadziorną, a przede wszystkim miękką. Wolałby jednak, aby uporała się ze swoją bezsennością.
Usuń— Jutro. Potrzebuję czasu, aby przygotować napar. Poza tym nie chcę się spieszyć — odpowiedział, dopijając herbatę. — Możesz przyjść do mnie po pracy, wtedy zaczniemy.
Wstał z miejsca, odłożył kubek i poprawił koszulę, przesuwając palcami po mankietach, wygładzając je. Rozejrzał się krótko, a zaraz potem wykonał kilka kroków w stronę porzuconej czerwonej nitki. Podniósł tasiemkę, przyjrzał się jej przez kilka sekund i schował do kieszeni spodni.
— Wezmę ją ze sobą, jak prosiłaś — odezwał się. Wiedział, że Noor negatywnie myślała o amulecie. Poza tym obiecał już, że coś z tym zrobi.
Anastasius
Skwitowała to wzruszeniem ramion.
OdpowiedzUsuń- Każdy ma albo miał duszę - odparła zajęta nalewaniem sobie wody z czajnika do kubka - niw którzy ja stracili, wiec mnie nie dziwią takie założenia. Pewnie rozprawiają to stare pryki, które rzeczywiście jej nie mają. Bo takie istoty istnieją. Nawet ty ja posiadasz, acz... jak patrzę na twoja aurę... - westchnęła - Nie sadziłam, ze będziemy mówić o istocie istnienia. Czyżby zaciekawił cię ten aspekt życia?
Z uśmiechem wróciła do krzesła. Odstawiła na bok kubek, by dorzucić drwa. Usiadła wygodniej.
- oj, ale drążysz... podróżować można na wiele sposobów. Istota żywego istnienia polega na trójce: ciało, umysł i duch. Można się tego nauczyć, moja droga. - uśmiechnęła się - wtedy możliwości sa większe. Zadania nadrzędne nie wykluczają się z podrzędnymi. To prawda jestem tu nowa, w sumie z przypadku. Naprawdę doceniam twoją troskę w tym zakresie, bo jesteś tutaj dłużej, ale nie musisz zaprzątać tym sobie głowy - powiedziała z lekka nuta ostrzeżenia. Drążenie tematu nie zawsze było dobre.
- Dziwie sie jednak, że tak młoda osoba jak ty, Noor, dała się zamknąć w tej złotej klatce nie poznając jeszcze życia. To z obawy o życie innych, czy też swoje? Istoty wiekowe mogą sobie pozwolić na "emeryturę", gdy nie maja nic do stracenia, albo po prostu chcą spokoju i godzą sie na ograniczenia.
Upiła łyk. Zerknęła na nią z ukosa.
- ja? Patrząc na przeciętny wiek lisa, mogłabym się zaliczyć do młodzieży. Nie zyskałam nieśmiertelności a wiek lisa poznasz po ilości ogonów, acz w moim przypadku to i tak byłam wyjątkowa, no i co mi z tego przyszło?! - skrzywiła się zirytowana na samą siebie. - Chodzę na tym świecie prawie 5 wieków. Dużo to czy mało zależy jak kto na to patrzy. No, ale na dziś wystarczy o mnie. A co z tobą? - popatrzyła na jej twarz - podejrzewam, ze bezsenności to nie jedyny twój problem, który próbowałaś pewnie rozwiązać acz nic z tego nie wyszło? Nie, nie jestem telepatka, ale widzę to po twojej aurze. Wiesz jaki ma kolor?
Hocia
Wiele lat zajęło jej złudne odzyskanie pogody ducha i równowagi. Przez długi czas po przemianie była wściekła, głodna jak wilk i mściwa - na wspomnienie tamtego okresu czuła wstyd, ale też żal nad samą sobą. Była zagubiona, bardzo samotna i pogrążona w rozdzierającym serce smutku; gdyby tylko mogła, ukochałaby tamtą Damrokę. Później, w trakcie płynącego rzeką czasu odnajdywała w sobie tamte pokłady złości i nienawiści w bardziej niebezpiecznych sytuacjach, kierowana wielokrotnie intuicją używała czającego się obok mroku tak, jak wyszkolony skrytobójca posługuje się ukrytym przy udzie sztyletem. Szybko, sprawnie, odruchowo. Mogła uparcie ukrywać czający się w niej, przenikający na wskroś mrok, ale w najmniej spodziewanych momentach on wychodził, godząc we wszystko i wszystkich po drodze. Tak było na zewnątrz, bo w Azylu była zbyt osłabiona runami, które boleśnie przypominały o sobie za każdym razem gdy przekraczała niewidzialną granicę.
OdpowiedzUsuńPrzytaknęła skinieniem głowy na trafną ocenę Noor, palcami bawiąc się kolorowym chwostem koca.
Zmora już dawno przestała być ostrożna. Odkąd przybyła do Azylu uznała, że za niewidzialnym murem otaczającym tą zapomnianą przez boga przestrzeń, jest zwyczajnie bezpieczna. Co najgorszego mogło jej się przytrafić? Mogła w jakiś sposób podpaść Radzie, która w jej odczuciu jako jedyna posiadała moc i możliwości do rzeczywistego zrobienia jej krzywdy. Krzywe spojrzenia, niemiłe słowa ani nie były jej obce, ani nie robiły na niej specjalnego wrażenia, bo jako wieczna podróżniczka widziała i słyszała ich zbyt wiele, by móc się nimi przejmować. Nie robiła też nikomu celowo krzywdy, by móc bać się potencjalnych mścicieli, toteż nie próbowała też budować wokół siebie murów chroniących przed przyjaźnią - zupełnie inaczej było z romantyczną miłością, ale tą Damroka wykreśliła z głowy już dawno temu. Nie pamiętała już jak smakuje cudze ciało.
— Mogę je kreować, albo pochłaniać te, które już masz w sobie… Jeśli zaginęły, teoretycznie mogłabym spróbować je z Ciebie wyciągnąć na powierzchnię, ale to bardzo nieprzyjemny proces — powiedziała, uważnie obserwując profil rozmówczyni — To tak, jakby ktoś łyżeczkował Ci serce i mózg, wygrzebywał to co najbardziej próbujesz ukryć… Nie umiem być przy tym delikatna, nigdy nie próbowałam być — wyznała. Oblizała niekontrolowanie usta, jakby na samą myśl o smaku strachu dziewczyny. Było w tym coś zwierzęcego, pierwotnego na tyle, że gdy Damroka uświadomiła sobie jaki gest wykonała, momentalnie wlepiła wzrok w parę wydobywającą się z ceramicznego czajniczka stojącego na stole. Źrenice dziewczyny rozszerzyły się wbrew łagodnemu światłu lamp w pokoju, jakby znajdowały się w pokoju z jedną świeczką mrugającą w rogu - kolor tęczówki zdawał się całkowicie zniknąć.
— Musiałybyśmy też ustalić jakiś termin, żebym… Jakkolwiek źle to brzmi, to żebym nie próbowała tego robić jak jestem głodna — uśmiechnęła się niepewnie, uciekając wzrokiem od rozmówczyni, przeskakując nim nerwowo po przedmiotach zgromadzonych w pokoju — Byłoby też dobrze, gdybyś dała mi wskazówki, czego nie powinnam ruszać, albo gdybyś ukryła to w jakimś miejscu i powiedziała gdzie. Musiałabyś mi prawdziwie zaufać Noor… Bez Twojej zgody nie chcę zaglądać Ci do głowy — wyznała szczerze. Poprawiła się na kanapie, jakby ta zmiana pozycji miała przywrócić jej wygodę poruszania się w tej rozmowie.
— Nie mogę Ci zrobić fizycznej krzywdy, bo ograniczają mnie przed tym runy, ale… — wzięła głęboki oddech — Ale mogę niechcący spowodować duży dyskomfort. Taki, jak odczuwasz po zwykłym koszmarze, ale będziesz wiedziała, że ja wiem… Musisz sama zdecydować Noor, czy chciałabyś się ze mną tym podzielić.
Damroka
Jeśli to był wróg, to ciekawe, co motywowało go do atakowania właśnie jej, ale może dostęp do niej był tak łatwy, że stała się po prostu czyjąś pożywką? Nie chodziło jednak o to, że Zayden nie potrafił jej zrozumieć, a bardziej o to, że próba rozszyfrowania jej była pełna domysłów i ślepych strzałów, a w efekcie przypominała grę w chybił trafił. Akurat on nie wykształcił w swojej demonicznej naturze zdolności do czytania w myślach, ale to nawet lepiej, bo raz, że bo słuchanie cudzych kocopołów przez całą dobę byłoby wyczerpujące, a dwa, że nie był pewien, czy miałby dość cierpliwości, żeby filtrować jej myśli z chaosu, który w niej panował. Nie rozmawiali ze sobą o takich sprawach, więc to jasne, że nie mogła oczekiwać od niego zrozumienia. On z kolei nie zamierzał udawać, że potrafi czytać między wierszami coś, czego ona nigdy nie wypowiedziała przy nim na głos. Do całej tej sytuacji z jej bezsennością, której źródła na razie nikt nie namierzył, podchodził jednak ze spokojną głową, bo doskonale wiedział, że w jej otoczeniu znajdują się osoby, które otoczą ją odpowiednią opieką, jeżeli tylko da im na to zgodę. On nie był jej do tego potrzebny. Nie był lekarzem, powiernikiem ani kimś, kto miał prawo wchodzić w jej nocne lęki bez zaproszenia. Mógł stać obok, obserwować, ewentualnie zareagować, gdyby sytuacja wymknęła się tu nagle spod kontroli, ale nie zamierzał narzucać się z troską, skoro byli przy niej inni, bardziej odpowiedni i bardziej na miejscu. I to też było zrozumiałe. W tej relacji jego rola kończyła się tam, gdzie zaczynała się głębia i odsłanianie słabości, bo nie byli dla siebie bezpieczną przystanią z pełnym pakietem bezgranicznego zaufania, ani pewnym planem na jutro. Ich znajomość, poza przeszłością, która jako jedyna pozostawała niezmienna, nie miała w sobie zbyt wiele stabilności. Opierała się na impulsach i przypadkowych przecięciach dróg, ale nie miała czegoś, co śmiało można by nazwać fundamentem. Bliskość fizyczna to raczej kiepski fundament, bo gdy grunt zacznie się osuwać, to taka bliskość nie zdoła utrzymać niczego. Mogła co najwyżej wypełnić przestrzeń między dwojgiem osób i w ich przypadku wypełniała doskonale, inaczej nie wracaliby do siebie co jakiś czas, żeby nasycić się tym, co było między nimi najprostsze.
OdpowiedzUsuńA może to on się odsuwał, a może to ona nie potrzebowała go już tak, jak dawniej.
Wcześniej, gdy przychodził, nie musiała zatrzymywać go na siłę, bo zostawał z własnej woli tak długo, jak sam uznawał to za właściwe, ale ostatnio coś w tej swobodzie zaczynało zgrzytać. Niby wciąż było tak samo, a jednak inaczej. Może któreś z nich przemilczało coś, co powinno wybrzmieć, a może po prostu zmieniały się ich priorytety. Tak czy siak, on zamierzał skupić się na danej chwili, a daną chwilą było teraz to, że Noor wmasowywała lek w jego ciało, co trochę go pobolewało, trochę szczypało, a z innej strony dawało ulgę, bo żar gdzieś w głębi ran stopniowo gasł. Jeżeli czegoś nie odwali w najbliższym czasie, to znaczy, jeżeli nie pogwałci zasad przysięgi, to jest duża szansa, że dociągnie do swojej dostawy i wszystko wróci do normy. Nie mógł tego oczywiście przewidzieć, ale na pewno będzie starał się pilnować. Na swój sposób, rzecz jasna..
Słuchał z uwagą jej zaleceń, gdy owijała go bandażem, a potem uśmiechnął się na jej słowa. Siedziało mu się bardzo wygodnie, co było zresztą widać, a ona przecież radziła sobie doskonale i nie narzekała. Podobno gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Czy jakoś tak.
— Świetnie sobie radzisz w pojedynkę, ale mogę potrzymać gdzieś palcem, jeśli potrzeba — zaoferował się i uśmiechnął. — Nie wiem, co to za lek, ale muszę przyznać, że zaczyna robić się całkiem przyjemnie — przyznał, choć może to wina zapachu ziół, który wręcz wdzierał się do zakamarków jego głowy. Ciepło, które odczuwał pod bandażem, też było teraz inne, bardziej delikatne i nie niszczące, tylko rozgrzewające w sposób leczniczy.
Usuń— W takim razie, żeby całe to smarowanie miało sens, powinienem przyjść jutro na powtórkę? — upewnił się jeszcze, bo nie miał pewności, czy kiedy minie doba, to powinien od razu zmyć pozostałości, czy przyjść po prostu do niej, żeby pod jej okiem zdjęli opatrunek, a potem powtórzyli cały proces. Musiał to sobie rozplanować, bo lubił nocne dyżury, więc często je obstawiał, a powtórka ze smarowania lekiem przypadnie pewnie na porę podobną do tej aktualnej, czyli na wieczór. Jeśli wystarczy, że zajmie się tym sam, wtedy zrobi to na komisariacie.
Zayden Ward
- Wiem, ze mogę mówić mało zrozumiale. Gdy się tylko żyje zaczyna się czasem patrzeć inaczej.
OdpowiedzUsuńPrzytaknęła.
- szara powiadasz.... ja bym powiedziała, ze jest grafitowa z żywym odcieniem śliwy. Teraz jest przytłumiona i popękana, gdyż do końca nie wiesz kim dokładnie jesteś. Człowiekiem czy demonem? Można być obiema, tylko nie jesteś do końca synchronizowana. Wiem, możesz zaprzeczać, prawie się nie znamy. Zatem słuchaj a swoje wnioski sama wyciągniesz o ile nie dostaniesz większego mętliku w głowie. Uznaj to za poradę uzdrowiciela. - uśmiechnęła się.
Zapatrzyła się.
- Stara... cóż patrząc na mój wiek równający się z twoim to i owszem mogłabym być stara. - uśmiechnęła się kącikami ust, ale uśmiech tym razem nie sięgał oczu. - Można i mnie określić do miana demona. - westchnęła - wiec po części znam to uczucie, gdy do końca nie wiesz co masz ze sobą począć. Od trzystu las snuje się po lasach bez żadnego celu. Sama. Zupełnie sama, bez domu, rodziny, przyjaciół i gdybym miała do czego wracać, moja stopa nigdy by nie dotarła na ten kontynent. Jestem jak duch, egzystujący, poza czasem. Nie raz chciałam to skończyć, ale za każdym razem sie powstrzymywałam. Jestem zwykłym tchórzem. - zacisnęła dłonie na kubku. - Czasem nie umiem stanąć przed przysłowiowym lustrem i spojrzeć na siebie inaczej - westchnęła - chowanie głowy w piasek niczego nie służy. To tylko odwlekanie z czasem myśli, czynów i wspomnień aż do ciebie uderza potrójna silą i nawet nie będziesz wiedziała kiedy. - uznała to za odpowiedz - ale czy warto? Z mieszana krwią nie zestarzejesz sie tak szybko. Będzie cię dusić tak mocno aż demon, który w tobie jest będzie chciał przejąć kontrole. Nawet teraz patrzy na mnie twoja mroczna połówka, ja tez tak potrafię jak chce. - zmrużyła oczy - Podejrzewam - uniosła dłoń - ze to przejaw tej części, która chce grać pierwsze skrzypce. Jak sie ma twoje zdrowie fizyczne? Wspomniałam wcześniej o trójce. - upiła łyk - w dawnych czasach, gdy ktoś chciał w samotności trenować kierował się w góry, z minimalną porcja żywności. Spędzał tam miesiąc, aby hartować ciało, aby przejść stopień wyżej. Wierzono, że natura jest w stanie pomoc tam gdzie w inny sposób już nadziei nie było. Przebywanie w lesie, w górach było niczym spędzaniem czasu w świątyni, tylko tutaj była ona naturalna. Pozostawiony sam sobie mierzył się z siłami natury, przeżywając ciepło, deszcze, śniegi i inne czynniki atmosferyczne. Musiał sam szukać pożywienia zdatnego do spożycia i drogi wyjścia. W teorii taki śmiałek był sam, jednak w praktyce miał strażnika, gdyby coś się nie udało. Gdy pierwsza próba się udawała, przychodził czas by ćwiczyć umysł odpowiednio dopasowanymi metodami uwzględnionymi przez opiekuna po szczegółowej analizie danego problemy. Gdy tego dokonał droga duchowa stała przed nim otworem, sam mógł zobaczyć jego stan, mógł "dotknąć" aby dowiedzieć się jego szczegółów, gdzie dokładnie tkwi problem.
Zamilkła na dłużej.
Zapatrzyła się w ogień w zadumie.
- ucieczka nie jest rozwiązaniem. Tamtego dnia powinnam umrzeć... - powiedziała to bardziej do siebie - razem ze wszystkimi. - zamknęła oczy by powstrzymać zgromadzone łzy. Dawno minęło kiedy pozwoliła sobie na łzy. Pokręciła głową.
- My tu rozmawiamy a tu czas leci... Za parę godzin trzeba zacząć prace. - wstała z krzesła i ruszyła w stronę zlewu. - Wybacz, że się tak rozgadałam. Sama nie wiem po co... to mówię. Jestem zmęczona...
Hocia w dziwnym stanie ducha [>.<]
[Dobry wieczór! Ale miło mi się zrobiło, czytając takie powitanie. Dziękuję!
OdpowiedzUsuńTe oczy Noor hipnotyzują i wodzą na pokuszenie na pewno niejednego mężczyznę. Ciekawa jestem co wyjdzie z pomieszania ich charakterów, w końcu Lilka też roztacza wokół siebie pewien czar. Sama jestem ciekawa jaka ona będzie w wątkach, ale mam taki zamysł, że będzie próbowała żyć życiem normalnej dziewczyny. Jak to jej wyjdzie? Zobaczymy!]
Lilija Hollow
- Skąd wiem? - uśmiechnęła się - bo to widać dla tych co widzą, ale owszem to nie jest odpowiedz na twoje pytanie. Wiem, to bo po części należymy do jednej wielkiej rodziny. Może nie jest to to samo, tu się mogę zgodzić, ale jesteśmy podobne bardziej niz myślisz. Też sie ukrywałam, też nie chciałam nikogo do siebie dopuszczać. Ukrywałam swoje uczucia, myśli, emocje i prawie mnie to zabiło. - odparła beznamiętnie - osiągnęłam dno, nic mnie nie obchodziło co o mnie mysla czy ktoś o mnie myśli. Bolały mnie słowa, które słyszałam, ale czasem trzeba je powiedzieć głośno, aby potem zastanowić się nad tym co dalej. Nie popełniaj takich błędów.
OdpowiedzUsuńOdstawiła kubek, już pusty.
- Nikt ci nie powie, ze masz cos wybierać, tylko najważniejsze pytanie brzmi, co cie w tym przeraza najbardziej. Trzeba znać obie rzeczy, by wnieść dobry komfort psychiczny. Boisz sie tego... Dusisz sie we własnych emocjach. - ciągnęła dalej - Nie jestem i nie zamierzam być.
Wstała również.
- Umarłam dawno temu, już dawno się z tym pogodziłam. Zapomnij o tej rozmowie. Zapomnij o moim istnieniu.
Odprowadziła ja wzrokiem do wyjścia. Nie zamierzała za nia iść a tym bardziej pomagać. Musiała się uczyć sama. Dobrze, że ucięła wszelkie zależności.
Powinna się była przespać, ale zabrała sie za dalsze porządki. Skończyła je przed południem. W środku domu, wyglądała czyściej, ale nadal wnętrze było surowe. Wznowiła bariery na zewnątrz jak i cofnęła zaproszenie. Natomiast wewnątrz ustawiła kolejna barierę, po zrobieniu ołtarzyka dla Inari. Przyniosła wodę ze źródła i nanosiła drewno na wieczór. Pod wieczór usiadła z shamisenem na rozpadających sie schodach i zaczęła stroić instrument, a potem grać jakąś nostalgiczna melodie.
Hocia
Pożegnał się z Noor, kłaniając się lekko, w ten swój staroświecki sposób, i wrócił do domu. Tam usiadł w fotelu i zaczął czytać – Oggy kręcił się blisko, czyścił kominek i co jakiś czas zaczepiał Anastasiusa, by ten przeczytał coś głośno. Lisz uśmiechał się wtedy pod nosem, robiąc to z przyjemnością. I chyba to cenił sobie w braku komplikacji; ten spokój, ciszę i to, że mógł cieszyć się książką. Nudne życie zdecydowanie mu się podobało, ale zapewne gdyby taka sielanka trwała dłużej, zacząłby szukać sobie czegoś więcej.
OdpowiedzUsuńPrzygotował napar, który miał podać Noor. Użył najlepszych składników, dopilnował, aby specyfik był idealny – bez żadnej skazy, co było ważne, żeby nie doprowadzić do tragedii. Organizmy istot paranormalnych były inne, różniły się nieco od ludzkich, nawet jeśli wyglądały tak samo, należało więc podwójnie uważać i wszystko monitorować.
Nie spodziewał się niczego dziwnego, niczego, co zmusiłoby go do działania, a jakiś czas później wykopywał Noor Dubois z dołu, który ktoś zasypał ziemią. Dalekie to było od sielankowego życia, które chciał tutaj wieść, ale nie zawahał się, żeby pomóc Noor; pojawił się, gdy usłyszał jej wołanie.
Przez cały ten czas Anastasius zastanawiał się, kto tak bardzo czuł się tutaj pewnie, aby to zrobić – bo ktoś ewidentnie zdecydował się pogrzebać Noor, ignorując, że cmentarz był pod jego opieką. To Anastasius był tutaj dozorcą, to on decydował o tym, kogo się tutaj zakopuje, co jest żywe czy martwe – co się więc stało, że Noor skończyła w ten sposób?
Czuł jej energię, więc nie martwił się, że umrze. Ziemia poddawała się jego ruchom, uginała się pod siłą i nie protestowała. Anastasius milczał, nie wydając z siebie żadnych dźwięków. Robił to, co musiał, żeby uratować Noor, ale w tym wszystkim widział wiele luk, nasuwały się pytania. To jej kolejna sztuczka? A jeśli nie, to kto to zrobił? Czy dziewczyna miała kłopoty?
Anastasius raczej się nie wychylał, dbał o swój dom i interesy cmentarza. Zresztą kto by chciał się szarpać z liszem? Nie bywał też zbyt towarzyską personą i nie przesiadywał w barach ani nie włóczył się po miasteczku.
Przekopywał ziemię, a kiedy dostrzegł kobiecą sylwetkę, odrzucił łopatę i sięgnął do Noor rękoma. Pomógł jej się podnieść, objął w talii i otarł palcami twarz, pozwalając, aby się o niego oparła i wykaszlała piach.
— Oddychaj — odezwał się. — Wyrzucić z siebie to wszystko i oddychaj — polecił, nie ruszając się. W tym momencie był dla niej punktem oparcia.
Delikatnie głaskał jej plecy i zapewniał o tym, że jest tuż obok. Anastasius nie poruszył się, nie zrobił nic, żeby wyleźć z dołu, bo Noor potrzebowała się uspokoić. Nie zapytał też o nic, bo dziewczyna kaszlała i łapała powietrze.
Przyglądał się jej brudnej twarzy i przerażeniu, oczom, które wydawały się nie mieć żadnych granic. W końcu Anastasius pomógł jej wyjść z dołu, a potem podniósł bez trudu, idąc w stronę jej mieszkania. Wciąż milczał, nie chcąc, aby jakiekolwiek słowo spowodowałoby jej zamknięcie się w sobie.
— Musisz się umyć, przebrać — powiedział, wchodząc do jej mieszkanka. Nieco intuicyjnie podszedł do drzwi, które mogły prowadzić do łazienki. Puścił Noor i delikatnie trzymał jej ramię. — Będę tuż obok.
Nie zamierzał oczywiście wchodzić z nią, a poczekać przed drzwiami i w razie potrzeby pojawić się obok, gdyby Noor potrzebowała jego pomocy. Wciąż nie wiedział, co się stało i jakim cudem Dubois skończyła w ten sposób, ale Anastasius był cierpliwy. Najważniejsze było, żeby Noor odzyskała spokój i przestała się trząść.
Anastasius
Pokręciła tylko głową. Nie rozumiała jej ani tego co musiała uczynić pośrednio. Nie miała na myśli fizycznej śmierci a umrzeć można było na wiele sposobów. No, ale nie miała ku czemu się złościć. Długi żywot miał też wady, o których nikt nie mówił otwarcie. Nuda nie była dobrym wskaźnikiem. Czasem popychała do czynów, których normalnie by się nie czyniło. Nie miała siły tłumaczyć, że była chora i było to nieuleczalne. Nie chodziło o dusze, ale o ciało. Każdy dzień był wyzwaniem. Nawet nie była pewna czy uda jej się przejść kolejny poziom. Trochę się tego obawiała, gdyż nie wiedziała jak to się skończy.
OdpowiedzUsuńUbrana w dresy, z notatnikiem pod ręka i długopisem wetkniętym w kartki ruszyła w teren. Nie było jej kilka dni w chacie. Zajmowała ja obserwacja, jak młode drzewa rosły i jakie to były odmiany. Pod niektórymi drzewami odnajdywała kolejne pułapki, co wydawało jej się podejrzanym. Uwzględniła to na kartce a potem przy pomocy patyka je blokowała, by już nie stanowiły problemu. W drodze powrotnej nadziała sie ponownie na tego samego królika. Zwabiła go orzechem a potem złapała za kark z cichym "mam cię". Wierzgał i próbował się wyrwać, ale uspokoił się gdy fuknęła. Nadal była zła, ale nie na tyle by trafił do jej brzucha. Pomiziała chwilę a potem puściła. Tupnął gniewnie kuferkiem a potem czmychnął. Zachichotała. A niech żyje. Życie było do bani. Popatrzyła w tamta stronę a potem zawróciła. Mijając strumień, napiła się ze stulonych rąk. Do domu wróciła koło 15, akurat na popołudniowe modły, gdzie sie przebrała w czerwone kimono z obi w kolorze złotym z motywem żurawi. Ognikami zapaliła świece i po trzykrotnym ukłonie zanurzyła się w modlitwie, która po dłuższej chwili zamieniła się w medytacje. Trwała ona do wygaśnięcia samoistnego świec. Otworzyła oczy i po ostatnich pokłonach wstała. Wyszła z bocznego pomieszczenia i zasłoniła ja kotarą. A że jeszcze spać jej się nie chciało, ponownie chwyciła za instrument i usiadła z nim na podłodze na ganku, którego to stan był tragiczny. Będzie cieplej, to pomyśli o naprawie. Ponownie zaczęła grać po strojeniu.
[dzisas to był chyba najdłuższy nieprzerwany dialog w historii jaki pisałam - aż w szoku jestem]
Hocia
Nie grała od dawna. Palce nie poruszały się jak kiedyś. Były zbyt usztywnione, co odczuła gdy palec prześlizgnął się po strunie trochę fałszując. Skrzywiła się na ten dźwięk, ale nie przestała dopóki nagły kaszel jej nie przerwał. Odłożyła na bok i pochyliła się na bok by odpluć wydzielinę. Dobrze wiedziała, że to była krew. Już od dłuższego czasu odczuwała zmiany, a teraz się trochę pogorszyło w tym stuleciu. Ah jak żałowała, że za młodu pilniej się nie uczyła. Sięgnęła za obi, gdzie trzymała leki. Przyjęła jedną z nich bez popijania. Czuła jak pot zrasza jej czoło, więc wyjęła chusteczkę, by wytrzeć wilgoć. Oddychała głębiej, by oddech uspokoić.
OdpowiedzUsuńZeszła z podłogi na ziemię. Ogniki jedna po drugim okrążały ją, gdy przywołała moc z ziemii. Usiadła i zamknęła oczy medytując przez chwilę.
- długo zamierzasz się mi przyglądać? - zapytała nie przerywając - skupienie mi przerywasz. - dodała z nutą pretensji w głosie.
Otworzyła oczy i spojrzała na nią.
A potem chwyciła się w okolicy piersi, jakby złapał ją nagły ból. Tabletka nie zadziałała. Ponownie wykaszlała krew.
- Szlag by to. - mruknęła do siebie przytrzymując sie obiema rękami podłoża. Czekała aż napad jej minie, aby mogła wstać. Zacisnęła dłonie w pięści, by przekierować ból, gdzie indziej. Gorzej, że powoli zauważała w sobie iż nawet moc z ziemi zaczynała być źle tolerowana. Jakby ją odrzucała. - cholera - klapnęła pupa obok i popatrzyła na drżące dłonie uwalone teraz wilgotną glebą. Trzęsła się w gorączce, która ja opanowała, jednak wiedziała że pozostanie na zewnątrz nie było dobrym pomysłem. Ruszyła sie z miejsca i chociaż odległość była mała, to czuła się jakby dopiero co kilometry przechodziła. Wróciła się do drzwi chwiejnym krokiem.
- Inari-sama... - mruknęła cicho - onegai....
Hocia
Gdy Noor zniknęła w łazience, Anastasius nieco niepewnie zajął się przygotowaniem herbaty i czegoś, co będzie w stanie pomóc dziewczynie przetrwać, najlepiej coś słodkiego i sycącego. Nie był u siebie, ale miał nadzieję, że Noor mu wybaczy to rządzenie się w jej mieszkaniu.
OdpowiedzUsuńZagotował wodę, aby zrobić herbatę z miodem, a do tego zajął się kolacją. Miało być słodko i pożywnie, więc użył składników, które znalazł. Udało mu się wyczarować coś z tego, co miała tutaj Noor, więc wyszły naleśniki z czekoladą i owocami, które należało już wykorzystać, zanim będą niedobre. Anastasius rzadko gotował, ale jeśli musiał, był w tym całkiem niezły. Wojskowe życie nauczyło go, że powinien umieć takie rzeczy – całkiem nieźle też radził sobie z praniem, wiedział, jak złożyć ubrania i lubił porządek.
Usmażył pierwszego naleśnika, nalał do kubków wrzącej wody i odwrócił się przez ramię, słysząc głos Noor. Ruszył w jej stronę – dostrzegł, że okryła się ręcznikiem. Zdecydowanie powinna się ciepło ubrać, żeby nie złapać jakiegoś choróbska.
— Lepiej, żebyś się ubrała — polecił. — Zrobiłem herbatę i coś do jedzenia, musisz napić się i zjeść coś ciepłego.
Posłał jej krótkie spojrzenie, nie spoglądając w stronę dziewczyny dłużej niż to koniecznie. Nie przyglądał się jej ciału jak czemuś ładnemu, teraz to w ogóle się nie liczyło. Anastasius chciał po prostu, żeby Noor była bezpieczna; aby tak było, należało zacząć od ubrania się i rozmowy. Nie miał zamiaru jej przepytywać w korytarzu, w którym stała odziana jedynie w ręcznik. Nie byłoby to komfortowe ani dla niej, ani dla niego.
Odwrócił się i wrócił do smażenia naleśników, a gdy Noor zajęła miejsce, postawił przed nią talerz z jedzeniem i kubek z parującą, słodką herbatą.
— Dawno nie gotowałem, jeśli coś jest za słodkie lub za słone, musisz mi wybaczyć — odezwał się, a potem usiadł naprzeciwko, przez moment nie wiedząc, jak zacząć rozmowę.
Nie po raz pierwszy wygrzebywał kogoś z grobu, choć najczęściej były to ciała, które już nie żyły. Było to zdecydowanie łatwiejsze, bo nie musiał martwić się, czy ofiara przeżyje, czy zdąży dokopać się do poszkodowanego, zanim piach zacznie pęcznieć w gardle. Anastasius podniósł wzrok, aby wbić spojrzenie w bladą twarz Noor – był ciekaw, co działo się w jej głowie, i czy gdy zapyta o całe to zajście, to będzie w stanie mu cokolwiek powiedzieć, czy może była to jedynie gra. Słyszał o różnych upodobaniach wszelakich istot, więc może Noor wplątała się w coś takiego? Raczej wątpił, aby ktoś tak po prostu stwierdził, że zakopie ją żywcem. Może komuś podpadła? Pracowała w aptece, więc jeśli nie mogła komuś dać tego, czego chciał, to może to wystarczyło, aby chcieć się jakoś zemścić?
— Więc… — zaczął, obejmując kubek z herbatą dłońmi. — Powiesz mi, jak to się stało, że musiałem cię wykopywać z grobu? — Przechylił lekko głowę. — Z grobu, który nigdy nie powinien do ciebie należeć
Ciekawym aspektem całej tej sytuacji było to, że Anastasius nie miał pojęcia, kto ośmielił się tak bezczelnie skorzystać z cmentarza i jego ziemi. Jako dozorca czuł niemal złość, że w ogóle takie coś się wydarzyło. Może powinien porozmawiać o tym z Radą i zacząć nocne dyżury? Jeśli ktoś zakopał Noor, być może nie skończy tylko na niej – Anastasius nie miał zamiaru machać za każdym razem łopatą, bo jakiś szaleniec bawił się w grzebanie żywych istot.
— Wiesz, kto to zrobił? — dopytał, wpatrując się w jej oczy z oczekiwaniem. Liczył, że mu odpowie, że będzie w stanie wskazać tego, który się tego dopuścił i że pójdzie z tym do Ratusza.
Anastasius i jego rozkminy
Na co dzień Levi nie był tak radosny, bo też na co dzień nie chodził zjarany, natomiast robił to z mniejszą bądź większą regularnością, w zależności od nastroju i tego, jak dobrze zaopatrzony pozostawał Mokseo. Miło było raz na jakiś czas zdjąć sobie z barków ten ciężar życia, pod którym aktualnie uginała się Noor, a który w przypadku Ackermanna w ostatnich tygodniach stał się nieco większy, przez co trudniejszy do niesienia, póki miał się do niego przyzwyczajać, bo w to, aby ten ciężar miał się zmniejszyć lub chociaż wrócić do swojej poprzedniej masy, Levi szczerze wątpił.
OdpowiedzUsuń— Właśnie widzę — zauważył i przysunął się o te dwa kroki, o które odsunęła się aptekarka, przez co stanęli wprost pod latarnią, w kręgu jej żółtego światła, a jak powszechnie było wiadomo, to właśnie pod latarnią było najciemniej, dlatego jeśli ktokolwiek zwróciłby na nich uwagę, to miał uznać, że nie robią niczego podejrzanego, a tylko gawędzą sobie niezobowiązująco, co przecież zresztą robili. Levi nawet zachichotał w odpowiedzi na to, że Noor potrzebowała, aby został jej księciem i pewnie targowałby się z nią, że aby to zrobić, bez całowania się nie mogłoby się obejść, nie był jednak tak zjarany, by nie zauważyć, że z panną Dubois było najzwyczajniej w świecie źle, oszczędził jej więc głupich żartów cisnących mu się na język i tego całowania samego w sobie.
Noor była niezdrowo wręcz blada, co Levi dostrzegł, kiedy oparła się o słup latani i padające z góry światło rozświetliło jej sylwetkę, ale też rzuciło na twarz głębokie cienie. Dostrzegł jej matowe spojrzenie, pozbawione tego blasku, który tlił się w zielonych oczach tych kilkanaście dni temu, kiedy opatrywała jego rany. Ackermann wciąż miał sińce na twarzy, ale opuchlizna z nosa zeszła. Wciąż też kuśtykał, mniej jednak, niż tamtego wieczora, kiedy przyszedł do apteki. Co za tym idzie, także nie prezentował się najlepiej, ale gdyby on i Noor stawali w szranki w konkursie piękności, dziś wygrałby kotołak.
— Możemy, nie ma najmniejszego problemu — odparł żywo, a potem pozwolił, by kobieta przysunęła się do niego, a następnie ujęła go pod ramię. Kiedy prawidłowo odczytał ten gest, nawet lekko to ramię dla niej uchylił, a kiedy poczuł, że oparła o jego bok ciężar własnego ciała, stanął pewniej i delikatnie poprowadził ją we właściwym kierunku. Tym właściwym kierunkiem był dom Leviego i Thatchera.
— Pójdziemy do mnie — poinformował więc, spokojnie i powoli prowadząc Noor przez rynek przy Ratuszu. Nie mieli stąd daleko do parterowego domu zamieszkiwanego przez dwójkę Ackermannów, a Levi miał zrobić się głodny. W zasadzie już był głodny, a miało być tylko gorzej, więc zależało mu na tym, aby dotrzeć gdzieś, gdzie znajdowała się dobrze zaopatrzona lodówka, a tak się składało, że na co dzień świecąca pustkami lodówka Ackermannów została niedawno zapełniona smakołykami od Baldwiny. Zależało mu także na tym, by dotrzeć gdzieś, gdzie będzie bezpiecznie, a u nich bez wątpienia tak było. Noor miała mieć gdzie usiąść i odpocząć, miała też mieć czego się napić i co zjeść, a gdyby było trzeba, mogli jej problem skonsultować także z Thatcherem.
— To powiesz mi, co się stało? — zagadnął, kiedy uszli kilkadziesiąt kroków i zeszli z otwartej przestrzeni, wchodząc pomiędzy niskie zabudowania, które skutecznie kryły ich sylwetki przed wścibskimi spojrzeniami.
Levi nie wyglądał na zmartwionego. Spuścił z tonu, nie buchając już nagromadzoną energią, ale uśmiech wciąż majaczył na jego pociągłej twarzy. To jednak, że nie wyglądał, nie oznaczało, że się nie martwił. W końcu naciskał, aby Noor powiedziała mu, co się dzieje, bo też niepokoił go jej stan. Te uczucia jednak pozostawały zmiękczone przez wypalonego skręta, a przez to nie były tak dokuczliwe, jak mogłyby być.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Ciemniało jej przed oczami, wiec nawet jeśli miała ochotę zaprotestować, to wydobyć głosu nie mogła.
OdpowiedzUsuń- zostaw... - burknęła zabierając dłoń, by otrzeć krew. - Nie jesteś wstanie mi pomóc. To stulecie mnie nie rozpieszcza.
Oddychała głębiej, chociaż bolało ja przy każdym oddechu.
- Nie pomogą tu ani leki ani pierwotna magia czy inne sposoby. - oparła się o ścianę - Jest zbyt daleko od domu a musze się przygotować. A to wymaga czasu, gdy nie mam strażnika. Czas mi sie kończy i o tym wiem. Przeklęta runa... Będzie bolało jak cholera z tym ograniczeniem. - mówiła do siebie jakby nie zauważając jej istnienia - Zrób mi przysługę o odejdź. Cofnęłam moje zaproszenie, odejdź Noor i zajmij się sobą, nie mną. Zresztą nie prosiłam, byś tu była... - fuknęła sucho.
Zacisnęła dłonie w pięści, by zdusić kaszel, ale nie uniknęła kolejnej stróżki krwi wypływającej z ust. We wnętrzu czuła coś na kształt trawiącego pożaru.
Odepchnęła ją i próbowała wstać. Czuła się trochę jak zapędzone w róg zwierzę, bez możliwości ucieczki. Popatrzyła na Noor, ale jakby jej nie widziała. Cóż jak nie zamierzała stąd wyjść to sama pójdzie. Trzymała się ściany, która doprowadziła ją do wyjścia. Tak, miała zamiar wyjść. Nie to nie była pokuta czy umartwienie, po prostu czuła, że zbliżał się czas na nowy ogon. Problem w tym, że mogła kogoś przypadkiem skrzywdzić a nie chciała powtórki z rozrywki, mimo iż sytuacja była inna i nikt się na klan nie zasadzał. Bogowie.... jak klan? Jego już nie było, chyba że jakimś cudem pojedyncze jednostki sie uchowały o czym nie wiedziała... Nieważne, musiała wyjść. Przygotować ciało, jakby dopiero co przyszła na świat i stawiała pierwsze kroki. Tylko wtedy miała rodzinę, która przyglądała sie jej postępom, by w razie czego zrównoważyć moc.
uciekająca pacjentka [>.<]
Adrenalina buzowała jak ogień pod jej skórą. Płonęła od środka, rozlewała się wzdłuż kręgosłupa, wypełniała kończyny drżeniem, które nie miało nic wspólnego ze zmęczeniem. Ciosy, które przyjęła być może i były bolesne, ale przez euforię, którą odczuwała, totalnie ich nie czuła. Ból był tylko sygnałem; dowodem, że istnieje, że trwa, że poluje i że zwycięża. Gdy krew rozlała się po jej języku, gęsta, metaliczna, gorąca, świat na te kilka sekund zwęził się do jednego punktu. Do pulsującej tętnicy. Do rytmu serca pod jej palcami. Do tego pierwotnego triumfu, który zawsze był czystszy niż jakiekolwiek słowa. Tłum wrzeszczał. Ich podniecenie miało smak potu i brudu, rozgrzanego powietrza, taniej ekscytacji. Minerva oddychała tym jak kadzidłem. To było jej środowisko: brutalność, walka, napięcie. W takich chwilach nie musiała udawać subtelności. Nie musiała chować kłów pod uśmiechem ani łagodzić spojrzenia. Była dokładnie tym, czym chciała być: drapieżnikiem. A jednak. Wśród tego ognia i wrzawy była jedna nuta, która nie pasowała do reszty. Jedno spojrzenie, które nie było przesiąknięte żądzą krwi. Jedna obecność, która nie krzyczała razem z tłumem. Noor. Minerva czuła ją nawet wtedy, gdy nie patrzyła. Jak delikatny chłód na odsłoniętej skórze. Jak coś czystego, co boleśnie kontrastowało z tym miejscem. Gdy zwycięstwo zostało przypieczętowane, a przeciwnik osunął się bezwładnie, Minerva uniosła głowę. Krew na jej wargach lśniła w mdłym świetle podziemia. Serce, choć od dawna nie biło tak, jak u żywych, wydawało się drgać w rytmie echa tłumu. Zauważyła Noor przy barierkach. Nieruchomą, zbyt delikatną jak na to miejsce, zbyt jasną. Na moment zawahała się. Czy sprowadzenie jej tutaj było dobrą decyzją? Czy próba wyciągnięcia z niej demonicznej natury miała jakiekolwiek szanse powodzenia?
OdpowiedzUsuńGdy Noor wyciągnęła do niej ręce, adrenalina którą czuła na języku zmieniła swój smak. Nie była już wyłącznie bojowym szałem, stała się czymś głębszym i cięższym. Czymś, co zaczynało osiadać nisko, w brzuchu, rozlewając się powoli ciepłem. Jej głos mimo że cichy i pełen spokoju przebił się przez hałas jak ostrze. Minerva poczuła, jak jej usta wyginają się w powolnym, leniwym uśmiechu. Zeskoczyła z podestu powoli, niemal leniwie, choć w jej wnętrzu wszystko pulsowało. Każdy krok był kontrolowany, a jednak wypełniony napięciem. Ludzie rozstępowali się przed nią instynktownie. Czuła na sobie ich spojrzenia: podziw, pożądanie, lęk. To ją karmiło, zaspokajało jej instynkty. Ale teraz ich obecność była tylko tłem. Jej wzrok był wbity w Noor.
— Mam wrażenie, że wcale Ci się nie podobało… — szepnęła, niebieskimi tęczówkami wpatrując się w zielone oczy towarzyszki. Pod skórą czuła, że coś się zmieniło w Noor. Jej głos stał się nieznośnie słodki, a przyciąganie, które czuła było znacznie mocniejsze. — To nie jest chyba forma rozrywki, którą lubisz? — wymamrotała, powoli zlizując resztki krwi ze swoich warg. Adrenalina, która płynęła w jej żyłach powoli zmieniła swoją formę. Z bitewnego szału stała się napięciem między nimi; niewidzialną iskrą, która mogła rozpalić coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż walka.
Minerva Cove
- To nie jest coś z czym możesz się zmierzyć - odparł zupełnie obcy głos, który się wydarł z jej ust. Mroczniejsze, starszy, inny.
OdpowiedzUsuńPopatrzyła na nią pustym, nieobecnym wzrokiem. Nie widziała jej, gdy umysł skrył się w głąb czaszki.
- Nie umiesz pomóc samej sobie a chcesz się zmierzyć z czym co jest poza twoim zasięgiem. Odejdź stąd - warknęła ostro.
Uciążliwe stworzenie. Jeśli tu umrze, to z własnej winy. Bo jej nie posłuchała. Już dawno czuła, że to sie zbliżało. Myślała, że z dala od wysp uda jej się przeciągnąć transformacje, ale to chyba nie miało większego znaczenia, gdzie była. Pytanie czy chata wytrzyma i jej nie pogrzebie. Acz nie powiedziała by - to byłoby ukojenie, przenieść się dalej.
- wyjdź! - szarpnęła się. Wtem. zaczęła świecić cześć sakralna.
- Ja bym na twoim miejscu posłuchała, jeśli ci życie miłe dziecko - odezwał się stamtąd głos. Paraliżujący każdy ruch.
Jasny obłok zaczął z niego wypływać docierając w każdy zakamarek a potem odezwały się dzwonki. Mnóstwo dzwonków i muzyka za nią.
Mnóstwo ogników pojawiło się znikąd, czyniąc potrójny krąg ochronny wokół nich. A potem pokazały się lisy. Z pół tuzina kroczyły niespiesznie w białych kimonach ustawiając sie w odpowiednich miejscach. Słudzy czekali na najstarszą, która pojawiła się po chwili.
- Tsubaki-sama! - pozdrowił chórek dając zgodny pokłon. Lisica omiotła izbę. Potem jedna z młodszych niebiańskich nieśmiało się wysunęła i powiedziała cicho: - pani... ta dziewczyna nie chce stąd wyjść. - wskazała głową na Noor.
- Wyczyść jej pamięć po tym... Niech zna konsekwencje swego uporu - orzekła sucho. - Weźcie byakko. Ciemność z niej wyłazi. Jest na granicy. Dobrze, że pomyślała o barierach - wykonała parę znaków, aby ugruntować bańkę wokół budynku. Weszła potem do środka a za nia sługi, które wzięły z rąk szamoczącą się coraz bardziej Hotarubi. Rozpoczęły. To były bardzo intensywne godziny. Oczyszczanie było pracochłonne. Ciało słabło. Jednak jak już zaczęli to nie mogli przerwać. Zmieniały sie co jakiś czas na chwilowy odpoczynek. Czas jakby się zatrzymał. Każda ze "stron" była uparta.
Ciało ją paliło jak nigdy. Umysł był wyniszczony i pełen pęknięć. I wszędzie panowała ciemność. Żadna iskra promienia nie chciała się przebić. Zacieśniała się coraz bardziej unieruchamiając ja, by wchłonąć doszczętnie. Słabła.
- pani... ! Ona gaśnie...
- widzę - zauważyła to jak przekierowała strumień w ołtarz, by szybciej oczyścić. Hotarubi sie nie oszczędzała, gdy karmiła się złą energią. Można by czynić było z tego wyrzuty, gdyby nie wynikało z desperackiej próby przeżycia. - przygotujcie się. Yama no Tarubiho wzywam cię, już czas!
Nic. Reakcji brak. A potem drgnęły jej palce.
- boli - jęknęła ledwie szeptem - tak bardzo boli...
Skuliła sie w pozycji embrionalnej, gdy ból stał się nie do zniesienia.
- Przemień się.
Ból był jej siostrą. Otoczyła ja biała aura. Gęstniała i otaczała. Światło wlewało się w nią rozpoczynając przemianę. Trwała ona dłużej niż zwykle, ale w końcu stanęła na czterech łapach dysząc ciężko. Ogony żyły własnym życiem z piątym "witającym" się z resztą. Poznającym.
Chatą wstrząsnęło, gdy wraz z nim wydobyła się moc. Aktywowały tłumienie. Jednak mimo tego można było ją odczuć.
Zawyła długo, w szale próbując się do nich dostać. Jednak bariera odpychała.
- Spokojnie, dziecino... - mruknęła przewodząca. Spojrzała na nią srebrnymi oczami. Warknęła głucho. - Musisz teraz odpocząć - dodała idąc w jej stronę. - położyła uszy dalej warcząc - już dobrze. - mruknęła zniżając się do poziomu pyska - sen dobrze ci zrobi - sięgnęła jej głowy i pogłaskała. Oczy zaczęły jej się zamykać - tak.. bardzo dobrze śpij.
Mruknęła kręcąc się wokół jak kot, by znaleźć dobre miejsce. Zwinęła się w kulkę. Po chwili zasnęła niespokojnie, ale po chwili oddech się wyrównał.
Usuń- dobre dziecko. Matka byłaby z ciebie dumna - odparła ze smutnym uśmiechem. - Dobra robota dziewczęta. Możecie się zbierać. Mam tu jeszcze jedną robótkę do zrobienia. - skinęły głowami.
Przestało dudnień, moc tak jak się pojawiła zaczynała zanikać, ogniki zgasły. Zostały same we trzy. Wzięła Hotarubi na ręce i usiadła wraz z nią na krześle. Głaskała jej futro co jakiś czas i milczała jeszcze dłużej. Zmęczona walką. Gdyby Inari nie dał polecenia, nic by tu nikt nie zastał.
- wiesz co cię teraz czeka. Zbliż sie. - nakazała surowo spoglądając na Noor spod oka. - Nie znasz swego miejsca prawda? Ponieważ ona w tej chwili nie jest zdolna do niczego, będzie potrzebować piastunki 24h. Zatem musisz wiedzieć co robić. Będzie spać, ale trzeba będzie też ja karmić by nabrała siły. Co nie będzie łatwym zadaniem. Co prawda nałożyłam jej runę usypiającą, ale może to nie wystarczyć. Później przekaże ci listę ziół na kolejny tydzień. - powiedziała zimno - A jeśli komuś coś powiesz na ten temat, to pożałujesz, żes się urodziła - dodała lodowato.
Wstała delikatnie układając Hotarubi na kocyku.
- Nie jesteś winna... - Mruknęła. Spojrzała na kominek, gdzie buchnęło ogniem a sama skierowała się w stronę ołtarzyka i znikła.
W nagłej ciszy tylko miarowy oddech śpiącej i trzaskający ogień, były jedynymi dźwiękami.
śpiąca lisica
Kiwnął lekko głową, gdy mu podziękowała. Nie musiała tego robić, bo pomoc, której jej udzielił, nie dotyczyła jedynie jej samej. Incydent obejmował cmentarz, więc czuł się za to odpowiedzialny. Może gdyby częściej patrolował tamten teren, nic takiego by się nie wydarzyło. Anastasius podejrzewał, że cmentarz był dogodnym miejscem, aby ukrywać swoje grzechy, ale nigdy nie spodziewał się, że wykopie z dołu żywą istotę. To było niepokojące.
OdpowiedzUsuń— Grimm? — powtórzył imię, które znał, choć nie zamienił z piekarzem więcej słów niż to koniecznie. W Czarnym Piecu kupował pieczywo, więc to normalne, że się od czasu do czasu przecinali, ale Anastasius nigdy by nie pomyślał, że mężczyzna byłby zdolny do czegoś takiego. Owszem, nie wyglądał jak elegant, który szczyciłby się znakomitymi manierami, ale von Weiss nauczył się już, że w azylu nic nie było takie oczywiste. Może Grimm faktycznie takim elegantem był.
To, co było zastanawiające, to tylko to, dlaczego Grimm to zrobił.
— To dość… niecodzienna forma spędzania czasu poza pracą — odparł spokojnie, wpatrując się w Noor. — Wiesz, dlaczego chciał pochować cię żywcem?
Miała świadomość, kto to zrobił, więc może i wiedziała, czemu Grimm bawił się jej życiem w ten sposób. Nie było to coś normalnego, ale jeśli oboje mieliby z tego satysfakcję lub jeśli był to jakiś układ, to Anastasius nie chciał się w to wtrącać. Znał wiele różnych odchyleń w relacjach, niezależnie od tego, czy dotyczyły one kobiet czy mężczyzn.
— Powinnaś to zgłosić — stwierdził z przekonaniem, logicznie, bo tak byłoby najlepiej. Urzędnicy i funkcjonariusze zapewne zajęliby się Grimmem i zadbali o to, aby już nikogo w ten sposób nie skrzywdził. Anastasius wiedział w końcu, że Rada była skuteczna w przypadku takowych incydentów; ostatecznie przecież chodziło o to, aby budować w azylu poczucie bezpieczeństwa, spokoju i przynależności, a nie ukrywać niebezpiecznych typów, którzy pragnęli rządzić tym miejscem po swojemu.
— Czyli macie wspólną historię. Ty uciekłaś z domu, on cię znalazł, ale nie pomógł… — skwitował, choć to nadal nie tłumaczyło, dlaczego Grimm chciał skrzywdził Noor teraz, tutaj, w azylu. Ze słów dziewczyny wynikało, że to mężczyzna miał nad nią przewagę. Czego więc chciał?
Zdecydowanie nie powinien się w to mieszać ani w ogóle myśleć, aby zareagować. Nie wiedział, jak zachowałby się Grimm ani czy w ogóle warto było podjąć jakąś rozmowę. Sądził, że najlepiej by było, gdyby to Noor rozwiązała ten problem, a nie uciekała czy akceptowała swój los, bo jeśli niczego nie będzie w stanie zrobić, nic nie zacznie się zmieniać, a ona stanie w miejscu. Była młoda, miała prawo próbować i popełniać błędy – wszystko było lepsze niż bierność.
— Nie jestem zły na ciebie, a raczej na okoliczności, w których się spotykamy. Cmentarz jest pod moim nadzorem, wiem, co się tam dzieje, jestem świadom najmniejszego kamyka, śladów, a mimo to ktoś ośmielił się wykorzystać cmentarną ziemię, aby zabawić się w grabarza. Nie znam Grimma osobiście, ale jeśli to nie jest jednorazowa zabawa, to ten chłopak może być zagrożeniem — odpowiedział rzeczowo. — Może gdybym częściej patrolował ten teren lub ustawił alarm, to do niczego by nie doszło. Pojawiłbym się w odpowiednim momencie, aby temu wszystkiemu zapobiec.
Anastasius odwoływał się do faktów, do tego, co się stało i tego, co można by było zmienić. Cała ta sytuacja niezmiernie go irytowała – nie dość, że Noor siedziała naprzeciwko, pełna strachu i niepewności, to jeszcze von Weiss musiał pomyśleć o cmentarzu i przyszłości, w której kolejna ofiara mogłaby skończyć głęboko w ziemi.
— Po prostu zareagowałem, Noor — stwierdził, tym razem bardziej miękko. Nie chciał, aby myślała, że obwinia ją o cokolwiek; to nie jej wina, że stała się ofiarą czyjejś gry i zabawy. — Nie jestem zbyt dobry w pocieszaniu ani… chcę po prostu, żebyś wiedziała, że nie jestem zły. To, co się tobie przytrafiło, nie powinno mieć nigdy miejsca.
UsuńAnastasius
- Mamy nadzieję, że tą wypowiedziom zaczynasz od siebie. Trzeba myśleć zanim zacznie się działać. Ah młodość... Kiedy to było
OdpowiedzUsuńZawibrowało przez chwile w chacie. A potem znikąd pojawiła się lista.
- Samaś się tu wprosiła. Możesz mieć do siebie samej pretensje, ze nie znasz swego miejsca mieszańcu. Jesteś tak wszechwiedząca, ze nie znasz zagrożenia, w które się wplątujesz. To jeden krok od śmierci, a tyś chyba chcesz żyć? - zaśmiała się z rozbawioną nuta, jakby ta powiedziała dowcip.
Chwilę potem obecność znikła i całkiem ucichło. Sama lista leżała na stole.
A sama Hotarubi mimo uśpienia i regeneracji, cząstka duszy słyszała to. Zmarszczyła by czoło w zadumie i lekkiej irytacji, ale to mogło poczekać na kiedy indziej. Mimo wszystko poruszyła się niespokojnie na krześle i pisnęła cicho. Jakby pocieszająco. Jednak teraz komunikacja myślowa mogła być bardziej użyteczna.
- Nierozważnie tak urażać Starszych. Nie sadziłam, że przybędzie - mruknęła bezgłośnie, gdy świadomość wypłynęła na moment - domyślam się, iż jest wiele rzeczy co mogło cię urazić. Jednak musisz też zrozumieć nas, Azjatów. Kraje azjatyckie to dumny naród. Każda zniewaga, uraza i tym podobne, brane są bardzo serio i długo są ona trzymane. Łatwiej jest urazić niż prosić o przebaczenie - westchnęła zmęczona stukając do siebie ogony - Naprawdę doceniam twoją pomoc, ale późno już, będziesz miała problemy, gdy nie otworzysz apteki... Po co przyciągać uwagę?! Dam sobie rade... - dodała sennie. Zmęczony umysł ponownie odpłynął.
zmęczona Hocia ✨
Damroka tak długo wmawiała sobie, że wszystko jej odpowiada, że pod płaszczykiem akceptacji wszelkich zasad wyhodowała w sobie cynizm, o który nikt by jej nie podejrzewał. Jedynie jedna z bliższych przyjaciółek, z którą dawno temu pracowały razem, wiedziała, jaka Damroka była przed swoją prawdziwą przemianą. Przed świadomym przybraniem maski szczęścia, wesołości i złudnego pogodzenia z losem, które dawało jej przepustkę do obojętności. Bogorja wzniosła wokół siebie mur, który nie chronił innych przed jej tajemnicami, ale ją samą przed każdym złym słowem, na które reagowała przewróceniem oczami, czy złośliwym komentarzem na który odpowiadała w możliwie najmilszy sposób, wytrącając tym samym broń złośliwości komuś, kto chciał ją świadomie skrzywdzić. Gdyby lepiej znała historię Noor i to, co ją męczy z całych sił starałaby się ją ośmielić, pozwolić w końcu dać ujście temu wszystkiemu, co ją dusiło, pozbawiało tchu i przede wszystkim - snu.
OdpowiedzUsuń— Myślę, że potrzebowałabym… Jakieś dwa tygodnie — odpowiedziała po chwili zastanowienia, nie przejmując się, że cisza która między nimi zapanowała mogła być kłopotliwa, czy ciężka do udźwignięcia. Mimo ich krótkiej znajomości czuła się przy niej w dziwny dla siebie sposób swobodnie - jakby mogły milczeć przy sobie godzinami, każda zajęta własnymi rozważaniami i nawet przez sekundę nie byłaby zakłopotana. Nie czuła przy Noor potrzeby mordowania ciszy, co zdarzało jej się stosunkowo rzadko, przez co była postrzegana jako rozgadana, trajkocząca wręcz.
— Musiałabym dobrze się pożywić, możliwe, że i tak… Nieco zgromadzić — powiedziała wymijająco, bo to znaczyło tyle, co użycie nielegalnych artefaktów, w których można odłożyć nieco energii specjalnie na wieczór, gdy miała spróbować pomóc Noor. W Azylu każdy miał swoje tajemnice, ukryte przedmioty i przekłamane znajomości, plotki będące jedną z głównych atrakcji, tylko pomagały w rozprzestrzenieniu się fałszywego obrazu, jeśli nie chciało dać się nikomu poznać. Ewentualnie odwrócić od siebie czyjeś zainteresowanie - przecież nikt nie interesował się tymi miłymi, uśmiechniętymi i próbującymi zawsze wszystkim pomóc. Nikt nie interesował się tymi, którzy stanowili tło cudzych historii, a Damroka była mistrzynią drugiego planu, więc w pozornie zagraconym mieszkaniu ukrywała całkiem dużą kolekcję kontrabandy.
— W zewnętrznym świecie nie miałabyś nawet wpływu na to, czy zaglądam Ci do głowy. Tutaj w zasadzie też, ale runy mnie ograniczają i całkowicie szczerze, to nie wiem — wzruszyła ramionami i spojrzała na nią z przepraszającym wyrazem twarzy — Wiem, że będę w stanie wyczuć, że nie chcesz mi czegoś pokazać, ale nie wiem, czy będziesz w stanie mieć władzę nad tym, czy to widzę… Sam proces też wymagałby od Ciebie przygotowań. Musiałabyś mocno zastanowić się, co chcesz przede mną ukryć, schować to w odpowiednim miejscu i mieć na uwadze to, że ta schowana rzecz może być tym, co powoduje brak snu… To trochę tak, jakbyś wiedziała, że rozcięłaś sobie rękę, ale do lekarza poszłabyś z bólem głowy i udawała, że to nie twoja krew na podłodze — wyjaśniła.
Damroka
Było stać go na bardzo głębokie znajomości, ale tylko wtedy, jeżeli były spełnione pewne warunki. Przede wszystkim musiał mieć do kogoś pełne zaufanie, więc już samo to dyskwalifikowało Noor, tym bardziej, że przecież ona też miała w sobie demoniczną naturę, a skoro właśnie przez to nie mogła polegać na nim, to on dokładnie przez to samo nie mógł polegać również na niej. Ale to, że nie polegał, nie oznaczało, że w jakikolwiek sposób wykorzysta jej słabości, bo po co? Nie miałby w tym żadnego celu, więc dopóki ona nie zamierzała szkodzić jemu, on nie zamierzał szkodzić jej. Na ten moment mógł jeszcze liczyć na jej wsparcie, więc korzystał z tej możliwości, zakładając, że ich wzajemna lojalność jest na tyle silna, że sprawa nie wypłynie gdzieś na światło dzienne. Ona również mogła liczyć na niego, chociaż był święcie przekonany, że w swoim otoczeniu ma dużo lepsze alternatywy, więc nie zakładał, że w razie potrzeby to właśnie do niego zwróci się w pierwszej kolejności. Był jedną z opcji na obrzeżach, ale pasowało mu to, bo niczego od niego nie wymagało, ale gdyby jednak zapukała kiedyś do jego drzwi, to z pewnością by je dla niej otworzył.
OdpowiedzUsuńPonieważ jego dzisiejsza wizyta nie była tak rzetelnie zapowiedziana, nie był pewien, czy nie psuł jej jakiś szczególnych planów tym, że jutro będzie musiał przyjść tutaj ponownie i skraść jej czas, ale wychodził z założenia, że gdyby coś zaplanowała, na pewno dałaby o tym znać. Miał świadomość, że czasami błądziła gdzieś w otoczeniu Podziemnej Areny, albo cmentarza, bo jeśli pracował w terenie, to naturalnie sam w okolicach tych miejsc bywał. Nawet na jutro miał zaplanowany nocny patrol tu i tam, ale będzie musiał troszkę zmienić szyk obowiązków, żeby o podobnej porze stawić się w mieszkaniu Noor i dokonać zmiany opatrunku, bo jeśli już wysmarowała go tym lekiem, to byłoby dobrze doprowadzić to leczenie do końca, żeby lek zaczął działać w pełni. Czymkolwiek ten lek był, na razie złagodził szczypanie na powierzchni skóry, a to oznaczało, że mógł założyć swobodnie sweter i nie krzywić się za każdym razem, gdy któraś nitka szarpnie skórkami wokół pęknięcia i wszystko zaogni. I właśnie to zrobił, kiedy Noor dokonała ostatnich poprawek ułożenia bandaża – ubrał się najpierw w sweter, a później w kurtkę i gotowy do wyjścia, skierował kroki do drzwi.
— Dziękuję — powiedział, na moment przystając w progu. — Będę jutro — zapewnił, tym razem zapowiadając się już dość konkretnie, jak nigdy, ale sytuacja była oczywista, a jemu zależało na tym, żeby wszystko to, co Noor zrobiła na jego klatce piersiowej, miało ręce i nogi i żeby rzeczywiście zadziałało.
Przez noc maść, która wchłania się w skórę, powodowała gdzieś wewnątrz lekkie pieczenie, ale przed południem dyskomfort wyraźnie osłabł, pozostawiając po sobie jedynie tępy ślad, który był efektem gojących się ran. Skóra w miejscu pęknięć nie była już tak napięta, a każdy oddech przestał ciągnąć ją w nieprzyjemny sposób. Wyglądało na to, że cokolwiek Noor w niego wtarła, działało dokładnie tak, jak powinno, czyli powoli, ale konsekwentnie. Dzięki temu mógł zająć się własnymi sprawami, a ponieważ wieczorem miał odbywać patrol w terenie, to nawet dobrze się złożyło, żeby w trakcie zajść do apteki i zmienić te bandaże Późnym popołudniem czuł już, że część tej maści zaczęła się wykruszać, ale potraktował to jako dobry znak.
Dzwoneczek nad aptekarskimi drzwiami obwieścił o jego przybyciu dokładnie o tej samej porze, o której przyszedł dnia poprzedniego. Jego spojrzenie powędrowało na Noor, a usta uniosły się w lekkim uśmiechu. Zaraz miała kończyć pracę, w aptece było już pusto, więc mogli działać. Przyjrzał się jej jeszcze, tak dla pewności, próbując rozszyfrować czy minionej nocy zmrużyła oczy chociaż na kilka marnych godzin, ale wydawało mu się, że raczej nie.
Usuń— Dobry wieczór — przywitał się krótko. — Nie wiem, czy to dobrze, ale okruchy tej maści mam już chyba w każdym możliwym zakamarku — przyznał, bo ten drobny pył obsypywał się i wpadał wszędzie, gdzie popadnie, nawet w nogawki spodni, a stamtąd prosto w buty. Ale wyglądał lepiej i to Noor z pewnością sama mogła wywnioskować.
Zayden Ward
Zważywszy na stan Noor, Levi wolał mimo wszystko nie żartować. Czym innym byłoby żartowanie, kiedy był trzeźwy i czym innym pozostawało ono, kiedy był zjarany, bo znajdując się pod wpływem wypalonego skręta, zdecydowanie gorzej odbierał sygnały wysyłane przez Noor, a przez to zupełnie niechcący mógłby chlapnąć coś, co pogorszyłoby jej humor, a nie go poprawiło. Ackermannowi zależało też na tym, aby ciemnowłosa kobieta nie poczuła się przez niego bagatelizowana, a przecież takie mogła odnieść wrażenie, gdyby ją zlekceważył, a całą sytuację obrócił w żart. Mógł bagatelizować swoje własne dolegliwości, ale nie te, które dotykały innych, a tak się składało, że Noor naprawdę wyglądała źle, a czuć musiała się nawet jeszcze gorzej, bo nawet nie starała się ukryć swojego stanu, bo choć dotąd ich rozmowy ograniczały się w większości do prowadzonych interesów, przez tych kilka lat ich znajomości Levi zdążył zauważyć, że Noor może nie tyle ukrywała wiele, co nie pokazywała wszystkiego, co miała do pokazania. W budowanych relacjach pozostawała wycofana, tak samo zresztą jak kotołak, bo choć ten pozostawał wygadany i otwarty, tak naprawdę rzadko kiedy mówił o sobie i krył się zarówno z emocjami, jak i uczuciami, o których nie przywykł mówić otwarcie, wychowany twardą i szorstką ręką Thatchera.
OdpowiedzUsuńWysłuchał teraz idącej obok, trzymającej go pod ramię Noor. Nie patrzył przy tym na nią, bo bez tego słyszał ją doskonale, nawet kiedy kobieta mówiła wyjątkowo cicho, a patrzył przed siebie, ku wylotowi uliczki wyznaczonej niskimi zabudowaniami, którą podążali.
— Czego już próbowałaś, żeby zasnąć? — spytał, ponieważ zgadywał, że nim aptekarka zdecydowała się zwrócić o pomoc, przetestowała wszystkie znane sobie sposoby mające zaradzić coś na wspomnianą bezsenność, choć w jej przypadku bez wątpienia nie była to bezsenność typowa dla zwykłego człowieka. Brak snu jednak działał tak samo dewastująco na każdą istotę, która potrzebowała spać i po Noor było to widać. Kobieta nie mogła odpocząć, jej umysł i organizm nie miały kiedy się zregenerować i to zmęczenie wyzierało z jej spojrzenia.
Ciężar panny Dubois mu nie przeszkadzał i Ackermann nie czuł, by jego skręcona kostka została bardziej obciążona, zauważył jednak, że zorientowawszy się, iż nadal lekko kuśtyka, Noor odsunęła się nieznacznie i poprzestała wyłącznie na przytrzymywaniu się jego ramienia. Uśmiechnął się przez to do siebie, pod nosem, rozbawiony, ale też odrobinę rozczulony tym, że choć sama źle się czuła, właścicielka apteki wciąż myślała o innych. Zdradzała się właśnie takimi gestami – tym, że pomogła mu tamtego wieczora w aptece i tym odsunięciem się teraz. Zdradzała się z tym, że potrafiła, a przede wszystkim chciała troszczyć się o innych.
— Myślę, że możesz, a to całowanie się powinniśmy przetestować, bo choć pocałunek księcia wybudza księżniczki ze snu, to nie zaszkodzi sprawdzić, czy w tym pokręconym miejscu nie zadziała to w drugą stronę — zauważył i przechyliwszy głowę, by zerknąć na Noor, mrugnął do niej porozumiewawczo. Zamiast jednak ją całować, by przypadkiem nie zasnęła tutaj, przez co musiałby ją nieść, a tego jego kostka mogła już nie wytrzymać, doprowadził ją do końca uliczki i pociągnął za sobą w lewo. Uszli jeszcze kilkadziesiąt metrów, klucząc pomiędzy kamienicami, aż wyszli na szerszą uliczkę prowadzącą pod las, gdzie majaczyło niewielkie osiedle składające się z kilkunastu, identycznych parterowych domków. Jeden z nich od czasu wypadku Thatchera zajmowali Ackermannowie.
— A tak na poważnie — zagadnął, kiedy powoli posuwali się na przód, zostawiając za plecami gęściejszą zabudowę. — Masz jakiś pomysł na to, jak mogę ci pomóc? — spytał, bo póki co, sam żadnego pomysłu nie miał. Nie miał jak jej pomóc, na pewno nie w sposób doraźny, na pewno nie tu i teraz.
Jeśli Noor zdecydowała się go odszukać i zwrócić do niego, to zgadywał, że mogła potrzebować czegoś z zewnątrz, co on mógł dla niej sprowadzić. To było jedyne, co miał i czego Noor mogła chcieć, a zważywszy na to, że pozostali mieszkańcy nie mogli opuszczać Azylu, było to wiele.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
- Nie mogła zostać. Nieśmiertelne nie zajmują się sprawami ziemskimi. Tylko my, podklasa, jesteśmy wysłannikami. Zanim wzniesiemy się w górę. - westchnęła. Cała ta rozmowa z tą upartą dziewczyna była wielce męcząca. Że też musiała jej się taka trafić. - Trochę pokory nikomu nigdy nie zaszkodzi. Zawsze uważasz się za taka mądrą? Pewnie to przez demona. Gadka o mojej śmierci? Serio... Gdyby nie one, tro byłabyś martwa,... tak jak cały mój klan, który dzięki mnie nie żyje. Szkoda tracić czasu na mnie. Ej... - zaprotestowała pisząc. - jestem w swej chałupie całkiem bezpieczna.... Zostaw... - westchnęła czując się jakby gadała ze ścianą.
OdpowiedzUsuńNaprawdę nie lubiła być bezradna.
Postawiła by się, gdyby ciało chciało słuchać i gdyby nie była zbyt osłabiona. Wcześniej udało jej sie przełknąć parę łyżek bulionu, ale miała wrażenie, iż jadła papier. Nie zdążyła ogarnąć jeszcze domu, rozpakować zapasy, wszystko zostało w magazynku w siatkach i czekało na rozpakowanie. Szczęście w nieszczęściu, było wszystko suche.
Przekimała cała drogę. Może i dobrze, bo cale ciało było drażliwe na dotyk a będąc świadoma mogła spróbować zwiać.
Obudziła się gdzie po kilku godzinach w znajomym już składziku.
- serio? Znowu tu jestem - "pomyślała" na glos. Odwróciła głowę w stronę mieszanki ziół. Zrobiła odruch, jakby chciała zwymiotować. Zapach był okropny a któreś z ziół kompletnie do siebie nie pasowało. Miała niby to wypić? Fuj... Az się wzdrygnęła z obrzydzenia.
- Bogowie, powiedzcie mi, że już umarłam i tego nie czuje... - warczała na miskę jakby była wrogiem. Wpatrywała się w nią jak zaklęta albo jakby miała odczynić jakiś urok, przez co ten obrzydzający zapach miałby zniknąć.
marudny lis [ps. głupawka mnie wzięła ^^]
Przyłożyła uszy ku sobie i zjeżyła sierść patrząc sie na miskę jak by miała ja ugryźć. Coś tu wsadziła i jej się to nie podobało.
OdpowiedzUsuń- Akurat. Śmierdzi, że aż mi się kreci w głowie. - skomentowała z przesadna irytacja. Zerknęła znad miski - pewnie nic surowego nie masz? Albo słodkiego? Kooocham czekalade... - rozmarzyła się na głos. Poruszyła łbem, by sie opamiętać.
Ziewnęła.
- ile spałam? Mam wrażenie, iż czas mi się poprzestawiał - uniosła głowę, by zerknąć na zegar ścienny, którego miała ochotę rozwalić, gdyż wydawało jej się iż stał sie głośniejszy. Albo zmysły stały się bardziej ostre. Odnosiła wrażenie, iż wypiła za dużo. Glowa jej pękała.
- Cóż... mam odmienne zdanie. Jak na kogoś, komu tak przeszkadza opieka, zaczynasz to robić regularnie. Zaraz pomyślę, że każesz mi płacić za udostepnienie przestrzeni po godzinie. Po co to robisz?
Rozciągnęła sie na leżąco a potem spróbowała wstać. Spociła się stojąc na miękkich lapach, które momentalnie nie wytrzymały ciężaru i... wszystkie rozjechały sie na boki. Głucho grzmotnęła dolną szczeka o posadzkę. Pisnęła z bólu i nagłego szoku po uderzeniu. Az zaczęły jej latać mroczki przed oczami.
- Cholera - burknęła, kiedy odzyskała mowę. Łapy nie chciały jej słuchać, ale musiała w końcu wstać. Leżenie nie wpływało dobrze na narządy wewnętrzne, a chciała przy okazji zmienić pozycję - Nie... - katem oka zauważyła ruch - ciało mnie jeszcze boli.
Oddychała głębiej, ale i szybciej, gdy ponownie spróbowała wstać. Jednak tylko na moment, gdyż usiadła ciężko zadkiem na podłodze i wyciągając lapy przed siebie oparła się bliżej ściany, jako oparcie. Chłodna ściana, przyjemna. Ocierała się przez chwilę o nią by podrapać miejsce z tyłu szyi, gdzie nie sięgała. Nowy ogon domagał się uwagi. Zerknęła tam - był niczym puch. Wcześniejsza obwódka powoli zanikała stapiając sie zresztą. Zmrużyła oczy. Albo na odwrót reszta zmieniała sie z nowym. Westchnęła. Później to rozminie. Znowu ziewnęła.
- surowe... - popatrzyła na Noor, nie dokańczając zdania ułożyła głowę na przednich łapach.
lis i jego kulinarne zachcianki [aż się dziwię, że do tej pory jeszcze jej nie oskórowała ;>]
[Tak w skrócie i nie do końca naprawdę, to w połowie jest jakby… smokiem? Zapewniam, że nie jest to aż tak ekscytujące, jak się może na początku wydawać :D]
OdpowiedzUsuńÉlara była dobrą obserwatorką, ale bardzo dyskretną i wcale nie wścibską. Zazwyczaj bez problemów odczytywała atmosferę panującą w pomieszczeniu, w którym się znalazła, jak i intencje osób, z którymi przyszło jej obcować. Działo się tak bardziej przez przypadek, bardziej odruchowo niż specjalnie. Taką Élara miała po prostu naturę i nie bardzo się nad tym zastanawiała. Ufała swojemu wyczuciu, intuicji i wrażliwości, co sprawdzało się na wielu płaszczyznach, po których stąpała w trakcie swojego życia. Tak też była nauczona działać ze swoją magią i tak też odnajdywała się w roli matki.
Apteka pełna była pozorów, podobnie jak jej właścicielka, ale Élarze w niczym to nie przeszkadzało. Rozumiała bardzo dobrze potrzebę utrzymywania niektórych rzeczy w tajemnicy i nie widziała sensu w obdzieraniu innych z ich sekretów. Jeśli sama coś zauważyła, coś wyczuła, wiedzę tę zostawiała dla siebie i niczego nie drążyła. Ceniła sobie spokój i równowagę, wierząc, że żeby je utrzymać, w większości przypadków należało pozwalać sytuacjom rozwijać się w ich własnym tempie.
Noor roztaczała wokół siebie czarcią energię i pachniała bardzo subtelnie, aczkolwiek przebijała się w tym wszystkim jedna konkretna woń, której Élara nie potrafiła rozpoznać. Nie dlatego, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła, ale runy tępiły jej zmysły. Poza tym jasne dla niej było, że Noor nie pokazuje siebie w całości taką, jaka była w rzeczywistości, więc zgodnie ze swoim podejściem nie wnikała w to bardziej, niż było jej to samej potrzebne. A Élarze wystarczyła jedynie świadomość, że w aptecznej przestrzeni nie istniały wobec niej i jej syna złe zamiary.
Nie potrzeba było być bardzo spostrzegawczym, ani posiadać wrażliwości Élary, żeby zauważyć, że Noor była zmęczona. Wystarczyło tylko przyjrzeć się jej spojrzeniu, choć pewnie wielu by i tak nie zwróciło na to uwagi. Sposób, w jaki się poruszała, skutecznie mógł odwracać uwagę od zmęczonych oczu, był eteryczny, trochę nieuchwytny, a więc tym chętniej przyciągał wzrok.
Uznała, że to nie jest jej sprawa i nie skomentowała niczego, choć pewnie uprzejmie byłoby zapytać, czy wszystko w porządku. Wydawało jej się, że uprzejmiej jednak nie zwracać na to uwagi, skoro wiedziała, że Noor wolała zachować swoje sprawy dla siebie.
— Dziękuję — odparła więc tylko, nie tracąc swojego łagodnego uśmiechu, który był jednak przede wszystkim skierowany do Caleba. Jemu nie dało się poświęcać za dużo uwagi, mogła hojnie obdarzać go swoim zainteresowaniem w nieskończoność, a i tak czasem wydawało się, że było tego za mało. Choć po prawdzie, Élarze samej po prostu brakowało siły.
Zauważała, jak Caleb jednym przypadkowym spojrzeniem potrafił zburzyć trochę mury, które Noor wokół siebie stawiała i trochę ją ta drobna słabość martwiła. Nie była do końca pewna, co o tym myśleć, nie chciała jednak nadgorliwie zapobiegać czemuś, co w ogóle mogło nie mieć miejsca, więc tylko w dalszym ciągu obserwowała i się uśmiechała.
Minęły się i wtedy w Élarę coś uderzyło. Mimowolnie podniosła spojrzenie, wbijając je w twarz Noor z lekkim niedowierzaniem, może nawet szokiem. Ta woń…
Udręka.
Zamrugała szybko, żeby jakoś wyzbyć się tej swojej zdziwionej miny i pokiwała zaraz głową, odpowiadając na pytanie, którego nawet teraz nie pamiętała.
— Tak, oczywiście — potaknęła dodatkowo, ze zmieszaniem machając jedną ręką, jakby chciała dodatkowo odgonić od nich wrażenie po jej pierwszej reakcji. — Miałabyś może ochotę na moją rytualną herbatę? — spytała, poprawiając Caleba w swoich ramionach. — To nie jest tak do końca herbata. Ani nic spektakularnego. Po prostu ograniczam kofeinę w każdej postaci, ale i tak muszę się jakoś wspomagać i mam taki… mały rytuał. Naprawdę mały — wyjaśniła i zapewniła naprędce, nie narzucając się z niczym. — Ratuje mi to życie już od kiedy byłam w ciąży.
Élara Durant
- gdyż tak to było, Noor. Trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć stop. - mruknęła - Ta lista w sumie była zostawiona dla mnie.
OdpowiedzUsuńZadrgały jej wąsy jakby usłyszała co zabawnego, jednak tego już nie skomentowała. Wystarczyło jak na jeden dzień wrażeń. Jednak taka już miała naturę. Szpileczka tu, szpileczka tam i chaos murowany. Bo w końcu nie sprowadza się lisa do kurnika, prawda?
- Nad ranem opuszczę twoją aptekę. Jak tylko opanuję kończyny do stanu używalności. - odparła z irytacją. - Co do ziół, to możesz podać mi melisę? Głowa mi pęka. Żartowałam z tym mięsem. Szkoda, że nie mogłaś zobaczyć swojej miny - dodała pogodnie.
Przez dłuższą chwilę milczała. Nożna byłoby powiedzieć, że zasnęła, ale uszy śledziły każdy krok.
- Moja droga, jeśli za każdym razem liczyłabym na podziękowanie, to nie przeżyłabym tak długo. Nie to się liczy najbardziej, tylko myśl, ze zrobiłaś cos użytecznego nie oczekując niczego w zamian. Ciepło, które czujesz w sercu jest jak nagroda lepsza niż pieniężna czy w innych dobrach. Lepiej byś to zrozumiała, gdybyś poznała lepiej świat. Mnie przy pomaganiu cieszy fakt, iż mogłam coś zrobić, ze byłam w tej chwili najbardziej pomocna. Nie oczekuje, iz to do ciebie dotrze. - ułożyła sie wygodniej na bok - Żyję samotnie, bo to mój wybór. Dusi mnie przebywanie w społeczności. Samotność bywa trudna, ale ja nie szukam przyjaciół, czy znajomych. Myślę jak zwierzę, bo jestem nim. Silniejszy przezywają a słabsi... to dopiero mają podgórkę. Ciągle niebezpieczeństwo, ciągły strach, ze dostana sie w czyjeś łapy, sprawia ciągle poczucie zagrożenia. A czy one czekając na podziękowanie? - rozciągnęła się - Jesteś po części czarownica, to elementarna wiedza, której nie musze chyba tłumaczyć jak działa świat zwierząt. - wróciła początku - Dlatego też nie szukam ani towarzystwa ani rozmowy. Nie zawieram znajomości, nie posiadam przyjaciół, ani wrogów. Jestem duchem a nie długo zacznie się wiosna. Trzeba będzie pomagać w uprawach, później w żniwach. To jest to czym jestem, to cala istota o mnie.
Ponownie spojrzała przeciągle i dłużej a potem odwróciła głowę z nikłym, przelotnym błyskiem niebezpiecznie gromadzącym sie w kąciku oka.
Rezygnacja.
Potem zamilkła, jakby całkiem wyczerpała spadkiem energii poświęconej na te rozmowę. Może w końcu zrozumie o co jej chodzi a jak nie to trudno. Wstała ociężale, tylko po to aby zbliżyć się ku wolnemu rogowi zaplecza i twarzą do niego zwinąć się ciasno w kulkę. Po chwili już spała.
[=>.<=]
Nie miał powodów, żeby denerwować się tym, że zaczęła się odsuwać, bo jeśli zaczęła się odsuwać, to znaczy, że tego chciała. Przecież na siłę nikt jej nie wyszarpnął, sama wybrała to, kogo i kiedy potrzebuje. Ich relacja była dość prosta: on nie oczekiwał od niej żadnego oddania i sam nie zamierzał spełniać podobnych oczekiwań, jeżeli takowe pojawiły się z jej strony, bo jemu nie zależało na tym, żeby ubierać ich znajomość w coś, czego między nimi nie ma. I wychodził z założenia, że Noor doskonale to rozumiała, bo jej uczucia i potrzeby też wędrowały w stronę kogoś innego, więc jaki sens był stawać jej na drodze? Co prawda, jemu to nie robiło wielkiej różnicy, bo nie miał w sobie tego wachlarza ludzkich uczuć, żeby przywiązywać wagę do tego, z kim ona dzieliła się bliskością, ale wydawałoby się, że dla niej dość istotne jest to, ilu osobom pozwala się dotykać i pragnąć, i ilu z nich dopuszcza do siebie w takim stopniu, żeby emocjonalnie się przywiązać. Może nie miał pewności, czym rzeczywiście był spowodowany mętlik w jej głowie, ale wiedział o jego istnieniu i z tego powodu wolał się wycofać, bo może ich relacja w jakimś stopniu go pogłębiała. Może nie spełniała jednak jej oczekiwań, bo one okazały się większe niż powinny być. A może trochę przeszkadzała innym sprawom w jej życiu, które przez to nie mogły nabrać pełni kształtu. Miał też na uwadze to, że jej demoniczna natura lubiła kusić i zabawiać, więc nie brał za pewnik, że wszystkie relacje, w które wchodziła, coś dla niej znaczyły, ale był bystry – jak sama zauważyła – i rozważał to, że ich relacja mogła stać na przeszkodzie innym i równocześnie tym, które akurat mogły spełnić wszystkie jej oczekiwania. Bezsenność, chaos i podważanie znajomości będzie trwało tak długo, jak długo ona będzie niezdecydowana i czegoś z tym nie zrobi. Żyli w klatce, złotej i równocześnie zgniłej, ale wystarczyło zwrócić się po pomoc do tych, którzy mogli przynajmniej spróbować jej udzielić bez strat większych niż to konieczne. To była jej wola w jakie kontakty wchodziła i kogo trzymała bliżej, a kogo dalej. Pewnie można by zatrzymać bezsenność, gdyby tylko dobrze się poszukało, ale Noor sama powinna czuć, co należy robić. Też była przecież bystra. I też znała sporo osób, którzy mają możliwości.
OdpowiedzUsuńRozumiał, że była zaniepokojona jego stanem, ale trochę niepotrzebnie, bo on wiedział na ile może sobie pozwolić w kwestii przysięgi. Wiedział, gdzie jest granica tego stanu i co zrobić, żeby już się do niej nie zbliżać. Musiał być po prostu grzeczny i z tą grzecznością wytrzymać do dostawy swoich artefaktów. To, że Noor wyczarowała maść i wtarła ją w te rany pomogło dużo, bo znacząco go od tej granicy odsunęło, więc jeśli będzie w którymś momencie przypadkiem niegrzeczny, to dzięki temu będzie wciąż daleki od stanu krytycznego, który mógł mu realnie zagrozić. Nie musiał lecieć na oparach swojego popiołu i czekać ze zbawieniem na dostawę, bo jej maść dała mu parę dodatkowych dni zapasu.
Teraz powinna pomartwić się o siebie, bo teraz to ona wyglądała zdecydowanie gorzej. Jej blask ewidentnie gasł z dnia na dzień, a momentami wcale nie przypominała już tej Noor, którą była wcześniej. Nie mówił tego głośno, bo na pewno była tego świadoma, skoro musiała zamknąć aptekę, korzystając z siły fizycznej a nie magicznej.
— Musisz zadbać w końcu o siebie i odzyskać siły, Noor — stwierdził jednak mimo wszystko i skierował się do jej mieszkania, tak jak wczoraj. A potem zatrzymał się razem z nią, obserwując jak opada ramieniem na ścianę, żeby się o nią podeprzeć.
— Melisa to raczej za mało — zauważył, bo wczoraj popijała napar. Było to dość zastanawiające, że nie miała w aptece specyfików, które mogły dosłownie ściąć z nóg, chyba że miała, tylko nie działały, bo i taka opcja wchodziła w grę. Skoro na niego nie działały używki, albo działały w nikłym stopniu, to możliwe, że spora część medykamentów też zdałaby się na nic.
Usuń— Usiądziesz? — zaproponował, spojrzawszy w stronę kanapy. Tak byłoby po prostu lepiej, żeby na ten czas, kiedy on będzie zmywał z siebie zeschniętą maść, ona była w pobliżu czegoś miękkiego, na co będzie mogła opaść, jeśli poczuje, że mięśnie odmawiają jej współpracy.
Zayden Ward
Rory przyjęła mikrofon, ale nie odłożyła go od razu. Przez chwilę obracała go w dłoni, wcześniej jednak przesuwając suwak na jego obudowie, by nie łapał dźwięków jak oszalały. Rozważała, czy przypadkiem nie użyć go jeszcze raz — tym razem nie do śpiewania, tylko do przywołania porządku. W końcu jednak tylko westchnęła cicho, kucnęła i położyła go na ladzie obok sterty płyt, które wcześniej przeglądała. Podczas, gdy Noor opuszczała scenę niektórzy z panów postanowili zabuczec i wygwizdać Rory, która przerwała im zabawę. Może powinna się zdziwić i jednak krzyknąć do mikrofonu, ale ci szybko ucichli, wracając do wcześniej toczonych rozmów.
OdpowiedzUsuńGwar w barze powoli wracał do swojego zwykłego rytmu, ktoś odsunął krzesło, trzasnął drzwiami od toalety, przy drzwiach wejściowych zadzwonił melodyjny dzwoneczek. Uwadze Aurory nie umknął również fakt, że kilku klientów jeszcze patrzyło w stronę miejsca, gdzie przed chwilą stała Noor. Z nadzieją? Być może, ale schowany mikrofon i muzyka, która teraz wypełniała pomieszczenie, sącząc się z głośników na ścianach, zwiastowała jedno – koniec karaoke. W powietrzu nadal wisiał zapach piwa, smażonego tłuszczu i tequili rozlanej gdzieś przy stolikach.
Aurora oparła dłonie o blat i przez moment przyglądała się stojącej obok kobiecie. Coraz więcej osób pozwalało sobie na to, aby w ten sposób łamać barowe konwenanse, a im dłużej Rory patrzyła na demonicę, tym mniej w niej było siły, aby ją przegonić. W ciepłym świetle lamp nad barem jeszcze wyraźniej było widać rumieńce na policzkach Noor i to przyjemne rozluźnienie w ruchach, które przychodziło z alkoholem. Rory uniosła jedną brew, jakby wciąż próbowała zdecydować, czy brak czystej złości względem szatynki bardziej ją to bawi, czy jednak martwi.
— Wiem — odparła w końcu spokojnie na jej słowa. — Ale ja też wiem, jak wygląda początek problemów w barze. Możesz mi zaufać, a teraz… Czmychaj na swoje miejsce — mruknęła i wskazała ruchem głowy miejsce po drugiej stronie lady, obok zalanego w trupa wampira.
Sięgnęła po ścierkę i powoli przetarła fragment lady, na którym jeszcze chwilę wcześniej stały kufle i butelki. Ruchy miała metodyczne, niemal uspokajające.
— Najpierw ktoś śpiewa na ladzie — powiedziała, nie podnosząc jeszcze wzroku, choć uśmiech czaił się na jej ustach. — Potem ktoś próbuje pomóc mu zejść. Potem ktoś się potyka.
Dopiero wtedy spojrzała z powrotem na Noor.
— A potem przychodzą ci ważni i groźni, i zadają dużo pytań.
Kącik jej ust drgnął nieco bardziej, w czymś pomiędzy znużeniem a rozbawieniem. Rory odłożyła ścierkę i oparła się przedramionami o bar, samej nachylając się w stronę klienckiej części lady, pozwalając sobie na krótką chwilę przerwy, zanim znów ktoś zawoła o kolejne piwo.
— A ja naprawdę nie mam dziś ochoty na raporty — dodała ciszej, zupełnie szczerze. Starała się nie patrzeć dłużej na Noor, bo miała wrażenie, że ten dziwny, trudny do odparcia magnetyzm, którym emanowała kobieta, działał również na nią.
Spojrzenie Aurory na moment powędrowało przez salę, bo stanowiło to idealny rodzaj ucieczki przed Noor.
Rory sięgnęła po butelkę tequili i uniosła ją lekko.
— Wygląda na to, że wygrałaś — zauważyła, wskazując w stronę wampira. — Twój przeciwnik właśnie odbywa podróż astralną przez blat tego baru. — Dodała z przekąsem, bo mogła albo liczyć się z tym, że wampir się ocknie, albo że będzie musiała wywalić go na ten mroźny wieczór.
Rory Nielsen
Przyszedł po nią i przygotował dla niej posiłek. Zrobił więc to, co należało i taka też była jego troska. Nie czuł, że powinien zaoferować coś więcej, bo też nic nie pomogłoby w tej sytuacji. Noor doskonale wiedziała, jak beznadziejne to wszystko było, a Anastasius, być może, po prostu pojawił się w odpowiednim momencie, żeby ją uratować. Nie był jednak jej zbawcą i nie zamierzał być, bo nie był w stanie stać się taką figurą w jej życiu. Gdyby powiedziała mu o tej trosce i wszystkim innym, zapewne zwróciłby jej uwagę, że wciąż i wciąż jej powtarzał, że nie jest dla niej odpowiednim towarzystwem, że w całej tej relacji zawsze było coś kruchego, a Anastasius tak naprawdę nie znał prawdziwej Noor.
OdpowiedzUsuńKiwnął głową, słysząc jej ton. To dobrze, że chciała się tym zająć, bo zapewne tylko ona mogła to zrobić. Zdawał sobie sprawę z tego, że pewnie będzie to dla niej trudne, ale musiało takie być. Sądził, że Grimm będzie wyzwaniem, ale miał nadzieję, że Noor potraktuje sprawę poważnie i sięgnie po pomoc kogoś z funkcjonariuszy porządkowych albo chociaż urzędników. W końcu tego typu incydent nie powinien mieć miejsca, a Noor mogła być jedną z pierwszych ofiar psa śmierci – tego też nie można było wykluczyć.
— Nie, Noor — odpowiedział, patrząc w jej stronę.
Rozumiał jej złe samopoczucie, ale bieganie za rozwiązaniem niemal gorączkowo było bardziej niż niebezpieczne. Przed chwilą leżała w grobie, przysypania ziemią, a teraz próbowała pozbyć się czegoś, co trawiło jej umysł i ciało dłuższy czas ot tak. Gdzie w tym jakaś logika? Czy naprawdę myślała, że po prostu wręczy jej napar i będzie się przyglądać, jak zasypia? Co, jeśli podczas tego wymuszonego snu zapadłaby się w sobie, a mózg zacząłby inaczej działać, bo Noor nie była gotowa? Może Dubois nie brała tego pod uwagę, ale Anastasius tak.
Nie był zbyt dobry w chaosie tej relacji, bo lubił to, co było pewne i jasne. Ostatecznie też przecież starał się, aby Noor doskonale wiedziała, co myślał i czuł. Dawał jej mnóstwo sygnałów, które sugerowały, że przekraczanie granic jest zabawą tylko dla niej, że jej demoniczna natura w zasadzie mu nie przeszkadza, ale cenił sobie brak komplikacji i nie chciał być ofiarą jej sztuczek. Był starym mężczyzną w ciele młodego chłopaka, miał swoje przyzwyczajenia i poglądy – śmiało więc mógł stwierdzić, że to, czego potrzebowała Noor, było dalekie od tego, co mógł jej dać, bo owszem, troszczył się o nią i stała się częścią jego azylowej egzystencji, ale w tym momencie powinna raczej zająć się sobą, własnymi problemami. To byłoby dla niej lepsze, tym bardziej że obserwował jej zachowanie – lubiła otaczać się swoim urokiem, lubiła być blisko, lubiła kontakt fizyczny i czerpała przyjemność z przekomarzania, tylko że to wcale nie było zabawne, gdy w grę wchodziło jej zdrowie czy życie.
— Odpocznij dzisiaj w domu. — Podniósł się z miejsca. — Zostanę do czasu, jak się uspokoisz. Wciąż drżysz.
Owszem, dotarło do niego to, co do niego powiedziała, ale musiał o tym pomyśleć. Wiedział, że Noor traktuje tę relację poważnie, że jest zaangażowana, zresztą pewnie jak w każdą, bo była po prostu dobrą osobą. Taką, która pomogłaby każdemu w potrzebie, ale dlaczego więc nie chciała pomóc sobie? Dlaczego tak późno zajęła się tą bezsennością?
Zaczął zbierać naczynia, a potem przeszedł korytarz i zaczął zmywać. Nie miał zamiaru zostawiać jej czegoś do sprzątania, musiała po prostu wypocząć, spróbować wziąć oddech. Być może tego w tym momencie potrzebowała najbardziej: spokoju.
Anastasius
- Czyżby? Nie rozumiesz czy nie chcesz zrozumieć? To jest kluczowe pytanie. - zauważyła nadzwyczaj obojętnie - Zamiast zastanawiać się jak to robię, pomyśl o kluczowym zdarzeniu: dlaczego tak sie dzieje? Jesteś jak otwarta księga bez żadnych zabezpieczeń. - oczywiście prowokowała - Zamiast udawać taką dobra za jaka się mniemasz zacznij sie w końcu szkolić. Taka jaka jesteś teraz, dajesz innym gotowa do użycia broń do ręki. - podjęła watek, jak nosem poczuła zioło. - Czy w ogóle jesteś w stanie zrozumieć wyraźny przekaz czy masz to w nosie? Nie znasz przysłowia? Nie wprowadza sie lisa do kurnika....
OdpowiedzUsuńWyczłapała się ze swego kąta i przeciągnęła. Łapy juz mniej sie chwiały. Chwała ci Inari. Jednak wiedziała, że czekał ja dywanik w najbliższym czasie.
Pokręciła głową. Miała zamiar opuścić to miejsce a nie kumplować się i zawierać znajomości. Nie była aż tak dobrotliwa jak się wydawało. Ta dziewczyna ją drażniła. Towarzystwo ją drażniło.
- nie, dziękuje. - odparła obojętnie. Zerknęła w stronę drzwi. Tęsknie, ale było juz rano. Opcja wyjścia drzwiami była niemożliwa. Zatem trzeba będzie przejść inna formą.
- Nie idź za mną - dodała lodowato - mój los jest moja sprawa. Zajmij sie sobą dziewczyno.
Machnęła nowym ogonem młynka przy najbliższej ścianie a sama zaczęła sie robić półprzezroczystą tak jak przejście, które na moment rozbłysła, ale w wszystko zniknęło, gdy przekroczyła próg.
Chwilę później przechodziła przez torii we własnym domu. W końcu mogła zająć sie ogarnianiem własnych spraw. Pospała jeszcze z godzinę czy dwie. Udała sie na polowanie łapiąc parę królików i zjadła. Wróciła do domku, ogarniając magazynek. Na wszelki wypadek i na cięższe czasy, ale wiosna nadchodziła - obrodzi w dzikie krzewy. Obgada sprawy, które ja ominęły z drugą strażniczką, potem zajmie sie papierologią. Gdy oczy ja zaczęły piec, poszła sie obmyć. Czuła się brudna i nieczysta. Przesiedziała w wartkim potoku parę godzin a potem po przemianie wskoczyła na gałęzie ginąc w poszyciu drzew. Kierowała się w najgłębszy bór w sercu lasu, aby trenować. O czym na wszelki wypadek poinformowała, przyczepiając pinezką kartkę na drzwiach: "Jestem w terenie. Za parę dni będę. Cos pilnego: zgłosić do drugiej strażniczki".
Nadal odczuwała skutki przemiany. Czuła siłę, ale musiała ja okiełznać i przyswoić na tyle, by nikomu nie zagrażała. A najlepszym ku temu sposobie była walka. W promieniu mili wysłała swój marker z zaproszeniem każdego ducha chętnego do walki. Po tym czekała medytując. Po nie długim czasie zaczęli przebywać. Sama po ludzku naga, częściowo lisia, trzymając tylko sztylety, zapraszała z zimnym błyskiem w oczach unosząc broń. Ogony też rwały się chętnie do walki. To był jak taniec - dynamiczny, hipnotyzujący, synchronizowany w każdym ruchu. Prawie jak poezja. Od dawna nie czuła tej lekkości, gdy precyzyjnie cięła, parowała i odbijała. Dusze przebywały, ale do godziny 3 nad ranem pozostała już sama. Brudna, spocona i zadyszana.
Dłonie opadły do boków, ale głowę trzymała do góry. Zamkniętymi oczami wdychała rześkie powietrze. A potem usiadła w pozycji lotosu z odpowiednio ułożonymi dłońmi zamknęła oczy, wznawiając medytacje do wyrównania oddechu.
Hocia
[Sol, tym optymistycznym zakończeniem kończę działalność.
OdpowiedzUsuńDzięki za wspólne pisanie - w sumie główne z Tobą.
Buziaki.]
Życie Damroki wisiało od lat w martwym punkcie, w zasadzie zatrzymując się w nim wraz z chwilą jej śmierci i chociaż mogła opowiedzieć wiele ciekawych anegdot, to traktowała je, jak samodzielne i oddzielne historie, wcale nie składające się na jej drogę. W jej trwaniu był jedynie początek, przeklęta, czerwcowa noc w trakcie której żyjące na bagnach duchy, zdecydowały o jej losie wraz z wierzeniami ludzi, przekazywanymi ustami starych kobiet, zaś koniec… Koniec miał nadejść nagle i niespodziewanie, bez poprzedzającej go starości, towarzyszącej jej demencji, ogłupienia, czy bólu osłabionych mięśni. Damroka kiedyś dużo myślała o tym, jak będzie wyglądał jej koniec, bo przecież Śmierć już od dawna była jej towarzyszką.
OdpowiedzUsuń— Jak to bez snu, Noor? Czy chcesz przez to powiedzieć, że ty wcale nie sypiasz? Jak to możliwe? — przyłożyła dłoń do ust, zszokowana wyznaniem siedzącej naprzeciwko niej kobiety. Istniały istoty, które faktyczie snu nie potrzebowały dużo, bądź nawet wcale, ale musiały one pozyskiwać energię z innych miejsc - chociażby tak, jak robiła do Damroka, która w zasadzie spać wcale nie musiała. No chyba, że tak jak obecnie, była zwyczajnie pozbawiona sił i jej ludzka powłoka potrzebowała czerpać skądś energię umożliwiającą istnienie kolejnego dnia. Jeżeli Dubois nie była w stanie spać, wcale a wcale, to pomimo demonicznych korzeni, według najlepszej wiedzy Damroki, dziewczyna mogła nie tylko poważnie się pochorować, ale nawet oszaleć. Z jakiegoś przecież powodu, jedną z ulubionych tortur łotrów tego świata, było właśnie umożliwienie snu torturowanym. Nawet wampiry musiały kiedyś odpoczywać!
Jedynie dla nowych mieszkańców stanowiło tajemnicę to, że Azyl mimo oferujących korzyści, miał też swoją ciemną stronę, nijak pokazywaną przez Ściągających, kiedy opowiadają o tym miejscu. Damroka doskonale o tym wiedziała, bo sama starała się pomijać niezbyt wygodne fakty, kiedy próbowała sprowadzić jakąś istotę za bariery ich domu. Wciąż uważała, że lepsze było takie życie, niż wieczna ucieczka tym bardziej, że zwykli śmiertelnicy wydawali się być coraz to bardziej zmyślni i skuteczni w prowadzeniu obław, na istoty paranormalne.
— Możesz… Możesz spróbować przed wziąć jakieś pigułki na sen. Ludzka część twojej natury powinna na nie zareagować, bo to czysta chemia. Może nie zaśniesz, ale łatwiej będzie mi Ciebie poprowadzić w stronę drzwi do snu, dzięki sama zużyję mniej energi. Jeśli zaś o same przygotowania chodzi… Teoretycznie koszmary wzmacniają się w czasie pełni i nowiu księżyca, ale pełnia wypada raptem za tydzień. Nie jestem przekonana, czy do tej pory uda mi się zorganizować odpowiednio duże zapasy, ale postaram się — uśmiechnęła się do dziewczyny, tym niewinnym gestem starając się z całych sił dodać jej otuchu. Gdyby ich relacja była na nieco większym stopniu zażyłości, Damroka prawdopodobnie chciałaby ją przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze i poradzą sobie z problemem, który nosiła w sobie Noor.
— Nie mogę Ci niestety obiecać, że jestem w stanie pomóc, Noor. Runy skutecznie ograniczają moje działania, tak jak nas wszystkich tutaj, ale… Ale ja nie znam swoich ograniczeń tak dobrze, jak powinnam po tylu latach. Nigdy nie było potrzeby, abym je poznawała bardziej, więc jeżeli nagle przestanę, albo przesadzę w jakiś sposób — spojrzała na nią ze szczerym współczuciem wiedząc, jak paskudne rzeczy potrafiła robić w mrocznej postaci — To bardzo Cię przepraszam — dokończyła i wyciągnęła w jej stronę rękę, w niemym zapewnieniu prawdziwości swoich słów.
Damroka
Sądził, że potrzebuje właśnie tego. Nie gorączkowego rozwiązania czy silnych, obcych ramion, a zatrzymania się w miejscu, odetchnięcia i zrozumienia tego, co się działo. Łatwo było pędzić i dać się pochłonąć chaosowi. Noor była młoda, miała prawo podążać za własnymi instynktami, szukać czegoś, co pozwoliłoby jej zapomnieć o tym, co najbardziej ją męczyło – taka była młodość i Anastasius to rozumiał. Nie miał zamiaru jej potępiać, ale jeśli chciała go znienawidzić za to, że studził jej zapał, to nie walczyłby z tym. Ostatecznie chodziło o jej bezpieczeństwo.
OdpowiedzUsuńKiwnął głową, gdy mu podziękowała. Nie oczekiwał tego. Właściwie niczego nie oczekiwał, przychodząc tutaj. Pojawił się w odpowiednim miejscu i czasie, bo słyszał jej wołanie – to dzięki niej mógł zareagować, sięgnąć po łopatę i wyciągnąć ją z dołu. Tak właściwie nie zrobił nic wielkiego, to mógł być każdy i zapewne też każdy postąpiłby w ten sposób.
Patrzył, jak się do niego zbliżyła i dotknęła jego barku, choć nie rozumiał tego gestu. Sądził jednak, że Noor tego potrzebowała, dlatego delikatnie złapał jej chłodną dłoń i pogłaskał krótko palcami, a gdy pozwoliła mu ująć swoją rękę, lekko ucałował jej wierzch. To był troskliwy, dżentelmeński gest, który do niczego nie zachęcał ani nic nie obiecywał, ale wyrażał to, co Anastasius chciał powiedzieć: troszczę się o ciebie.
Mimo wszystko jednak uważał, że Noor powinna lepiej dobierać sobie towarzystwo. Grimm, lisz… – był pewien, że w azylu znalazłyby się bardziej przyjazne istoty, które faktycznie mogłyby ją wesprzeć i dać jej to, czego oczekiwała, bo po prostu była kimś, kto zdecydowanie zasłużył, by być tak traktowaną.
— Możesz się położyć, usiądę obok — odparł.
Nie wszedłby do pokoju, w którym spała, bo to była jej przestrzeń. Poza tym Anastasius, osobiście, nie lubił, gdy ktoś kręcił się w pobliżu jego łóżka – cenił sobie prywatność i właściwie tylko Oggy’emu pozwalał dotykać swoich rzeczy. Nie wiedział, dlaczego tak do tego podchodził. Może to przez to, że przez wiele lat musiał pilnować tego, co miał, inaczej dana rzecz by przepadła – ktoś mógł ją ukraść lub zniszczyć. W wirze walk i leczenia rannych takie rzeczy często miały miejsce, a zapasy kurczyły się szybko.
Pomógł jej rozłożyć kanapę, a potem rozwinąć koc. Zajął krzesło, które stało obok, i odezwał się krótko:
— Mam nadzieję, że znajdziemy rozwiązanie twojego braku snu. Niepokoi mnie to, że tak się stało, choć nie jestem pewien, czy to dotyczy tylko ciebie, czy może to jakaś choroba… kiedyś, daleko stąd, leczyłem magiczną epidemię. Choroba przypominała trochę odrę, ale objawy były mylące, było dużo niewiadomych.
Po raz pierwszy opowiadał jej coś, co przeżył, zupełnie jakby teraz poczuł, że to jest odpowiednia chwila, aby zdradzić coś więcej o sobie. Doskonale pamiętał odór rozkładających się ciał i zapach pękających pęcherzy wypełnionych ropą. Większość chorych konała w męczarniach, a Anastasius jedyne, co robił, to próbował im ulżyć, gdy już wyczerpywał pomysły, które miały jakoś zmienić przebieg choroby. To było pouczające doświadczenie, pokazujące, że ludzkie ciało to tylko kupa mięsa i zbiorowisko krwi – wystarczyło jedynie zaburzyć działanie organizmu, nawet czymś tak niewinnym jak grypa, aby wszystko zaczęło się sypać.
— Umarło wtedy wiele osób — dodał, wbijając wzrok w ścianę. — Ale ostatecznie udało się zwalczyć zarazę, dlatego wierzę, że twoją bezsenność też uda się pokonać.
Anastasius
Rory przez chwilę nie odpowiadała, patrzyła, jak Noor płynnym, niemal scenicznym krokiem obchodzi ladę i sadowi się na jednym z wysokich stołków. Słowa Noor zawisły w powietrzu gdzieś pomiędzy nimi, a Aurora nie była pewna, czy bardziej zwróciła uwagę na pytanie, czy na ten miękki, zaczepny ton, którym zostało wypowiedziane. Przechyliła lekko głowę i odwróciła szkło, które polerowała, ściereczkę przerzuciła przez ramię, jakby tych kilka czynności następujących jedna po drugiej, miały jej pomóc uporządkować myśli.
OdpowiedzUsuńPodniosła wzrok znad blatu. Zdała sobie sprawę, że niezbyt wychodziło jej udawanie, niechęć do funkcjonariuszy w jej przypadku była o tyle uzasadniona, że poza Azylem miała sporo do czynienia z ich ludzkimi odpowiednikami.
Noor siedziała już na stołku, dokładnie tam, gdzie wiedźma kazała jej usiąść, jakby całe wcześniejsze zamieszanie było krótkim epizodem, ale Nielsen nie wierzyła w to, aby ktokolwiek, kto nie był zalany w trupa, miałby o tym zapomnieć. Ona nie zapomni. Noor, w odczuciu barmanki, tej chwili wyglądała niemal niewinnie – z poprawionymi kosmykami włosów, rozluźnioną postawą i tym lekkim błyskiem w oczach, który zdradzał alkohol krążący w jej krwi.
— Ich pytań — odpowiedziała w końcu, spokojnie. — Ludzie sami w sobie rzadko są problemem. Dopiero kiedy zaczynają zadawać pytania, wszystko się komplikuje. — Wyjaśniła, choć sama czuła, że to nie do końca prawda. Tutejsi funkcjonariusze mieli uprawnienia znacznie szersze i pozwalające na to, aby głębiej ingerować w życiu mieszkańców, niż policjanci na całym świecie, który przecież istniał poza Last Salvation.
Odstawiła butelkę na ladę z cichym stuknięciem i przez moment obserwowała wampira rozlanego na blacie kilka miejsc dalej. Jego klatka piersiowa poruszała się powoli, więc przynajmniej oddychał. To już było coś i potwierdzało, że rasowego krwiopijcę nie tak trudno ukatrupić, nawet jeśli jego moce i specyficzne cechy był ograniczane przez runy.
— A tu pytania lubią się mnożyć — dodała ciszej.
Kiedy Noor wspomniała o powodach do picia, Rory uniosła lekko brew. Mogłaby zapytać, czy było w tym coś głębszego, ale uznała, że nie znają się jednak na tyle dobrze, aby próbować zrozumieć jedną z wielu klientek, które pojawiały się w Bruderschafcie.
Zamiast tego sięgnęła po mały kieliszek i postawiła go przed Noor. Przez moment jeszcze się wahała, ale ostatecznie odkręciła butelkę i nalała bursztynowy płyn do połowy. Tequila gold.
— Jeden — powiedziała krótko. — Potem zobaczymy, czy jeszcze stoisz prosto. — Szerszy, niż do tej pory, uśmiech pojawił się na twarzy Aurory, która zwykle była oszczędna w emocjach.
Kiedy Noor zaproponowała, żeby napiła się razem z nią, Aurora przez krótką chwilę wyglądała, jakby naprawdę rozważała odpowiedź.
Jej spojrzenie wróciło do Noor, tym razem oczy w nietypowej, trudnej do określenia barwie, zawiesiły się na piegowatej twarzy na dłużej. Zauważyła sposób, w jaki demonica wyciągnęła nogi i oparła je o pręt stołka, ten swobodny, niemal leniwy ruch.
— W pracy? — mruknęła w końcu, nie żeby nigdy tego nie robiła. Nie pierwszy raz była barmanką i nie pierwszy raz przechyliłaby kieliszek w towarzystwie klienta, ale… tutaj, w Azylu, było inaczej. Kącik jej ust drgnął minimalnie. Gotowa była się przecież zgodzić, ale miała wrażenie, że na jednym się nie skończy, a ona wtedy straci czujność i pozwoli Azylowi na przejęcie kontroli nad jej życiem.
— Ktoś tu musi pilnować, żebyś znowu nie zaczęła koncertu na blacie — powiedziała spokojnie, ale w jej głosie pojawiła się nuta rozbawienia, której wcześniej nie było, a która była dość nieoczekiwana nawet dla samej Aurory. — Ale… — dodała po chwili, zerkając na butelkę tequili. — Jeśli naprawdę masz jakiś sensowny powód do picia, to możesz spróbować mnie przekonać.
Rory Nielsen 🍸
— Czyli nie próbowałaś sposobu starego jak świat — zauważył z rozbawieniem i może w zwyczajnych okolicznościach miałby opór, aby akurat dziś wspomniany sposób na Noor testować, był jednak zjarany i jeśli miał jakiekolwiek zahamowania, to te dziś puściły. Levi był jak ten zostawiony na luzie samochód, któremu wystarczyło niewielkie nachylenie terenu, by zjechać z wyznaczonego miejsca parkingowego, a nawet rozpędzić się i nabrać prędkości, jeśli na jego drodze nie wyrośnie przeszkoda zdolna zatrzymać rozpędzoną masę.
OdpowiedzUsuńPodprowadził ją pod dom, pomógł pokonać te trzy schodki prowadzące na niewielką werandę, a następnie otworzył drzwi, przez które wchodziło się do wiatrołapu i przepuścił Noor przodem. Wszedł do środka zaraz za nią, przekręcił zamek i tupnął kilkukrotnie, strzepując śnieg z butów na wycieraczkę. Pomógł kobiecie zdjąć odzienie wierzchnie, po czym pozbył się własnego i odwiesił ich kurtki na wkręcony w ścianę wieszak. W domu Ackermannów było ciepło, dla niektórych wręcz za ciepło, ale dziś panująca we wnętrzu temperatura raczej nie miała przeszkadzać właścicielce apteki, przyzwyczajonej raczej do chłodu, bo ten był odpowiedni do sporządzania i przechowywania leków, a także pozostałych, sporządzanych przez nią preparatów. Nie przetrwałyby długo u Ackermannów i psułyby się szybko, rozwarstwiając się i tracąc swoje cenne właściwości, Noor jednak wyglądała jak ktoś, kto tego ciepła potrzebował.
Z wiatrołapu wyprowadził ją na korytarz dzielący dom na pół. Zaraz po prawej znajdowała się kuchnia, do której to Levi wprowadził kobietę i usadził ją na jednym z krzeseł ustawionych przy prostokątnym stole, wybierając to, po zajęciu którego miała mieć swobodny widok na całe pomieszczenie, a tym samym młodego Ackermanna, który zaczął kręcić się przy meblach.
— Co to jest czysty kryształ? — zapytał, z górnej szafki wyciągnąwszy dwie szklanki. Obie ustawił przed Noor i zerknął na nią krótko. Potrzebował nie tyle szczegółów, co konkretów. Musiał wiedzieć, czego miał szukać, kiedy opuści azyl, tym bardziej, że nie mógł spędzić na zewnątrz tyle czasu, ile mu się żywnie podobało. Musiał rozsądnie kalkulować, dopasowując czas przeznaczony na wykonanie zadania powierzonego mu przez Radę i rozciągając go na tyle, na ile potrzebował do załatwienia własnych spraw, które z kolei nie powinny Rady interesować. Nie mógł więc wzbudzać podejrzeń i robił to na tyle, na ile potrafił, a potrafił całkiem nieźle, bo przez tych sześć lat poświęconych karierze Łącznika, nie doświadczył większej wpadki.
— I pamiętaj, że nie mogę opuszczać azylu, kiedy mi się żywnie podoba — podkreślił, obok szklanek stawiając pełną w trzech czwartych flaszkę. Znajdująca się w środku ciecz nie była bezbarwna, a podbarwiona na brązowo. Pozostawała przy tym przyjemnie klarowna, a kiedy Levi odkręcił korek, z szyjki uleciał ostry, ziołowy zapach.
— Ziołowa. Na specjalne skomponowanym pęczku od Mokseo — wyjaśnił, polewając nalewki do szklanek, dokładnie na dwa palce. Tak, to był dokładnie ten stary jak świat sposób, o którym Levi wspomniał – jeśli Noor nie spróbowała się upić, żeby zasnąć, to powinna to zrobić. W końcu tonący brzytwy się chwyta, prawda? A w tym konkretnym przypadku szklanki, co zrobił Levi, choć bynajmniej nie tonął i wychylił całą jej zawartość, wlewając nalewkę prosto w gardło. Chyba nawet nie przełknął, pozwalając alkoholowi spłynąć prosto w dół przełyku. Nie usiadł przy tym, wypił w biegu, bo kiedy odstawił szkło na blat, podszedł do lodówki i otworzywszy drzwi, wsparł się o nie i zamyślił nad zawartością półek. Lodówkę zamknął, niczego z niej nie wyjąwszy, zgarnął za to z kuchennego blatu talerz nakryty serwetką. Ustawił go przed Noor, zajął drugie krzesło i zdjął serwetkę z talerza, odsłaniając kruche ciasto, które ostatnio spakowała mu Baldwina. Dostali z Thatcherem dwa spore kawałki, które pokroili na mniejsze i podjadali je regularnie, nie zdążyli jednak wyjeść wszystkiego.
Levi wziął sobie kawałek i zaczął jeść, nie przejmując się tym, że kruszy ciastem na stół.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
— Znam Cie Noor, tak samo jak ty znasz mnie. Jesteśmy do siebie obie podobne, w bardzo wielu kwestiach — uśmiechnęła się pokrzepiająco — Obie jesteśmy kobietami, obie umiemy więcej niż zwykli śmiertelnicy, obie tkwimy w tym miejscu… Obie potrzebujemy czasami pomocy, dlatego się znamy — mrugnęła do niej porozumiewawczo, tym gestem pragnąć dodać jej nieco więcej odwagi, podarować też trochę uczucia komfortu, którego wydawało się Damroce, że Noor zwyczajnie potrzebowała. Ta piękna dziewczyna, siedząca naprzeciwko niej przypominała Damroce ją samą, ilekroć czuła się zmęczona własnym zagubieniem, chociaż natura ich zmęczenia była przecież zupełnie inna. Fizyczne dolegliwości zaczęły dotykać Bogorję dopiero niedawno, kiedy z upartością muła, za wszelką wręcz cenę, starała się pożywiać głodowymi porcjami koszmarów sennych, czując odrzucenie do samej siebie, ilekroć wchodziła do głowy kogoś znajomego.
OdpowiedzUsuń— W takim razie problem nie leży w Twojej ludzkiej naturze, a jeśli chodzi o tą drugą… Nie znam się na niej. Poszukam w bibliotece jakiś informacji, ale nie jestem przekonana co do tego, bym odpowiedź znalazła wśród książek, w większości napisanych przez ludzi — przyznała, w odpowiedzi na jej wyznanie. Wstała wraz z Noor, łapiąc pewnie wybrany przez nią wazon z którym odprowadziła ją do drzwi.
— Przyjdę do apteki i umówimy się na dogodny dla Ciebie dzień, chociaż mam szczerą nadzieję, że kiedy już się u Ciebie zjawię, to będzie po problemie — uśmiechnęła się i podała jej naczynie, jasno dając znać, że absolutnie nie było mowy o odmowie podarunku — Na kwiaty. Jeszcze raz bardzo dziękuję za przyniesienie zakupów, mam nadzieję, że następnym razem obie będziemy miały więcej sił — pożegnała się i zamknęła za kobietą drzwi.
Tej nocy postanowiła schować swoje zasady do kieszeni, udawać, że przez chwilę nie istnieją i wybrała się na prawdziwą ucztę stworzoną z lepkich snów pełnych przemocy, ciemności i strachu. Każdy z nich przylegał do Damroki, przyjemnie pieścił delikatnym prądem, przytulał, niczym najczulszy kochanek przypominając jej, jak cudownie było w czasach, gdy żywiła się do syta. Przemykała przez Azyl niezauważona, przeskakując między rzucanymi przez budynki cieniami, jakby grała w upiorne klasy, wkradała się niepostrzeżenie przez okna, zakradała się przez uszy i oczodoły, wchodziła najgłębiej jak się dało, aż do nieśmiałego migotania run, przypominających jej o ograniczeniach. Kajdany założone przez te niewielkie znaczki dusiły ją dzisiaj wyjątkowo mocno, przypominając o cenie, jaką płaciła za złudne poczucie bezpieczeństwa i prawdziwe poczucie przynależności, która była prowodyrem samego żerowania. Przez krótką chwilę przypomniała sobie o swoich korzeniach, z których została zrodzona pewnej ciepłej, czerwcowej nocy, kiedy przekleństwo dnia narodzin się o nią upomniała. Siódma z córek, urodzona w dniu przesilenia letniego, zabita przez własne, nienarodzone dziecko nie miała szans z klątwą, którą ludzie w wiosce przypieczętowali, nim Damroka zdążyła zorientować się o własnej śmierci. Na kilka sekund poczuła, jak najszczersza nienawiść się w niej przebudza, przypomina o swoim istnieniu, ale trwało to tylko tyle, na ile pozwoliły jej runy, nim zapiekły boleśnie w jej pierś.
Skwapliwie każdą nadwyżkę energii, zamiast smakować ją jak niedźwiedź miód, odkładała do maleńkiej fioleczki, którą nosiła na szyi. Bała się, że gdyby została odnaleziona przez Bożątko, które zaciekawione opalizującą cieczą postanowiłoby ją wypić, mogłoby dojść do prawdziwej katastrofy - a Bożątko, chociaż wiekiem znacznie przeganiało Damrokę, w swoich pomysłach było na równi z ośmioletnim dzieckiem. Kreatywne, niegrzeczne i uparte, nastręczające Damroce coraz więcej zmartwień z każdym miesiącem.
Tak jak się spodziewała - w bibliotece znalazła całe tomiszcza o braku snu i chorobach, go powodujących, jednak nic o magicznych wpływach. O samej sobie znalazła jedynie wzmiankę w mitach, na które zawsze parskała i kręciła głową, bo dalekie były od prawdy. Po co niby miałaby komuś siadać na klatce piersiowej, skoro mogła na nim posadzić słonia, który zrobiłby znacznie lepszą robotę? Po raptem czterech nocach i czterech dniach uznała, że bardziej w warunkach Azylu przygotowana nie będzie, dlatego postanowiła odwiedzić Noor tuż przed zamknięciem apteki.
Usuń— Dobry wieczór, Noor — uśmiechnęła się do kobiety, spokojnym krokiem podchodząc do pierwszego stołu, przy którym chwilę wcześniej stał ostatni pacjent — Jak się czujesz? Czy już spałaś? — zapytała się, zatrzymując zatroskane spojrzenie na ślicznej twarzy kobiety.
Damroka
Dostrzegł dłoń, którą wyciągnęła – potrzebowała dotyku, może poczucie, że ktoś jest blisko, sprawiłoby, że faktycznie osadziłaby się w tym miejscu i czasie, nie goniąc za rozwiązaniem, które wciąż jej umykało. Był gotów to dla niej zrobić. Złapał więc jej rękę, dając jej chłód i siłę swoich palców. Nie zrobił nic więcej. Po prostu trzymał jej dłoń w swojej, pozwalając, aby Noor czerpała z tego tyle, ile potrzebuje – ostatecznie to ona decydowała, kiedy się odsunie.
OdpowiedzUsuńNie podejrzewał, że Noor mogłaby umrzeć. Była młoda, miała silny organizm i była uparta, więc nie mogła poddać się tak łatwo. Poza tym przede wszystkim chciała rozwiązać swój problem – inaczej byłoby, gdyby się poddała, gdyby wcale nie zamierzała nic z tym zrobić, bo wtedy organizm przestawał walczyć, poddając się wątpliwościom i czarnym scenariuszom tworzonym w głowie. Robił się słaby i ospały, niemal apatyczny.
— Bo mój pradziadek, dziadek i ojciec byli lekarzami, to rodzinna tradycja — odpowiedział szczerze, bo wcale nie kierował się empatią, wybierając szkołę. — Poza tym lubiłem się uczyć, byłem ciekaw wszystkiego, co mnie otacza, w tym ludzkiego ciała, więc szybko polubiłem medycynę i byłem w tym dobry. Przez jakiś czas leczyłem bogatych, polecano mnie dalej i raczej dość szybko zyskałem renomę. To było dobre życie.
Nie miał zamiaru kłamać ani bronić się przed odpowiedzią. Nie wiedział jednak, czy Noor akurat spodziewała się takich słów. Owszem, był lekarzem, ale ostatecznie stał się raczej kochankiem rozkładu i zgnilizny. Śmierć okazała się o wiele bardziej pociągająca, inna, a co najważniejsze, łączyła się z życiem, które ratował jako lekarz. Wykorzystywał więc to, co miał, aby studiować i badać, zapisywać swoje obserwacje, wysnuwać tezy.
Spojrzał w jej stronę, gdy odezwała się, uprzedzając, że chce zadać kolejne pytanie. Nie odzywał się, ale kiwnął głową. Czekał.
— Nie mam w sobie współczucia — odparł, nie odwracając od niej wzroku. — Troszczę się o ciebie, bo pojawiłaś się w moim życiu i nie opuszczasz mi w żaden sposób, nawet jeśli oboje doskonale wiemy, że niekoniecznie jestem typem, który uwielbia towarzystwo. Jesteś ciągle obok, szukasz mnie, próbujesz się zbliżyć… ostatecznie jestem współwinny, bo pozwalam, aby to się działo. Myślę, że to po prostu troska, Noor, to tak, jak ty troszczysz się o przyjaciół czy bliskich. Nie chcę, żebyś cierpiała i nie chcę, abyś musiała znosić to wszystko, dlatego tutaj jestem i chcę pomóc.
Rozumiał, że potrzebowała to usłyszeć i wcale jej tego nie odbierał. Anastasius może nie był kimś, kto chciał to mówić, ale sądził, że to pytanie nie pojawiło się bez przyczyny. Poza tym sądził, że Noor rzadko robiła coś ot tak, nawet jeśli było to coś swawolnego. Był przy niej, bo tego chciał i czuł, że gdyby teraz stąd wyszedł, i tak by myślał o tym, czy wszystko w porządku. Młoda dziewczyna stała się częścią jego egzystencji tutaj i to pomimo tego, że się przed tym bronił – czy żałował, że to się wydarzyło? Nie był do końca pewien. Gdyby miał o tym zdecydować, zapewne wybrałby jej lepsze towarzystwo, ale ostatecznie to on tutaj siedział, nikt inny, i chyba musiał w końcu wziąć za to odpowiedzialność.
Złapał nieco pewniej jej dłoń i potarł kciukiem jej knykcie.
— Pytasz o to, bo przeszkadza ci moja troska? — Uniósł spojrzenie do jej twarzy. Był ciekaw, co odpowie, bo skoro ona mogła zadawać takie pytania, to Anastasius nie miał zamiaru milczeć.
Anastasius