nagłówek

15.12.2025

[KP] "Better to burn than to rot.” — Paul Russell

NOOR DUBOIS
urodzona 6. maja 2001 roku pod Paryżem · młode ciało i stary duch · Alu-bies · mieszana krew · nieprzespane noce · niewyjaśnione lęki · wysoka wrażliwość · brak uśmiechu · brak łez · determinacja · duma bez uprzedzeń · gra na fortepianie przekazaną pasją od matki czarownicy · sokolnictwo obowiązkiem wobec (tego znanego) ojca · właścicielka apteki z wielobranżowym zapleczem · wyśmienita szablistka
Muśnięta słońcem skóra obsiana piegami na drobnym nosie jest ciepła i rumiana, ale magnetyzujące spojrzenie powstrzymuje od zaczepek chłodem jak kostki lodu, które uwielbia przegryzać o każdej porze roku. Subtelny uśmiech byłby kluczem do sukcesu, gdyby nie cięte riposty i gorąca krew, gdy zabraknie cierpliwości. Lotny umysł, elokwencja i słodka aparycja otworzyłyby niejedne drzwi, gdyby nie milczenie budujące wokół niej grube mury, które wybiera częściej niż głośną odpowiedź na pytanie. Słucha i zapamiętuje, nie walcząc o uwagę, bo zna swoją wartość. Bardziej ceni suchy niedosyt, niż duszący przesyt. Preferuje noc od dnia, mimo że jej imię oznacza światło.

Chowa w sobie zbyt wiele emocji, nie potrafiąc ich wyrazić, ani zrozumieć. Ukrywa gamę nieodkrytych kolorów, nosząc beże i szarości. Długie kasztanowe włosy zwykle nosi rozpuszczone, aby gęstą kaskadą zalały jej drobne ramiona i plecy, pobudzając poczucie własnej wartości. Jest niepozorna, śliczna i wie więcej, niż się wydaje. Spojrzeń pełnych podziwu, pytań, pożądania i zazdrości nigdy nie ma dość, chociaż nic nie znaczą. Opinie na swój temat ma w głębokim poważaniu, nie czując potrzeby prostowania niesłusznych ocen i wyłapuje z uniesionym podbródkiem cudze spojrzenia w tłumie. Gardzi złośliwymi plotkami i tymi, którzy je rozsiewają.

Zbyt łatwo obcy zanurzają się w jej jasnym spojrzeniu, zbyt szybko w nim toną, lecz jej zbyt łatwo przychodzi to wszystko ignorować, by odwrócić się i odejść. Nigdy nie brakowało jej ambicji, od dziecka udowadniała na każdym kroku jaka jest chciwa wobec codzienności, bystra, jak wielkie ma pragnienia i ile oczekuje od życia. Nie należy jednak do tych osób, które oczekują, aż wszystko zrobi się samo i sukces sam do niej przyjdzie. Chwyta każdy dzień garściami, wymagając od innych, ale przede wszystkim od samej siebie. Dlatego prędzej, czy później zawsze osiąga to, co sobie zamierzy i jest w stanie ustrzelić każdy wcześniej obrany cel. Uparta i zdeterminowana żałuje tylko tego, że nie potrafi innych zarazić tą wewnętrzną zawziętością i odwagą do podejmowania wyzwań. Zbyt łatwo się irytuje tylko wobec tych, którzy są dla niej ważni; nie ma problemu z kłamaniem prosto w twarz, a póki sama nie jest krzywdzona, potrafi wiele wybaczyć. Dba o innych tak, by nie dopuścić ich zbyt blisko, a tu w Azylu, w którym jest od kilku lat, niemal wszystkich traktuje z szacunkiem i bez przesadnej serdeczności.

Nie musisz wiedzieć, jaka byłam kiedyś, aby nauczyć się mnie rozumieć. Jesteśmy tu i teraz, na tym się skupmy, bo to co nas czeka, jest ważniejsze od tego, co skończyło się wczoraj. Nic nas nie definiuje, prócz tego, co sami chcemy nakreślić na swej drodze.

Nie lubi się powtarzać, nie prosi zbyt gorąco i nie przeprasza zbyt wylewnie. Pozuje na osobę, która się nie waha, a własnej prywatności strzeże niezwykle starannie. Jest córką czarownicy bez sabatu, która nie spełniła oczekiwań swoich rodziców, oraz dwóch ojców, ale nikt o tym prawdziwym nie mówi. Ostrą i wyczuwalną niechęć czuje tylko ponad piętnaście lat starszego wobec brata, twardego i okrutnego czarownika, który niezwykle rzadko utrzymywał z nią kontakty, a od kiedy znalazła się tutaj, czuje się bezpieczniej nie mając z nim żadnego. Byłaby może oczkiem w głowie drugiej strony rodziny, gdyby nie spalone mosty i jakiekolwiek dojścia do informacji o nich. Kiedyś, tylko raz, słyszała od ojca, który ją wychowywał, że pochodzą z miejsca, do którego można zejść tylko raz.

Nie powie, że uczucia nie są ważne, bo zwykle wpływają na szybkość i trafność dokonywanych wyborów, ale wierzy, że to nie serce poprowadzi przez życie w górę i do przodu. Odwzajemnia każdą surowość w ocenie innych, bo sama tylko z taką się spotyka, potykając wciąż o stereotypy. Niedobrze reaguje na cudzą głupotę, brak kwalifikacji, kultury i obycia, szczególnie w fatalnym połączeniu z zuchwałością. Nie jest naiwna, tylko trochę romantyczna, a marzenia po prostu spełnia, zamiast nad nimi dumać. Chce czuć, że żyje i nie godzi się na aranżowanie jej życia w żadnym aspekcie, choć plotki o jej pochodzeniu dawno rozeszły się po kątach, tak samo jak gadanie o tym, że blizny sprzed dwóch lat na jej prawym nadgarstku nie są jedynymi, jakie nosi, tylko teraz wybiera bardziej dyskretne miejsca na skórze.

Jeśli czegoś pragniesz, chwyć to. Kiedy będziesz już to mieć, zobaczysz i przekonasz się, czy jest ci rzeczywiście potrzebne.

Nigdy nie pamięta swoich snów, za mało sypia. Może obawiać się jedynie tego, czego nie zna, lecz nie zdarza jej się skupiać nad własnymi lękami. Ucieka od nich. Żyje teraźniejszością, bo powrót do przeszłości mógłby ją złamać. Widziana jest w wykreowanej niezłomności i odwadze, której inni od niej oczekują, trzyma się tego jak ostatniej deski ratunku. Nie płacze, nie uśmiecha się też za często, nie tęskni, pokazując raczej ograniczoną gamę emocji, choć serce ma żywe i gorące. Pełne niewygojonych blizn.

Jesteś sam na świecie. Zawsze jesteś tylko ty sam i na sobie jedynie możesz i musisz polegać. Nic się samo nie zrobi, nic się nie zmieni, nikt nic za ciebie niczego nie osiągnie. Nikt za ciebie nie przeżyje kolejnego dnia.

Cześć, zapraszamy po wątki, dramy i intrygi. Przygarniemy wszystko, szukamy niechcianego brata i kogoś, kto ją ukoi, też stałych klientów tej drugiej strony apteki. Wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole :3. Wizerunek nieznany.

46 komentarzy:

  1. [Ja to jestem bardzo ciekawa, co jest tą drugą stroną apteki, Levi także 😈
    Cześć i czołem! Bardzo się cieszę, że Cię tutaj widzę, ale też nie ukrywam, że spodziewałam się Ciebie tutaj zobaczyć - zawsze nas ciągnęło do tego typu klimatów, prawda? ;)
    Mam wrażenie, że po przeczytaniu karty postaci wiem o samej Noor mniej, niż przed jej przeczytaniem ^^ Ale to dobrze, lubię takie nieoczywiste postacie. W przypadku Noor mam wrażenie pewnej dwoistości i myślę, że w jej przypadku ta dwoistość ma uzasadnienie w jej pochodzeniu.
    Mam nadzieję, że Noor jest w Last Salvation na tyle wygodnie, że nie myśli o tym, jak tu wydostać się azylu, a przez to obie zostaniecie z nami na długo ;) Tymczasem idę głowić się nad wąteczkiem dla nas!]

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć i czołem! ;-) Dobrze Cię tu widzieć. Mam wrażenie, że cofnęłyśmy się trochę do Halloween Town. Pamiętacie jeszcze tego bloga? :D
    Podsunęłam nam już pomysł na wątek, dlatego grzecznie poczekam na obiecane rozpoczęcie. Może Noor w końcu zatańczy na barze. ^^]

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  3. [A czy stali klienci tej drugiej strony apteki mogą liczyć na jakieś specjalne oferty? 😈
    Urocza demonica, ciekawa mieszanka wielu cech. Jestem przekonana, że będziesz bawić się tutaj przednio, dlatego ja tym razem życzę Ci wątkowego rollercoastera bez pasów bezpieczeństwa, żeby każda historia wciągała bardziej niż poprzednia!]

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  4. Levi wzdrygnął się, kiedy przeszedł przez barierę ochronną azylu. Ta pozostawała niewidoczna dla oka, ale za każdym razem, kiedy ją przekraczał, w tę i z powrotem, towarzyszyło mu nieprzyjemne szarpanie za trzewia, dokładnie na wysokości pępka. Odetchnął głębiej, spomiędzy jego rozchylonych warg uleciał obłoczek pary. Zimne powietrze kuło go w płuca, skręcona kostka rwała, a rozbity nos pulsował tępo. Nad górną wargą miał rozmazaną krew z tegoż rozbitego nosa, brunatny ślad pozostawał także na wierzchu jego prawej dłoni, którą tę krew otarł. Szedł z pochyloną głową, utykając lekko, bo odruchowo odciążał lewą nogę.
    W kłopoty wpakował się nie do końca na własne życzenie. Korzystając ze swobody, jaką gwarantowało wyjście poza azyl, jeden z wieczorów spędził w jakimś barze. Chciał tylko wypić jedno lub dwa piwa, odetchnąć po całym dniu załatwiania różnorakich spraw i przewietrzyć głowę. Dosiadła się do niego jakaś dziewczyna, całkiem ładna. Zagadała, a że Leviemu nie chciało ruszać się z wysokiego, barowego stołka, bo zostało mu jeszcze pół piwa, to pociągnął rozmowę, która zaczęła toczyć się w naturalnym i całkiem lekkim, a przez to przyjemnym rytmie.
    Kwadrans później okazało się nie dość, że ta dziewczyna miała chłopaka, to była jeszcze niezłą aktorką. Odstawiła godną Oscara scenę, w której z przekonaniem wyjaśniła, że to Levi dosiadł się do niej i nie chciał się odczepić, swój wywód kończąc słodkim tak się cieszę, że wróciłeś, misiu!. Misiu okazał się wysokim i szerokim w barach facetem, ogolonym na łyso, z tatuażami oplatającymi szyję i Leviemu ani trochę by to nie przeszkadzało, gdyby nie to, że jego zachowanie w stu procentach odpowiadało stereotypowi powiązanemu z tym wizerunkiem.
    Oberwał, nim choćby pomyślał, żeby słowem zająknąć się na temat tego, co zaszło i choć żal było mu tego niedopitego piwa, postanowił się ulotnić, nim misiu miałby okazję złapać go za fraki. Z krwawiącym nosem i załzawionymi od uderzenia oczami zsunął się ze stołka, zgarnął swój plecak i ruszył do wyjścia. Kiedy misiu ruszył za nim, zaczął biec. Wypadł z baru, obejrzał się przez ramię, żeby sprawdzić, czy misiu zrezygnował z pościgu i wpadł w jakąś dziurę w chodniku. Tak skręcił kostkę, ale przynajmniej misiu go nie gonił.
    — A mogłem kupić sobie flaszkę i wypić w motelu — westchnął, z lasu otaczającego Last Salvation wychodząc na otwartą przestrzeń, upstrzoną jedynie niskimi, pojedynczymi zabudowaniami. Wypchany po brzegi plecak, przewieszony przez ramię, trochę mu ciążył. To dlatego postanowił zahaczyć o aptekę od razu, żeby pozbyć się części ciężaru, a dopiero potem udać się do ratusza, żeby się zameldować, skąd mógłby pójsć prosto do siebie i wyciągnąć w łóżku bez poczucia, że ma coś jeszcze do załatwienia.
    Zabudowania wyrastały coraz bliżej siebie, gęstniejąc w miarę tego, jak Levi zbliżał się do centrum. Szedł na pamięć, wciąż ze spuszczoną głową, nie rozglądając się na boki i myślał już tylko o tym, jak bardzo chce mu się spać, choć wcale nie było późno. Dochodziła dopiero osiemnasta, a przynajmniej tak podpowiadał mu nakręcany zegarek, który nosił na lewym nadgarstku. O ile pamięć go nie myliła, apteka miała być jeszcze czynna, nie powinien więc odbić się od drzwi i te faktycznie ustąpiły, kiedy je pchnął.
    Levi uniósł głowę i przymrużywszy oczy, rozejrzał się po jasnym wnętrzu. Nie wypatrzywszy nikogo za ladą, podszedł do niej i z ramienia zrzucił plecak na blat, czemu towarzyszył cichy huk – na spodzie plecaka musiała znajdować się szklana butelka z syropem czy innym specyfikiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dostawa! — zawołał w eter na tyle głośno, że powinno było być go słychać na zapleczu. Było mu obojętnym, czy przywoła któregoś z pracowników, czy Noor – skoro apteka była otwarta, ktoś powinien przyjść do niego na pewno. Stąd zaczął wypakowywać plecak, wykładając na ladę zawartość. Opakowania leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych – po namyśle zgarnął jego opakowanie dla siebie i schował je do kieszeni kurtki – leków na biegunkę, na alergię i na każdą inną chorobę, którą wymyśliła sobie ludzkość. Zawsze niezmiernie bawiło go to, że w takim miejscu jak Last Salvation taki towar w ogóle był chodliwy, ale hej, on sam, mimo że był istotą paranormalną, wcale tak bardzo paranormalny nie był. Miewał sraczkę, szczególnie kiedy po przemianie z kota w człowieka w jego żołądku pozostało coś dla kota zjadliwego, a dla człowieka nieszczególnie – w końcu zmieniał się on, nie treść jego żołądka i jelit. Dziś natomiast potrzebował leków przeciwbólowych, ponieważ nie potrafił sobie przypomnieć, czy coś zostało w domowej apteczce, a nie chciało mu się męczyć z tym nosem i z tą kostką, kiedy mógł sobie w prosty sposób ulżyć.
      — No przyjdzie ktoś? — prychnął z niezadowoleniem, kiedy dłonią namacał w plecaku dno. Chciał do domu, tak zupełnie po ludzku, a także po kociemu, zwinąć się w kłębek na łóżku i pójść spać.
      Zasunął suwak, zarzucił plecak na jedno ramię i zdmuchnął z oczu opadające na nie włosy. Skrzywił się zaraz, bo rozbolał go przy tym rozbity nos, a z prawej dziurki znowu pociekło trochę krwi i tym razem, poczuwszy ją na górnej wardze, Levi po prostu ją zlizał.

      LEVI ACKERMANN

      Usuń
  5. [Hej, ślicznie dziękuję za powitanie. <3 Bardzo się cieszę, że udało mi się wzbudzić w Tobie emocje!
    Noor to bardzo ciekawa postać, ale jednocześnie cudownie niedookreślona — ją po prostu trzeba poznać, popatrzeć chwilę w te śliczne oczka i wtedy wyrobić sobie opinię. :)
    Jeśli masz ochotę na wątek, to zapraszam serdecznie! Morrigan na pewno błagałaby Noor o dostarczenie jej spod lady czegoś mocniejszego. :)]

    Morrigan

    OdpowiedzUsuń
  6. [Cześć! Nie taka Faith zła, jak ją piszą, ale prostoty osobowościowej sobą zdecydowanie nie reprezentuje :D
    Dziękuję bardzo za powitanie, jeśli jakiś pomysł się narodzi odnośnie powiązania uprzejmie zapraszam a ze swojej strony również zapowiadam odzew :)]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  7. Poczucie spełnienia przyjemnie rozchodziło się pod jego skórą, gdy po wszystkim pozostawał nieruchomy, leżąc i pozwalając, by to, co właśnie się wydarzyło, opadło w nim bez potrzeby nazwania. To poczucie stopniowo przeobrażało się w czyste rozluźnienie, jakby napięcia, które zwykle trzymał pod kontrolą, na chwilę straciły znaczenie. Ciało nabierało ciężaru, oddech wracał do rytmu, który znał, a uwaga porządkowała się, na powrót odbierając z otoczenia wszystkie bodźce, również te niechciane, które mąciły przemijającą powoli chwilę całkowitego zapomnienia. Był odprężony, w zasadzie taki jak zawsze, bo bliskość z Noor nie zostawiała w nim ani wzburzenia ani emocjonalnego uniesienia, a raczej porządkowała jego wewnętrzne impulsy i wszystkie napięcia, które zwykle nim rządziły. Nie była dla niego kaprysem, ale nie była też kimś, z kogo nie mógłby zrezygnować, bo akurat jego emocje mają bardzo prostą strukturę: one rzadko dochodzą do głosu i nigdy nie odgrywają większej roli. To dlatego niczego w tej chwili nie analizował, jego myśli nie wychylały się ku przyszłości ani nie cofały się do tego, co było, żeby jakkolwiek roztrząsać ich cielesne uciechy. Będzie ich jeszcze wiele, bo ten układ bez wątpienia pasuje im obojgu, ale wszystkie będą kończyć się bardzo podobnie, czyli na tym, że skorzystają, a później każde i tak pójdzie w swoją stronę.
    Gdy na niego spojrzała, przyjął to spojrzenie bez reakcji, która mogła cokolwiek obiecywać. Nieśpiesznie zlustrował wzrokiem jej ciało, na które opadała teraz kaskada ciemnych włosów i podniósł się do pozycji siedzącej, zrzucając nogi na przyjemnie chłodną podłogę. Jeżeli lubił za coś ludzkie ciało, to właśnie za te wszystkie subtelne niuanse, które potrafiły dać przyjemność bez zbędnego wysiłku. Ono pozwalało mu cokolwiek czuć, co momentami było też bez wątpienia wadą, a już szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziła kara za łamanie przysięgi. Ale dziś było zaletą, i to nawet bardzo dużą, bo igraszki z Noor były warte grzechu, choć w te igraszki należało włączyć też całą resztę układu, który łączy ich od dłuższego czasu. A jest to układ pełen wzajemnych korzyści, na którym oboje mogą tyle samo stracić, jeżeli kiedykolwiek się wyłoży.
    — Najskrytsze pragnienia? — Jego brew powędrowała do góry, a usta wykrzywiły się w lekkim, przewrotnym uśmiechu. — Ale ja nie kryję się z żadnymi pragnieniami, ślicznotko, i ty najlepiej o tym wiesz — zauważył, posyłając jej znaczące spojrzenie. To nie było naciągane, bo gdy uprawiali seks, brał ją tak, jak chciał, a kiedy chodziło o sprawy niezwiązane z ich bliskością, tylko z otoczeniem, to najlepszym przykładem była Rada, która miała świadomość jego nastawienia, i sam Arvis, który niejednokrotnie słyszał od niego szczere słowa dezaprobaty. Jeśli zapragnął mu powiedzieć, że jest beznadziejny, to szedł i mu to mówił, a to, że później zbierał baty, to już inna bajka. Jest akcja, to jest też reakcja, oczywista sprawa.
    Za moment dźwignął się z łóżka i wyprostował, w takim samym stopniu, co Noor nie czując nawet cienia żenady z faktu, że był przed nią zupełnie nagi. Ciało musiało być silne i wytrzymałe, ale traktował je jak pancerz, a w niektórych przypadkach jak więzienie, bo co by nie było, nawet jeśli nie odczuwa bólu tak do końca po ludzku, ono zawsze w jakimś stopniu go ogranicza. Mógł stać się cieniem, ale mimo to wciąż musiał uważać, żeby nie potknąć się o pieprzony kamień, czy nie uderzyć małym palcem w pufę. Cień nie przenika przez elementy, tak samo jak ciało, choć trzeba przyznać, że czasami taka możliwość byłaby dla niego zbawieniem.
    — Podziel się swoimi fantazjami — polecił, wychodząc z założenia, że skoro nawiązała do tematu, to znaczy, że istnieją one w jej głowie. — Chętnie się dowiem, co to za brzydkie myśli, których jeszcze nie znam, chodzą po głowie pani aptekarki — rzucił, a kącik jego ust drgnął w prowokującym uśmieszku. Miał się zebrać i wyjść, ale może zdarzy się coś, co zatrzyma go tutaj jeszcze chwilę, skoro pojawił się temat fantazji.

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  8. [ja jak ro ja - pojawiam się i znikam ^^
    Ależ śmiało tul, ja tam jestem za. W sumie to jej ostatnie siły ją tu przywiodły, tak jest zmęczona życiem.
    Ja niestety chyba nie umiem pisać weselszych postaci - swoją Noor to też rzuciłaś na głęboką wodę emocjonalną - mimo mieszanej krwi to raczek pozytywna

    A dziękuję i Tobie także]

    lisek z białą kitą ;p

    OdpowiedzUsuń
  9. Zawody w piciu były normalnością. Pijackie potyczki również. Bełkotliwe występy karaoke stanowiły nieodłączny element wtorkowych wieczorów. Rory nie pracowała tutaj zbyt długo, ale wyniosła doświadczenie z innych barów, tych poza Last Salvation i prędko doszła do wniosku, że Bruderschaft tak bardzo nie różnił się od miejsc, w których pracowała.
    Być może zatrzymał się w czasie, bo jego wygląd sugerował głębokie lata siedemdziesiąte z kilkoma unowocześnieniami, ale zachowywał klimat bawarskiej gospody. Pachniało tu piwem, pieczoną golonką i kiełbasą z grilla. Gości im nie brakowało, choć Rory odnosiła wrażenie, że większość przychodziła tutaj tylko po to, aby zalać się w trupa przed kolejnym dniem. Takim samym jak poprzednie.
    Zdołała jednak zauważyć, że było to trudne. Upicie się. Bo ich może i były wyciszane, ograniczane i krępowane, ale sporo z nich posiadało naturalnie lepszy metabolizm, nawet jeśli chodziło o alkohol.
    Niemal cały wieczór obserwowała młodą kobietę i wampira, który był tutaj stałym bywalcem. Nie pił zbyt dużo, często doprawiając zamawiane drinki czymś, co pewnie było krwią, ale Rory w to nie ingerowała.
    Towarzysząca mu ślicznotka dotrzymywała mu dzisiaj tempa. Nielsen jej nie znała, nie kojarzyła, aby tutaj przebywała. Ktoś jej podszepnął, że to aptekarka. Barmanka uniosła więc brew, kiedy lała im piąty kieliszek tequili. Tej złotej, lepszej. Nietypowy był to jednak wybór dla wampira.
    — Jeszcze? — spytała, podchodząc bliżej. Aptekarka nie wyglądała źle, natomiast wampir wyraźnie pobladł, głowę wspierając na własnej dłoni. — Jest pani tego pewna? — dopytała, a jej spojrzenie powędrowało tam, gdzie spojrzenie Noor. W kierunku podwyższenia, które dzisiaj służyło jako scena od występów karaoke.
    — Zaraz opróżnicie butelkę — zauważyła. — I kto za to zapłaci? — dodała, unosząc brew. Wiedziała, że każdy zarabiał tutaj określoną ilość pieniędzy, każdego powinno być stać na to, żeby się napić w barze, ale zeszyt pod ladą, przez lata prowadzony przez Hansa, świadczył o tym, że sporo mieszkańców piło na kreskę.

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Awwww! Wydaje mi się, że z połączenia naszych postaci może wyjść coś ciekawego! Złapię Cię na mailu! <3]

    Mokseo

    OdpowiedzUsuń
  11. Levi podniósł wzrok, kiedy hałasy dolatujące do jego uszu z zaplecza ustały, a dźwięki gniecionego kartonu zostały zastąpione przez odgłos kroków. Słyszał to wszystko wyraźnie, a nawet lepiej niżby chciał, ponieważ w człowieczej formie jego zmysły pozostawały wyostrzone – co prawda nie w sposób, który sprawiał, że widziałby i słyszał absolutnie wszystko, ale w sposób wystarczający, by znajdował się poziom, a może nawet dwa wyżej niż zwykły człowiek. Ta ostrość zmysłów, lepsza niż u człowieka, ale wciąż gorsza niż u kota ze względu na różnicę w budowie poszczególnych organów, tępiła się nieco przez runę wyrytą na wewnętrznej stronie jego przedramienia, blisko zgięcia łokcia. Levi nie był potężną istotą paranormalną. Był kotołakiem – niezwykłym dla ludzi i zupełnie zwykłym dla istot przebywających w azylu. Mógłby założyć się o flaszkę, że każda jedna istota w miasteczku była silniejsza niż on i wydawać by się mogło, że dorastając w takim środowisku, Levi mógłby mieć z tego tytułu kompleksy, ale nic z tych rzeczy.
    Levi lubił tą swoją zwykłą niezwykłość. Nie był na tyle interesujący, by przyciągać uwagę Rady i jednocześnie pozostał na tyle użyteczny, że został Łącznikiem. Jedno i drugie składało się na to, że młody Ackermann miał wyjątkowo dużo swobody. Mógł wychodzić poza azyl i choć każde jego wyjście oraz powrót musiał być zarejestrowane, a także poparte konkretnym uzasadnieniem, nie zmieniało to tego, że mógł wychodzić na zewnątrz. I były takie istoty w azylu, które szalenie mu tego zazdrościły.
    — Widzę przecież — odparł na uwagę Noor, bo to ona wyszła z zaplecza. Levi w istocie trzaskał butelkami, ale nie miał żadnej z nich niechcący stłuc – chwyt miał pewny, a refleks nadzwyczaj dobry i nie byłoby przesadą powiedzieć, że ten był nadludzki. Mógłby co najwyżej celowo coś zrzucić – jak to kot, dla przekory. Po tych licznych dostawach, zarówno rzeczy legalnych, jak i tych nielegalnych, które mieli za sobą, Noor powinna to wiedzieć, a przynajmniej powinna się tego domyślać i to dlatego Levi popatrzył na nią spode łba, niezadowolony z tego, że został upomniany.
    Ale dobrze, że był, prawda? Gdyby nie on i inni Łącznicy, Noor nie miałaby czego sprzedawać w tej swojej aptece, a tym bardziej na jej zapleczu. A to w zasadzie było możliwe wyłącznie dzięki Leviemu, choć może nie był jedynym, który szmuglował dla Noor rzeczy, które w azylu teoretycznie pojawić się nie powinny. Nie wiedział tego i nie chciał się tego dowiadywać, ponieważ tak było dla wszystkich bezpieczniej.
    Popatrzył na wyłożone na ladę medykamenty, potem na Noor, potem znowu na opakowania leków i zacisnął szczękę. To po kiego grzyba on właśnie wyładował to wszystko z plecaka? No tak, mógł sam o tym pomyśleć, ale widać jego głowa nie pracowała zbyt dobrze, kiedy rozbity nos cały czas nieznośnie pulsował i ból nasilał się przy każdym poruszeniu, do wtóru ze skręconą kostką. Levi nie odezwał się tylko dlatego, że był świadomy własnej ułomności i finalnie nachylił się ku ladzie, a potem tyle, ile dał radę, zgarnął rękoma buteleczki i opakowania, dociskając wszystko do piersi.
    Pewnie, że mógłby wpakować wszystko z powrotem do plecaka, ale o tym też nie pomyślał.
    Na to, że był to podstęp ze strony Noor, nie wpadł w ogóle.
    Kuśtykając, obszedł ladę, aż dotarł do luki w blacie wystarczającej do przeciśnięcia się między nią, a ścianą jednego człowieka i tym sposobem znalazł się w części apteki niedostępnej dla pozostałych klientów. Przystanąwszy przy Noor, lekko skinął głową, zachęcając ją tym samym, by ruszyła przodem, bo on i tak nie wiedział, gdzie iść. Dobrze, może trochę wiedział, ponieważ nie był tutaj pierwszy raz, ale tylko Noor znała zasady rządzące zapleczem i odpowiadała za panujący na nim porządek, którego Levi nie śmiał naruszać. To dlatego, kiedy z jego nosa znowu kapnęło trochę krwi i jedna z kropel, zamiast zatrzymać się na rękawie jego kurtki, jak pozostałe, rozbiła się o wyłożona kafelkami podłogę, Levi roztarł ją butem z nadzieję, że Noor tego nie zauważy.

    LEVI ACKERMANN

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie zareagował gwałtownie, choć z pewnością słyszał jej kroki na długo przed tym, jak wyłoniła się z cienia drzew. Woda spływała mu po ramionach, lśniąc w nikłym świetle gwiazd, gdy powoli odwrócił głowę w jej stronę. Nie było w nim lęku, raczej ten rodzaj czujnego spokoju, który cechuje drapieżniki lub tych, którzy zbyt długo musieli walczyć o przetrwanie. Patrzył na nią z mieszanką niedowierzania i chłodnej analizy. W Azylu rzadko spotykało się kogoś tak bezpośredniego. Tutaj każdy pilnował własnego cienia, a siadanie przy ubraniach obcego faceta w środku nocy było albo aktem najwyższej odwagi, albo całkowitej nieświadomości zagrożenia. Zrobił kilka kroków w stronę brzegu, a woda zaszumiała wokół jego bioder. Nie zakrywał się, nie przyspieszył ruchów. Był w nim jakiś surowy spokój, który sugerował, że nagość jest dla niego znacznie mniejszym problemem niż niespodziewane towarzystwo.
    - Masz bardzo osobliwy sposób witania się z ludźmi - odezwał się w końcu. Jego głos był niski, lekko zachrypnięty, jakby od dawna nie był używany - Większość mieszkańców tej złotej klatki ucieka na sam dźwięk łamanej gałązki. A ty siadasz mi na butach, jakbyśmy znali się od lat - wyszedł na mieliznę, zatrzymując się tuż przed linią wody. Patrzył na nią z góry, próbując wyczytać cokolwiek z jej jasnych oczu. Czuł od niej ten dziwny, magnetyczny pociąg, którego nie do końca rozumiał.
    - Kim jesteś? - zapytał prosto, mrużąc oczy - I dlaczego nie wyglądasz na kogoś, kto boi się, że za chwilę wyjdę z tej wody i odbiorę ci ten spokój, który tak manifestujesz? - nie wyciągnął ręki po swoje ubrania, choć dzieliło go od nich zaledwie kilka kroków. Czekał, był ciekawy, czy ta dziewczyna rzeczywiście jest tak pewna siebie, czy to tylko kolejna maska, którą mieszkańcy Azylu zakładają, by przetrwać kolejną noc.
    - Odważnie - odezwał się niskim, nieco zachrypniętym głosem, który idealnie współgrał z szumem nocnego lasu - Większość tutejszych omija to jezioro po zmroku. Mówią, że woda wyciąga z ludzi wspomnienia, o których woleliby zapomnieć - nie spuszczał wzroku z jasnych oczu dziewczyny - Pachniesz ziołami i starym szkłem - zauważył, a w jego głosie pojawiła się nuta ciekawości, która przebiła się przez chłód. Przetarł twarz dłonią, odgarniając mokre włosy, i skinął głową w stronę ubrań leżących obok niej. Nie prosił, by odeszła. Wręcz przeciwnie, jego obecność zdawała się teraz grawitować w jej stronę, jakby to spotkanie było jedyną autentyczną rzeczą w całym tym wyreżyserowanym spokoju Azylu.

    Malphas

    OdpowiedzUsuń
  13. [biedna chcą ja faszerować xD ależ można
    No wiesz, jakoś nie do końca wierze, że Noor serca nie ma. Ma tylko je głęboko ukryła. Wiesz-tyle możliwości do odkrycia xD]

    biały lisek

    OdpowiedzUsuń
  14. To tylko chwila, a takie chwile zawsze są najbardziej zdradliwe. Dotyk nie zmienia jednak zasad i nigdy ich nie zmieniał, bo świat nie zatrzymuje się przez skórę na skórze ani przez myśli, które próbują nadać temu znaczenie większe, niż na to zasługuje. Wszystko, co istnieje, opiera się na rachunku zysków i strat, na równowadze, którą trzeba utrzymać, a przynajmniej tak jest w świecie Zaydena, w którym nigdy nie było miejsca na złudzenia. Pozwolić sobie na więcej, niż to, co dawało ciało, znaczyłoby zaryzykować utratę kontroli, a on zbyt dobrze wiedział, jak wysoka bywa cena za moment nieuwagi. Każde poluzowanie zasad rozsadzało konstrukcję, którą budował latami, a nie był istotą, która mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek pęknięcia. Jego świat nie nagradzał tych, którzy ulegali impulsom – nagradzał tych, którzy potrafili je zdławić, zanim nabrały kształtu, dlatego pozwalał chwili minąć, pozwalał dotykowi stać się jedynie zapisem w pamięci, bo jeśli tylko pozwoliłby temu urosnąć, to stałoby się szczeliną, przez którą wślizgnęłoby się wszystko, co latami trzymał na dystans. Zayden nie istniał po to, by ulegać. Istniał po to, by realizować swoje zadania. Były momenty, gdy ludzka natura trochę mu to utrudniała, ale przetrwał w tej formie sześć stuleci, więc zdołał wypracować własne metody radzenia sobie z pewnymi pokusami. Nie polegał na emocjach, bo one nie były dla niego żadnym schronieniem. Polegał na dyscyplinie, ponieważ ona nigdy go nie zawiodła. Emocje były zmienne, kapryśne, podatne na manipulację, a dyscyplina pozostawała stała, niewzruszona, odporna na czas i pokusy. To ona pozwalała mu oddzielić to, co chwilowe, od tego, co konieczne.
    Utrzymywał wzrok w oczach Noor, a kącik jego ust unosił się ku górze z każdym jej kolejnym słowem. Wsunął palce w jej włosy, gdy się zbliżyła, i przyciągnął jej usta do swoich, pogłębiając pocałunek, który znów rozniecił to przyjemnie napięcie w ciele. Lubił tę formę spędzania z nią czasu, te krótsze i dłuższe momenty intymności, gdzie słowa były zupełnie zbędne. Lubił jej ciało, bo doskonale wpasowywało się w to należące do niego. I lubił ją, tak po prostu, choć na swój własny sposób, który nie wiązał się ani z żadnymi oczekiwaniami, ani ze zobowiązaniami. Sprawiała mu przyjemność, będąc częścią jego rzeczywistości już od dawna, bo jeszcze na długo przed trafieniem do azylu, a dopóki była, on zamierzał z tej przyjemności czerpać. I nie dać jej zrobić żadnej krzywdy, ale to akurat oczywiste.
    Chwycił jej twarz w obie dłonie, scałowując z jej ust drobne westchnienia i naparł na nią swym ciałem, zmuszając najpierw do kroku w tył, a później do opadnięcia z powrotem na łóżko, które było tuż za nią. Miękki materac, na którym leżała skłębiona nimi pościel, ugiął się lekko pod ciężarem ciała.
    — Skoro uważasz, że lepiej pozostawić je dla siebie... — zaczął, pomiędzy pocałunkami, którymi nie dawał dojść do głosu nawet samemu sobie, szczególnie, gdy Noor tak słodko i zachęcająco na nie odpowiadała. — To szkoda — dokończył z nutą naciąganego smutku w głosie. Pocałował ją jeszcze raz, lekko zasysając jej dolną wargę i odsunął się, skupiając uwagę na poszukiwaniu swoich spodni. Gdy namierzył je spojrzeniem, zgarnął z podłogi i sprawnie na siebie wsunął. Mógł tym razem zostać i coś zmienić, tyle że nie miał takiej potrzeby, dlatego zdecydował się iść. Jak zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zajrzę niebawem do apteki — zapowiedział zapinając guzik. Później wciągnął na siebie sweter, który leżał na podłodze tam, gdzie wcześniej spodnie. Nie chciał precyzować, kiedy to niebawem nastąpi, bo miał jeszcze trochę spraw do pozałatwiania, ale nie rzucał słów na wiatr, więc jeśli się zapowiedział, to zapowiedzi na pewno dotrzyma. Na dniach musi zejść do areny, bo Rada zaczynała się niecierpliwić brakiem informacji, które miał im przynieść, ale korony im z głów nie pospadają, gdy poczekają jeszcze chwilę. A gdzieś w międzyczasie na pewno znajdzie chwilę, by skręcić do apteki i zatrzymać wzrok na tej kobiecie o zielonych oczach, w których tak łatwo się zatracić.

      Zayden Ward

      Usuń
  15. [Hejo :) Dziękuję za te wszystkie miłe słowa <3
    Generalnie to my mamy biznes do Noor! Co byś powiedziała, żeby Élara pracowała u niej w aptece? :) To na pewno dałoby sporo okazji, żeby trochę zaspokoić ciekawość co do jej historii ^^ Inne punkty zaczepienia też się znajdą w razie co.]

    Élara Durant

    OdpowiedzUsuń
  16. Ulegał, ale przede wszystkim cielesności, przyjemności, która w towarzystwie Noor miała różne oblicza. Raz była cicha i niemal niewinna, ukryta w spojrzeniach i przypadkowym dotyku dłoni, a innym razem cięższa i bardziej intensywna, wywracająca do góry nogami wszystkie możliwe zmysły. Potrafiła go w to wciągnąć, bo miała coś, czego nie posiadał on sam, czyli dostęp do uczuć, które gwarantowała jej ta druga, ludzka połowa, w której było zamknięte jej istnienie. I nawet jeśli nie chciała nazywać uczuciami tego, co po cichu mąci jej umysł, to jednak je posiada, skryte gdzieś na dnie serca, a on to wyczuwał. Miała w sobie ten wyjątkowy ludzki czynnik, dlatego przy niej cielesność zawsze niosła za sobą coś więcej – to nie było tylko chwilowe zaspokojenie fizycznych potrzeb, ale też osobliwe ciepło, które zatrzymywało go na krawędzi bycia bezczelnym dupkiem, a w efekcie sprawiało, że na moment tracił ten swój wieczny cynizm. Że zamiast brać, zaczynał też dawać, słuchać i zastanawiać się, co kryje się pod jej milczeniem. Pod wieloma względami była do niego podobna, bo oboje nosili w sobie demoniczny pierwiastek, a więc ten sam głód i to samo wewnętrzne rozdarcie między tym, co wolno, a tym, czego się pragnie. Różnica polegała na tym, że ona wciąż potrafiła dostrzec granice, nawet jeśli świadomie je przekraczała, podczas gdy on od dawna przestał ich szukać. Nie uważał, że człowieczeństwo jest słabością, ale wiedział, że miało swoje wady, a jedną z takich wad była potrzeba bycia dla kogoś ważnym. I dlatego, nawet jeśli nie pojawiał się w pobliżu, obserwował ją dyskretnie z pozycji cienia na wypadek, gdyby tutejszy świat okazał się zbyt chciwy albo zbyt okrutny. Z tej samej pozycji obserwował również nowych mieszkańców azylu, nieoswojonych z tutejszą codziennością, albo z faktem, że muszą trwać w zamknięciu, ogołoceni w dużej mierze ze swojej mocy. Niektórzy zaniepokojeni nowym porządkiem, a inni wciąż jeszcze rozkapryszeni, choć to do czasu, bo Rada ma doskonałe metody na to, by doszczętnie pozbawić mocy tych, którzy idą przed siebie, święcie przekonani, że azyl padnie im do stóp. Bzdura. W tym miejscu, w pojedynkę, każdy jest tylko pionkiem w grze, której zasady dyktują założyciele.
    To, że podążając śladem kambiona dotarł aż do areny, nie było dla niego żadnym zaskoczeniem. To było wręcz śmiesznie przewidywalne. Podziemne korytarze pod areną nie były jednak zwykłymi przejściami, którymi można urządzić sobie popołudniowy spacerek. Tworzyły iluzje, które żyły własnym życiem, napędzane myślokształtami, echem pragnień, lęków i wspomnień tych, którzy odważyli się po nich wędrować. Ściany poruszały się, zmieniając kształty pod wpływem niewypowiedzianych myśli, a coś, co wydawało się dalekim końcem korytarza, w jednej chwili mogło skręcić w labirynt, którego nie sposób było ogarnąć wzrokiem. Nałożone iluzje były przebiegłe, czasem przypominały znajome twarze lub miejsca, które nigdy nie istniały, a innym razem wydawały się rozmywać, pozostawiając uczucie pustki i zagubienia. Korytarze były pułapką samą w sobie, więc jeśli pozwoliło się ponieść wrażeniom, można było w nich zgubić nie tylko drogę, ale i zdrowy rozsądek. Ale to nadal była tylko iluzja – coś, co można pokonać, jeśli nie da się jej władzy nad własnym umysłem. Iluzję można oszukać, o ile się wie jak patrzeć.
    Dlatego on poruszał się w tym chaosie jak w domu. Cienie i kształty, które dla innych były zdradliwe i zmienne, dla niego były przewidywalne, podatne na kontrolę i interpretację. Każda zmiana ścian, fałszywy korytarz czy twarz była dla niego wzorem, który wystarczyło przeczytać, żeby iluzja stała się przezroczysta. Widział strukturę iluzji niczym otwartą księgę, która przewraca się pod jego myślami, bo one były częścią jego demonicznej natury. To dlatego zlecenia związane z areną, które funkcjonariuszom wydawała Rada, przypadały właśnie jemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaskoczeniem było już jednak to, że pomiędzy ścianami wilgotnych korytarzy dostrzegł ją. Była śliczna nawet, gdy niepokój tańczył w jej oczach, jej dłonie błądziły po ścianach w poszukiwaniu wsparcia, a klatka piersiowa unosiła się szybciej, jakby w tym miejscu każdy oddech ważył więcej. W kąciku jego ust mignął uśmiech, bo wiedział, że mimo strachu i niepewności, którymi emanowała, nie była bezbronna, tylko zwyczajnie zagubiona, zwiedziona mirażami, które pozbawiały ją rozsądku.
      Byli jednak w miejscu, w którym mogli zostać zauważeni, dlatego zbliżył się do niej niespostrzeżenie, a gdy znalazł się tuż za nią, podniósł rękę, zasłonił dłonią jej usta i pociągnął ją w tył, w stronę ściany za nimi, która w jednej chwili stała się miękka jak guma. Wpadli do pomieszczenia, które nigdy nie istniało w realnym świecie, bo była to jego własna iluzja, stworzona według jego zasad. Ciemne światło rozlewało się tu inaczej niż w korytarzach, a cienie układały się według jego woli. Tutaj korytarze nie mogły jej zwieść, bo tutaj on dyktował prawa.
      — Noor — odezwał się, obracając ją do siebie przodem i pchając na ścianę, która ukształtowała się za jej plecami, odcinając ich od iluzji narzuconych przez arenę. Jego surowe spojrzenie spoczęło ciężko w jej oczach. Zabrał dłoń z jej ust, bo teraz, kiedy już go widziała, nie miała powodu do krzyku. — To nie jest odpowiednie miejsce na spacer, skarbie — zauważył, nie łudząc się, że przyszła tu bez celu. — Co cię tutaj sprowadza? — Podniósł brew i chwilowo zniżył spojrzenie do jej rozchylonych warg. Miał nadzieję, że słowa, które zaraz je opuszczą, będą szczere i autentyczne, tak jak ich zaufanie.

      Zayden Ward 🌙

      Usuń
  17. [No chyba inaczej się nie da, skoro przeczucie Cię nie myli :D Caleb to jeszcze taki maluszek jest, więc na pewno będzie w aptece częściej niż rzadziej i tak też to sobie wyobrażałam, że gdzieś blisko, zza zaplecza na przykład, mógłby sobie drzemać w jakimś koszu czy coś ^^ A poza tym z niego też jest mieszaniec, co prawda nie taki demoniczny, ale... No, myślę, że Noor jako jedna z pierwszych mogłaby się trochę więcej o tym dowiedzieć :D No i Élarze też by się przydała duszyczka, z którą mogłaby czasami na parę godzin małego zostawić i się nie martwić, więc może w tę stronę też by się udało ich znajomość pokierować? A może Noor skusiłaby się na skorzystanie z niektórych pozycji magicznego repertuaru Élary, jakieś wyciszające rytuały, ziołowe herbatki, haha :D]

    Élara Durant

    OdpowiedzUsuń
  18. Levi dreptał za Noor z pochyloną głową, niezainteresowany tym, co wokół, a wpatrzony w jej śmigające w jego polu widzenia pięty. Minę miał ponurą, naręcze leków wciąż przyciśnięte do piersi. Zatrzymał się, kiedy i Noor się zatrzymała, podniósł głowę i popatrzył na ławę, na którą Noor odstawiła trzymane buteleczki. Zrobił dokładnie to samo, z tym że musiał pochylić się bezpośrednio nad blatem, a kiedy jego łokcie się o niego oparły, rozchylił ręce i pozwolił, by trzymane leki wysypały się na ławę, już bez brzęku sugerującego, że któraś z buteleczek mogła się stłuc. Zrobił to delikatnie, jakby to upomnienie, które Noor sprzedała mu na dzień dobry, mimo wszystko zostało z tyłu jego głowy.
    — Pójdę po resztę — powiedział, skoro już wiedział, dokąd iść, a na aptecznym kontuarze zostało kilka ostatnich opakowań, bo Levi nie zdołał zabrać wszystkiego na raz, a i pojemność kieszeni Noor była ograniczona.
    Wrócił się tą samą drogą, którą tutaj przyszli. Całkiem prostą, bo prowadzącą pomiędzy zastawionymi specyfikami regałami. Przeszedł zaplecze, wyszedł do części przeznaczonej dla klientów i zgarnął tych kilka ostatnich leków plączących się na blacie. Kiedy wrócił tam, gdzie zaprowadziła go Noor, kobieta praktycznie uporała się ze znalezieniem miejsca dla wszystkich poszczególnych elementów jego dostawy. Levi dołożył na ławę te opakowania, które doniósł i wyprostowawszy się, popatrzył na krzątającą się Noor.
    Stąd widział doskonale, jak ta przesunęła w jego stronę obrotowe krzesło i tęsknie strzelił oczami ku siedzisku. Może nic się nie stanie, jeśli przycupnie na chwilę? Odciążyłby skręconą kostkę przed drogą do ratusza, wytarł zakrwawiony nos. Nim jednak zdecydował, co zrobić, właścicielka apteki poruszyła się. Levi drgnął odruchowo na ten oczywisty ruch w jego stronę, spojrzeniem wracając do kobiety. Źrenice miał rozszerzone, niemalże niezdrowo, jakby coś wziął, ale te reagowały tak na przytłumione, ciepłe światło lampki, chcąc pochłonąć jego wystarczającą ilość, by lepiej widzieć w panującym półmroku, rozszerzając się w ten charakterystyczny, koci sposób.
    — Tak? — mruknął w odpowiedzi na swoje imię, stojąc wyprostowanym jak struna, z wyciągniętą szyją. Nie zrobił kroku w tył, ale jego postawa wyraźnie mówiła, że chciałby zwiększyć dystans pomiędzy sobą, a Noor. Tylko dlatego, że go bolało i tylko dlatego, że to był odruch, zarówno zwierzęcy jak i człowieczy – każdy stawał się niedotykalski, kiedy był poszkodowany i każdy wzdrygał się, kiedy miało zaboleć bardziej. A miało, jeśli Noor zdecydowałaby się dotknąć jego twarzy, co najwyraźniej zamierzała zrobić, skoro wyciągnęła ku niemu rękę, ale zamarła w połowie ruchu, jakby zdawszy sobie sprawę, że tym sposobem może osiągnąć efekt odwrotny do zamierzonego.
    Levi popatrzył na nią, na jej wyciągnięte palce i na krzesło. To na nim zatrzymał wzrok, a finalnie westchnął ciężko i oklapł na siedzisko, trochę z rezygnacją, ale trochę widoczną w jego grymasie twarzy ulgą, kiedy przestał opierać ciężar ciała na skręconej kostce.
    — Muszę jeszcze zameldować się w ratuszu — powiedział cicho, teraz spoglądając na Noor z dołu. — Także tylko na chwilę — podkreślił, a potem szarpnięciem ręki rozsunął suwak kurtki i poluźnił ciasno oplątany wokół szyi szalik, bo na zapleczu było przyjemnie ciepło i to ciepło w końcu zaczęło wnikać w jego przemarznięte ciało. Dłonie i stopy wciąż miał zimne, te pierwsze nawet zaczerwienione, bo nie nosił rękawiczek, tak jak zresztą i czapki, mimo że zimy w Last Salvation były znacznie mroźniejsze i trwały dłużej niż te, do których przywykł w Anglii.
    Do zim w Azylu także zdołał się przyzwyczaić – miał na to całych jedenaście lat. Przez te jedenaście lat nie pomyślał, żeby się stąd wyrwać. Żeby pewnego dnia po prostu nie wrócić. Miał do czego wracać, nawet jeśli ojciec był wyjątkowo upierdliwy, podczas gdy na zewnątrz... Na zewnątrz nie było już niczego, co znał i za czym mógł tęsknić.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  19. Akurat wierny był tylko i wyłącznie sobie, a cała reszta jego stosunków była oparta na bilansie zysków i strat, i dotyczyło to także Rady. Jeżeli w jego otoczeniu istniało coś, dawało mu korzyści, to mogło liczyć na jego pełne zaangażowanie tak długo, aż te korzyści będą wymierne. Ale jeżeli zaczną generować straty niewarte zachodu, to przestaną mieć znaczenie i staną się zbędne. A zbędne znaczy do skreślenia. Może nie tak definitywnie, bo żyją w azylu, z którego nikt – nie licząc łączników i ściągających – nie ma możliwości dobrowolnie się wydostać, więc to, co skreślone, prawdopodobnie i tak nigdy stąd nie zniknie, chyba że zostanie skutecznie zgładzone. Zresztą, właśnie tak kończy się dla uciekinierów i oponentów próba działania wbrew zasadom. I podobnie działa to u Zaydena, tyle, że on nie może nikogo legalnie tutaj uśmiercić, bo taki przywilej należy się jedynie Lukosevicusowi, ale jeżeli ktoś w układzie z nim złamie zasadę lojalności, to straci to, co ona mu dawała, nawet jeśli wiązałoby się to z pchaniem w kierunku śmierci. I w tym sensie był uczciwy, bo nigdy nie obiecywał lojalności bezwarunkowej i nigdy nie udawał, że kieruje się czymś więcej niż chłodną kalkulacją. Każdy, kto wchodził z nim w układ, robił to na własne ryzyko, świadomy, że dopóki rachunek się zgadza, może liczyć na jego pełne zaangażowanie, ale gdy przestaje się zgadzać, wtedy nie ma już miejsca na żadne negocjacje. Nie była to jednak wyłącznie kwestia charakteru ani cynizmu wyuczonego przez lata, bo taki sposób myślenia wynikał z samej jego natury i z faktu, że był echem prawa, a nie jego strażnikiem. On nie postrzegał relacji przez pryzmat emocji czy przywiązania, tylko jako elementy większej struktury, które albo podtrzymują porządek, albo go destabilizują, dlatego w jego świecie lojalność nie była wartością moralną, a mechanizmem stabilizującym system. Gdy działała, to wzmacniała porządek, a kiedy zawodziła, stawała się zagrożeniem, które należało wyeliminować, zanim bałagan zacznie się rozrastać. Ale to chyba naturalna kolej rzeczy także w ludzkim świecie, bo raczej każdy, kogo zaufanie zostanie zniszczone, przestaje traktować winnego w ten sam sposób, co wcześniej. Zaufanie raz złamane rzadko daje się odbudować bez kosztów, a często nie daje się odbudować wcale. Różnica polegała jedynie na tym, że ludzie potrafią jeszcze łudzić się, że emocje coś naprawią, że czas zatrze ślady i pozwoli zapomnieć, natomiast Zayden takich złudzeń nie miał. Dla niego zerwana lojalność była faktem, a nie tragedią i bardziej sygnałem, że dany element po prostu przestał spełniać swoją funkcję.
    Spojrzał na nią z lekka zdumiony, gdy stwierdziła, że nie powinno go tutaj być. Był funkcjonariuszem porządkowym i mógł być wszędzie tam, gdzie wyczuwał łamanie prawa, ale pomijając już tę kwestię, podziemna arena sama w sobie nie była miejscem przez kogokolwiek zakazanym. Istniała nieoficjalnie, w jej czeluściach dochodziło do dziwnych transakcji, ale samo miejsce nie figurowało na liście tych, do których wstęp jest zakazany. Wiedza o tym miejscu nie jest wcale powszechna, a korytarze pełne iluzji nie wpuszczą w głąb tych, którzy nie potrafią zapanować nad swoim umysłem, albo którzy nie mają odpowiednich kontaktów, żeby zostać wprowadzonym. Prawda jest taka, że to miejsce istnieje bez zasad, a mieszkańcom nikt nie zabronił spotykać się w podziemiach, dlatego sam fakt, że Noor tu była, go nie raził. Kluczowy był powód. Jak zawsze.
    Wiedział, o kim wspominała, bo miał ten zaszczyt otrzymywania informacji o nowo przybyłych mieszkańcach azylu. Zakładał im teczki, więc orientował się kto jaką mocą włada, gdzie kto mieszka i gdzie kto pracuje, a także kiedy musi stawić się na odnowę run. Ta wiedza była niezbędna funkcjonariuszom do pilnowania porządku i egzekwowania prawa, więc otrzymywali ją od Rady na bieżąco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Robię tutaj dokładnie to, co ty: chodzę za śladami — odpowiedział, co było faktem, tyle że on nie chodził za śladami kogoś, kto zawrócił mu w głowie, a za tymi, którzy mogli mieć jakieś złe intencje. Noor nie zaliczała się do tego grona, przynajmniej na razie, a jej obecność tutaj była nawet zaskakująca, bo przez te wszystkie lata nie miała okazji eksplorować tego miejsca, aż do dziś. Ale skoro zaczęła zapuszczać się w te rejony, to mogło nie wróżyć niczego dobrego, bo jeśli wpadnie, to wtedy nawet jego słowo nie będzie miało znaczenia. Wierzył jednak w jej rozsądek i w jakiejś części liczył na to, że pociąg do kambiona jej nie zgubi. Ale czas pokaże.
      Resztę jej odpowiedzi przyjął milczeniem, bez potrzeby rozbijania tych powodów na cząsteczki. Czasem im mniej wiedział, tym lepiej, bo jeśli musiałby coś zataić, to z pewnością odbiłoby się na nim samym, a na razie wciąż czekał na dostawę wsparcia, którym mógł się podreperować w zaciszu swoich czterech ścian, więc musiał funkcjonować oszczędnie. Za każdym razem, gdy zrobi coś niezgodnego ze swoim powołaniem i przysięgą, a to zdarza się bardzo często jak na demona przystało, popiół fizycznie spala go od wewnątrz. Ma swój sposób na to, by wzmacniać się nielegalnie i obchodzić też ograniczenie mocy nałożone przez przysięgę, ale do tego potrzebuje odpowiednich artefaktów z zewnątrz. I to na ich dostawę musi czasami czekać trochę dłużej.
      — Wydostaniesz się stąd, czy potrzebujesz pomocy? — zapytał, odsuwając się o krok. Znajdowali się w pomieszczeniu, które było iluzją i dla nich i dla tych mogących znaleźć się po drugiej stronie ścian, ale bez względu na wszystko, to nadal tylko iluzja. Jeśli ktoś złamie jej strukturę, będzie w stanie ich zobaczyć. Może niewiele jest takich osób, ale jednak są. Poza tym, nie od dziś wiadomo, że ściany mają uszy.

      Zayden Ward

      Usuń
  20. Biała kitsune była w drodze od parunastu dni. Straciła już rachubę, ale czasu zajęło podróżowała. Wyczerpanie dawało jej się we znaki, jednak zatrzymywała się jedynie wtedy, aby się napić z napotkanego strumyka lub innego wodnego akwenu. Głód jej doskwierał, jednak bała się zatrzymać na dłużej, aby coś złapać. Zbytnio rzucała się w oczy, mimo faktu, że futro miała pobrudzone, to biel nadal było widać. Reszta anatomii też rzucała się w oczy. Gdyby miała tylko jeden ogon to śmiało, by mogła być postrzegana za zwykłego lisa polarnego, który sie po prostu zabłąkał. A tak... No, ale taka już była i nic na to nie poradzi. Na szczęście zaczął padać śnieg, jednak nadal było go za mało.
    Burczenie w brzuchu się nasiliło. Mijała właśnie wieś, więc postanowiła sprawdzić, czy aby któreś z gospodarstw nie miało kur albo innego ptactwa, któremu by mogła podkraść parę jaj. Tylko wpierw musiała obejść wieś, aby ja poobserwować przez chwile. Po drugim kółku trafiła na samotne ptactwo, ignorując szczekające wściekle psy sąsiada. Podkradła się jak najciszej mogła podchodząc do przybudówki i chapsnęła parę jaj zanim zrobił się ruch na dworze i właściciel ze strzelba nie wyszedł zobaczyć co się działo. Nie omieszkała przy tym dostać ze śrutu, który przyjechał jej futro, gdy mężczyzna wystrzelił, aby odegnać ja od swoich cennych kur. Piekło ja, ale nie zatrzymywała się póki nie była już wystarczająco daleko od wioski, aby móc przystanąć i zobaczyć obrażenia. Były na szczęście powierzchowne. Ruszyła dalej.
    Gdyby znała teren za nic by nie ruszyła dalej, no ale mleko się rozlało. Gdy przemierzała kolejne lasy, śnieg już był gęsty. Przykrył pułapkę, której pod gruba warstwa białego puchu nie widziała. Szła w poszukiwaniu miejsca do spania, bo już czuła że łapy ja długo by nie poniosły. Pulsowały i były poprzecierane. Miała się jak zawsze obyć ze smakiem, tylko jak na złość akurat jak układała głowę na łapach, wyskoczył jej samotny zając. Oboje się na siebie spojrzeli, gdy ten zauważył gdzie trafił. No i się zaczęło, gdy instynkt zareagował. Zając miał na tyle przewagi, że był mały, zwinny i nie był zmęczony. Schował się w śniegu a ona za nim, jednocześnie za późno zdając sobie sprawę z pomyłki, gdy trafiła na starą, zapomniana przez kogoś, zardzewiałą pułapkę. Odskoczyła, ale było za późno. Zamknęła się na jej tylnej nodze. Podczas odskoczni poderwała się cała, łamiąc przy tym kość i zaczęła się turlać niekontrolowanie aż w końcu zatrzymała się na jakimś drzewie łamiąc tym razem żebro, którego odłamek wbił się w wątrobę. Osunęła się po pniu jak worek kartofli rozpryskując wszędzie krew. Zamroczyło ja i na chwile odpłynęła, ale bol ja ocucił na chwile, gdy próbowała wstać. Czerwone i czarne plamy zaczęły jej robić figle przed oczami, gdy próbowała się ruszyć, odkasłując krew z pyska, która nadal ściekała. Naturalnie łatwiej teraz by było gdyby była człowiekiem, aby pozbyć się tej przeklętej rzeczy z łapy, która teraz wisiała pod dziwnym kątem z otwartą raną, no ale nie miała siły. Dobre w tym wszystkim był fakt, że wszędzie leżał śnieg, to i krwawienie nie było zbyt obfite. Jednak zmęczenie zrobiło swoje i chcąc nie chcąc - nieszczęśliwa - położyła się a w zasadzie przeturlała na mniej obolałą stronie zanim całkiem straciła przytomność.

    biała kulka

    OdpowiedzUsuń
  21. Nielsen pracowała w barze, ale sama po alkohol sięgała rzadko. Piła, nie uważała się za abstynentkę i nawet za taką nie próbowała uchodzić. Najczęściej jednak pozwalała sobie na takie chwile, kiedy była sama, kiedy otaczały ją cztery ściany, film na DVD i paczka kupnego popcornu. Do Bruderschaftu prywatnie nie przychodziła prawie wcale, chyba że na obiad. Nie przepadała jednak ani za kiełbasą, ani za golonką w kapuście, która była popisowym daniem tutejszej kucharki. Wiedziała jednak, jak alkohol działał na ludzi i nie-ludzi. Podczas tych kilku tygodni pracy w Last Salvation zdołała zaobserwować, jak poszczególni obdarzeni reagują na spożywane trunki. Jedni odpadali tak szybko, jak zwykli śmiertelnicy, inni potrzebowali znacznie więcej, by poczuć ten przyjemny rausz, a kolejni mogliby pić w nieskończoność, a nie poczuliby nic.
    To był fascynujący aspekt życia w Last Salvation. Ta różnorodność, widoczna mimo ograniczonych mocy i zdolności. Dlatego ciekawym było obserwowanie znanego sobie wampira, który próbował prześcignąć młodą kobietę. Tej Rory nie znała, nie mogła uważać jej za stałą bywalczynię przybytku. Niemniej, nietrudno było zauważyć, że brązowowłosa radziła sobie znacznie lepiej, więc na jej skinięcie Rory dolała jej alkoholu do kieliszka, a gdy ta go wychyliła w śmiały sposób, dolała jej kolejną porcję.
    — Piosenkę? — spytała, nieco zaskoczona. Zwykle klienci sami wybierali sobie utwory, Rory, której gust muzyczny był nieco ograniczony, nie znała się zbytnio na tym, co mogłoby być modne, ale… wiedziała, co modne było. Jako nastolatka dorastała słuchając popowych kawałków. Popatrzyła na kobietę, która już ruszyła w kierunku niewielkiego podwyższenia.
    Aurora kucnęła, aby dotrzeć do sprzętu, jaki odpowiadał za karaoke i westchnęła, przeglądając płyty. Brak dostępu do internetu bywał uciążliwy, ale też doceniała jego brak. Informacje z świata zewnętrznego docierały do nich w ograniczony, filtrowany sposób, a Rada czyniła starania, aby azyl był azylem nie tylko fizycznie, ale i dla psychiki jego mieszkańców. Na Rory to nie działało, ale teraz zaczynała bawić się przednio.
    Wybrała płytę z popowymi kawałkami lat 2000. Szybko rozbrzmiały pierwsze nuty utwory Natashy Bedingfield — Pocketful of sunshine, która skojarzyła się Rory z odważną młódką, która właśnie zamierzała dać popis swoich umiejętności wokalnych.
    Wyprostowała się, podała wampirowi kolejny kieliszek alkoholu i czekała. Noor przyciągnęła spojrzenia i uwagę niemal wszystkich zgromadzonych, co dało barmance chwilę wytchnienia.

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  22. Dziękuję za powitanie! Rzeczywiście, obie nasze postaci mają pewne punkty zbieżne, jak wrażliwość i emocje, które w sposób dominujący prowadzą ich przez życie. Niech Twoja odnajdzie w Azylu swoje szczęście i życzę rozgrywek obfitych w wyjątkowe zwroty akcji i angażujące fabuły!

    Ishaan

    OdpowiedzUsuń
  23. [Ja Ci chętnie pokażę czy to wariatka czy nie!
    Oczywiście dziękuję za przywitanie i uznanie moich creepy pomysłów... ;>
    W oczach Noor można się zgubić i chętnie to zrobimy. Myślę intensywnie <3]

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  24. [Witam serdecznie i bardzo dziękuję za powitanie - kamień z serca, bo jak (chyba wieki temu) kiedyś publikowałam nie miałam takiego stresu jak teraz. Normalnie trema! :D
    Możemy coś pomyśleć o spaniu Noor - skoro ma z nim problemy, to może D. mogłaby coś spróbować pomóc - w końcu to sen to trochę konik D.
    Długo żyje na tym świecie, ziół poznała dużo, mogą też wymieniać się wiedzą i zdobytymi przez lata doświadczeniami...? Może Noor miałaby ochotę czasami posmakować względnej normalności, którą D. od jesieni próbuje wprowadzić do swojego domu, a co do tej pory przypomina karykaturę ogniska domowego? (naleciałości Ściągającej pozostały) Jeśli tylko jesteś chętna na wątek, to jestem przekonana, że razem coś wymyślimy :) ]
    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  25. Jak długo była w niebycie? Nie wiedziała, ale półświadomie odczuwała chłód w zranionych miejscach, który przenikał do kości, powodując odrętwienie i większe zimno, które zwykle aż tak sromotnie nie odczuwała. Później nie czuła już nic, gdy odpływała i wracała na przemian do żywych. Tak po którymś razie, zmysły wyczuły intruza. Zastrzegła uszami i nawet próbowała się unieść, ale nawet na to siły nie miała. Nawet tak drobny ruch sprawił, że czuła całkowite wyczerpanie. Warczenie wyrwało jej się instynktownie, gdy tylko poczuła ręce błąkające po ciele, aż dotarło do głównego problemu. Wtedy zaskomlała z bólu, który był niczym z połamaną łapą. Chciała się odsunąć, aby uniknąć rąk. Jakby chciała powiedzieć: Idź sobie, to boli, ale tylko odkaszlała większy skrzep.
    Jednak ta istota, kimkolwiek była chyba postanowiła nie zwracać na nią uwagi. Wątpiła by był to człowiek. Aura była dziwna, jakby mroczna i nie miała jakoś ochoty na bliższe kontakty, ale co zrobić. Chyba tym razem nie da sobie sama rady. Więc chcąc nie chcąc musiała pozwolić się zabrać.
    Łypnęła na dziewczynę, jak tylko zawroty głowy trochę się uspokoiły i przyjrzała uważniej. Jakby sondując ją całą od góry do dołu i oceniając zagrożenie. Na przypomnienie wyszczerzyła zęby a potem westchnęła przeciągle kładąc głowę na śniegu.
    Poddając się rozpoznaniu starała się nie myśleć o dotyku, ale zaczęła protestować, gdy ta ją zaczęła podnosić. Z frustracji trzepnęła ogonami o ziemie, przepłaszając przy okazji jakeś przyglądające się temu ptaki, które teraz rzucały przekleństwa w jej strone. Szczeknęła krótko w odpowiedzi.
    W między czasie już została podniesiona i gdzieś szły, ale jak na złość rana znowu się otworzyła i zaczęła lecieć świeża krew. Zacisnęła zęby z bólu, zastanawiając się ile jej jeszcze krwi zostało, tylko że znowu odpłynęła, przez cała drogę już nie wracając do przytomności.

    lisica

    OdpowiedzUsuń
  26. Tak naprawdę wcale nie musiał rozumieć pobudek, które nią kierowały, bo gdyby wydarzyło się coś, na co musiałby zareagować, jej motywy i tak byłyby ostatnią rzeczą, która miałaby wtedy znaczenie. Dlatego nie próbował i dlatego na głos nie założył i nie powiedział niczego, co zdradzałoby jego myśli. Wszystko to pozostawało wyłącznie w sferze jej interpretacji, natomiast on sam nie dociekał skąd te interpretacje się brały, podobnie jak nie poruszał tematu kambiona, za którym tu przyszła, bo nie wiązał tego z żadnymi odczuciami, a już tym bardziej z niepokojem. Mogła chodzić za nim dokądkolwiek zechce, przecież jemu nic do tego. Jego policyjna funkcja nie obejmowała stania na straży czyjegoś serca, uczuć ani cichych nadziei, które gdzieś w głębi często rodzą się bez pozwolenia. Był tu tylko od porządku, od reagowania wtedy, gdy coś wymykało się spod kontroli, a nie od rozplątywania cudzych pragnień lub wewnętrznych potrzeb. I od bezpieczeństwa, rzecz jasna, nawet jeśli trudno było w nim dostrzec kogoś, kto może je zagwarantować.
    Jego pytania były klarowne, więc jeśli Noor zdecydowała się przyjść tutaj świadomie i szukać czegoś, czego nie może znaleźć na powierzchni, to on na tym etapie nie zamierzał jej w tym przeszkadzać, choć nie dlatego, że jej obecność była mu obojętna, tylko dlatego, że nie widział powodu, by ją regulować. Dopóki poruszała się w granicach, które obowiązywały wszystkich, jej decyzje pozostawały jej własnością, bo może azyl odbierał sporą część autonomii, to jednak nie był miejscem, w którym odbierało się wolę. Wystarczy respektować zasady i można żyć tu jak pączek w maśle. Są więc mieszkańcy, którym całkiem dobrze to wychodzi, ale są oczywiście też tacy, którym nie wychodzi to w ogóle. A kwestia tego, ile on takich odstępstw puści płazem należy już wyłącznie do niego, bo z konsekwencjami niezauważonych przewinień mierzy się sam.
    Gdy hałas rozniósł się echem po wilgotnych podziemiach, cień oderwał się od ścian i wrócił do Zaydena, jak na niemą komendę. Przestrzeń wokół straciła na moment ostrość, a iluzja pomieszczenia, w którym do tej pory trwali, rozmyła się, pozostawiając wokół nich gołe korytarze podziemi. Puste ściany będą towarzyszyły im jednak tylko przez chwilę, bo iluzje odgórnie nałożone na to miejsce, zaraz ponownie się otworzą i zaczną robić papkę z mózgu odwiedzającym, ale na razie droga była czysta. I warto było z tego skorzystać, skoro za moment mogą mieć tu towarzystwo.
    Stojąc spokojnie, z cieniem znów na swoim miejscu, rzucił tylko krótkie spojrzenie w stronę dobiegającego do nich hałasu. Noor była mistrzynią ukrywania prawdy, a on był mistrzem wyłapywania tego, co spod niej przeciekało. Naruszenia zasad wyczuwał instynktownie, jako cień prawa zrodzony z nierozliczonych win i niewypełnionych wyroków. I podobnie było z kłamstwem, bo chociaż samo kłamstwo nie jest naruszeniem zasad, to naruszeniem ich jest to, do czego to kłamstwo prowadzi. Mógł je wyczuć, jeżeli ono mogło nieść konsekwencje. Odpowiedź Noor nie była go pozbawiona, ale on nie zamierzał decydować, czy ją wyprowadzi, bo ona sama tę decyzję podjęła. Nie potrzebowała pomocy, więc jego ingerencja była zbędna, ale jeśli ktoś faktycznie mógł ich teraz słuchać, albo zobaczyć, to nawet lepiej, że nie wyjdą stąd razem.
    — W takim razie bądź czujna, Noor — zaznaczył. — Niektóre sekrety mogą nie przypaść ci do gustu — dodał, rzucając ostatnie spojrzenie w jej oczy. A potem odwrócił się bez pośpiechu i ruszył w głąb korytarza, korzystając z tego, że jeszcze nie były oszukane przez fikcyjną rzeczywistość.

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  27. Malphas uśmiechnął się półgębkiem, a w jego spojrzeniu błysnęło uznanie dla jej opanowania. Nie spieszył się z ruchem, stał w płytkiej wodzie, pozwalając, by chłodna tafla obmywała mu kolana, podczas gdy on bacznie przyglądał się Noor. Jej pewność siebie i sposób, w jaki lustrowała go wzrokiem, nie budziły w nim skrępowania, wręcz przeciwnie, bawiła go ta nagła zamiana ról. W tym sterylnym, lękliwym Azylu, ona była pierwszą osobą, która nie odwróciła wzroku z obawy przed jego aurą. Wyszedł z wody powolnym, niemal leniwym krokiem, nie dbając o to, że chłód nocy natychmiast osiada na jego mokrej skórze. Podszedł do pnia, na którym siedziała, i nie zatrzymał się, dopóki nie stanął na wyciągnięcie ręki. Nie sięgnął po ubrania. Stał przed nią z tą samą drapieżną swobodą, którą ona w nim wyczuła, nie wykonując jednak żadnego gwałtownego ruchu.
    - Pytasz, kim jestem? - przechylił głowę, a krople wody spłynęły mu z włosów na ramiona. - Jestem kimś, kto nie wierzy w przypadkowe spotkania, Noor. I kimś, kto zbyt długo uciekał, by teraz przejmować się takimi drobnostkami jak „ostrożność” podczas kąpieli. W tym miejscu wszyscy jesteśmy drapieżnikami zamkniętymi w zbyt małej klatce, tyle że niektórzy z nas wciąż pamiętają, jak używać kłów - zrobił ten jeden krok, o który ona wcześniej się odważyła, zmniejszając dystans tak bardzo, że czuł zapach ziół bijący od jej ubrań. Jego oczy, czujne i głębokie, zatrzymały się na jej twarzy z intensywnością, która nie dawała pola do ucieczki.
    - Nie boisz się jeziora, bo je znasz. Nie boisz się mnie, bo widzisz w moich oczach coś, co masz w swoich - mruknął, a jego głos stał się niski i chropowaty - To rzadkość w Last Salvation. Większość ludzi tutaj próbuje wymazać wspomnienia, o których mówiłaś. Ja natomiast noszę swoje jak blizny. Nie da się ich opłacić, żeby zniknęły - wskazał podbródkiem na jej dłonie, którymi przed chwilą tak pewnie gestykulowała - Skoro prowadzisz aptekę, to pewnie wiesz, że niektóre trucizny są najlepszymi lekarstwami, jeśli poda się je w odpowiedniej dawce - uśmiechnął się, tym razem nieco szerzej, a w tym uśmiechu nie było już groźby, lecz pewnego rodzaju nieme porozumienie - A co do moich butów... - dodał ciszej, spoglądając na miejsce, gdzie leżały jego rzeczy - Cieszę się, że o nie dbasz. W tym bagnie trudno o przyzwoitą parę, z której nie trzeba ciągle zmywać brudu - przerzucił suchą koszulę przez ramię, nie śpiesząc się z jej założeniem, jakby chciał, by chłodny wiatr ostatecznie przypieczętował to spotkanie - Skoro już ustaliliśmy, że moje buty są bezpieczne, a ty nie zamierzasz uciekać na widok kogoś, kto nie bawi się w konwenanse, to może faktycznie to miasto nie jest tak beznadziejne, jak myślałem - mruknął, podchodząc jeszcze bliżej - Noor... aptekarka, która nie boi się mroku. To brzmi jak najlepszy żart, jaki usłyszałem od czasu przekroczenia bramy Last Salvation - przystanął tuż przed nią, a różnica wzrostu sprawiła, że musiał lekko pochylić głowę. Wyciągnął dłoń i przez chwilę wydawało się, że dotknie pasma jej włosów, ale zamiast tego tylko wskazał na drogę prowadzącą w głąb lasu.

    - Nie boisz się mnie, bo wyczuwasz, że gramy w tej samej lidze, Noor. To miasto jest pełne ofiar, które udają ocalonych. My dwoje... my po prostu przetrwaliśmy, a to różnica. Skoro już wiesz, że potrafię być nieostrożny, to może dasz się zaprosić na spacer z powrotem do centrum? Chętnie posłucham, jakie jeszcze sekrety skrywasz w tej swojej aptece. Obiecuję, że tym razem to ja będę słuchał, a ty będziesz mogła sprawdzić, czy faktycznie jestem tak niebezpieczny, na jakiego wyglądam - uniósł brew, czekając na jej ruch. Czuł, że ta noc właśnie przestała być tylko nudnym epizodem wygnania.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń
  28. Niedługo po tym, jak Levi opadł na krzesło, opadły też jego powieki, jakby w momencie, w którym pozwolił sobie skapitulować przed Noor, skapitulowało też całe jego ciało. Bynajmniej nie zasnął, a nawet nie przysnął. Ot, powieki już wcześniej miał ciężkie, a oczy suche i piekące od mrozu tak, jak przemarznięte dłonie. Musiał i chciał się wygrzać, i zamierzał zrobić to po odmeldowaniu się w Ratuszu, a potem dotarciu do domu dzielonego z ojcem, ale w tym zamiarze przeszkodziło mu zatrzymanie na zapleczu apteki Noor, które podobnie jak jego pokój, było przyjemnie ciepłe.
    Levi westchnął ciężko. Po tym, jak rozsunął zamek kurtki i rozsupłał szalik, opadły też jego ramiona. Kotołak przygarbił się, ale nie zwiesił głowy. Twarz miał wciąż zwróconą w stronę aptekarki, a przynajmniej w tę stronę, gdzie ta stała, nim przymknął powieki.
    — Hm? — Drgnął na dźwięk swojego imienia, wyżej uniósł ciemne brwi, ale bynajmniej nie zdołał otworzyć oczu, choć próbował, a raczej myślał, że stanie się to samo, w odpowiedzi na to ciche Levi rzucone przez kobietę. Zmusił się więc, by te oczy otworzyć. Najpierw mocniej zacisnął powieki, jakby zbierając siły i dopiero po tym rozchylił je, by następnie początkowo zamglony wzrok wyostrzyć na Noor, która tłumaczyła mu właśnie, że nie musiał meldować się w Ratuszu od razu.
    — Będą mnie szukać — zamarudził, ale był to jedyny, a w dodatku bardzo słaby protest, na jaki się zdobył. Poddał się zaskakująco łatwo, prawda? Może to Noor wpływała na niego delikatnie za pomocą swojej mocy, a może wcale nie musiała nic robić i do tego, aby młody Ackermann przestał być zawzięty i uparty wystarczyło zarówno to ciepło, które panowało we wnętrzu apteki, jak i to, które biło od samej Noor. Jakiekolwiek nie byłoby źródło tego ciepła, to ono rozbroiło kotołaka, który rozpiął kurtkę i zdjął szalik, jakby to te dwa ruchy miały być odpowiedzią na pytanie o zgodę zadane przez Noor.
    — Mogę — dodał jednak, dla jasności, i o ile do jego nosa kobieta miała nieograniczony dostęp, o tyle kostkę zasłaniał zimowy but, skarpetka i nogawka spodni. Levi wyprostował prawą nogę w kolanie, tym samym wysuwając ją spod krzesła i nachylił się do niej z jękiem oraz cichym trzeszczeniem mebla. Zaczerwienionymi palcami rozsupłał węzeł sznurówki i poluzował wiązanie, przy czym syknął cicho – ucisk trzymał ból w ryzach, bo kiedy tylko opuchlizna dostała trochę więcej miejsca, rozlało się po niej dotkliwe pulsowanie. Skrzywiwszy się, Levi zdjął but, odstawił go na bok i ściągnął skarpetkę, którą wcisnął do niskiej cholewy. Podwinął nogawkę, zawijając ją trzykrotnie, co wystarczyło na uniesienie jej do połowy łydki i wyprostowawszy się, popatrzył na pozostającą w pobliżu brunetkę. Prawą kostkę miał spuchniętą, na skórze odcisnął się wzorek z włokiem skarpetki i mocnych szwów buta, a po zewnętrznej stronie, pod kością niknącą w opuchliźnie, powoli rozlewał się siniak, który na przestrzeni tygodni miał przejść przez kalejdoskop barw, od wściekle fioletowej, przez niebieską i zieloną, do brązowej i niezdrowo żółtej.
    — Póki tu siedzę i nie protestuję, możesz robić, co chcesz — rzucił, przyglądając jej się spod zmrużonych powiek, z zaciśniętymi wargami, bo wciąż był niechętny pomocy, a jednak nie ruszył się z miejsca. — Zawsze jest tu tak ciepło? — spytał, to w tym cieple węsząc podstęp, bo to właśnie to ciepło trzymało go na krześle i skłoniło do zdjęcia obuwia. To ciepło otulało go coraz bardziej, rozgrzewało i roztapiało charakterystyczne dla Leviego zacięcie, którego jedyny ślad był w zmrużonych oczach i zaciśniętych wargach.

    LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

    OdpowiedzUsuń
  29. Minęło sporo czasu odkąd zmieniła otoczenie. Leśny zapach ustąpił, zajmując go mieszaniną ziół i czymś ciężkim, czego dawno nie doświadczała mimo, że była blisko świata duchowego. Tu panowała dosyć ciężka atmosfera. Przez pierwsze parę godzin była zbyt osłabiona by móc jeść, więc chcąc nie chcąc musiała się zdać na pomoc. Więcej jedzenia lądowało na podłodze niż do żołądka, gdyż szczęki były tak zaciśnięte z bólu przy każdym drobnym poruszeniu. Nawet okrycie z koca powodowało dyskomfort. Piszczała z bólu podczas zmian opatrunku i się wierciła przy wymianie bandaża na świeży. Raz nawet chciała ugryźć, byle uniknąć dotyku. Dużo spała. Dopiero pod wieczór zrobiło się na tyle lepiej, aby zmienić pozycje na inna, bo w tej mocno ścierpła. Dopiero wtedy przyjrzała się bliżej pomieszczeniu. Ciemność nie pomagała, ale wydawało się dosyć przytulne mimo skromności. W kącie siedziała w fotelu śpiąca dziewczyna. Rzuciła jej uważne spojrzenie zastanawiając się z kim ma do czynienia. Zaczęła niuchać chcąc wyłapać zapach, który może by jej coś odpowiedział, gdyby nie unoszący sie wszędzie zapach ziół, który wszystko wytłumiał. No cóż będzie musiała uzbroić się w cierpliwość. Spróbowała się unieść nie krzywiąc się przy tym i ignorując ciało, które protestowało od tego wysiłku, do którego je zmuszała. Była dla siebie surowa, to fakt, ale tak długo by nie przeżyła, gdyby taka nie była. Nawet w obecnej sytuacji, gdy odwróciła wzrok i spojrzała na miskę obok z wodą. Musiała się mocno wysilić by się doczołgać i trochę napić. Strasznie chciało jej się pić. Potem umościła się wygodniej uważając na zranioną łapę i jakoś udało jej się zasnąć.
    Następnego dnia wręcz musiała zmrużyć oczy, gdy światło słoneczne padało na jej posłanie. Pisnęła zirytowana ogonami próbując zasłonić trochę odblaski. Odwróciła się na dźwięk kroków. Warknęła, gdy ta się zbliżyła zbyt blisko, ale na słowa dziewczyny zareagowała krótkim szczeknięciem i przewróciła oczami na jej słowa.
    Kobieto, czy ty myślisz, że mnie to rusza? Nie planowałam tu zostawać zbyt długo burknęła z lekka frustracja. Podejrzliwie popatrzyła na posiłek, no ale nic takiego nie znalazła. Pachniało dobrze i zaczęło jej burczeć w brzuch. Zdrajca jeden. Pisnęła pod nosem lekko zdegustowana i zaczęła wstawać wygrzebując sie z ciepełka. Przyjemnie, ale wolała chłodzik. Stanęła chwiejnie. Gdzieniegdzie było widać zgniecione futro od długiego leżenia, więc się trochę wstrząsnęła poprawiając włosie, by zachować chociaż pozory elegancji. Zerknęła na nią przechylając głowę. Nie wiedziała czy to aby nie pułapka, no ale w takim razie raczej by już dawno wyzionęła ducha i kruki by się dobrały do truchła. Znowu odezwał się żołądek. Po chwili wahania zaczęła jeść.
    Skończyła szybciej niż pewnie to się gotowało i czekała na dokładkę. Pacnęła łapą miskę i zaczęła nią lekko kołysać do góry i dołu. Łatwiej by było po prostu zaczerpnąć energię, ale nie stąd. Tu panowała trochę przyciężka atmosfera. Czyli będzie po staremu, acz będzie trwało dłużej. Zapominając o łapie chciała na niej stanąć. Zaskomlała patrząc na nogę niechętnie. No i nici z biegania. A tak kochała czuć wiatr we włosiu. Przysiadła czując nadchodzące zmęczenie i popatrzyła na Noor, jakby ta była znawcą chorób wszelakich z niemym pytaniem co dalej.

    biała kulka

    OdpowiedzUsuń
  30. Skąpana w deszczu nocnych win, odrywała od siebie kolejne skrawki ludzkości. Pusty, czarny szkielet wypełniały obrazy – gęste i bolesne, lecz lekkie, jakby podatne na każdy podmuch wiatru. Myśli osiadały na niej jak kurz, a potem spływały, rozpuszczone w winnej wilgoci mroku. Kotwiczyły się ledwie na moment, splatając z ulotnymi gestami i koszmarną energią, która boleśnie pieczętowała jej figle.
    Była pęknięciem, przez które świat wlewał się nieproszony, ale mile widziany. Była nocną marą. Uosobieniem najczarniejszych snów i ulotnym przesmykiem, w którym pragnienie traciło kształt, a wstyd nie nadążał za ruchem.
    A jednak noc nie dawała jej ostatnio wytchnienia. Choć błądziła w obcych odmętach, pełnych brudnej mgły i ciężkiego powietrza, Asta głodowała. Nie rozumiała drogi, którą przyszło jej stąpać, pełnej rwistych kamieni, głucho opadających na jej kostki. Każdy krok był cięższy, jakby zapadała się w coś spoza własnej energii. Nie rozumiała tych snów. Ulatywały wraz z pierwszym oddechem świtu, pozostawiając pod bladą skórą jedynie napięcie i echo pragnienia, coraz silniejsze, coraz bardziej brutalne.
    Szukała odpowiedzi, klucza. Błądziła u czerniejących wrót, padając na kolana pod rdzawą kołatką, a niewidzialna granica tylko piętrzyła się bezpowrotnie. Asta czuła, jakby coś nie pozwalało jej wkroczyć dalej, co potęgowało nieznośne drżenie jej serca, tak podle przypominające o zwyczajności ludzkiej postaci.
    Była zmęczona. Nie kotwiczyła się w mroku, czując narastającą potrzebę wpicia się w sny kolejnych ofiar. Ale to wszystko było za mało.
    Wiatr smagał jej nagie, kościste ramiona, ale kontury ciała wciąż słabły za sprawą głodu. To było naturalne dla nocnych mar, które nie trzymały formy długo, a ich kształt poddawał się emocjom i pragnieniom, jak glina wilgoci. Asta uginała się pod naporem niespełnienia, czując, jak energia krąży w niej niespokojnie, zamiast zapadać się w głębokie, znane koleiny mroku.
    Zapukała kilkukrotnie, a chłód dębowych drzwi boleśnie zagrał w jej dłoni. Uśmiechnęła się pod nosem, jakby pozorna, fizyczna przyjemność była przypomnieniem, że wciąż potrafiła dotykać świata.
    Wraz z pojawieniem się kobiecej sylwetki, mgła wokół niej zgęstniała, próbując uformować dookoła godny tajemnic kokon.
    – Słyszałam, że… – szepnęła śpiewnie, wywracając oczami. Przez moment czerń jej oczu zgasła, jakby tęczówki dosłownie odszukiwały czegoś w odmętach jej myśli. Biel jak zwykle była jednak ulotna, a Asta zakotwiczyła smolisty wzrok w niepokojącej zieleni kobiecych oczu – … znajdziesz lek na wszystko.
    Przestąpiła przez próg, choć jej stopy zdawały się nie dotykać podłoża. Zamknęła za sobą drzwi i oparła o nie plecy, wzdychając ciężko. Blade lico ducha niechętnie przyjęło na siebie półmrok niewielkiego pomieszczenia.
    – Potrzebuję czegoś na głębszy sen. Czegoś, co spowolni oddech i zaciśnie niewidzialne więzy w skroniach – dokończyła cicho, a każde słowo zbierało wagę jej wstydu. Czuła jednak, jak jej energia, niespokojna dotąd, odnalazła coś, na czym również chciała osiąść.
    Asta chwyciła się za dłonie i strzeliła głucho kostkami. Wilgotne od mgły, czarne włosy opadły gładko na jej ramiona, lecz ciążyły bardziej niż kiedykolwiek.
    Właściwie nie wiedziała, czy wizyta w aptece, o której szeptało się nawet w koszmarach, mogłaby cokolwiek zmienić. Nie wiedziała nawet, czy środek, który mogłaby tu otrzymać, miałby zgnieść ją, czy bohaterkę jej snów.

    Asta

    OdpowiedzUsuń
  31. Anastasius von Weiss od zawsze budził się wcześnie rano. Być może dlatego, że był do tego zmuszany od dziecka, a może dlatego, że nie chciał marnować cennego dnia, który zawsze kończył się zbyt szybko. Jako młody mężczyzna, kilkadziesiąt lat temu, bardzo to odczuwał – czas wydawał się umykać w dziwaczny sposób, a Anastasius zawsze próbował zrobić zbyt wiele, zawsze za czymś gonił.
    Czas w miasteczku płynął jednak inaczej, a może to von Weiss się zmienił. Może trochę dojrzał, zaczął przyglądać się światu nieco inaczej albo zamieniał się w starego dziada, któremu nie chciało się już biec. Nic jednak nie ostudziło jego zapędu do odkrywania. Cenił sobie naukę i nawet jeśli obecnie miał nieco związane ręce, to robił wszystko, aby wiedzieć, a wiedza bywała cenniejsza niż cokolwiek innego. W miasteczku znany był zresztą z tego, że umie dochować tajemnicy. I że nigdy nikogo nie ocenia – czasem kiwał jedynie głową lub wyduszał z siebie ciche „hmm” lub „mmm”.
    Wstał z łóżka, ubierając się – najpierw koszulka, potem koszula, kamizelka, spodnie z dobrze zapiętym paskiem i szelki. Anastasius zawsze wyglądał schludnie i elegancko, nawet jeśli sytuacja tego nie wymagała. Czuł się jednak bardziej sobą, gdy zakrywał tatuaże i mniej lub bardziej widoczne blizny.
    Gdy umył zęby i przemył twarz zimną wodą, usłyszał charakterystyczny dźwięk gruchających kości. Oggy wspinał się po schodach, niosąc w dłoniach srebrną tacę z filiżanką czarnej kawy; obok niej stał talerzyk z nieco spalonymi tostami z masłem i dżemem.
    Anastasius uśmiechnął się pod nosem, gdy Oggy wystawił tacę w jego stronę i zasyczał przyjaźnie, najwyraźniej oczekując pochwały.
    — Dziękuję, Oggy. — Odebrał od kościotrupa tacę i skierował się do swojego zagraconego gabinetu, który bardziej przypominał zapuszczoną bibliotekę. Cóż, Anastasiusowi bywało czasem wstyd za ten bałagan, ale nie lubił, gdy ktokolwiek grzebał w jego osobistych rzeczach, więc karcił Oggy’ego za każdym razem, kiedy ten próbował tutaj posprzątać.
    Zajął skórzany fotel, a potem napił się kawy. Idealnie czarna, wyśmienita, a potem ugryzł tost, żując wolno. Prawie w ogóle nie było czuć spalenizny. Anastasius nie był jakoś wybredny, zadowalał się tym, co mu podsuwano pod nos, choć zdecydowanie dałoby się go nazwać surowym koneserem jabłeczników. Jabłecznik musiał być idealny.
    — Kawa jest niezła — odezwał się, zerkając w stronę Oggy’ego, który wpatrywał się w niego swoimi pustymi oczodołami. Anastasius wiele razy zastanawiał się, czy nie powinien umieścić w nich czegoś, co mogłoby imitować oczy. Może rubiny? Albo jakiś inny kamień szlachetny?
    Pozwolił szkieletowi posprzątać po śniadaniu i zszedł po schodach, aby ubrać swoje idealnie wypastowane buty, płaszcz i kaszkiet – cholernie trudno było zdobyć to nakrycie głowy i dość długo się naczekał.
    Opuścił dom chwilę później, słysząc, jak Oggy rusza jego śladem jak wierny pies, choć Anastasius nigdy nie myślał o kościotrupie w ten sposób. Szkielet był jego rodziną i jeśli cokolwiek mogłoby sprowokować von Weissa do emocjonalnej i głupiej reakcji, to najpewniej krzywda Oggy’ego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień był intensywny. Najpierw obchód po cmentarzu, mycie pomników, mruczenie do uświęconej ziemi, by ta dobrze otulała zmarłych. Anastasius uwielbiał ten zapach – wilgoć, mgła i coś, czego nie dało się określić w prosty sposób. Coś jak… pierwotna otchłań. Potem spędził kilka godzin, doglądając kwiatów, które ostatnio zasadził. Postawił tę szklarnię przede wszystkim dla Oggy’ego, ale koniec końców też uległ pokusie i miał swoje ulubione rośliny – niektóre nawet nazwał, jednak do tego nigdy by się nie przyznał.
      Noc zawsze była początkiem, zapowiedzią czegoś mrocznego i nieoczekiwanego, ale do tej pory nie stało się nic złego. Cmentarz wciąż stał, a groby nie były rozkopane – sprawdzał to skrupulatnie każdego ranka. Oderwał wzrok od książki, gdy poczuł czyjąś obecność. Nie tutaj, a gdzieś pomiędzy grobami. Delikatna, słodka energia, inna, trochę sprzeczna w samej swojej naturze. Doskonale wiedział, kto to był.
      Odłożył książkę, wstał z fotela i wyszedł z domu. Miał ochotę westchnąć naprawdę ciężko, widząc Noor Dubois, bo dziewczyna od jakiegoś czasu wędrowała po cmentarzu, układała znicze, poprawiała kwiaty i wszędzie zostawiała swoją energię. Czasem zastanawiał się, czy sobie z niego nie żartuje i czy to nie jeden z głupich kawałów, ale raczej nie podejrzewał, aby Noor robiła to specjalnie.
      Wrócił się do domu o krok, podnosząc z fotela, tuż przy drzwiach, kobiecy sweter – nie miał właścicielki, ale przydawał się, gdy Noor pojawiała się pod jego domem jak duch, być może szukając ukojenia w mroku i trupiej aurze. Anastasius nie oceniał, każdy w końcu potrzebował czegoś innego, aby jakoś sobie radzić. Świat nie był dobrym miejscem.
      Zrobił kilka kroków w jej stronę, obserwując jej drobną sylwetkę. Nie pasowała do mroku… ale też nie widziałby jej w kompletnym świetle. Ustawiłby ją raczej gdzieś przy granicy, w tym idealnym miejscu, w którym słońce ledwo co się pokazuje, przełamując ciemność i tworząc iluzję oślepiającej mgły.
      — Czasem zastanawiam się, panno Dubois, czy twoja obecność to zapowiedź kolejnej bezsennej nocy, czy może szansa, abym w końcu dowiedział się, dlaczego noc w noc włóczysz się po moim cmentarzu. Jesteś głośniejsza niż jęczące duchy, a te bywają naprawdę nieznośne — odezwał się raczej neutralnym tonem, ktoś mógłby powiedzieć, że nawet uprzejmym. Wyciągnął do niej rękę z swetrem, który pachniał szałwią i proszkiem do prania. — Lepiej, żebyś nie zmarzła i się nie przeziębiła, panno Dubois.

      Anastasius von Weiss

      [Ja tutaj jeszcze szybciutko dodam, że dziękuję za miłe słowa <3 I obiecuję, że Anastasius nie będzie AŻ TAK zły xD]

      Usuń
  32. [Hej, dzień dobry! Cieszę się, że udało mi się pozytywnie wpłynąć na sam nastrój drugiego autora - jest to dla mnie niezwykle ważna informacja jako osoby czynnie piszącej oraz próbującej nadal korygować swoje teksty, nawet jeśli błędy widzi się dopiero dzień/dwa później <3

    "Mieszanie we wspomnieniach" jest niestety dla pani von Lossow bardzo niemoralne samo w sobie, a tak jak zauważyłaś, raczej dobra oraz prostolinijna z niej osóbka :D wydaje mi się, że faktycznie mogłyby się znać, aczkolwiek sama nie mam na ten moment pomysłu, jakby tę ich relację pociągnąć, rozwinąć czy zakręcić. Gdybym na coś wpadła, z pewnością się jeszcze kiedyś tutaj do Was odezwę.

    Miłego dnia i dużo weny tymczasem <3]

    Klementyna

    OdpowiedzUsuń
  33. [Dziękuję ślicznie za powitanie i tyle miłych słów <3 Bardzo się cieszę, że Siwoo przypadł do gustu!
    Miałabym ochotę na wątek, nie przeczę, ale muszę w szczerości przyznać, że poziom zainteresowania nieco mnie zaskoczył (serio!). Zdążyłam umówić się już na kilka fabułek i po prostu trochę się obawiam, że nie pociągnę aż tylu. Niemniej, gdyby okazało się, że nie jest to tak przytłaczające, jak się chwilowo wydaje, chętnie wpadnę z taką informacją na dniach i wtedy możemy o czymś sobie wspólnie pomysleć :)]

    Siwoo

    OdpowiedzUsuń
  34. Położyła uszy i je ustawiła, rozumiejąc zaistniały stan rzeczy. Było to nad wyraz logiczne stwierdzenie po tak długim poście, ale nie miała odpowiednich zasobów energetycznych, które mogłaby wykorzystać, aby wspomóc regeneracje inna niż ta proponowana. Pożaliła się jednak cicho pisząc przy tym.
    A potem ziewnęła przeciągając się i ignorując przy tym rwanie w łapie. Drgnęła, gdy poczuła płyn. Szczypało niemiłosiernie, ale się nie odsunęła przyglądając się jej poczynaniom.
    Po tej dawce pożywienia zrobiła się senna. Przechyliła głowę na bok i kichnęła raz i drugi, gdy kurz dostał się do nosa. Zaskoczyło ją pytanie. A i owszem, tylko nie wiedziała czy na chwilę obecną było to wskazane. Westchnęła. Istniała inna możliwość, ale to wymagało się włamaniem do ducha astralnego. Popatrzyła na nią uważniej jakby sprawdzając możliwości wyboru, aby przy okazji nie zaszkodzić sobie bardziej. Ból głowy i trudności w oddychaniu trochę przeszkadzały. Chyba, że pożyczyłaby na chwilę jej siły witalne, aby otworzyć strumień myślowy.
    Spróbować można, tylko czy nie uzna to za atak? Na samą myśl wyszczerzyła żeby w imitacji uśmiechu. Machnęła ogonami myśląc intensywnie jak się za to zabrać.
    Powstała z trudem, gdyż ciało jej zdrętwiało, stanęła w miarę prosto na rozszerzonych kończynach, aby się nie wywalić od razu. Poruszała głową, aby odgonić mroczki. Chwilę to trwało. A potem sukcesywnie zbliżała się do Noor aż w końcu była na wyciągnięcie łapy. Wysiłek robił swoje i czuła większe zmęczenie, ale ignorowała to skupiając się na planie. Wlepiła oczy w oczy tamtej. Do roboty ruszył jeden z ogonów przekształcając się w coś w rodzaju nici, które teraz oplatały nadgarstek. Ofuknęła ja, gdy się lekko poruszyła. Pot zaczął gromadzić się na futrze. Dawno tego nie robiła w taki sposób. Oczywiście było by łatwiej, gdyby była mniej poturbowana, bo szło by dużo sprawniej.
    Gdy związanie doszło do końca, lekko ukłuła w żyłę. Uszczknęła trochę siły. Tamtej nie zabije, a jej pomoże. Acz wrażenia mógłby się różnić po obu stronach. Zaczęła formować strumień.
    Nic ci nie robię Miała całkiem niezłe zabezpieczenia. Otwórz się na mnie - mruknęła myślą zamykając oczy. Widziała ją. Jej istotę. Niby zła, ale chyba nie do końca. Samotna, ale kto nie był. Zagubiona, może trochę...
    Oczywiście działało to w obie strony, acz na krótko.
    Otworzyła nagle oczy. Bardzo, bardzo powoli ogon rozluźniał chwyt i wracał do formy. Zaczęła kasłać po tym jakby wypiła o jedno sake za dużo. Az przysiadła na pupie zduszając krzyk w gardle, gdy podrażniła połamana kończynę.
    Słyszysz mnie? - zapytała.

    magiczna kulka

    OdpowiedzUsuń
  35. To było pewne, że zjawi się w aptece prędzej czy później, bo zapowiedź padła z jego ust już wcześniej, wprawdzie bez konkretnej daty, ale padła, a on swoich obietnic dotrzymywał, nawet, jeśli chodziło o coś tak błahego jak zwykłe odwiedziny. Dla niego słowa miały swoją wagę, niezależnie od okoliczności, a raz wypowiedziane zobowiązanie nie znikało tylko dlatego, że mijał czas, bo każde kolejne godziny czy dni i tak były zaledwie drobnym ułamkiem wieczności w obliczu setek lat, które miał już za sobą. Poza tym szczęśliwi czasu nie liczą, czyż nie? Grunt, że słowa nie pozostały pustą deklaracją, a on sam nie kazał na siebie czekać wiecznie i w końcu pojawił się dokładnie tak, jak należało się tego spodziewać, czyli przekraczając próg apteki bez pośpiechu, krokiem pewnym i pozbawionym wahania. Trochę tak, jakby wchodził do miejsca, które doskonale znał, a trochę jakby kierował nim jakiś własny cel. Był spokojny, niewzruszony, bo nie zwykł działać bez powodu i tym razem też dobrze wiedział po co tutaj przyszedł, chociaż niewykluczone że i tak dostanie więcej niż zamierzał wziąć. Nie przychodził przecież do nieznajomej, tylko do kogoś, kto od dawna miał talent do zaglądania tam, gdzie inni woleli nie patrzeć. I kto potrafił zadowolić go na wiele różnych sposobów, a przy okazji wiedział, jak sprawić, by wyszedł stąd w pełni usatysfakcjonowany. Ach, Noor. Z nią wszystko zawsze kończyło się dokładnie tak, jak powinno.
    A on nie bez powodu do niej wracał.
    Dźwięk dzwoneczka nad drzwiami dotarł do niego równie szybko, co charakterystyczny zapach kopru włoskiego i suszonych ziół, który unosił się wyraźnie w powietrzu, będąc nierozerwalnie związanym z tym miejscem i jego przeznaczeniem. Są na świecie takie rzeczy, których nawet czas nie uznaje za warte zmiany i aptekarska woń bez wątpienia do nich należy. Dosłownie wszędzie taka sama. Tutaj różnica była jednak taka, że przebijał przez nią delikatny, kwiatowy zapach, subtelny, ale jednak wyraźnie odróżniający to miejsce od wszystkich innych – i ten niezmiennie należał do właścicielki, która dziś, zgodnie z jego przewidywaniem, była na miejscu. Jeszcze, bo tak na dobrą sprawę zaraz powinna kończyć pracę, ale Zayden nie bez powodu przychodził właśnie na sam koniec. Trudno o lepszą wisienkę na torcie, nieprawdaż?
    Ulokował w niej spojrzenie powoli, pozwalając mu zatrzymać się na niej na dłużej, niż wymagała zwykła obserwacja. Otaksował ją z niespieszną ciekawością, świadomie smakując ten moment, jakby chciał ją poczuć już zanim się zbliży, a potem ruszył w jej stronę wolnym krokiem. Gdy skracał dystans, jego wzrok powoli przesuwał się po niej, zatrzymując się tam, gdzie sam chciał, aż stanął się przed nią i wymierzył ciemne, stanowcze spojrzenie w jej oczy. Zauważył, że pomimo braku emocji na twarzy, wyglądała na zmęczoną, albo po prostu na niewyspaną.
    — A nie powinienem? — Uniósł brew, ale nie w geście zaskoczenia, a bardziej z lekkim rozbawieniem, bo sama sugestia była dla niego co najmniej interesująca. Nie przepadała za jego służbową wersją? Och, to nie dobrze. Ale akurat teraz przyszedł tu w prywatnej sprawie, co nie zmienia jednak faktu, że jego rola w całym tym przybytku jest czymś, czego nie da się zawiesić ani wyłączyć niezależnie od przyjętej wersji. Prywatnie widział i czuł dokładnie tyle samo co służbowo, z tą różnicą, że prywatnie potrafił przymknąć oko, nie sięgając po to, co mogłoby zaszkodzić tym, z którymi żył w dobrych stosunkach albo łączyły go wypracowane przez lata układy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzucił krótkie spojrzenie w stronę parującego kubka, z którego unosił się zapach jakiegoś melisopodobnego suszu, po czym powrócił uwagą do Noor i, obrzuciwszy wzrokiem jej twarz, lekko przechylił głowę w bok. Uniósł dłoń i wierzchem palca musnął jej skroń, gładząc pojedynczy kosmyk włosów okalający jej twarz. Przeciągnął ten gest nieznacznie, pozwalając, by dotyk trwał dłużej, niż było to konieczne.
      — Ktoś wyraźnie zapomniał o odpoczynku — stwierdził, a jego palec zsunął się po linii jej policzka i zatrzymał się pod brodą, unosząc ją odrobinę. — Powinienem się martwić, skarbie, czy to twój nowy standard? — zapytał niskim, spokojnym tonem, a potem ponownie skupił spojrzenie w jej zielonych oczach, które zupełnie nie pasowały do tutejszej aury i mrozu szczypiącego w palce. Czy on rzeczywiście mógł się martwić? Cóż, to akurat skomplikowana sprawa. Pewne jest jednak to, że mógł działać i zrobić coś, co dla niej mogło okazać się korzystne, o ile to zmęczenie nie stanowiło nowego porządku rzeczy, a było jedynie skutkiem jakiejś niechcianej komplikacji, którą należało usunąć.

      Zayden Ward

      Usuń
  36. — Ale w końcu zaczną — powtórzył uparcie i to nie dla tego, że chciał się z Noor podroczyć. Mówił z doświadczenia, ponieważ nie tak dawno temu, kiedy nie stawił się w Ratuszu od razu po powrocie do Azylu, zainteresował się tym jeden z funkcjonariuszy publicznych i przyłapał Leviego w trakcie transakcji z Zaydenem, choć z drugiej strony kotołak odniósł wrażenie, że wcale nie o niego tutaj chodziło, a o demona cienia. Cóż, być może dzisiaj miał przekonać się o swojej racji? Jeśli znowu zamarudzi gdzieś po drodze, a wszystko wskazywało na to, że miał zamarudzić w aptece, pod czujnym okiem Noor i jeśli z tego powodu znowu napatoczy się tutaj ktoś z Ratusza, chcąc uprzejmie dopytać o to, dlaczego Levi jeszcze się nie odmeldował, to przynajmniej będzie miał pewność, że to on znalazł się na świeczniku.
    — To miło — skomentował w odpowiedzi na drobne kłamstwo kobiety, które dla niego wcale nie było kłamstwem. Może miał gorączkę, a może po prostu zmarzł tak bardzo, że nawet to nieprzesadnie nagrzane pomieszczenie – bo faktycznie, leki nie lubiły wysokich temperatur – wydawało mu się gorące, przez co wychłodzona skóra w kontakcie z ciepłym powietrzem mrowiła nieprzyjemnie, w miarę tego, jak w przemarzniętych członkach powoli powracało poprawne krążenie.
    Levi pozwolił Noor działać. Tak jak przed chwilą, kiedy się odezwał tak i teraz, kiedy właścicielka apteki musnęła jego rękę, po czym przyklękła, by obejrzeć jego kostkę. Jej dotyk nie był ani trochę przyjemny – nie w miejscu, które było obolałe i opuchnięte, a przez to po prostu tkliwe. Ackermann przez cały czas trwania badania krzywił twarz w grymasie, który wynikał nie tyle z faktycznej bolesności, co z tego, że po każdym ruchu Noor spodziewał się fali bólu. Ani jedna taka fala nie nadeszła, czemu Levi zaczął się dziwić, kiedy Noor się wyprostowała. Z tymże zdziwieniem uniósł wzrok na jej twarz, kiedy mówiła o maści i bandażu.
    — W porządku — przytaknął cicho, siedząc oklaple na krześle. Jeśli jeszcze przed oględzinami kostki Levi wyglądał jak ktoś, kto miał coś przeciwko temu, że przebywał w aptece dłużej, niż zamierzał, tak teraz wyglądał, jakby było mu wszystko jedno. Tak też się czuł, bo kiedy już zdecydował się usiąść i odciążyć nogę, czym sobie ulżył, zaskakująco prosto było odpuścić.
    Z dłońmi wsuniętymi do kieszeni kurtki i pochyloną głową, ale podniesionym wzrokiem obserwował, jak Noor krząta się w pobliżu. W pewnym momencie musiał rozchylić usta, żeby nabrać powietrza, bo stłuczony nos spuchł za bardzo i stracił drożność, by Levi mógł przez niego oddychać.
    Miarowość ruchów brunetki, stukot butelek i chrobot kamiennego moździerza składały się na przyjemną i rytmiczną, a przez to usypiającą melodię. Kotołak nie przeszkadzał Noor w pracy i nie przerywał zapadłego pomiędzy nimi, acz ani trochę ciężkiego milczenia, bo zamiast milczenia, ciężkie były jego powieki. Noor miała słuszność w tym, że się odezwała, bo Levi z coraz większym trudem podrywał je w górę, jednak jej głos cofnął go znad cienkiej granicy między jawą, a snem.
    — A nie widać? — odpowiedział przewrotnie pytaniem na pytanie, mimo swojego stanu, a może właśnie przez wzgląd na niego. Zaczął mówić nosowo i ochryple przez to, że powietrze przeciskało się przez struny głosowe, ale już nie niedrożny nos, przez co teraz czuł ból także nisko na czole i za oczodołami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dobry — dodał po chwili, starając się śledzić wzrokiem ruchy Noor, by się rozbudzić. — Załatwiłem, co miałem załatwić. Znalazłem nawet czas na to, żeby wstąpić do baru na piwo, a szkoda — mruknął i wyciągnąwszy rękę z kieszeni, niedbałym machnięciem dłoni wskazał na swoją twarz. — Przysiadła się do mnie jakaś dziewczyna. Ładna i miła, więc zaczęliśmy rozmawiać i może nie poprzestalibyśmy na samej rozmowie, gdyby nie to, że przyszedł jej chłopak. Laska odwróciła kota ogonem, dosłownie. — Levi zaśmiał się krótko, używszy powiedzonka, które bardzo tu pasowało. — Powiedziała, że to ja się do niej dosiadłem i nie chcę jej dać spokoju. Tak oberwałem — wyjaśnił zwięźle. — Kostkę skręciłem, jak już uciekłem z tamtego baru. Stopa wpadła mi do jakiejś dziury w chodniku.
      Opowiedział Noor o tym, ponieważ to była historia, jaką mógł podzielić się z każdym. Opowiedział jej o tym także dlatego, że to nie każdy inny, a Noor konkretnie przygotowywała teraz maść na jego skręconą kostkę i jeśli chciał jakoś jej się odwdzięczyć, to właśnie podsuwał jej doskonały pretekst do tego, aby mogła sobie na nim poużywać i się z niego ponabijać.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  37. Zignorowała sweter, który jej ofiarował, choć logiczne by było jego wzięcie i okrycie się. Noce bywały zwodnicze, a chłód szybko zamieniał się w dotkliwe zimno. Noor jednak wydawała się nie przejmować wszystkim dookoła, jakby jednocześnie nie istniała i istniała całą sobą w tym właśnie momencie.
    W twych oczach jutrznie wstają, zapadają zorze, zapach świeżości ronisz ja po burzy kwiecie, przez filtr całunków z ust swych podobnych amforze sączysz słabość w herosa a zuchwałość w dziecię — odpowiedział, cytując wiersz Hymn do piękna, gdy porównała się do zjawy.
    Gdy przeszła obok, poczuł jej ramię przy swoim – zrobiła to specjalnie, wiedział o tym. I w jakiś sposób uznał to za nieprawdopodobnie bezczelne z jej strony. Takie istoty jak ona… miał ochotę pokręcić głową. Nie powinien trzymać się stereotypów i wsadzać Noor w ramy niewinnej niewiasty. Nie była niewinna w swojej naturze, raczej kusząca, ciepła i zdecydowanie nie należało doszukiwać się w niej damy w opresji.
    Anastasius wyłapał jej szerszy uśmiech, to, jak zatrzymała się przed jego domem, zbyt blisko, naruszając kolejną granicę. Czy świetnie się bawiła? Być może. Patrzył, jak zabiera kosmyk włosów z policzka, jak patrzy w jego stronę i jak nie pasuje do tego całego mroku, a mimo to nie wyobrażał sobie jej nigdzie indziej.
    — Nie jesteś powodem moich bezsennych nocy, panno Dubois — odparł neutralnie. Nie chciał rozmawiać o koszmarach, przyznawać się do nich ani się tłumaczyć. To, co działo się w jego umyśle, było tajemnicą i Anastasius rzadko pozwalał sobie mówić o sobie zbyt intymnie. Był przyzwyczajony do tego, aby wypowiadać się ostrożnie, z dbałością o jasne intencje, choć nie zawsze mu się to udawało.
    Przez chwilę wyobraził ją sobie wśród martwych ciał, trupów, które zastygały – nie, zdecydowanie nie pasowała do jego koszmarów. Prędzej widziałby ją gdzieś wśród łąk, wśród kwiatów, gdzie – jeszcze jako młodzieniaszek – spędzał czas po nauce; mógłby przysiąc, że Noor idealnie wpasowałaby się w szelest traw.
    Analizował jej pytanie. Czy powinien to robić? Przyszła tutaj, być może ktoś ją widział – czy to nie spowoduje plotek? Dziewczyny takie jak ona, młode i ładne, mogły szybko stracić swoje dobre imię, a Anastasius nie miał zamiaru brać w tym wszystkim udziału. Wiedział jednak, że jeśli powie „nie”, Noor będzie próbować zmienić jego zdanie, a jej młodzieńcza bezczelność bywała nieco ekspresywna.
    Być może poddałby się jej magii i całej tej otoczce, którą wokół siebie tworzyła, mamiąc obietnicą i zapewnieniem, że przyszła tutaj tylko dla niego, że może ją podziwiać i wielbić, ale Anastasius wychwycił tę subtelną różnicę. I niczego tak nienawidził jak fałszu – był człowiekiem, który widział wiele, a potem został liszem, zawsze zaprzysiężonym śmierci, z trupią aurą wokół, z sercem niezbyt czystym, ale wciąż głucho bijącym w klatce piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Panno Dubois — odezwał się, podchodząc bliżej. Stanął tak, aby spojrzeć na nią z góry; w jego ciemnych, brązowych oczach przemknęło coś mrocznego, zimnego. Przyjrzał się jej delikatnej buźce. — Każde spotkanie z panią to jak spalanie świeczki z dwóch stron, panno Dubois … zastanawiam się, czy kiedy poczekam dość długo, aż zniknie wosk, dostrzegę coś prawdziwego, bez słodkiego głosiku, za którym się chowasz, tylko ty, panno Dubois, i ja, podły starzec, z którym nie powinnaś spędzaj tej uroczej nocy.
      Wyprostował się i zaprosił ją gestem do środka. Ściągnął z głowy kaszkiet, a potem marynarkę. Kobiecy sweter idealnie złożył i odłożył tam, gdzie jego miejsce – fotel przy drzwiach zdążył się do niego przyzwyczaić.
      Poprowadził Noor do salonu, a chwilę później dorzucił do kominka dodatkowe drewno, aby zrobiło się cieplej. Pokazał dziewczynie fotel, żeby usiadła – bacznie ją obserwował. Rzadko miewał gości, których wpuszczał do środka, zazwyczaj większość rozmów odbywał przed domem, z nieco skwaszoną, ponurą miną.
      Oggy pojawił się kilka minut po tym, jak Anastasius usiadł naprzeciwko, w takim samym fotelu. Niósł w kościanych rękach srebrną tacę z dzbankiem herbaty, filiżankami i ciasteczkami maślanymi. Szkielet zasyczał przyjaźnie, odłożył wszystko i pokiwał energicznie w stronę Noor, przyzwyczajony do tego, że bywała tutaj dość często, biorąc pod uwagę to, że Anastasius był raczej typem samotnika.
      — Dziękuję, Oggy — odezwał się, nalewając herbaty do zdobnych filiżanek. Oggy pokiwał głową, zasyczał, a potem wrócił do układania książek po drugiej stronie pokoju.
      W salonie słychać było dźwięk gruchoczących kości i spalanego drewna w kominku, w powietrzu unosił się zapach słodkiej herbaty, ciasteczek i piżma. Anastasius upił łyk gorącego naparu, wziął głębszy oddech i wbił wzrok w twarz siedzącej naprzeciwko dziewczyny.

      podły starzec Anastasius von Weiss

      Usuń
  38. Malphas zaśmiał się cicho, a był to dźwięk niemal gardłowy, wibrujący w chłodnym powietrzu. Słodycz w jej głosie i ten prowokujący uśmiech zadziałały na niego lepiej niż jakakolwiek otwarta groźba. Wiedział, co Noor robi, testowała go, sprawdzała, jak głęboko sięgają jego pokłady cierpliwości i jak bardzo jego ego jest podatne na takie drobne uszczypliwości.
    - "Niebezpieczny"? - powtórzył, a w jego oczach błysnęła czysta, drapieżna rozrywka - Ostrożnie, Noor. Najbardziej zdradliwe są te pułapki, które na pierwszy rzut oka wyglądają na zupełnie nieszkodliwe. Skoro jednak tak stawiasz sprawę, postaram się cię nie rozczarować... ani dzisiaj, ani nigdy - wciągnął spodnie, zapinając je z tą samą nonszalancją, z jaką wcześniej stał przed nią nagi. Narzucił koszulę, ale nie zadał sobie trudu, by ją zapiąć, materiał łopotał na wietrze, odsłaniając klatkę piersiową i zarysy run, które pod wpływem bliskości innej potężnej istoty pulsowały teraz nieco mocniej.
    - Obietnice to w tym mieście waluta bez pokrycia, ale skoro prosisz... - zrobił krok w jej stronę, tym razem z dłońmi schowanymi w kieszeniach, co miało niby sugerować brak złych zamiarów, choć jego postawa wciąż krzyczała o gotowości do ataku - Nie wciągnę cię w moje gry, dopóki sama nie uznasz, że zwycięstwo w nich smakuje lepiej niż ten twój spokój. A co do mówienia, zgoda, będę mówił, ale nie zdziw się, jeśli odpowiedzi nie zawsze będą tym, co chciałabyś usłyszeć - ruszył przodem, wskazując głową ścieżkę prowadzącą w głąb ciemniejącego lasu, ale po kilku krokach zwolnił, by mogła zrównać z nim krok. Las wokół nich zdawał się oddychać, liście szeleściły intensywniej, a cienie wydłużały się, jakby natura wyczuwała obecność dwóch istot, które nie powinny istnieć w tak kruchym świecie.
    - Prowadź do tej swojej apteki - rzucił, zerkając na nią z ukosa - Chętnie zobaczę miejsce, w którym trzymasz swoje "lekarstwa" - szedł ramię w ramię z nią, czując bijącą od niej siarkę i tę dziwną, magnetyczną energię. Ciekawiło go, jak długo uda im się utrzymać tę fasadę "spaceru", zanim jedno z nich spróbuje sprawdzić, gdzie kończy się uprzejmość, a zaczyna prawdziwa natura drapieżnika. Dostosował swój krok do jej tempa, a ich ramiona raz po raz ocierały się o siebie w wąskich przejściach między drzewami. Chłód nocy, który Noor tak dzielnie ignorowała, dla niego był jedynie tłem, jego skóra wciąż promieniowała resztkami żaru, który przyniósł ze sobą z jeziora.
    - Gry są częścią natury, Noor. Nawet drapieżniki bawią się swoją zdobyczą, zanim... no cóż, wiesz jak to się kończy - mruknął, zerkając na nią z rozbawieniem, które nie znikało z jego twarzy - Ale skoro prosisz o rozejm, niech będzie. Dzisiaj będziemy po prostu dwojgiem uchodźców wracających z nocnej wycieczki. Bez ukrytych kart. Przynajmniej tych, które mogłyby cię skaleczyć - przez chwilę szli w ciszy, którą wypełniał jedynie trzask suchych gałązek pod ich butami. Czuł, że obietnica "mówienia" będzie go kosztować więcej, niż przypuszczał. Noor nie była kimś, kogo można było zbyć byle kłamstwem.
    - Skoro chcesz, żebym mówił... - zaczął, a jego głos stał się nieco poważniejszy, tracąc tę zaczepną nutę - Szukałem jeziora, bo woda to jedyna rzecz w tym Azylu, która nie próbuje mnie osądzać. Runa, o których wspomniałaś...one nie tylko blokują moc. One są jak głód, który nigdy nie zasypia. Przypominają mi o wszystkim, co straciłem, za każdym razem, gdy biorę głębszy oddech - zatrzymał się na moment, gdy las rzedniał, ukazując pierwsze światła miasteczka majaczące w oddali. Odwrócił się w jej stronę, a blask księżyca wyostrzył rysy jego twarzy.

    Malpi

    OdpowiedzUsuń