~ L. Spencer Smith
Zayden Ward
funkcjonariusz porządkowy
demon na przysiędze
Jest mrowieniem na twojej skórze i napięciem, które ściska cię od środka. Wiesz, że nie ma w nim gniewu, który dałoby się poczuć, ani ciepła, które mogłoby uspokoić – jest za to cisza: ciężka, nienamacalna, a jednak doskonale wyczuwalna w każdym włosie na karku.
To naturalne, że przy nim czas zwalnia, świat traci ostrość, decyzje zaczynają ważyć więcej, a grzechy przeszłości szepczą w twoich uszach. Twój oddech staje się cięższy, myśli splatają się w węzeł, a serce bije w rytmie, którego nie rozpoznajesz. Czy jest w nim kłamstwo? Czy są w nim złe intencje? On wie, zanim jeszcze pomyślisz, zanim jeszcze zechcesz, bo ta cisza wokół niego, choć nienamacalna, nie jest wcale pustką – jest świadkiem, strażnikiem twoich lęków i win, które wychylają się spod skóry.
I choć nie podnosi ręki, choć nie wypowiada ani słowa, wiesz jedno: żadna twoja tajemnica nie umknie jego spojrzeniu, a każde złamanie zasad, nawet niewypowiedziane, znajdzie swoje echo w cieniu, który cię otacza. Ale Zayden nie zmienia wcale świata. Obnaża twój świat z masek i pozbawia go wszelkiej pewności, zmuszając cię do spojrzenia w miejsce, którego najbardziej unikasz. A kiedy cisza wreszcie zapada, ty zostajesz sam z tym, kim naprawdę jesteś.
1348 r, Pompeje, Włochy
w azylu od 2002 r
demon cienia
ściągający do 2024 roku
Kontrola emocji
Tworzenie iluzji
Nie narodził się w ogniu piekła, a w ciszy, jaka zapadła po krzyku miasta. Popiół Wezuwiusza spowił świątynie i sądy, jednak Pompeje nie upadły. Z tej ciszy i popiołu powstał on, pierwotnie jako Umbra Iuris – uformowany wszystkimi wyrokami i obietnicami, które nie mogły się dopełnić. Nie był karą ani zemstą, tylko echem prawa, które nie zostało domknięte po wielkiej katastrofie przed tysiącami laty. Popiół stał się jego ciałem, pamięcią i ciężarem, a każdy niedokończony wyrok, każda złożona obietnica pozostawały w nim żywe. Przez wieki wędrował po świecie, będąc cieniem dawnych sprawiedliwości, aż dwie dekady temu został sprowadzony do Last Salvation. Rada miasta nie skuwała go jednak łańcuchami ani runami, a zamiast tego dopisała swoje słowa do tego, co już w nim istniało. Przysięga została zakotwiczona w popiele, wpleciona w jego cień i związana z porządkiem miasta, a popiół, który go stworzył, stał się jej nośnikiem. Przyjął nową tożsamość i służy Radzie, ale nie z lojalności, a z obowiązku i ze względu na układ wzajemnych korzyści. Przez większość pobytu w azylu pełnił funkcję ściągającego, ale został z niej zdjęty po naruszeniu przepisów w pogoni za jedną z istot, co do reszty napięło jego i tak konfliktowe stosunki z Lukosevicusem. Od 2024 roku egzekwuje prawo jako funkcjonariusz porządkowy, tłumi chaos i strzeże granic azylu, wiedząc, że każde nadużycie mocy boleśnie wypali popiół w jego wnętrzu. Przenika w cienie i kształtuje popiół w formy, które tworzą bariery i wymuszają posłuszeństwo. Wyczuwa wszelkie naruszenia prawa, ale wie, że nie może działać przeciwko Radzie ani mieszkańcom, bo każdorazowe złamanie przysięgi boleśnie odbija się w jego ciele. Popiół w jego skórze parzy i kruszy się, tworząc rozległe rany na ciele, cień staje się ciężki, a moc, którą dotąd władał, topnieje w jego dłoniach, przypominając dotkliwie, że prawo i przysięga zawsze mają pierwszeństwo.
zapraszamy! zdaniezlozone@gmail.com
[Cześć! :D Cieszę się, że jednak zdecydowałaś się do nas dołączyć, a wybór rasy dla Zaydena i jego historia to naprawdę ciekawa sprawa. Czytałam z zapartym tchem i szczerze mówiąc: nie chciałabym spotkać takiego gliniarza na swojej drodze. Ale! Kluje się w mojej głowie pewna idea powiązania/wątku, więc pozwolę sobie uderzyć już prywatnie. ♥
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że zostaniesz z nami jak najdłużej i będziesz się świetnie bawiła, a Zayden niejednemu zszarga nerwy!]
Rory Nielsen
[Dobry wieczór! Miło mi bardzo, że zdecydowałaś się do nas dołączyć także tutaj i mam nadzieję, że będziesz bawić się doskonale ^^
OdpowiedzUsuńOch i ach - dokładnie tyle mam do powiedzenia na temat pomysłu na kreację Zaydena. Bardzo, ale to bardzo mi się ona podoba i coś mi się wydaje, że ze swoimi umiejętnościami Zayden sprawdzi się w roli funkcjonariusza porządkowego jeszcze lepiej, niż w roli Ściągającego ;) Leviemu natomiast, który szmugluje co popadnie, na pewno ani trochę się to nie podoba ^^
Dawno nie miałyśmy okazji wspólnie popisać, więc na dniach przyjdę na maila pomęczyć Cię o wątek!]
LEVI ACKERMANN
Kiedy w niewielkim pokoju w mieszkaniu nad apteką zapadła cisza przerywana jedynie przyspieszonymi oddechami dwóch splątanych istot, Noor opuściła nogi i pozwoliła ich ciałom jeszcze przy sobie trwać. Nie spieszyła się, zakończyła gonitwę, a jej skóra lśniła po wyścigu, jak ozdobiona szronem w słońcu. Pochyliła się, oparła dłonie na poduszkach rozsypanych wokół głowy bruneta i dla własnej satysfakcji jeszcze raz docisnęła do niego biodra. Pocałowała go ostatni raz, mocno, głęboko, długo, bez złudzeń i oczekiwań, a gęsta kaskada włosów ukryła ten moment przed światem. To było pragnienie, kaprys gasnącego pożądania i chciwość, na którą mogła sobie pozwolić. On był pokusą, z którą nie walczyła, choć wiedziała, że mógłby działać na nią również inaczej. Skóra nadal jej płonęła, uda drżały, a oddech był zbyt płytki, by udawać, że nic się nie stało. Serce tłukło jej w piersi jak szalone, galopowało w dzikim rytmie, zupełnie jak oni przed chwilą. Przesunęła szczuplutkimi palcami po jego ciele, po torsie, unoszącym się znacznie szybciej niż zwykle i szerokich barkach i zatrzymała się na wilgotnej skórze na karku. Oddech nadal miała gorący, a piersi mocno do niego przyciśniete, gdy nawinęła na palec kilka ciemnych kosmyków; a była to pozorna czułość, jedyna, na jaką ją było stać. Uniosła się odrobinę, wystarczająco, by zobaczyć jaki wyraz przybierają jego oczy i uśmiechnęła kącikiem swoich słodkich ust, które nosiły teraz zaczerwienioną obwódkę podrażnienia po tym, jak ją żarliwie całował.
OdpowiedzUsuń- Powiesz mi kiedyś, czego najskryciej pragniesz? - wyszeptała, wciąż blisko, tuż przy jego wargach. To nic nie znaczyło, ale było miłe. Zawsze gdy przychodził, było miło.
Noor nie była pustą skorupą, nie była wyzbyta emocji. Miała ich aż nadto, a nie rozumiała żadnych. W jej naturze zapisany był chaos, w jej krwi płynął ogień, a po matce odziedziczyła wrażliwość, która wszystko komplikowała. Była ostrożna i nieufna, nie dopuszczała innych blisko i on nie był wyjątkiem. Po prostu znali się długo, po prostu siebie potrzebowali w jakiś sposób, którego nie próbowała zrozumieć. Była może jego kaprysem? Może wyrazem buntu, albo metodą odreagowania? Nie wnikała w to, przyjmowała z zrozumieniem jego potrzeby, odbijając je sobą jak lustro. Sama była zaprzeczeniem prawa istnienia, a choć nie ulegała łatwo żadnym żądzom, bo jej własne były twardo wytresowane, jemu ulegała za każdym razem. Jego moc nie dosięgała jej tak mocno, jak mogłaby podziałać na człowieka, ale wiedziała, że może ją skrzywdzić. I ona też mogła skrzywdzić jego. Dlatego czuła się bezpieczna.
- Chciałabym poznać te głębokie demoniczne fantazje - przyznała słodko, niewinnie, z niepozornym uśmiechem, który łamał serca. Nie kłamała.
Wyprostowała się i zsunęła z niego, siadając obok w skołtunionej pościeli. Odgarneła długie włosy w tył, nie wstydząc się pokazać mu ciała, które znał. Pokój pachniał nimi, nie pierwszy i nie ostatni raz, ale Noor nie wstała do okna, by je uchylić i przewietrzyć, ale oglądała tatuaże Zaydena, tak samo nimi zafascynowana jak zawsze. Po szaleństwie i ogniu, przychodził spokój i cisza, a ona umiała odnaleźć się i w jednym i w drugim. Z nim czy bez niego.
czarna iskierka
[Hej, dziękuję za powitanie! :) Faktycznie, życie ma trudne i nieprzyjemne, ale to chyba łączy większość mieszkańców Last Salvation.
OdpowiedzUsuńRównież życzę dużo went i pomysłów, a w razie chęci zapraszam do siebie. Możliwe powiązanie mogłoby być nawet takie, że to Zayden sprowadziłby Morrigan do azylu, ale jak to już rozwinąć — nie wiem. :(]
Morrigan
[Dziękuję bardzo za powitanie :) Oczywiście, że fucha ściągającego ją satysfakcjonuje! Za to jestem ciekawa co takiego przeskrobał Zayden, że został z tej funkcji zdjęty ;> Może Faith się ku temu przysłużyła i go sprzedała? A może on tylko tak myśli? xD
OdpowiedzUsuńJeśli miałabyś ochotę coś razem pokombinować daj znać :)]
Faith
Obudziła się, kiedy pierwsze promienie słońca przedostały się przez okno i uderzyły ją w twarz. Skrzywiła się, ale nie rozchyliła powiek — naciągnęła cienką kołdrę na głowę, wtuliła policzek w poduszkę, usiłując zasnąć ponownie. Solidna dawka leków, które wzięła poprzedniego wieczoru, przestała już jednak działać. Morrigan musiała często zmieniać tabletki — jej organizm szybko przyzwyczajał się do nowej chemii, perfekcyjnie adaptował i zmuszał do poszukiwania innych sposobów na odnalezienie ulgi. Na dłuższą metę nie potrafiła odpędzić własnych koszmarów, w których swąd palonego ciała mieszał się z gryzącym zapachem dymu.
OdpowiedzUsuńOstatecznie podniosła się i wyjrzała za okno. Słońce zaczynało chować się za szarymi chmurami, jeszcze zanim zdołało na dobre rozgościć się na niebie. Zrzuciła bose stopy na podłogę, przetarła grzbietem dłoni oczy. W sumie powinna cieszyć się, że nie przyszło jej odzyskać świadomości gdzieś w lesie albo pośrodku ślepej i ubłoconej uliczki. Przynajmniej dzisiaj nie zniszczyła sobie ubrań, nie zdobyła również nowych siniaków i zadrapań.
Zrobiła kawę, zjadła śniadanie złożone z tego, co udało jej się znaleźć w lodówce. Miała wolne, więc nie musiała się spieszyć. Mogła do woli siedzieć w swoim ciasnym mieszkaniu i pozwalać na to, by do jej otępiałego jeszcze umysłu przychodziły kolejne informacje — na przykład związane z powodem dzisiejszego urlopu. Lubiła pracę w bibliotece znacznie bardziej od tego, co czekało na nią na komisariacie.
Wykorzystywano ją. Tak to nazywała, bo żadne inne określenie nie mogło w pełni oddać tego, co działo się w zamkniętym pokoju pod czujnym okiem Zaydena Warda. Azyl odbierał więcej, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka — Morrigan zabrał kontrolę nad mocą, z której później korzystał niczym z własnej. Jej wizje, krzyk, cierpienie, wszystko to stanowiło narzędzie, mające wspomóc płynne funkcjonowanie miasteczka. Jak się okazało, właśnie taka była jej powinność — służyć. Nie poczuła nawet, że odruchowo wbija paznokcie w wyrytą na ramieniu runę. Za kilka dni miała udać się do ratusza na jej odnowienie. Na komisariat zawsze wzywano ją wtedy, kiedy jej moc prawie wyrywała się spod nałożonego na nią klosza.
Zanim wyszła z domu, zdążyła trochę poczytać i wziąć gorący prysznic, jaki rozluźnił nieco jej napięte mięśnie. Mieszkanie opuściła z wilgotnymi jeszcze włosami, klejącymi się do bladego czoła i policzków. Na komisariat szła niespiesznym krokiem, z rękami wetkniętymi w kieszenie płaszcza. Najchętniej zostałaby w domu, ale wiedziała, że nic to nie da. Zayden i tak przyszedłby do niej, a wtedy wszystko potoczyłoby się dokładnie tak samo. Wolała przyjść do niego na własnych zasadach.
Nie miała pojęcia, dlaczego zawsze Rada wybierała jego. Czy to dlatego, że ją tutaj ściągnął? Czy to dlatego, żeby pokazać jej, jak niewiele ma do powiedzenia? Nie był przecież jedynym funkcjonariuszem, ale być może jedynym potrafiącym zmusić ją do robienia tego, na co nie ma ochoty. O, tak, w tym Zayden Ward był prawdziwym mistrzem.
Weszła do środka komisariatu, rozpięła płaszcz i odwinęła czarny szalik, a potem usiadła na krześle i czekała, aż ktoś wezwie ją do jednej z sal, najprawdopodobniej tej, której ściany były odpowiednio wygłuszone. Nikt nie chciał przecież słuchać krzyków banshee.
Morrigan
To nie był pierwszy bar, w którym pracowała. Był to jednak pierwszy bar, w którym pracowała i którym obsługiwała samych nie-ludzi, choć wyglądali jak ludzie. Nawet jeśli byli oni najgorszymi potworami, demonami ze snów, bestiami z koszmarów, utrzymywali swoją ludzką powłokę. Bo to przecież było normalne miasto, prawda? Za każdym razem, gdy w głowie nazywała ich wszystkich nie-ludźmi i gdy spoglądała na nich tak, jakby nadal nie wierzyła w to, że tu jest, kąciki jej ust drgały niebezpiecznie, jakby chciała wyśmiać samą siebie.
OdpowiedzUsuńByła głupia, że się zgodziła. Tłumaczyła to sobie tym, że nie miała wyboru. Mogła albo trafić do Last Salvation, albo uciekać dalej. Nie miała wyboru. Z tym że… miała go. Miała go, gdy przez jedenaście lat włóczyła się po świecie, ale przynajmniej była wolna w praktykowaniu magii. Mogła rzucać uroki i je zdejmować, mogła leczyć, chronić i krzywdzić manipulując energią, która chętnie się jej słuchała. A Aurora nadal wierzyła w to, że jest naprawdę potężną czarownicą. Tak mówiła jej matka, tak mówiły wiedźmy z sabatu. Musiała jednak często zmieniać miejsce zamieszkania, wędrować z kraju do kraju, a nawet i zmieniać kontynenty.
Ostatecznie wylądowała tutaj. W Last Salvation, nawet dokładnie nie wiedząc, gdzie się znajduje. Dostała ciasne, ale kompletnie umeblowane mieszkanko, dostała pracę, dostała niewielką ilość pieniędzy i możliwość zdecydowania, na którym ramieniu wyryją jej runy. Zabrano jej za to moc, może nie całą, ale z pewnością jej znaczną część. Niemal czuła, jak runa wysysa z niej to, co stanowiło jej źródło. A jednak musiała przyznać, że luksusem było mieć wiecznie ciepłe kaloryfery i możliwość wykąpania się w wannie pełnej gorącej wody. I choć te, na oko, trzydzieści metrów kwadratowych za luksus nie mogło uchodzić, to Aurora w swoim dorosłym życiu nie posmakowała niczego lepszego.
Praca również nie była najgorsza. Przychodziła, polewała, rozlewała, czasami wychodziła wytrzeć stoliki i pozbierać puste szkło. Dużo słuchała, nieco mniej przytakiwała, a jeszcze mniej mówiła. Nie była rozmowna, ale tym, którzy przychodzili zalać smutki i wylać żale, wystarczało i to.
Ten wieczór początkowo nie różnił się od poprzednich. Muzyka na żywo przestała rozbrzmiewać około dwudziestej drugiej, a zastąpiły ją nagrania sączące się z kilku głośników ulokowanych w strategicznych miejscach lokalu.
Nawet nie zarejestrowała momentu, w którym dwóch klientów rzuciło się sobie do gardeł. Zaczęło się z pewnością wcześniej, gdy wymieniali uwagi między sobą, a uwagi te z każdą chwilą stawały się coraz to głośniejsze. Więcej było w nich awanturniczości niż argumentów. Mogła jednak stwierdzić, że dla miejsc takich, jak Bruderschaft, było to normalne, należało to do codzienności. Mogła zainterweniować wtedy, gdy ciężki kufel uderzył o blat stolika, ale nie zrobiła tego, a potem sprawy potoczyły się zdecydowanie zbyt szybko. Uporządkowany charakter baru przybrał wyraz chaosu. Pozostali goście albo uciekali w panice, nie płacąc za wypite napoje, albo kibicowali zawzięcie jednemu z goblinoidów.
Przyzwyczaiła się już do tego, jak skrzypiała podłoga, gdy ktoś wchodził do baru. Dzisiaj skrzypnięcie poluzowanej deski poprzedził podmuch wiatru. Rory akurat wychodziła zza lady, ze ścierką przerzuconą przez ramię, ale zatrzymała się w półkroku. Nie musiała pytać, by wiedzieć, że do lokalu weszli funkcjonariusze porządkowi.
Kojarzyła Kaelena, bo to on prowadził ją na pierwszy wypalanie runy. Kojarzyła też drugiego mężczyznę, demona tak właściwie i to sprawiło, że straciła refleks. Myślami uciekła do miejsca, w którym niemal dała się złapać. Do czasu, kiedy miała pierwszą szansę, aby zawitać do Last Salvation. Ale wtedy tego nie chciała. Nie wierzyła w ideę miejsca, w którym będzie bezpieczna i w którym dostanie to bezpieczeństwo za darmo.
Przeskoczyła spojrzeniem oczu, które raz wydawały się mieć odcień błękitu, raz morskiej zieleni, a raz zwykłej szarości, od jednego funkcjonariusza do drugiego. Zamrugała powoli, gdy dotarło do niej, że wnętrze baru ucichło.
Kaelen wyszedł jednym z awanturników, a drugi z funkcjonariuszy, nadal tak wyjątkowo znajomy, został w środku. Aurora, uznawszy, że nic tu po niej, nabierając zdrowego dla siebie dystansu, wróciła za ladę. Jakby nigdy nic wróciła do polerowania szkła. Biała szmatka zsunęła się z jej ramienia, a kobieta sięgnęła po jedną z wysokich szklanek do piwa, kątem oka obserwując jednak sytuację.
UsuńOdnosiła wrażenie, jakoby wszyscy drżeli przed wielkim i niebezpiecznym demonem. Jedna brew kobiety uciekła ku górze, gdy doszła do tego wniosku, ale milczała nadal.
Rzucanie awanturnikami o podłogę, nie robiło na niej wrażenie. Dumne przekraczanie nad drżącym ze strachu goblinoidem, również. Westchnęła ciężko dopiero w momencie, kiedy usłyszała jego głos.
Odciągnęła spojrzenie od polerowanego szkła, wlepiając je w przystojną twarz demona. Kącik ust drgnął niebezpiecznie, ale pozostała niewzruszona.
— Nie wiem — odpowiedziała krótko i znów spojrzała na białą ścierkę trzymaną w dłoni. Zarzuciła ją ponownie przez ramię. Dłońmi wsparła się o tę część barowej lady, która pozostawała ukryta za kontuarem i niewidoczna dla zamawiających. — Zaczęło się od piwa. Obydwaj je zamówili — dodała, celowo igrając sobie z poważnym funkcjonariuszem. — A może ktoś rzucił na nich urok? — spytała znacznie ciszej, jeszcze bardziej wychylając się do przodu.
Rory Nielsen
OdpowiedzUsuńSpojrzenie mężczyzny było pełne tej chłodnej pewności, którą znała od dawna i która sprawiała, że chciała tak samo uciekać, jak i zatrzymać się bliżej. Przyglądała mu się z nieskrywanym apetytem i uśmiechem, który mówił więcej niż słowa. Jego widok w jej ciasnym pokoju sprawiał jej przyjemność, chociaż Zayden tutaj nie pasował. Nie była pewna, czy ktoś taki jak on gdziekolwiek pasuje i z kimkolwiek, bo sama była pogubiona w kwestii relacji i bliskości, a było w niej o wiele mniej demona niż w nim. On był czystej krwi. I był niekiedy przerażający. I to jej się w nim podobało najbardziej, dosadność, ciężkość i wisząca wokół groźba. On poruszał chaos, z którego była ulepiona po części i sama Noor, i pozwalał jej puścić wodze, ale i go ujarzmić na własnych zasadach.
Gdy spojrzała na niego jeszcze raz, kierując oczy po grzesznie doskonałym ciele w górę, jej oczy błyszczały jak dwa skryte jeziora, w których kryły się tajemnice, których nie powinna nigdy wyjawić, a jednak kusiły, by je odkrywać. Była świadoma tego, jak wiele może zyskać, dając mu namiastkę tego, czego pragnie, zwyczajnie odpowiadając, a jednocześnie dzieląc się własną samotnością, której nikt inny nie był w stanie zapełnić. Może nawet on nie umiałby tego zrobić. W jej spojrzeniu można było dostrzec subtelne nuty rozbawienia, jakby igrała z nim, prowadząc go po ścieżkach własnych myśli, które chowają się głęboko, za zamkniętymi drzwiami. Była tam też nieufność, bo nikogo nie dopuszczała tak blisko. Noor trudno było zrozumieć, bo ona sama nie znała własnych pragnień i potrzeb, czuła, że toczy się przez życie niepewnie i po omacku.
Lubiła, gdy nazywał ją ślicznotką, choć najbardziej miękka była, gdy zwracał się do niej prosto po imieniu, patrząc jej w oczy tak głęboko, jakby dotykał jej duszy. Gdyby mogła wybierać i narodzić się jeszcze raz, wybrałaby drogę demona, a nie czarownicy. Lub czarownicy, a nie dwoistej rozerwanej na pół istoty. Czerpała jednak tyle samo dobra co zła z swoich genów i to pozwalała zobaczyć na zewnątrz.
Milczała przez chwilę, czując, jak jej oddech staje się spokojniejszy, choć serce biło wciąż szybciej po tym, co tu zrobili. W głębi duszy pragnęła, by on nie odczytał z niej odpowiedzi zbyt trafnie, bo jej skryte pragnienia nie potrzebowały jeszcze ujrzenia światła dziennego. Może nigdy nie ujrzą. Ona sama nie umiała ich nazwać, a on... On mógł być ciekaw, ale nic ponad to. Nie karmiła się złudzeniami. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamiast słów, wybrała ciszę, która była jej własnym, nieuchwytnym przywilejem i jednocześnie przekleństwem. Milczała za często, zbyt długo, bo nie ufała. Pielęgnowała w sobie ten stan niezrozumienia i osamotnienia, który rozrywał jej poharataną i nie ułożoną duszę.
Wiedziała za to, że jej ciało mówi za nią więcej niż słowa, a kusząca powściągliwość, z jaką się zachowywała po seksie i przed, była jak delikatny taniec na krawędzi własnych ograniczeń. Prosiła, by został, choć nigdy to nie padło. Chciała, aby został. Chciała, aby przychodził nie tylko ze względu na układ. Aby znalazł w jej obecności kotwicę dla siebie, tak jak ona znajdowała ją w jego odwiedzinach już od kilku lat. Czuła, jak napięcie po orgazmie powoli opada, jakby ukryte w niej pragnienia już nie czekały na moment, by wybuchnąć niczym ukryta burza, której nie da się powstrzymać. Ale w pokoju wciąż było duszno. I wiedziała, że demon zniknie niedługo, nie ulegnie, a ona po jego wyjściu uchyli okiennice i ślad po jego oddechach w jej skórę również się ulotni.
UsuńPodniosła się powoli z łóżka, wciąż patrząc na wytrenowane piękne ciało, a potem wyciągnęła rękę, by delikatnie pogładzić jego ramię. Nie była to żadna próba zbliżenia, raczej gest, który miał podkreślić, że w tym układzie, który prowadzili oboje, są ich tajemnice, ukryte pragnienia i fantazje jeszcze nieodkryte. I choć na co dzień ona starała się trzymać je na dystans, to właśnie w takich momentach, kiedy wszystko się zatrzymuje na kilka chwil, one powracały i przypominały, że świat to coś więcej niż tylko ciała i chłodne kalkulacje. Dla Noor takie momenty były najbardziej niebezpieczne, najbardziej mąciły jej w głowie, szarpiąc za struny jej splątanej natury.
Zrobiła ostatni krok w jego kierunku, choć jej ruch był powolny, jakby nie chciała naruszyć idealnej równowagi między odwagą, a strachem. Nie bała się jego, bo nie dał jej powodu. Bała się samej siebie i tego, że kiedyś się złamie. Spojrzała mu w oczy, pełne głębi i niepoznanego dotąd mroku i powiedziała miękko, z nutą wyzwania w głosie:
- Może… nie wszystko musi być tak oczywiste. Czasem najskrytsze fantazje najlepiej zostawić dla siebie… na chwilę, kiedy nikt nie patrzy - wyszeptała tak, by jej ton wbił mu się pod czaszkę.
Uśmiechnęła się lekko, odrobinę przechyliła głowę, by pojedyncze pasemka przysłoniły jej jasne oczy, jakby uprzedzając go, że w jej głowie kryje się jeszcze wiele tajemnic, które na razie zostawi tylko dla siebie. A może to nie tajemnice, tylko parszywy mętlik. A potem, nie czekając na jego reakcję, zanurzyła się znów w ciszy, pozwalając własnej samotności i kuszącej skrytości mówić za nią, bo to właśnie one czyniły ją tak nieodparcie intrygującą - kobietę, którą można było pragnąć, ale nigdy do końca nie poznać i nie mieć. Wsparła się na palce, bo choć nie lubiła z jego ust poleceń w takiej formie jak teraz, brzmiały one zawsze niezwykle kusząco.
Musnęła go delikatnie po dolnej wardze, tak że ledwie to poczuł i zostawiała mu wybór. Mógł iść. Mógł tym razem zostać i coś zmienić.
Noor
Zdążyła na chwilę zamknąć oczy i wyobrazić sobie rzeczywistość, w której znajduje się teraz gdzieś indziej — może w swoim rodzinnym domu, a może w ogromnej, dublińskiej bibliotece, której rozmiar przy pierwszym spotkaniu tak bardzo ją zachwycił. To była dobra, ciepła myśl, choć niemal boleśnie fałszywa. Nie umiała przecież przekonać siebie samej, że naprawdę znajduje się gdzieś indziej; nie potrafiły tego zrobić nawet jej sny. Jej życie dziewięć lat temu przeobraziło się w koszmar i nie zapowiadało się na to, by cokolwiek miało ulec zmianie.
OdpowiedzUsuńUsłyszała jego kroki. Powoli uniosła powieki. Sama nie wiedziała, czy wolałaby jeszcze przez chwilę siedzieć tutaj, na tym przeklętym komisariacie, czy mieć już to wszystko za sobą — Zayden swoją obecnością szczęśliwie uwolnił ją od ciężaru i tego wyboru. Zmrużyła oczy, gdy się odezwał. Grzeczna? Miała ochotę napluć mu w twarz, pozbyć się z jego warg tego nieznośnego uśmiechu.
— Spierdalaj — odpowiedziała spokojnie i wstała. Nie była w stanie odnaleźć w sobie resztek sił, które mogłaby poświęcić na pozbawioną sensu kłótnię, ale tyle jeszcze umiała z siebie wykrzesać.
Zerknęła w kierunku wskazanych przez mężczyznę drzwi i skinęła głową. Znała treść wszystkich papierów na pamięć — najbardziej lubiła ten, który twierdził, że jej udział w śledztwie jest całkowicie dobrowolny. Drugie miejsce w rankingu zajmowało oświadczenie, że zdaje sobie sprawę z możliwych uszczerbków na zdrowiu, jakie może wywołać proces umyślnego i celowego użycia swoich mocy, i zgadza się na ryzyko. Kiedy podpisywała je pierwszy raz, przez jej ramię zerkał Zayden.
Wpisała się do rejestru, podała cel swojej wizyty i jej datę. Następnie szybko podpisała podsuwane jej dokumenty, stanowiące dobrze znany już zestaw. Długopis tylko trochę ciążył jej w dłoni, a w nagrodę otrzymała od znajomej już funkcjonariuszki przezroczysty, plastikowy kubek z zimną wodą. Morrigan przyjęła go bez słowa. Wiedziała, że jej gardło będzie później potrzebowało nawilżenia.
Nie powiedziała tego na głos, ale też miała nadzieję, że uporają się z tym wszystkim w miarę szybko. Im krócej musiała oglądać Zaydena, tym lepiej. Wiedziała, że już i tak cały jej dzień będzie zmarnowany — długo dochodziła do siebie po przesłuchaniach. Banshee wiele poświęcały.
— Chodźmy — powiedziała sucho, kiedy uporała się już z papierologią. Zimny plastik chłodził jej już i tak zimne ręce, ale ciągle trzymała kubek. Odgarnęła włosy z twarzy, które zaplątały się w okolicach jej oczu. — Nie mogę się doczekać oglądania kolejnego zgonu.
Morrigan
Panna Nielsen niewątpliwie była spostrzegawczą wiedźmą. Wiedziała o tym, ba, miała pewność, że jest jedną z najbardziej spostrzegawczych osób, jakie pan detektyw, jak pieszczotliwie nazwała w myślach Zaydena, mógł poznać. Ba, powinien się cieszyć, że na swojej służbie trafił właśnie na nią. Na Aurorę Nielsen, która mimo wszystko niezbyt chętnie posługiwała się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, ale zdobyła się na to dopiero tutaj, w Last Salvation. Ostatni raz nazywała się Aurorą Nielsen przeszło jedenaście lat temu, a kiedy unicestwiono sabat, do którego przynależała wraz z matką i ciotką, musiała uciekać i ukrywać się przed władzami zwykłych śmiertelników, choć im dłużej uciekała, tym więcej nabierała przekonania, że i oni muszą posługiwać się istotami obdarzonymi mocami, w innym przypadku tropienie pozostałych nie było dla nich wcale takie łatwe. Przez kolejne kilkanaście lat nazywała się różnie. Była Agnes, Lolą, Miriam, Valentiną i jej postać zmieniała się wraz ze zmienianym miejscem zamieszkania. Było to trudne, zwłaszcza początkowo, kiedy do każdego ze swoich wcieleniem musiała utkać historię, zdobyć dokumenty i przekonać otoczenie, że przecież znali ją od niemal zawsze. Uroki w tym pomagały, dlatego gdy Zayden posłużył się kąśliwą uwagą dotyczącą właśnie ich, Rory się zatrzymała.
OdpowiedzUsuńDosłownie. Przestała wykonywać jakąkolwiek czynność, na ułamek sekundy wstrzymała nawet oddech. Dopiero potem coś w niej przeskoczyło. Ściągnęła brwi, a pionowa zmarszczka pojawiła się między nimi. Mrużyła oczy, choć dla kogoś takiego, jak Zayden wcale nie musiała wydawać się groźna, bardziej kocia w swoim byciu, podobnie jak kocie były jej oczy. Nic dziwnego, że koty od wieków towarzyszyły czarownicom.
— Prawda jest taka, Zaydenie, że możesz mówić sobie co tylko zechcesz, ale jeśli ktoś potrafi zdjąć wieloletni urok, to potrafi go także rzucić — zauważyła miękko, a jej głos, wbrew pozorom, nie był wcale podszyty ironią. Brzmiała neutralnie, jakby rozmawiała z mężczyzną o pogodzie. Mogli na nią psioczyć lub się zachwycać, ale nie mieli na nią przesadnego wpływu, prawda? — Domniemywam jednak, że po prostu czujesz się bezpiecznie, skoro obydwoje jesteśmy tutaj — dodała. A mówiąc tutaj, oczywiście, że miała na myśli ten przeklęty azyl, który krępował ją tak bardzo, że nawet laleczki voodoo nie byłaby w stanie użyć.
— Obydwaj zamówili piwo — powtórzyła po nim, celowo klucząc wokół tego jednego zdarzenia, które według niej było zaczątkiem wszystkiego innego. Bo przecież wiadomym było, że alkohol wyzwalał w ludziach to, co najgorsze. Czy to duszę romantyka, przylepy, agresora czy pogrążonego w smutku malkontenta. Była w tej ocenie jednak hipokrytką, bo sama stosunkowo często po ten alkohol sięgała, traktując go jako znieczulenie.
— Jeden z nich, ten z rudą brodą — mówiła dalej, smyrając się teraz palcami po swoim podbródku. Cóż, nie robiło na niej wrażenia to, jak nonszalancko przechadzał się funkcjonariusz, jak beztrosko otrzepywał dłonie z nieistniejącego kurzu. — Powiedział — urwała, chcąc nadać swojej wypowiedzi odpowiedniej teatralności. — Powiedział temu drugiemu, że jego stara to poczwara — zakończyła, kręcąc lekko głową. Jakby z niedowierzaniem, jakby z żalem, trochę z litości, a trochę z rozbawieniem. I te wszystkie emocje na krótką chwilę pojawiły się na jej twarzy, by zniknąć wraz z nabraniem przez czarownicę wdechu.
— Po prostu. Barowa bójka. Czego się spodziewasz, demonie? — Parsknęła, a potem wróciła do polerowania kufla.
Rory Nielsen
[Dziękuję, dziękuję! Cieszę się, że właśnie takie wrażenie wywarła ❤
OdpowiedzUsuńZayden z kolei to taki klasyczek morally grey shadow daddy, haha :D Nie no, wiem, że nie czytasz fantasy, ale totalnie jakbyś wycięła go z mojego Kindle'a, co czyni go oczywiście bardzo przyjemną postacią, której poczynania chętnie będę śledzić :D]
Élara Durant
Zdumiewało ją, jak dobrze czuć było na sobie jego dłonie, jak szukała jego ust, chcąc usłyszeć i poczuć na sobie gorące westchnienia, gdy pieściła jego ciało i jak starała się, by serce zabiło mu szybciej. Zaskakiwało ją za każdym razem, jak cudownie jej dotykał, jak wiedział gdzie całować i obejmował aż traciła oddech, choć wszystko to były pozory bez znaczenia. Było jej z nim dobrze, nawet lepiej niż tylko dobrze i ulegała każdej chwili, choć zasady były jasne. Tyle że... nie tylko ona ulegała, a poddawali się sobie w tych wspólnych chwilach nawzajem i coraz łatwiej jej było w każdym kolejnym spotkaniu szukać go i próbować znowu. Budowało to w niej niepoprawny nawyk a trwało od dawna. Bo wiedziała czym Zay jest i rozumiała, że ani emocje, ani porywy nie leżą w jego naturze. I nie miała złudzeń, ani nie lepiła w sobie nadziei, że jej osoba nabierze w jego rzeczywistości większego znaczenia, bo sama tego nie szukała. Nie z nim i nie u niego. Gdzieś, kiedyś, daleko... może. O ile jest to jej pisane i o ile ona sama ukłoni się pokornie przed takim losem i go przyjmie. To było jej najskrytsze pragnienie, którego nie wypowie na głos ani przed nim, ani przed nikim - coś znaczyć dla drugiego istnienia i to czuć całą sobą aż w rdzeniu. Bez wątpliwości i bez chaosu. Noor się zamykała i wycofywała, drzemał w niej ogień, rozsadzał jej żyły, ale to nie był popiół... Nie była demonem. Była skażona i miała mieszaną krew, szumiało jej od tego czasami w głowie, ale była nadal bardziej ludzka. I nadal czuła.
OdpowiedzUsuńW pokoju znów rozległy się westchnienia, tym razem tylko jej i ciało rozpalało się od pocałunków na nowo. Zamruczała z uznaniem, gdy mrowienie budowało się napięciem pod skórą i objęła go, przyciągając do siebie, kiedy tylko poczuła jego ciało przy swoim, kiedy znów wylądowała plecami na łóżku. Na moment nawet uwierzyła, że zostanie, choć już to powinno ją ocucić. Oddawała pocałunki zapalczywie, smakując go uważnie i dokładnie, choć dobrze już znała jego smak, a kiedy jednak Zayden się odsunął, westchnęła żałośnie i opadła na poduszki. Zacisnęła powieki, oblizując wargi, aby jeszcze zebrać sobie jego smak i nie skomentowała, jak bezczelnie się zachował. To było tak cholernie w jego stylu i równie mocno to lubiła.
Poprawiła pościel, aby nie uwierała jej w biodro i pod łopatką, skopała kołdrę w nogi i rozłożyła ramiona na szerokość materaca. Ciało jej stygło i mu nie przeszkadzała więcej. Czuła jak gęsia skórka pełznie po jej nogach w góre, jak obejmuje uda, brzuch, piersi i ramiona i tylko słuchała szumów i szmerów, gdy gość sie ubierał. Czekała na dźwięk zamykanych drzwi, aby w końcu i ona mogła się podnieść i doprowadzić do porządku, po tym jak weźmie długi prysznic i zmyje z siebie ślady po ich schadzce. Nosiła je w głowie, nie chciała na skórze. Kolejne spotkania będą, szczególnie że demon się zapowiedział, co skwitowała półuśmieszkiem, a gdy już go nie było, nie zmieniło się nic.
Noor została na łóżku, oddech jej jeszcze nieco przyspieszony, ciało wciąż drżało od napięcia i emocji. Przez chwilę słyszała tylko ciche bicie własnego serca i odgłos własnych oddechów, jakby cała przestrzeń wokół się rozmyła. A później zmyła z siebie nie tylko jego zapach i smak, ale wątpliwości i myśli, które uderzały w nią gwałtownie zaraz po tym, jak Zayden pozwalał jej się czuć wyjątkowo.
UsuńWracała do rzeczywistości bez trudu. Szybko otrząsała się z tych ich wspólnych uniesień, bo nie była naiwna. Wiedziała, że nawet jeśli każdy jej dzień wygląda podobnie, musi pozostać czujna. I musi wiedzieć, co dzieje się wokół, aby nie utknąć w systemie uległa i bez wolnej woli. Gdy po kilku dniach Zayden się nie pojawiał, nie budziło w niej to niepokoju, bo ich spotkania nie były regularne. Przychodził niezapowiedziany, pojawiał się znienacka, a ona przyjmowała to za stan naturalny. Czuła jego obecność w miasteczku i tyle jej starczyło. On również musiał czuwać. Sądziła, że spotkają się w aptece, lub w mieszkaniu piętro wyżej, nie podejrzewała jednak, że sama wpadnie w pułapke iluzji i da się przyłapać właśnie jemu. I mogłaby przysiąc, że on tez by nie potrafił tego przewidzieć.
Spotkanie drugiego kambiona graniczyło z cudem. Noor była wyobcowana, bo nikt nie był podobny do niej i nie miała poczucia wspólnoty z żadnymi istotami. Wampiry miały rody, wilki watahy, nawet demony i elfy potrafiły odnaleźć swoich, ale nie taki mieszaniec jak ona. Korytarz, choć ukryty pod miastem, wydawał się ożywać, gdy tylko tam wkroczyła, podążając za wysoką i szczupłą sylwetka bruneta spotkanego niedawno nad jeziorem w lesie. Dostrzegła go, zamykając aptekę i nie wahała się, idąc między budynki krok w krok za obcym, gdy jego aura ją przyciągała. Ciche odgłosy odległych kroków, szum uliczek zostawianych za plecami i delikatne echa szeptów przemieszczających się wśród kamiennych ścian sprawiały, że jej zmysły zaczęły się gubić. Noor wiedziała, że to miejsce nie jest przypadkowe, ale była też pewna, że nie umiałaby drugi raz odnaleźć tego przejścia. Wiedziała, że nie wszystko jest takim, jakie się wydaje w azylu. Orientowała się, że system jest szczelny i surowy od początku, nie szukała jednak luk i uchybień... poza tymi, które sama tworzyła.
Zamknęła oczy, próbując odgonić niepokój, gdy zorientowała się, że traci orientację skąd przyszła. Przystanęła, czując obejmujący ją przez nerwy ziąb i wzdrygnęła się, gdy dłoń ześlizgnęła się po wilgotnej, nieprzyjemnej ścianie. Sylwetka mężczyzny dawno się rozmyła i już nie była pewna, czy w ogóle był prawdziwy. Podążając przez wąskie, kręte korytarze, które wiły się niczym labirynt, z każdym krokiem czuła coraz silniejsze napięcie. Serce jej waliło jak młot i zaczynała oddychać za szybko, a policzki ja piekły. Wiedziała, że nie może tu zostać, nie wiedziała dokąd prowadzi droga, ani jak się wycofać. Nikt jej tu nie przywołał, ale złapała się w pułapkę, o jakiej nawet nie miała pojęcia.
I tak, z każdym krokiem, wkraczała głębiej w mroczne zakamarki podziemia, gdzie czekała niewiadoma, albo nie czekało ją nic. Bała się i choć nie był to taki strach, który dławił i ściskał od środka, to nie chciała tak się czuć. Obiecała sobie przecież, że po przyjściu do azylu, już nigdy się tak nie poczuje.
Noor ✨
Czasem Levi potrafił nie być w Azylu przez miesiąc. Był to zatrważająco długi czas, zważywszy na to, jak restrykcyjne zasady panowały w Last Salvation, niemniej był to przywilej związany z pracą Łącznika, a Członkowie Rady mieli do niego zaufanie – oczywiście nie stuprocentowe, ponieważ nikomu nie ufali w stu procentach, nawet sobie nawzajem, ale wystarczające do tego, by Levi cieszył się swobodą, często nawet większą, niż pozostali Łącznicy. Na to cząstkowe zaufanie zapracował sobie sam, ale zapracował na nie także jego ojciec, który przez pięć lat nie naraził się Radzie, a należało zaznaczyć, że daleko mu było do bycia kryształowo czystym. Tak samo zresztą, jak Leviemu. Wiele rzeczy jednak uchodziło im na sucho, z wielu potrafili wyjść obronną ręką lub, co chyba było bardziej odpowiednie w ich konkretnym przypadku, jak kot, zawsze spadali na cztery łapy.
OdpowiedzUsuńTym razem nie było go ledwo trzy dni. Oficjalnie wybrał się do najbliższego, dużego miasta sąsiadującego z Azylem, by spotkać się z kimś i przekazać temu komuś wiadomość od Rady. Nieoficjalnie sam umówił się ze swoim kontaktem, który ściągał dla niego różne rzeczy ze świata zewnętrznego, ponieważ Levi nie był w stanie ogarnąć wszystkiego sam. Często pozyskanie przedmiotów, o których szeptali mu mieszkańcy w korytarzach Podziemnej Areny wymagało udania się dosłownie na drugi koniec świata, a na to Levi nie mógł sobie pozwolić. Nie wątpił w to, że niektóre istoty paranormalne biegle opanowały sztukę teleportacji bądź korzystały z innych, magicznych sztuczek ułatwiających błyskawiczne przetransportowanie się z punktu A do punktu B, ale on był tylko kotołakiem. W swojej kociej postaci, na czterech małych łapkach, nie zdołałby zajść za daleko.
Najpierw przekazał wiadomość. Nie wiedział, jaką i komu, i nawet się tym nie zainteresował, ponieważ dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że lepiej było nie wiedzieć. Potem zajął się swoimi sprawami, aczkolwiek spotkanie z kontaktem było szybkie. Saszka przekazał mu kilka drobiazgów, które Levi z powodzeniem upchnął na dnie swojego wysłużonego plecaka. Wypili po piwie, pogadali chwilę i Ackermann opuścił motel, w którym Rosjanin zatrzymał się na kilka najbliższych dni. Saszka był starszy od niego o kilkanaście lat i współpracował jeszcze z jego ojcem. Był sprawdzony, dobrze się z nim pracowało, a w rodzinnym kraju, który w ostatnim czasie nieodwracalnie zszargał swoją opinię, nie pokazał się od dobrych dwudziestu lat i spluwał na każdym razem, kiedy ktoś wspomniał nazwisko rządzącego, a to w wiadomościach padało często.
Teraz Levi maszerował przez Azyl, chcąc pozbyć się wszystkich przedmiotów, które nie powinny znajdować się w jego plecaku, a wciąż tam były. Miał spotkać się z Zaydenem, zajrzeć do apteki Noor, a potem zajść na Podziemną Arenę, by dopiero potem odmeldować się w Ratuszu. Miał na to jeszcze trochę czasu, bo choć Rada i podlegający jej pracownicy na pewno wiedzieli, że Levi Ackermann czterdzieści minut temu przeszedł przez barierę chroniącą Azyl, to zazwyczaj nikt zbyt szybko się nie niepokoił. Miał przecież prawo najpierw zajść do domu i skorzystać z toalety, zamiast robić to na tym mrozie, prawda?
Wzdrygnął się, kiedy mocniejszy podmuch wiatru uderzył go w twarz, postawił kołnierz kurtki i wcisnął głowę głębiej pomiędzy ramiona. Wszedł pomiędzy zabudowania, pokonał kilka zakrętów, a kiedy Zayden pojawił się w jego polu widzenia, krótko machnął mu ręką, uprzednio wyciągając ją z kieszeni kurtki.
— Oczywiście, że się udało — rzucił z pełnym zadowolenia uśmiechem. Przystanął przed Zaydenem i odetchnął głębiej, jakby dopiero teraz miał okazję na dosłowne i metaforyczne zaczerpnięcie oddechu po podróży, po czym ściągnął z ramion plecak. Szamotał się z nim przez chwilę, bo plecak nie był ciężki i jego ramiączka zahaczyły o fałdy zimowej kurtki, ale w końcu uporał się z tym, przykucnął i oparł plecak o ziemię.
Zagadnięty przez funkcjonariusza, spojrzał na niego z dołu.
— Nie — przyznał otwarcie, po czym pochylił głowę i rozsunął suwak. — Nie zdążyłem. Inaczej bym się spóźnił, a wiem, że tego nie lubisz — powiedział, prawą dłonią grzebiąc w plecaku. Uśmiechnął się przy tym lekko, ale wciąż z pochyloną głową i wzrokiem utkwionym we wnętrzu plecaka. — Zresztą ja też nie — kontynuował. — Poza tym, czasem nas tam przeszukują. Nie zawsze, ale zdarza się. A dziś bardzo nie chciałbym zostać przeszukany — dodał, wyjął prawą rękę z plecaka i rozprostował palce, przez co Zayden mógł dostrzec spoczywające na jego dłoni, nieduże zawiniątko – płócienny woreczek przewiązany konopnym sznurkiem.
UsuńLevi już otwierał usta, żeby powiedzieć, co to, ale wtedy do jego uszu doleciał odgłos kroków. Gwałtownie szarpnął głowa w stronę, skąd dolatywał dźwięk, a było to nieopodal wylotu zaułka, w którym znajdowali się on i Zayden.
— Kurwa — zaklął cicho, wciąż kucając i tylko jego palce z powrotem zacisnęły się na woreczku. — Mamy towarzystwo, zakomunikował, nie odrywając wzroku od wylotu zaułka.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Noor była zagubiona we własnych ścieżkach, jej milczenie i bystre spojrzenie to kamuflaż, który sprawdzał się mistrzowsko, bo ludzie skuszeni jej śliczną buzią i delikatnym ciałem, nie spodziewali się szorstkich słów i lotności ostrej jak brzytwa. Była niepozorna w tej urodzie, dziewczęcej, słodkiej i lekkiej, która niekiedy ciążyła jak brzemię. Miała miękką skórę i pachnące kwiatami włosy, nawet jeśli używała kosmetyków o zupełnie innym aromacie; kusiła bez względu na to, jak bardzo jej na kimś zależało. Uwodziła nawet wtedy, gdy nie zależało jej wcale i wiedziała, że jest to wpisane w linie jej dziedzictwa. Nie była szlachetna i nieskazitelna, umiała to wykorzystywać, choć było to zbyt łatwe, a wręcz nudne... I ściągało za dużo kłopotów. Żyła więc grzecznie i spokojnie i spokoju pragnęła, bez strachu o siebie i jutrzejszy dzień. Wiedziała jednak, jak wydobyć najskrytsze pragnienia i z Zaydenem nie musiała się hamować. Z nim pozwalała samej sobie zatracić się w pocałunkach i dotyku, które niosą ukojenie i ulgę. On, pełnokrwisty demon, wciąż taki jak ona i jednocześnie zupełnie inny, potrafił odpowiedzieć na jej pragnienia z ogniem, który gasił jej tęsknoty i jednocześnie sprawiał, że czuła się wolna. Z nim było inaczej niż z mężczyznami o słabszym charakterze, a poza tym trwało to już kilka lat... I powinna uważać. Powinna mieć się na baczności, by się nie przyzwyczaić do tego, jak się przy nim czuje i że może na niego liczyć. Bo mogła tylko wtedy, gdy nie sprzeciwiał się Radzie, więc nie był wierny tylko sobie. I nie mógł być wierny jej. A Noor znała swoje słabości i wiedziała, że on nie może się dla niej stać kolejną.
OdpowiedzUsuńKobieta nie wiedziała nic o korytarzach, dokąd prowadzą, czy w ogóle o ich istnieniu. Miała pewne podejrzenia, że azyl na ukryte miejsca dla tych mniej ugłaskanych mieszkańców, że nie wszyscy są potulni i się poddają zasadom, tym mniej i bardziej surowym czy zrozumiałym. Ona sama przecież wyłamywała się w systemie, choć podejrzewała, że każdy jej ruch na zapleczu apteki jest obserwowany i może specjalnie puszczany płazem... Zayden na pewno nie dbał tylko o jej bezpieczeństwo i wiedziała, że choć sobie ufają, to nie są stuprocentowo wobec siebie lojalni. Pilnował tu porządku i robił to bardzo dobrze, a niektórzy nawet się go obawiali, więc czy mogła mu całkowicie ufać? Czy w sytuacji, gdy Rada kazałaby mu zrobić z nią porządek, oszczędził by ją, ocalił, lub się im sprzeciwił? W to akurat wątpiła... I to budziło w niej niechciane uczucia, więc starała się nigdy o tym nie myśleć. Odnalazła się w azylu i nie szukała kłopotów. Nie chciała wracać na zewnątrz, choć tu też nie było idealnie. Bo zbyt duża kontrola i zbyt ostry reżim prowadzą do buntu, a gdy jest bunt, miejsce i porządek z góry ustalony zaczyna się sypać. Azyl był potrzebny, więc zapewne władze miały swoje sposoby na niesubordynację i kontrolę nad tymi, którzy szukają ucieczki, lub własnego porządku. I coś jej podpowiadało, że te korytarze mają z tym coś wspólnego. Nie podejrzewała, że jej obecność tu nie jest tylko powodem do niepokoju. Tu jest wręcz niebezpiecznie.
Iluzje korytarzy sięgały po nią coraz śmielej i z każdym krokiem była bardziej niespokojna. Jej oczy błyszczały ostrą zielenią, gdy próbowała odnaleźć rytm własnego oddechu i zebrać myśli. Mury drżały, a posadzka chwilami zdawała się pod nią zapadać, choć miała drobną i lekką sylwetkę, a krok tak płynny, jak nie biegła, a tańczyła. Serce biło jej szybko, zbyt szybko, a policzki malował jej już ziąb na malinowy kolor, gdy znikąd, zjawił się demon.
UsuńNawet go nie wyczuła, choć zwykle przeczucia ją nie myliły i intuicja podpowiadała, kiedy może się go spodziewać. Noor spojrzała na niego z mieszanką niepokoju i wyczekiwania, czując, jak serce jej bije mocniej w tym nieprzewidywalnym, pełnym iluzji i chaosu miejscu. Wiedziała, że w tym momencie musi zachować ostrożność, ale jednocześnie nie potrafiła ukryć, że ucieszył go jej widok. Przyłożyła dłonie do jego ramiona i rozchyliła usta, łapiąc więcej powietrza. Była teraz bardziej wystraszona jednak niż chwilę temu, świadoma, że może przyjść jej za swoja obecność tu zapłacić.
- Ja... - zaczęła i zaraz przygryzła wargę, chcąc dać mu dobrą odpowiedź. Szczerą i taką , której nie będzie się wstydzić żadne z nich. Nie chciała być w jego oczach słaba, nie po tym, co przeszła i w jakim stanie ją widział. Nigdy więcej.
Jej dłonie drżały lekko, gdy przesunęła nimi po jego ramieniu i oparła na torsie, a potem jedną z nich wyciągnęła do ściany, próbując odczytać jej nieregularne kształty, które w rzeczywistości nie istniały. Obrzuciła spojrzeniem wnętrze ich pułapki, unikajac oczu demona jeszcze przez kilka chwil. Nie znała zasięgu jego magii, ale była przekonana, że to jedna z tych, przed którą należy uciekać. Oparła się o ścianę za sobą pewniej, czując, że to miejsce choć jest stworzone z iluzji i jego myślokształtów, daje im odrobinę bezpieczeństwa i prywatności. Spojrzała mu w końcu w oczy, próbując znaleźć w nich choć odrobinę zrozumienia, które mogłoby ją uspokoić i pomóc jej wyjaśnić, dlaczego tu przyszła. Nie znalazła tego. Zamiast tego ciężar, surowa ocena i przestroga. Spięła ramiona, stanęła pewniej i cofnęła dłonie.
- Szukałam czegoś, co przypomina mi dom - wyszeptała cicho, nie odrywając od niego wzroku. - Wiem, że to nie jest prawdziwe, ale... W azylu pojawił się mieszaniec. Ktoś z taką energią, jak moja - szeptała dalej, nie licząc na zrozumienie, ile to dla niej znaczy. Dzieci jak ona się nie rodziły, to dlatego było ich... Nie było ich praktycznie. W jej przeznaczeniu zapisana była samotność i Noor czuła się teraz kompletnie rozbita. Ktoś taki jak ona... Spotkanie było wręcz niemożliwe. Ten mężczyzna, a spotkała go raz w miejscu i porze, o której wolała nie wspominać, przyciągał ją. Sprawiał, że burzyło się w niej wszystko jeszcze mocniej, aż chciała odkrywać swoje pochodzenie i przeznaczenie, by nie czuć się tak obco.
Przygryzła wargę, obserwując demona. Zastanawiała się, czy powinna mu ufać, czy raczej odsunąć się i uciec, zanim będzie za późno. Czy był nadal jej przyjacielem? Kiedy jej nie pozwalał, nie potrafiła nic odczytać z jego zimnej maski, a przecież nigdy mu się nie sprzeciwiła i nigdy nie zrobiła nic wbrew niemu. Wiedziała, że azyl, choć pełne iluzji, jest jedynym miejscem, w którym może być sobą, bez maski, bez udawania, a ograniczenie magii runami to mimo wszystko niewielka cena.
Usuń- Czułam, że on tu szedł i poszłam za śladami - dodała po chwili, unosząc głowę jakby szukała w nim czegoś znajomego. - Co ty tu robisz? - spytała zaraz, orientując się, że jego też nie powinno tu być. Lub powinien? Nie wiedziała przecież coś to za miejsce i jakie jest jego przeznaczenie. Nie była zresztą pewna, czy chce wiedzieć. Nie zamierzała kłamać, ani nic zatajać. Najwyżej miało się okazać, po której stronie naprawdę stoi Zayden.
Zrobiła krok bliżej, czując, jak jego obecność działa na nią kojąco, mimo że wiedziała, że to miejsce i oni sami, są pełni tajemnic. I nigdy do końca się nie poznają. W tym momencie zamknęła oczy na chwilę, próbując opanować oddech i zebrać myśli.
- Ja się zgubiłam... Ale ty nie - zauważyła, czując że tylko jej oddech jest głośny, a serce szybkie.
Otworzyła ręce lekko, jakby prosiła go o zaufanie i pokazywała, że nic nie ukrywa, choć sama nie była pewna, czy to jej się uda. Wiedziała jedno, musi stąd wyjść, uniknąć ryzyka kary i poznać, czy Zay jej zaszkodzi. Uniosła powoli jedną z dłoni i musnęła jego dłoń przy nadgarstku, a potem delikatnie, badawczo, wsunęła szczupłe chłodne palce pod rękaw jego kurtki, aby dotyk dosięgnął czarnych żył ukrytych pod ubraniem. Prosiła o zrozumienie i chciała aby poczuł, że nie kłamie. I że naprawdę się teraz boi.
- Powiedz coś, Zay - poprosiła jeszcze, gdy milczał, a to jak nigdy zaczynało ciężko jej osiadać przy piersi i na ramionach.
Noor ✨
Przepiękna karta - treściowo i wyglądowo - to Twoja! Świetnie oddaje charakterystykę rasy i nastrój, jaki towarzyszy życiu Zaydena. KP skradła moje serce, bo czytało się ją z przyjemnością, także tym bardziej biorę sobie Twój komplement do serduszka. Dziękuję za powitanie i również udanej zabawy!
OdpowiedzUsuńIshaan
Piękna buzia Aurory Nielsen była oblana kłamstwem, nie tylko nim skalana. Sama Aurora była skażona wieloletnim łgarstwem, z których kreowała wiele osobowości, aby móc przeżyć. Prawda była tym, co przez ponad jedenaście lat omijała szerokim łukiem. Zwłaszcza w towarzystwie innych ludzi oraz nie-ludzi, którzy zamieszkiwali razem z nią ten przeklęty azyl. Czarownica nie siliła się na przesadną grzeczność, to prawda, ale nie siliła się też na to, aby być celowo niemiłą, nadwyraz pewną siebie i po prostu buńczuczną. Taka była. Po prostu. Zewsząd i zawsze stawiając wokół siebie mur obronny, który miał nie dopuszczać do niej obcych. W każdym, nawet w znajomym demonie, dostrzegała zagrożenie. Po prostu. Bała się, ale przecież nie mogłaby tego przyznać, nie na głos. Łatwiej więc było pozorować, czarować i łgać.
OdpowiedzUsuńObie brwi Rory skoczyły do góry, gdy Zayden wspomniał o jej bezpieczeństwie, a właściwie jego braku. Zassała jeden z policzków od środka, robiąc minę naburmuszonej księżniczki. Prawda była taka, że Aurora nie była dobrą aktorką. Nigdy. Zwłaszcza, gdy chodziło o emocje, a właściwie o ich sedno, źródło. Ward trafił i Rory nie potrafiła tego ukryć, choć zwykle, w rozmowach ze znacznie głupszymi od siebie, nie miewała z tym problemu. Dlatego mogli obserwować ją, stojącą za barem jako dość ponurą, bez cienia uśmiechu, wiedźmuchę. Rory nie dowcipkowała, choć potrafiła. Nie wybuchała słodkim śmiechem, choć mogłaby.
Westchnęła ciężko, spoglądając na Zaydena.
— Każdy w końcu przekracza granicę, za którą strach tłumi oddech, czyż nie? — spytała tylko, a potem już zamilkła. Przynajmniej w temacie własnego bezpieczeństwa, bo inaczej musiała przy jednym z funkcjonariuszy porządkowych przyznać się, że nie czuła się w Last Salvation bezpiecznie.I nie chodziło tutaj wcale o ład i porządek, bo ten panował tutaj, mogłoby się wydawać nieprzerwanie, a jedynym odstępstwem zdawały się być właśnie barowe sprzeczki.
— Czym mogłabym zaskoczyć kogoś takiego, jak ty, hm? — spytała jednak, nie rezygnując z tego wyzywającego tonu. I nie miała do czego wracać, bo Ward sam mógł się zorientować, że ich pojawienie się i jego krążenie wokół barowej lady odstraszało klientów, którzy siedzieli już z pustymi kuflami lub szklankami.
Przy kolejnych słowach mężczyzny, również i to wielokolorowe, nieokreślone spojrzenie Rory padło w kierunku stolika. Mało brakowało, a mlasnęłaby niezadowolona. Właściwie to zrobiła to, o czym uświadomiła sobie po fakcie. Potrząsnęła głową, nie wiedząc nawet po co i dla kogo nalewa teraz piwo z kranika. Prawie litrowy kufel z uchem wypełniał się powoli, a Rory skupiona była na tym, jak złoty trunek spływa po szklanej ściance.
— Nie radzę sobie? — spytała cicho, bo co jak co, ale barmaństwo miała opanowane. To przecież nie był pierwszy bar, za którym stała. Westchnęła, unosząc głowę i spojrzenie ogniskując na Wardzie. — Mogę poznać konkrety? Czy mam zgadywać, który z nich coś wymyślił?
Rory Nielsen
Zazdrościła mu wielu rzeczy. Czystej krwi zamiast mieszanki, która trąci zmysły i kołtuni myśli. Pewności w każdym nowo stawianym kroku. Zasad, których potrafił nie łamać. Wierności samemu sobie. Znała go już trochę, obserwowała i wiedziała, że jego siła tkwi w tym, czego ona nigdy nie osiągnie. Był spokojny i stały, konsekwentny, ale nie znała ceny jaką płaci i mogła się jedynie domyślać co oznacza popiół, który czasami dostrzega w jego oczach, gdy pozwalał jej się zbliżyć.
OdpowiedzUsuńPoszła z nim na układ, świadoma, że jeśli złamie słowo i nadwyręży jego zaufanie, sama straci najwięcej. Ona ulegała impulsom, wiodły ją wraz z losem emocje, czasami niechciane uczucia, jednak nie cofnęłaby czasu i złożonej spojrzeniem obietnicy. A on mógł być pewny jej lojalności, bo wyznawała ją równie mocno, jak on.
Popatrzyła jeszcze w cienie, które ich otaczały, próbując je rozpoznać, znaleźć coś znajomego. Te korytarze zaklęte w iluzji może nie były całkiem nielegalne, ale ona wiedziała, że jeśli na coś nie ma oficjalnej zgody, to najlepiej odwrócić wzrok. Nie powinno jej tu być, ale jeśli padnie pytanie, jeśli Zayden zechce dociekać, nie było powodu, dla którego nie miałaby wyjaśnić więcej. Liczyła, że tak się nie stanie, to oczywiste. Nie kłamała, to powinno być ważne i wystarczające, ale on jej nie zrozumiał. Dostrzegła to i jakiś uszczypliwy podszept odezwał się w jej głowie. Szła za kambionem bez pociągu, jego czar nie działał na nią w ten sposób, w jaki motał innych. On budził w niej coś głebszego, coś z czym żyła jak sięga pamięcią i co nie gasło nawet wtedy, gdy traciła dech i rzeczywistość się załamywała w ekstazie.
Noor uśmiechnęła się lekko kącikami ust, słodko, jakby nie do końca była pewna, czy chce wyjść, czy może jeszcze trochę się pobawić w tych podziemnych czeluściach. Teraz gdy obok stał Zayden, zagubienie i niepokój cichły, odzywała się za to ciekawość. Umiała ją słtumić, pójść za rozsądkiem, ale... czy musiała? Jej spojrzenie błysnęło sprytem i pewnym wyczuciem, jakby już odczytywała szablony iluzji i tajemnice tego miejsca i czuła, że właśnie teraz ma okazję się wymienić nie tylko informacjami, ale i czymś więcej. Jeśli ona tu dotarła, nie mogła być pierwsza i choć świadomość, jak to nierozsądne igrać z wysłannikami Rady dzwoniła w jej głowie głośno, nie wycofała się od razu. Popatrzyła na demona, powoli cofając dłonie z jego torsu, o który się opierała. Jej oddech się wyrównał, uspokoił, a kiedy zaczesała kosmyk z policzka w tył, kwiatowy zapach wzniósł się między nich.
-Wiesz, Zayden - zaczęła cichutko, z nieodłącznym uśmiechem, który rozpraszał nawet najbardziej poważnych słuchaczy - czasami wydaje mi się, że ściany tutaj nie tylko mają uszy, ale jeszcze bardziej, że mają swoje własne sekrety. I ja właśnie tutaj, w ich cieniu, szukam tego, czego nie da się znaleźć na powierzchni - przyznała, chcąc mu wyjaśnic, że nie przyszła tu skuszona tym, co założył, a co wyczytała z jego twarzy. Chciała, aby miał w nią więcej wiary.
Lekko musnęła jego nadgarstek dłonią, w której trzymała odrobinę ciepła. Potrafiła się dzielić tym w każdej chwili, jeśli tylko się na to zdecydowała. To że dzielili się nim oboje tam, gdzie ani oczy ani uszy innych, nie mogły ich dosięgnąć, to inna sprawa. Ufała mu, chciała, aby się nie niepokoił i nie odsuwał od niej.
Serce Noor powoli wracało do normalnego rytmu. Zmysły już nie oszołomione, dostrzegały, czuły, chwytały zakłamany porządek rzeczywistości i wiedziała, że jest w stanie wyjść stąd sama. Jeśli się nie wystraszy znowu... jeśli się nie nabierze. Tej pewności mieć nie mogła. Nie mogła też przyznać się do strachu i słabości i akurat on powinien pamiętać dlaczego.
Usuń- Nie potrzebuję pomocy - powiedziała miękko, bez pewności jednak, jakby zostawiała mu miejsce na podjęcie decyzji, czy ją wyprowadzi. Czasami mówiła do niego spojrzeniami, ale teraz... jeśli ktoś słuchał, jeśli ktoś miał możliwość, by ich tu odnaleźć, tak jak on ją, nie chciała kłopotów i nie chciała takich dla Zaydena.
Zawsze była nieumyślnie pociągająca, jej słowa i spojrzenia przyciągały jak magnes, a jednocześnie wywoływały dreszcz oczekiwania. Noor wiedziała, że jej słowa mogą rozpraszać, że potrafi manipulować emocjami, a to czyniło ją jeszcze bardziej niebezpieczną w tym miejscu pełnym niedopowiedzeń. Runy odejmowały jej magii, ale uroku, który nosiła w żyłach nie potrafiły zgasić i choć nie wykorzystywała tego z premedytacją ani na demonie, ani na nikim innym tutaj, sięgała po swoje czary wtedy, gdy czuła się niespokojna. Była półdemonem, w jej naturze zasiany został sprzeciw. W jej oczach błysnęła jaśniejsza iskra, coś lepkiego jak kwiatowy nektar nęcący z oddali, a jednocześnie z głębią, którą znały tylko nieliczni. Noor była nie tylko kusicielką, ale i mistrzynią ukrywania prawdy w słowach i gestach, a jej obecność tutaj była nie tylko przypadkowa, musiała teraz stać się częścią gry, którą sama sobie narzuciła, wiedząc, że każdy ruch musi być precyzyjny i pełen ukrytych znaczeń.
- Czy... - odezwała się znowu, ale pytanie zawisło niezadane, a usta pozostały rozchylone w pół słowa, gdy gdzieś daleko, przez iluzje i cienie przebił się pojedynczy, ostry, urwany hałas. Zastygła, wstrzymała oddech i wysunęła dłoń, przesuwając opuszkami chłodnych palców po nadgarstku przy krawędzi kurtki demona. Może jednak nie byli tu bezpieczni?
Noor ✨
[Tak, zakończenie poprzedniego rozdziału życia dla Damroki okazało się całkiem sympatyczne :) Postać Zaya zdaje się też być w miarę pogodzona z miejscem, w którym się znajduje w życiu (albo to tylko pozory?) Bardzo dziękuję za przywitanie, ochotę na wątek oczywiście mam - wolisz szczegóły ustalać pod kartą, czy mailowo? ]
OdpowiedzUsuńDamroka
Levi nie pierwszy raz miał być przyłapany na gorącym uczynku, zawsze jednak miał to szczęście w pozornym nieszczęściu, że przyłapywały go osoby, które niewiele mogły zrobić, a często też po prostu nie chciały robić niczego. Levi był przydatny dla Azylu na dwojaki sposób – był przydatny dla Rady, będąc dobrym Łącznikiem, który bez zająknięcia wykonywał powierzone mu zadania i był przydatny dla mieszkańców, którzy nie znajdowali tego, czego potrzebowali w zasobach Azylu, ale znajdowali to w rękach Leviego. Młodemu Ackermannowi nie chciało się wierzyć, że Rada nie zdawała sobie sprawy z jego szemranej działalności, bo nie on pierwszy, nie ostatni i nie jedyny szmuglował do Last Salvation, co popadnie. Osobiście uważał, że Rada wiedziała, ale trzymanie w ryzach mieszkańców było dla niej tak samo ważne, jak dbanie o ich zadowolenie i morale, a ułuda swobody i niezależności płynąca z możliwości posiadania przedmiotów zakazanych niepisanym regulaminem dawała zarówno zadowolenie, jak i poczucie znikomej niezależności, mocno ograniczonej przez nakładane na ciało runy i barierę, przez którą nie można było przejść, chyba że było się Łącznikiem lub Ściągającym.
OdpowiedzUsuńStąd z działalności Leviego jawne i niejawne korzyści czerpały obie strony, a Levi, choć bywał lekkomyślny, nie był głupi i rozumiał, na co i przy kim może sobie pozwolić.
Przy Harrisie, którego rozpoznał w zbliżającym się do nich mężczyźnie, nie mógł pozwolić sobie na wiele, bo ten był jak wierny pies na krótkiej smyczy Rady. Nie wydawało mu się jednak, że Harris był tutaj ze względu na niego, nim jednak zdążył się nad tym zastanowić, Zayden wykręcił mu rękę i wcisnął go w śnieg, co bez wątpienia było przekonujące dla drugiego Funkcjonariusza i w stu procentach bolesne dla kotołaka.
Levi słyszał co nieco o umiejętności Harrisa i jeśli Zayden musiał przed nim udawać, to Levi nie wysilał się ani trochę. Wykręcone nienaturalnie ramię bolało, śnieg był mokry i zimny, a kolano wbite pomiędzy łopatki skutecznie wyciskało powietrze z płuc i nie pozwalało na wzięcie pełnego oddechu. Jedynym, co Levi zdołał zrobić, było obrócenie głowy w bok, bo Zayden zdołał wcisnął mu twarz w śnieg, wyplucie tegoż śniegu i rozkaszlenie się w sposób tak duszący, że po policzkach, już i tak mokrych od śniegu, pociekły mu łzy.
Zresztą kotołak uważał, że cokolwiek się teraz działo, z powodzeniem mogło to być najszczerszą prawdą, a nie odgrywanym na potrzeby oszukania Harrisa teatrzykiem. Zayden miał pełne prawo chcieć chronić własną skórę, ponieważ jako Funkcjonariusz Porządkowy przyjmujący od Łącznika coś, czego przyjmować nie powinien, wypadał o wiele gorzej, niż szmuglujący jakąś drobnostkę Łącznik. Prościej było zrobić z Leviego kozła ofiarnego, prawda? A Levi poniekąd przywykł do tego, że tym kozłem ofiarnym był, bo co miał zrobić? W Azylu nie mógł nawet się przemienić, co umożliwiłoby mu wywinięcie się, ugryzienie Zaydena w rękę i przeoranie pazurami jego twarzy.
— Dobry wieczór, panie Harris — wycharczał, kiedy w polu jego widzenia mignęła twarz drugiego Funkcjonariusza. Tak jak nagle się pojawiła, tak szybko zniknęła i Leviemu pozostało wpatrywanie się w przestrzeń. Jednocześnie poczuł, jak Zayden wyłuskuje z jego zaciśniętej dłoni zawiniątko. Miał przewrotną ochotę utrudnić mu to zadanie, bo dzięki temu też wypadłby bardziej wiarygodnie, prawda? W tej pozycji jednak, kiedy ledwo oddychał i sapał z bólu, po prostu rozwarł palce i pozwolił przejąć Wardowi problematyczny przedmiot.
Ackermann podniósł się, w czym zdecydowanie pomogło mu szarpnięcie Zaydena, bo z rękoma założonymi na plecy nie było to proste. Podkulił pod siebie nogi i jęknął, a potem stanął na nich nieco chwiejnie. W głowie zakręciło mu się od nagłej, solidnej dawki tlenu, bo w końcu mógł wziąć pełen, acz świszczący oddech. Pchnięty przez kolegę, wyrzucił nogę w przód, by złapać równowagę i zaczął iść, przed sobą mając Harrisa, a za sobą Warda.
— Przecież właśnie szedłem do Ratusza — wymruczał w proteście, cichym, bo wiedział, że protest ten będzie bezowocny. — Musiałem wstąpić do domu. Ojciec pana pozdrawia, panie Harris — rzucił, zwracając się do pleców drugiego Funkcjonariusza i pijąc do tego, że ten znał Thatchera. A skoro znał, to wiedział, że Thatcher jeździł na wózku i chodź radził sobie doskonale, to należało go doglądać, prawda? Na Zaydena nawet nie spojrzał, nie obrócił głowy. Nie dlatego, że miał do niego pretensje, a dlatego, że właśnie próbował urobić Harrisa na tyle, aby Zayden aż tak bardzo nie musiał wchodzić w rolę, bo Leviemu, czy było to udawane, czy nie, nie uśmiechało się spędzić nocki w celi.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Noor stała przez chwilę w miejscu, nieruchoma, blada, z chłodną skórą i szeroko otwartymi oczami spoczywającymi na twarzy demona. Wpatrywała się w ciemne spojrzenie, pełne popiołu i cieni, a gdy jego iluzja została cofnięta, rozejrzała się i drgnęła zdumiona... ile tu jasności. Widziała nie raz, jak działa moc Zaydena, ale nigdy nie użył jej na niej, choć wiedziała, że mógłby ją skrzywdzić, lub chociaż nastraszyć ku przestrodze... Nie chciała jednak próbować i testować ani własnej wytrzymałości, ani jego cierpliwości. Odpowiadało jej to, jak do tej pory wyglądała ich znajomość i jak niewiele sobie nawzajem szkodzili.
OdpowiedzUsuńZostała sama, słuchając echa kroków Zaydena, które powoli zaniknęły w głębi podziemnego labiryntu. Czuła, jak napięcie w niej narasta ponownie, jakby powietrze wokół niej gęstniało od niewypowiedzianych słów. W głębi siebie wiedziała, że Zayden nie powiedział wszystkiego, ani nie spytał o więcej. Nigdy jednak nie potrafiła zrozumieć, czy chronił siebie, czy ją. To, czego nie powiedział, było jednak równie wymowne i to właśnie ta niepewność, ta niewidzialna linia podziału między tym, co jawne, a tym, co ukryte, trzymała ją przy nim cały czas zbyt blisko i niedostatecznie daleko.
Poczuła, jak jej dłonie zaciskają się w pięści, choć na zewnątrz starała się zachować spokój, gdy zawróciła. Wiedziała, że w tym miejscu, gdzie iluzje mogą ją znów schwytać i zmanipulować, najbardziej niebezpieczne są tajemnice i lęki. Ona sama może być tu swoim największym wrogiem, więc przyspieszyła kroku, by się wydostać. A gdy wyszła... chłodny wieczór od dawna nie smakował jej tak dobrze.
Sekrety, które mogą wywołać lawinę zdarzeń, jeśli tylko zostaną odkryte to coś, co zasłaniała za słodkim uśmiechem. Pojawienie się kambiona w azylu tylko na jeden dzień i jeden wieczór powstrzymały ją od dopilnowania interesu po zmroku w aptece, ale świat się nie zawalił. Nikt najwidoczniej też tego nie zauważył, bo apteka działała bez zarzutu w godzinach zaakceptowanych przez Radę, a właścicielka pilnie pilnowała godzin otwarć, zamknięć oraz obsługi klientów. Nawet jeśli była chwilowo nieobecna. Jej iluzją była doskonałość, a w tej nie miała sobie równych.
Podążała ciężkim wzrokiem za sylwetkami poruszającymi się wieczorem ulicami do domów, kiedy znów poczuła to, co dopadało ją od ponad tygodnia. Czuła, jak w jej wnętrzu narasta mieszanka bólu i niepokoju przez bezsenność, która od kilku ostatnich nocy była szczególnie dokuczliwa. I okrutna. Nie była tu przypadkiem, choć od początku czuła, że to miejsce da jej tyle samo co odbierze, ale po nałożeniu run nawet sen przychodził chętniej i już nauczyła się z tym obchodzić prostymi naparami... Osłabienie jej mocy i ujarzmienie natury sprowadzało chwilami ulgę, jakiej się nie spodziewała, gdy Morfeusz tulił ją czulej w ramionach niż kiedykolwiek. Lecz nie ostatnio... i nie wiedziała, czy to nie ma związku z pojawieniem się kogoś tak podobnego do niej, ale innych podejrzeń nie miała.
UsuńWeszła głębiej do apteki, ostrożnie zebrała z jednego a potem drugiego słoiczka na zapleczu wysuszone płatki i nasiona pewnych ziół, starając się nie naruszyć obecnej ciszy. Nie miałaby nic przeciwko, gdyby do zamknięcia nikt się nie pojawił, bo była to ledwie chwila, gdy zbliżała się dziewiętnasta. Wróciła na przód lokalu z parującym naparem i miała wrażenie, że cienka linia dzieli ją od czegoś, co może zmienić zbyt wiele, a ją przyciągnąć do prawdy i koszmaru, które ukrywa pod powierzchnią, a do których nie chciała nigdy wracać. Z każdym krokiem czuła, jak jej spojrzenie pochmurnieje a twarz blednie, choć na zewnątrz starała się wyglądać spokojnie. Wiedziała, że nie może pozwolić, by emocje nią zawładnęły, bo wtedy wszystko mogłoby się pogubić. A ktoś to dostrzec.
Przysiadła za ladą, oparła łokieć o szklaną gablotę i zwiesiła głowę, próbując poczuć już tę moc mieszanki, która ma ją wyciszyć, uspokoić i przyciągnąć sen. Potrzebowała tego, musiała kiedyś odpocząć. Jej poduszka od trzech nocy była zimna i Noor wiedziała, że z każdą kolejną będzie gorzej. Że bedzie wracało to nieuniknione, od czego chciała się odciąć i zapieczętować to za sobą, poza granicami azylu.
Kiedy drobny dzwonek zamontowany przy progu obwieścił cudze przyjście, lekko ściągneła łopatki, odetchnęła głeboko parą znad kubka i podniosła jasne spojrzenie przed siebie. Zsunęła się z niskiego taboretu płynnie i stanęła prosto z rozłożonymi ramionami, posyłając przyjemny uśmiech... Zaydenowi. Twarz jej zastygła bez emocji, ale była zaskoczona i mógł to wyłapać w tym, jak przetrzymała oddech w piersi.
- Przyszedłeś....? - niezadane do końca pytane badało intencje. Rzadko kiedy był klientem apteki w tym dosłownym i prostym znaczeniu. Zawdzięczała mu dużo więcej, niż pieniądze za leki, czy opatrunki i nawet nie była pewna, czy on jakichkolwiek potrzebuje.
Noor
[Witam, dzień dobry!
OdpowiedzUsuńPora się przyznać, że Zayden był moją inspiracją w kwestii wyboru mocy - ot, wyobraziłam sobie, co mogliby razem zmalować w miasteczku, gdyby "przypadkiem" wpadli na taki pomysł :D Dziękuję bardzo za miłe powitanie w Azylu i z pewnością coś skombinuję dla mojej pani von Lossow! Wam również życzymy dużo weny, bo wątki są bardzo ciekawe!]
Klementyna
[Bardzo dziękuję za powitanie i miłe słowa! Przyjmuję je z duuuużą ulgą ^^]
OdpowiedzUsuńS.
Widziała to jego oceniające spojrzenie i gdyby tylko miała w sobie chociaż odrobinę więcej siły, odpowiedziałaby na nie innym wulgarnym komunikatem. Być może niczym by się jej to nie przysłużyło — rzadko kiedy przecież drażnienie kogoś, kto miał kontrolę nad sytuacją, przynosiło pozytywne skutki — ale przynajmniej na moment poczułaby małą satysfakcję.
OdpowiedzUsuńZamiast tego — po prostu weszła w znany już dobrze schemat. Łatwiej było po prostu przerzucić się na tryb automatyczny, robić to, co się jej każe. Z tym potwornym gniewem mogła poradzić sobie później, po wyjściu z pokoju przesłuchań. Sama nazwa tego miejsca wzbudzała niepokój. Morrigan wciąż pamiętała, kiedy trafiła tam pierwszy raz. Jej usta nieświadomie wygięły się w wyrazie czegoś pomiędzy pogardą a nienawiścią.
Kiedy weszła do środka, jej oczy od razu odnalazły urzędnika. Jego też już znała. Morrigan była pewna, że ma do czynienia z sadystą albo przynajmniej kimś bardzo zaburzonym. Zayden, będący w zasadzie bezpośrednią przyczyną jej cierpień, nie budził w niej aż takiego wstrętu. Do swojego zadania podchodził z obojętnością, która mogła wywoływać sprzeciw, ale przynajmniej nie była jakimś chorym wyrazem radości z oglądanego spektaklu. Ten urzędnik z kolei… Cóż. Wypytywał o najtrudniejsze do wyłapania szczegóły, o rzeczy, których Morrigan nigdy nie potrafiła zobaczyć za pierwszym razem. Musiała więc wracać. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. I kolejny. Tyle razy, ile tylko było trzeba.
Jej matka umarła zbyt szybko, by nauczyć ją wszystkiego, ale Morrigan i tak wiedziała, że moc banshee nie powinna być wykorzystywana w ten sposób. Czuła to w swoim ciele i umyśle, wyczytała w przechowywanych w rodzinnym domu zapiskach, kreślonych ręką banshee, które żyły przed nią. Zerknęła na krzesło, potem na Zaydena. Na jego twarzy widać było tylko rezygnację, więc w ciszy zajęła swoje miejsce.
Rada wciąż nie uzyskała odpowiedzi, które mogłaby uznać za wystarczające. Miała ochotę się roześmiać, ale zamiast tego tylko lekko się uśmiechnęła, chociaż bez wesołości. To wszystko doprowadzało ją do szału.
— Jesteś bardzo wspaniałomyślny — wyrwało jej się jeszcze. Wbiła w Zaydena naznaczone złością spojrzenie. Wolałaby, żeby ją uderzył; to byłaby przemoc, którą dałoby się łatwiej opisać, przekroczenie granic, jakiemu nie dałoby się zaprzeczyć. Tymczasem on po prostu wchodził do jej głowy, zacierał granice rzeczywistości, manipulował tym, co chciała ukryć. Jak miałaby nazwać coś takiego?
Dalej wszystko potoczyło się szybko. Pokój przesłuchań zniknął, pojawiła się gęsta, lepka i zimna ciemność, oplatająca jej ciało i umysł. Coś delikatnie zacisnęło się na jej gardle, jak gdyby chciało wypchnąć z niego krzyk, jakby skład. Serce Morrigan zaczęło bić mocniej, jej oddech się przyspieszył. Widziała przed sobą morderstwo, które już zna. Poznała już tę śmierć. Dlaczego znowu musi ją oglądać? Rada wciąż nie uzyskała odpowiedzi, które mogłaby uznać za wystarczające, przypomniała sobie.
Szybkie. Błysk ostrza, krew. Mokro. Zapach żelaza. Kto to był? Chrzęst pod stopami. Skup się na końcu. Przecież wiedziała, co stanie się na końcu. Ale czy na pewno? Nie wiedziała, kto zabił, wiedziała tylko, kto umarł. Ta wiedza nie miała wartości.
Wolniej. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, nie wiedząc, że na chwilę przestała wstrzymywać oddech. Drapanie w gardle stało się silniejsze, ale obrazy zwolniły. Widziała, jak nóż unosi się, jak opada, jak światło latarni spada na twarz… Koniec. Błysk. Martwe ciało.
Morrigan wrzasnęła. Dźwięk był przeciągły, wysoki. Drapanie w gardle przeobraziło się w pieczenie, w ból, który przypominał wbijanie noża w miękkość ciała.
Głosy w głowie kazały jej krzyczeć, więc krzyczała — głosy dawno już stracone, docierające do niej zza granicy, martwe. Nigdy nie mówiła o tym, dlaczego banshee zawodzi. Trudno byłoby wytłumaczyć tę katatonię, mającą formę rozkazu. Nie dało się pozostać milczącym, gdy martwi rozsadzali czaszkę. Zasłona była cienka i nie lubiła być poruszana.
UsuńGdy wróciła do siebie, opadła ciężko na krzesło. Poczuła smak krwi w gardle, ciepło, które rozlewało się na jej języku. Ciężko dysząc, odnalazła spojrzenie Zaydena i splunęła krwią na blat stołu, tuż obok jego dłoni.
— Dajcie mi czegoś dotknąć — wychrypiała. Jej głos przypominał dźwięki wydawane przez upiory. Morrigan przetarła usta. Skoro chcieli precyzji, musieli jej coś dać, coś, co bezpośrednio łączyło się z aktem mordu.
Morrigan
Rada miała swoje sposoby na radzenie sobie ze szczególnie dokuczliwymi jednostkami. Najczęściej były to sposoby bezkompromisowe i krwawe, takie, które nie pozostawiały wątpliwości co do tego, kto sprawował faktyczną, a przy tym absolutną władzę w Azylu. Do czułych i wrażliwych uszu Leviego parokrotnie miały okazję dotrzeć plotki szeptane przez starszych mieszkańców, jakoby wiele śmierci, w skutek których imiona i nazwiska paranormalnych istot były starannie ciosane w cokole pomnika Morrisa Stroble’a, było nie tylko niewyjaśnionych, ale też podejrzanych w swej naturze, ponieważ nie oszukujmy się – w miejscu zamieszkanym przez nieludzi, w tym istoty długowieczne, śmiertelność powinna być absurdalnie wręcz niska, tymczasem cokół gęsty był od nazwisk. Nie bez powodu w każdej plotce kryło się ziarnko prawdy, racja?
OdpowiedzUsuńMłody Ackermann, zasłyszawszy podobne plotki, mógłby zechcieć zacząć drążyć, ale nie zechciał. Cenił sobie swoją skórę i lubił proste życie, z kolei ograniczenia panujące w Azylu jego osobiście nie ograniczały na tyle, by nie było to do zniesienia, co nie przeszkadzało mu w okazywaniu irytacji, kiedy był prowadzony na komisariat, aby ponieść konsekwencje niesubordynacji, jaką było nie odmeldowanie się w Ratuszu po powrocie, o szmuglowaniu fantów już nie wspominając, ale Harris chyba nie zorientował się, co miało zajść pomiędzy kotołakiem, a demonem cienia, nim przydybał ich w zaułku.
Plecak. Podniesiony przez funkcjonariusza Łącznik wykręcił się, krzywiąc się przy tym wyraźnie, bo było to dla niego co najmniej nieprzyjemne, a na pewno bolesne i popatrzył w miejsce, gdzie powinien spoczywać rzeczony plecak, nim Zayden powalił go na ziemię. Nie było go tam, nie było go też w rękach Harrisa, ale kiedy szedł, coś lekko obiło mu się o nogi i kotołak nabrał przekonania, że Ward zadbał o jego rzeczy, w tym o przedmioty, które znajdowały się w środku, a które nie powinny ujrzeć światła dziennego na komisariacie. Levi, wyprostowawszy tułów, miał nadzieję, że Zayden zdawał sobie z tego sprawę – że nie był jedyną osobą, którą Ackermann zaopatrywał i że miał do rozniesienia jeszcze kilka fantów, czego z oczywistych względów nie zdążył zrobić.
— Jasne, że pozdrowię — odparł, niezrażony oficjalnym tonem Harrisa i grał nadal tą samą kartą. — Tata wspominał, że ta wasza ulubiona, ziołowa nalewka, po którą muszę chodzić na strych, będzie już dobra — mówił z lekką zadyszką, bo choć ręce miał skrępowane, a na karku czuł oddech Zaydena, to mimo niewygody udało mu się złapać równy i zgrabny krok. Brał Harrisa pod włos, to z Zaydena robiąc tego złego policjanta, jakoby to Zayden przyłapał go na złym uczynku, a Harris, pojawiwszy się w odpowiednim miejscu i czasie, miał pełnić rolę wybawcy Leviego.
— Kiedy naprawdę nie trzeba. — Levi szarpnął barkami w odpowiedzi na słowa Warda. Nie rozumiał, o co chodzi z tymi kajdankami, które funkcjonariusz na niego nałożył, a które zdawały się nie być w żaden sposób fizyczne, lecz i tak ciasno spinały jego nadgarstki, przytrzymując wygięte za plecy ręce. — Przecież zawsze się odmeldowuję. Zawsze — podkreślił. — Nikt nigdy nie musiał mnie szukać, ani tym bardziej doprowadzać do Ratusza.
Pozostający z przodu, o dwa kroki przed nimi Harris, westchnął ciężko i łypnął przez ramię na Zaydena.
— Stary Ackermann też narzeka, że młody papla za dużo — wyjawił, robiąc przy tym dość wymowną minę, a potem zerknął na kotołaka. — Daruj już sobie, Levi. Procedury to procedury.
Młody Ackermann zacisnął wargi i pochylił głowę. Wymamrotał pod nosem jeszcze coś, co nie dotarło nawet do uszu Warda i już w ciszy, dał się poprowadzić na komisariat. Od emocji i niewygody ciała był zgrzany, z jego ust uciekały obłoczki pary, a na czole perlił się pot. Po plecach spłynęła mu zimna strużka, zapewne jakaś pozostałość śniegu, w który rzucił go Zayden, wpadła pod kołnierz kurtki i stopiła się.
Levi się nie bał, ale nie można było powiedzieć, że był spokojny – ten wieczór mógł zakończyć się różnie, a on nie miał żadnej pewności co do tego, na które zakończenie z tych możliwych finalnie padnie. Nie miał też na to większego wpływu i był zmuszony, tak dosłownie, jak i w przenośni oddać się w ręce Zaydena, co także mu się podobało, bo Levi nie lubił nie mieć wpływu na swój los.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Jej spojrzenie osiadło miękko w twardej sylwetce funkcjonariusza, otulając go zielenią, w której od kilku nocy wzburzony chaos rozsiewał większy mętlik i siarkowe plamki przy tęczówce. Jego siła i niezłomność, bezczelnie pociągająca pewność siebie za każdym razem sprawiała, że Noor jednocześnie pilnowała się bardziej i ulegała chwilom. Zayden ją znał, wiedział kim jest i z czym się mierzyła i jeśli jeden sekret mógł ją złamać, to oddała mu go w ręce dawno temu. W dniu, kiedy ją uratował.
OdpowiedzUsuńJego wizyta tutaj była pewna, a kobieta nie potrzebowała obietnic, ani słowa zapewnienia, że przyjdzie. A gdy przychodził, zawsze było miło w ten sposób, który przełamywał schematy narzucone zasadami. Bez wstydu i oczekiwań, bez zasad, obietnic i złudzeń choć to wszystko było jej bliższe, niż mogłaby i chciała przyznać.
Wiedziała, że Zayden potrafił odczytać więcej, niż mówił i to właśnie ta jego zdolność dawała jej pewność, że jej ukryte emocje możliwe nie pozostaną na długo w ukryciu. Odwróciła spojrzenie na moment, zerkając na parujący kubek z ziołowym naparem, po czym znów spojrzała na niego, uśmiechając się lekko, z jasnym błyskiem w oczach.
- Nie powinieneś kazać mi tyle czekać - odpowiedziała słodko, psotnie, upomnieniem jak nektar, lepkim i ciężkim, który miał wbić mu się pod ciało. Usta jej nie zadrżały w uśmiechu, a oczy pozostały czujne, nieruchome, dzielnie przyjmując ostre spojrzenie. Lubiła te oczy oglądać z bliska i czekała na moment, gdy zmierzy się z jego gniewem i siłą, której nic nie poskromi.
Sposób, w jaki musnął jej skórę, był delikatny, a zarazem do niego nie pasował. Nie okazywał troski, nie martwił się, nie przywiązywał przecież. Objęła palcami szczelniej gorący kubek bez odpowiedzi, pozwalając parzyć ceramice wnętrze dłoni. W powietrzu unosiła się mieszanka zapachów i cisza, a ona sama choć zdawała się być na skraju zmęczenia, choć oczy wciąż błyszczały jej intensywnym odcieniem innej zieleni, dzielnie trwała jak niewzruszony posąg.
- Potrafisz się martwić? O mnie? - spytała, budując szczelniej własny mur, który przysłoniła subtelnym, ciepłym uśmiechem i spojrzeniem, które obiecująco zatrzymało się na jego wargach. - Nie wyspałam się... - przeciągnęła ciszej bez powodu tej dręki, wysuwając dłoń, aby szczupłymi, zagrzanymi od kubka palcami objąć jego nadgarstek.
Noor miała swoje granice, rzadko chciała się otwierać i jej zmęczenie mogło być wynikiem czegoś więcej niż tylko braku snu. Sama jeszcze nie znalazła źródła, ale tutaj nie mogła o tym rozmawiać. Może mogliby kontynuować na górze, jeśli dziś też z nią pójdzie. Dlatego właśnie, mimo że jego dotyk był zaskakująco łagodny, nie zamierzała pozwolić tu naruszać własnej przestrzeni. Mimo wszystko był funkcjonariuszem, a ona Radzie nie ufała.
Czy to nie właśnie było jej specjalnością? Ukrywała słabości i zmęczenie pod maską i udawała, że wszystko jest w porządku, nawet wtedy, gdy myśli krążyły wokół czegoś bardziej... ciężkiego. Gdy coś się działo zbyt blisko. Uśmiechnęła się szerzej, puściła go, czule muskając opuszkami jeszcze brzeg dłoni, jakby dzieliła się z nim sekretem, którego inni nie powinni znać. Ich sekretem. Przyglądała mu się jeszcze chwilę, a jego spojrzenie choć chłodne i stanowcze, miało w sobie coś bardziej niepokojącego, coś, co wywoływało w niej odrobinę ochoty i zawsze przynosiło dreszcz. Wiedziała, że potrafił odczytać więcej, niż się wydaje, i to właśnie ta wiedza czyniła go jeszcze bardziej dla niej niebezpiecznym. Pozwoliła mu poznać się zbyt dobrze i chociaż mogła powiedzieć, że nie zna odpowiedzi, to on potrafił z niej przecież czytać. Była pewna, że rozumie jej język.
Oparła dłoń na szklanej ladzie, uniosła kubek do ust i powoli sączyła gorący napój, pozwalając prześledzić oczom jego sylwetkę. Gdy przychodził do apteki, wychodził innymi drzwiami. Wolała gdy od razu stawał w tych drugich.
- Czego dziś potrzebujesz? - spytała łagodnie, chcąc wedrzeć się w jego pragnienia i je spełnić. Gdy on będzie zadowolony, zadowolona będzie przecież i ona.
Noor ✨
Służbowo raczej niczym.
OdpowiedzUsuńAurora uniosła brew w odpowiedzi na słowa mężczyzny. Wcale, ale to wcale nie podobał jej się uśmiech demona, który kiełkował teraz na jego twarzy. Przystojnej, atrakcyjnej i na pewno przyciągającej nie tylko kobiece spojrzenia, ale sama Rory chwilowo nie była w nastroju, aby zachwycać się urodą mężczyzny, który bezpardonowo i bezczelnie lustrował jej sylwetkę wzrokiem. Czuła na sobie jego spojrzenie, bo to zdawało się ją parzyć, ale ani drgnęła. Mógł więc dostrzec, jak zacisnęła jedynie mocniej usta, układając je w wąską, prostą linię. Bez cienia uśmiechu, który zwykł dodawać jej buzi czaru. Uroku, któremu też niejeden nie mógł się oprzeć, a który nie miał nic wspólnego z tymi urokami, które rzucała bądź ściągała z biednych nieszczęśników.
A Zayden był jednym z nich.
I to właśnie ta myśl sprawiła, że w końcu się uśmiechnęła. Nie promiennie i nie radośnie, bo tego typu uśmiech o lat nie pojawiał się na twarzy czarownicy. Kąciki ust nieznacznie uniosły się ku górze.
— Jeśli chcesz zaprosić mnie na randkę, nie musisz bawić się w podchody — zauważyła, przechylając lekko głowę. Och, Rory Nielsen była więcej niż świadoma atutów swojej urody i choć ostatnie lata dość mocno odcisnęły piętno na jej sylwetce, gdy głodowała więcej niż dotychczas, tak nadal pozostawała po prostu atrakcyjna. — Ale nie sądzę, abym się zgodziła — dodała, przygryzając lekko dolną wargę i palcem wskazującym dźgnęła swój policzek. — Za mało się starasz i jesteś niemiły — stwierdziła, w ogóle nie będąc poważną, choć na taką starała się teraz kreować. Lekki uśmiech nie był jednak ani przychylny, ani sympatyczny, a wielobarwne spojrzenie pozostawało chłodne i pełne dystansu.
Drgnęła natomiast, gdy dostrzegła na podłodze jego cień. Cofnęła się, choć niepotrzebnie, bo cień nagle zniknął. A czarownica przeniosła spojrzenie z podłogi na demona i pokierowana tym, gdzie spoglądał, znowu zerknęła na klientów.
Nie lubiła zagadek, które nie miały sensu, a ta właśnie jej się tak rysowała.
— Nie znam powodu, dla którego ktoś mógłby na mnie skarżyć — zauważyła, wchodząc jednak w tę grę, choć na swoich zasadach. I jak nieco była zdziwiona, że Ward nadal pozostawał w barze, gdy niewątpliwie czekały na niego pasjonujące obowiązki funkcjonariusza. — Ale niech zgadnę… — odezwała się, a pociemniałe z irytacji oczy zwróciły się w kierunku Zaydena. Pozwoliła sobie na to, aby wyjątkowo uważnie prześledzić jego oblicze i dotarło do niej, że nie zmienił się nic przez te wszystkie lata. To z kolei wzmogło grymas pojawiający się na jej twarzy. Bo ona miała starzeć się podobnie do tego, jak starzeli się ludzie. Może odrobinę później, wolniej i nie tak boleśnie, ale nie miała być nieśmiertelna ani przesadnie długowieczna.
— Któremuś nalałam zbyt dużo pianki? A może temu w czapce z daszkiem… — Brodą skinęła w stronę stolika, gdzie siedziała czwórka mężczyzn w podobnych strojach. Kto na bogów, w taką zimnicę, chodził w czapce z daszkiem? — Nie sprzedałam piwa na zeszyt?
I znów spojrzała na Warda, tym razem krzyżując ręce przy piersiach. Owszem, w bezwarunkowym odruchu obronnym.
Rory Nielsen
Demon do nikogo nie należał, do nikogo sie nie przywiązywał i na nikogo nie czekał. Wiedziała kim jest Zayden i jak bardzo może na niego liczyć, a jednak kolejne słowa sprawiły, że jej twarz stężała i coś ciemnego drgnęło w jej oczach. Nie czekała, bo nadal nie wiedziała, jak bardzo może mu ufać i oddać siebie. Nie mylił się, znał jej naturę, a jednak wciąż jej nie rozumiał.
OdpowiedzUsuńJego słowa zawisły w powietrzu jak niewidzialne nici, które miały połączyć ich na te wieczór jeszcze raz. Noor odłożyła kubek na blat, a jej spojrzenie, choć pełne zmęczenia, błysnęło delikatnym zrozumieniem i ukrytym pragnieniem, aby mu pomóc. Cudze spełnienia ją syciły, dodawały jej energii i niezależnie od tego, czy była w tym szlachetność, czy egoizm, nie odmawiała sobie podobnych przyjemności. I dzisiaj również mu pomoże, na tyle sposobów, na ile będzie potrzebował i na ile zdoła mu ulżyć.
Obeszła ladę i podeszła do niego między regały, obserwując go z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się tak bezpośredniego zwrócenia się w takiej sprawie. A może chodziło o to, że nie sądziła, że cokolwiek jest w stanie mu zaszkodzić, bo w jej oczach wydawał się nietykalny i niezniszczalny. Przez chwilę milczała, stając blisko i lustrując jego ciało, jakby chciała dostrzec wszystko już teraz przez ubrania. Zastanawiała się, czy podzieli się z nią tym, czego naprawdę potrzebuje, czy też zachowa to dla siebie, żeby ,podobnie jak ona zwykle robiła, chronić własne słabości.
- Mam chyba coś... - powiedziała cicho, odsunęła się od regału, przy którym stał Zayden i kucnęła, aby sięgnąć do jednej z szuflad ukrytych pod najniższą półką sąsiedniego bliżej lady. - To specjalny proch, który przyspiesza gojenie się ran i łagodzi ból. Nie jest to najnowsza formuła, ale działa niezawodnie - wyjaśniła, wyciągając niewielki słoik z białobłękitnym półprzezroczystym drobnym pyłem.
Stanęła znów prosto przy demonie i zerknęła na jego twarz, jakby wciąż niepewna... Ale chyba nie mógł jej teraz testować dla Rady, prawda? Podniosła naczynie do oczu, jakby sprawdzając, czy nadal zawartość jest w odpowiednim do użytku stanie.
- To nie wszystko - zastrzegła i podała mu w dłoń słoiczek, po czym stanęła tyłem do drzwi, jakby chciała to sobą zasłonić, nim Zayden schowa proszek do kieszeni. - To nie jest zwykły opatrunek i sam nałożony na oparzenia nic nie zrobi. Ma w sobie składniki, które nie powinny istnieć, Zay, ale potrzeba czegoś jeszcze. Ja... tego nie powinno być - ściszyła głos do szeptu lekkiego jak tchnienie wiatru o poranku. Ryzykowała. Dla niego. Jeśli ktoś dowie się o tym... jej jutro nie będzie. I jego też może nie być. Miała na zapleczu sporo rzeczy sprowadzanych poza spisem z zewnątrz, ale to... To istniało z czegoś, co nie miało prawa się narodzić nigdy.
Noor pochyliła się nad nim, zbliżyła rękę do jego ramienia, delikatnie, niemal niezauważalnie, jakby sprawdzając, czy może mu zaufać, jakby potrzebowała czuć, że to nadal on. Opuściła powieki, odetchnęła głebiej i przytrzymała dłoń na materiale zimnej kurtki, naciskając opuszkami. W tym momencie czuła, jak napięcie opada z jej ciała, a w jej twarzy pojawia się odrobina łagodności. Zamek w drzwiach trzasnął, lokal został zamknięty a światła przygasły. Gdy uniosła powieki, zieleń błyszczała dziko, a siarki było więcej niż zwykle, jak to bywa przy tych sztuczkach.
- Sam tego nie użyjesz... To zaboli. Chodźmy na górę - powiedziała powoli, proponując nie tylko pomoc, ale i ciche zrozumienie. Kolejny punkt w ich układzie.
Noor ✨
[A jaki on jest piękny! Ja jestem zachwycona, a Tove... już całkowicie. :) Wydaje mi się, że Zayden to jest taki typ, który wzbudzałby w Tove wiele różnych emocji, od fascynacji aż po niepokój, dlatego byłoby naprawdę miło móc coś z Wami napisać i przetestować ją na wielu płaszczyznach. :) Miałabym pomysł na relację, wobec tego odezwę się na mailu i zdradzę, co chodzi mi oraz mojej Tove po głowie. :) Dziękuję bardzo za powitanie!]
OdpowiedzUsuńTove
Skomplikowana, pełna niepewności i niedopowiedzeń relacja między nimi, pozostawała zanurzona w atmosferze subtelnej gry pozorów. Noor chroniła siebie, nie burzyła murów, pozostawała głucha i ślepa na wiele tego co wokół a nawet blisko, a Zayden... zawsze był w jakimś stopniu nieosiagalny. Czuła przy nim niepokój, choć gasił jej pragnienie bliskości już wiele razy, ale nigdy nie pozwalał jej zapomnieć, jak wiele ich dzieli. Nigdy nie pozwolił jej się odsłonić i naprawdę zbliżyć, a Noor nie starała się go oswoić. Wydawało się to niemożliwe. Demon pozostawał dziki, oddany tylko samemu sobie i układ, który mieli mógł przynieść jej tylko chwilę wytchnienia i bezpieczeństwo. Ona w zamian oddawała mu wszystko co miała i czego aktualnie chciał, bo jego spełnione pragnienia, karmiły ją siłą i tej demonicznej strony wyzbyć się nie mogła.
OdpowiedzUsuńAle czy nie czekała? Czy nie zostawiała otwartych drzwi do mieszkania na górze? Czy nie pozwalała sobie na więcej czułości? Miękła, zrzucając przed nim swój pancerz na choć kilka chwil, choć zawsze wznosiła go z powrotem i szczelnie domykała wokół siebie. Miała wrażenie, że mimu upływu lat, pozostają sobie obcy, bo zbyt się boją siebie, ale nie umiała ani z tego zrezygnować, ani go odsunąć. Chciwie wyciagała po niego ramiona, gdy był blisko i gdy patrzył na nią tak, jak nikt inny nie potrafił.
Ruszyła schodami w górę, powietrze w aptece powoli za nimi stygło, zostawiając ciszę i ciemność jako znaki jej nieobecności. Milczała, nie mówiąc nic póki nie dotarli na piętro. Jesli on pytał i chciał rozmawiać, mogła mieć pewność, że nikt ich nie podsłuchuje, a jednak wolała się jeszcze wstrzymać, nim nie zamknie za nimi drzwi na zasuwkę. Zrzuciła krótkie botki zaraz za progiem i przejęła od niego kurtkę, wieszając ją na haczyk, który on sam kiedyś przywiercił jej w ścianie. Smukłe palce w niemej czułości ześlizgnęły się po gładkim materiale i gdy Noor odwróciła się do demona, jej oczy pozbawione już siarki, znów zielone, biły łagodną troską. To nie była gra, bo w dziewczynie, w całym jej chaosie, tliło się tyle samo dobra, co piekielnego dziedzictwa i to pożerało ją najmocniej.
- Możesz nie wyjść do rana o własnych siłach... możesz zostać na noc - powiedziała spokojnie, a choć głos jej nie zadrżał, była w tym przestroga otulona zmartwieniem. Nie był obcy i nie odsuwała się od niego. Nie chciała, aby on się odsuwał od niej.
Nie odrywała oczu od jego twarzy, jakby bała się spojrzeć na tors i popękane ciało. Widziała to już i nie umiała pozostać wtedy spokojna. Poruszona, w pewnym sensie już złamana, była chaotyczna, niepomocna, nieprzydatna i słaba. Noor nie chciała się bać i nie chciała być właśnie taka... rozemocjonowana, roztargniona i zbyt ludzka.
Odetchnęła głebiej i podeszła blisko, zatrzymując sie przed demonem. Zacisnęła odrobinę usta, a wiedziała, że on to wszystko widzi, czuje, dostrzega to, do czego Noor sie nie umie od razu przyznać. Przyzwyczaiła się.
- To wszystko jest niepewne i wymaga ostrożności. Nie chcę, żebyś potem żałował tej decyzji - zaznaczyła i odchyliła się nieznacznie, zerkając na niego z ukosa, ale nie odsunęła się, choć w jej twarzy pojawiło się napięcie. - Jeśli chodzi o skutki, to są... nieprzewidywalne. Może pojawić się coś więcej niż tylko fizyczne blizny, zanim sam się ich nie pozbędziesz. Może koszmary, albo iluzje, wizje na jawie.... coś czego jeszcze nie umiesz przeskoczyć sam - przyznała cicho, niepewna, jak to wyjaśnić. Odpowiedź była niejasna, bo to było niełatwe i nieuchwytne.
Zamilkła na chwilę, patrząc mu prosto w oczy. Stała z zadartym podbródkiem, gdy wyciągnęła dłonie i chwyciła go z wyczuciem, obejmując nadgarstki. W tym spojrzeniu była jakaś prośba, aby nie pytał i jej zaufał.
Usuń- Nie zostaniesz sam - zapewniła, kierując się do łazienki. Tam mała wanna, wąska pralka i toaleta nie dawały zbyt wiele miejsca, ale to wystarczyło, a ona nie potrzebowała więcej. - Potrzebujesz krwi kogoś, kto nie chce twojej zguby, Zayden i dopiero wtedy twoje poparzenia się zaleczą - wyjaśniła, wskazując by zajął sobie jakieś miejsce. W jej słowach brzmiała determinacja, która zdradzała, ile dla niej znaczy i jak bardzo gotowa jest mu pomóc. Nawet jeśli go nie znała i nie była w stanie zaufać. Nawet jeśli on nie ufał jej. Ale on dał jej bezpieczeństwo, a ona nie umiała mu dziękować inaczej niż przychodząc, gdy jej potrzebował.
Stanęła w progu i oparła się ramieniem o framugę. Brak snu zbierał okrutnie żniwo, ale nie była jeszcze tak słaba, by się wycofać. Myślała o tym, czy ma w mieszkaniu dość ostry nóż... gdy jej spojrzenie zatrzymało się na dłoniach Zaydena. Przełknęła ślinę i spuściła oczy na własne nadgarstki.
- Jak namacalny potrafi być twój cień? - spytała krótko, tak cicho, jakby wcale nie chciała pytać. Na dole mówiła mu, że to zaboli, ale nie chodziło tylko o niego.
Noor ✨
Baldwina lubiła zimno, lubiła, gdy jej palce marzły i robiły się zimne, kiedy mrowiły i drętwiały. W ten dziwaczny sposób przekonywała samą siebie, że wciąż żyje i że wciąż czuje – głos, który zawsze syczał jej do ucha, że jest jedynie kupą mięsa, która gnije od środka, bez serca, bez duszy, był jej największym wrogiem, a najdziwniejsze było, że jego brzmienie było tak podobnie do jej własnego głosu.
OdpowiedzUsuńPilnowała się jednak, aby to, co się działo w jej głowie, nie było widoczne. Miała więc zawsze łagodną twarz, bladą i naznaczoną licznymi jasnymi piegami, nie było zmarszczek ani żadnych innych oznak tego, że była cholernie popsuta. Zresztą, gdy głos cichł, Baldwina wcale się tym nie przejmowała. Śmiała się, chichotała, uśmiechała się i robiła miny, bo tak naprawdę przestało jej zależeć – jeśli była popsuta, jeśli czuć od niej było rozkładem, słodko-mdlącym odorem, to trudno, a gdyby ktoś zwrócił jej uwagę, powiedziałaby, że testuje niszowe perfumy o wyjątkowym zapachu. Taka właśnie była; dziwna w swoich decyzjach, czynach, osobliwa, choć nigdy nie w pracy.
Być może dlatego dogadywała się z Zaydenem. Oboje traktowali sprawy urzędowe bardzo konkretnie, zadaniowo, nie chodziło jedynie o obowiązek, a o jakiś cel. Ona, będąca w miasteczku od prawie samego początku, widziała w swoich zadaniach coś, co pozwalało azylowi przetrwać – to myślenie, że jest potrzebna, dawało jej poczucie, że naprawdę coś znaczy, nawet jeśli ostatecznie łatwo byłoby ją wymienić, nawet jeśli była jedynie trybikiem w wielkiej maszynie, którą uruchomiono dawno, dawno temu. To się nie liczyło. Baldwina miała swoje miejsce, cel, dbała o mieszkańców i czule podchodziła do pierwszego spotkania, gdy musiała nałożyć runy ograniczające moce. Nie zawsze było to przyjemne i proste. Niektóre istoty próbowały się buntować, inne błagały, a i znalazło się kilka osób, które proponowały jej układy i składały obietnice. Była jednak nieugięta, a pod troską i cierpliwym podejściem kryło się w jej fioletowych oczach coś chłodnego, coś, co nie cierpiało nieposłuszeństwa.
Cała jej egzystencja w azylu różniła się od tego, kim była, zanim trafiła do miasteczka. Najpierw przyjęła rolę przeklętego dziecka, które zostało obwinione o całe zło, potem została uczennicą Kościeja, a gdy przebiła jego serce, przejmując jego tożsamość, stało się dla niej jasne, że nigdy wcześniej nie była tak samotna. Nawet jeśli w wiosce ją bito, opluwano i przeklinano, to zawsze było to jakieś towarzystwo. Nie przeszkadzała jej wtedy brutalność ani przedmiotowe traktowanie, nie przejmowała się wymuszeniem ani gwałtownym odebraniem tego, co było w niej niewinnego, bo sądziła, że to jedyny sposób, aby poczuć czyjeś ciepło. Jakże była wtedy żałosna.
Teraz się to zmieniło. Była Baldwiną Heart, dobrą urzędniczką, miłą sąsiadką i nieśmiało zaczynała myśleć, że da się ją lubić, że jej dziwaczne oczy, białe włosy, porcelanowy wygląd – że to koniec końców nie ma znaczenia.
Jej mieszkanko było małe, ale przytulne, wystrojem przypominając namiot cygańskiej wiedźmy i rosyjskie salony. Dywany na ścianach, stare meble, kryształowe żyrandole. Baldwina naprawdę lubiła to miejsce; uwielbiała swoją kuchnię, w której zawsze unosił się zapach cynamonu, salon, który zawalony był poduszkami, książkami, ubraniami i włóczkami, zawsze ciemną sypialnię i łazienkę, w której stała stara żeliwna wanna.
Sięgnęła po klamkę i otworzyła, wbijając fioletowe oczy w sylwetkę demona. Zawsze wydawało jej się to trochę zabawne, że Zayden prawie idealnie wypełniał framugę – było w tym coś osobliwego. Baldwina była niska, drobna, a przede wszystkim w całej swojej koszmarności pozostawała biała, czysta jak świeży śnieg, który Zayden jeszcze chwilę temu strzepnął ze swoich ramion.
Stanęła w drzwiach w swojej zwykłej nocnej, białej halce, którą zasłaniał ciemny sweter, niedbale pozapinany i powyciągany w niektórych miejscach. Jasne włosy Baldwiny, zazwyczaj związane, były rozpuszczone i sięgały niemal do bioder – były jak pajęcze niteczki, błyszczały i wydawały się niezwykle kruche; między pasmami ukrywał się czarny pająk, który czasem wędrował po kosmykach. Była boso, zahaczając w miejscu stopą o stopę, choć wcale nie było jej zimno.
UsuńWymruczała ciche mhm, a potem wyciągnęła ręce do jego twarzy, dotknęła delikatnie policzków i obróciła lekko jego głowę, a jeden z jej palców zsunął się, aby musnąć puls pod skórą demona. Czasem witała się w ten sposób, gdy nie wiedzieli się dłużej – osobliwy rytuał, który musiał mieć swój początek i koniec, aby Baldwina nie czuła natrętnego swędzenia w palcach.
— Spodziewaj się niespodziewanego — odparła cicho, uśmiechając się lekko. Zabrała ręce od jego twarzy zaraz potem, gwałtownie, szybko, jak oparzona i wymamrotała krótkie przepraszam, choć Zayden doskonale zdawał sobie sprawę z jej dziwactw. Gestem wpuściła funkcjonariusza do środka, a potem zamknęła za nim drzwi, przez chwilę stojąc w miejscu.
— Napijesz się kawy? — spytała, prowadząc Warda w stronę małej kuchni. Było tam przyjemnie ciepło, w powietrzu unosił się zapach wanilii i ciasta, a w tle grały stare, ludowe rosyjskie piosenki, puszczane z gramofonu w salonie: Ach, ty moja zorzo, zorzo jasna ponad borem, znowu mnie omylił twych promieni blask. Piekarnik świecił, a w środku widniała blaszka z ciasteczkami maślanymi: jedne z białą czekoladą, inne z gorzką, a niektóre z suszonymi owocami i migdałami.
Baldwina Heart
Noor nie pozwalała się zbliżać do siebie nikomu, obawiając krzywd, które mogłyby sprowadzić z powrotem strach, który dławił i ból, którego nie dało się zapomnieć. Czuła zbyt mocno nie tylko to co przyjemne, ale wszystko to co dotykało zbyt głęboko i szarpało wnętrze duszy. Bo miała ją i to wszystko psuło. Mury jakie wokół siebie wzniosła już wiele lat temu, były mocne, trwałe i wysokie, ale nie zmieniały tego, kim była i nie chroniły przed tym, by nie dosięgały ją zwykłe, ludzkie tęsknoty i marzenia za niedoścignionym. Stała na krawędzi wrażliwości i potrzeb, na granicy tego co słuszne i niemożliwe, lawirująca między tym, czego sama pragnie i pokusami tego co jest wokół. Nosiła maski, dopracowane do perfekcji, słodkie, niekiedy kuszące, niewinne i zwodnicze, subtelnie uwodzące bez krzyku i bez przesadności, bo przecież wiedziała, że jeden uśmiech za dużo i może pomieszać komuś zmysły.
OdpowiedzUsuńZayden był w jej życiu od kilku lat, a jego zniknięcie byłoby mocno odczuwalne, bo przy nim część jej masek opadała. I zauważyłaby jego brak niemal od razu, rozumiała więc, że w swojej dwoistej emocjonalnej naturze, wbrew dystansowi, który wciąż pielęgnowała, znaczył dla niej więcej niż ktoś obcy. Bardzo możliwe, że znaczył dla niej dużo więcej, niż ona dla niego, bo przecież nie miała złudzeń i oczekiwań, że poza układem, miałby zamiar coś dla niej zrobić, lub zaufać. Teraz ta sytuacja była dla niego nieporozumieniem, ale Noor poczuła to głebiej.
Spuściła oczy, nabierając krótki wdech i znów spojrzała na jasne, nagie nadgarstki, zamykając powoli dłonie i opuszczając ręce wzdłuż ciała. Pomyliła się i być może demon tego nie dostrzegł, ale dla niej to co powiedziała i jak to powiedziała, czekając odpowiednią chwile, by nikt im nie przeszkodził, jasno zdradziło jej troskę; może zbyt otwarcie i zbyt bezpośrednio odsłaniając tę delikatniejsza i wrażliwą stronę aptekarki. Tę, która nadal nie mogła spać, a niekiedy uciekając przed koszmarami, budziła się cała zgrzana i roztrzęsiona przed świtem. Nie tylko to zresztą, a wszystko, do czego nie była w stanie się przyznać głośno.
- Wiem o tym, ja po prostu... - przyznała łagodnie, znów zawieszając spojrzenie na jego twarzy i przerywając, gdy poczuła to opanowanie i spokojną pewność siebie, jaką emanował niezmiennie. Jak mogła mu zaufać i się odsłonić, gdy był jak głaz?
Pokonała dzielący ich niewielki dystans. Kącik ust jej drgnął i uśmiechnęła się delikatnie, pozwalając by w jej oczach znów zatlił się blask, gdy na niego patrzyła. Nieprzypadkowo pozwoliła zetknąć się swojej dłoni z jego biodrem, gdy zadarła podbródek i lekko przechyliła głowę, a miękkie pasma musnęły ja po policzku i szyi, jakby tymi niewinnymi ruchami próbowała ukoić również jego. Mimo że był funkcjonariuszem, to był te sam Zayden, którego przecież spotkała lata temu i dzieki któremu była tu dziś bezpieczna. Może sama powinna mu bardziej zaufać, niż się odgradzać, ale z tym nie próbowała nawet walczyć.
- Pokaż mi wszystko, co potrzebuje moich rąk. - Odezwała się miękko. - Zrobię dokładnie to, o co prosisz - powoli skinęła głową i obrzuciła uważnym spojrzeniem jeszcze raz peknięcie na mostku i całą umięśnioną sylwetkę demona.
UsuńUniosła ostrożnie dłonie i miękkie, chłodne opuszki musnęły skóre pod krawędzią rany na torsie. Widząc jak jego mięśnie się spinają pod tak lekkim dotykiem, odsunęła się, przewijając w głowie zapas specyfików które ma tutaj, w mieszkaniu. Nie chowała wszystkiego w jednym miejscu, zręcznie przestawiała cenne towary i zmian dokonywała regularnie, pamiętając o z zamówieniach i pytaniach klientów, których imion nie chciała znać. Dbała o porządek i to, by nigdy niczego nie zabrakło, a raporty i rozliczenia się zgadzały, ale zwracała uwagę, by zostawić też coś dla siebie jako zabezpieczenie. Zatem i w aptece i w jej mieszkaniu i kilku miejscach chowała specjalne towary - te na sprzedaż i nigdy nie spisane z wypraw łączników i nie było sensu teraz udawać, że jest grzeczną dziewczynką. A gdyby Zayden o tym nie wiedział, na pewno tak długo nie trzymaliby się razem i może też dlatego miał na nią oko. I dlatego tu przyszedł, co sam przyznał.
Jeśli Noor miała do czegoś wyjątkowy talent poza tym, co przyniosła jej natura, to do unikania kłopotów zaraz po tym, jak się w nich znalazła. Wycofywanie i wyjścia awaryjne same ją odnajdywały, jeśli nie były to sztuczki magiczne, w których się gubiła, jak iluzje w tunelach, gdzie ostatnio się spotkali. W tej chwili z kolei Zay mógł to obserwować z bliska, bo aptekarka wycofała się z roli zatroskanej uzdrowicielki i kogoś komu zależy, aby zająć się obejrzeniem ran, sporządzeniem odpowiedniego preparatu na gojenie i opatrzeniem tego, co nosiło ciało Warda.
Stanęła w progu łazienki, ale ostatecznie skierowała się w kierunku przechodniego pokoju do kuchni, gdzie była kanapa z krzesłami i niska długa ława. Jeśli nie będą brudzić krwią, tam będzie im wygodniej. Zdjęła przez głowę bluzkę, zostając w dopasowanej koszulce na ramiączkach i miękkich jeansach, zrzuciła po drodze botki i niższa o te kilka centymetrów bez obcasa, choć nagle stała się drobniejsza, nie zmieniła się siła w jej aurze. Odrzuciła długie gładkie pasma na plecy i wskazała mu, aby się rozsiadł.
- Potrzebuję chwili, znajdę coś - dodała, wchodząc do małej kuchni, aby oprzeć się mocno o blat, wspiąć na palce i sięgnąć do najwyższej półki w wysokiej szafce, gdzie za kakao i płatkami owsianymi miała kilka niepozornych, ale cennych słoiczków.
Noor ✨
Dziwactwa Baldwiny były różnorakie. Czasem chodziło o to, że nie lubiła jeść innym widelcem niż tym konkretnym, niekiedy sprawdzała wszystko po dokładnie sześć razy, a zdarzało się, że liczba ciasteczek musiała być parzysta, inaczej jej nie smakowały. Dotknięcie twarzy Zaydena wiązało się więc z dziwactwem, bo w ten sposób upewniała się, że demon wciąż żył. Czuła pod palcami jego puls, ciepło jego skóry i to świadczyło o tym, że Ward naprawdę tutaj był, a Baldwina doskonale wiedziała, co jest w stanie zrobić jej umysł, jak czasem się z nią bawił, tworząc cienie i ludzkie, powykrzywiane twarze w ciemnych syczących zakamarkach. Poza tym jednak jako kościej umiała wyczuć, gdy coś było nie tak – magiczne zmiany, klątwy czy urazy.
OdpowiedzUsuńW tych swoich dziwactwach była dość śmiała, ale szybko przychodziło też opamiętanie. Zdarzało jej się już przepraszać za bardziej onieśmielające rzeczy, szczególnie gdy Zayden bez żadnego zawahania zaglądał w jej oczy i uśmiechał się kącikiem ust. Wtedy nie wiedziała, czy miał ją za szaloną, czy może pozwalał jej to robić, bo czuł wobec niej współczucie albo coś innego, gorszego. Ale czy mogłaby podejrzewać demona o coś tak złożonego?
Baldwina nie pomyślała o sąsiadach ani o plotkach, które mogłyby wyniknąć z całej tej sytuacji. Nie zrobiła też niczego złego, po prostu dotknęła jego twarzy, pogłaskała gorącą skórę, upewniła się, że idealnie pulsował pod opuszkiem jej palca… Poza tym i tak pewnie niektórzy szeptali między sobą o tym, że funkcjonariusz Zayden Ward odwiedza urzędniczkę Baldwinę Heart późnym wieczorem, a potem tam zostaje i nie wiadomo, co robią. Było w tym coś zabawnego, choć jeszcze nikt jej o to nie zapytał. Może nie znalazł się żaden odważny, który wprost rzuciłby: Co cię łączy z funkcjonariuszem Wardem? Wtedy Baldwina musiałaby odpowiedzieć: To nie twoja sprawa. Heart wychodziła bowiem z założenia, że jest zobowiązana do tłumaczenia się jedynie przed Radą – była starym bytem, skomplikowanym, a to sprawiało, że niekiedy nie miała ochoty mówić o sobie i swoich pobudkach, bo jedyne, co się liczyło, to tylko to, że dobrze wykonuje swoją pracę.
— Zdecydowanie nie umiesz w komplementy, Zayden. Mógłbyś powiedzieć: ładnie wyglądasz, Baldwino albo po prostu niczego nie komentować — mruknęła, ale uśmiechnęła się pod nosem i znów trąciła stopą drugą stopę.
Baldwina lubiła nosić się dziewczęco i często ubierała się w biel; wybierała sukienki, spódnice, sweterki. I nie chodził o to, aby się wyróżnić, a o to, że nikt nie mówił, co powinna zakładać – długo zajęło jej zrozumienie, że w miasteczku nie było nikogo, kto zażądałby od niej tego typu posłuszeństwa. W wiosce, w której się urodziła, chodziła w brudnych łachmanach, z Kościejem nie ubierała się wcale lepiej, ale to wśród dziwadeł przyszło jej się zmierzyć z presją. Kostium musiał być obcisły i dobrze podkreślać drobną sylwetkę.
Gdy Zayden potwierdził, że napije się kawy, wyjęła z dolnej szafki, tej, która nigdy do końca się nie domyka, niewielki, nadpalony na brzegach tygielek. Wsypała kawę wolno, z wyczuciem, dokładnie tyle, ile zajęło jej policzenie do dziesięciu w myślach. Ziarna były mielone drobno, wyglądały niemal jak pył. Zalała je zimną wodą, zamieszała raz w lewo, raz w prawo, a potem postawiła naczynie na palniku wysłużonej kuchenki.
— Mhm, kiedy to powiedziałeś, poczułam, jakby było Boże Narodzenie… i jakbyś przyszedł tutaj zamiast Świętego Mikołaja — powiedziała, dzieląc się z nim tą dziwaczną myślą. — Ja przygotowuję kawę i ciasteczka, oczekując, że tym razem dostanę jakiś fajny prezent, a ty… ty zostawiasz pustą szklankę, talerzyk i okruszki.
Wpatrywała się w kawę, mieszając, a gdy piana zaczęła się podnosić ku krawędzi naczynia, zdjęła tygielek w odpowiednim momencie. Rozlała napój do ciężkich, wyszczerbionych filiżanek.
UsuńOdwróciła się do niego, gdy zdjął z siebie kurtkę i przewiesił ją na oparciu krzesła. Baldwina lubiła swobodę w jego ruchach, to, że wcale nie próbował udawać, że nie znał tego miejsca – bywał tutaj dość często. Był świadomy tego, że dolna szafka się nie domyka, bo Baldwina nie chce nic z tym zrobić, wiedział, że kilka pająków żyje w kuchennym kącie, tuż obok okna, i że nie wyjdzie stąd bez ciasteczek czy czegokolwiek słodkiego.
Postawiła każdą z filiżanek na specjalnym talerzyku z malowidłem kur i słońca – dziwaczny obrazek, ale Baldwina lubiła tę zastawę. Była stara, zapomniana, ale wciąż działała, a Heart nienawidziła wyrzucać rzeczy, które wciąż spełniały swoje zadanie. Dawała więc im drugie życie, często doszukując się w przedmiotach duszy.
Dodała do swojej kawy łyżkę cynamonu, zamieszała i upiła łyk. Kawa miała w sobie coś mocno gorzkiego, ale przede wszystkim korzennego – uwielbiała ten smak. Potarła paznokciami krawędzie filiżanki, zahaczając o jeden z ubytków. Baldwinie wcale to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie.
— I dobrze, że przyszedłeś. Musisz przymierzyć rękawiczki — odezwała się, wbijając w niego swoje fioletowe oczy, choć zrobiła to krótko, jakby patrzenie demonowi w twarz było bardzo, bardzo trudne, a potem spuściła wzrok do jego rąk.
Baldwina Heart
Pozostałą na komisariat drogę pokonali w zgodnym milczeniu. Levi nie mógł już paplać, a raczej mógł, ponieważ ani Zayden, ani Harris nie zdecydowali się go zakneblować, ale stracił na to resztki ochoty. Wyczuł, że gdyby nie przestał mówić, Harris byłby gotów wcisnąć mu do ust cokolwiek, nawet własną pięść, żeby go uciszyć, szczególnie po tym, jak młody Ackermann chlapnął o ziołowej nalewce. I bynajmniej nie zrobił tego, aby sprzedać Harrisa przed Wardem, ot, po prostu mówił to, co ślina akurat przyniosła mu na język, a o nalewce pamiętał tylko dlatego, że nie tak dawno, kiedy wrócił do domu, Harris i Thatcher siedzieli przy kuchennym stole i to ten drugi utyskiwał na to, że skończyła im się flaszka, więc wiadomość o nowej powinna go ucieszyć, a na pewno rozochocić.
OdpowiedzUsuńTymczasem rozochocić mógł się co najwyżej Zayden, który zyskał cenną informację, jaką mógł wykorzystać przeciwko koledze po fachu, gdyby zaszła taka konieczność. Tym sposobem Levi zupełnie niechcący przysłużył się własnej sprawie, bo jeśli Harris miał coś na Zaydena, to wypadało, aby także Zayden miał coś na Harrisa. Szkoda tylko, że gdzieś w tym wszystkim znalazło się także miejsce dla kotołaka.
Wprowadzony na komisariat Levi pozwolił sobie na zachowanie milczenia, gdyż teraz, bardziej niż jeszcze przed przekroczeniem progu, każde jego słowo mogło zostać użyte przeciwko niemu. Nie podobało mu się, że Zayden został przy okienku, podczas gdy Harris prowadził go w głąb budynku, ale nie mógł niczego na to poradzić. Trafił w ten sposób do pokoju przesłuchań, gdzie zajął miejsce na odsuniętym dla niego przez funkcjonariusza krześle, acz z rękoma skrępowanymi na plecach siedziało mu się niewygodnie.
Harris rwał się do zadawania pytań, ale Zayden nie kazał długo na siebie czekać. Nim Levi uniósł głowę, do czego skłonił go odgłos zamykanych drzwi, poczuł przyjemny luz na nadgarstkach. Na Warda popatrzył, już rozmasowując przeguby palcami, chcąc pozbyć się tego nieprzyjemnego wrażenia zaciskających się na ciele obręczy, bo było to tylko wrażenie – na jego skórze nie widniały żadne ślady.
Pozwolił dwóm funkcjonariuszom porządkowym trochę się między sobą poprzepychać i nie pchał się pomiędzy nich, póki ich uwaga nie została skierowana ponownie na niego. Levi łypnął posępnie najpierw na jednego, potem na drugiego, po czym pochylił się i oparł przedramiona o blat stolika, przy którym został posadzony. Chciał zacząć od przecież już mówiłem, że… i otwierał właśnie usta, żeby to zrobić, ale finalnie poprzestał na głębokim nabraniu powietrza, co pozwoliło mu raz jeszcze przemyśleć odpowiedź. Nie miał żadnego dobrego wytłumaczenia, a musiał mieć, tak na wszelki wypadek, gdyby przedstawienie jego i Zaydena nie wywarło odpowiedniego wrażenia na skromnej publiczności w osobie Harrisa.
— Chciałem najpierw wstąpić do domu — podjął, posiłkując się tym samym argumentem, co wcześniej. Nie patrzył przy tym na żadnego z mężczyzn, a na własne kciuki, którymi powoli kręcił młynka. — Ojciec radzi sobie na wózku doskonale, ale ostatnio boli go kręgosłup. Czasem tak bardzo, że nie potrafi podnieść się z łóżka i przenieść na wózek lub odwrotnie. Jak mogą się panowie domyślić, niczym przyjemnym jest tak utknąć, szczególnie, kiedy trzeba do toalety — mruknął i to Harrisowi rzucił wymowne spojrzenie, po czym kontynuował. — Z ojcem było w porządku, zostawiłem mu coś przeciwbólowego i wyszedłem. Byłem akurat w drodze do apteki, Noor pilnie czeka na jeden składnik do leku, kiedy zatrzymał mnie pan Ward — powiedział i na tym mógłby poprzestać, ponieważ reszta tej historii była dobrze znana każdemu z obecnych w pokoju przesłuchań, jednak słabym punktem tej opowieści było to, że do tej apteki wybrał bardzo, ale to bardzo okrężną drogę i zarówno funkcjonariusze, jak i on sam zdawali sobie z tego sprawę.
— Chciałem dobić kroki — rzucił i podniósł lewe przedramię, przez co rękaw zimowej kurtki zsunął się trochę, a oczom funkcjonariuszy ukazał się staromodny, nakręcany zegarek, bo przecież smartwatche w Azylu nie działały, a to one zliczały kroki. — Mam ustawiony wysoki cel — dodał lekkim tonem, a na jego twarzy zamajaczył uśmiech, który mówił, że Levi dobrze wiedział, jak bardzo był w tym momencie bezczelny.
UsuńMusiał takim być, skoro Harris czytał z mowy ciała. Bycie bezczelnym nie było dla Ackermanna niczym nowym i bardziej podejrzanym byłoby, gdyby pozostawał potulny i ugodowy. Nie ułatwiał tym Zaydenowi zadania, chociaż… Jeśli uwaga Harrisa skupi się na nim, a nie na koledze z pracy, to na Warda nie padną niewygodne podejrzenia i ten będzie miał możliwość więcej zdziałać w niejawnej obronie Leviego, prawda…?
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Baldwina w ogóle nie wątpiła w jego ogładę, po prostu nie mogła powstrzymać się od tego komentarza, a może chodziło o to, że faktycznie wyglądała nieco zbyt… intymnie, żeby pić kawę i jeść ciasteczka w towarzystwie dorosłego mężczyzny, który zapewne zauważał pewne kobiece aspekty jej osoby. I to nie tak, że nie czuła się kobieco, wręcz przeciwnie, ale inaczej było, gdy stało się przed kimś w swobodnych ubraniach, a nieco niezręcznie robiło się, kiedy miało się białą halkę i sweter. Było jednak już późno, a Baldwina nie wstydziła się aż tak, aby przeprosić i ubrać coś bardziej odpowiedniego. Poza tym sądziła, że Zayden musiał widzieć w swoim długim życiu o wiele bardziej fikuśne stroje.
OdpowiedzUsuńUśmiechała się, gdy stwierdził, że nie musiał mówić o tym, co oczywiste. Wydało jej się to całkiem zabawne, a kiedy zapewnił, że zawsze wyglądała ładnie, zamrugała dokładnie trzy razy i zerknęła w jego stronę z ukosa, patrząc wszędzie, tylko nie w jego oczy. Nie, kontakt wzrokowy bywał zbyt dziwny, zbyt intymny. Zmarszczyła lekko swój mały nos, jakby zastanawiała się, co odpowiedzieć, jak zareagować.
— Więc możemy uznać, że oboje mamy szczęście. Ty, bo możesz mnie podziwiać, i ja, bo znalazł się ktoś, kto stanął tak blisko, aby mnie zauważyć… to jest… hmm, rzadkie — odparła, jednocześnie nieco się drocząc, a nieco się wstydząc, jakby flirtowanie, choć nawet nie wiedziała, czy mogłaby to tak nazwać, było czymś pysznie zakazanym i nieodpowiednim. Mimo to nie czuła się, jakby robiła coś złego, to drobne napięcie w słowach, ukryty przekaz w sylabach. Tak, to dlatego lubiła rozmawiać z Zaydenem. Był… inny w sposób, którego nie umiała nazwać.
Czuła jego wzrok i wcale jej to nie przeszkadzało. Miała małe, szczupłe i zwinne palce zakończone paznokciami, o które dbała. Nie było w niej nic, co mogłoby wywołać obrzydzenie, choć niekiedy intensywnie o tym myślała, a kiedy to robiła, wracały do niej wspomnienia tego, jak odrażającą istotą była dla wieśniaków; nie chodziło o jej osobliwy wygląd, ale o to, co ze sobą przyniosła, rodząc się. Wtedy wierzono, że jest powodem wszystkich nieszczęść w wiosce, ale tutaj, będąc w azylu, nie działo się nic złego, nic, co byłoby jej winą. Może tak naprawdę wcale nie była przeklęta?
— Biorąc pod uwagę to, kim jesteś, powinieneś być bardziej krampusem, ale zdecydowanie nie wyglądasz jak pół koza, pół demon — mruknęła z lekkim rozbawieniem, a potem omiotła jego twarz i głowę wzrokiem, jakby upewniała się, czy absolutnie nie ma rogów. Zresztą doskonale pamiętała jego rysy; miał odpowiednio wysokie czoło, gęstą linię włosów, dobry nos, maksymalnie zarysowaną żuchwę i twardy kark.
— Ale… chyba wolę towarzystwo krampusa pokrytego popiołem, wokół którego tańczą cienie, niż grubaska w czerwonym ubranku — dodała, a gdy wspomniał o prezentach, wyrwał jej się cichy śmiech. Zasłoniła usta palcami, jakby lekko zawstydzona własną reakcją. — W porządku, następnym razem napiszę list.
Podciągnęła kolana do swoich obojczyków i oparła o nie brodę, wpatrując się w piekarnik. Jeszcze chwila, a ciasteczka powinny być gotowe. Baldwina delikatnie poruszała palcami u stóp, nucąc pod nosem idealnie ton w ton za muzyką puszczaną z gramofonu. W świetle słabej jarzeniówki, otoczona przez starą tapetę, wysłużone meble wyglądała jak postać z abstrakcyjnego obrazu, była punktem centralnym niezależnie od tego, gdzie się znajdowała w tym małym, zagraconym mieszkanku – białe włosy, biel w rzęsach, biel pod skórą.
Baldwina lubiła dziergać. Nauczyła się tego pomiędzy występami, gdy jeszcze tańczyła na szarfach w cyrku. Wtedy najczęściej siadywała w kącie, skulona, niewidoczna, i robiła coś, by zająć nie tylko ręce, ale i przede wszystkim głowę. Oczko za oczkiem. Dziergała wolno, bez pośpiechu. Dokładnie. Uwielbiała to uczucie, gdy gruba, szorstka wełna przesuwała się między jej palcami z cichym szelestem, a druty stukały miarowo, znajdując swój rytm.
UsuńWstała z miejsca, gdy wyłapała idealny moment, aby wyciągnąć ciasteczka. Zbliżyła się do piekarnika, wyłączyła urządzenie i otworzyła – żar buchnął w jej jasną twarz, sprawiając, że mimowolnie się uśmiechnęła. Poczuła zapach ciasteczek i czekolady, masła i rodzynek. Sięgnęła po jedną ze ścierek, owinęła nią swoje dłonie i bez pośpiechu wyciągnęła blaszkę, przyglądając się wypiekom.
— Wiesz, podobno jak się nie spieszy przy piecu, to rzeczy same wiedzą, kiedy są gotowe. Tak jak te ciasteczka. — Złapała jedno, te najładniejsze, i ułożyła je na talerzyku w czarne kropki, a potem podała Wardowi.
Odwróciła się, aby sięgnąć po inne ciastko i nadgryzła je lekko. Przytrzymała dłoń pod brodą, gdy posypały się okruszki, i zabrała językiem ślady czekolady z dolnej wargi.
— Może powinnam dodać więcej cukru? — mruknęła, choć nie było pewne, czy sugeruje to samej sobie, czy może pyta o opinię Zaydena. — Weźmiesz kilka ze sobą, prawda? — Tym razem zwróciła się prosto do niego, wbijając wzrok w jego stopy i nogawki spodni, które zaczynały schnąć.
Baldwina Heart
— Każdy by się ucieszył — skwitowała krótko radość, o której wspomniał, a której nie było po nim widać. I szczerze wątpiła, aby kiedykolwiek pokazał jej, jak bardzo się cieszył. Był jednak demonem, może miał ogonek, którym mógłby pomerdać? Była tutaj tylko miesiąc, a doskonale wiedziała, że demon nie był równy demonowi i ich ludzkie powłoki nie zawsze były idealne, choć Zayden Ward niewątpliwie wyglądał, jak ideał. Nie zamierzała, rzecz jasna, go o tym informować, bo i tak zapewne każdego dnia spoglądał w lustro, pusząc się do własnego odbicia.
OdpowiedzUsuńI znowu uniosła brew, nadając swojej twarzy więcej niż wyraz zniesmaczenia, gdy okazywało się, że Zayden w ogóle nie brał jej zdania pod uwagę. Zamrugała. Powoli. Kilka razy i ciężko westchnęła. Rory faktycznie nie miała problemu z tym, aby mówić bezpośrednio. Nie lubiła owijania w bawełnę, fałszu i kłamstw, bo w tych taplała się przez ostatnie jedenaście lat. Tutaj, w Last Salvation, miała w końcu możliwość być sobą, a że nie każdy przepadał za jej szorstkim charakterkiem i krzywym uśmiechem, to nie było jej problemem. Aurora nie bez przyczyny była, jaka była. Życie jej nie oszczędzało i kto, jak kto, ale Ward mógł mieć o tym blade pojęcie. Spotkali się pięć lat temu i poza tym, że Rory nieco wydoroślała, to niewiele się zmieniła. Była podobnie dzika i gotowa do ucieczki, choć teraz zmuszała się do tego, żeby pozostać w miejscu, co też nie było łatwe.
— Skoro tak… — odezwała się w końcu, wcale, ale to wcale nie godząc się z jego decyzją, a jedynie z tym, że weszła w jego grę i zamierzała ją kontynuować. — Niech będzie wyjątkowo romantyczna. I niezapomniana. Postaraj się, Ward — jego nazwisko niemal wywarczała, w ogóle nie kontrolując tego, jak brzmiał jej głos. Kolejny kufel trafił do jej ręki i kolejny raz wykonywała tę samą czynność – czystą, bawełnianą ścierką wycierała pospiesznie jego wnętrze i polerowała zewnętrzną część ścianki. Zmywarka, którą – dzięki bogom znanym i nieznanym – posiadali na zapleczu, zostawiała okropne smugi na szklanych naczyniach.
Nie odpowiedziała na jego kolejne pytanie. Skoro przyznała, że sprzedawała na zeszyt, bo taki panował tutaj zwyczaj, nie zamierzała tego powtarzać. Nie była pewna, czy to jej milczenie i skupienie na trywialnej czynności sprawiło, że Zayden opuścił bezpieczne, przynajmniej dla niej, miejsce po drugiej stronie lady i postanowił przekroczyć fizyczną barierę, czyniąc przy tym wiedźmuchę kompletnie odsłoniętą.
Metr siedemdziesiąt pięć ubogiej w tkankę tłuszczową, a właściwie to stosunkowo wychudzoną sylwetkę – Aurora dopiero tutaj zaczęła odżywiać się stosunkowo zdrowo i wystarczająco kalorycznie, aby nabierać masy, oblekały proste, nie wyróżniające się ubrania. Ciemnoszary top z długimi rękawami, teraz wywiniętymi do połowy przedramion, i okrągłym, niezbyt głębokim dekoltem wsunięty był w czarne, dopasowane do długich nóg jeansy. Roboczym obuwiem były znoszone, czarne trampki bez żadnych emblematów mogących świadczyć o markowości i ich pochodzeniu. Aurora nie nosiła biżuterii, a jedyną błyskotką był prosty łańcuszek z niewielkim medalikiem. Okrąg z białego złota, na którym wytłoczono kwiatowy wzór układający się w półksiężyc. Każdy z takich medalików ozdobiony był kamieniem szlachetnym, niewielkim, niemal niewidocznym. Jadeit miał być kamieniem mocy Aurory, lecz w tym wypadku, tutaj w azylu, okazywał się zbędny.
— Za mało się staram i jestem niemiła? — powtórzyła po mężczyźnie. — Doprawdy? — Pozwoliła sobie unieść brew. — Kpisz sobie ze mnie, funkcjonariuszu? — Nie kryła drzemiących w niej emocji: irytacji, złości i niezrozumienia. — To nie jest miejsce dla ciebie, wracaj na drugą stronę — dodała, stojąc teraz bokiem do baru, a więc przodem do pochylającej się nad ladą męskiej sylwetki. — Dopóki jestem miła… — mruknęła, bo nie podobało jej się to, jak demoni pomiot naruszał jej przestrzeń.
Krótkie zerknięcie na gościa w czapce tylko spotęgował grymas na jej bladej twarzy.
— To jakieś bajki — odparła, nie siląc się już nawet na spokój. — Był tak najebany, że ledwo stał na nogach, naprawdę miałam sprzedać mu kolejne piwsko? — spytała. — I skoro zamówił drinka, to logiczne, że rozcieńczyłam gorzołę sokiem. Mógłby nauczyć się pić, a nie donosić, bo prędzej czy później doprawię mu… — urwała, zaciskając mocno wargi. Tak, aby powstrzymać samą siebie, nim powiedziała zbyt wiele. — Jesteście pojebani, jeśli zakładacie kartoteki, dlatego, że ochlejmordzie ktoś nie sprzedał alkoholu. A teraz, wypierdalaj zza tego baru, Ward — dodała i zarzuciła ścierkę na ramię, żałując, że żaden ze znajdujących się w lokalu mężczyzn nie zechciał podejść do baru, kiedy przestrzeń Rory zawłaszczył sobie funkcjonariusz.
UsuńRory Nielsen
Nigdy nie mówiła o sobie zbyt wiele, może nie chciała, a może nigdy nie było odpowiedniego momentu, żeby faktycznie obnażyć w jakiś sposób swoją przeszłość. Poza tym, najważniejsze, nie chciała zanudzać Zaydena tym wszystkim, bo miał lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie historii, która działa się wiele, wiele lat temu. Nie było w tych opowieściach niczego magicznego, ładnego, raczej zimnego i okrutnego, ale to Baldwina zrozumiała po jakimś czasie.
OdpowiedzUsuńNiekiedy jednak zastanawiała się, czy jej życie wyglądałoby inaczej, gdyby urodziła się gdzieś indziej. Czy wtedy też miałaby swoje dziwactwa? Czułaby to nieustające mrowienie pod skórą, które sprawiało, że niektóre rzeczy musiały być zrobione?
Baldwina nie miała pojęcia, czy to flirt, czy może rozmowa w krótkie, ale smaczne niedopowiedzenia. Było w tym coś niezwykłego, coś, co sprawiało, że mimowolnie się uśmiechała, bo Ward ją znał i najprawdopodobniej wiedział o niej więcej, niż myślała. Poza tym miał oczy i widział ją jako Baldwinę Heart, jako nieustający biały punkt, który zawsze majaczył gdzieś w pobliżu, wciskając mu ciastka czy pytając o to, jak minął mu dzień. I chyba to było tutaj tak niezwykłe, bo Baldwina, wobec tego, co robiła jako urzędniczka i tego, kim była, rozdawała normalność i namiastkę ciepła.
Pewnie gdyby była śmielsza, to powiedziałaby, że wolałaby jego towarzystwo, że lubiła, gdy po prostu był. Nie musiał nikogo ani niczego udawać, nie musiał niczego udowadniać ani się pilnować. Baldwina miała naturę akceptacji rzeczy bez nadmiernego analizowania. Zazwyczaj więc przyjmowała za prawdę to, co ktoś chciał jej pokazać i nie próbowała przebić się przez mury obronne, choć czasem miała wiele pytań. Dlaczego? Kiedy? Jak? Po co? Znała więc Zaydena Warda zarówno jako funkcjonariusza, jak i demona – akceptowała więc jego funkcję w miasteczku i naturę, której nie dało się oszukać. Zresztą jej także było bliżej do diabła, choć w jej przypadku bycie sobą wydawało się bardziej skomplikowane.
Zerknęła przez kuchnię, omiotła wzrokiem korytarz i wbiła wzrok w ciemne drzwi od sypialni. Zayden wiedział o tym, że trzymała swoje serce pod łóżkiem, że było tam, ciemne, niebijące, ale żywe. Żyła wystarczająco długo, żeby czasem pomyśleć o tym, aby je przebić, ale czy to cokolwiek by zmieniło? Nie przerażało jej zniknięcie samo w sobie, traktowała to jak coś naturalnego, ale… kto wtedy dziergałby Wardowi rękawiczki? Kto karmiłby go ciasteczkami? Ta głupia myśl zawsze ją nawiedzała, gdy wślizgiwała się pod łóżko, ale sprawdzić swoje serce. Była tutaj potrzebna. Jeśli nie Zaydenowi, to azylowi – i taka też chciała się czuć.
— Usłyszałam to kiedyś od kogoś, może teraz twoja kolej, żeby przekazać to dalej? — rzuciła swobodnie, wcale tego nie oczekując.
Zerknęła w jego stronę, gdy przejął talerzyk z ciasteczkiem; dokładnie przyjrzała się, jak jego palce łapią naczynie, jak się ustawiają. Palec obok palca, ładnie, bez pośpiechu – chwyt był pewny. Kolejne dziwactwo. Jej wzrok przesunął się wyżej, omiatając nadgarstek, tę śmieszną wystającą kosteczkę, a potem uciekł w górę, aż do ramienia.
Zamrugała wolno, kiedy z jego ust padło pytanie, a ona przez moment po prostu trzymała spojrzenie utkwione w jego szyi, w poruszającym się jabłku Adama.
— Nigdy mnie nie smakowałeś. Skąd wiesz, że jestem słodka? — spytała z lekkim poruszeniem, choć w jej głosie słychać było tę delikatną nutkę napięcia, która sprawiała, że Ward mógł być pewien, że doskonale wiedziała, co robił i że jej reakcja jest prawdziwa, naturalna.
— Też tak myślę — dodała, również niemal od razu, jakby rozganiając poprzednie słowa. Uśmiechnęła się delikatnie, słysząc jego kolejne słowa. — Oczywiście, że tak. Magia pojawiających się i znikających ciasteczek.
Wzięła jeszcze jeden kęs, a potem odłożyła ciastko. Wytarła ręce w pobliską ścierkę i gestem kazała Wardowi poczekać, po czym opuściła kuchnię, aby znaleźć parę niedokończonych rękawiczek. Były w ciemnym kolorze, we wzory układające się w pajęcze nici i drobne, nieregularne znaki, które – jeśli ktoś dobrze się przypatrzył – przypominały raczej układ kości dłoni niż jakikolwiek znany ornament.
Usuń— Podasz mi rękę? — spytała, podchodząc bliżej. Stanęła, a raczej wcisnęła się między nogi Warda, a gdy wyciągnął do niej dłoń, obejrzała ją dokładnie. Musnęła paznokciem każdy z palców. — W wiosce, w której się urodziłam, mówiono, że ręka wie wcześniej niż głowa. Wtedy nie do końca miałam pojęcie, co to oznacza, ale teraz wiem, że najnaturalniejsze reakcje to takie, których nie jesteśmy w stanie przemyśleć. Reagujemy szybciej, niż pojawia się myśl o tej reakcji.
Złapała za jego palec wskazujący.
— Ten palec oznacza wolę, gniew lub kierunek losu, a jeśli drży lub jest zimniejszy od reszty, zgubiłeś swoją drogę. Wskazujący zawsze chce uciec pierwszy — mówiąc to, dzieliła się z nim zabobonami, które głęboko w niej drzemały. Delikatnie schwyciła środkowy palec, głaszcząc jego bok. — Natomiast ten, gdy jest długi i smukły, ale i sztywny, sugeruje, że dźwiga się więcej, niż powinno. Ten palec zawsze ma ciasno, zawsze jest w towarzystwie.
Przyłożyła rękawiczkę, robiąc przymiarkę. Zaraz potem obdarzyła uwagą palec serdeczny:
— Ten opowiada o więziach, obietnicach. Vena amoris. Połączony z sercem miłością. Ten palec mierzy się na końcu. Inaczej się obraża.
Uśmiechnęła się delikatnie, zostawiając palec serdeczny, aby przejść do małego.
— Mały palec opowiada o kłamstwie, dzieciństwie, sekretach. Jeśli jest słaby lub krzywy, przeżyło się coś, co okazało się fałszywe, niegodne lub było jedynie piękną bajką. Najmniejszy palec zawsze mówi najwięcej.
Zamilkła, przyglądając się jego palcom, dotykając i badając własnymi. Jego ręka była większa, cieplejsza, miała w sobie kolor – ten kontrast sprawiał, że Baldwina obserwowała tę bliską, kolorową grę z uwagą. Ocierające się o siebie linie papilarne, paznokieć zahaczający o paznokieć.
Baldwina Heart
Jako kobieta, która nie ma złudzeń ani nadziei, przyzwyczaiła się do jego obecności i zaufała mu w kwestii swojego bezpieczeństwa. Dla niej on był po prostu takim stałym punktem w życiu, kimś kto nie rzuca słów na wiatr i kto w swojej prostocie i szczerości daje poczucie stabilności. Nie oczekiwała od niego emocjonalnych uniesień czy głębokiej troski, bo wiedziała, że to nie leży w jego naturze, i nie zamierzała go za to oceniać. Nie chciała również, aby się dla niej zmieniał. Zawsze był sobą, a Noor przyzwyczaiła się do tego, że jego świat jest inny niż jej, bez zbędnych udawanych gestów i fałszywych słów. Wiedziała, że może na niego liczyć do pewnego stopnia, bo jego sposób bycia zapewniał jej bezpieczeństwo, którego nie znajdywała u innych. Nie potrzebowała od niego więcej, bo wiedziała, czego się spodziewać, i to jej wystarczało. W tej relacji nie oczekiwała niczego więcej niż tego, co mieli: prostoty, szczerości i pewności, że to co ich łączy, ma swoje miejsce i swoją wartość. Ufała mu więc, częściowo i z pewną rezerwą. Nie otwierali wzajemnie drzwi do swoich światów, ale nigdy im to nie przeszkadzało. A jej nie przeszkadzało, ile demon o niej wie i jak wiele ona nie wie o nim, choć zawsze z tyłu głowy pamiętała, kim jest i przed kim raportuje.
OdpowiedzUsuńOna pozwalał mu zrzucić z siebie napięcia, które w nim drzemały. On pozwalał jej się poddać sile, której nie rozumiała. Potrzebowali siebie, a może zwyczajnie chcieli, więc trwali już kilka lat blisko w układzie, który obojgu dawał korzyści. Bez obietnic, choć niekiedy Noor lubiła wpatrywać się dłużej z naiwnością w jego ciemne, płonące spojrzenie kiedy przestawał ją całować. Polegali na sobie w tych intymnych chwilach bliskości i te pokusy wyzwalały ich na kilka euforycznych chwil. Noor wtedy zapominała, co w sobie więzi, a Zay... on ulegał jej czułości, jej pragnieniu i jej żądzom, odbijając je niczym lustro. To były chwile wolności, gdy powietrze smakowało jego żarem i jej potem, a skóra rozgrzewała się jakby posypał ich własnym popiołem. I uwielbiała to równie mocno, jak niekiedy wycofywała się, unikając wnikliwych spojrzeń Warda. Bo nawet wtedy, z nim, pozostawała sobą - istotą nieokreśloną, rozrywaną na dwa bieguny.
- To oczywiste, Zay, jesteś w końcu najgorętszym facetem w okolicy - powiedziała łagodnie i miękko, odsuwając pudełko z suszoną żurawiną, aby sięgnąć to, co stało z tyłu. Był demonem, bandaż się spali, a zioło zwiędnie przy jego ranie, ale wiedząc, z jaką naturą ma do czynienia, umiała dobrać odpowiedni składnik.
Była odrobinę speszona i czuła się głupio tym, co mówiła wcześniej, jak się zachowała... ale on akurat powinien to zrozumieć, równie dobrze znając ją. Emocje poniosły ją zbyt daleko. I nawet jeśli już dawno przestała się tym aż tak przejmować, to nadal się przejmowała i to chyba nigdy sie nie zmieni.
Nie bała się pokazać funkcjonariuszowi, że trzyma w domu leki i składniki do ich tworzenia. Tych brakowało w inwentaryzacji aptecznych zapasów, ale to nic, bo gdyby jutro o świcie przybyła kontrola na przeszukanie i zarekwirowanie tego, co tu znajdą po anonimowym donosie... Noor umiałaby wybrnąć. Zawsze potrafiła spaść na cztery łapy, choć z kotem miała wspólnego tylko tyle, że lubiła jeść ryby, była giętka i unikała niechcianego dotyku.
Podparła się obydwiema dłońmi o blat szafek, kiedy nie sięgała i wskoczyła kolanami na górę, a po chwili musiała lekko pochylać głowę, aby nie stuknąć czołem o lampe pod sufitem, bo zwyczajnie na szafki weszła, by dostać się wyżej. Wyjęła wąską, małą butelkę i drugą podobnych rozmiarów i obróciła się w stronę bruneta. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, w niemej prośbie, aby pomógł jej zeskoczyć, choć wcale pomocy nie potrzebowała i gdy podszedł bliżej, kiedy nawet nie zdążył jej jeszcze dosięgnąć, zaśmiała się cicho i zeskoczyła, lądując przy nim. Złapała go jeszcze w krótkim locie pewnie za rękę i obróciła się wokół własnej osi, kładąc ją sobie na ramieniu. Miał przyjemnie ciepłe ręce, lubiła je czuć na swojej wychłodzonej skórze.
Usuń- Mam zamiar się tobą dobrze zająć, więc potrzebuję, abyś był grzeczny i pozwolił się dotykać tak, jak ja dzisiaj potrzebuję - oznajmiła bardzo dumna z siebie, że może dzisiaj trochę się nim rządzić i użyć słów właśnie w takim dwuznacznym i psotnym tonie. Zwykle bywało inaczej.
Noor była niewyspana i zmęczona, może dostrzegł to już wcześniej, ale starała się, aby nie było widać za bardzo, jak męczy ją bezsenność. Zdecydowanie za wiele się ostatnio działo, ale nie chciała go zawieźć. On cierpiał, ale dzięki temu ona będzie mogła oderwać myśli od swoich koszmarów i na coś się przydać.
Podała mu dwa małe słoiczki, wzięła sama resztę. Poprowadziła go na kanapę i odwróciła się, skinieniem wskazując, aby usiadł. Sama rozłożyła składniki na blacie i wyciągnęła dłoń, aby podał jej to, co trzymał. Zerkała na te peknięcia z uwagą, gdy zaczęła odkręcać najpierw jeden, a potem kolejno każdy z pojemników.
- Może piec... tak myślę - stwierdziła, zdejmując po chwili małą gumkę do włosów z nadgarstka i zwinęła kosmyki w niski kok, związując je luźno nad karkiem. W każdym upięciu jej buzia wydawała się jeszcze drobniejsza, śliczna, a oczy większe. - Chcesz się napić? Mam rum - zaproponowała, uznając, że to całkiem dobry pomysł.
Noor
Baldwiny wcale nie obchodziło to, co szlachetne. Nie była kimś, kto mógłby kogokolwiek oceniać. Wcześniej – gdy była jedynie przeklętym dzieckiem – liczyło się tylko to, czy ktoś jest dla niej miły. Nie oczekiwała wiele. Właściwie to, że nikt jej nie kopnął ani nie opluł przejawiała za jakiś akt sympatii, co było cholernie złe i spaczone. Bo jak mogła być wdzięczna za okazaną w ten sposób litość, skoro wieśniacy lepiej traktowali zwierzęta nią ją? Szlachetność więc była dla niej pojęciem elastycznym i zapewne, gdyby Zayden opowiedział jej o wszystkim, czego dokonał, powiedziałaby: „Zrobiłeś to, co musiałeś”. Teraz oboje byli w innym miejscu, tu, w azylu, w małym miasteczku, które miało swoje problemy i sekrety.
OdpowiedzUsuńNigdy jej nie smakował, ale Baldwina nie zastanawiała się, dlaczego tego nie zrobił. Może nie była w jego typie? A może miał kilka innych powodów, które by to wyjaśniały? Nie miała pojęcia, ale wiedziała, że Zayden jest częścią czegoś większego, jakimś elementem tego, co sobie tutaj zbudowała. Lubiła te ich niedopowiedzenia, rozmowy, które czasem ciągnęły się jak miód, a niekiedy były szybkie, ledwo zaczęte, a już urwane. Poza tym nie chodziło o seks, a raczej o to, co stałoby się po tym. A co, jeśli oboje stwierdziliby, że było okropnie? Dobry seks dało się zaakceptować, wytłumaczyć, ale zły?
Nie przeszkadzała jej bliskość, Zaydenowi też chyba nie, skoro jej od siebie nie odsunął, a pozwolił jej stanąć w ten sposób, pomiędzy jego nogami, ale była drobna, zmieściła się tam. Bycie małym miało w sobie więc kilka zalet. Kiedy dołączyła do dziwadeł, szybko odkryła, że aby jeść, musi pracować, więc szybko nauczyła się, jak radzić sobie z szarfami i bólem. Wyginała ciało, zmuszała się do wysiłku, a to wszystko z porcelanowym grymasem, który ani trochę się nie wykrzywiał – szarfy dawały jej w jakiś sposób wolność, ale też sprawiały, że czuła się bardziej odkryta.
Odchyliła się delikatnie, gdy złapał jej dłoń, a potem przesunął kciukiem po zewnętrznej stronie jej małego palca. Było to niespodziewane, ale nie niechciane. Obserwowała, jak opuszek Zaydena dotyka jej skóry, wprawiając ją w drżenie.
— Było kilka — odpowiedziała. Wiedział, że nie spojrzy mu w oczy, bo unikała tego typu kontaktu, ale teraz, gdy był tak blisko, musiał zauważyć, że jej gałki oczne delikatnie pulsują. Był to jeden z objawów albinizmu, który nie utrudniał jej życia, bo nie była zwykłą dziewczyną. Mutacja genetyczna po prostu dała jej inny, wyjątkowy wygląd. Gdy jej oczy pulsowały w ten sposób, fiolet delikatnie się rozmazywał i widać było czerwoną poświatę.
— Zazwyczaj miały koszmarne zakończenie. — Zahaczyła paznokciem jego paznokieć, a potem pokazała mu swoją drugą dłoń i palce, wskazując, że dwa z nich były nieco krzywe, choć trzeba było się dobrze przyjrzeć. — To pamiątka po złamaniu. Pamiętam, że wtedy występowałam, byłam wysoko w górze, ale szarfy zostały źle przyczepione, jedna się urwała, a ja spadłam. Przez ponad dwa tygodnie nie mogłam tańczyć, więc nie było dla mnie jedzenia. Inne dziwadła się nade mną litowały… wiesz, ja nie mogę umrzeć tak po prostu, ale wciąż odczuwam pragnienie, głód… nienawidzę być głodna. Kiedyś, gdy żyłam jeszcze wśród wieśniaków, podkradałam jedzenie świniom, żeby napełnić czymś żołądek. Pewnie w oczach innych też byłam takim brudnym zwierzęciem, tylko że ze mnie nie było żadnego pożytku.
Pozwoliła mu dotknąć swoich palców, pamiątek po tamtym wypadku. Nie mówiła o tym ze smutkiem czy rozpaczą, raczej z akceptacją i odniesieniem się do faktów, ze zrozumieniem, że w tamtym momencie była warta mniej niż świnia w zagrodzie.
Usuń— Ale gdy wędrowałam z cyrkiem, kiedy występowałam, czułam się szczęśliwa. To było lepsze niż samotność, lepsze niż pogarda, której doświadczałam przez pół życia — dodała neutralnie, jakby mówiła o czymś, co jej nie dotyczyło. — A ty? Doświadczyłeś kiedyś głodu? I… czy kiedykolwiek w swoim długim życiu czułeś się szczęśliwy?
Baldwina Heart
Gdyby kiedykolwiek usłyszała o naturze Zaydena, zapewne najpierw zastanowiłaby się nad sobą. Jaka ona była? Zła? Neutralna? Jak ją widziano? Nie powiedziałaby w końcu, że jest dobra, że kieruje się owym dobrem, bo gdyby tak było, być może dostrzegłaby to zło w demonie, ale nie widziała niczego, co sprawiłoby, żeby obawiała się jego gestów, czynów czy wieczornych wizyt, podczas których pili kawę, jedli ciasteczka i rozmawiali – nie było żadnych oczekiwań, żadnych obelg, bicia, żadnego plucia. Może tak naprawdę w jej naturze leżało po prostu przetrwanie i zrozumienie. Świat zaczął się zmieniać, a Baldwina opuściła las, a potem trafiła do cyrku, przeżyła rzeź i dała się zamknąć w miasteczku, w którym poznawała siebie od nowa. Przez te wszystkie lata nie czuła się jednak inna, mądrzejsza czy bardziej doświadczona – może tylko już mniej rozglądała się za zagrożeniem, które mogłoby paść z każdej strony, gdyby nie była dość uważna.
OdpowiedzUsuńTe naginanie i łamanie, w którym Zayden był zapewne mistrzem, wcale jej nie umykało, ale Baldwina strategicznie milczała, bo to nie dotyczyło jej pracy. Ona zajmowała się runami, on miał pilnować porządku – i to właśnie robił. Nigdy nie zawiódł ani też nie zrobił nic, co musiałaby zgłosić gdzieś wyżej. Poza tym to, co widziała i słyszała poza godzinami pracy, należało do innej Baldwiny Heart, nie tej, która pracowała dla Ratusza.
Gdyby zadał jej pytanie, czy w ogóle rozważała taką możliwość, odpowiedź brzmiałaby krótko i enigmatycznie: to zależy. Baldwinie wydawało się, że czuje nieco inaczej, że to, co dla innych jest niewidoczne czy nieważne, ona doskonale dostrzega, że wychwytuje to, co dalekie, schowane. Pożądanie więc nie było dla niej jedynie nagłym przypływem ciepła pod skórą ani ślepym impulsem, który popychał ciało ku ciału. Było raczej drżeniem powietrza przed burzą lub katastrofą, napięciem między słowami, które nie padły. Nie chodziło o dotyk, choć potrafiła sobie wyobrazić ciężar męskich rąk śledzących krzywizny jej ciała, poznający biel tego, co ukryte pod ubraniami, a bardziej o świadomość bycia widzianą naprawdę. O to krótkie zawahanie w czyimś głosie, gdy odkrywał w niej coś niespodziewanego, o to pierwotne zaskoczenie, które wywoływało iskierkę. Jeśli w ogóle ktoś byłby w stanie przedrzeć się przez zgniliznę, którą w sobie nosiła. Dlatego odpowiedź „to zależy” była uczciwa. Zależało od spojrzenia, od ciszy, od tego, czy w tej ciszy kryje się obietnica, czy tylko ciekawość. Baldwina sądziła więc, że pożądanie bywało cieniem; czasem wydłużonym przez światło, a czasem ukrytym w mroku.
Obserwowała, jak swobodnie wsunął swoje palce między jej i zamknął jej dłoń w lekkim, ciepłym uścisku. Mimowolnie potarła opuszkami grzbiet jego ręki, odkrywając, że jego skóra w tym miejscu jest miękka i gładka.
— Muszę się do czegoś przyznać — powiedziała, gdy wspomniał o tym, że nie doświadcza już głodu, odkąd ją znał. Nieco mocniej ścisnęła jego palce w swoich. — Ja… nie karmię cię po to, żebyś nie był głodny. Po prostu lubię, kiedy jesz to, co zrobiłam.
Kiwnęła lekko głową, kiedy wspomniał o ludzkich duszach. Nie był to dla niej przerażające ani odrażające.
— Co potem działo się z takimi duszami? — spytała, po czym zadała kolejne pytanie, może zbyt szybko, może z niezdrową ciekawością: — Kiedy czułeś się spełniony?
Zerknęła w stronę jego palców, czując, jak prostują się pod jej dłonią. Przechyliła delikatnie głowę w bok, gdy zaraz potem jego palce znów się zacisnęły, wypełniając przestrzeń.
Usuń— Nie — odparła krótko. I być może nie pociągnęłaby tego dalej i zostawiłaby to bez komentarza, ale poczuła, jak w jej ustach pęcznieje od słów, które chciała głośno powiedzieć. — Wcześniej samotność zapewniała mi bezpieczeństwo, bo gdy nie było nikogo obok, nikt nie mógł podnieść na mnie ręki czy opluć… ale to wcale nie znaczyło, że nie tęskniłam za czyjąś obecnością. To paradoks: jednocześnie obawiać się czyjegoś towarzystwa i tego pragnąć.
Trąciła palcem jego palec, a po jej włosach poruszył się czarny pająk. Zwierzę przesunęło się po jej czole, dotknęło ucha i znów schowało się w długich pasmach.
— A co z tobą? Byłeś kiedyś samotny? — spytała cicho.
Baldwina Heart
Gdyby obraził się w momencie, w którym wyznała mu prawdę o ciasteczkach i innych wypiekach, uznałaby, że zrobiła coś źle. Poza tym byłoby to coś nowego. Raczej nigdy nie widziała obrażonego Zaydena. Zirytowanego? Zmęczonego? Tak, ale nigdy obrażonego czy poruszonego czyimiś słowami czy czynami w osobisty, pierwotny sposób, a tutaj – w małym, zamkniętym miasteczku – bywało, że robiło się niewygodnie. Nie każdy dobrze radził sobie z zasadami i przynależnością do miejsca, które czegoś wymagało i to egzekwowało.
OdpowiedzUsuńGdy powiedział krótkie, ale dobitne w porządku, kiwnęła lekko głową, jakby wchodziła z nim w jakiś piekielny, słodyczowy układ. I to dopiero było zabawne, bo nie chodziło o nic poważnego, mrocznego, a o kilka ciasteczek, które mu za każdym razem wciskała. Ale od teraz była to słodka tajemnica między nią a Zaydenem.
Baldwina była szczera, zazwyczaj mówiła wprost i nie bawiła się w żadne zmiękczanie. Przekaz miał być prosty i konkretny – miało to swoje plusy w pracy, którą wykonywała, bo jeszcze nikt nie zarzucił jej, że został przez nią okłamany lub zmanipulowany. Problemy w tym jej prostolinijnym podejściu, z dziwactwami i niezrozumieniem ludzkich sygnałów pojawiały się raczej w bliższych relacjach, choć i te nigdy nie był tak bliskie, aby Baldwina miała opory przed powiedzeniem nawet najokrutniejszej prawdy.
Nie pytała o te rzeczy, żeby dowiedzieć się czegoś konkretnego. Sama wymiana zdań z Zaydenem sprawiała jej przyjemność, nawet jeśli czasem nie prowadziła do żadnych nowych wniosków. Pytania były więc dla niej sposobem na podtrzymanie rozmowy i poznanie demona z innej strony – bo zapewne jakąś miał, wiedziała to. Nie mógł cały czas być funkcjonariuszem porządkowym Zaydenem Wardem, którego najlepiej unikać, a jak nie unikać, to chociaż nie robić czegoś, co byłoby uznane za wykroczenie. Baldwina sądziła, że Ward pasował do tej funkcji – miał w sobie coś twardego, niezachwianego i spojrzenie kogoś, kto nie waha się, aby zrobić to, co trzeba. Ale nawet najlepiej dopasowany mundur nie mógł przylegać do skóry bez przerwy. Pod nim, pod fortecą zbudowaną z zasad, układów, korzyści, musiał być ktoś bardziej skomplikowany, mniej jednoznaczny. I to właśnie ta nieznana warstwa interesowała ją najbardziej.
— A jak wyglądają takie dusze? — Z jej ust padło kolejne pytanie. — Czy widzisz je jako emocje? Strach, rozpacz… czy rozbijanie na emocje zawsze przynosiło tylko to?
Poruszyła palcami między jego palcami, czując pod opuszkami fakturę jego skóry.
— Myślę, że dobrze sobie radzisz jako funkcjonariusz porządkowy, ale to tylko funkcja, narzędzie do spełnienia, a nie spełnienie samo w sobie. Oboje wiemy, że jesteś czymś więcej niż narzędziem — skwitowała, bo przecież wiedziała, że jeszcze jakiś czas temu działał w azylu jako ściągający. Zamrugała naprawdę wolno, gdy oznajmił, że nigdy nie był samotny, a potem zareagowała dość spontanicznie: — To dobrze. Nie chciałabym, żebyś był samotny.
Dostrzegła jego spojrzenie, które uciekło za pająkiem. Nie odsunęła się, gdy Zayden sięgnął do jej włosów, aby obejrzeć zwierzątko, ale duch dobrze się ukrył. Wyłapała też ruch, kiedy jego palce przeciągnęły się po jednym z białych pasemek.
— O Limnarze? — Kiwnęła lekko głową i sięgnęła do swoich włosów, rozwarstwiła je, a pająk chętnie ozdobił jej palce. Przysunęła rękę bliżej Zaydena, aby mógł dokładnie zobaczyć czarne, zwinne zwierzątko, które teraz ani drgnęło. — To mój duch pogranicza. Związałam się z Limnarem, gdy żyłam w lesie jako kościeja. Kiedy się spotkaliśmy, nie był zbyt przyjazny. Zjadał ludzi, którzy gubili się w borze… było tam takie miejsce, gdzie wysoko wśród drzew wisiały kokony w kształcie ludzkich ciał. Nie wiem, co się stało, ale gdy go znalazłam, był martwy. Zrobiło mi się go szkoda, ale tamten las… był mój. Dlatego przyzwałam ducha Limnara, proponując, że w zamian za jego posłuszeństwo będę go karmić swoją krwią i skórą.
Limnar poruszył się lekko, wbijając szczękoczułki w jeden z jej palców.
Usuń— Chcesz zobaczyć jego prawdziwą formę? — spytała. W jej głosie dało się wyłapać czułość względem tego małego, jadowitego i niezbyt ładnego pajęczaka, o którym rzadko było jej dane rozmawiać. — Przez ograniczenie mocy nie mogę przyzywać Limnara tak często, jak kiedyś, dlatego najczęściej pokazuje się w formie pająka i wszystko obserwuje.
Trąciła pająka kciukiem, a wtedy przez kuchnię przemknął cień, a za plecami Baldwiny pojawiła się istota o sylwetce, której nie dało się przypisać ani człowiekowi, ani zwierzęciu. Z jej pleców wyrastały długie, nienaturalnie cienkie łapy, rozpostarte szeroko niczym pajęcze odnóża, wygięte w ostrych kątach. Każde z nich opierało się o podłogę z cichą, niemal ceremonialną precyzją. Czarne i lśniące, zdawały się nie mieć końca. Pośrodku tej upiornej konstrukcji wisiała ludzka sylwetka – wychudzona, z widocznymi żebrami, napiętą skórą, zwieszona bezwładnie, jakby przytwierdzona do kościstego rusztowania. Jej długie, ciemne włosy opadały ciężko, zasłaniając twarz wygiętą w przerażającym grymasie.
Limnar nie poruszył się. Nie biło od niego nic konkretnego, raczej zimna obojętność. Baldwina natomiast skurczyła się nieco w sobie, trochę zawstydzona obnażeniem swojego ducha pogranicza – nie wiedziała, jak Zayden zareaguje, czy nie stała się zbyt śmiała, pokazując mu to wszystko. Wbiła spojrzenie w podłogę, pocierając bosą stopę o drugą, a jej palce zaczęły skubać dół białej halki.
Baldwina Heart 🕷️
Brak głębi między nimi nie znaczył, że jej nie zależało. Noor czuła inaczej niż człowiek, choć bardzo cierpiała, będąc nim w połowie i o to obwiniała swoje rozdzierające rozterki dwoistej natury. Wszystko odbierała mocniej, bardziej, głębiej, wydarzenia rozpamiętywała dłużej, rozmowy odtwarzała częściej i wspominała to, co było nie przez chwile, a niekiedy latami. Korzenie wspomnień wiły się w niej długie i splatane, a skołtunione myśli uwierały, haczą o wrażliwe i jednocześnie zamknięte serce. Była trudna. Nie rozumiała samej siebie. Zayden nie mógł tego wiedzieć, bo choć uchyliła mu drzwi do swojego świata, one wciąż pozostawały ledwie lekko otwarte, a on nigdy nie wszedł głebiej. Nie potrzebował zaproszenia, ale najwidoczniej nie miał w sobie tych chęci, które kazałyby mu zatrzymać na niej spojrzenie na dłużej. Ale to nic, niczego nie żałowała, bo i tak to co jej dawał, pozwalało jej cieszyć się z tej znajomości. Tyle jej przecież wystarczyło.
OdpowiedzUsuńLubiła w nim to, jaki jest i kim jest, nie tylko w objętej roli funkcjonariusza. Niezłomna siła, chłodna pewność siebie, niepokój który siał i intensywność jaka go otaczała, to wszystko składało się w twardą skorupę Warda, a właśnie w tym bardzo mocno przypominał Noor jej samą. Nie byli z tej samej gliny, ale widziała podobieństwa i to również pozwalało jej niekiedy być przy nim swobodną. A on jej nie oceniał i przyjmował to, co pokazywała, więc ta znajomość trwała, bo aptekarka choć nie ufała łatwo i nie każdemu, z Zaydenem umiała poczuć się dość bezpiecznie i naturalnie, by czasami powiedzieć słowo czy dwa więcej. Nie była pewna, czy potrafił jej słuchać i czy czasami nie przekazywał czegoś Radzie, ale to też nie tak, że się nieustannie pilnowała. W niektóre dni bała się po prostu krzywdy i zdrady bardziej niż w inne, a on też nie pozwalał jej być bliżej, niż na pocałunek, czy słodką chwilę uniesienia.
Noor potrafiła byś wesoła i psotna, lubiła się droczyć i miała w sobie zaskakująco wiele czułości. Była subtelna i kusząca w delikatnej niepozorności, słodka i niewinna, a zarazem bardzo świadoma własnej mocy i tego, jak silny powab może roztoczyć nawet z runą na żebrach. Zaydena nigdy nie wodziła za nos, nigdy się nim nie bawiła, a poniekąd pozostawała taka jak dla wszystkich - opanowana, spokojna, świadomie wiążąca swoje moce, odpowiadająca tylko na to, co wychodzi od niego. czasami odsłaniała się bardziej, ale trwało to chwilę i nigdy nie była pewna, jak dobrze potrafił ją zobaczyć. Stawała się lustrem pragnień, w miękkości ruchów i krawędziach słów obnażając to, co w niej drzemało. Bo jego również nie chciała skrzywdzić, osaczyć i omamić... Może nie miała aż takiej mocy, by zadziałać na demona, ale nie chciała jego zguby. Pozostawała więc tym, kogo potrzebował, gdy szukał dla siebie chwil wytchnienia, nie ryzykując że uwięzi go w zbyt uważnym i płomiennym spojrzeniu, czy stęsknionym pocałunku, który odbiera wnętrze istnienia. Pozostawała dla niego aptekarką, która potrzebuje bezpieczeństwa i uwagi i dbała o to, by o niej nie zapominał.
Jej palce powoli sięgnęły po słoiczki, a jej spojrzenie, choć skryte za kilkoma luźno opadającymi na policzki kosmykami, zdradzało chwilę zawahania. Nie poszła po alkohol, nie potrzebowała go. Usiadła obok demona, mierząc i zaczynając mieszać składniki. Oparła sie wygodniej o poduszkę na kanapie, lekko przechylając głowę, by na niego zerknąć na kilka sekund, jakby próbowała odczytać jego intencje.
- Najbardziej zabiera mi sen to, co zostaje niewypowiedziane - powiedziała cicho, z drobnym uśmiechem, odrobinę słodkim i troszkę gorzkim. - Chociaż może to wszystko przez to, że za dużo myślę, a za mało... mówię - przyznała, a ramiona lekko jej opadły. Noor była zmęczona, ale to było też coś innego, coś więcej. To siedziało w niej, pod skórą, blisko kości, coś co dręczyło... I nie było jej.
UsuńOdłożyła słoiczki na stolik i sięgnęła po głęboki talerz i jeszcze łyżkę chwytając wszystko delikatnie, niemal jakby obawiała się, że zbyt mocno coś chwyci i od razu stłucze. Zwykle nie brakowało w jej ruchach płynności i sprytu, wyczucia, ale teraz była ostrożna jakby za bardzo.
- Nie miewam już koszmarów... nie miewam nic, Zay - przyznała, bo przecież w tej sferze nie miała przed nim sekretów i za długo czekać nie musiał, aż rozwiąże jej się język. Akurat on mógł tylko pytać, a odpowiedzi dawała mu bez problemu.
Przesunęła delikatnie włosy łaskoczące nosek z drobnymi piegami za ucho, a jej spojrzenie znów stało się bardziej miękkie, choć skryte. Noor wiedziała, że ta chwila jest wyjątkowa, bo znowu okazuje mu więcej zaufania i się odsłania, a on słucha... potrzebowała tego, a może on potrzebował też jej nie tylko dla bliskości i leków. Czasami nad tym myślała, ale takie rozterki nigdy jej nie służyły.
- Co zabiera mi sen... - powtórzyła jego słowa z zastanowieniem i sięgnęła po kolejną fiolkę, lekko zapadając się w miękkim oparciu kanapy. Przechyliła się i oparła ramie o jego bok, jakby potrzebowała od niego tej obecności i stabilnej siły, jaką emanował. - Noce mi uciekają... nie mogę spać, coś nade mną wisi... coś czyha i poluje... Myślałam, że to ja, ale może jest coś obok - mruknęła i westchnęła, na moment zatrzymując się w bezruchu. Na dwa krótkie oddechy, jej dłonie zwolniły, spojrzenie mętne zawisło w przestrzeni pokoju a potem Noor wróciła, jakby była tu cały czasu.
Spojrzała na niego, szukając w twarzy oznak bólu, jakiegoś grymasu i przesunęła zielone spojrzenie do mostka z pęknięciem. Troska wymalowała cień na gładkim kobiecym licu wyjątkowej urody. Noor znów westchnęła, nad nim nie nad sobą i wróciła do mieszania w misce.
- Co tak naprawdę siedzi w twojej głowie, kiedy jesteśmy tu razem? - zapytała cicho, unosząc brwi przy dodaniu kolejnej zawartości, jakby obawiała się w jakimś stopniu wyciągnąć od niego odpowiedź.
Noor ✨
Baldwina nigdy nie czuła się dotknięta jego dystansem czy ostrożnością w mówieniu czegoś głośno. Rozumiała to. Najpierw należało chronić siebie, a dopiero potem innych, szczególnie w takim miejscu jak to. Tutaj czasem nie było wiadomo, kto trzyma z kim albo jak ktoś wykorzysta daną informację. Nie chodziło nawet o wykroczenie samo w sobie, a o zdobycie władzy. Wiedza to potęga, a potęga dawała wpływy. Poza tym widziała dostatecznie wiele, aby stwierdzić, że nie każda istota była w stanie się przyzwyczaić do reguł panujących w miasteczku. Myślała o tym za każdym razem, gdy przychodziło jej zadbać o runy nowo przybyłej osoby – nauczyła się wyczuwać problematyczne jednostki, co dawało jej przewagę i pozwalało unikać nieprzewidywanych ataków w jej stronę.
OdpowiedzUsuńDoskonale wiedziała, że Zayden nie słynął ani z przyjaznej, ani z przystępnej natury, a mimo wszystko był tutaj teraz, blisko, przesiąknął zapachem kawy i ciasteczek, zajmował swoje zwyczajowe miejsce, które Baldwina mogłaby nazwać jego miejscem, bo pasował tam jak nikt inny. Powiedział wprost, że nigdy nie czuł się samotny, więc zapewne wcale nie czuł potrzeby, aby tutaj przychodzić – nie zaspokajał tym swojej towarzyskiej baterii, ale może wcale nie o to chodziło. Może te ciasteczka i kawa, ten cichy i słodki układ, w który oboje weszli, pozwalały po prostu opuścić gardę.
— Czujesz… — powtórzyła cicho, zastanawiając się głęboko nad jego słowami. Nie sądziła, że dusze dało się czuć. Było w tym coś pięknego, ale i przerażającego, przynajmniej dla niej, bo nigdy nie radziła sobie zbyt dobrze w odczytywaniu emocji. Zmieniło się to nieco, gdy zaczęła pracować jako inspektorka ds. run – nauczyła się tego po prostu. Jej oczy wychwytywały napięcie mięśni, pochylenie ciała, drgnięcie w twarzy.
— Moją duszę też czujesz? — spytała może nieco naiwnie. — Tylko że… nie jestem pewna, czy w ogóle ją mam. Czy da się nie mieć duszy?
Dusza, ciało – czy była tylko duszą, czy tylko ciałem? Urodziła się jako kołdunia, wiedźma, i nigdy nie zastanawiała się, czy ma duszę. To, co było pewne, to tylko to, że pozbawiła się serca, które teraz tkwiło w skrzynce pod łóżkiem. Jeśli dusza miała w ciele swoje miejsce i jeśli było to tam, w sercu właśnie, to Baldwina z całą pewnością nie byłaby dobrą ofiarą demona.
Wpatrywała się w drewnianą podłogę, skacząc spojrzeniem od jednej rysy do drugiej. Zayden milczał, a to sprawiało, że czuła się niepewnie. Do tej pory Ward nie widział jej ducha w ten sposób, owszem, miał świadomość, że Limnar zawsze gdzieś był, ale teraz mógł poznać jego prawdziwą, koszmarną formę.
— Najwidoczniej wpisuję się w twoją estetykę, skoro tak uważasz — odpowiedziała, słysząc jego luźny komentarz, który był dość orzeźwiający po ciągnącym się, przynajmniej dla Baldwiny, milczeniu ze strony demona. Zaraz potem dodała: — I zdecydowanie nie gustujesz w pająkach. Czy to dlatego, że dwie ręce są społecznie akceptowalne, a osiem nóg już mniej?
Przestała skubać halkę, teraz jej palce wygładziły materiał, wolno, dokładnie, jakby chciała usunąć nieistniejące zagniecenia. Gdy to zrobiła, nagle nie wiedziała, co zrobić z dłońmi. Jeszcze przed chwilą były zajęte, zamknięte w rękach Zaydena, a teraz wisiały przy niej i jej ciążyły. Dotknęła więc najpierw swoich policzków, a potem pognała palcami w stronę zakrytego pod włosami karku, czując męczące mrowienie w palcach. Potarła lekko swoją skórę.
— Jest moim towarzyszem, dba o moje bezpieczeństwo, ale przede wszystkim ma chronić moje serce — odpowiedziała bez mrugania, niemal mechanicznie. Ward wiedział o czarnej skrzynce pod jej łóżkiem, więc nie powinien być zaskoczony. — Duchy pogranicza bywają bardzo niezależne i żarłoczne, a im silniejszy duch, tym więcej żąda. Krew, skóra… to niewiele za to, że trwa przy mnie tak długo. Myślę, że nie wziął ode mnie tyle, ile powinien, bo okazałam mu współczucie.
UsuńLimnar, odbierając swoją zapłatę, nigdy nie atakował gwałtownie. Jego odnóża poruszały się precyzyjnie, w rytm upiornego głodu. Długie, wąskie, równe cięcia. Duch najczęściej wybierał miejsca, gdzie skóra była delikatna; wewnętrzna strona przedramion, łopatki, bok żeber. Nigdy twarz. Nigdy dłonie. Blizny nie były chaotyczne. Tworzyły wzór – pajęczą sieć rozciągającą się po jej plecach, delikatne, białe linie przecinające ciało pod odpowiednimi kątami. Kiedy światło padało na nie z boku, wyglądały jak srebrne nici wszyte pod skórę.
Baldwina Heart 🕸️
Miał najbardziej niekompletną teczkę w całym kronikarskim dziale, pełną luk i niedopowiedzeń, mimo że sprawiał wrażenie osoby, której losy powinny być dobrze udokumentowane. Z zapisów wynikało niewiele: pojedyncze daty, urwane wzmianki, kilka sprzecznych informacji, które bardziej rodziły pytania, niż cokolwiek wyjaśniały. Im dłużej się nad tym pochylała, tym większe miała wrażenie, że między tymi brakami kryje się coś istotnego, coś, co z jakiegoś powodu nigdy nie zostało zapisane tak, jak powinno. Rozumiała to, że nie wszystkie urywki będzie mogła poskładać w jedną całość, ponieważ część historii znikała razem z ludźmi, którzy ją pamiętali. Niektóre wydarzenia nigdy nie trafiały na papier, inne bywały zniekształcone przez czas, cudze wspomnienia albo zwykłe milczenie. Były też takie sprawy, o których celowo nie mówiono głośno, zostawiając jedynie ślad w postaci niedokończonych notatek i niejasnych wzmianek. Wiedziała, że jako kronikarka może próbować zbierać fakty, łączyć fragmenty i porządkować to, co się da, ale pewne luki miały już na zawsze pozostać częścią tej historii. I im dłużej o tym wszystkim myślała, tym bardziej była przekonana, że prędzej czy później będzie musiała spróbować odnaleźć brakujące odpowiedzi poza kartami kroniki. Że będzie musiała zmierzyć się z nim.
OdpowiedzUsuńPrzez moment stała w milczeniu, wpatrując się w okładkę, na której widniało jego imię, zapisane wyblakłym atramentem. Nie wiedziała jeszcze, od czego zacznie ani czy w ogóle powinna się w to angażować bardziej, niż wymagała tego praca, ale wiedziała za to, że to dopiero początek i że im dalej w to wejdzie, tym trudniej będzie się wycofać. Słyszała różne rzeczy, a przede wszystkim to, żeby lepiej nie wchodzić mu w drogę i unikać, o ile nie ma się do niego żadnego interesu. Podobno ciężko oderwać spojrzenie od jego idealnej sylwetki i pewnej siebie twarzy, ale w jego oczach nie dało się zobaczyć ani odrobiny ciepła. Mówiono, że jego spojrzenie było chłodne i nieprzeniknione, a on zawsze patrzył o krok dalej niż inni, nie zdradzając przy tym żadnych emocji. Nie wiedziała, ile w tym prawdy, a ile zwykłego wyolbrzymiania, ponieważ dotąd widywała go z daleka, ale mimo to te szepty i przestrogi powracały teraz do niej wyraźniej niż wcześniej, gdy stała z jego teczką w dłoniach. Ciekawość, którą zwykle potrafiła trzymać w ryzach, tym razem nie ustępowała.
Zanim zdążyła się nad tym dłużej zastanowić, zamknęła teczkę, odłożyła ją i ruszyła w stronę wyjścia z działu. Drugi budynek był połączony z ratuszem korytarzem, którym urzędnicy przemieszczali się między wydziałami. Jej kroki odbijały się od kamiennej posadzki, gdy szła, przyciskając teczkę bliżej siebie. Po chwili dotarła do komisariatu i podeszła do okienka, gdzie witając się krótko, zapytała, gdzie mogłaby go znaleźć. Funkcjonariusza Warda. Kobieta po drugiej stronie spojrzała najpierw na nią, potem na teczkę, po czym wskazała korytarz po lewej i podała nazwę działu, w którym najczęściej przebywał. Podziękowała cicho i ruszyła we wskazanym kierunku, czując, jak z każdym krokiem narasta w niej napięcie. Korytarz był dłuższy, niż się spodziewała, a mijane drzwi różniły się od tych w ratuszu, bo były cięższe, bardziej surowe, opatrzone tabliczkami z nazwami wydziałów i numerami pokoi. Przeszła obok kilku funkcjonariuszy, którzy zajęci byli własnymi sprawami i nie zwracali na nią większej uwagi, a potem zatrzymała się przed odpowiednimi drzwiami, uniosła dłoń i zapukała cicho.
Otworzył je mężczyzna, wilkołak, więc kiwnęła lekko głową, a kilka pasemek jasnych włosów, które nie wplotły się w warkocz, poruszyło się przy jej twarzy. Uśmiechnęła się symbolicznie i przeszła przez próg.
— Czy funkcjonariusz Ward mógłby poświęcić mi chwilę? — zapytała, a kiedy jej spojrzenie zatrzymało się na jego sylwetce, natychmiast poczuła jego dominującą aurę, która wręcz wypełniała to pomieszczenie.
Tove
Wyprostowała się, wcześniej pochylona nad wiklinowym koszem, w którym leżał śpiący już Caleb i westchnęła cicho z ulgi, masując sobie krzyż. Mieli za sobą ciężki dzień, ale ten na szczęście dobiegał już końca. Nie wydarzyło się nic szczególnego, po prostu dzisiaj chłopiec wyjątkowo bardzo nie miał ochoty siedzieć nigdzie indziej, jak tylko u niej na rękach. Nawet drzemki musiały odbywać się w takiej formie i chociaż Élara ratowała się trochę chustonoszeniem, to w dalszym ciągu cały ciężar spadał na nią, a miała jeszcze inne rzeczy do zrobienia, które zrobić trzeba było.
OdpowiedzUsuńPopatrzyła kontrolnie na maleństwo, na którego pyzatej twarzyczce malował się błogi spokój i pomyślała sobie, że dzień był ciężki, ale właściwie to tylko dla niej. Nie licząc paru momentów, w których nie było już innego wyjścia, jak na chwilę go położyć, Caleb właściwie nie płakał ani się nie denerwował, nie potrzebował specjalnego ukojenia, nie ciążył mu nadmiar energii…
Koniec końców to był bardzo dobry dzień.
Miała niby chwilę dla siebie, ale jednocześnie było jeszcze parę drobiazgów, dla których trzeba było znaleźć jakieś miejsce w ich nowym lokum, więc najpierw zabrała się za drobne porządki. Po cichu przepchnęła niewielki karton do salonu i usiadła na podłodze, chcąc przejrzeć dokładnie całą jego zawartość i to, co nie byłoby potrzebne na bieżąco, mogłaby wynieść nazajutrz do piwnicy. Nie lubiła bałaganu, ani nawet poukładanego chaosu, który obecnie funkcjonował w tym dwupokojowym mieszkaniu na parterze całkiem ładnej kamienicy, ale nie miała możliwości, żeby wszystko uporządkować za jednym razem. Byli już tutaj miesiąc, jednak czasem nawet jeden karton czy torba na dzień okazywało się dla niej za wiele, a i tak musiała cały czas się upominać, żeby się niepotrzebnie nie przemęczać.
Oczywiście wspomagała się, jak tylko mogła. Napary infuzowane kryształami, rytuały wzmacniające, medytacje, a wszystko równolegle odbywało się z przestrzeganiem diety, łykaniem suplementów i całą resztą zaleceń, które streszczono w małej książeczce rozdawanej w szpitalu, w którym urodziła pół roku temu. Élara wiedziała, że regeneracja wymaga czasu, ale też i warunków, i to o te drugie było zdecydowanie trudniej, szczególnie przy takim dziecku, jak Caleb. A do tego wszystkiego była sama.
Wyciągnęła z kartonu ramkę ze zdjęciem, które przedstawiało jej babcię siedzącą na werandzie w otoczeniu kwiatów w domku letniskowym pod Lyonem. Mimowolnie Élara zaczęła rozmyślać, czy babka znalazłaby jakieś inne rozwiązanie dla tej całej sytuacji, czy może jednak, gdyby jeszcze żyła, udałaby się z nimi do azylu? Niby nigdy nie brała takiej opcji pod uwagę i nie miała raczej pozytywnych myśli o tym miejscu, ale gdyby…
Szkło, pod którym znajdowało się zdjęcie Estelli, samo z siebie pękło ze zgrzytem. Élara otworzyła szerzej oczy, a chwilę później wzdrygnęła się na dźwięk cichego pukania do drzwi. Zamarła na moment, po czym z trudem przełknęła ślinę, odkładając ramkę z powrotem do kartonu. Podniosła się z ziemi i miękko, acz prędko, przeszła najpierw do sypialni, by upewnić się, że Caleb dalej w spokoju sobie spał, a dopiero później podążyła do ciasnego holu i stanęła przed drzwiami do mieszkania.
Stała, nie ruszając się z miejsca i czekała, nasłuchując. Nie podeszła bliżej drzwi, żeby zerknąć przez wizjer, kogo, jeśli w ogóle to był ktoś, przywiało w niezapowiedziane odwiedziny. Nikogo się nie spodziewała i to nawet nie ze względu na porę, co po prostu nie zdążyła jeszcze zawrzeć za wielu znajomości, a więc należało zachować ostrożność. Nie odważyła się nawet sięgnąć zmysłami i wybadać, jaka to energia mogła rozchodzić się po drugiej stronie. Nauczyła się, że z tym też powinna tutaj uważać.
Zayden. Ward.
Zmarszczyła brwi, bo niewiele jej to mówiło, a wydźwięk sugerował, że powinno.
Wypuściła powietrze nosem i rozważywszy wszystkie za i przeciw, podeszła cicho do drzwi, przymknęła oczy i oparła dłoń o drewno. Była zmęczona, a runy wyryte na skórze działały na nią jak tłumik, więc i tak niewiele mogła wyczuć. Ale niewiele wystarczyło, żeby Élara odsunęła zaraz dłoń od drzwi i przyłożyła ją w zaskoczeniu do ust.
UsuńPomijając samą naturę tego, co znajdowało się na zewnątrz, niespodzianką okazało się, że było to dla niej znajome. Nie od razu umiała to sobie skojarzyć, do tego potrzebowała już spojrzeć przez wizjer i nagle zrozumiała też, czemu pękło zdjęcie z babką.
Demon.
No tak, jakżeby inaczej.
Sięgnęła do klamki, ale się zawahała. Demony zawsze oznaczały kłopoty. Raz mniejsze, o których nawet nie warto było wspominać przy herbacie, a raz takie, przed którymi przestrzegało się całe pokolenia. Élara obecnie nie miała w swoim życiu miejsca na żadne, ani duże, ani małe. Najchętniej więc odesłałaby przybysza z kwitkiem, a jeszcze lepiej to bez słowa poszłaby sobie i wróciła do swoich spraw. Tylko z drugiej strony, demony potrafiły być niesamowicie upierdliwe i czasem lepiej było po prostu dać im to, czego chciały i liczyć na to, że to im wystarczy.
Może ten przyszedł się tylko przywitać? To byłoby nawet miłe.
Odblokowała zamek, przekręciła gałkę, otwierając drzwi trochę gwałtowniej, niż zamierzała i wystarczyło jedno spojrzenie na przybysza, by wiedziała, że raczej nie przyszedł się ceregielić z uprzejmościami. Stan, w jakim znajdował się stojący w jej drzwiach demon, był zaskakująco zły. Élara aż zaniemówiła, chociaż jeszcze przed chwilą miała w ustach wypełnione frustracją, niezbyt ciepłe powitanie.
Mierzyła mężczyznę spojrzeniem, a kiedy ten drgnął, zastawiła stanowczo przejście swoim ciałem. Nie, nie oszukiwała się, że mogłaby się z nim mierzyć, mimo jego beznadziejnego stanu. Była czarownicą, ale nie na tyle potężną i w dodatku specjalizowała się w magii, która miała niewiele wspólnego z ofensywą. Chyba chciała, żeby na pewno zwrócił na nią uwagę i żeby dotarło do niego, co ma mu do powiedzenia, za nim na dobre zakłóci spokój ich nowego domu.
— Nie stać mnie na żadne kłopoty — odparła szeptem. — Obiecaj, że jeśli ci pomogę, nie sprowadzę ich tutaj więcej. — To nie był warunek, to nie była groźba.
To była prośba. Spokojna i łagodna.
Élara Durant
Aurora nie była w stanie sięgnąć pamięcią do czasów, kiedy była miła. Nie dlatego, że doznała amnezji albo dlatego, że był to czasy tak odległe, że wszystko powoli się zacierało. Obawiała się tego. Powrotu do miejsca, w którym mogła uchodzić za szczęśliwą nastolatkę, choć dla zasady po prostu zbuntowaną. Nie chciała wracać tam, gdzie kończyło się jej normalne życie, gdzie umarła, choć pozostała żywą. Zakopała wtedy wszystkie te emocje, które wówczas czyniły ją po prostu człowiekiem. Przestała być miła dla innych, dbając tylko i wyłącznie o swój własny interes, o własne przeżycie. Przestała się uśmiechać, bo nie miała do kogo, skoro wszystkie bliskie jej osoby zginęły w jednym miejscu i w jednym czasie, a ona miała wtedy zaledwie piętnaście lat. To było przerażające. Tak po ludzku, zwyczajnie straszne, smutne i paraliżujące. Rory musiała nauczyć się na nowo funkcjonować, na nowo czerpać powietrze, musiała przewartościować swoje życie i nic wtedy nie było łatwe, nic nie było tak samo proste, jak wtedy, gdy towarzyszyła jej mama lub inne czarownice i czarownicy. Została sama. Zupełnie sama w świecie, który tresowany był do tego, aby ją nienawidzić.
OdpowiedzUsuńNie była więc miła. Nie była sympatyczna i choć wydawało jej się, że dzięki temu była silna, to była wyjątkowo i paskudnie słaba. Zayden mógłby ją złamać bez trudu, mógłby wedrzeć się do tych resztek poszarpanej duszy, mógłby spopielić to, co jeszcze było w stanie nazywać się Aurorą Henriettą Nielsen. I może właśnie tego chciała? Może pojawienie się w azylu było błędem.
Błędem, którego nie byłaby w stanie sobie wybaczyć, więc najłatwiej byłoby umrzeć? I oczywiście, że nie miała odwagi, aby zrobić to samodzielnie. Nie była w stanie odebrać sobie życia poza Last Salvation, było to wyjątkowo łatwe. A tutaj? Mogło być to utrudnione ze względu na pierdolony monitoring. Podejrzewała, że gdyby podcięła sobie żyły albo zrobiła cokolwiek innego, Rada zostałaby poinformowana o incydencie, bo runy musiałyby przestać działać. Prawda? Aurora nie miała też po prostu na tyle cywilnej odwagi, aby zrobić sobie krzywdę. Nadal, po tych wszystkich latach bała się bólu, choć poznała wiele jego rodzajów i stopni natężenia.
Dlatego jedynie syknęła, gdy wielkie łapsko Warda zacisnęło się na jej szczupłym przedramieniu. Zmrużyła oczy, które wielu nazywało kocimi i powtórzyła syknięcie, gdy ją do siebie przyciągnął. Nie należała do niskich kobiet, ale przy nim zdawała się wyjątkowo krucha i słaba. Fizycznie była tylko człowiekiem, a biorąc pod uwagę te wszystkie rasy, które pojawiały się w azylu, była jedną ze słabszych tutaj istot, choć runy niewątpliwie służyły poczuciu równości. Przynajmniej u części jego mieszkańców.
Bała się. Aurora bała się wielu rzeczy, ale nie bała się Warda. Nie bała się jego siły, jego mocy, jego uprawnień. Był dla niej pionkiem w lepkich łapskach Rady. Aurora nie miała dobrych przeczuć, a runy nie mogły zblokować wiedźmiej intuicji, bo ta była cechą wrodzoną, a nie umiejętnością lub zdolnością.
Bez lęku patrzyła w czarne, demonie ślepia, krzywiąc przy tym buzię tak, jakby zobaczyła właśnie coś, co było najbrzydsze na świecie. Skrzywiła się bardziej, gdy palce Warda zacisnęły się mocniej, ale już nie syczała i nie prychała, oddychając jednak coraz ciężej, gdy jej serce niespokojnie łomotało w piersi.
Cofnęła się o krok, gdy tylko ją puścił i obszedł barową ladę. Milczała, jakby w końcu nadszedł moment, w którym nie chce dać mu więcej satysfakcji. Słuchała go, ale nawet nie patrzyła w jego stronę, bo gdy tylko się od niej oddalił, sięgnęła po ścierkę i po kolejny kufel. Jakby nigdy nic…
Gdy dzwoneczek przy drzwiach dał jej do zrozumienia, że Zayden wyszedł, zacisnęła drobne dłonie w pięści, opierając je ciężko o ladę, a niedbale odstawiony kufel spadł na podłogę. Westchnęła tylko ciężko, czując na sobie spojrzenia tych jebanych pijaczków, którzy mieli czelność donosić na nią do funkcjonariuszy porządkowych. Sprzedajne, zachlane wieprze…, pomyślała i warknęła.
— I co się, kurwa, gapisz?! — wrzasnęła do tego, który gapił się na dłużej i cisnęła w niego jasną szmatką. Ta ledwo przeleciała przez bar i opadła na podłogę, wzbudzając w klienteli rozbawienie.
UsuńPrzynajmniej Aurora osiągnęła jedno – przepędziła Warda, a teraz pozostało jej się przez połowę nocy użerać z tymi ochlejmordami.
Było koło pierwszej, kiedy zamknęła od wewnątrz drzwi, na śnieg wykopując tego gościa, który zasnął przy kominku ululany dwiema flaszkami taniej whisky. Była zmęczona i sfrustrowana, bo choć nie cieszyła się z pobytu w tym miejscu, to próbowała być na tyle niewidzialna, na ile mogła, a jacyś mściwi alkoholicy postanowili na nią donosić. Ciężko jej było w to uwierzyć. W to, w jak mało rozsądni są ci ludzie. Nikomu nie odmawiała bez powodu, od nikogo nie żądała zapłaty natychmiast, dbała jedynie pewne zasady, które wpojono jej przez ostatnie lata w pracy za barem.
Z myślami, które nie dawały jej spokoju, wycierała stoliki i zakładała na ich blaty krzesła, by zaraz potem umyć podłogę, pogasić kominki i światła. Wyszła tylnym wyjściem, upewniając się potem, czy lokal jest odpowiednio zamknięty. Była sumienna i odpowiedzialna, i choć daleko jej było do tryskającego optymizmem słoneczna, to pozostawała lojalna wobec tych, którzy zlecali jej jakieś zadania. Była lojalna wobec Hansa, ale nie wobec Rady.
Dochodziło wpół do trzeciej. Noc była wyjątkowo ciemna. Z czarnego, na którym brakowało jakiejkolwiek gwiazdy, nie padał nawet śnieg. Ten natomiast skrzypiał pod jej butami, gdy przedzierała się opustoszałymi uliczkami do głównego placu miasteczka. W jednej z kamienic widokiem na ratusz, znajdowało się jej mieszkanko.
I to właśnie za swój cel obrała ratusz, a właściwie budynek do niego dobudowany. Minęła pomnik założyciela azylu i mało brakowało, a splunęłaby w jego stronę. W kilku oknach komisariatu nadal paliło się światło. Niektórzy w Last Salvation nie sypiali, co też potwierdziły od razu podniesione głosy, które niosły się echem między budynkami za jej plecami.
Zignorowała to jednak. Ściągnęła rękawiczki i z kieszeni kurtki wyciągnęła pogniecioną fajkę i zapalniczkę. Ćmiąc szluga naprzeciwko ratusza, opierając się o żeliwną latarnię jednym z ramieniem, czekała. I obserwowała.
Nienawidziła tego miejsca.
Z całego serca.
Rory Nielsen (¬‿¬ )
Nigdy niczego sobie nie obiecywali i nic nie przypieczętowali ani słowem, ani tym bardziej przyrzeczeniem, które wiązałoby ich na dłużej, niż słodki pocałunek gdy oddawali się wzajemnie sobie i ulegali pokusom chwili. Noor ostatnimi czasy miała większy mętlik w głowie i bardziej splątane myśli, miotała sie między tym, czego jest pewna, tym czego się obawia i od czego nie potrafi uciec, a czego pragnie i co czuje w sercu niepozbawionym wrażliwości. Ktoś jej niedawno powiedział, że tak bardzo nie ufa i tak bardzo jest niepewna wszystkiego, że truje samą siebie i... musiała dotrzeć do tego, że sama szkodzi sobie najbardziej. Jej mury coś burzyło od środka i zacieśniało wokół niej, a ona wydawała się znów bardziej bezbronna i jednocześnie wściekle gotowa do obrony. Niemal w każdej relacji i na każdej płaszczyźnie wątpiła i pozostawała ostrożna, a zatem nie umiała faktycznie zawierzyć relacji, drugiej osobie, czy choćby samej sobie. Mogła to zwalać na przedłużające sie bezsenne noce, takie które motały jej zmysły i wycieńczały ciało, ale to nie tylko to. Jej stabilne i pełne pozorów otoczenie zaczynało sie niebezpiecznie chybotać, a chaos w krwi Noor zbierał żniwo. Musiała znaleźć na to sposób, musiała się w końcu wyspać i zregenerować, bo w takim tempie oszaleje i sama sobie zaszkodzi.
OdpowiedzUsuńDla Zaydena ten układ był prosty, bo on nie miewał wątpliwości i nie pozwalał docierać zbyt blisko siebie żadnym komplikacjom. Zazdrościła mu tego, że potrafił skupić się tylko na tym co pewne i stałe, że potrafił to dostrzec i dla siebie zatrzymać. Dubois nie chciała, aby cokolwiek co mieli, znikało, choć wiedziała, że z czasem granice i kształty układu zaczną się zacierać i zmieniać. Nie chciała, aby Zay zniknął z jej życia, bo to on poniekąd wiązał ją z przeszłością i to w nim znajdowała wyciszenie swoich lęków, a także potwierdzenie, na jak wiele ją stać, że mimo własnych słabości, jest silna. Łączył ją z koszmarem, z którego sie wyrwała i mogła na nim polegać, nawet jeśli sama zawodziła go zbyt często.
Lekko wzdrygnęła się na jego pytanie, proste i bezpośrednie, trafiające celnie w środek jej wahania. Jej dłonie zadrżały i zatrzymały sie nieruchomo przy talerzu z roztartym lekiem, który przypominał już gęstą pastę, gdy jasne oczy spoczęły na twarzy demona. Lubiła być w jego ramionach, ta niezłamana i niezachwiana siła pozwalała jej oddychać głębiej, zmięknąć, pokazać własne skruszenia. On widział ją w najgorszych stanach i nigdy nie odwrócił wzroku, polegała więc na tym, że jej nie zawiedzie. Choć gdy dostanie rozkaz skierowany przeciw niej lub w nią, nie mogła liczyć na litość i to też wiedziała.
- Nie wiem... Nie mam nic, ani koszmarów, ani snów, ani chwili wytchnienia, Zay. Noce są zimne, puste i straszne. Nie śpię od dawna - przyznała. Nie umiała nazwać tego, co się dzieje, czy coś faktycznie na nią poluje, czy coś na nią czyha, ale była udręczona i to nie było tylko zmęczenie z niewyspania. - To nie urok, sprawdziłam - dodała jeszcze i przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, po szyi, celując w mostek i wyraźne pęknięcie. -Nie mam pojęcia co to, ale ewidentnie coś mnie żre i nie chce odejść uczepione bardzo uporczywie - mruknęła ponuro.
Lubiła być w jego ramionach, ale dzis uważała. Nie opierała się na nim zbyt mocno, nie przytulała się jak to już znał, aby nie przysporzyć mu bólu, czy dyskomfortu. Usiadła bokiem, pochyliła się, musnęła ustami jego bark troskliwie i ciepło, a potem pocałowała go w policzek, jakby chciała go przeprosić za pieczenie i nieprzyjemne uczucie na ranach, jakie przyniesie to, co mu przygotowała. Jeśli potrzebował środka zapobiegawczego na kilka dni, to mu go da... jeśli uważał, że od niej nic więcej nie dostanie, nie miała zamiaru z nim wchodzić w dyskusje. Znał siebie przecież najlepiej. Chociaż Noor chciałaby spróbować zrobić cos więcej, to nie prosiła i nie proponowała, po prostu zgadzając się z demonem na to, na ile jej pozwalał. Akceptowali swoje granice w milczeniu przecież od dawna.
Usuń- Mogę cię tym wypchać, chociaż wolałabym wypchać cię jedzeniem, jeśli zostaniesz na kolacji - rzuciła z rozbawieniem, nabierając na palce gęstą substancję, aby zacząć powoli przykładać ją do ran na ciele demona. - Wydaje mi się, że ze mną częściej ukrywasz swoje myśli, niż się nimi dzielisz, dlatego pytam - przyznała z lekkim westchnieniem, bo tego nie mogła mieć mu za złe. Byłaby hipokrytką i oboje o tym doskonale wiedzieli. Zdecydowanie łatwiej było im sie dzielić pragnieniami, niż tym, co ukrywają myśli, ale w to nigdy zbyt głęboko nie wnikała.
Noor nie chciała mu zaszkodzić, choć może mogłaby i to bardziej, niż oboje sądzili. Mieli swoje wzajemne sekrety, choć nie było w niej zawiści i nie miała powodów, aby się odwrócić przeciwko niemu. Za dużo mu zawdzięczała, a niekiedy wydawało jej się, że tylko dzięki niemu jeszcze żyje, więc nie miała zamiaru nigdy stawać mu na drodze. Jej dłonie poruszały się po skórze demona delikatnie i czule, była uważna i z ostrożnością przykładała gęsta pastę do ran. Jego ciało przyjemnie grzało chłodne opuszki, a z ran sączyło się gęste ciepło.
- Lubię koty - dodała po chwili, w nawiązaniu do opisu tego, jak wygląda. - Chodzą swoimi ścieżkami i dają czułość tylko tym, których sami wybierają. Ale gdyby ciebie zaatakował jakiś kot, przerobiłabym go na czapkę - stwierdziła, bo to ewidentnie Zaydena lubiła bardziej.
Zerkała na niego badawczo, pytająco, bo wiedziała, że lek może szczypać, a nawet palić, wgryzając się i zalepiając pęknięcia. Miała wrażenie, że jego skóra od tej pasty się napina i nagrzewa, zmienia kolor na bardziej rumiany, ale oczywiście nic z tego nie ujmowało mu tej urody i powabu, jakim emanował. Czasami był po prostu zbyt doskonały i akurat ona umiała do docenić, jako istota w której aurze wisiała zguba.
- Będę potrzebowała jeszcze owinąć cię bandażem po wszystkim - wyjaśniła, zbierając kolejne porcje leku na palce i z wyczuciem pracując na jego ciele. - Ja też lubię, gdy jesteś, nawet jeśli tego nie potrafię pokazać - przyznała, a było to teraz łatwiejsze, gdy kilka kosmyków wysunęła się spod gumki i przysłoniło jej twarz, a ona skupione na torsie demona, nie patrzyła mu w oczy.
Była zagubiona i była w wewnętrznym konflikcie, mocniej rozstrojona niż zwykle. Ale wciąż była sobą.
Noor ✨
Większość tutejszych mieszkańców nie ma duszy. Baldwina nie wiedziała, czy powinna się z tego powodu smucić, zaniepokoić czy może uznać to za łaskę, bo jeśli większość nie posiadała duszy, to nie byłaby odosobnionym wyjątkiem. Przez chwilę pomyślała o tym, że jeśli miałaby umrzeć, to chciałaby, aby Zayden wziął jej duszę i jakoś jej użył, bo i tak by nie żyła, więc byłoby to jej obojętne. Ale kiedy zdała sobie sprawę, jak to by brzmiało, nie odezwała się ani słowem. Przyjęła więc jego odpowiedź za pewnik, to Ward był ekspertem od dusz.
OdpowiedzUsuń— Gdyby miał sto nóg, byłby stonogą, a nie pająkiem — odparła rzeczowo, choć rozumiała, co chciał przez to powiedzieć.
Nie skomentowała zdrobnienia swojego imienia w jego ustach; brzmiało to dość niecodziennie, ale dość uroczo, jeśli w ogóle to, co robił Zayden, mogło takie być. Może Limnar nie był najpiękniejszy i nie był też zbyt towarzyską istotą, ale Baldwina doceniała jego obecność. Może, mając przy sobie ducha, ona także nigdy nie była samotna? Limnar po prostu przy niej trwał, a jego intencje wydawały się jasne: krew i skóra za ochronę, prosty pakt między duchem a kościeją. W świecie, w którym wszystko przemijało, pajęczak wydawał się temu opierać.
— Można tak powiedzieć. To trochę jak posiadanie zwierzątka, musisz je karmić i dbać o to, aby cię nie ugryzło — odpowiedziała, bo nie zamierzała udawać, że Limnar był łagodnym stworzonkiem. Nie był. Takie duchy jak pajęczak bywały trudne i zachowywały swoją niezależność, a czasem brały więcej niż było to ustalone, ale Baldwina nauczyła się już, jak postępować z Limnarem, aby ten układ był zadowalający dla obu stron. Nie chodziło jej o władzę, a o bezpieczeństwo.
Baldwina nigdy nie oczekiwała zbyt wiele. Dorastała w miejscu, w którym głośno okrzyknięto ją przeklętą. Ta łatka sprawiła, że trudno jej było znaleźć ciepły kąt do spania czy jedzenie, zawsze więc chodziła zziębnięta albo głodna. Nauczyła się jednak, że do przetrwania nie trzeba aż tak wiele. Koniec końców znalazła się tutaj, w azylu, gdzie miała własne mieszkanie, działającą kuchenkę i lodówkę pełną jedzenia – i to było dla niej kompletnie wystarczające.
Objęła kubek dłońmi, mówiąc krótkie dziękuję, gdy Zayden wręczył jej naczynie. Nie musiał tego robić, ale zrobił, a potem nadstawił jej swoje kolano – tego też nie musiał robić, ale zrobił.
Baldwina nie zareagowała od razu. Przyjrzała się jego nodze, jakby analizowała jakiś skomplikowany schemat. Kolano było wyżej niż krzesło, węższe, mniej stabilne. Nie miało oparcia. I nie było przeznaczone do siedzenia. Krzesło istniało po to, by na nim siadać, a kolano – by zginać nogę. Różnica była istotna i widoczna.
Zastanawiała się przez chwilę, czy ta niema propozycja była praktyczna, czy może wynikała z czegoś innego. Nie doszukiwała się podstępu, ufała Zaydanowi, ale bliskość fizyczna oznaczała zmianę temperatury, przesunięcie środka ciężkości… co miałaby wtedy zrobić z rękoma? Mocniej zacisnęła palce, aż paznokcie zabrzęczały o kubek.
Schwyciła szklankę w jedną rękę, a drugą wyciągnęła, opierając o jego kolano, a potem udo. Dotknęła materiału jego spodni dwoma palcami, testując stabilność konstrukcji. Baldwina jeszcze przez moment stała nieruchomo, jakby kończyła w głowie jakieś skomplikowane obliczenia. Potem zrobiła pół kroku bliżej. Ujęła krawędź jego ramienia, sprawdziła ciężar – wydała z siebie ciche mmm i zajęła miejsce, uważając, żeby nie stać się dla demona niewygodnym ciężarem.
Zamrugała dokładnie cztery razy, znajdując się tak blisko niego. W tej pozycji mogła dokładnie obejrzeć część jego twarzy, szyję, ucho, linię włosów – utkwiła wzrok w pulsie, który wyczuwała. Nie poruszyła się jednak o minimetr; kolano było twardsze, węższe niż krzesło, ale wystarczająco nieruchome, aby uznać, że jest jej wygodnie.
Usuń— Pytasz o to, bo chcesz spróbować? — spytała, choć wątpiła, żeby Zayden w ogóle kiedykolwiek o tym myślał. Po co mu jej serce? Dlaczego chciałby je ukraść albo przebić? Nic by z tego nie miał. — Ale tak, zareaguje. To jego zdanie.
Nie odrywała wzroku od jego szyi. Nie dlatego, że była zawstydzona. Po prostu analizowała. Skóra Zaydena w tym miejscu wydawała się cieńsza, nieco jaśniejsza, a pod nią wyraźnie pulsowało życie. Rytmicznie. Równo. Przechyliła lekko głowę, jakby próbowała zsynchronizować się z tym tempem. Jeden. Dwa. Trzy. Jej spojrzenie przesunęło się wzdłuż linii jego tętnicy, śledząc ruch krwi pod skórą.
Baldwina Heart
Po świecie chodziły różne czarownice i wiedźmy. Niektóre nie miały nic przeciwko demonom, nieważne jakim, a wręcz to na współpracy z nimi opierały swoją magię i siłę. Inne obchodziły się z nimi wybiórczo w zależności od sytuacji i po oszacowaniu zysków i strat. Jeszcze inne nie chciały mieć z nimi nic wspólnego i do takich zaliczała się właśnie Élara, której to podejście brało się z ostrzeżeń babki. Demony jej nie przeszkadzały, mogły sobie chodzić, czy jakkolwiek inaczej przemieszczać się po ich świecie albo innych sferach, ale zwyczajnie nie chciała angażować się w żadne ich sprawy. To nie była jej bajka.
OdpowiedzUsuńCałe szczęście nie spotykała ich na swojej drodze zbyt często, jak zresztą wielu innych istot o niecodziennej wśród śmiertelników naturze. Z powodzeniem prowadziła spokojne, dyskretne życie, podróżując po świecie, a swoją magię potrafiła skutecznie maskować. Nie strzelała w końcu ogniem z palców, ani nie dokonywała tak naprawdę niemożliwego. Nielicznym udawało się ją przejrzeć, ale wyłącznie dlatego, że sami mieli coś do ukrycia i najczęściej im również zależało, żeby pozostało to tajemnicą.
Last Salvation wymuszało na Élarze zmianę myślenia i podejścia ze względów, których nie trzeba było tłumaczyć. Tutaj już nie musiała uważać na to, by za bardzo nie obnosić się ze swoimi umiejętnościami, co bardziej uważać na zdolności innych, które nawet jeśli tłumione przez runy, w dalszym ciągu pozostawały tajemnicze i nieznane, a przez to potencjalnie niebezpieczne. Nie musiała też bać się o Caleba, choć i tak pilnowała, żeby nie zawracano na niego większej uwagi.
Gdyby chodziło tylko o nią, wpuściłaby go od razu. Z ciężkim sercem i niezbyt chętnie, ale też nie widziałaby sensu, żeby grać na czas albo próbować go przekonać, żeby szukał pomocy gdzie indziej. Élara, podobnie zresztą jak jej babka, bardzo ceniła sobie spokój i równowagę, a żaden demon niczego takiego nie gwarantował, nawet jeśli wydawało mu się, że jego osobista neutralność, czy nawet przychylność, mogła to zmienić. Niestety, ale tak to nie działało, a że musiała dbać o bezpieczeństwo syna, nie zamierzała zostawiać niczego losowi, ani tym bardziej kaprysom demona.
Patrzyła na niego wyczekująco, jakby emanująca od niego męka i cierpienie, nie robiły jej różnicy w kwestii ewentualnych kompromisów. Élarze istotnie nie było szkoda demona, domyślała się, że cokolwiek mu dolegało, sprowadził na siebie sam. Dlaczego jednak uznał, że szukanie u niej pomocy będzie najlepszym rozwiązaniem, skoro w miasteczku na pewno znalazłaby się lepsza czarownica, którą mógłby również jakoś przekonać? Postanowiła nie zastanawiać się nad tym, uznając, że najważniejszym było jak najszybsze pozbycie się go.
Uniosła kącik zaciśniętych ust w ironicznym, krótkim uśmiechu. Czy spodziewał się czegoś innego po wnuczce wiedźmy, która wyklinała jego osobę po każdej wizycie? I którą ręce świerzbiły, by sięgnąć po miotłę, patelnię, czy inną chochlę, jak tylko jego aura robiła się dla nich wyczuwalna?
Swoją drogą, Estella jak na kogoś, kto wystrzegał się wszelakich powiązań z demonami, miała na ich temat całkiem sporo do powiedzenia…
Élara skinęła nieznacznie głową w odpowiedzi i zrobiła mu miejsce w przejściu, choć w dalszym ciągu nie podobało jej się, że musiała go wpuścić do swojego mieszkania. Przeczuwała, że nie za bardzo ma wyjście, bo choć nie wiedziała, jakimi umiejętnościami dysponował, samo bycie demonem dawało mu znaczną przewagę.
Wzmiankę o zapłacie pominęła całkowitym milczeniem. Nie chciała od niego niczego, tylko tyle, żeby dał jej spokój, kiedy załatwią to, co mają do załatwienia. Miała nadzieję, że rzeczywiście będzie w stanie mu pomóc.
— Nie hałasuj. I zdejmij, proszę, buty. — Zamknęła za nim drzwi, upewniając się, że mechanizm zaskoczył. — Patrz pod nogi — zastrzegła jeszcze, nie podnosząc głosu z rzeczową uprzejmością. W środku panował półmrok, a na podłodze znajdowały się gdzieniegdzie rzeczy, których niekoniecznie można się było w tym miejscu spodziewać, więc wolała go uprzedzić. Bynajmniej nie z obawy o niego.
Bez słowa pomogła zdjąć mu z ramion kurtkę i odwiesiła ją na haczyk, po czym wyminęła go, uważając, żeby go nie trącić i zaprowadziła do salonu. Wyglądał źle i nie wiedziała dokładnie, jak objawiało się jego cierpienie, czy odznaczało się jakoś fizycznie, czy był to ból bardziej wewnętrzny. Nie wypytywała babki o takie szczegóły, bo nie sądziła, by miały jej być do czegokolwiek potrzebne.
Usuń— A więc Zayden — zwróciła się ni to do niego, ni do siebie, idąc do salonu. Zdecydowanie nie tak się przedstawił Estelli, ale czy miało to jakiekolwiek znaczenie? — Niech będzie — odparła już bez wątpienia do siebie, jakby w akceptacji, żeby się tak do niego zwracać. — Czego ode mnie konkretnie oczekujesz? — zapytała, z ramionami wspartymi na biodrach stając na środku pokoju, po którym zaczęła się rozglądać, by wstępnie ustalić, czy w ogóle będą cokolwiek w stanie tutaj zdziałać.
Élara Durant
Im dłużej trwała ta farsa, tym bardziej Levi był ciekaw, co takiego Harris musiał wiedzieć, że postanowił skutecznie zatruwać życie Zaydena. Zdaniem Leviego funkcjonariusz porządkowy Ward nie psocił tak bardzo, jak mógłby psocić, bo nie dla niego jednego kotołak dostarczał fanty spoza Azylu i gdyby tylko Harris wysilił się nieco bardziej, bez wątpienia doszedł by do wniosku, że musiałby połowę, jeśli nawet nie trzy czwarte mieszkańców Last Salvation zapytać o to, co młody Ackermann zwykł im przekazywać do rąk własnych, ale z dala ciekawskich spojrzeń Rady i jej urzędników.
OdpowiedzUsuńOczywiście Levi zakładał, że nie wiedział o Zaydenie wszystkiego. Był tego nawet więcej niż pewien, ponieważ ich relacja była stricte biznesowa, a spotkania w umówionych, ustronnych miejscach trwały tylko tyle czasu, ile było potrzeba na wyciągnięcie z plecaka sprowadzonych dla Zaydena cennych drobnostek i przekazania ich do jego rąk. Być może przez te sześć lat trwania ich niepisanego układu nawiązała się między nimi nić koleżeńskiej sympatii, jednakże żaden z nich nie sugerował ani tym bardziej nalegał, aby do tej nici dołożyć kolejne i spleść z nich gruby sznur. Byli więcej niż zadowoleni z tego, jak miały się sprawy pomiędzy nimi i widać miało to wystarczyć, aby także z tej niewygodnej sytuacji, w której się znaleźli, wyjść obronną ręką.
Levi musiał wziąć pod uwagę także to, że Harrisem mogła kierować nie tyle wiedza, co niewiedza. Być może funkcjonariusz porządkowy nie miał na swojego kolegę po fachu niczego, a jedynie coś sobie ubzdurał i teraz szukał paragrafu adekwatnego do tego, co urodziło się w tej jego pełnej przepisów oraz podstaw prawnych głowie? Swoją drogą, młody Ackermann był ciekaw, co to były za przepisy. O ile się orientował, a będąc mieszkańcem Azylu od jedenastu lat, orientował się całkiem dobrze, w Last Salvation nie funkcjonował żaden oficjalny kodeks karny ani kodeks wykroczeń, wedle którego Rada sądziłaby mieszkańców. Tych nieoficjalnych natomiast było mnóstwo, Ponieważ Rada wprost uwielbiała rozpatrywać każde przewinienie indywidualnie. Oczywiście mówiło się głośno o panujących zasadach, których należało przestrzegać, takich jak zakaz opuszczania Azylu i stawianie się w terminie na odnowieniu ograniczających moce run, ale żeby zostało to gdzieś zapisane, tak samo jak to, że Levi powinien odmeldować się w Ratuszu od razu po powrocie, to nie – Harris nie miał na co wskazać palcem i czego zacytować, gdyby zechciał postawić zarzuty Leviemu bądź Zaydenowi, a najlepiej jednemu i drugiemu.
I to było w Last Salvation wspaniałe, bo dzięki temu Ackermann mógł się wymawiać dobijaniem kroków, a Ward skorzystał z pomocy miłej i ładnej urzędniczki, która zręcznie wyciągnęła Harrisa z pokoju przesłuchań, umiejętnie naciskając na jego najczulszy punkt. Kotołak widział, jak funkcjonariusz czerwienieje na sugestię o tym, że mógł czegoś nie dopilnować, coś przeoczyć, a nie daj boże czegoś zaniechać. Odprowadził mężczyznę wzrokiem, póki ten nie zniknął za drzwiami, a kiedy te się za nim domknęły, przeniósł wzrok na Zaydena i posłał mu szeroki, pełen ulgi uśmiech.
— Co teraz? — zapytał, bo choć po opuszczeniu pokoju przez Harrisa atmosfera stała się wyczuwalnie lżejsza, wiedział, że to bynajmniej nie koniec i aby wypaść wiarygodnie, on i Zayden musieli doprowadzić tę sprawę do końca, a raczej, w mniemaniu Harrisa, to Zayden miał ją doprowadzić do końca.
— Swoją drogą, niezła sztuczka z tymi kajdankami — przyznał z uznaniem. — Nie wiedziałem, że tak potrafisz i wolę nie wiedzieć, co jeszcze umiesz — dodał, ponieważ podejrzewał, że Ward posiadał cały wachlarz umiejętności przydatnych do radzenia sobie z nieposłusznymi mieszkańcami Azylu, a stosowane przez niego środki bezpośredniego przymusu musiały być wyszukane.
Nie bez powodu to Levi pytał i niczego nie proponował. Znajdowali się na terenie Zaydena, po którym ten poruszał się doskonale. Ackermann mógł się tutaj co najwyżej zgubić. Dlatego cierpliwie czekał na to, co Zayden miał do powiedzenia, ponieważ musiał mieć cos do powiedzenia, prawda? Musiał mieć jakiś plan pozwalającym im obu na zachowanie czystych kartotek, a jeśli nie czystych, to chociaż nie tak bardzo brudnych, jak potencjalnie chciałby zbrudzić je Harris.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Zapewne było wiele osób, które jej nie lubiło. To ona nakładała runy i była odpowiedzialna za to, aby działały – układała wzory, wiedząc, jak je połączyć i co zrobić, żeby ograniczały moce, jednocześnie nie wyrządzając noszącemu krzywdy. Baldwina długo testowała runy, ozdabiając nimi swoją skórę. Inny układ, technika. Niektóre były ryte w skórze, inne wypalane energią lub nanoszone specjalnym atramentem alchemicznym. Miały jednak to samo zadanie.
OdpowiedzUsuńBaldwina wierzyła w to, że koniec końców każdy przyzwyczajał się do zasad panujących w azylu, choć było to raczej dość naiwne. Wiedziała o przypadkach beznadziejnych, była tutaj od prawie samego początku, gdy miasteczko dopiero powstawało. Obserwowała więc całą tę machinę, będąc jednym z trybików. Cieszyła się zaufaniem Rady i raczej się nie wychylała, choć trudno było ją przeoczyć i zignorować zachowanie świadczące o niebywałej tendencji do dążenia do perfekcji. Baldwina podchodziła do swoich zadań bardzo priorytetowo; błąd oznaczałby kłopoty, a kłopoty zwiastowały dochodzenie i tłumaczenie się przed kimś wyżej. Teraz, będąc urzędniczką, musiała znieść tę odpowiedzialność. Gdy tańczyła wysoko w górze, myląc się, mogła zrobić krzywdę tylko sobie – tutaj troszczyła się o coś większego, ważniejszego niż ona.
Nie miała pojęcia, dlaczego wyszedł z tą praktyczną propozycją, ale nie zapytała o to. Po prostu skorzystała z wystawionego kolana, nie myśląc o tym, że znajdzie się blisko niego, być może nawet zbyt blisko niż normalnie, ale to też jej nie przeszkadzało jakoś bardzo. W swoich dziwactwach niekiedy przekraczała różne granice. Była mu też wdzięczna za to, że podał jej kubek z kawą – Zayden miał rację. Teraz mogła uderzać palcami w krawędzie naczynia, przesuwać je, rysować paznokciami, czego ewidentnie potrzebowała. Lubiła, gdy jej ręce były zajęte, dlatego też tak chętnie dziergała czy piekła.
Limnar się nie poruszył, ale jego ciemne oczyska przez moment śledziły białą sylwetkę Baldwiny. Duch nie wyczuwał zagrożenia, więc pozostawał chłodno obojętny.
Zauważyła jego spojrzenie niemal natychmiast i to nie dlatego, że było nachalne. Było dokładne. Przesuwało się wolno, od rzęs, przez powiekę, po linię policzka, jakby czegoś szukał. Miała kilka jasnych piegów, które dało się zauważyć, gdy spojrzało się pod dobrym kątem, a gdyby przyjrzeć się z większą uważnością, dałoby się wychwycić to, jak cienka była jej skóra; jasna, cienka, z widocznymi żyłkami.
— Patrzysz się — wytknęła mu, choć nie było w tym żadnej urazy czy zarzutu. — Chem dol'she vy smotrite na belyy tsvet, tem vyshe veroyatnost' oslepnut' (Im dłużej przyglądasz się bieli, tym większa szansa, że oślepniesz) — mruknęła po rosyjsku, z delikatnym, dźwięcznym akcentem, wyciągając dłoń, aby delikatnie oprzeć palce o jego żuchwę i poprowadzić głowę tak, aby patrzył przed siebie.
Uśmiechnęła się lekko, słysząc jego żart. Wiedziała, że jedynie się droczył, choć przez moment naprawdę zastanowiła się, co by się stało, gdyby ukradł jej serce. Czy wtedy miałby nad nią władzę? Czy gdyby przejął jej serce, mógłby korzystać z jej mocy i dostępu do wody żywej i martwej? Żywa przywracała do życia umarłych i konających, martwa leczyła rany, a jej picie dawało długowieczność – czy wraz z jej sercem i nią samą Zayden zyskałby coś tak cennego? Czy byłby w stanie to wykorzystać? Nie powinna o tym myśleć, bo to nigdy nie miało się wydarzyć.
— Gdyby nie runy ograniczające moce, mogłabym mieć więcej duchów, które pomagałyby mi… w mojej pracy. Niektóre z nich są cenniejsze od innych, mogą użyczyć swoich talentów albo poświęcić się w jakimś rytuale — odpowiedziała. Nie zamierzała wtykać mu niewiedzy. Nie był alfą i omegą, ale to, że pytał i chciał wiedzieć, było wystarczające, aby poznać jej naturę. I Baldwina to doceniała; była tak samo szczera jak Zayden, który mówił o duszach.
Usuń— Ale to nie jest układ, w którym stałoby się ze mną coś złego, gdyby Limnar został skrzywdzony. Kościeje zawierają pakty, płacąc duchom zazwyczaj swoim ciałem, niektóre z nich żądają czegoś więcej, mogą nawet odebrać wzrok albo słuch — mówiła dalej.
Gramofon zabrzmiał nieco inaczej; kolejna piosenka wypełniła przestrzeń wokół, odbijając się od ścian pokrytych tapetą, dywanami, obrazami i kwiatami. Na morzu, na błękitnym morzu tam pływały stada białych łabędzi z małymi łabądkami, a skąd się wziął szaro-biały orzeł… – Baldwina zanuciła cicho.
— Wyobrażasz sobie nie słyszeć? Gdybym nie słyszała, kto wysłuchałby tych wszystkich nic nie znaczących szeptów, kto usłyszałby w starym drewnie duszę? — Odłożyła ostrożnie kubek i zsunęła się z kolana Zaydena, znów stając między jego nogami. — Skoro słyszymy… wykorzystajmy to.
Wycofała się o krok, Limnar zniknął, a Baldwina stanęła przed demonem. Schwyciła swoją białą halkę, jakby ubranie było co najmniej drogą suknią godną księżnej, a potem ukłoniła się delikatnie, czując, jak śmiech łaskocze ją w gardło.
— Zatańcz ze mną — poprosiła. — Może nie będzie kolejnego razu, może oboje ogłuchniemy, może kiedyś naprawdę ukradniesz moje serce albo zupełnie pokryjesz się swoim popiołem, ale teraz? Po prostu ze mną zatańcz. Gdybyśmy poznali się w Rusi, tańczylibyśmy wokół ogniska, przeskakiwali przez rzekę. Musielibyśmy uważać na utopce… wiesz, znałam kiedyś jednego utopca, lubił zagadki.
Baldwina Heart
Jeśli miałaby być całkowicie szczera, to niewiele pamiętała w związku z jego wizytami. Po pierwsze, było to dosyć dawno i po drugie, Estella nie dzieliła się z nią wszystkimi szczegółami swoich działań. Skojarzyła Zaydena, bo to przy okazji jego wizyt dowiedziała się o miejscu, jakim było Last Salvation oraz dlatego, że w swoim obecnym stanie emanował bardzo charakterystyczną energią, a Élara na takie niuanse była wyczulona. Także o samym układzie, jaki miał z jej babką, jak dokładnie wyglądała ich współpraca i co konkretnie zrobiła Estella, żeby mu pomóc, niewiele mogła powiedzieć. A o nim samym wiedziała jeszcze mniej. Poza tym to i tak mogło nie mieć zbyt wielkiego znaczenia, bo Élara mimo wszystko operowała magią nieco inaczej niż jej babka, choć działały w tym samym nurcie i na tych samych zasadach.
OdpowiedzUsuńPrzestała na moment oceniać salon i możliwości, jakie im dawał i spojrzała na odsłonięty tors Zaydena, bo rytualny popiół, o którym wspomniał, niewiele jej mówił, prócz tego, że prawdopodobnie był to albo bufor, albo katalizator. Najwięcej powiedzą jej właśnie oględziny samego problemu.
Przygryzła policzek od wewnętrznej strony, krzywiąc się lekko w konsternacji. Ciało wyglądało okropnie, fakt, i w innym przypadku byłoby już nie do odratowania. Przynajmniej ona by nic nie mogła na to zaradzić, gdyby chodziło tylko o to, ale całe szczęście mieli do czynienia bardziej z magią niż fizyką czy biologią. Choć szczęście mogło być tutaj bardzo subiektywnym stwierdzeniem.
Obróciła głowę to na jedną stronę, to na drugą, przyglądając się pęknięciom i zwęgleniom, które rozgałęziały się po ciele Zaydena. Wyczuwała delikatne, niestabilne drgania emanujące z głębi ran, jednak nie do końca rozumiała ich naturę, bo albo były za słabe i demon trochę histeryzował, albo runy tłumiły zmysły Élary. Z pewnością buzował w nim gorąc, wyglądał nawet na rozpalonego, co, jak sądziła, nie przydarzało się demonom za często.
Mogła to lepiej sprawdzić, właściwie to było nawet wskazane, skoro miała mu pomóc, tylko dalej nie była pewna, czy chciała się w to bardziej angażować. Miała okropnie niepokojące przeczucie, że jeden krok dzielił ją od czegoś nieodwracalnego.
Podniosła spojrzenie do oczu Zaydena, bijąc się ze swoimi myślami, aż w końcu cicho odetchnęła i pokiwała głową, odpowiadając na pytania i wątpliwości, których nie słyszał, a które zadawała sobie w duchu.
— Nie powtórzę dokładnie tego, co zrobiła moja babka — ostrzegła na wstępie. — Ale myślę, że mogę ci z tym pomóc — odparła, dalej niespecjalnie pewna, czego od niej oczekiwał, ani czy rzeczywiście mogła coś tu zdziałać. Tak naprawdę okaże się to dopiero w praniu.
Przymknęła na chwilę oczy i podrapała się po nosie, próbując zebrać myśli i ustalić, od czego powinni zacząć. Miała w głowie ogólny zarys działań, ale była po prostu zmęczona, wręcz wyczerpana, a jeszcze zapowiadało się na to, że czeka ją całkiem sporo pracy. Z zewnątrz mogło to wyglądać, jakby się po prostu ociągała, co współgrałoby z jej niechęcią, ale nie taka była prawda. Magia Élary była metodyczna i jeśli chciała osiągnąć jak największą skuteczność, potrzebne były odpowiednie przygotowania. Oraz cierpliwość. Dużo cierpliwości.
— Jak do tego dochodzi? — spytała, otworzywszy oczy. — Bo pachnie jak — pochyliła się do mostka Zaydena i zmarszczyła nos — zdrada? — Runy zaburzały nawet taką drobnostkę, jak powonienie, więc Élarze ciężko było określić ten zapach precyzyjnie. — Nie wygląda to na klątwę… — wymruczała zaraz pod nosem, odsuwając się od Zaydena i podążyła ku kredensowi, który zdążyła zapełnić różnymi mniej lub bardziej osobliwymi przedmiotami, fiolkami i buteleczkami, wiązankami, kamieniami i kryształami i całą masą różności, które ciężko byłoby zliczyć i rozróżnić w panującym w mieszkaniu półmroku.
Élara Durant
W Baldwinie było sporo wpisanego w jej naturę obowiązku. Gdy jeszcze zajmowała się paktami, ściąganiem klątw lub rzucaniem uroków, traktowała to bardzo poważnie. Nic nie było za darmo, ale to ona decydowała o tej cenie – niektórzy kościeje żądali od śmiertelników lat życia albo długoletniej służby. Baldwina jednak zazwyczaj prosiła o chleb, wino lub wełnę. Nie było w tym nic okrutnego ani zwodniczego.
OdpowiedzUsuńTeraz, zajmując się w azylu runami, także podchodziła do tego bardzo poważnie. Dbała o mieszkańców i miasteczko, sądząc, że w ten sposób przyczynia się do budowania miejsca, które dawało dom i bezpieczeństwo. Jej podejście do tych spraw było niezmienne od kilkudziesięciu lat – runy należało dopasować do danej istoty paranormalnej i dbać o to, aby nie zniknęły. I oczywiście, że nie każdemu podobało się takie rozwiązanie, ale większość odpuszczała sobie groźby i wrzeszczenie, widząc, że urzędniczka ani nie drży ze strachu, ani nie reaguje w żaden satysfakcjonujący sposób, bo zawsze oczekiwało się od niej jakiejś reakcji, a Baldwina najczęściej milczała, pozwalając osobnikowi się wyszumieć. Po wszystkim nie myślała o tym, czy ktoś będzie próbował się jakoś odegrać za nałożone przez nią runy – nie mogła sobie przypomnieć nikogo, kto faktycznie planowałby wielką zemstę i zaatakowałby ją poza Ratuszem, bo akurat rękoczyny w trakcie całego procesu bywały częste.
Gdyby powiedział jej o tych wielu i różnych formach, pewnie by o nie zapytała. I to nie dlatego, żeby poznać jego sekrety, a po to, żeby dowiedzieć się, jak to było nie mieć ciała albo egzystować jakoś inaczej. Czy więc ludzkie ciało, w którym teraz był, będąc tak blisko, mogło mieć inne imię, inną osobowość, inne gesty? Baldwina zdała sobie sprawę z tego, że ostatecznie to Zayden pokazuje jej to, kim był poprzez to, co mówił i robił, a fizyczna powłoka być może nigdy nie będzie w stanie oddać jego istoty. Poczuła delikatny żal, że wobec tego nie zobaczy demona w jego pierwotnej formie – czy byłaby wtedy w stanie w ogóle dostrzec jego obecność? Czy czułaby jego ciepło tak jak teraz?
Może nie miała bujnej sukni, ale to akurat wcale jej nie przeszkadzało. Nie czuła się też jak księżniczka, ale zdecydowanie była kimś – gdyby miała określić samą siebie w tym momencie, to powiedziałaby, że jest po prostu Baldwiną. I to musiało wystarczyć.
— Ja też cieszę się, że słyszysz — odparła dość prosto, jakby stwierdzała oczywistą oczywistość.
Zmysły były dla niej czymś ważnym, czymś, co pozwalało jej lepiej rozumieć otaczający ją świat. Słuch dawał jej możliwość wyłapania zbliżającego się niebezpieczeństwa, rozpoznania osoby po ciężarze kroków; dostrzegała też pauzy między zdaniami, zmianę tempa oddechu. Dźwięk miał swoją własną strukturę; mógł ostrzegać, wabić, przy tym bywał zwodniczy. Wzrok pozwalał jej obserwować – napięcie, uśmiech, drżenie. Mogła określić, czy coś jest ładne lub brzydkie, czy coś wygląda, jakby chciało ją zaatakować. Dotyk bywał nieprzewidywalny. Ciepło skóry, miękkość lub szorstkość materiału, kształty blizn. Dotykała więc tak, jakby coś testowała, jakby sprawdzała strukturę. Zapach kojarzył jej się z pamięcią, a smak pozwalał jej próbować nowych rzeczy – miał w sobie coś bezpiecznie mierzalnego. Nie był tak nachalny jak dotyk ani tak wielowarstwowy jak dźwięk. Ostatecznie wszystkie te zmysły tworzyły skomplikowane, zmieniające się obrazy.
— Możemy zakładać, że kolejnego razu nie będzie, ale ostatecznie to od nas zależy, czy ogłuchniemy, damy się spopielić czy obrócimy się w proch… ostatnie razy zazwyczaj bywają pierwszymi — odpowiedziała ostrożnie, a dostrzegając jego uśmiech, mimowolnie też się uśmiechnęła. Gdy Zayden odstawił kubek i podniósł się z krzesła, Baldwina utkwiła wzrok w jego klatce piersiowej.
Nie odpowiedziała od razu. Wsłuchała się w muzykę płynącą z gramofonu – igła przeskakiwała delikatnie, tempo było nieco nierówne, jakby płyta pamiętała zbyt wiele odtworzeń.
Usuń— Skoro poznaliśmy się tutaj, powinniśmy zatańczyć coś... naszego. W końcu to nasza przeszłość i teraźniejszość. — Delikatnie złapała jego dłoń; najpierw ostrożnie przystawiła palce do skóry, przesunęła po niej krótko, a ostatecznie schwyciła rękę Zaydena i pociągnęła lekko za sobą.
Salon tkwił w lekkim półmroku, oświetlony jedynie małymi lampkami, które wisiały nad oknem. Pokój był większy niż kuchnia, ale też przytulnie zagracony. Dywan na ścianie, stara szafa, kanapa i własnoręcznie wydziergany koc, stolik przytłoczony książkami, fiolkami i włóczkami, a dalej kilka kartek brudnych od węgla, którym Baldwina lubiła rysować. Po przeciwnej stronie wisiała gablota z owadami, pod nią tkwiło kilka kwiatków w kolorowych doniczkach. Gramofon stał w kącie, otoczony poduszkami i niskimi półeczkami ze starymi płytami.
— Nigdy nie tańczyłam podczas organizowanych w wiosce ognisk, ale udawałam, że to robię, przeskakując przez kamienie — odezwała się, stając naprzeciwko Zaydena. Była od niego niższa co najmniej o głowę i zapewne, gdyby ktoś stanął za demonem, nie zauważyłby jej. — Pamiętam, że wtedy cała wieś stawała się nieco mniej okrutna. Pieczono chleb, ciasta, dziewczęta ubierały się pięknie, chłopcy przywdziewali najlepsze skórzane narzuty… zazwyczaj obserwowałam to z boku. Bardzo chciałam upleść swój wianek i oddać wodzie, żeby potem sprawdzić, czy komukolwiek udało się go złapać. Ale nigdy tego nie zrobiłam. Chyba bałam się, co może się stać, jeśli ktokolwiek zobaczy mnie przy rzece.
Oparła drugą dłoń – bo pierwsza wciąż trzymała rękę Zaydena – o jego pierś, a palce delikatnie zbadały fakturę ubrania, które nosił.
— Nie jesteśmy teraz nad rzeką ani nie rozpaliliśmy ogniska — dodała. — Ale będzie mi po prostu miło, jeśli zatańczysz ze mną tak, jak potrafisz. Obiecuję, że cię nie podepczę.
Spuściła wzrok do swoich bosych stóp, znów trącając jedną o drugą.
Baldwina Heart 💃
Przebudziła się z niespokojnego snu z uczuciem dziwnego uścisku, ciążącego jej na klatce piersiowej, zupełnie tak, jakby to do niej przyszedł pożeracz koszmarów. W sypialni wciąż panował nieprzenikniony mrok — ciemne zasłony nie pozwalały przebić się nawet drobinie księżycowego odbicia, a ciszę przerywało rytmiczne tykanie zegara i szum wiatru usilnie próbującego zgwałcić okna domostwa. Mimo tej ułudy spokoju, zwyczajności towarzyszącej trzeciej nad ranem, Damroka czuła niespokojne drganie czegoś bardziej ulotnego niż powietrze, znajdującego się jakby z tyłu jej głowy, zauważone tym samym trzecim okiem co wpatrujący się w ofiarę drapieżnik. Sparaliżowana, bez możliwości poruszenia choćby nosem, zaczęła się bać, że do nieposłusznych rąk i nóg, które ani myślały drgnąć, dojdzie zaraz serce i w ten oto sposób, przykryta przez ukochaną ciemność, odejdzie z tego świata. Leżała tak jeszcze przez chwilę, będąc zarówno uczestniczką, jak i obserwatorką tego dziwnego zjawiska, zdającego się łamać wszelkie znane jej do tej pory prawa Azylu, aż wyczuła wyrwę w nieznośnym napięciu. Czyżby ktoś się zawahał? Czy może miała się zaraz przebudzić, śniąc po raz pierwszy od ponad dwustu lat?
OdpowiedzUsuńWypuszczona z klatki, w której ktoś uwiązał ją jeszcze chwilę temu, niczym przywrócony do życia topielec zachłysnęła się powietrzem, kaszląc głośno przez następne kilka sekund i roztrzęsioną dłoń przykładając do równie poruszonej piersi. Gdy tylko udało jej się uspokoić oddech, podniosła się z łóżka i szybko podeszła do włącznika światła, jakby jasność żółtej żarówki miała przegonić nie tylko mrok, ale też niepokój odczuwany dziwną miękkością w stawach. Nerwowo rozejrzała się po pokoju, jednak nie dostrzegła nic, co byłoby jej obce. Na dębowym blacie małego sekretarzyka nie pojawiło się cudze pióro czy zapisana nieznanym pismem kartka — to samo tyczyło się stojącej w rogu etażerki zastawionej książkami, ułożonymi w tym samym porządku w jakim zostawiła je przed zaśnięciem. Śladów cudzej obecności nie umiała też wyczuć na powierzchni nakastlika czy wśród włókien wysłużonego, poprzecieranego gdzieniegdzie dywanu. Była sama, jak każdej nocy przed tą nocą i każdej, która miała nadejść, co potwierdziła wykorzystując ostatki sił, jakie miała do przemiany, bo jej nocna postać znacznie przewyższała umiejętnościami poznawczymi jej ludzką percepcję.
Resztę nocy spędziła na lekturze, poruszając się czujnie przy najmniejszym nawet szeleście, który w innym wypadku zrzuciłaby na stary parkiet z powykrzywianymi klepkami, gałązkę sosny pukającą nieśmiało w szybę czy inne, codzienne odgłosy domu. Dzisiaj zabrakło jej naturalnego dystansu, bo była zbyt wzburzona faktem, że bała się w ten sposób ostatni raz wiele lat temu, kiedy świat wyglądał zupełnie inaczej.
Zmęczona i obolała, ze zniecierpliwieniem otworzyła kopertę podaną jej przez koleżankę, która zaczynała pracę kilka godzin przed nią. Nie zdejmując owczego kożucha, nic nie robiąc sobie z oblepionych śniegiem butów, tak szybko jak weszła do ratusza, tak samo szybko z niego wyszła, tłumacząc się wezwaniem na komisariat. Po co miała kłamać dokąd się udaje, skoro niczym nie zawiniła? Przecież i tak zaraz wszyscy wiedzieliby, gdzie znajduje się Damroka zamiast przy swoim stanowisku pracy — poza tym nie odeszła przecież daleko.
Weszła na komisariat i zgodnie z zapiskami w krótkiej wiadomości udała się bezpośrednio do niewielkiej dyżurki, po drodze ściągając okrycie, czując, jak ciepło budynku uderza w jej zmarznięte, zaróżowione policzki. Pociągając nosem, znalazła w torebce swoje dokumenty i już miała podawać je dyżurnemu, kiedy zobaczyła znajomą, męską sylwetkę, która zawsze budziła w niej niepokój.
— Cześć, Zayden. Dostałam wezwanie na przesłuchanie — powiedziała z nieukrywanym przejęciem, przewieszając sobie przez zgięte ramię kożuch, wcześniej do jego rękawa wciskając wełniany, niebieski szalik. — Wiesz może, w jakiej sprawie? Co się dzieje? — zapytała, silnie zaciskając dłonie na uszach skórzanej torby.
Damroka
Baldwina zdecydowanie posłuchałaby o historii Zaydena; o tym, kim był i co robił, zanim trafił do azylu, który zapewne wcale nie rysował się jako raj dla demona. Zresztą dla wielu osób też nie. Biorąc jednak pod uwagę to, co działo się poza miasteczkiem, bycie zamkniętym miało swoje plusy – runy ograniczające moce czy zasady nie były aż tak dotkliwe w zamian za bezpieczeństwo, dach nad głową i pełny żołądek. Ostatecznie przecież każdy chciał jakoś przetrwać, tylko że tym razem to przetrwanie nie wiązało się z aż tak trudnymi decyzjami, bo dopasowanie się do panujących reguł było najmniej wyniszczające z tego wszystkiego.
OdpowiedzUsuńDla niej azyl był miejscem, w którym zaczęła być Baldwiną. Nie musiała już uciekać, kryć się ani robić tych wszystkich mniej lub bardziej dobrych i złych rzeczy, aby przeżyć. Nikt nie wykorzystywał jej ciała ani unikatowego wyglądu, żeby zarobić – tutaj Baldwina miała normalną pracę, mieszkanie i decydowała o własnym życiu, podejmując świadome decyzje. Nikt nie mógł jej do niczego zmusić, oprócz samej Rady, a choć owy przymus przejawiał się w akceptacji zasad panujących w miasteczku, to dla niej nie było to coś, co sprawiało jej dyskomfort. Dla kogoś, kto przez większość swojego dzieciństwa i młodych lat był traktowany jak rzecz, przysłowiowe więzienie, bo tak często mówiło się o azylu, dawało szansę, aby coś zmienić. Baldwina po prostu skorzystała z tej okazji.
Poczuła, jak oplata jej dłoń palcami, a potem wsłuchała się w rytm jego kroków – to było dość osobliwe. Do tej pory nie przysłuchiwała się tym konkretnym dźwiękom, a brzmiały one dość charakterystycznie, silnie.
Baldwina tańczyła wysoko w górze, wyginając ciało tak, aż niekiedy wydawało się to niemożliwe. Była elastyczna, a drobne ciało jedynie pomagało w akrobacjach. Wciąż pamiętała hak, węzeł i materiał, który najpierw owijała wokół nadgarstków, a potem ud, testując napięcie. Przed występem sprawdzała szarfy – lubiła myśleć, że w górze stają się przedłużeniem jej rąk, że zwężają jej talię i podkreślają żebra. Będąc już u góry, nie myślała o tym, jak wysoko się znajduje. Myślała o sekwencji: chwyt, docisk, balansowanie. Poruszała się lekko, z gracją – włókna szarf mocno tarły o jej skórę, materiał zaciskał się mechanicznie, powodując ból, ale ból był częścią występu. Baldwina zdążyła się do tego przyzwyczaić.
Umiała tańczyć, poruszać się, wprawiać mięśnie w ruch tak, aby nie było widać wysiłku, ale taniec z partnerem był inny. Tutaj nie było szarf ani tarcia, musiała więc zaufać innym dłoniom – dłonie te jednak należały do Zaydena, a Baldwina ufała demonowi, więc jeśli jego ręce miałby stać się przedłużeniem jej ciała, nie odsunęłaby się.
— Moja obecność nigdy nie była pożądana — odpowiedziała. — Dobrze wiedziałam, że jeśli podejdę zbyt blisko, ktoś może rzucić we mnie kamieniem albo zrobić coś gorszego. To był czas zabawy i nadziei, a ja dla wielu osób stałam się symbolem nieszczęścia, więc nikt mnie tam nie chciał. Wiedziałam o tym, a i tak podchodziłam dość blisko. Może to przez rozpalone ogniska albo śpiewy?
Poczuła, jak jego dłoń obejmuje jej talię, a potem uległa ruchom demona i obróciła się dookoła własnej osi. Uśmiechnęła się delikatnie, dotykając palcami wolnej ręki swoje usta, gdy grymas stał się szerszy i szczery. Jeśli wcześniej czuła się tylko Baldwiną, teraz zdecydowanie mogłaby uchodzić za księżniczkę – halka zafalowała, podobnie jak jej włosy.
Gdy stanęła przodem do demona, znów poczuła jego dłoń, bliskość i dała się ukołysać – nie było w tym pośpiechu ani gorączkowości. Kościeja poruszała się delikatnie, niemal bezszelestnie, jakby stała się nagle lżejsza. Oparła wolną rękę o jego pierś, w miejscu, gdzie znajdowało się serce. Baldwina była niemal zafascynowana, jak owe serce umiało być głośne i jak można było wyczuć jego rytm. Nie naciskała mocno. Wystarczyło lekko przyłożyć opuszek, aby poczuć uderzenie pod skórą. Jedno. Drugie. Trzecie. Jej własna klatka piersiowa była cicha. Pusta w ziejący, samotny sposób, ale Baldwina żyła i dało się to życie dostrzec w niej w inny sposób.
Usuń— Nie należałam do świata, który znany był wieśniakom, bo widzieli we mnie coś przeklętego, złego — powiedziała cicho. — A ty? Dostrzegasz we mnie to samo?
Baldwina Heart
Levi nie często miał przyjemność obcowania z funkcjonariuszami porządkowymi i nie zależało mu na tym, by akurat tej przyjemności doświadczać częściej. Co za tym idzie, nie do końca orientował się w ich strukturach, bo choć wiedział, kto jest ich zwierzchnikiem i który z mieszkańców rolę funkcjonariusza pełni, to nie miał pojęcia o tym, jakie łączyły ich zażyłości lub dzieliły zaszłości. Nieszczególnie też go to interesowało, przynajmniej do dnia dzisiejszego, ponieważ Zayden i Harris skutecznie rozbudzili jego ciekawość, zarówno tę zupełnie zwykłą, ludzką jak i tę zawodową, a informacja potrafiła być cenną, jeśli nie cenniejszą niż niektóre przedmioty walutą, z czego biegły w nielegalnym handlu kotołak doskonale zdawał sobie sprawę. Lubił wiedzieć, co piszczało w zakamarkach Azylu, ponieważ dawało mu to tak pewną przewagę, jak i gwarantowało swego rodzaju bezpieczeństwo. Bogatszy o dzisiejsze doświadczenia Levi miał wiedzieć, by ostrożniej dobierać miejsca kolejnych spotkań z Zaydenem i sprawniej przekazywać mu szmuglowane specjalnie dla niego przedmioty, tak by Harris nie zyskał kolejnego pretekstu do interesowania się kolegą, którym i tak interesował się już za bardzo, i z tego tytułu Levi trochę Zaydenowi współczuł. Życie w Last Salvation potrafiło być upierdliwe samo w sobie, a gdy ktoś starał się uczynić je upierdliwym tym bardziej, stawało się to frustrujące.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się do siebie, kiedy po wyjściu Harrisa, Ward wyraźnie się rozluźnił i wyszedł ze służbowego trybu, co Levi wywnioskował po jego swobodniejszej postawie, choć jednocześnie wydawało mu się, że nawet poza godzinami pracy Zayden nie do końca wychodził z roli, tak jakby ta stanowiła istotną jego część i być może właśnie tak było, ponieważ zdaniem kotołaka, Zayden miał charakter i umiejętności doskonałe do tego, aby piastować przydzieloną mu przez Radę funkcję. Wiedział i pamiętał, że przedtem demon cienia był Ściągającym, ale nie znał go wtedy dobrze – teraz także nie znał go dobrze, ale wciąż na pewno znał go lepiej, niż przedtem, kiedy Ward robił interesy jeszcze z Thatcherem.
Pozostał na swoim miejscu, kiedy mężczyzna się podniósł i tylko prześledził jego ruch wzrokiem.
— Tak jest, panie Ward — odparł, a skoro miał wolne ręce, niewiele brakowało do tego, aby zasalutował. Zaniechał jednak tego gestu, skupiony na obserwowaniu tego, co robił funkcjonariusz porządkowy i kiedy ten podsunął mu dokument, Levi złapał za długopis i złożył we wskazanym miejscu zamaszysty podpis, uprzednio nie przeczytawszy chociażby słowa z tego, co podpisuje, więc równie dobrze mógł właśnie zawrzeć z demonem pakt, w którym zaprzedałby mu własną duszę, choć takie pakty podpisywało się raczej krwią, niż długopisem z niebieskim tuszem, prawda?
— Mam tylko to. — Ackermann odsunął od siebie kartę, odłożył na nią długopis i przejął z dłoni Zaydena woreczek z cenną zawartością. — Drobnostka, ale myślę, że popiół z niej będzie wiele wart, bo uwierz mi — podniósł wzrok na demona — że aż mnie trzepie na myśl, co i skąd to jest.
Podniósł się z krzesła z tym samym chrobotem drewna o podłogę, który towarzyszył dźwignięciu się Warda. Woreczek wsunął do rękawa bluzy, całkiem luźnego za ściągaczem przy nadgarstku, gdzie przedmiot w żaden sposób nie odznaczał się pod materiałem.
— Po dwudziestej pierwszej będę u Hansa — podpowiedział, aby Zayden nie musiał zbyt długo go szukać. Zaprosić do siebie go nie mógł, bo to byłoby zbyt oczywiste, a że nie miał na dzisiejszy wieczór większych planów niż rozniesienie fantów i odmeldowanie się w Ratuszu, to z powodzeniem mógł zaszyć się w Brudershafcie i wypić kilka piw. Tam też on i Zayden mogli na siebie wpaść, każdy z nich już w cywilu, z chęcią zrelaksowania się po ciężkim dniu, bo ten dzień bez wątpienia był ciężki.
Skinął funkcjonariuszowi porządkowemu głową i czmychnął na korytarz, którym przemknął do okienka. Odebrał swoje rzeczy i szybkim krokiem ruszył do wyjścia, gdzieś za swoimi plecami słysząc Harrisa utyskującego na to, że żadnego błędu w dokumentacji nie było, nim jednak rozróżniłby dokładny sens słów rzucanych przez mężczyznę, drzwi posterunku się za nim zamknęły.
UsuńDo Brudershaft zaszedł jeszcze przed dwudziestą pierwszą. Zamówił piwo, po czym zajął jeden ze stolików w głębi sali, nieopodal tarczy do darta. Finalnie dla zabicia czasu nawet wziął rzutki z baru i zaczął grać sam ze sobą, nie znalazłszy chętnych na dołączenie do zabawy, bo stali bywalcy wiedzieli, że niemalże niemożliwym było wygrać z dobrym okiem i zwinną ręką kotołaka, który prawie przy każdym rzucie posyłał rzutki dokładnie w to miejsce, w które chciał, żeby te trafiły.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Noor była jak subtelna mgła, którą trudno pochwycić, choć można ją odczuć na skórze, w powietrzu, w każdym jej oddechu. Jej natura była jak zawiła symfonia, w której każda nuta miała swoje miejsce, choć trudno było ją zidentyfikować, bo wciąż się zmieniała, jakby tańcząc na granicy widzialnego i niewidzialnego. W jej oczach kryła się głębia, która potrafiła przeszywać na wskroś, choć sama zdawała się być odległa, nieuchwytna, jakby żyła w własnym, nieokiełznanym świecie, balansując na cienkiej linii między światłem a cieniem. Ostatnio usłyszała, że to przez oczy, to jak patrzy na świat, wydaje się kimś kto zna wieki.
OdpowiedzUsuńTo nie brak równowagi i nieokiełznany, wciąż szerzej roznoszący się wokół niej chaos przez zagubienie był problemem. To wróg, nieuchwytny, nieznany, który odbierał jej siły wraz z snem, a ona nie potrafiła go odnaleźć. Rosnąca irytacja, zagubienie, to wszystko podsycało te płomienie mrocznej natury, której nie potrafiła wyciszyć i w efekcie wydawała się obca... jak nie ona. Traciła tę miękkość, z jaką przyjmowała los takim, jaki został jej zapisany.
To, co czyniło Noor tak trudną do zdefiniowania, to właśnie jej dążenie do harmonii w chaosie, pragnienie powiązania tych sprzecznych sił, które w niej buzowały. W jej drobnych gestach, w delikatnym dotyku, kryła się moc, ale nie siła w walce, lecz subtelność, która potrafiła wywrzeć największy wpływ, jeśli tylko ktoś potrafił to dostrzec. Była jak witraż, który składał się z wielu kawałków, każdy z nich odzwierciedlał inną część jej natury, a mimo to tworzył harmonijną całość. W jej spojrzeniu można było wyczuć nieustanną walkę o równowagę, o utrzymanie tego ulotnego balansu, który wydawał się równie delikatny, co niezłomny. Noor nie była osobą, którą można było wsadzić w sztywne ramy, bo jej dusza była zbyt głęboka i zbyt pełna niuansów, by sprowadzić ją do prostych kategorii. To właśnie ta jej dążąca do nieuchwytności natura sprawiała, że była tak fascynująca, a jednocześnie tak trudna do zrozumienia. I ona to w sobie lubiła, balansowanie i wydeptywanie własnych, nieoczywistych ścieżek, tylko że teraz... gubiła drogę.
Zayden chyba nie umiał jej zrozumieć, skoro wiązał jej bezsenność z wyczerpaniem i zarazem podążaniem za kambionem który poruszył głęboko ukryte struny w jej wnętrzu, a do tego wspominał urzędniczkę. Zresztą... nie oczekiwała od niego zrozumienia, nie miała prawa nic oczekiwać, ufała tylko w to, że ich układ ma swoją siłę i ona na tej sile polegać może równie mocno jak on. Był jednym z tych stałych elementów jej życia tutaj, o którym nie zapominała, mimo tego jak wiele ich dzieliło.
Noor, by zaznaczyć swoją obecność, nie wymagała krzyku ani dominacji, ale pomocy u innych szukała dopiero wtedy, gdy sama nie odnajdywała rozwiązania. Potrafiła przemawiać milczeniem, a jej spojrzenie i dotyk mówiły więcej niż słowa, nie była uparta, ani zamknięta, choć pozostawała nieufna. Teraz jednak zaczynała gasnąć, blaknąć i czuła to w każdej swojej cząstce istnienia.
Nigdy się nie zapowiadał i zawsze przychodził bez zapowiedzi. A Noor nigdy go nie wypraszała, ani nie wyrażała żadnego ubolewania z tego tytułu. Mógł czuć się u niej swobodnie, zarówno w aptece jak i mieszkaniu, a nawet kolację jedli razem już nie raz wspólnie. Ona na pewno siłą zatrzymywać go nie będzie i chyba jedno zaproszenie było wystarczające, aby go zapewnić, że nie ma nic przeciwko jego towarzystwu, ale... czuła, że ostatnio, przez nią samą, rosła między nimi ściana. Może to ona się odsuwała, a może on już jej nie potrzebował, jak dawniej.
- Tak, pamiętam - subtelny uśmiech na krótką chwilę rozjaśnił jej bladą twarz, ale Noor nie podniosła oczu, by spojrzeć w te należące do demona. Zajmowała się jego ciałem, wcierała lek w pęknięcia, zgodnie z jego prośbą i po tym, co sama powiedziała, na razie nie chciała aby dostrzegł w jej spojrzeniu czegoś, co mógłby opatrznie zrozumieć.
UsuńBył jej pokusą, był jej grzechem skrytym w osłonie cieni, był jej zachcianką i słabością. Niekiedy nie potrafiła wybrać, ale zawsze ulegała mu, odnajdując własną rozkosz w silnych ramionach, pod wędrującymi na niej ustami, tonąc w spojrzeniu czarniejszym niż smoła. Nie próbowała tego zamykać w żadnej kategorii, nie dało się tego nazwać, ani ujednolicić. Noor nie chciała tego spłaszczać. Żadna rama nie pasowała do wymiaru, który razem sobie stworzyli i to było tak nieuchwytne i nieoczywiste jak ona... Odnajdywała się w tym.
Pracowała skrupulatnie, a jej dotyk był ostrożny, czuły, palce muskały go uważnie i delikatnie, a w pęknięciach ładnie odnajdywał swoje miejsce stworzony lek; gęsta pasta domykała szczeliny, wypełniając przestrzeń, której brakowało. Czuła na sobie jego spojrzenie, mrowiło jej policzki, łaskotało pod powiekami a Noor odetchnęła głebiej, próbując się nie rozpraszać. Martwiła się o niego i o stan, w jakim się znalazł.
- Ostatnio nie wiem o zbyt wielu rzeczach i chciałabym, aby tego nie było widać - wyszeptała z pewną nostalgią, z czymś co tęskni, co ma żal, z czymś co gasi słońce smutkiem. Była smutniejsza niż chwilę wcześniej. Była szara, bez koloru i światła, jakby tłamsiło ją od środka coś więcej niż brak snu. To ją zatruwało i sprawiało, że się zmieniała. Nie lubiła siebie takiej, innej. Przechylonej w jedną stronę, gdzieś bliżej rozpaczy i poddania się.
Nie mógł samego siebie zaleczyć i może nic nigdy tego nie sprawi, ale gdyby dał jej szansę... Poszukałaby sposobu, lub czegoś trwalszego niż ta maść, która mu wystarczy na ledwie kilka dni. Ale tylko tyle od niej chciał i tylko o to prosił, nie wyszła więc poza wyznaczoną granicę, choć wiele innych już wspólnie pokonywali. Chłodne dłonie mogły nieść ulgę, ale gdy wyczuwała drżenie lub spięcie mięśni demona, zwalniała, opierała opuszki z wyczuciem w jednym miejscu, tym które wydawało się wrażliwsze i dawała mu chwile, aby się oswoił z nią - z jej bliskością i zabiegami. Gdy większość leku znalazła się już w pęknięciach ciała, zadowolona z siebie chwyciła bandaż, aby owinąć Warda. Odsunęła się i odwinęła część materiału.
- Noś opatrunek przez dobę... Jutro możemy to powtórzyć jeszcze raz, ale dopiero wtedy, gdy wszystko, co nie wsiąknie, zacznie się rozkruszać od ciepła twojej skóry. Wtedy powinieneś zmyć wszystko i nałożyć lek od nowa, a następnie jeszcze raz zabezpieczyć ranę - wyjaśniła, delikatnie przykładając dłoń z początkiem bandaża do jego mostka, aby powoli zacząć go owijać. Stała z przodu, czując jego ciepło i zapach ziół i uważnie, powoli, starannie wsuwając opatrunek pod jego ramię, obwiązywała jego tors bandażem, przekładając go z jednej do drugiej dłoni na plecach Zaydena. - Naprawdę nie musiałeś się tak starać, żebym cię objęła - dodała, posyłając mu krótki uśmiech, by złagodzić powagę, bo nagle jej własna troska wydala jej się zbyt ciężka.
Noor ✨
Nie walczyła sama ze sobą - przez wszystkie lata spędzone na ziemskim padole nauczyła się, że jest to walka z góry przegrana i nie ma najmniejszego sensu, obojętnie ile pasji by się jej nie poświęciło. Była szczerej, łagodnej natury, co wielokrotnie odbierane było za słabość - szczególnie, gdy jeszcze zajmowała się ściąganiem istot do Azylu i źle oceniła obiekt swojego zainteresowania. Niektórzy potrzebowali jej ciepła, którym dzieliła się szczodrze przez dobre słowo i pokrzepiający dotyk, jeśli tylko było to potrzebne - w końcu wielu podobnych do niej było zagubionych, zmęczonych ciągłą walką i ucieczką. Tak jak ona chcieli być, egzystować, czerpać radość z zachodzącego słońca, lektury, tańca, czy ciepłej herbaty parzącej usta. Bywali jednak tacy, którzy nie doceniali jej intencji, albo w nie nie wierząc, albo za nic mając zapewnienia o możliwości odnalezienia spokoju w tej zimnej krainie. Z nimi miała znacznie więcej pracy, często żmudnej i nieprzyjemnej, bo Damroka za wszelką cenę starałą się przekonywać istoty do dobrowolnego, chętnego przybycia do Azylu - to ułatwiało aklimatyzację, bo mamieni tanimi sztuczkami byli później wrogo nastawieni do kapitulacji w swoich postanowieniach i poddaniu się panującym w Azylu zasadom.
OdpowiedzUsuńCicho buntowała się przeciwko ich więziennemu charakterowi, który od kilku miesięcy był wyjątkowo uciążliwy - jako Ściągająca miała możliwość oglądania zmieniającego się poza miasteczkiem świata i zachodzących w nim zmian społecznych. Z każdej podróży przywoziła rzeczy - dużo rzeczy. Jej mieszkanie przypominało niewielki składzik, w którym pośród najróżniejszych szpargałów, zupełnie na widoku poukrywane były różnego rodzaju artefakty, bo w końcu najciemniej było pod latarnią. Zawsze profesjonalna postawa i niewinna buzia nieco ułatwiały jej uprawianie zbieractwa, które przecież nie było dla kogokolwiek szkodliwe, czy niebezpieczne, a sama Rada zdawała się na to przymykać oko, bo w końcu nie robiła niczego, czego nie robiliby inni Łącznicy i Ściągający. Teraz brakowało jej nowości i chociaż nigdy jednak nie zaryzykowałaby sprowadzaniem czegoś, co mogłoby zagrozić innym mieszkańcom w sposób tak dosłowny, była wręcz niezdrowo zainteresowana tym, co się działo teraz. Przecież ją, Zmorę, nawiedził paraliż senny. Absurdalność tej sytuacji dotarła do niej, kiedy tego poranka piła trzecią filiżankę niemal gęstej, czarnej kawy.
— Bardziej to była notatka służbowa, ale faktycznie chyba mi się poszczęściło — uśmiechnęła się lekko, doskonale zdając sobie sprawę co miał na myśli mówiąc o doprowadzeniu podejrzanych. Z jednej strony było jej miło, że została potraktowana z takim szacunkiem, z drugiej jednak zwykła butność podpowiadała jej, że wcale nie był to szacunek a przekonanie wszystkich, że przecież ona, Damroka, muchy by nie mogła skrzywdzić. Próżność kazała jej się z tym nie zgodzić, bo przecież umiała uśpić nawet całą wioskę… Ale to było kiedyś, nim pozwoliła sobie wtłoczyć pod skórę runy.
— No to ładnie mnie wrzucili do jednego wora… Eh — pokręciła głową z wyraźnym niezadowoleniem w komentarzu na jego wyjaśnienia.
Widząc jego czujne spojrzenie mierzące jej sylwetkę uniosła do góry ręce, jakby w ten sposób chcąc utwierdzić go w przekonaniu, że nie jest w nic uzbrojona. Chyba, że bał się ataku ze strony prostej, wełnianej sukienki, wełnianych rajstop i skórzanych butów. Gdyby jeszcze ten baran żył to mogłaby zrozumieć jego obawy, ale wiedziała, że to nie barana szukał mężczyzna. Poprawiła torbę, która przez to teatralne podkreślenie niewinności zsunęła się z jej ramienia wraz z kożuchem i sięgnęła do klamki wskazanych przez niego drzwi. Nie czekając na dalsze zachęty podeszła do strony stołu, gdzie stały dwa krzesełka i na jednym z nich położyła swoje rzeczy, na drugim usiadła wyprostowana, automatycznie zakładając nogę na nogę, układając na nich szczupłe dłonie.
— Pewnie ten, który nakazał mi przyjść wie, że to nie mogłabym być ja nawet, gdybym poczuła jakąś perwersję i chciałabym ssać siły z sąsiada mieszkającego obok — wywróciła teatralnie oczami i uśmiechnęła się do niego sympatycznie, jasno dając tym znać, że nie ma mu za złe zaistniałej sytuacji — Runy skutecznie mnie w tym ograniczają i nawet gdybym faktycznie chciała zemścić się za nieodśnieżony chodnik to… Byłoby to zwyczajnie niemożliwe — oceniła i wzdrygnęła się. Potarła dłoń o dłoń, próbując rozgrzać ręce i dodać sobie nieco ciepła. Wyciągnęła z rękawa okrycia niebieski szal i okryła się nim szczelnie.
Usuń— Zimno tu macie… — westchnęła cicho i spojrzała na niego. Patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem, jakby próbowała sobie coś przypomnieć, może zebrać rozbiegane myśli, które przez brak odpoczynku wydawały się jej gdzieś umykać. Zupełnie, jakby musiała układać zdania z odwróconych na drugą stronę puzzli. Znała kształt, wiedziała co też ma powstać, ale wciąż mogła się łatwo pomylić i zniekształcić obrazek.
— Możesz mi powiedzieć, kiedy był atak? Czy może… — zaczęła i nachyliła się do niego nieco bliżej w konspiracyjnym geście — Czy nie było to dzisiaj, ledwo kilka minut po pierwszej w nocy?
Sherlock Bogorja
Baldwina po prostu tutaj żyła, bo nie chodziło już o samo w sobie przetrwanie. Azyl wydawał się miejscem, w którym można było osiąść bez ciągłego oglądania się za siebie. Owszem, dla niektórych cena za bezpieczeństwo wydawała się zbyt wielka, w końcu runy ograniczające moce bezpośrednio odbierały noszącym coś, co należało tylko do nich, ale Baldwina sądziła, że ciepły kąt i pełen żołądek są tego warte. Ostatecznie ona także służyła Radzie – nie była jednak związana przysięgą, a runami i, przede wszystkim, poczuciem obowiązku. Lubiła myśleć, że jest tutaj potrzebna, choć zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby jej zabrakło, Rada szybko znalazłaby zastępstwo. Azyl mógłby istnieć bez Baldwiny Heart, ale Baldwina nie przetrwałaby bez azylu – podobnie zresztą było w przypadku innych istot paranormalnych, które szukały tutaj schronienia i ratunku.
OdpowiedzUsuńZayden poznał część jej historii – i wcale jej to nie przeszkadzało. Może czasem wstydziła się o tym wszystkim mówić albo obawiała się jego reakcji, ale ostatecznie demon nigdy nie okazał jej swojej pogardy ani nie nazwał jej dziwadłem, choć Baldwina tego wyczekiwała. Spodziewaj się niespodziewanego, wyczekuj nieoczekiwanego. Nauczyła się żyć właśnie w ten sposób; jeśli nic nie mogło ją zaskoczyć, nic też nie mogło jej zranić. Zwykła matematyka, kalkulacja i minimalizowanie ryzyka, jednak relacje międzyludzkie nie były tak proste; w grę wchodziły emocje, przeszłość, teraźniejszość – ostatecznie każdy, bez wyjątków, decydował o tym, jak lub czy w ogóle się zaangażuje.
Znał część jej historii, a Baldwina dowiadywała się o demonie czegoś więcej z każdej rozmowy. Nie sądziła, aby kiedykolwiek był w stanie opowiedzieć jej o wszystkim, ale liczyła, że kiedyś nadejdzie ten moment. Była więc ciekawa, co robił, kiedy świat zaczął się zmieniać, co widział, przeżył – dla niej przeszłość zmykała się w małej, rosyjskiej wiosce, ciemnym lesie, w którym żyły istoty, o których już się nie pamiętało, a potem spędziła kilkanaście lat w cyrku, wędrując z dziwadłami. Sądziła jednak, że jej historie o pomaganiu wieśniakom czy osobliwym bytom były nudne, bo nie robiła niczego wyjątkowego – ot, było to wpisane w jej naturę i do tego przygotowywał ją Kościej. Inaczej było z historiami z cyrku. Lubiła być wysoko w górze, lubiła wolność, ale nienawidziła być rzeczą w rękach właściciela, który martwił się o nią tak, jak troszczy się o swój biznes. Miała być chuda, czysta, włosy miały być długie, kostium obcisły – Baldwina zrozumiała wtedy, że jeśli będzie robić to, co jej kazano, nie będzie chodzić głodna, a być może nawet dostanie kilka monet, by kupić sobie coś ładnego. W azylu, nie będąc tak naprawdę uzależniona już od nikogo, bo nikt jej nie wybierał ubrań ani nie ingerował w wygląd, zaczęła ubierać to, co jej się podobało. Białe sukienki, często z jakąś falbanką, raczej skromne, długie spódnice, swetry i halki – nikt nie mógł jej tego zabronić ani z niej tego ściągnąć bez jej pozwolenia.
Baldwina nie przejmowała się muzyką. Ta była obecnie jedynie nienachalnym tłem. Tańcząc, nie musiała dopasowywać się do Zaydena – to przyszło naturalnie; poddawała się jego dłoniom i odpowiadała mu delikatnie, bez strachu i zawahania.
Gdy wypowiedział jej imię, z ust Baldwiny wydobyło się ciche mmm?. Potem Zayden oparł jej dłoń o swoją pierś, a ręce splótł wokół jej ciała. Kościeja nie odsunęła się; ta zamknięta pozycja nie była wymuszona, nie była więzieniem. Pozwalała skryć się w półmroku salonu i dźwięków, które sączyły się z gramofonu.
Jej oczy zapulsowały mocniej, wypełniając się przerażeniem, gdy Zayden zaczął mówić. Baldwina spięła się delikatnie, ale słuchała uważnie, wchłaniając całą sobą każde jego słowo. Nie wiedziała, czego oczekiwała, pytając o to wszystko – nie chciała pocieszenia, nie chciała, aby szukał wymówek. Pragnęła prawdy. I mimo wszystko była pewna, że Zayden da jej właśnie to: prawdę, nawet jeśli ta była brzydka, pęknięta i kulawa.
UsuńPrzesunęła dłonie wyżej, chłodnymi palcami badając szyję demona – odnalazła jego puls. Ułożyła opuszki dokładnie tam, gdzie skóra wydawała się najcieńsza, gdzie rytm był najbardziej czytelny. Uderzenie; jedno, drugie, trzecie… Ciepło pod jej palcami było wyraźne, żywe.
— Dobrze rzeczy… — powiedziała cicho, wyłapując jego spojrzenie. — Takie jak robienie kawy dla demona późnym wieczorem i karmienie ciastkami? — spytała, choć wiedziała, że te rzeczy akurat nie pochodziły od jej siły. Były raczej konsekwencją tego, że chciała to robić.
Jej głowa uniosła się odrobinę, a fioletowe oczy wbiły się w twarz demona, sunąc po policzkach, żuchwie, nosie i czole mężczyzny – Baldwina wciąż trzymała palce przy jego szyi, głaszcząc delikatnie puls, który czuła pod opuszkami.
— Wiem, że o to nie pytałeś — odezwała się cicho — ale ja też wierzę, że nie ma w tobie zła. I nie mówię tutaj o twojej naturze.
Zawahała się, jakby bała się, że mówiąc coś więcej, wszystko zepsuje. Spuściła wzrok do swoich palców, które przesunęły się i dotknęły męskiej żuchwy, a potem policzków. Pod opuszkami czuła fakturę jego skóry. Nie idealnie gładką. Delikatny opór zarostu pod palcami, drobne nierówności. Uciekła kciukiem wzdłuż linii jego szczęki, wolno, jakby chciała zapamiętać jej kształt. Jej palce zatrzymały się przy kości policzkowej, gdy uderzyła w nią świadomość tego, co robiła. Powoli, bardzo powoli, cofnęła swoje ręce, mamrocząc ciche przepraszam, a dłonie oparła sztywno o jego klatę piersiową.
— Natura to pewna konstrukcja, zbiór instynktów i reakcji, a zło… zło wymaga wyboru. Można być stworzonym do rzeczy, które ranią i nie są dobre, ale to nie to samo, co chcieć to robić — kontynuowała ze spuszczonym wzrokiem. — Ostatecznie jesteś tutaj i ze mną tańczysz… to nie jest złe. — Uśmiechnęła się delikatnie, a potem zmarszczyła lekko swój nos, pytając: — Gdzie nauczyłeś się tańczyć?
Baldwina Heart
Levi był umówiony, więc śledził to, kto wchodził do baru, wypatrując pośród zapełniających wnętrze gości Zaydena i nawet gdyby chciał przegapić jego przyjście, będąc akurat zapatrzonym na tarczę do darta, nie mógłby tego zrobić gdyż w momencie, w którym funkcjonariusz porządkowy przekroczył próg, niemalże wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę. To samo zrobiła głowa Ackermanna, ponieważ potrzeba podążenia za sugestią tłumu była silniejsza, niż trafienia do celu i tylko dlatego jedna z rzutek wylądowała na białym polu za trzy punkty, czym zresztą kotołak nie miał się przejąć, skoro grał sam ze sobą, a na dodatek dla zabicia czasu.
OdpowiedzUsuńOdprowadził Zaydena wzrokiem, póki ten nie dotarł do kontuaru, za którym dzisiejszego wieczora wyjątkowo nie stała Aurora, bo i on natknął się na nią tutaj nie tak dawno temu i był przekonany, że widzi ducha, bo o ile dla Zaydena ta konkretna kobieta pozostawała czarodziejką, o tyle Levi pogrzebał ją jedenaście lat temu wraz z pozostałymi członkami sabatu, którzy zginęli w masakrze w Coventry i jeszcze nie do końca oswoił się z myślą, że Rory przeżyła. Jej obecność, choćby tylko za barem, bez wątpienia wpłynęłaby na to, jak Levi rzucał i nie rzucałby wtedy tak celnie, powoli popijając piwo. Ackermann wiedział, że Nielsen dziś nie pracuje i dlatego nim opuścił posterunek, wskazał Brudershaft jako miejsce, w którym będzie przebywał. Lubił ten bar, lubił właściciela i bywał tu na tyle często, by nikogo nie zdziwiło to, że będzie tu także tego wieczora.
W czasie, w którym Ward zamawiał piwo, a następnie dochodził do położonego na uboczu stolika, Ackermann rzucił zestawem trzech rzutek jeszcze dwa razy, przez co w momencie, w którym Zayden siadał, Levi stał przy tarczy i wyjmował z niej rzutki, tym razem losowo rozsypane po polach, uprzednio losowo przez niego wybranych.
— Pewnie tak, ale wiesz, z czego jest większa frajda? — Odwrócił się przodem do Zaydena, podszedł do stolika i zajął miejsce naprzeciwko. — Z ogrywania nowoprzybyłych. Oni jeszcze nie wiedzą. — Błysnął zębami, odłożył dwie z rzutek, a jedną pozostawił w dłoni i lekko stuknął ostrym czubkiem o blat stolika; na tyle lekko, że nie uszkodził już i tak mocno wyślizganego lakieru. Złapał za swoje piwo i upił kilka łyków.
— Może zagramy? Mamy o co grać, Zay — zażartował, jednocześnie, także w ramach żartu, pozwoliwszy sobie zdrobnić jego imię i znacząco poruszył brwiami. Lniany woreczek, choć lekki, zaciążył mu w kieszeni spodni. Mógłby go wyjąć, mógłby zręcznie przekazać go demonowi cienia, by ten mógł spopielić zawartość i nasycić się zaklętą w przedmiocie mocą, ale chyba żadnemu z nich aż tak bardzo się nie spieszyło, prawda? Miło byłoby złapać oddech po ciężkim dniu, poza tym rzadko mieli okazję widzieć się w tak sprzyjających okolicznościach i Levi musiał przyznać, że był najzwyczajniej w świecie ciekaw Zaydena, a raczej tej jego wersji, która stawał się po godzinach, porzucając metaforyczny mundur, bo formacja funkcjonariuszy porządkowych żadnych wyróżniających ich ubrań nie posiadała, co potrafiło być dla nowoprzybyłych tak samo zgubne jak to, że nie wiedzieli, iż stają do gry w darta z kotołakiem. Zwykle przekazywał mu fanty w pośpiechu, w jakimś zakamarku, w którym nikt nie mógł ich zauważyć i z którego, tuż po wymianie, każdy rozchodził się w swoją stronę, spiesząc do dalszych obowiązków.
Oczywiście gdyby Zayden zaczął przejawiać oznaki zniecierpliwienia lub wprost powiedział, że nie ma dziś czasu na głupie zabawy, Levi by to uszanował, bo przecież szanował Zaydena. Ich współpraca układała się nad wyraz dobrze, w czym mogli się dziś utwierdzić i Ackermannowi zależało na tym, aby ten stan rzeczy się nie zmienił. Stąd zlustrował wzrokiem sylwetkę demona, a raczej tę jej połowę, którą widział ponad stolikiem, chcąc ocenić, czy ma się spieszyć, czy mogą dopełnić formalności po wypiciu piwa. Sądził, że skoro Zayden to piwo sobie kupił, to miał spędzić w barze choć tych kilkanaście minut, nim osuszy butelkę.
— Jak Harris? — zagadnął, porzuciwszy żartobliwy ton i obrócił rzutkę w palcach. — Suszył ci jeszcze głowę czy odpuścił?
Usuń[Jedno zdanie wystarczyło, żeby się nie zmieścić w jednym okienku xD]
LEVI ACKERMANN 🎯
Noor nie polegała na Zaydenie, uznając że skoro jest demonem, nie może mu ufać ze względu na jego naturę. Połączyła ich przeszłość i chwile, gdy wzajemnie sobie ulegali, kiedy w ty ciasnym splocie ud i zapalczywości pocałunków, odnajdywali swoje pragnienia i je spełniali w ten gorący, elektryzujący sposób. Ona się wtedy przed nim odsłaniała, ale trwało to zbyt krótko, by dojrzał więcej; sama nie wiedziała nawet czy by potrafił, albo nawet chciał. Nie starała się nigdy tego zmieniać i on również nie, przyjęła więc, że tylko na takie płytkie znajomości go stać. A jednak, nawet bez zaufania, dla niej ta znajomość znaczyła więcej niż coś przelotnego i tylko na moment. Wiązał ją z przeszłością, z tym co zostawiła za sobą i poza granicami azylu, a jednocześnie znał jej koszmary i słabości i nigdy ich nie wykorzystał. Pozwalał jej się czuć bezpiecznie i swobodnie, a ona nie bała się, że cokolwiek mu zrobi, bo byli z podobnej gliny i jej czary się go nie imały. Nie wiedziała dlaczego, a może to samo w sobie świadczyło, że może mu zaufać... Noor nie była tego nigdy pewna. I może nigdy nie miała się dowiedzieć, skoro między nimi bywało różnie i nigdy nie wchodzili sobie w drogę.
OdpowiedzUsuń- Czyli to nie nowa sztuczka, aby się przytulić? - pokręciła głową, trochę żartobliwie, trochę jednak wciąż z troską. Tak było łatwiej, od spotkania w tunelach miała wrażenie, że coś między nimi się psuje.
Zayden mógł tego nie rozumieć, może takie emocje w ogóle nie leżały w jego naturze, ale Noor gdy była z kimś bliżej, uwalniała całą miękkość i czułość, pozwalała sobie samej się zmartwić, zadbać, zatroszczyć i pokazać, że jej zależy. Zrzucała maskę opanowania i pozornej obojętności, spokój ustępował ściągniętym brwiom, zaciśniętym wargom i przygryzaniu policzka od środka, nawet ściskaniu dłoni w spięciu myśli. Nie musiał jej dzisiaj prosić o pomoc, bo gdyby tylko pokazał rany, wyszłaby z propozycją sama i siedzieliby tak jak teraz na kanapie. Było to rzadkie, wyrażane w oszczędny sposób, jakby postrzępione, ale tym cenniejsze.
Odsunęła się, aby spojrzeć na równo nakładany bandaż, poprawiła w dwóch miejscach i uśmiechnęła się delikatnie. Nie lubiła robić czegoś na pół gwizdka, byle jak, albo dla samego faktu, że coś odhaczyła. Jeśli to naprawdę dokuczało Zaydenowi i przyszedł do niej, najchętniej sama zdejmowałaby bandaże, obmywała go i sprawdzała, czy lek działa jak powinien, czy może lepiej dołożyć któregoś składniku.
- Przyjdź, zmienię opatrunek - zaproponowała. - Chcę to jeszcze obejrzeć jutro- dodała dla wyjaśnienia, ale czy musiała to tłumaczyć? Był bystry, na pewno już sam wyczytał z jej ruchów, że Noor zależy. - Ciebie też - zapewniła, bo może jednak miał wątpliwości, albo w całym tym chaosie, jaki ostatnio otaczał Noor w nadmiarze, zwyczajnie zapomniał, jaka ona jest naprawdę.
Chciała zobaczyć jak on się ma, czy nie będzie rozpalony, czy ten żar który tworzy pęknięcia nie odbije się na nim... widziała go już w naprawdę różnych stanach, ale to nie wyglądało miło i nie było na pewno przyjemne. Zayden był podobny do niej, nie lubił się odsłaniać, choć nie do końca wiedziała, czy to kwestia zaufania, ale ani teraz, ani wcześniej nie chciała go przy sobie wiązać i zatrzymywać na siłę. Poza tym Noor chyba trochę zaczynała za nim zwyczajnie tęsknić, za ich spotkaniami, nie tlyko za seksem, bo to nigdy nie było najważniejsze, choć smakowało pysznie.
Noor ✨
Jeśli sądził, że to, co mówiła, było miłe, to dobrze, bo Baldwina właśnie tego chciała. Poza tym pragnęła, aby to wiedział; nie widziała w nim niczego złego, a jego natura, choć demoniczna i zapewne skomplikowana, nie budziła w niej niepokoju ani nie zmuszała do trzymania gardy wysoko. Nigdy też Zayden Ward nie zrobił niczego, by udowodnić, że jest bezlitosnym i silnym skurczybykiem, ale w to akurat nie wątpiła. Słyszała, co mówiono o nim gdzieś po kątach i zdawała sobie sprawę z tego, że z funkcjonariuszem Wardem lepiej było nie zadzierać. Miał renomę, zresztą to dobrze świadczyło o jego zaangażowaniu w pracę funkcjonariusza. O ile Baldwina używała dokumentów, sięgała po zasady i uruchamiała całą urzędniczą machinę, o tyle Ward egzekwował prawo w nieco bardziej dobitny sposób. Nie było jednak trudno o delikwentów, którzy próbowali, najczęściej dość nieumiejętnie, sprawdzić, jak bardzo mogą napsocić, zanim dostaną upomnienie czy jakąś – mniej lub bardziej – dotkliwą karę. Nie lubiła jednak nadużywania władzy, co często objawiało się tym, że któryś z funkcjonariuszów lub też urzędników czuł się lepszy od innych, a przecież nie o to chodziło. W tym miejscu każdy miał swoją rolę do odegrania i każdy też powinien znać swoje miejsce – Baldwina może podchodziła do tego zbyt idealistycznie, ostatecznie jednak Heart inaczej przyglądała się niektórym sprawom jako zwykła mieszkanka azylu.
OdpowiedzUsuńBaldwina nie definiowała żadnej ze swoich relacji, choć te bywały różne. Ostatecznie trudno by jej było określić swoją rolę – nie próbowała nigdy zbliżyć się do kogoś, aby coś zyskać czy żeby zagłuszyć własną samotność. Wynikało to raczej z pewnego ciągu przyczynowo skutkowego, bo jako inspektorka ds. run zazwyczaj była jedną z tych osób, które wprowadzały nowo przybyłych do azylu, opowiadała o tym miejscu, tłumaczyła najważniejsze zasady, a to sprawiało, że stawała się czymś znanym w chaosie tego co nieznane. W jej naturze nie leżało też prowadzenie żadnej z gierek czy szukanie adrenaliny – wszystko to, co mogła od siebie dać, dawała, choć było to z całą pewnością uzależnienie od tego, co chciała komuś podarować; dla niektórych było to tylko słowo, a dla innych uśmiech. Ostatecznie jednak Baldwina czuła się swobodnie z funkcjonariuszem Zaydenem Wardem, który był stałym gościem w jej mieszkaniu – miał to konkretne krzesło, które zawsze zajmował, filiżankę, w której pił kawę. Kościeja po prostu, tak zwyczajnie i ludzko, lubiła, gdy czuł się tutaj swobodnie, gdy jadł ciasteczka, które dopiero co wyjmowała z piekarnika. Lubiła te długie rozmowy, które czasem się przeciągały, a niekiedy trwały krótko i nie wnosiły nic nowego, ale były przyjemne, bo nie zawsze chodziło o to, aby chwila coś znaczyła – Baldwina niczego nie oczekiwała, niczego nie pragnęła, po prostu była obok, a jeśli cokolwiek brała, to tylko to, co jej dawno, bo być może Zayden też niczego nie oczekiwał ani nie pragnął, ale przyjmował to, co mu ofiarowywała. I chyba to było najważniejsze.
Kiwnęła wolno głową, słysząc jego odpowiedź, czując, że jego słowa znaczą naprawdę wiele. Zamrugała dokładnie dwa razy, gdy dotknął jej ramion, a potem, kiedy sięgnął palcami do jej twarzy, poczuła, że mimowolnie się zaczerwieniła. To nie był gest, który powinien zabarwić jej twarz, ale tak się stało, nie zdołałaby się tego wyprzeć – rumieniec był teraz widoczny, odznaczał się, podkreślając biel skóry i szereg jasnych piegów. Zayden pogłębił jej uśmiech kciukami, co sprawiało, że mimowolnie się zaśmiała i uśmiechnęła się pełnej – i w tym momencie to był uśmiech przeznaczony tylko dla niego.
Gdy jego ręce znalazły sobie inne miejsce, Baldwina ostrożnie objęła demona za szyję. Skoro dał jej pozwolenie, by mogła go dotykać, to bezczelnie miała zamiar skorzystać z tego zaproszenia. Jej palce najpierw zawisły przy jego karku, jakby potrzebowały się przekonać, że naprawdę mogą to zrobić. Dopiero potem opuszki dotknęły skóry. Czuła pod nimi drobne włoski przy linii szyi. Przesunęła dłonie wyżej, badając potylicę. Nie robiła tego pośpiesznie, raczej analitycznie, z koncentracją, jakby poznawała jego ciało właśnie w ten dziwaczny, baldwinowy sposób. Jej kciuki zatrzymały się przy podstawie czaszki, a potem wsunęła palce w jego włosy, rozdzielając je, by dotknąć bezpośrednio skóry.
Usuń— We Włoszech? — powtórzyła, przechylając delikatnie głowę. — Spędziłeś tam wiele czasu?
Jej palce nieco niepewnie dotykały karku, głaskały tył głowy Warda i delikatnie wciskały się w skórę, gdy się zsunęły, aby poczuć skryty pod nią kręgosłup.
— Hmm… gdyby o tym dłużej pomyśleć, to i w tańcu, w rozmowie czy w czasie wojny istnieje jakiś rytm, jakieś… znaczenie i chaos — dodała rzeczowo. — Myślisz, że to dlatego właśnie tak uczono?
Patrzyła w miejsce, gdzie jej dłonie stykały się z jego ciałem, a chwilę później jej spojrzenie przeskoczyło do gramofonu, który ucichł. Muzyka zniknęła, a Baldwina zatrzymała się, zsuwając dłonie z karku demona, przez jego ramiona i obojczyk, do piersi. Potem cofnęła ręce, ale nie wycofała się, nie uciekła.
— Zayden... — odezwała się cicho. — Powinniśmy to kiedyś powtórzyć.
Baldwina Heart i jej baldwinowe dziwactwa
— Powiedziałabym raczej, że piekielne, ale to chyba to samo — rzuciła nieco uszczypliwie, plecami wciskając się mocniej w oparcie krzesła.
OdpowiedzUsuńMimo wszelkiej sympatii i uznania którymi darzyła Radę, ciężko jej było zdusić w sobie prymitywną potrzebę docenienia własnej mocy i umiejętności. Niby cieszyło ją zaufanie, jakim obdarzyła ją władza, której służyła pozornie z głębokim oddaniem, ale wyprowadzenie jej z domu o świcie potraktowałaby jako przyjemną odmianę. W końcu w jej statecznym życiu, które sama sobie wybrała, coś zaczęłoby się zwyczajnie dziać. Damroka była absurdalnie znudzona rutyną, narzuconą przez nową funkcję i opiekę nad Bożątkiem, które wcale tej opieki nie wymagało i nie doceniało. Zabawa w dom, którą jeszcze kilka miesięcy temu przywitała z sercem na dłoni powodowała, że to serce zgubiło rytm i pompowało pozostałości krwi znacznie wolniej.
Z drugiej strony takie podejście Rady przynosiło równą ulgę, patrząc na to, jakie faktycznie przewinienia miała na sumieniu Damroka, a których władze Azylu zdawały się nie dostrzegać, lub które świadomie ignorowały. Nie ufała jednak demonowi siedzącemu naprzeciwko do tego stopnia, by nawet udawać zwodnicze rozluźnienie - w końcu wszystkie sekrety lubiły wychodzić na powierzchnię wtedy, gdy powinny być najbardziej ukryte
Nawet jego ubiór, boleśnie znajomy sprawiał, że Damroka czuła dystans względem Warda, co ten mógł odczuć nie tylko po jej wyprostowanej, czujnej postawie, ale też po spojrzeniu wlepionym w przystojną twarz.
— Oczywiście, że mam z tym coś wspólnego — powiedziała przekornie, krzyżując na piersi ręce, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie liczył na odpowiedź. Przekrzywiła nieznacznie głowę z zaciekawieniem lustrując postać demona, chcąc w ten sposób oswoić swój strach i uprzedzenia, które chciała czy nie, wpływały na jej postrzeganie funkcjonariusza.
— Wyczułam to, Zayden. Jestem zmorą… Przed azylem, przed runami, bardzo lubiłam sen — zaczęła spokojnie, z namysłem ważąc w ustach każde słowo — Przypadkowo przyczyniłam się nawet do pewnej epidemii między jedną pożywką dla mrocznych tego świata, a drugą, a jednak odkąd posiadam swoje moce — wstrzymała oddech na wspomnienie nocy— nigdy nie miałam paraliżu sennego, tak rzeczywistego i mocnego, jak dzisiaj.
Przymknęła oczy, oblizała usta i odetchnęła ciężko, jakby to wyznanie kosztowało ją znacznie więcej, niż sama jego waga. Kiedy uchyliła powieki, jej źrenice zajmowało sine bielmo a skóra niemal w moment z zaróżowionej, pełnej życia zrobiła się trupioblada. Jasna do tego stopnia, że bez trudu można było dostrzec niebieskie żyły, a wszelkie pieprzyki i znamiona wydawały się być tylko ciemniejsze. Włosy słomkowego koloru posiwiały, jakby Damroka wcale nie zatrzymała się w swoim życiu jako młoda dziewczyna, a raczej stara szeptucha, z głębokimi zmarszczkami na twarzy.
— To było coś bardzo pierwotnego, starszego ode mnie, możliwe, że nawet od Ciebie. Jestem pewna, że pochodziło jeszcze z czasów przed Chrystusem, albo pochodziło z innego systemu wiary, bo nie wyczułam w tym nic znajomego — powiedziała cicho, głosem zupełnie niepodobnym do tego który mógł znać. Znacznie niższym, zachrypniętym, obcym tak samo, jak jej postać w tej chwili. Gdyby nie to, że była szczelnie przykryta niebieskim szalem mógłby dostrzec na jej klatce połyskujące bladym światłem runy, przypominające w tej chwili masę perłową wtłoczoną w jasną skórę, nieprzyjemnie przypominające Damroce o ograniczeniach Azylu.
— Szczęście w nieszczęściu. Macie do odnalezienia bardzo potężny artefakt w rękach prawdziwego głupca —uśmiechnęła się krzywo i ponownie przymknęła oczy na dłuższą chwilę. Nie minęło pięć sekund, a przed nim znowu siedziała rumiana blondynka o okrągłej, gładkiej buzi.
Zastukała palcami w biurko i nie czekając na jego reakcję wstała. Przeciągnęła się leniwie, po czym obeszła biurko dookoła, jakby chciała rozprostować kości, które raptem chwilę temu wydawały się móc połamać przy najmniejszym jej ruchu.
— Jeśli to coś, czymkolwiek jest wpadnie w bardziej świadome ręce, to kilku poszkodowanych potrzebujących pomocy uzdrowicieli będzie bardzo niewielkim problemem. To jakieś naczynie, które może przyciągać energię na znaczną odległość, które jak się zapełni… Nie obali się tym władz Azylu, ale może wpłynąć na bariery. Nie wiem jak, bo pierwszy raz się z czymś takim spotykam, ale ktoś z taką mocą będzie zwyczajnie cholernie niebezpieczny, Zayden — spojrzała na niego z powagą, plecami opierając się o ścianę pokoju — To może skrzywdzić wielu mieszkańców tak boleśnie, że śmierć będzie wydawała się ukojeniem.
UsuńDamroka
— Zawsze dotrzymuję obietnicy — odpowiedziała, uśmiechając się delikatnie, a potem spuściła wzrok, aby, tak jak Zayden, omieść spojrzeniem swoje i jego stopy. To był całkiem zabawny widok; mimowolnie trąciła dużym palcem o inny, jakby nie wiedziała, co teraz zrobić.
OdpowiedzUsuńDotrzymywanie obietnicy w przypadku Baldwiny mogło wyglądać różnie, bo niekiedy miało inne podłoże. W relacji z demonem obiecywała coś, bo chciała, ale gdy jeszcze przede wszystkim była kościeją, obietnice zawsze wiązały się z jakimś paktem – wtedy zobowiązywała się do czegoś, a złamanie obietnicy mogło się skończyć dość paskudnie. Nigdy jednak nie zdarzyło się, aby nie dotrzymała słowa, najczęściej to śmiertelnicy pragnęli uciec przed konsekwencjami, sądząc, że są w stanie ją oszukać.
— Skoro tak, to zrobię jutro kawę — zapowiedziała, bo zawsze gdy pracował rano, Baldwina zostawiała dla niego kubek z kofeiną i jakieś małe śniadanie, co zazwyczaj kończyło się uśmieszkami ze strony współpracowników, które Heart dostrzegała, ale nie komentowała. Nie za bardzo rozumiała, co właściwie jej sugerowano w ten sposób, ale nie przejmowała się ani uśmieszkami, ani gorącymi szeptami.
Zanim Ward się ubrał, Baldwina wsadziła dokładnie sześć ciasteczek do czarnego pojemnika z pajączkami, a potem wręczyła Zaydenowi przy drzwiach. Nie mógł stąd wyjść bez czegoś słodkiego – musiał o tym wiedzieć.
— Do jutra. — Uśmiechnęła się delikatnie, zerkając krótko w jego stronę, a gdy wyszedł, Heart oparła plecy o drzwi. Przez moment tam po prostu stała, wpatrując się w podłogę.
W mieszkaniu było cicho – gramofon ucichł, nie było też głosu Zaydena, nie było niczego. Baldwina mimowolnie sięgnęła palcami do swoich ust, ustawiając je w kącikach, zupełnie tak, jak zrobił to Zayden jeszcze kilka chwil temu – uśmiechnęła się lekko, gdy przypomniała sobie o tym konkretnym geście; zapamiętała, jak delikatne, a zarazem ciężkie były jego palce, jak zmusił jej twarz do przybrania tego konkretnego grymasu. Przesunęła opuszkami po własnej skórze, sprawdzając nacisk. Jej dotyk był lżejszy. Mniej stanowczy. Kąciki ust, owszem, uniosły się, ale nie w ten sam sposób. Brakowało… czegoś. Zatrzymała dłoń, jakby analizowała tę różnicę. Tamten uśmiech, mimo że prowadzony palcami Zaydena, był szczery, pełny. Ten nazwałaby jedynie był próbą odtworzenia jakiejś struktury. Opuściła rękę, a jej twarz wróciła do neutralnego wyrazu.
Następnego dnia pojawiła się w Ratuszu kilka minut przed oficjalnym zaczęciem pracy. Zdjęła z siebie czarny płaszczyk, zsunęła z szyi długawy szalik i odwiesiła wszystko w kącie. Zaraz potem wygładziła palcami swoją białą sukienkę z ciemną koronką przy dekolcie i rękawach – nic wulgarnego, raczej delikatnego, eleganckiego.
Zanim usiadła przed biurkiem, zrobiła kawę – dla siebie i dla Zaydena. Skoro wspomniał, że będzie tutaj od rana, to chciała, żeby mógł wypić kofeinę przed pracą.
Kuchnia dla pracowników była dobrze wyposażona, ale Baldwina nie rezygnowała ze swojego kawowego rytuału, dlatego jakiś czas temu przyniosła tutaj swój młynek i tygielek. Zrobiła taką kawę, jaką lubił Zayden – mocną, czarną, bez cukru. Od siebie położyła jedną muffinkę jajeczną z warzywami, którą upiekła wczoraj, gdy demon wyszedł, i ciasteczko z bakaliami.
— Czyżby Ward miał dzisiaj poranną zmianę? — spytał Philip Crowley, jeden ze starszych funkcjonariuszy. Mężczyzna, który był wilkołakiem, podszedł bliżej, żeby nastawić ekspres do kawy, choć zdecydowanie napiłby się tej dla Warda, bo wyglądała i pachniała lepiej.
— Tak — odpowiedziała krótko, sprzątając młyneczek do kawy.
— Nie uważasz, Baldwino, że skoro tak bardzo starasz się dla jednego funkcjonariusza, to powinnaś zatroszczyć się też o resztę? — Crowley obserwował, jak urzędniczka sprawnie porusza się wokół, zawsze ubrana w te swoje białe sukieneczki. Czasem sądził, że lepiej pasowałaby do jakiegoś teatru niż do Ratusza, w którym niekiedy działy się różne rzeczy.
Usuń— Nie. — Heart zerknęła kątem oka w stronę mężczyzny, który zrobił krzywą minę. Kawę i jedzenie zostawiła dla demona z karteczką podpisaną: Dla funkcjonariusza Warda. — Ale przyniosłam ciasto czekoladowe, jest w lodówce. Możesz się poczęstować.
— To najlepsze, co mogłem dzisiaj usłyszeć — stwierdził z całym przekonaniem, zupełnie jakby liczył, że owe ciasto czekoladowe pomoże mu przeżyć dzisiejszą zmianę bez szwanku.
— Miłego dnia, Philip. — Baldwina wzięła swoją kawę i wróciła do gabinetu, siadając przy biurku.
Heart dbała o to, aby był tutaj porządek, mimo że w gabinecie znajdowało się kilka jej osobistych rzeczy. Książka, kosmetyczka, ulubiony kubek – to wszystko sprawiało, że czuła pewną, być może abstrakcyjną, przynależność do tego miejsca. Znała dokładne rozmieszczenie przedmiotów w pokoju i rozpoznałaby je z zamkniętymi oczami. To była jej przestrzeń. Książka zawsze leżała grzbietem równolegle do krawędzi biurka – była zmieniana co każdą środę, bo Baldwina czytała dość namiętnie. Kosmetyczka pozostawała domknięta, suwak skierowany w tę samą stronę. Kubek stał po prawej, uchem pod kątem. I o ile w Ratuszu czasem bywało chaotycznie, to gabinet stał się dla Baldwiny wyznacznikiem tego, gdzie kończy się owy chaos, a zaczyna porządek, który z góry zaplanowała.
Przeglądała raporty i listy, dokładnie wszystko notując. Zmarszczyła się delikatnie, zdając sobie sprawę z tego, że Elliot Grimsby nie wstawił się w Ratuszu w wyznaczonym terminie. Grimsby był wysokim, chudym mężczyzną o haczykowatym nosie i wściekle rudych włosach, z niezbyt miłą twarzą. Od samego początku sprawiał problemy i głośno wyrażał swój sprzeciw wobec run. Mówił, że jako gremlin, powinien zachować swoje moce, bo „to nie moce są problemem, tylko ci, którzy nie wiedzą, jak z nich korzystać”. Twierdził, że ograniczanie jego darów to jak kneblowanie rzemieślnika, że jego natura polega na ingerencji, psuciu, rozkręcaniu śrubek.
Baldwina pamiętała jego ton, w którym kryło się coś mrocznego. Elliot Grimsby, list przypominający: wysłany, brak potwierdzenia, brak podpisu. To oznaczało, że gremlin po prostu zignorował termin przedłużenia run, wyrażając w ten sposób swoją pogardę i sprzeciw. Wiedziała, że Elliot pracował w swoim warsztacie, naprawiając, a często i psując, rzeczy.
Sporządziła dokument, który nakazywał interwencję w sprawie Grimsby’ego. Należało jak najszybciej zająć się mężczyzną i nałożyć runy, zanim gremlin zacznie siać w miasteczku chaos, co było bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego niszczycielską i krwiożerczą naturę. Złożyła podpis i podnosiła się z krzesła, gdy w gabinecie pojawił się Zayden Ward.
— Masz świetne wyczucie czasu — odezwała się, podając mu dokument. — Pójdę z tobą. Lepiej będzie, jeśli nałożę kilka run ograniczających moce w trakcie zatrzymania, bo jestem przekonana, że Grimsby nie da się tak łatwo tutaj zaprowadzić.
Zajrzała do jednej z szafek, wyciągając małe, czarne pudełeczko, w którym trzymała alchemiczny atrament i pióro. Owszem, mogłaby użyć czegoś innego, aby nanieść runy, ale mierząc się z prawdopodobnie rzucającym się wściekle gremlinem, należało najpierw jak najbardziej ograniczyć jego moce. To dlatego zaproponowała, że pójdzie z Wardem.
Baldwinka, śniadanie, ciastko i przyszły gremlinowy rozpierdzel ☕👹
— Wiem, że nie, ale chciałabym jak najbardziej zminimalizować szkody, do których mógłby doprowadzić Elliot — stwierdziła, bo miała pewność, że akurat Ward w ogóle nie miałby problemu z przyprowadzeniem do Ratusza stawiającego się gremlina. Chodziło raczej o to, aby mieć wszystko pod kontrolą i zniwelować ryzyko, że Elliot zacznie się rzucać i drapać, co byłoby całkiem możliwym scenariuszem, bo gremliny nienawidziły się podporządkowywać.
OdpowiedzUsuńBaldwina wiedziała, że w miasteczku od czasu do czasu pojawiał się jakiś trudny przypadek mieszkańca, który próbował się sprzeciwić zasadom, sądząc, że będzie w stanie coś zmienić, że wystarczy bunt, a runy znikną. To jednak tak nie działało, a Heart była bardzo skrupulatna, jeśli chodziło o nanoszenie znaków. Dostosowywała je odpowiednio do każdego mieszkańca, a przez lata pracy wiedziała już, który z nowo przybyłych okaże się w późniejszym czasie problemem. Nie chodziło o naturę samą w sobie, bo gremlin mógłby okazać się przykładowym mieszkańcem, a raczej o charakter. Ktoś, kto nie lubił ograniczeń, a jednocześnie był dość prymitywny, aby buntować się jawnie, raczej wybierze przemoc i chaos.
Spojrzała krótko w jego stronę, gdy podziękował jej za śniadanie. Uśmiechnęła się delikatnie, a potem kiwnęła lekko głową. Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna odpowiedzieć „nie ma za co”, bo byłoby to poprawną reakcją, ale jednocześnie nie chciała, żeby Zayden pomyślał, że nie doceniała tych jego podziękowań, a zwykłe „nie ma za co” brzmiało raczej dość leniwie. Skinienie głową wydawało się więc wystarczające, właściwie.
Przesunęła palcem po krawędzi kubka z kawą, upewniając się, że stoi dokładnie tam, gdzie go postawiła wcześniej.
— Przez moment myślałam, że jednak Philip wypije tę kawę lub zje muffinkę, zanim przyjdziesz do pracy, ale ciasto czekoladowe, które zostawiłam w lodówce, najwyraźniej dostatecznie długo go zajęło — odparła.
Baldwina postawiła czarną szkatułkę przed sobą. Najpierw sprawdziła zawias; uniosła wieko o kilka centymetrów i opuściła je z powrotem, żeby poczuć opór. Dopiero wtedy otworzyła ją do końca. W środku wszystko miało swoje miejsce. Mała fiolka z czarnym tuszem, cienki pędzel, kawałek lnianej ściereczki, szczypta soli w papierowej kopertce.
Zatrzymała wzrok na pędzlu. Wyjęła go i przesunęła palcami po trzonku, sprawdzając idealnie gładką powierzchnię. Potem dotknęła włosia. Było miękkie, ale sprężyste. Delikatnie rozchyliła je paznokciem, żeby upewnić się, że żaden włos nie odstaje pod złym kątem. Jeśli pędzel byłby nierówny, runa mogła wyjść zbyt gruba lub krzywa. Następnie sięgnęła po fiolkę z tuszem. Obróciła ją w palcach, obserwując, jak płyn przelewa się w szkle. Konsystencja była właściwa; nie za gęsta, nie za wodnista.
Odłożyła ostrożnie przybory i zamknęła szkatułkę, chowając ją do swojej torby. Przez cały ten czas, oczywiście, czuła spojrzenie funkcjonariusza Warda, który najprawdopodobniej oceniał jej sukienkę i idealnie wypastowane buty.
— To tylko sukienka — odparła, a jej palce uważnie przesunęły się po materiale przy biodrze, jakby sprawdzała, czy ubranie nie będzie jej przeszkadzać poza Ratuszem. Przechyliła delikatnie głowę, zerkając w stronę Zaydena; spojrzeniem omiotła jego sylwetkę i praktyczny strój. Wyglądał jak ktoś, kto był gotowy, aby się pobrudzić. — Ale chyba powinnam pomyśleć o czymś bardziej praktycznym, jeśli miałabym częściej pracować w terenie.
Kilka minut później opuściła Ratusz z Zaydenem. Ostrożnie stawiała każdy z kroków, przez moment próbując nadążyć za tempem demona i to nie tak, że złośliwie szedł szybko. Po prostu jego jeden krok to jej dwa. Podziękowała krótko, gdy nieco zwolnił.
UsuńWarsztat Elliota Grimsby’ego znajdował się daleko od centrum, tam, gdzie brukowana ulica zaczynała przechodzić w ubitą, nierówną ziemię. Dalej były już tylko niskie magazyny i stare szopy. Budynek był dawną kuźnią; ciężkie, ceglane ściany pamiętały jeszcze czasy, gdy w środku pracowały miechy i kowadła. Teraz nad drzwiami wisiał przekrzywiony metalowy szyld z ledwo czytelnym napisem WARSZTAT GRIMSBY’EGO. Za warsztatem ciągnęło się niewielkie podwórze. Leżały tam sterty części: stare koła zębate, pogięte blachy, skrzynki z kablami i kilka zapomnianych maszyn. W jednym miejscu ktoś próbował złożyć coś przypominającego generator.
Drzwi były uchylone, a z wnętrza wydobywał się chaos dźwięków: metaliczne stukoty i syczenie. Wokół unosił się zapach metalu, spalenizny i oleju.
Baldwina zsunęła z szyi szalik i rozpięła kilka guzików płaszcza, gdy buchnęło w nią ciepło w warsztacie. W środku panował chaos. Stoły uginały się pod częściami maszyn, śrubami, sprężynami i narzędziami. Podłoga była pokryta plamami oleju i trocinami. Z sufitu zwisały przewody, wysoko w górze wisiała żarówka, która kołysała się lekko, rzucając nierówne światło.
Coś syknęło i zaskrzypiało przerażająco.
Elliot Grimsby wyczuł intruzów niemal od razu. W końcu to był jego teren. Stał pochylony nad stołem warsztatowym, z kluczem w ręce i rozkręconym mechanizmem, który wyglądał jak jakaś pułapka. Uniósł głowę. Wściekle rude włosy były jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle, a jego haczykowaty nos drgnął, gdy zobaczył Baldwinę.
— No proszę — mruknął, odkładając narzędzie z głośnym hukiem. — Inspektorka do spraw run pojawiła się w moich skromnych progach, jakże uroczo.
Jego spojrzenie przesunęło się po niej leniwie, oceniająco. Po białej sukience. Po czystych dłoniach. Potem zerknął w stronę funkcjonariusza Warda.
— I przyprowadziłaś ochronę — dodał, chichocząc piskliwie.
Baldwina stanęła przy jednej ze ścian, wpatrując się w wychudzoną sylwetkę gremlina. Omiotła spojrzeniem przestrzeń wokół mężczyzny; zapach oleju był intensywny, podłoga lepiła się w kilku miejscach, a po stole błądziło co najmniej trzydzieści śrub, z czego pięć identycznych; policzyła je mimowolnie. Chaos, który otaczał Elliota, mógłby wydawać się niemal przerażający, ale gremlin dokładnie wiedział, gdzie wszystko jest.
Nie bała się. Strach zazwyczaj pojawiał się, gdy mierzyła się z czymś, co było nieprzewidywalne, a Elliot? Jego bunt był niemal książkowy. Poza tym z jego postawy dało się wyczytać gotowość do przemocy: napięcie barków, skrócony oddech.
Grimsby podszedł bliżej, szybciej niż powinien. W jego ruchach było coś nerwowego.
— Myślisz, że dam się oznaczyć jak jakieś zwierzę?! — syknął, wskazując brudnym palcem Baldwinę. — Że pozwolę, żebyś odebrała mi to, co należy do mnie?!
Baldwina obserwowała go uważnie. Głośny ton nie robił na niej wrażenia.
— Twoje narzędzia są rozłożone w nieefektywny sposób — powiedziała nagle i tak spokojnie, jakby rozmawiała o pogodzie.
Gremlin zamarł.
— Co?
— Jeśli rzucasz kluczem w tym miejscu — wyjaśniła rzeczowo — to spada obok niepoukładanych śrubek. Jedna z nich już się przetoczyła.
Elliot spojrzał w tamtą stronę. Rzeczywiście. To tylko pogorszyło jego nastrój.
— Ty… — warknął, podchodząc jeszcze bliżej. Ruch nastąpił nagle. Gremlin nie dokończył zdania, zamiast tego chwycił pierwszy przedmiot, który miał pod ręką.
Ciężki klucz warsztatowy przeciął powietrze szybkim łukiem, a Elliot rzucił się do przodu, obnażając ostre, długie zęby, gdy otworzył szaleńczo usta. Musiał zniszczyć Baldwinę Heart, aby cieszyć się chaosem, który sobie tutaj stworzył. Bez Baldwiny Heart nie było run, a bez run… będzie wolny!
Usuń— Nie wtrącaj się, Ward! — wrzasnął gardłowo, gdy dostrzegł ruch funkcjonariusza. — Bez niej wszystko będzie łatwiejsze! —Jego paznokcie wydłużyły się gwałtownie. Czarne i ostre, gotowe, aby ciąć to, co żywe.
urzędniczka Baldwina w akcji 👗👠
Help?
Baldwina nie zdążyła się nawet cofnąć, wykonać konkretnego ruchu, bo ręka Zaydena skutecznie poprowadziła jej ciało w określonym kierunku. Szarpnął ją do siebie, wystawił się gremlinowi i stał się tarczą. Przez moment widziała jedynie tylko jego szerokie plecy i postawę, z której dało się wyczytać, że doskonale wiedział, co robił.
OdpowiedzUsuńNie umiała nazwać tego, co się wydarzyło. Zayden nie musiał tego robić, choć spodziewała się, że jego zachowanie było podyktowane obowiązkiem pracy – był funkcjonariuszem, który wstawił się w warsztacie Elliota, bo należało zainterweniować w sprawie gremlina, a przy tym miał obok siebie urzędniczkę, która niezbyt często działała w terenie. Spięła lekko ramiona, uświadamiając sobie, że Ward mógł po prostu odwrócić wzrok i pozwolić, żeby stała jej się krzywda. To pewnie byłoby prostsze.
Posłusznie zrobiła krok w tył, słysząc jego polecenie. Nie chciała przeszkadzać. Zayden zapewne doskonale wiedział, co robił i pewnie nie raz był już w sytuacji, w której musiał użyć siły. Baldwina pomyślała tylko, że będzie musiała opisać to w raporcie – w końcu wszystko powinno zostać udokumentowane i przedstawione Radzie, a Grimsby otrzyma należytą karę. Nie tylko unikał nałożenia run, ale też zaatakował urzędniczkę oraz funkcjonariusza porządkowego.
Popatrzyła po swoich klonach, które pojawiły się wokół niej. Obserwowała iluzje oceniająco, jakby chciała doszukać się jakiegoś fałszu, ale Baldwiny były dokładnie takie jak ona. Jej palce drgnęły lekko, a potem odruchowo poprawiła rękaw, a Baldwiny zrobiły to samo w identycznym tempie i z idealnym naciskiem. Mimowolnie zaczęła myśleć o tym, co pokazał jej Zayden, zastanawiając się, ile energii wymagało podtrzymanie fałszywych sylwetek i czy dało się nauczyć iluzję drobnych opóźnień, by uczynić ją jeszcze bardziej mylącą.
Gremlin próbował zrozumieć, co się dzieje, a potem rzucił się w stronę funkcjonariusza. Skoro nie mógł dorwać Heart teraz, dopadnie ją, kiedy pozbędzie się demona, ale nie zdołał wykonać żadnego znaczącego ruchu.
Baldwina obserwowała, jak Elliot zostaje unieruchomiony – im bardziej się rzucał, tym głośniej warczał. To była dobra okazja, żeby nałożyć runy i wrócić do Ratusza, ale zanim sięgnęła po szkatułkę, jej dłonie zawisły przy torbie w momencie, w którym doszedł do niej chłodny głos Zaydena. To nie był koniec.
Patrzyła, jak Ward sięga po stalową rurę, a potem zamachuje się i uderza nią w kolano gremlina. Elliot upadł, wrzeszcząc – Baldwina dostrzegła, że w jego szalonych oczach stanęły łzy, a usta rozwarły się szeroko, jakby w ten sposób mógł przyjąć więcej bólu. Kościeja drgnęła, robiąc krok w stronę demona, ale Ward był szybszy. Przycisnął rurę do szyi gremlina, aż ten zaczął charczeć i się rzucać, aby zaczerpnąć choć trochę powietrza.
Nie odwróciła wzroku ani razu i to nie dlatego, że czerpała jakąś satysfakcję z cierpienia gremlina. Jej spojrzenie było utkwione w demonie; w jego ruchach, sylwetce, twarzy. Ale to, co poruszyło ją najmocniej, to nie jego gniew czy brutalność, a słowa, które zdradzały, że Zayden uznał agresję ze strony Elliota za wystarczający powód, by stanąć w jej obronie, zupełnie jakby to było tak… oczywiste, jakby było warto to dla niej zrobić, nawet jeśli w jakiś sposób ryzykował kontratakiem ze strony gremlina. Baldwina zacisnęła lekko palce, czując znajome, niewygodne napięcie w opuszkach.
Jej oczy rozszerzyły się i zapulsowały mocniej, gdy demon nagle wypuścił z rąk rurę, która z hukiem potoczyła się po podłodze. Przez sekundę patrzyła w jej stronę, obserwowała, jak się obraca, jak dźwięk staje się coraz cichszy. Zaraz potem demoniczna iluzja zniknęła i Baldwina była tutaj tylko jedyną Baldwiną.
Zrobiła krok do przodu w stronę Warda, widząc, co się dzieje, a potem zatrzymała się w pół kolejnego, gdy doszedł do niej głos demona. Runy. Tak, powinna nałożyć runy, ale przez chwilę jej ciało wcale nie chciało pochylać się nad gremlinem, a ruszyć w stronę Zaydena i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Dostrzegła, jak zacisnął szczękę, jak zabrakło mu powietrza – to, z czym się teraz mierzył, nie było atakiem z zewnątrz, a wewnątrz.
Usuń— Tak, już… tak… — Wyciągnęła z torby szkatułkę i opadła przy gremlinie z lekkim ociąganiem, jakby był to dla niej ogromny wysiłek. Sukienkę niemal od razu oblepił brud i olej, ale to nie było teraz ważne.
Baldwina sięgnęła po dłoń Grimsby’ego, ustawiając jego rękę we właściwiej pozycji, choć jej palce były zdecydowanie zbyt sztywne, gdy to robiła. Zazwyczaj podczas nakładania run jej uwaga tkwiła przy znakach, ruchach pędzla, ale teraz rwała się w bok, nawet wbrew niej samej. Ciągnęła w stronę Zaydena Warda, który opierał się o stół. Raz po raz podnosiła wzrok do demona, krótko, zbyt krótko, żeby można to było nazwać pełnym spojrzeniem, ale wystarczająco, by sprawdzić, co dzieje się z demonem. Pierwsza linia runy wyszła idealnie, jej ręce nie zawodziły – potem naniosła kolejną i jeszcze jedną. Gdy narysowała kończący znak, odsunęła dłonie niemal natychmiast. Odłożyła tusz i pędzelek, a szkatułkę schowała do swojej torby.
— Runy są aktywne od tej chwili i podlegają obowiązkowi odnowienia w wyznaczonym terminie. Próba usunięcia lub naruszenia będzie skutkować konsekwencjami przewidzianymi przez Radę — oznajmiła rzeczowo. — Sporządzę też stosowny raport z dzisiejszego incydentu. Do czasu jego rozpatrzenia pozostaniesz pod obserwacją funkcjonariuszy porządkowych.
Wstała z kolan i podeszła do Zaydena, ostrożnie opierając palce o jego ramię. Nie wiedziała, czy ten gest będzie dla niego bolesny, dlatego nacisk jej opuszków był znikomy.
— Chodźmy stąd — szepnęła. — Zajmę się tobą, jak stąd wyjdziemy.
Miała nadzieję, że Zayden jej zaufa i przyjmie tę propozycję. Mógł też, oczywiście, odmówić i kazać jej iść do diabła, bo ostatecznie to przez nią nadwyrężył przysięgę i mierzył się z bólem, który trawił jego ciało od środka.
Baldwina Heart ✒️
Baldwina, gdyby Zayden ją o to zapytał, też uznałaby, że lepiej było przysłać tutaj kogoś innego, szczególnie że ktoś przede wszystkim musiał opatrzyć gremlina, aresztować go i spisać zeznania. Heart pomyślała o tym, że zapewne zostanie wezwana jako świadek zachowania demona, który mimo wszystko zrobił coś, co znacznie przekraczało to, jak powinien zareagować funkcjonariusz porządkowy w takiej sytuacji. Nie chciała jednak poruszać tego tematu w brudnym warsztacie i to jeszcze przy gremlinie, który doskonale zapamięta to, co się stało i być może będzie chciał to wykorzystać. Dlatego należało wmieszać w to kolejną osobę, rozłożyć odpowiedzialność. Ostatecznie Baldwina zamierzała powiedzieć prawdę o tym, jak było i że funkcjonariusz Ward stanął w jej obronie; że gdyby nie demon, zapewne skończyłaby z rozbitą czaszką i wykrwawiałaby się w kącie z pełną tego świadomością i bólem, który nie byłby zbyt przyjemny. I zostałaby w tym stanie aż do momentu, w którym jej ciało nie zaczęłoby się regenerować – niektóre rany zrastały się niebywale szybko, inne potrzebowały czasu. Ile musiałaby leżeć w kałuży własnej krwi, zanim pęknięcie w czaszce by zniknęło?
OdpowiedzUsuń— To tylko sukienka — odpowiedziała, używając dokładnie tych samych słów, których użyła jeszcze w Ratuszu, gdy Ward sugerował, że nie jest zbyt dobrze przygotowana do akcji w terenie.
Obserwowała, jak demon ruszył przodem, jak szedł wyprostowany w trochę nienaturalny sposób. Zauważyła to, bo znała sylwetkę Warda. Jej wzrok może nigdy nie sięgał do jego oczu, ale wyłapywał wszystko inne. Szła obok, milcząc, ale w jej głowie panował chaos. Próbowała zrozumieć, dlaczego to wszystko się zdarzyło; próbowała dostrzec jakiś błąd, współczucie, coś, co usprawiedliwiłoby zachowanie Zaydena, ale wątpiła, aby umiała rozwiązać to równanie.
Baldwina znała dobrze ludzką obojętność i predyspozycję do krzywdzenia innych. Wiedziała, że najlepiej nie oczekiwać, że ktoś zareaguje, bo najczęściej obawiano się konsekwencji. Chłodne kalkulacje własnego położenia i bilans strat wydawały się stopować każdego, ale to? Próbowała znaleźć przyczynę, przetrawić to wszystko przez swoje drobiazgowe myślenie. Może chodziło o obowiązek, może o impuls, a może zrobił to, bo tego chciał?
Niepokoiło ją jeszcze to, co przyszło zaraz potem. Ulga, wdzięczność… owszem, urosły w niej niemal od razu, gdy zrozumiała, co się stało, ale to ciche martwienie się, czy z demonem wszystko w porządku, było uporczywe. To było niemal absurdalne – i nie chodziło o to, że Baldwina nie umiała martwić się o innych, a o to, że Zayden Ward nie dałby się tak łatwo zranić, atak nie pochodził z zewnątrz, a z wewnątrz i tak naprawdę logika, którą kierowała się Heart, zaczynała nieco kuleć, bo jak miała logicznie wyjaśnić sobie to, że martwiła się o istotę, o którą teoretycznie nie powinna?
Poruszyła delikatnie palcami rąk, jakby te nie wiedziały, czego mają się złapać. Baldwina patrzyła przed siebie niemal martwym spojrzeniem, analizując w głowie wszystko, co stało się w warsztacie, krok po kroku. Domagała się znaczenia, definicji tego, czego doświadczyła w garażu, zupełnie jakby całe to niefortunne zdarzenie pozwoliło jej dostrzec coś nieznanego, dziwnego. I być może to właśnie przerażało ją najbardziej: że w tym całym zamęcie, pod gorzką niemożnością zrozumienia, kryło się coś jeszcze bardziej niebezpiecznego.
Wzdrygnęła się delikatnie, czując męskie palce przy swoim nadgarstku. Mimowolnie zerknęła w stronę Zaydena, który się zatrzymał. Gdy stanął, Baldwina również to zrobiła.
UsuńNie odpowiedziała od razu. Jej fioletowe oczy sięgnęły do jego twarzy, a potem przesunęły się w dół, omiatając klatkę piersiową. Zauważyła coś niepokojącego – ubranie było… mokre? To nie mógł być pot, wtedy materiał miałby inną strukturę. Baldwina pociągnęła cicho nosem, wyczuwając krew.
— To zależy — odezwała się. — Jeśli pytasz o to, czy jestem cała, to tak, nic mi nie jest. Jeśli jednak pytasz o całą tę sytuację, to… nie przejęłam się zbytnio tym, że Elliot mnie zaatakował. Wiedziałam, że jest do tego zdolny.
Ostrożnie sięgnęła do palców Zaydena, które zaciskał wokół niej, i delikatnie oderwała każdego z nich po kolei od swojej skóry – robiąc to, wpatrywała się w szyję demona, obserwując jego jabłko Adama, które delikatnie drgało. Gdy jej się to udało, ostrożnie zastąpiła swoją skórę palcami, krzyżując je z tymi demona, tak samo, jak zrobił to Zayden w jej mieszkaniu.
— Nie wiem jednak, co jest bardziej niepokojące — dodała. — Atak Elliota czy to, że stanąłeś w mojej obronie, bo nikt… nikt wcześniej tego nie zrobił, nie w ten sposób. I nie wiem, co mam o tym myśleć, ja nie…
Potrząsnęła lekko głową, jakby chciała tym gestem pokazać, że to było dla niej nie do pomyślenia. Jej palce mimowolnie się zacisnęły, mocniej obejmując te Zaydena. Uciekła spojrzeniem gdzieś obok niego; chyba łatwiej było jej mówić, gdy mogła wpatrywać się w punkt, który nie miał twarzy.
— Czuję od ciebie krew… — wyznała, mrugając wolno cztery razy. — Mogłabym udawać, że niczego nie zauważyłam, ale nie chcę tego robić, dlatego po prostu nie stójmy tutaj i chodźmy. Proszę.
Zrobiła krok przed siebie, ciągnąc demona za rękę, bo jej palce wciąż ciasno oplatały jego.
Baldwina Heart
z lekkim errorem mózgu 😘
Dobrze jej się żyło jak teraz i uważała, że ich relacja która toczyła się wolno, bez wielkich upadków czy wzlotów, jest jedną z tych, na których może polegać. On jej nie zaskakiwał, ona wiedziała, czego się spodziewać i to było bezpieczne. Sama była bardzo samodzielna, ale chciała aby demon wiedział, że na nią może liczyć nie tylko w ramach wdzięczności. Nie musieli o sobie wiedzieć wszystkiego, Noor właściwie nie umiałaby się przed nim całkowicie odsłonić, zwykle miała z tym problem. Była w azylu dzięki niemu, pozostawała spokojna, czuła się bezpiecznie, całe życie była w przekonaniu, że nie może nikomu zaufać i się otworzyć, a Zayden choć był kimś kto wyciągnął ją z najgorszego położenia i bardzo prawdopodobne, że uratował jej życie, że ocalił ją od marnego końca, to nie był nigdy nazwany jej przyjacielem. Nigdy nie czekał chyba na ten tytuł, nie pokazał tego, nie powiedział jej, że mu zależy, a ona to czuła i uszanowała, przyjmując stan rzeczy, jak jest. Nie odwracała się od niego, pozostawała jednak czujna i ulegała jego urokom zbyt często, jak na świadomą swoich słabości istotkę. Zayden miał swoje powinności i swoją przysięgę, ona miała tylko siebie. Nawzajem musieli siebie i swojego strzec, słusznie jednak zakładał, że ich wzajemna lojalność jest tak silna, że ona nie zechce mu czynić krzywdy. Nigdy tego nie chciała i prawdę powiedziawszy, opierała się na nim może zbyt długo... nie sądziła, aby musiała się bać z jego strony czegoś złego, choć nigdy do końca nie była pewna, czy gdyby zaszła potrzeba, sprzeciwiłby się dla niej przeciwko Radzie, obronił ją gdyby padły oskarżenia, albo miało do czegoś dojść. Chyba to sprawiało, że nie umiała całkiem się odsłonić i zaufać. Bo ona była całkiem sama, a on był częścią systemu i mógł szukać oparcie gdzieś indziej, gdyby go zawiodła. A w niej przecież to co najmocniej żyło, to tętniące wraz z pulsem przeświadczenie, że jako mieszaniec jest niewystarczająca. Może nie ufając mu, myślała, że się uchroni, gdyby ją zawiódł, lub porzucił, jesli go rozczaruje.
OdpowiedzUsuńOstatnio trudne bezsenne noce bardzo mocno poruszały jej wszelkie wątpliwości, podważała wszystkie kontakty, znajomości, ich znaczenie i sens. Noor truła samą siebie podejrzeniami i była tego coraz mocniej świadoma. I coraz mocniej zmęczona... Patrzyła w milczeniu jak Zayden ubiera się z powrotem, jak ostrożnie nakłada sweter i zbiera się do wyjścia. Więc kolację zje sama.
Gdyby miała coś w planach i nie mogła zająć się demonem, nie zaproponowałaby pomocy. W takiej sytuacji dałaby mu słoik z lekiem i instrukcje, jak sam ma sobie radzić. Nie zrobiła tego, bo jej na nim zależało. I denerwował ją tym, że tego nie widzi, że się odsuwa i pozwala jej na to samo teraz, gdy nie umiała przyznać, że go potrzebuje. Ostatnio sporo rzeczy ją wyprowadzało z równowagi i nie do końca była pewna, czy na brak snu może zrzucić większość sytuacji. Buzował w niej chaos i nie umiała go ujarzmić. Dubois zaczynała się chyba zwyczajnie bać, że jeśli nie znajdzie przyczyny bezsenności, jeśli w końcu nie przyciągnie morfeuszowych ramion, to padnie z wycieńczenia, albo oszaleje i wtedy padnie; była w końcu w połowie człowiekiem i jeśli o ciało chodzi, poza nieodpartym demonicznym pięknem, było podatne na choroby i zranienia jak każdy szary i słaby śmiertelnik.
Wiedziała, że Zaydenowi sie polepszy, choć tylko na chwile i tylko odrobinę, na czas aż sam zajmie się sobą w odpowiedni i pewnie sprawdzony sposób. Ona mogłaby poszukać takiego sposobu i wiedzieć na przyszłość, jak mu pomóc, bo lubiła być przydatna, a przede wszystkim lubiła wiedzieć różne rzeczy, choć nie praktykowała pełnej magii nigdy, ale nie miała zamiaru się narzucać. Szanowali nawzajem swoje granice i to też w nim ceniła. Gdy wyszedł i mijały kolejna noc i kolejny dzień, Noor znalazła sobie lekkie prace: powoli układała nowy towar w aptece, sprawdziła też jakie cenne rzeczy ma w mieszkaniu, aby uzupełnić własne zapasy i kolekcję, wpisywała przyniesione przez łącznika towary w spis inwentaryzacyjny do raportu na koniec miesiąca, który miała zanieść do Ratusza i ogólnie zajęła sie porządkami. Lubiła mieć wszystko na swoim miejscu, pod kontrolą. Nie zmrużyła oka, przy porannej herbacie dłonie zaczęły jej drżeć, a popołudniu wręczając klientowi siatkę z produktami na bolesne miesiączki dla małżonki upuściła wszystko, nie panując nad mięśniami w zwiotczałej znienacka dłoni. I chyba dopiero po tym mogła zacząć się bardziej obawiać, co się wydarzy dalej.
UsuńZwolniła, ruchy, gesty, krok, wszystko było wolniejsze, mniej płynne, a ona sama ostrożniejsza. Przeczytała w jednej z starszych ksiąg o czarach, którą trzymała pod deskami na zapleczu, jak przyciagnąć energię, która się uczepiła ofiary, niezależnie czy należała do bytu żywego, czy nie do końca umarłego. Poczytała o tym, że sen może mieć własną namiastkę magii i jak ją przyciągnąć, lub odwrócić. Miała zamiar prosić o pomoc w znalezieniu i ściągnięciu do azylu czegoś cennego, co może okazać się pomocne i już planowała jak przeprowadzi rytuał w swojej sypialni, gdy Zayden wszedł do apteki. Przed sobą na szklanej ladzie miała małą kartkę z wypisanymi drobnym, równym pismem wskazówkami, a w dłoni krótki ołówek, wielokrotnie już ostrzony.
- Dobry wieczór - przywitała się, podrywając głowę - Zay, wszystkim się dzisiaj zajmiemy, postaram sie, aby jutro tych drażniących okruszków było jeszcze więcej i żebyś czuł się jeszcze lepiej, bo wyglądasz już nieźle - przyznała, posyłając mu ciepły, choć nikły uśmiech. Karteczka wylądowała w tylnej kieszeni jeansów, a ołówek za uchem we włosach Noor, gdy obeszła ladę i wyszła bliżej do Zaydena, aby go obejrzeć.
Jasne oczy bez blasku przesunęły sie po jego sylwetce, zatrzymały na klatce, gdzie patrzyła dłużej, jakby badała tam jego oddech i cierpienie. Uniosła dłoń, ale nie dotknęła miejsc, gdzie są bandaże i rany, a musnęła jego policzek wierzchem palców i palcem wskazującym potem jeden z kosmyków opadających przy skroni, zaczesała w tył z troską. To było w niej najbardziej charakterystyczne, gdy wpuściła kogoś w swój świat, nawet jeśli pozwoliła zatrzymać się ledwie w progu, nie umiała puścić i pokazywała, ile ma ciepła - częściej gestem, niż słowami.
- Bałam się, że... - urwała, bo generalnie bała sie o niego i jego stan, ale był bystry i na pewno to już wiedział. Stanęła prosto, lekko ściągnęła łopatki, opuściła ramiona bez napięcia i wyminęła go, aby zamknąć za nim aptekę. Dzisiaj nie stać jej było na żadne skromne sztuczki.
Zgasiła światła, w półmroku wnętrze wyglądało dla niej najpiękniej, gdy przesz szklaną szeroką witrynę, regały oświetlały jedynie uliczne latarnie. Wróciła do demona, chwyciła go za dłoń, wskazując aby szedł za nią do mieszkania.
Usuń- Wyciągnęłam ci wcześniej ręcznik, znajdę zaraz jeszcze żel do kąpieli - oznajmiła, bo aby nałożyć znów lek, powinien się porządnie wymyć z tego, co do tej pory zdążyło przyschnąć, wchłonąć się i pozostawić jakieś ślady na jego skórze.
Poprowadziła go do góry, a gdy weszli do mieszkania, zatrzymała się w korytarzu i oparła o ścianę ramieniem, czując jak zaczyna znowu drżeć jej jedna z dłoni. Zacisnęła wargi, schowała rekę w kieszeń luźnego kardiganu, jaki miała narzucony na równie szary t-shirt i na chwilę wstrzymała oddech. Bała się o demona, martwiła o siebie, ostatni czas był dla niej naprawdę paskudny, jakby kilka lat spokoju śmiało jej sie w twarz, zapowiadając coś zupełnie odmiennego.
Noor
Nielsen miała jeszcze sporo do nauki, ale to miejsce przygnębiało i zniechęcało do tego, aby swoją wiedzę o jego funkcjonowaniu pogłębiać. Wiedziała, że nie zachowuje się rozsądnie, reagując tak, a nie inaczej, ale wiedziała również, że wykształcone przez lata mechanizmy obronne nie przepadną z dnia na dzień. Nie było na to szans, aby Aurora przestała pewnego pięknego poranka bać się o swoje życia, nawet jeśli azyl pozornie dawał złudzenie bezpiecznej przystani.
OdpowiedzUsuńBo było tu bezpiecznie, czyż nie? Pozostawali zamknięci, ukryci przed oczami świata zewnętrznego i tylko nieliczni, bardziej zaufani mieszkańcy mogli opuszczać Last Salvation, aby wrócić tutaj z nowymi nabytkami bądź też informacjami. Nie mieli tutaj internetu, a to sieć przez ostatnie lata była głównym źródłem informacji Rory, to z for, na których figurowała pod trudnym do rozszyfrowania nickiem dowiadywała się o tym, gdzie służby danego państwa zamierzają przeprowadzić atak. Nie mieli też telefonów, jedynie kilka stacjonarnych aparatów pozwalało na szybszą komunikację. Za to mieli funkcjonariuszy porządkowych, którzy na wezwanie Rady gotowi byli sprowadzić każdego w każde miejsce. Byli lepsi niż messenger, wezwanie listowne czy kurier UPS. Niewątpliwie miało to swoje plusy i minusy. Mieszkańcy nie mogli knuć między sobą, kiedy byli pozbawieni tak jawnych na to sposobów. Zmuszani byli do kreatywności, a Aurora, która w azylu była wyjątkowo krótko, zdawała sobie sprawę z tego, że musieli się w jakiś sposób porozumiewać, że nie każdy mieszkaniec był zwolennikiem Członków Rady i ich sposobów na kierowanie zamkniętym społeczeństwem.
Nie wiedziała nawet dlaczego wybrała się pod komisariat. Mieszkała niedaleko, nie zbłądziła więc przesadnie, choć spacerowanie w takim mrozie nie było niczym dobrym. Mimo to, kierowana przede wszystkim niewyjaśnioną potrzebą zrozumienia, nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak marznie.
W jednym z oświetlonych okien komisariatu dostrzegła cienie dwóch sylwetek. Jedna górowała na drugą, a Rory nabrała niezdrowego przeczucia, że to Ward. Wzdrygnęła się. Nie z zimna. Dotarło do niej, że przecież od początku mogła spodziewać się tego, że spotka tutaj Zaydena, skoro próbował ściągnąć ją już pięć lat temu, a azylu nie można było opuścić. Musiał tutaj być. Pomogła mu wtedy i chyba poniekąd oczekiwała tego, że on będzie pomagał jej tutaj. Tu i teraz, choć ich przysługi wyzerował się w tamtym czasie. Skrzywiła się, gdy dostrzegła jego postać schodząca lekko po schodach i drgnęła znów, gdy się odezwał.
A mimo tej ogólnej niechęci, poczuła coś na wzór kiełkującego zadowolenia, kiedy nazwał ją czarodziejką. Miało to w sobie sporo infantylnego wydźwięku, kojarzyło się z bajkami dla najmłodszych, ale jednak, gdyby nie zwracał się do niej demon, mogłaby to nawet uznać za szczery komplement.
— Już zmarzłam… — odpowiedziała, choć Warda mogło to w ogóle nie interesować. Nawet nie tyle co mogło nie interesować, co nie interesowało. W tym przypadku rachunek był prosty. A mimo to, odbiła się od wychłodzonego słupa latarni i ruszyła w jego stronę tylko po to, by zrównać z nim krok. — Jak możesz tutaj żyć? — spytała i po raz pierwszy tego wieczora, a właściwie to już nocy zwiastującej nowy dzień, mógł usłyszeć w niej głosie tę zdradzającą ją nutę bezradności. Aurora Nielsen wołała o pomoc, ale za nim w świecie nie przyznałaby się do tego na głos.
Rory Nielsen
Lawirowanie między tym, czego się chciało, co można było i co było zwyczajnie odpowiednie, Damroce kojarzyło się z tańcem, w którym szło jej całkiem nieźle, chociaż wciąż odnosiła wrażenie, że jej ruchom brakuje pewnej płynności, z którą poruszali się zawodowi krętacze. Wciąż uczyła się się wyczuwania granic, zarówno tych wyznaczonych boleśnie przez runy, jak i tych, które nazywano prawem, a którego przestrzeganie nie stanowiło dla niej większych problemów jeszcze kilka miesięcy wcześniej, teraz zaś zdawało się być kłujące niczym drzazga, wbita tuż przy paznokciu. Oczywiście mogła zaryzykować wszelkie wygody na rzecz nakarmienia własnej próżności i poczucia się przez chwilę ważną, tyle tylko, że co by było dalej? A no nic ciekawego, poza jej imieniem i nazwiskiem na pomniku Morrisa - jeśli pochowanie za życia można było uznać za coś interesującego, bo kary i utraty przywilejów Damroka nigdy nie uznawała za opcję.
OdpowiedzUsuń— Ale ja wcale nie wiem, wszystkiego, nie jestem wróżką czy medium! — powiedziała pewnie, próbując dotrzymać mu kroku. Nim wyszli z pokoju przesłuchań złapała swoje rzeczy, przewiesiła kożuch w poprzek torby, przez której ucho udało jej się przepchnąć szczupłą rękę i dopiero wtedy opuściła pomieszczenie.
— Nie znam ani podejrzanych, nie mam też więcej przypuszczeń ponad to, co już Ci powiedziałam — dodała prędko, mając wrażenie, że wręcz biegnie za tym wysokim mężczyzną, chociaż szedł raptem energicznie, w tempie które kojarzyło jej się z wojskowym marszem, ale nie była przekonana czy słusznie. Przemiana w ciągu dnia zawsze kosztowała ją sporo siły, chociaż sam proces nie wyglądał na trudny, to tego dnia poskutkował dla niej zadyszką po przebyciu ledwie kilkunastu metrów w tempie chodu zdrowego mężczyzny, dlatego nim zapukał do drzwi gabinetu uniosła rękę w niemym geście, w którym poprosiła go by wstrzymał się ze swym zamiarem przez chwilę.
— Daj mi moment — poprosiła, głośno nabierając powietrze nosem, by zaraz potem wypuścić je ustami. Powtórzyła czynność jeszcze cztery razy, przyjmując każdą cząsteczkę tlenu z najwyższą starannością, jakby miała wpływ na jej wtłoczenie do krwi.
Odgarnęła z twarzy nieposłuszne kosmyki jasnych włosów i skinęła w jego stronę głową, dając jasno znać, że już jest gotowa na spotkanie z arbitrem, który do tej pory był dla niej jedynie mitycznym stworzeniem, kreaturą o której słyszała wiele historii, ale nigdy go nie spotkała w takim wymiarze, w jakim miało dojść do tego dzisiaj. Jako niegdyś Ściągająca znała znaczną część mieszkańców, zdarzało jej się być przesłuchiwaną przy okazji procesów, czy rozstrzygania sporów, jednak nigdy nie działo się to w ten sposób co dzisiaj. Była też na siebie zła, że wyjawiła Zaydenowi swoje przypuszczenia tak prędko, zamiast trzymać je dla siebie, bo chociaż atak ugodził ją rykoszetem, to przez jego komentarz o zapunktowaniu poczuła się przez chwilę nie lepiej niż przeciętny kapuś. Tylko czy aby nie przyjmowano do służby jako funkcjonariuszy porządkowych takich istot, które umiały rozróżnić prawdę od kłamstwa i dostrzec to, co przemilczane? Czy jej opór, bądź zwykłe zatajenie przypuszczeń, miały właściwie rację bytu? I czy zależało jej na ukryciu sprawcy, skoro poczęstował ją nieprzespaną nocą, a innym wyrządził krzywdę? W głowie Damroki kotłowały się pytania, gdy wchodziła przez ciężkie, drewniane drzwi do gabinetu arbitra.
Na jednym tchu opowiedziała wszystko z tą samą dokładnością, z którą podzieliła się swoimi przeżyciami i przypuszczeniami z Zaydenem, jasno zabierając stanowisko, że nie wie nic więcej i nic więcej nie jest w stanie powiedzieć, a najchętniej poszłaby już do domu. Arbiter miał jednak inne plany, bo starszy człowiek, zdawało się Damroce że niższy od niej o niemal głowę, poprosił ją o kilka sekund do namysłu nad decyzją, co właściwie powinni w takich okolicznościach uczynić, przez co blondynka poczuła się tylko bardziej zestresowana.
— Damroko, skoro umiesz to wyczuć, podejrzewasz też jakiej natury może to być, to uważam, że powinnaś pomóc funkcjonariuszom w odnalezieniu artefaktu i tego, który go sprowadził do Azylu — powiedział mężczyzna tubalnym głosem, zupełnie kłócącym się z jego kruchą, starczą posturą — Zayden, wykorzystaj umiejętności Damroki, myślę, że poradzą sobie bez niej w Ratuszu jeśli zajdzie taka potrzeba. Zaraz poproszę o przygotowanie przepustki dla Damroki na swobodne opuszczanie miejsca pracy na czas trwania śledztwa, a Ciebie proszę, byś wprowadził ją w sprawę, jeśli nadal tego nie zrobiłeś. Trzeba ukręcić sprawie łeb, jak najszybciej —zagrzmiał mężczyzna, na co Damroka była w stanie jedynie przytaknąć nerwowo i opuścić biuro, kiedy starzec poprosił, aby zostawiła go samego z demonem. Usiadła na krzesełku ze składanym siedziskiem, przypominające takie, które były niegdyś w kinach tylko znacznie mniej wygodne, założyła nogę na nogę i czekała zestresowana na wyjście funkcjonariusza. A może powinna była pójść do pracy?
UsuńDamroka
To bardziej niż pewne, że to nie koniec. I jeśli Baldwina dowiedziałaby się, że Ward dostał jakąś karę finansową za to wszystko, zapewne zaproponowałaby, że odda mu część pieniędzy. Zrobiłaby to dlatego, że brała udział w tej akcji i nawet jeśli to nie Heart podniosła rurę i nie połamała gremlinowi kolan, to była częścią tej sytuacji, a nawet przyczyną całego zajścia. Poza tym wcale nie zamierzała do tej sprawy podchodzić jakoś bardzo emocjonalnie – to była część pracy urzędowej, którą należało wykonać. Ostatecznie runy zostały założone, a zagrożenie zażegnane.
OdpowiedzUsuńGdyby zadał jej pytanie, które mogłoby zostać skwitowane prostym „tak” lub „nie”, to odpowiedziałaby od razu, pewnie mechanicznie, ale Zayden zapytał dlaczego, a to wydawało się o wiele bardziej skomplikowane, złożone.
Niepokoiła się, że stanął w jej obronie, bo nikt nigdy tego nie robił, a to sprawiło, że czuła się niekomfortowo i nie wiedziała, co zrobić? Niepokoiła się, że stanął w jej obronie, bo w ten sposób stał się celem? Niepokoiła się, że to zrobił, bo tego nie przewidziała, a jeśli nie przewidziała, to nie dało się tego w żaden sposób logicznie wyjaśnić? Podejrzewała, że to nie pierwszy raz, gdy Zayden nieco nadwyrężył swoją przysięgę, ale tym razem stała się przyczyną tego, że w ogóle to się stało, choć może gdyby jej tam nie było, Elliot i tak mocno by oberwał, bo raczej wątpiła w to, aby gremlin tak po prostu się poddał.
Nie odpowiedziała Wardowi przez całą drogę, którą szła, kierując się do swojego małego, zagraconego mieszkanka, wciąż trzymając jego dłoń w swojej ręce w nieco intymnym splocie, choć Baldwina nie myślała o tym, jak to wygląda – ostatecznie zapewne usłyszy o tym od innych, bo azyl nie był miejscem, w którym takie rzeczy przechodziły bez echa. Minęli kilka osób włóczących się po miasteczku, których wzrok mimowolnie poruszył się za demonem i kościeją.
W mieszkaniu Heart było cicho, ale cisza ta została rozgoniona przez oddechy i kilka kroków, gdy Baldwina poprowadziła demona, aby usiadł w salonie. Włączyła światło, a kryształowy żyrandol zamigotał pięknie, delikatnie się kołysząc. Kościej stanęła naprzeciwko Zaydena, omiatając spojrzeniem jego sylwetkę.
— Zdejmij to — powiedziała, wskazując ruchem głowy jego ubranie, używając tonu tak rzeczowego, że prośba ta wydawała się zupełnie normalna. — Krew trudno zmyć — dodała bardziej do siebie niż do niego.
Kiedy Zayden się rozbierał, Baldwina przestała się gapić i podeszła do starej, ciemnej komody stojącej pod ścianą. W jej mieszkaniu, które było uroczo zagracone, wszystko sprawiało wrażenie raczej zwyczajnego, ale tylko do chwili, w której można było dłużej przyjrzeć się wszystkim przedmiotom: słoje z suszonymi ziołami, poukładane równo porcelanowe bibeloty, tuziny figurek, niektóre z wyglądająco martwo oczami, poszarzałe obrazy.
Uklękła przy komodzie, w tej samej pobrudzonej smarem i kurzem sukience, i wsunęła dłoń głęboko pod nią. Komoda była nieco staroświecka, z popękanym lakierem i mosiężnymi uchwytami. W górnych szufladach Baldwina trzymała zwyczajne rzeczy; dokumenty, świece, igły, kłębki włóczki. Sięgnęła palcami niewielkie zawiniątko, schowane przed światem w czarny materiał.
Podniosła się z kolan, a potem rozwinęła ciemny len, aby odsłonić smukłą fiolkę z grubego szkła, z szyjką owiniętą czarną nicią. Płyn wewnątrz nie był całkiem przezroczysty, miał w sobie coś perłowego i nienaturalnie gęstego. Martwa woda, która leczyła rany, niezależnie od tego, jak głębokie były i jak powstały, i zapewniała długowieczność. Kiedyś owa woda zapełniała małe oczko wodne w środku lasu, ale gdy Baldwina była zmuszona się przenieść, cała jej esencja została zamknięta w szkle – we fiolce była nieskończona, ale odkąd Heart mieszkała tutaj, w azylu, trochę to trwało, zanim się napełniła po jednym użyciu.
Zbliżyła się do Zaydena, wręczając mu fiolkę. W rękach kogoś innego niż kościeja woda stawała się ograniczona, więc nawet jeśli demon pomyślałby o tym, żeby zatrzymać ją dla siebie, nie skorzystałby z niej więcej niż jeden raz. Nie podejrzewała jednak, aby Zayden w ogóle próbował to zrobić.
Usuń— To martwa woda — powiedziała, przyglądając się, jak jego palce otaczają fiolkę. — Leczy rany i zapewnia długowieczność... chcę, żebyś ją wypił.
Wątpiła w to, aby pozwolił jej sobie wlać tę wodę do gardła, dlatego dawała Zaydenowi wybór. Mógł, oczywiście, uznać, że wcale nie potrzebuje jej pomocy i że te rany to nic takiego, ale mimo wszystko miała nadzieję, że skorzysta z jej pomocy. Dawniej, gdy była kościeją z ruskich borów, śmiertelnicy błądzili po lasach, aby znaleźć tę wodę – im żywsze były legendy, tym więcej śmiałków zapuszczało się w nieznane, niebezpieczne tereny.
Sięgnęła po ubranie Warda, które zdążyło nieco nasiąknąć krwią, a potem zostawiła demona w salonie, żeby zniknąć w łazience. Zostawiła otwarte drzwi, więc gdyby demon się wychylił, zobaczyłby, że Baldwina zamoczyła jego własność w wodzie z mydłem i proszkiem, trąc, aby wywabić krew. Robiąc to, cicho nuciła pod nosem – jej palce łapały za materiał, rozciągały delikatnie, a oczy obserwowały, jak czerwień znika w odpływie.
Gdy wróciła do salonu, roztoczyła ubranie po grzejniku, a układając je, powiedziała nagle:
— Dziękuję.
Nie wiedziała, dlaczego akurat to słowo uciekło z jej ust, skoro właściwie niczego Zaydenowi to nie tłumaczyło. Nie tłumaczyło, dlaczego niepokoiło ją to, że stanął w jej obronie, nie odpowiedziała też, czy lepiej by było, gdyby pozwolił, żeby kawał żelastwa wbił się w jej czaszkę. Baldwina zerknęła w stronę demona, zaciskając nieco dłonie w pięści – czuła osad z proszku, który osiadł przy jej palcach, i uczucie zimna po chłodnej wodzie, w której moczyła jego ubranie. Zamrugała wolno cztery razy, trąc brudnym po wizycie u Elliota butem o but.
Baldwina Heart
trochę tęskniąca za pytaniami, na które odpowiedziałaby tak lub nie 🤣🤍
Rana Zaydena wyglądała dość paskudnie i zapewne musiała boleć. Przecinała jego klatkę piersiową od mostka aż po lewy obojczyk – Baldwina przyjrzała się jej strukturze, gdy stanęła obok kanapy. Potrzebował więc czegoś, co pomogłoby natychmiastowo, a Heart mogła zrobić tylko jedno.
OdpowiedzUsuńSkoro przechylił fiolkę i wypił wodę, musiał jej ufać. Przez moment zastanawiała się, czy dopyta o cokolwiek, czy pokaże niepewność do specyfiku, który ukrywała pod komodą przed całym światem. Baldwina miała jeszcze drugą fiolkę z żywą wodą, która przywracała do życia umarłych i konających. Oprócz tego trzymała gdzieś przeklętą talię kart tarota i tobołek, w który spakowała swoje rzeczy, najpierw opuszczając las, a potem uciekając w trakcie cyrkowej masakry. Wszystko to było spadkiem po Kościeju i przez wiele lat Baldwina po prostu nie sięgała ani po żywą, ani po martwą wodę – lepiej było zachować tego typu sekret tylko dla siebie, ale teraz o istnieniu tejże wody wiedział też Zayden.
Zerknęła w stronę pustego naczynka, w którym wolno zaczęły pojawiać się krople wody. Przez runy ciecz odnawiała się znacznie wolniej i Baldwina musiała dość długo czekać, aż fiolka będzie pełna. Złapała szkło, a upewniwszy się, że fiolka jest zamknięta, znów zawinęła ją w ciemny len – nie zrobiła tego, bo obawiała się, że demon wyjdzie stąd z martwą wodą, że sięgnie po nią, gdy ona nie będzie patrzeć. Po prostu wiedziała, że martwa woda lubiła ciemność.
Odłożyła fiolkę, gdy Zayden się odezwał. Kiwnęła lekko głową, przytakując jego słowom. Nie chodziło, oczywiście, o jego zapasy ani o to, że troszczyła się właśnie o nie, bo byłoby to kłamstwem. Martwiła się o niego i nie brała pod uwagę tego, że doskonale poradziłby sobie bez jej pomocy, bo zapewne miał swoje sposoby i nie był od nikogo zależny.
Patrzyła, jak wyciągnął do niej rękę. Omiotła spojrzeniem jego palce, choć nie wahała się, aby złapać jego dłoń. Zrobiła to ostrożnie, zbliżając skórę do jego skóry. Jej chłodne palce najpierw lekko ją musnęły, jakby sprawdzała fakturę i ciepło, a potem wsunęła je w jego dłoń, zaciskając lekko, z całą swoją świadomością. Nie można więc było uznać tego za przypadek.
Musnęła kciukiem rękę Zaydena i usiadła wolno obok, zdecydowanie nieco zbyt sztywno, jakby nie do końca umiała odnaleźć się w całej tej sytuacji, choć nie działo się nic, co mogłoby wywołać w niej niepokój. Przy demonie owy niepokój właściwie się nie pojawiał – zarejestrowała to już dawno, choć pewnie zazwyczaj Zayden Ward budził w innych zupełnie inne emocje, ale to ani trochę jej nie obchodziło.
— Nie — odpowiedziała krótko i zapewne nie dodawałaby niczego więcej, ale w tej sytuacji niejako zmusiła samą siebie do wyjaśnienia czegoś więcej. — Martwa woda leczy rany i daje długowieczność, ale tylko wtedy, gdy jest regularnie pita. Musiałbyś jej sporo wypić, żeby znacznie wydłużyć swoje życie, zyskałeś może kilka lat, choć przecież i bez tej wody jesteś istotą długowieczną, prawda?
Wbiła wzrok w męską klatkę piersiową i przechyliła się delikatnie, aby obserwować, jak rana zaczyna się zalepiać – nie było to nic spektakularnego, bo brakowało mistycznego szybkiego tempa czy unoszącego się wokół magicznego pyłu, po prostu z każdym oddechem Zaydena rana stawała się coraz mniejsza.
Wyprostowała się, odwracając wzrok, a potem spojrzała przed siebie, wbijając fioletowe w oczy w ścianę – przesunęła po niej, omiotła kilka bibelotów i figurek, a potem, jakby przypominając sobie, że wciąż trzyma Zaydena za rękę, ścisnęła nieco palce, by i demonowi to uświadomić.
— Nie chciałabym skończyć z żelastwem w głowie — odezwała się, wracając do jego pytań, które zadał kilkadziesiąt minut temu, a które przemilczała. — Gdybyś nie zareagował, zapewne leżałabym z rozbitą głową w warsztacie Elliota, aż ktoś by mnie znalazł. Gdy stanąłeś w mojej obronie, zastanawiałam się, ile czasu potrzebowałaby moja pęknięta czaszka, żeby się zregenerować, a potem pomyślałam, dlaczego to zrobiłeś, dlaczego się wystawiłeś. Nie umiem sobie tego logicznie wyjaśnić. A potem to ty byłeś ranny, gorzej od Elliota, i w tamtym momencie chciałam po prostu jak najszybciej nałożyć runy i zrobić cokolwiek, co mogłoby pomóc.
UsuńMówiła bez przerwy oddechowej, wyrzucając to z siebie jednakową intonacją, jakby prezentowała Zaydenowi najnudniejszy raport, ale to w twarzy Baldwiny widać było emocje; kościeja lekko się marszczyła, zwilżała usta językiem, przeskakiwała spojrzeniem po ścianie. I zbyt mocno trzymała rękę demona, gdy mówiła mu o tym wszystkim.
Baldwina Heart
proszę wybaczyć ten monolog...
Nigdy jej nie zawiódł i nie rozczarował, nigdy też nie mieli wobec siebie wielkich oczekiwań. Nie mieli właściwie żadnych, bo nie padły obietnice, a ona ceniła to ciche zrozumienie, jakie nawzajem sobie okazywali. Lubiła w nim to, że ją znał, że wiedział na ile ją stać i z czym czasami musi walczyć, gdy ogień w jej krwi się budził i buzował, niemal paląc ją od wewnatrz pragnieniem zgrzeszenia. Lubiła w nim to, że jej nie oceniał, że nie potępiał i nigdy nie sugerował, aby wybrała kórąś z stron swej natury, albo żeby po prostu uległa temu, co ją szarpie od wewnątrz. Mogła szukac u niego ochrony i oparcia i wiedziała, że jeśli on potzrebowałby jej, przyszłaby. A jednak zawsze jakaś ostatnia granica nie została pokonana... to zaufanie nie zostało w pełni podarowane i zyskane i w sumie Noor przywykła do tej odrobiny niepewności względem Warda. A moze zwyczajnie przyzwyczaiła się do tego, że ona jest zazwyczaj niepewna i niezdecydowana, a więc akceptowała to w każdym aspekcie swojego życia. Tylko czy nie traciła wtedy zbyt wiele...?
OdpowiedzUsuńNoor spojrzała na niego osłabionym spojrzeniem, próbując zebrać myśli, choć ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Jej oczy, jeszcze niedawno pełne blasku, teraz wyglądały jakby traciły życie w tempie, które nie dawało jej chwili oddechu. Bała się. Była naprawdę zaniepokojona.
- Tak… usiądę - szepnęła, z dłonmi schowanymi w swetrze kierując się do pokoju, aby opaść na kanapę. Jej ruch był powolny, jakby starała się zapanować nad każdą częścią ciała , nim odmówi jej posłuszeństwa, ale mimo wszystko udało się jej znaleźć stabilność. Oparła się o poduszkę, próbując nie pokazywać, jak bardzo jest wyczerpana. Bo przecież nie było tak źle.
- Melisa… nie mam nic co zadziała- przyznała cicho, próbując ułożyć w głowie plan na dalsze kroki. Chciała wierzyć, że w jej rękach jest jeszcze choć odrobina kontroli nad tym, co się dzieje. Ale czuła, że siła powoli ją opuszcza, a w jej głowie zaczyna kiełkować niepokój, który nie był tylko fizyczny, ale też emocjonalny.
- Weź prysznic, zaraz przygotuję świeży lek - powiedziała spokojnie. Wybitnie spokojnie. Noor patrzyła na niego jeszcze przez chwilę, ale nagląco skinieniem wskazała łazienkę.
Nie chciała, aby myslał, że się poświęca i stara się udawać bohaterkę. Nie pomogłaby mu, gdyby nie czuła się na siłach, a skoro siły generalni ją opuszczały... musiała przecież jakoś funkcjonować. Czekała aż dłoń przestanie jej drżeć, aż uczucie słabości minie i skieruje się po składniki, abyz robić kolejną porcję maści. Tym razem chciała dodać jeszcze jednego ziela, takiego, które troszkę pochłonie żar demona i przyspieszy gojenie, nim Zayden nie zdobędzie swojego popiołu. Lubił pomagać tym, u których mogła otrzymać wdzięczność i to chyba była tylko ta jedna stała w Dubois, niezmienna i pewna jej cecha.
Noor
Poczuła jego kciuk przy swoim nadgarstku, co sprawiało, że zerknęła w jego stronę kątem oka. Znała dotyk Zaydena, ale w tej chwili wydawał się bardziej intensywny niż kiedykolwiek, i to nie dlatego, że demon robił coś innego. Baldwina zdała sobie po prostu sprawę, że to, co robiła z rękoma, te wszystkie gesty i muśnięcia palców, że tego wszystkiego też nie byłaby w stanie logicznie wyjaśnić. Robiła to, bo lubiła, gdy Zayden był blisko? Bo mu ufała? Bo jego palce idealnie pasowały do jej palców? Nigdy się nad tym nie zastanawiała ani nie próbowała wyjaśniać relacji, którą miała z Wardem – i chyba nie chciała tego robić, bo jeśli to, co się działo, było wynikiem jej i jego chcenia, to dlaczego miałaby cokolwiek analizować?
OdpowiedzUsuńWyrzuciła z siebie to wszystko, bo to był dobry moment. Poza tym po prostu chciała odpowiedzieć – nigdy niczego nie ukrywała, mówiła wprost, szczerze, nie przejmując się tym, jak ktoś może to zinterpretować. Baldwina nie lubiła sekretów ani ostrożnych słówek. Jeśli coś miało zostać powiedziane, lepiej było, aby nie zostało upiększone – brzydka prawda okazywała się może bolesna, ale była lepsza niż piękne kłamstwo, które i tak z czasem pokazywało swoją szpetność.
Słysząc swoje imię w jego ustach, znów zerknęła w stronę demona, a potem poczuła męskie palce pod brodą i w kąciku ust – był to gest podobny do tego, który już kiedyś zrobił. Zayden nanosił w ten sposób jej uśmiech, pozwalał jej przypomnieć sobie, że wciąż potrafiła to robić. Uśmiechanie się nie było trudne, ale Baldwina o tym zapominała, jej jasne usta zazwyczaj miały neutralny wyraz. Poczuła ciepło rozlewające się po policzkach – nie kontrolowała tego, rumieniec pojawił się niemal samoistnie, zupełnie jakby w ten sposób Baldwina zdradzała się z tym, że to, co robił Zayden, miało dla niej znaczenie.
Kiwnęła lekko głową, gdy jej wszystko wyjaśnił. Tak, to miało sens. Zayden prawdopodobnie nie zniósłby jej krzywdy, a gdyby jednak została zraniona, to Elliot skończyłby gorzej niż teraz. Podejrzewała, że Ward był zdolny do różnych mniej lub bardziej brutalnych rzeczy i zapewne wcale by nie żałował żadnej z nich, bo to nie leżało w jego naturze. Poza tym, może mylnie, sądziła, że demon robił dokładnie to, co chciał. Gdyby nie chciał stanąć w jej obronie, to by tego nie zrobił – to było bardzo dobrze widać podczas tych wszystkich razów, gdy pojawiał się u niej w mieszkaniu, aby wypić kawę i zjeść coś słodkiego. Nie musiał tego robić, ale przychodził, a Baldwina za każdym razem witała się z nim tak samo, bo nawet jeśli nie pokazywał się przez dłuższy czas, to tak naprawdę niczego to nie zmieniało. Wciąż był mile tutaj widziany.
Spojrzała w stronę jego rany, która prawie już zanikła – czyli martwa woda działała. Baldwina nie mogła być w końcu pewna, jak jej wypicie pomoże demonowi. Nie był człowiekiem, a paranormalnym bytem, ale – jak widać – to nie miało znaczenia.
Gdy usłyszała jego propozycję, zamrugała wolno dwa razy. Przez moment po prostu trwała w pewnym zawieszeniu, próbując zrozumieć, o co zapytał. Wspólna kolacja. Otworzyła lekko usta, chcąc powiedzieć, że przecież mogą zjeść kolację tutaj i że to dla niej żaden problem przygotować coś nowego, bo lubiła gotować, ale uświadomiła sobie, że Zaydenowi wcale nie chodziło o domową kolację. Takie kolacje mogliby jeść codziennie, ale wyjście do restauracji? Próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek została gdzieś zaproszona przez jakiegoś mężczyznę, odkąd trafiła do azylu.
Baldwina nie randkowała ani nikt nie traktował jej poważnie. W starej wiosce była przeklętą dziewczyną, którą należało wykorzystać, bo była ładna, ale nikt w niej nie dostrzegał czegoś więcej – żaden mężczyzna nie wziąłby jej za żonę ani nie pozwolił dbać o dom, obawiając się tego, co oznaczało regularnie spółkowanie i życie pod jednym dachem z kimś takim jak ona. W cyrku doświadczyła wielu naruszeń, bo tam przede wszystkim miała być śliczną rzeczą. Nie było więc zaproszeń do restauracji ani delikatnego dotykania jej ust czy twarzy. Do tej pory nigdy nawet nie myślała o tym, że tego chce.
Usuń— Moglibyśmy zjeść tutaj… — odezwała się ostrożnie, a potem podniosła wzrok, wodząc spojrzeniem po jego twarzy. — Ale nie wspomniałeś o restauracji tak po prostu… więc… to randka?
Spięła się nieco, pytając o to, choć wolała wiedzieć, bo gdyby to była jednak randka, musiałaby wybrać odpowiednią sukienkę i jakoś się przygotować.
Baldwina Heart 🤍
Gdyby Levi wiedział, że przebywając poza barierą ochronną azylu, Zayden natknął się na Aurorę już kilka lat temu, nie byłby zaskoczony jej widokiem za kontuarem w barze o wdzięcznej nazwie Brudershaft. Przez ten czas zdążyłby oswoić się z myślą, że Aurora żyje i że jakimś cudem jej ciała nie było pośród innych ciał zaściełających podłogę dawnej synagogi, która sabatowi i społeczności kotołaków służyła za miejsce spotkań i odprawiania bardziej wymagających rytuałów. Nie mógł jednak tego wiedzieć, ponieważ Zayden nie mógł wiedzieć, że Levi i Aurora się znają i to dość dobrze, bo przecież spędzili ze sobą niewielką część późnego dzieciństwa, a potem kompletnie po szczeniacku się w sobie zakochali i bezczelnie się z tym obnosili, co było nie w smak Thatcherowi i sabatowi. Nie trwało to jednak dłużej, niż pół roku. Nie licząc starego Ackermanna, wszyscy ci, którym mogło przeszkadzać to, że Rory i Levi się spotykali, zostali brutalnie zamordowani i Levi był przekonany, że sama Aurora także została zamordowana.
OdpowiedzUsuńKotołak spojrzał w stronę majaczącego w pewnej odległości od ich stolika kontuaru, jakby spodziewał się, że zobaczy za nim młodą czarownicę, choć przecież miał świadomość tego, że Nielsen dziś nie pracowała i tylko dlatego tutaj przyszedł. Wrócił spojrzeniem do demona cienia, który zdążył rozsiąść się wygodnie na krześle i popijał zakupione piwo. Nie przestając bawić się lotką, przechylił nieznacznie głowę i delikatnie zmarszczył brwi, kiedy dotarł do niego sens słów mężczyzny. Levi wydawał się odrobinę zaskoczony tym, co powiedział Zayden, ale zaraz na jego twarzy odmalowało się zadowolenie.
— Bez ryzyka nie ma zabawy — odparł, tym samym dając do zrozumienia, że nie miałby nic przeciwko wejściu w taki układ, nawet jeśli stawka tej rozgrywki miałaby pozostać dla niego nieznana. Zayden go zainteresował i rozbudził w nim tę niezdrową ciekawość, której Ackermann często ulegał, nawet jeśli wiedział, że zaspokojenie tej ciekawości mogło nieść za sobą niekoniecznie przyjemne konsekwencje. To leżało w jego naturze, a kotołak nie był jedną z tych istot paranormalnych, które ze swoją naturą walczyły. Znał takie przypadki, które w azylu bywały powszechne. Trafiali tutaj zarówno tacy, którzy z przyjemnością korzystali ze swoich mocy i szczerze nienawidzili Rady za ich ograniczanie, jak i tacy, którzy z chęcią pozwoliliby na naznaczenie ciała kilkoma dodatkowymi runami, byle tylko przestać być odmieńcami.
Uśmiechnął się do Zaydena znad szyjki butelki, którą akurat uniósł do ust, kiedy Ward nader wymownie zareagował na pytanie o Harrisa. Tak jak kotołak nie wiedział o tym, że Zayden poznał Aurorę przed paroma laty, tak też nie wiedział, że on i Harris mieli na pieńku. Być może nie wiedział o tym także Thatcher, który z Harrisem spotykał się regularnie, choć też nie do przesady często. Gdyby Levi miał określić, jak często funkcjonariusz przebywał w ich domu, powiedziałby, że mniej więcej raz w miesiącu. Tyle czasu potrzeba było, aby z niedużej destylarki wycisnąć flaszkę czystej, a z niej wyczarować dwie, w porywach do trzech butelek nalewki, w zależności od tego, jaki procent stary Ackermann chciał uzyskać w wyrobie gotowym.
— Zupełnie szczerze, nie wyobrażam sobie, by Harris mógł w jakikolwiek sposób ci zagrozić — stwierdził, lustrując wzrokiem sylwetkę demona. — Zaszkodzić, może i tak — dodał po namyśle. — Chodzi mi o to, że ja z zasady staram się nie podskakiwać istotom potężniejszym ode mnie, a takich tu nie brakuje. Runy runami, ale podejrzewam, że kark Harrisa idzie skręcić równie łatwo, co mój — wyjaśnił i wzruszył ramionami, po czym odstawił piwo na blat, obok dwóch rzutek.
Rada gwarantowała mieszkańcom azylu bezpieczeństwo. Nie oznaczało to jednak, że na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat istnienia Last Salvation nie dochodziło do dziwnych wypadków, bądź nie znajdowano ciał mieszkańców porzuconych w lasach otaczających azyl. Nie sposób było upilnować wszystkich, prawda?
— Nie narzeka bardziej, niż zwykle, więc w porządku. Z tym że faktycznie boli go kręgosłup. Oczywiście, sam nic nie powie. — Levi ostentacyjnie wywrócił oczami. — Marudzi na niedomykającą się szafkę w kuchni, ale nie na to, że go boli, choć krzywi się niemiłosiernie, kiedy przenosi się z łóżka na wózek. Będę musiał zajść do Anastasiusa, poprosić, żeby wpadł i obejrzał ojca. I tak, możesz natknąć się na Harrisa — urwał i zawiesił wzrok na twarzy Zaydena, bo dotąd wpatrywał się w etykietę piwa, która lekko odklejała się w jednym miejscu, a którą skubał palcami, uprzednio porzuciwszy lotkę. — Ale to nie tak, że Harris przesiaduje u niego codziennie. Mam wrażenie, że skurczybyk bardziej jest zainteresowany nalewką, niż Thatcherem.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
— Miałeś wyjście? — spytała, a choć samo jej pytanie mogło być nie tyle nieoczekiwane, co po prostu niezrozumiałe dla kogoś, kto nie siedział w głowie wiedźmy, zamilkła. Na chwilę rzecz jasna, bo Aurora może i była małomówna, ale niewątpliwie nie rzucała słów na wiatr i kiedy już zaczynała dany temat, czuła się w obowiązku go skończyć. — Przed trafieniem tutaj? — Nie chciała być wścibska, ale przecież na pierwszy rzut oka Ward też nie wydawał się szczęśliwy z tego powodu, że musiał tkwić w azylu, który jednak ona wolała nazywać piekłem. A jednak milczała. Nie wypowiadała swoich myśli na głos, a nawet jeśli to ubierała je w ładne słówka, ale co z tego, skoro smrodu gówna nie przypudruje się kilkoma kwiatkami, czyż nie?
OdpowiedzUsuńByła boleśnie świadoma tego, że trafiła tutaj z własnej woli. Bo była słaba, bo pozwoliłam naciskowi i presji władz ludzi i ich sił się złamać. Pękła, gdy kolejny raz przeprowadzili szturm na jej kryjówkę, w kolejnym mieście, w innym państwie.
Słysząc, że zaprzepaścili najlepsze wyjście, uśmiechnęła się krzywo. Właściwie to grymasowi, który zdobił teraz bladą, niezdrowo zaczerwienioną od mrozu buzię, daleko było od uśmiechu. Mięśnie twarzy wiedźmy odwykły od uśmiechów, od śmiania się, wymyślenie żartu przychodziło jej z trudem. W sytuacjach, które mogłyby być zabawne, reagowała drgnięciem. Samej sobie wydawała się o wiele bardziej aspołeczna niż mogła być naprawdę, a praca w barze, ta, która zmuszała ją do kontaktów z innymi, była tylko zasłoną dymną.
Szła przy jego boku, a zmarznięty śnieg chrzęścił pod ich butami, tworząc całkiem zgrabną, rytmiczną melodię. Stawiali kroki w równym tempie, choć Aurora tak właściwie nie wiedziała, dokąd i po co idzie. Ale szła, marsz pozwalał jej nie myśleć o zimnie, które wdzierało się pod materiał zimowej kurtki, robiąc sobie nic z puchowej osłony. Drżała, boleśnie spinała mięśnie ramion i karku, próbując nie szczękać zębami.
— Gdybym tu nie trafiła, nie przyszła… — zaczęła cicho, bo Zayden przecież mógł pamiętać, jak pięć lat temu zapierała się rękami i nogami, byleby tylko nie trafić do mistycznego miasteczka, gotowa była nawet na przysługę, której powinna żałować, a która przecież nadszarpnęła jej moce, choć niewątpliwie pomogła demonowi. — Pewnie już bym nie żyła. Naloty były coraz częstsze, jak już raz wpadli na mój trop, nie dało się ich zgubić — przyznała. — Ale nie wiem, czasami się zastanawiam, czy śmierć nie byłaby lepszym wyjściem — zauważyła z pełną powagą, jakby faktycznie miała być gotowa w każdej chwili umrzeć, co nie tylko jej nie przerażało, ale nawet niespecjalnie obchodziło.
Kto miałby za nią płakać? W świecie ludzi nie zostawiła nikogo, a jedyny sabat, na który się natknęła, unikał problemów, a więc unikał również Rory. Levi? Przecież przez jedenaście lat i tak myślał, że czarownica nie żyje, co więc tak naprawdę zmieniłaby jej śmierć? Była młoda. W typowo ludzkim postrzeganiu czasu była młoda. I miała całe życie przed sobą. W rozumieniu, które brało pod uwagę przeżyte katastrofy, nabyte traumy i lęki, była wyjątkowo stara. Przeżyła więcej, o wiele więcej, niż mógł przeżyć jej przeciętny rówieśnik. Widziała dość, aby nie chcieć oglądać dalej.
— Co to za rozwiązania? — spytała, zerkając w bok i zadzierając głowę, aby móc dostrzec skryty w półmroku profil demona. Latarnie w Last Salvation rozstawione były wyjątkowo rzadko, choć i tak odnosiła wrażenie, że plac przy ratuszu był jednym z bardziej rozświetlonych miejsc. Ale czego tutaj mieli się bać mieszkańcy, chronieni przez Radę, jeśli nie ciemności?
Rory Nielsen 🧙🏻♀️