~ L. Spencer Smith
Zayden Ward
funkcjonariusz porządkowy
demon na przysiędze
Jest mrowieniem na twojej skórze i napięciem, które ściska cię od środka. Wiesz, że nie ma w nim gniewu, który dałoby się poczuć, ani ciepła, które mogłoby uspokoić – jest za to cisza: ciężka, nienamacalna, a jednak doskonale wyczuwalna w każdym włosie na karku.
To naturalne, że przy nim czas zwalnia, świat traci ostrość, decyzje zaczynają ważyć więcej, a grzechy przeszłości szepczą w twoich uszach. Twój oddech staje się cięższy, myśli splatają się w węzeł, a serce bije w rytmie, którego nie rozpoznajesz. Czy jest w nim kłamstwo? Czy są w nim złe intencje? On wie, zanim jeszcze pomyślisz, zanim jeszcze zechcesz, bo ta cisza wokół niego, choć nienamacalna, nie jest wcale pustką – jest świadkiem, strażnikiem twoich lęków i win, które wychylają się spod skóry.
I choć nie podnosi ręki, choć nie wypowiada ani słowa, wiesz jedno: żadna twoja tajemnica nie umknie jego spojrzeniu, a każde złamanie zasad, nawet niewypowiedziane, znajdzie swoje echo w cieniu, który cię otacza. Ale Zayden nie zmienia wcale świata. Obnaża twój świat z masek i pozbawia go wszelkiej pewności, zmuszając cię do spojrzenia w miejsce, którego najbardziej unikasz. A kiedy cisza wreszcie zapada, ty zostajesz sam z tym, kim naprawdę jesteś.
36/620 lat, Pompeje, Włochy
w azylu od 22 lat
demon cienia
ściągający do 2024 roku
Kontrola emocji
Tworzenie iluzji
Nie narodził się w ogniu piekła, a w ciszy, jaka zapadła po krzyku miasta. Popiół Wezuwiusza spowił świątynie i sądy, jednak Pompeje nie upadły. Z tej ciszy i popiołu powstał on, pierwotnie jako Umbra Iuris – uformowany wszystkimi wyrokami i obietnicami, które nie mogły się dopełnić. Nie był karą ani zemstą, tylko echem prawa, które nie zostało domknięte po wielkiej katastrofie przed tysiącami laty. Popiół stał się jego ciałem, pamięcią i ciężarem, a każdy niedokończony wyrok, każda złożona obietnica pozostawały w nim żywe. Przez wieki wędrował po świecie, będąc cieniem dawnych sprawiedliwości, aż dwie dekady temu został sprowadzony do Last Salvation. Rada miasta nie skuwała go jednak łańcuchami ani runami, a zamiast tego dopisała swoje słowa do tego, co już w nim istniało. Przysięga została zakotwiczona w popiele, wpleciona w jego cień i związana z porządkiem miasta, a popiół, który go stworzył, stał się jej nośnikiem. Przyjął nową tożsamość i służy Radzie, ale nie z lojalności, a z obowiązku i ze względu na układ wzajemnych korzyści. Przez większość pobytu w azylu pełnił funkcję ściągającego, ale został z niej zdjęty po naruszeniu przepisów w pogoni za jedną z istot, co do reszty napięło jego i tak konfliktowe stosunki z Lukosevicusem. Od 2024 roku egzekwuje prawo jako funkcjonariusz porządkowy, tłumi chaos i strzeże granic azylu, wiedząc, że każde nadużycie mocy boleśnie wypali popiół w jego wnętrzu. Przenika w cienie i kształtuje popiół w formy, które tworzą bariery i wymuszają posłuszeństwo. Wyczuwa wszelkie naruszenia prawa, ale wie, że nie może działać przeciwko Radzie ani mieszkańcom, bo każdorazowe złamanie przysięgi boleśnie odbija się w jego ciele. Popiół w jego skórze parzy i kruszy się, tworząc rozległe rany na ciele, cień staje się ciężki, a moc, którą dotąd władał, topnieje w jego dłoniach, przypominając dotkliwie, że prawo i przysięga zawsze mają pierwszeństwo.
zapraszamy! zdaniezlozone@gmail.com
[Cześć! :D Cieszę się, że jednak zdecydowałaś się do nas dołączyć, a wybór rasy dla Zaydena i jego historia to naprawdę ciekawa sprawa. Czytałam z zapartym tchem i szczerze mówiąc: nie chciałabym spotkać takiego gliniarza na swojej drodze. Ale! Kluje się w mojej głowie pewna idea powiązania/wątku, więc pozwolę sobie uderzyć już prywatnie. ♥
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że zostaniesz z nami jak najdłużej i będziesz się świetnie bawiła, a Zayden niejednemu zszarga nerwy!]
Rory Nielsen
[Dobry wieczór! Miło mi bardzo, że zdecydowałaś się do nas dołączyć także tutaj i mam nadzieję, że będziesz bawić się doskonale ^^
OdpowiedzUsuńOch i ach - dokładnie tyle mam do powiedzenia na temat pomysłu na kreację Zaydena. Bardzo, ale to bardzo mi się ona podoba i coś mi się wydaje, że ze swoimi umiejętnościami Zayden sprawdzi się w roli funkcjonariusza porządkowego jeszcze lepiej, niż w roli Ściągającego ;) Leviemu natomiast, który szmugluje co popadnie, na pewno ani trochę się to nie podoba ^^
Dawno nie miałyśmy okazji wspólnie popisać, więc na dniach przyjdę na maila pomęczyć Cię o wątek!]
LEVI ACKERMANN
Kiedy w niewielkim pokoju w mieszkaniu nad apteką zapadła cisza przerywana jedynie przyspieszonymi oddechami dwóch splątanych istot, Noor opuściła nogi i pozwoliła ich ciałom jeszcze przy sobie trwać. Nie spieszyła się, zakończyła gonitwę, a jej skóra lśniła po wyścigu, jak ozdobiona szronem w słońcu. Pochyliła się, oparła dłonie na poduszkach rozsypanych wokół głowy bruneta i dla własnej satysfakcji jeszcze raz docisnęła do niego biodra. Pocałowała go ostatni raz, mocno, głęboko, długo, bez złudzeń i oczekiwań, a gęsta kaskada włosów ukryła ten moment przed światem. To było pragnienie, kaprys gasnącego pożądania i chciwość, na którą mogła sobie pozwolić. On był pokusą, z którą nie walczyła, choć wiedziała, że mógłby działać na nią również inaczej. Skóra nadal jej płonęła, uda drżały, a oddech był zbyt płytki, by udawać, że nic się nie stało. Serce tłukło jej w piersi jak szalone, galopowało w dzikim rytmie, zupełnie jak oni przed chwilą. Przesunęła szczuplutkimi palcami po jego ciele, po torsie, unoszącym się znacznie szybciej niż zwykle i szerokich barkach i zatrzymała się na wilgotnej skórze na karku. Oddech nadal miała gorący, a piersi mocno do niego przyciśniete, gdy nawinęła na palec kilka ciemnych kosmyków; a była to pozorna czułość, jedyna, na jaką ją było stać. Uniosła się odrobinę, wystarczająco, by zobaczyć jaki wyraz przybierają jego oczy i uśmiechnęła kącikiem swoich słodkich ust, które nosiły teraz zaczerwienioną obwódkę podrażnienia po tym, jak ją żarliwie całował.
OdpowiedzUsuń- Powiesz mi kiedyś, czego najskryciej pragniesz? - wyszeptała, wciąż blisko, tuż przy jego wargach. To nic nie znaczyło, ale było miłe. Zawsze gdy przychodził, było miło.
Noor nie była pustą skorupą, nie była wyzbyta emocji. Miała ich aż nadto, a nie rozumiała żadnych. W jej naturze zapisany był chaos, w jej krwi płynął ogień, a po matce odziedziczyła wrażliwość, która wszystko komplikowała. Była ostrożna i nieufna, nie dopuszczała innych blisko i on nie był wyjątkiem. Po prostu znali się długo, po prostu siebie potrzebowali w jakiś sposób, którego nie próbowała zrozumieć. Była może jego kaprysem? Może wyrazem buntu, albo metodą odreagowania? Nie wnikała w to, przyjmowała z zrozumieniem jego potrzeby, odbijając je sobą jak lustro. Sama była zaprzeczeniem prawa istnienia, a choć nie ulegała łatwo żadnym żądzom, bo jej własne były twardo wytresowane, jemu ulegała za każdym razem. Jego moc nie dosięgała jej tak mocno, jak mogłaby podziałać na człowieka, ale wiedziała, że może ją skrzywdzić. I ona też mogła skrzywdzić jego. Dlatego czuła się bezpieczna.
- Chciałabym poznać te głębokie demoniczne fantazje - przyznała słodko, niewinnie, z niepozornym uśmiechem, który łamał serca. Nie kłamała.
Wyprostowała się i zsunęła z niego, siadając obok w skołtunionej pościeli. Odgarneła długie włosy w tył, nie wstydząc się pokazać mu ciała, które znał. Pokój pachniał nimi, nie pierwszy i nie ostatni raz, ale Noor nie wstała do okna, by je uchylić i przewietrzyć, ale oglądała tatuaże Zaydena, tak samo nimi zafascynowana jak zawsze. Po szaleństwie i ogniu, przychodził spokój i cisza, a ona umiała odnaleźć się i w jednym i w drugim. Z nim czy bez niego.
czarna iskierka
[Hej, dziękuję za powitanie! :) Faktycznie, życie ma trudne i nieprzyjemne, ale to chyba łączy większość mieszkańców Last Salvation.
OdpowiedzUsuńRównież życzę dużo went i pomysłów, a w razie chęci zapraszam do siebie. Możliwe powiązanie mogłoby być nawet takie, że to Zayden sprowadziłby Morrigan do azylu, ale jak to już rozwinąć — nie wiem. :(]
Morrigan
[Dziękuję bardzo za powitanie :) Oczywiście, że fucha ściągającego ją satysfakcjonuje! Za to jestem ciekawa co takiego przeskrobał Zayden, że został z tej funkcji zdjęty ;> Może Faith się ku temu przysłużyła i go sprzedała? A może on tylko tak myśli? xD
OdpowiedzUsuńJeśli miałabyś ochotę coś razem pokombinować daj znać :)]
Faith
Obudziła się, kiedy pierwsze promienie słońca przedostały się przez okno i uderzyły ją w twarz. Skrzywiła się, ale nie rozchyliła powiek — naciągnęła cienką kołdrę na głowę, wtuliła policzek w poduszkę, usiłując zasnąć ponownie. Solidna dawka leków, które wzięła poprzedniego wieczoru, przestała już jednak działać. Morrigan musiała często zmieniać tabletki — jej organizm szybko przyzwyczajał się do nowej chemii, perfekcyjnie adaptował i zmuszał do poszukiwania innych sposobów na odnalezienie ulgi. Na dłuższą metę nie potrafiła odpędzić własnych koszmarów, w których swąd palonego ciała mieszał się z gryzącym zapachem dymu.
OdpowiedzUsuńOstatecznie podniosła się i wyjrzała za okno. Słońce zaczynało chować się za szarymi chmurami, jeszcze zanim zdołało na dobre rozgościć się na niebie. Zrzuciła bose stopy na podłogę, przetarła grzbietem dłoni oczy. W sumie powinna cieszyć się, że nie przyszło jej odzyskać świadomości gdzieś w lesie albo pośrodku ślepej i ubłoconej uliczki. Przynajmniej dzisiaj nie zniszczyła sobie ubrań, nie zdobyła również nowych siniaków i zadrapań.
Zrobiła kawę, zjadła śniadanie złożone z tego, co udało jej się znaleźć w lodówce. Miała wolne, więc nie musiała się spieszyć. Mogła do woli siedzieć w swoim ciasnym mieszkaniu i pozwalać na to, by do jej otępiałego jeszcze umysłu przychodziły kolejne informacje — na przykład związane z powodem dzisiejszego urlopu. Lubiła pracę w bibliotece znacznie bardziej od tego, co czekało na nią na komisariacie.
Wykorzystywano ją. Tak to nazywała, bo żadne inne określenie nie mogło w pełni oddać tego, co działo się w zamkniętym pokoju pod czujnym okiem Zaydena Warda. Azyl odbierał więcej, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka — Morrigan zabrał kontrolę nad mocą, z której później korzystał niczym z własnej. Jej wizje, krzyk, cierpienie, wszystko to stanowiło narzędzie, mające wspomóc płynne funkcjonowanie miasteczka. Jak się okazało, właśnie taka była jej powinność — służyć. Nie poczuła nawet, że odruchowo wbija paznokcie w wyrytą na ramieniu runę. Za kilka dni miała udać się do ratusza na jej odnowienie. Na komisariat zawsze wzywano ją wtedy, kiedy jej moc prawie wyrywała się spod nałożonego na nią klosza.
Zanim wyszła z domu, zdążyła trochę poczytać i wziąć gorący prysznic, jaki rozluźnił nieco jej napięte mięśnie. Mieszkanie opuściła z wilgotnymi jeszcze włosami, klejącymi się do bladego czoła i policzków. Na komisariat szła niespiesznym krokiem, z rękami wetkniętymi w kieszenie płaszcza. Najchętniej zostałaby w domu, ale wiedziała, że nic to nie da. Zayden i tak przyszedłby do niej, a wtedy wszystko potoczyłoby się dokładnie tak samo. Wolała przyjść do niego na własnych zasadach.
Nie miała pojęcia, dlaczego zawsze Rada wybierała jego. Czy to dlatego, że ją tutaj ściągnął? Czy to dlatego, żeby pokazać jej, jak niewiele ma do powiedzenia? Nie był przecież jedynym funkcjonariuszem, ale być może jedynym potrafiącym zmusić ją do robienia tego, na co nie ma ochoty. O, tak, w tym Zayden Ward był prawdziwym mistrzem.
Weszła do środka komisariatu, rozpięła płaszcz i odwinęła czarny szalik, a potem usiadła na krześle i czekała, aż ktoś wezwie ją do jednej z sal, najprawdopodobniej tej, której ściany były odpowiednio wygłuszone. Nikt nie chciał przecież słuchać krzyków banshee.
Morrigan
To nie był pierwszy bar, w którym pracowała. Był to jednak pierwszy bar, w którym pracowała i którym obsługiwała samych nie-ludzi, choć wyglądali jak ludzie. Nawet jeśli byli oni najgorszymi potworami, demonami ze snów, bestiami z koszmarów, utrzymywali swoją ludzką powłokę. Bo to przecież było normalne miasto, prawda? Za każdym razem, gdy w głowie nazywała ich wszystkich nie-ludźmi i gdy spoglądała na nich tak, jakby nadal nie wierzyła w to, że tu jest, kąciki jej ust drgały niebezpiecznie, jakby chciała wyśmiać samą siebie.
OdpowiedzUsuńByła głupia, że się zgodziła. Tłumaczyła to sobie tym, że nie miała wyboru. Mogła albo trafić do Last Salvation, albo uciekać dalej. Nie miała wyboru. Z tym że… miała go. Miała go, gdy przez jedenaście lat włóczyła się po świecie, ale przynajmniej była wolna w praktykowaniu magii. Mogła rzucać uroki i je zdejmować, mogła leczyć, chronić i krzywdzić manipulując energią, która chętnie się jej słuchała. A Aurora nadal wierzyła w to, że jest naprawdę potężną czarownicą. Tak mówiła jej matka, tak mówiły wiedźmy z sabatu. Musiała jednak często zmieniać miejsce zamieszkania, wędrować z kraju do kraju, a nawet i zmieniać kontynenty.
Ostatecznie wylądowała tutaj. W Last Salvation, nawet dokładnie nie wiedząc, gdzie się znajduje. Dostała ciasne, ale kompletnie umeblowane mieszkanko, dostała pracę, dostała niewielką ilość pieniędzy i możliwość zdecydowania, na którym ramieniu wyryją jej runy. Zabrano jej za to moc, może nie całą, ale z pewnością jej znaczną część. Niemal czuła, jak runa wysysa z niej to, co stanowiło jej źródło. A jednak musiała przyznać, że luksusem było mieć wiecznie ciepłe kaloryfery i możliwość wykąpania się w wannie pełnej gorącej wody. I choć te, na oko, trzydzieści metrów kwadratowych za luksus nie mogło uchodzić, to Aurora w swoim dorosłym życiu nie posmakowała niczego lepszego.
Praca również nie była najgorsza. Przychodziła, polewała, rozlewała, czasami wychodziła wytrzeć stoliki i pozbierać puste szkło. Dużo słuchała, nieco mniej przytakiwała, a jeszcze mniej mówiła. Nie była rozmowna, ale tym, którzy przychodzili zalać smutki i wylać żale, wystarczało i to.
Ten wieczór początkowo nie różnił się od poprzednich. Muzyka na żywo przestała rozbrzmiewać około dwudziestej drugiej, a zastąpiły ją nagrania sączące się z kilku głośników ulokowanych w strategicznych miejscach lokalu.
Nawet nie zarejestrowała momentu, w którym dwóch klientów rzuciło się sobie do gardeł. Zaczęło się z pewnością wcześniej, gdy wymieniali uwagi między sobą, a uwagi te z każdą chwilą stawały się coraz to głośniejsze. Więcej było w nich awanturniczości niż argumentów. Mogła jednak stwierdzić, że dla miejsc takich, jak Bruderschaft, było to normalne, należało to do codzienności. Mogła zainterweniować wtedy, gdy ciężki kufel uderzył o blat stolika, ale nie zrobiła tego, a potem sprawy potoczyły się zdecydowanie zbyt szybko. Uporządkowany charakter baru przybrał wyraz chaosu. Pozostali goście albo uciekali w panice, nie płacąc za wypite napoje, albo kibicowali zawzięcie jednemu z goblinoidów.
Przyzwyczaiła się już do tego, jak skrzypiała podłoga, gdy ktoś wchodził do baru. Dzisiaj skrzypnięcie poluzowanej deski poprzedził podmuch wiatru. Rory akurat wychodziła zza lady, ze ścierką przerzuconą przez ramię, ale zatrzymała się w półkroku. Nie musiała pytać, by wiedzieć, że do lokalu weszli funkcjonariusze porządkowi.
Kojarzyła Kaelena, bo to on prowadził ją na pierwszy wypalanie runy. Kojarzyła też drugiego mężczyznę, demona tak właściwie i to sprawiło, że straciła refleks. Myślami uciekła do miejsca, w którym niemal dała się złapać. Do czasu, kiedy miała pierwszą szansę, aby zawitać do Last Salvation. Ale wtedy tego nie chciała. Nie wierzyła w ideę miejsca, w którym będzie bezpieczna i w którym dostanie to bezpieczeństwo za darmo.
Przeskoczyła spojrzeniem oczu, które raz wydawały się mieć odcień błękitu, raz morskiej zieleni, a raz zwykłej szarości, od jednego funkcjonariusza do drugiego. Zamrugała powoli, gdy dotarło do niej, że wnętrze baru ucichło.
Kaelen wyszedł jednym z awanturników, a drugi z funkcjonariuszy, nadal tak wyjątkowo znajomy, został w środku. Aurora, uznawszy, że nic tu po niej, nabierając zdrowego dla siebie dystansu, wróciła za ladę. Jakby nigdy nic wróciła do polerowania szkła. Biała szmatka zsunęła się z jej ramienia, a kobieta sięgnęła po jedną z wysokich szklanek do piwa, kątem oka obserwując jednak sytuację.
UsuńOdnosiła wrażenie, jakoby wszyscy drżeli przed wielkim i niebezpiecznym demonem. Jedna brew kobiety uciekła ku górze, gdy doszła do tego wniosku, ale milczała nadal.
Rzucanie awanturnikami o podłogę, nie robiło na niej wrażenie. Dumne przekraczanie nad drżącym ze strachu goblinoidem, również. Westchnęła ciężko dopiero w momencie, kiedy usłyszała jego głos.
Odciągnęła spojrzenie od polerowanego szkła, wlepiając je w przystojną twarz demona. Kącik ust drgnął niebezpiecznie, ale pozostała niewzruszona.
— Nie wiem — odpowiedziała krótko i znów spojrzała na białą ścierkę trzymaną w dłoni. Zarzuciła ją ponownie przez ramię. Dłońmi wsparła się o tę część barowej lady, która pozostawała ukryta za kontuarem i niewidoczna dla zamawiających. — Zaczęło się od piwa. Obydwaj je zamówili — dodała, celowo igrając sobie z poważnym funkcjonariuszem. — A może ktoś rzucił na nich urok? — spytała znacznie ciszej, jeszcze bardziej wychylając się do przodu.
Rory Nielsen
OdpowiedzUsuńSpojrzenie mężczyzny było pełne tej chłodnej pewności, którą znała od dawna i która sprawiała, że chciała tak samo uciekać, jak i zatrzymać się bliżej. Przyglądała mu się z nieskrywanym apetytem i uśmiechem, który mówił więcej niż słowa. Jego widok w jej ciasnym pokoju sprawiał jej przyjemność, chociaż Zayden tutaj nie pasował. Nie była pewna, czy ktoś taki jak on gdziekolwiek pasuje i z kimkolwiek, bo sama była pogubiona w kwestii relacji i bliskości, a było w niej o wiele mniej demona niż w nim. On był czystej krwi. I był niekiedy przerażający. I to jej się w nim podobało najbardziej, dosadność, ciężkość i wisząca wokół groźba. On poruszał chaos, z którego była ulepiona po części i sama Noor, i pozwalał jej puścić wodze, ale i go ujarzmić na własnych zasadach.
Gdy spojrzała na niego jeszcze raz, kierując oczy po grzesznie doskonałym ciele w górę, jej oczy błyszczały jak dwa skryte jeziora, w których kryły się tajemnice, których nie powinna nigdy wyjawić, a jednak kusiły, by je odkrywać. Była świadoma tego, jak wiele może zyskać, dając mu namiastkę tego, czego pragnie, zwyczajnie odpowiadając, a jednocześnie dzieląc się własną samotnością, której nikt inny nie był w stanie zapełnić. Może nawet on nie umiałby tego zrobić. W jej spojrzeniu można było dostrzec subtelne nuty rozbawienia, jakby igrała z nim, prowadząc go po ścieżkach własnych myśli, które chowają się głęboko, za zamkniętymi drzwiami. Była tam też nieufność, bo nikogo nie dopuszczała tak blisko. Noor trudno było zrozumieć, bo ona sama nie znała własnych pragnień i potrzeb, czuła, że toczy się przez życie niepewnie i po omacku.
Lubiła, gdy nazywał ją ślicznotką, choć najbardziej miękka była, gdy zwracał się do niej prosto po imieniu, patrząc jej w oczy tak głęboko, jakby dotykał jej duszy. Gdyby mogła wybierać i narodzić się jeszcze raz, wybrałaby drogę demona, a nie czarownicy. Lub czarownicy, a nie dwoistej rozerwanej na pół istoty. Czerpała jednak tyle samo dobra co zła z swoich genów i to pozwalała zobaczyć na zewnątrz.
Milczała przez chwilę, czując, jak jej oddech staje się spokojniejszy, choć serce biło wciąż szybciej po tym, co tu zrobili. W głębi duszy pragnęła, by on nie odczytał z niej odpowiedzi zbyt trafnie, bo jej skryte pragnienia nie potrzebowały jeszcze ujrzenia światła dziennego. Może nigdy nie ujrzą. Ona sama nie umiała ich nazwać, a on... On mógł być ciekaw, ale nic ponad to. Nie karmiła się złudzeniami. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamiast słów, wybrała ciszę, która była jej własnym, nieuchwytnym przywilejem i jednocześnie przekleństwem. Milczała za często, zbyt długo, bo nie ufała. Pielęgnowała w sobie ten stan niezrozumienia i osamotnienia, który rozrywał jej poharataną i nie ułożoną duszę.
Wiedziała za to, że jej ciało mówi za nią więcej niż słowa, a kusząca powściągliwość, z jaką się zachowywała po seksie i przed, była jak delikatny taniec na krawędzi własnych ograniczeń. Prosiła, by został, choć nigdy to nie padło. Chciała, aby został. Chciała, aby przychodził nie tylko ze względu na układ. Aby znalazł w jej obecności kotwicę dla siebie, tak jak ona znajdowała ją w jego odwiedzinach już od kilku lat. Czuła, jak napięcie po orgazmie powoli opada, jakby ukryte w niej pragnienia już nie czekały na moment, by wybuchnąć niczym ukryta burza, której nie da się powstrzymać. Ale w pokoju wciąż było duszno. I wiedziała, że demon zniknie niedługo, nie ulegnie, a ona po jego wyjściu uchyli okiennice i ślad po jego oddechach w jej skórę również się ulotni.
UsuńPodniosła się powoli z łóżka, wciąż patrząc na wytrenowane piękne ciało, a potem wyciągnęła rękę, by delikatnie pogładzić jego ramię. Nie była to żadna próba zbliżenia, raczej gest, który miał podkreślić, że w tym układzie, który prowadzili oboje, są ich tajemnice, ukryte pragnienia i fantazje jeszcze nieodkryte. I choć na co dzień ona starała się trzymać je na dystans, to właśnie w takich momentach, kiedy wszystko się zatrzymuje na kilka chwil, one powracały i przypominały, że świat to coś więcej niż tylko ciała i chłodne kalkulacje. Dla Noor takie momenty były najbardziej niebezpieczne, najbardziej mąciły jej w głowie, szarpiąc za struny jej splątanej natury.
Zrobiła ostatni krok w jego kierunku, choć jej ruch był powolny, jakby nie chciała naruszyć idealnej równowagi między odwagą, a strachem. Nie bała się jego, bo nie dał jej powodu. Bała się samej siebie i tego, że kiedyś się złamie. Spojrzała mu w oczy, pełne głębi i niepoznanego dotąd mroku i powiedziała miękko, z nutą wyzwania w głosie:
- Może… nie wszystko musi być tak oczywiste. Czasem najskrytsze fantazje najlepiej zostawić dla siebie… na chwilę, kiedy nikt nie patrzy - wyszeptała tak, by jej ton wbił mu się pod czaszkę.
Uśmiechnęła się lekko, odrobinę przechyliła głowę, by pojedyncze pasemka przysłoniły jej jasne oczy, jakby uprzedzając go, że w jej głowie kryje się jeszcze wiele tajemnic, które na razie zostawi tylko dla siebie. A może to nie tajemnice, tylko parszywy mętlik. A potem, nie czekając na jego reakcję, zanurzyła się znów w ciszy, pozwalając własnej samotności i kuszącej skrytości mówić za nią, bo to właśnie one czyniły ją tak nieodparcie intrygującą - kobietę, którą można było pragnąć, ale nigdy do końca nie poznać i nie mieć. Wsparła się na palce, bo choć nie lubiła z jego ust poleceń w takiej formie jak teraz, brzmiały one zawsze niezwykle kusząco.
Musnęła go delikatnie po dolnej wardze, tak że ledwie to poczuł i zostawiała mu wybór. Mógł iść. Mógł tym razem zostać i coś zmienić.
Noor
Zdążyła na chwilę zamknąć oczy i wyobrazić sobie rzeczywistość, w której znajduje się teraz gdzieś indziej — może w swoim rodzinnym domu, a może w ogromnej, dublińskiej bibliotece, której rozmiar przy pierwszym spotkaniu tak bardzo ją zachwycił. To była dobra, ciepła myśl, choć niemal boleśnie fałszywa. Nie umiała przecież przekonać siebie samej, że naprawdę znajduje się gdzieś indziej; nie potrafiły tego zrobić nawet jej sny. Jej życie dziewięć lat temu przeobraziło się w koszmar i nie zapowiadało się na to, by cokolwiek miało ulec zmianie.
OdpowiedzUsuńUsłyszała jego kroki. Powoli uniosła powieki. Sama nie wiedziała, czy wolałaby jeszcze przez chwilę siedzieć tutaj, na tym przeklętym komisariacie, czy mieć już to wszystko za sobą — Zayden swoją obecnością szczęśliwie uwolnił ją od ciężaru i tego wyboru. Zmrużyła oczy, gdy się odezwał. Grzeczna? Miała ochotę napluć mu w twarz, pozbyć się z jego warg tego nieznośnego uśmiechu.
— Spierdalaj — odpowiedziała spokojnie i wstała. Nie była w stanie odnaleźć w sobie resztek sił, które mogłaby poświęcić na pozbawioną sensu kłótnię, ale tyle jeszcze umiała z siebie wykrzesać.
Zerknęła w kierunku wskazanych przez mężczyznę drzwi i skinęła głową. Znała treść wszystkich papierów na pamięć — najbardziej lubiła ten, który twierdził, że jej udział w śledztwie jest całkowicie dobrowolny. Drugie miejsce w rankingu zajmowało oświadczenie, że zdaje sobie sprawę z możliwych uszczerbków na zdrowiu, jakie może wywołać proces umyślnego i celowego użycia swoich mocy, i zgadza się na ryzyko. Kiedy podpisywała je pierwszy raz, przez jej ramię zerkał Zayden.
Wpisała się do rejestru, podała cel swojej wizyty i jej datę. Następnie szybko podpisała podsuwane jej dokumenty, stanowiące dobrze znany już zestaw. Długopis tylko trochę ciążył jej w dłoni, a w nagrodę otrzymała od znajomej już funkcjonariuszki przezroczysty, plastikowy kubek z zimną wodą. Morrigan przyjęła go bez słowa. Wiedziała, że jej gardło będzie później potrzebowało nawilżenia.
Nie powiedziała tego na głos, ale też miała nadzieję, że uporają się z tym wszystkim w miarę szybko. Im krócej musiała oglądać Zaydena, tym lepiej. Wiedziała, że już i tak cały jej dzień będzie zmarnowany — długo dochodziła do siebie po przesłuchaniach. Banshee wiele poświęcały.
— Chodźmy — powiedziała sucho, kiedy uporała się już z papierologią. Zimny plastik chłodził jej już i tak zimne ręce, ale ciągle trzymała kubek. Odgarnęła włosy z twarzy, które zaplątały się w okolicach jej oczu. — Nie mogę się doczekać oglądania kolejnego zgonu.
Morrigan
Panna Nielsen niewątpliwie była spostrzegawczą wiedźmą. Wiedziała o tym, ba, miała pewność, że jest jedną z najbardziej spostrzegawczych osób, jakie pan detektyw, jak pieszczotliwie nazwała w myślach Zaydena, mógł poznać. Ba, powinien się cieszyć, że na swojej służbie trafił właśnie na nią. Na Aurorę Nielsen, która mimo wszystko niezbyt chętnie posługiwała się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, ale zdobyła się na to dopiero tutaj, w Last Salvation. Ostatni raz nazywała się Aurorą Nielsen przeszło jedenaście lat temu, a kiedy unicestwiono sabat, do którego przynależała wraz z matką i ciotką, musiała uciekać i ukrywać się przed władzami zwykłych śmiertelników, choć im dłużej uciekała, tym więcej nabierała przekonania, że i oni muszą posługiwać się istotami obdarzonymi mocami, w innym przypadku tropienie pozostałych nie było dla nich wcale takie łatwe. Przez kolejne kilkanaście lat nazywała się różnie. Była Agnes, Lolą, Miriam, Valentiną i jej postać zmieniała się wraz ze zmienianym miejscem zamieszkania. Było to trudne, zwłaszcza początkowo, kiedy do każdego ze swoich wcieleniem musiała utkać historię, zdobyć dokumenty i przekonać otoczenie, że przecież znali ją od niemal zawsze. Uroki w tym pomagały, dlatego gdy Zayden posłużył się kąśliwą uwagą dotyczącą właśnie ich, Rory się zatrzymała.
OdpowiedzUsuńDosłownie. Przestała wykonywać jakąkolwiek czynność, na ułamek sekundy wstrzymała nawet oddech. Dopiero potem coś w niej przeskoczyło. Ściągnęła brwi, a pionowa zmarszczka pojawiła się między nimi. Mrużyła oczy, choć dla kogoś takiego, jak Zayden wcale nie musiała wydawać się groźna, bardziej kocia w swoim byciu, podobnie jak kocie były jej oczy. Nic dziwnego, że koty od wieków towarzyszyły czarownicom.
— Prawda jest taka, Zaydenie, że możesz mówić sobie co tylko zechcesz, ale jeśli ktoś potrafi zdjąć wieloletni urok, to potrafi go także rzucić — zauważyła miękko, a jej głos, wbrew pozorom, nie był wcale podszyty ironią. Brzmiała neutralnie, jakby rozmawiała z mężczyzną o pogodzie. Mogli na nią psioczyć lub się zachwycać, ale nie mieli na nią przesadnego wpływu, prawda? — Domniemywam jednak, że po prostu czujesz się bezpiecznie, skoro obydwoje jesteśmy tutaj — dodała. A mówiąc tutaj, oczywiście, że miała na myśli ten przeklęty azyl, który krępował ją tak bardzo, że nawet laleczki voodoo nie byłaby w stanie użyć.
— Obydwaj zamówili piwo — powtórzyła po nim, celowo klucząc wokół tego jednego zdarzenia, które według niej było zaczątkiem wszystkiego innego. Bo przecież wiadomym było, że alkohol wyzwalał w ludziach to, co najgorsze. Czy to duszę romantyka, przylepy, agresora czy pogrążonego w smutku malkontenta. Była w tej ocenie jednak hipokrytką, bo sama stosunkowo często po ten alkohol sięgała, traktując go jako znieczulenie.
— Jeden z nich, ten z rudą brodą — mówiła dalej, smyrając się teraz palcami po swoim podbródku. Cóż, nie robiło na niej wrażenia to, jak nonszalancko przechadzał się funkcjonariusz, jak beztrosko otrzepywał dłonie z nieistniejącego kurzu. — Powiedział — urwała, chcąc nadać swojej wypowiedzi odpowiedniej teatralności. — Powiedział temu drugiemu, że jego stara to poczwara — zakończyła, kręcąc lekko głową. Jakby z niedowierzaniem, jakby z żalem, trochę z litości, a trochę z rozbawieniem. I te wszystkie emocje na krótką chwilę pojawiły się na jej twarzy, by zniknąć wraz z nabraniem przez czarownicę wdechu.
— Po prostu. Barowa bójka. Czego się spodziewasz, demonie? — Parsknęła, a potem wróciła do polerowania kufla.
Rory Nielsen
[Dziękuję, dziękuję! Cieszę się, że właśnie takie wrażenie wywarła ❤
OdpowiedzUsuńZayden z kolei to taki klasyczek morally grey shadow daddy, haha :D Nie no, wiem, że nie czytasz fantasy, ale totalnie jakbyś wycięła go z mojego Kindle'a, co czyni go oczywiście bardzo przyjemną postacią, której poczynania chętnie będę śledzić :D]
Élara Durant
Zdumiewało ją, jak dobrze czuć było na sobie jego dłonie, jak szukała jego ust, chcąc usłyszeć i poczuć na sobie gorące westchnienia, gdy pieściła jego ciało i jak starała się, by serce zabiło mu szybciej. Zaskakiwało ją za każdym razem, jak cudownie jej dotykał, jak wiedział gdzie całować i obejmował aż traciła oddech, choć wszystko to były pozory bez znaczenia. Było jej z nim dobrze, nawet lepiej niż tylko dobrze i ulegała każdej chwili, choć zasady były jasne. Tyle że... nie tylko ona ulegała, a poddawali się sobie w tych wspólnych chwilach nawzajem i coraz łatwiej jej było w każdym kolejnym spotkaniu szukać go i próbować znowu. Budowało to w niej niepoprawny nawyk a trwało od dawna. Bo wiedziała czym Zay jest i rozumiała, że ani emocje, ani porywy nie leżą w jego naturze. I nie miała złudzeń, ani nie lepiła w sobie nadziei, że jej osoba nabierze w jego rzeczywistości większego znaczenia, bo sama tego nie szukała. Nie z nim i nie u niego. Gdzieś, kiedyś, daleko... może. O ile jest to jej pisane i o ile ona sama ukłoni się pokornie przed takim losem i go przyjmie. To było jej najskrytsze pragnienie, którego nie wypowie na głos ani przed nim, ani przed nikim - coś znaczyć dla drugiego istnienia i to czuć całą sobą aż w rdzeniu. Bez wątpliwości i bez chaosu. Noor się zamykała i wycofywała, drzemał w niej ogień, rozsadzał jej żyły, ale to nie był popiół... Nie była demonem. Była skażona i miała mieszaną krew, szumiało jej od tego czasami w głowie, ale była nadal bardziej ludzka. I nadal czuła.
OdpowiedzUsuńW pokoju znów rozległy się westchnienia, tym razem tylko jej i ciało rozpalało się od pocałunków na nowo. Zamruczała z uznaniem, gdy mrowienie budowało się napięciem pod skórą i objęła go, przyciągając do siebie, kiedy tylko poczuła jego ciało przy swoim, kiedy znów wylądowała plecami na łóżku. Na moment nawet uwierzyła, że zostanie, choć już to powinno ją ocucić. Oddawała pocałunki zapalczywie, smakując go uważnie i dokładnie, choć dobrze już znała jego smak, a kiedy jednak Zayden się odsunął, westchnęła żałośnie i opadła na poduszki. Zacisnęła powieki, oblizując wargi, aby jeszcze zebrać sobie jego smak i nie skomentowała, jak bezczelnie się zachował. To było tak cholernie w jego stylu i równie mocno to lubiła.
Poprawiła pościel, aby nie uwierała jej w biodro i pod łopatką, skopała kołdrę w nogi i rozłożyła ramiona na szerokość materaca. Ciało jej stygło i mu nie przeszkadzała więcej. Czuła jak gęsia skórka pełznie po jej nogach w góre, jak obejmuje uda, brzuch, piersi i ramiona i tylko słuchała szumów i szmerów, gdy gość sie ubierał. Czekała na dźwięk zamykanych drzwi, aby w końcu i ona mogła się podnieść i doprowadzić do porządku, po tym jak weźmie długi prysznic i zmyje z siebie ślady po ich schadzce. Nosiła je w głowie, nie chciała na skórze. Kolejne spotkania będą, szczególnie że demon się zapowiedział, co skwitowała półuśmieszkiem, a gdy już go nie było, nie zmieniło się nic.
Noor została na łóżku, oddech jej jeszcze nieco przyspieszony, ciało wciąż drżało od napięcia i emocji. Przez chwilę słyszała tylko ciche bicie własnego serca i odgłos własnych oddechów, jakby cała przestrzeń wokół się rozmyła. A później zmyła z siebie nie tylko jego zapach i smak, ale wątpliwości i myśli, które uderzały w nią gwałtownie zaraz po tym, jak Zayden pozwalał jej się czuć wyjątkowo.
UsuńWracała do rzeczywistości bez trudu. Szybko otrząsała się z tych ich wspólnych uniesień, bo nie była naiwna. Wiedziała, że nawet jeśli każdy jej dzień wygląda podobnie, musi pozostać czujna. I musi wiedzieć, co dzieje się wokół, aby nie utknąć w systemie uległa i bez wolnej woli. Gdy po kilku dniach Zayden się nie pojawiał, nie budziło w niej to niepokoju, bo ich spotkania nie były regularne. Przychodził niezapowiedziany, pojawiał się znienacka, a ona przyjmowała to za stan naturalny. Czuła jego obecność w miasteczku i tyle jej starczyło. On również musiał czuwać. Sądziła, że spotkają się w aptece, lub w mieszkaniu piętro wyżej, nie podejrzewała jednak, że sama wpadnie w pułapke iluzji i da się przyłapać właśnie jemu. I mogłaby przysiąc, że on tez by nie potrafił tego przewidzieć.
Spotkanie drugiego kambiona graniczyło z cudem. Noor była wyobcowana, bo nikt nie był podobny do niej i nie miała poczucia wspólnoty z żadnymi istotami. Wampiry miały rody, wilki watahy, nawet demony i elfy potrafiły odnaleźć swoich, ale nie taki mieszaniec jak ona. Korytarz, choć ukryty pod miastem, wydawał się ożywać, gdy tylko tam wkroczyła, podążając za wysoką i szczupłą sylwetka bruneta spotkanego niedawno nad jeziorem w lesie. Dostrzegła go, zamykając aptekę i nie wahała się, idąc między budynki krok w krok za obcym, gdy jego aura ją przyciągała. Ciche odgłosy odległych kroków, szum uliczek zostawianych za plecami i delikatne echa szeptów przemieszczających się wśród kamiennych ścian sprawiały, że jej zmysły zaczęły się gubić. Noor wiedziała, że to miejsce nie jest przypadkowe, ale była też pewna, że nie umiałaby drugi raz odnaleźć tego przejścia. Wiedziała, że nie wszystko jest takim, jakie się wydaje w azylu. Orientowała się, że system jest szczelny i surowy od początku, nie szukała jednak luk i uchybień... poza tymi, które sama tworzyła.
Zamknęła oczy, próbując odgonić niepokój, gdy zorientowała się, że traci orientację skąd przyszła. Przystanęła, czując obejmujący ją przez nerwy ziąb i wzdrygnęła się, gdy dłoń ześlizgnęła się po wilgotnej, nieprzyjemnej ścianie. Sylwetka mężczyzny dawno się rozmyła i już nie była pewna, czy w ogóle był prawdziwy. Podążając przez wąskie, kręte korytarze, które wiły się niczym labirynt, z każdym krokiem czuła coraz silniejsze napięcie. Serce jej waliło jak młot i zaczynała oddychać za szybko, a policzki ja piekły. Wiedziała, że nie może tu zostać, nie wiedziała dokąd prowadzi droga, ani jak się wycofać. Nikt jej tu nie przywołał, ale złapała się w pułapkę, o jakiej nawet nie miała pojęcia.
I tak, z każdym krokiem, wkraczała głębiej w mroczne zakamarki podziemia, gdzie czekała niewiadoma, albo nie czekało ją nic. Bała się i choć nie był to taki strach, który dławił i ściskał od środka, to nie chciała tak się czuć. Obiecała sobie przecież, że po przyjściu do azylu, już nigdy się tak nie poczuje.
Noor ✨
Czasem Levi potrafił nie być w Azylu przez miesiąc. Był to zatrważająco długi czas, zważywszy na to, jak restrykcyjne zasady panowały w Last Salvation, niemniej był to przywilej związany z pracą Łącznika, a Członkowie Rady mieli do niego zaufanie – oczywiście nie stuprocentowe, ponieważ nikomu nie ufali w stu procentach, nawet sobie nawzajem, ale wystarczające do tego, by Levi cieszył się swobodą, często nawet większą, niż pozostali Łącznicy. Na to cząstkowe zaufanie zapracował sobie sam, ale zapracował na nie także jego ojciec, który przez pięć lat nie naraził się Radzie, a należało zaznaczyć, że daleko mu było do bycia kryształowo czystym. Tak samo zresztą, jak Leviemu. Wiele rzeczy jednak uchodziło im na sucho, z wielu potrafili wyjść obronną ręką lub, co chyba było bardziej odpowiednie w ich konkretnym przypadku, jak kot, zawsze spadali na cztery łapy.
OdpowiedzUsuńTym razem nie było go ledwo trzy dni. Oficjalnie wybrał się do najbliższego, dużego miasta sąsiadującego z Azylem, by spotkać się z kimś i przekazać temu komuś wiadomość od Rady. Nieoficjalnie sam umówił się ze swoim kontaktem, który ściągał dla niego różne rzeczy ze świata zewnętrznego, ponieważ Levi nie był w stanie ogarnąć wszystkiego sam. Często pozyskanie przedmiotów, o których szeptali mu mieszkańcy w korytarzach Podziemnej Areny wymagało udania się dosłownie na drugi koniec świata, a na to Levi nie mógł sobie pozwolić. Nie wątpił w to, że niektóre istoty paranormalne biegle opanowały sztukę teleportacji bądź korzystały z innych, magicznych sztuczek ułatwiających błyskawiczne przetransportowanie się z punktu A do punktu B, ale on był tylko kotołakiem. W swojej kociej postaci, na czterech małych łapkach, nie zdołałby zajść za daleko.
Najpierw przekazał wiadomość. Nie wiedział, jaką i komu, i nawet się tym nie zainteresował, ponieważ dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że lepiej było nie wiedzieć. Potem zajął się swoimi sprawami, aczkolwiek spotkanie z kontaktem było szybkie. Saszka przekazał mu kilka drobiazgów, które Levi z powodzeniem upchnął na dnie swojego wysłużonego plecaka. Wypili po piwie, pogadali chwilę i Ackermann opuścił motel, w którym Rosjanin zatrzymał się na kilka najbliższych dni. Saszka był starszy od niego o kilkanaście lat i współpracował jeszcze z jego ojcem. Był sprawdzony, dobrze się z nim pracowało, a w rodzinnym kraju, który w ostatnim czasie nieodwracalnie zszargał swoją opinię, nie pokazał się od dobrych dwudziestu lat i spluwał na każdym razem, kiedy ktoś wspomniał nazwisko rządzącego, a to w wiadomościach padało często.
Teraz Levi maszerował przez Azyl, chcąc pozbyć się wszystkich przedmiotów, które nie powinny znajdować się w jego plecaku, a wciąż tam były. Miał spotkać się z Zaydenem, zajrzeć do apteki Noor, a potem zajść na Podziemną Arenę, by dopiero potem odmeldować się w Ratuszu. Miał na to jeszcze trochę czasu, bo choć Rada i podlegający jej pracownicy na pewno wiedzieli, że Levi Ackermann czterdzieści minut temu przeszedł przez barierę chroniącą Azyl, to zazwyczaj nikt zbyt szybko się nie niepokoił. Miał przecież prawo najpierw zajść do domu i skorzystać z toalety, zamiast robić to na tym mrozie, prawda?
Wzdrygnął się, kiedy mocniejszy podmuch wiatru uderzył go w twarz, postawił kołnierz kurtki i wcisnął głowę głębiej pomiędzy ramiona. Wszedł pomiędzy zabudowania, pokonał kilka zakrętów, a kiedy Zayden pojawił się w jego polu widzenia, krótko machnął mu ręką, uprzednio wyciągając ją z kieszeni kurtki.
— Oczywiście, że się udało — rzucił z pełnym zadowolenia uśmiechem. Przystanął przed Zaydenem i odetchnął głębiej, jakby dopiero teraz miał okazję na dosłowne i metaforyczne zaczerpnięcie oddechu po podróży, po czym ściągnął z ramion plecak. Szamotał się z nim przez chwilę, bo plecak nie był ciężki i jego ramiączka zahaczyły o fałdy zimowej kurtki, ale w końcu uporał się z tym, przykucnął i oparł plecak o ziemię.
Zagadnięty przez funkcjonariusza, spojrzał na niego z dołu.
— Nie — przyznał otwarcie, po czym pochylił głowę i rozsunął suwak. — Nie zdążyłem. Inaczej bym się spóźnił, a wiem, że tego nie lubisz — powiedział, prawą dłonią grzebiąc w plecaku. Uśmiechnął się przy tym lekko, ale wciąż z pochyloną głową i wzrokiem utkwionym we wnętrzu plecaka. — Zresztą ja też nie — kontynuował. — Poza tym, czasem nas tam przeszukują. Nie zawsze, ale zdarza się. A dziś bardzo nie chciałbym zostać przeszukany — dodał, wyjął prawą rękę z plecaka i rozprostował palce, przez co Zayden mógł dostrzec spoczywające na jego dłoni, nieduże zawiniątko – płócienny woreczek przewiązany konopnym sznurkiem.
UsuńLevi już otwierał usta, żeby powiedzieć, co to, ale wtedy do jego uszu doleciał odgłos kroków. Gwałtownie szarpnął głowa w stronę, skąd dolatywał dźwięk, a było to nieopodal wylotu zaułka, w którym znajdowali się on i Zayden.
— Kurwa — zaklął cicho, wciąż kucając i tylko jego palce z powrotem zacisnęły się na woreczku. — Mamy towarzystwo, zakomunikował, nie odrywając wzroku od wylotu zaułka.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Noor była zagubiona we własnych ścieżkach, jej milczenie i bystre spojrzenie to kamuflaż, który sprawdzał się mistrzowsko, bo ludzie skuszeni jej śliczną buzią i delikatnym ciałem, nie spodziewali się szorstkich słów i lotności ostrej jak brzytwa. Była niepozorna w tej urodzie, dziewczęcej, słodkiej i lekkiej, która niekiedy ciążyła jak brzemię. Miała miękką skórę i pachnące kwiatami włosy, nawet jeśli używała kosmetyków o zupełnie innym aromacie; kusiła bez względu na to, jak bardzo jej na kimś zależało. Uwodziła nawet wtedy, gdy nie zależało jej wcale i wiedziała, że jest to wpisane w linie jej dziedzictwa. Nie była szlachetna i nieskazitelna, umiała to wykorzystywać, choć było to zbyt łatwe, a wręcz nudne... I ściągało za dużo kłopotów. Żyła więc grzecznie i spokojnie i spokoju pragnęła, bez strachu o siebie i jutrzejszy dzień. Wiedziała jednak, jak wydobyć najskrytsze pragnienia i z Zaydenem nie musiała się hamować. Z nim pozwalała samej sobie zatracić się w pocałunkach i dotyku, które niosą ukojenie i ulgę. On, pełnokrwisty demon, wciąż taki jak ona i jednocześnie zupełnie inny, potrafił odpowiedzieć na jej pragnienia z ogniem, który gasił jej tęsknoty i jednocześnie sprawiał, że czuła się wolna. Z nim było inaczej niż z mężczyznami o słabszym charakterze, a poza tym trwało to już kilka lat... I powinna uważać. Powinna mieć się na baczności, by się nie przyzwyczaić do tego, jak się przy nim czuje i że może na niego liczyć. Bo mogła tylko wtedy, gdy nie sprzeciwiał się Radzie, więc nie był wierny tylko sobie. I nie mógł być wierny jej. A Noor znała swoje słabości i wiedziała, że on nie może się dla niej stać kolejną.
OdpowiedzUsuńKobieta nie wiedziała nic o korytarzach, dokąd prowadzą, czy w ogóle o ich istnieniu. Miała pewne podejrzenia, że azyl na ukryte miejsca dla tych mniej ugłaskanych mieszkańców, że nie wszyscy są potulni i się poddają zasadom, tym mniej i bardziej surowym czy zrozumiałym. Ona sama przecież wyłamywała się w systemie, choć podejrzewała, że każdy jej ruch na zapleczu apteki jest obserwowany i może specjalnie puszczany płazem... Zayden na pewno nie dbał tylko o jej bezpieczeństwo i wiedziała, że choć sobie ufają, to nie są stuprocentowo wobec siebie lojalni. Pilnował tu porządku i robił to bardzo dobrze, a niektórzy nawet się go obawiali, więc czy mogła mu całkowicie ufać? Czy w sytuacji, gdy Rada kazałaby mu zrobić z nią porządek, oszczędził by ją, ocalił, lub się im sprzeciwił? W to akurat wątpiła... I to budziło w niej niechciane uczucia, więc starała się nigdy o tym nie myśleć. Odnalazła się w azylu i nie szukała kłopotów. Nie chciała wracać na zewnątrz, choć tu też nie było idealnie. Bo zbyt duża kontrola i zbyt ostry reżim prowadzą do buntu, a gdy jest bunt, miejsce i porządek z góry ustalony zaczyna się sypać. Azyl był potrzebny, więc zapewne władze miały swoje sposoby na niesubordynację i kontrolę nad tymi, którzy szukają ucieczki, lub własnego porządku. I coś jej podpowiadało, że te korytarze mają z tym coś wspólnego. Nie podejrzewała, że jej obecność tu nie jest tylko powodem do niepokoju. Tu jest wręcz niebezpiecznie.
Iluzje korytarzy sięgały po nią coraz śmielej i z każdym krokiem była bardziej niespokojna. Jej oczy błyszczały ostrą zielenią, gdy próbowała odnaleźć rytm własnego oddechu i zebrać myśli. Mury drżały, a posadzka chwilami zdawała się pod nią zapadać, choć miała drobną i lekką sylwetkę, a krok tak płynny, jak nie biegła, a tańczyła. Serce biło jej szybko, zbyt szybko, a policzki malował jej już ziąb na malinowy kolor, gdy znikąd, zjawił się demon.
UsuńNawet go nie wyczuła, choć zwykle przeczucia ją nie myliły i intuicja podpowiadała, kiedy może się go spodziewać. Noor spojrzała na niego z mieszanką niepokoju i wyczekiwania, czując, jak serce jej bije mocniej w tym nieprzewidywalnym, pełnym iluzji i chaosu miejscu. Wiedziała, że w tym momencie musi zachować ostrożność, ale jednocześnie nie potrafiła ukryć, że ucieszył go jej widok. Przyłożyła dłonie do jego ramiona i rozchyliła usta, łapiąc więcej powietrza. Była teraz bardziej wystraszona jednak niż chwilę temu, świadoma, że może przyjść jej za swoja obecność tu zapłacić.
- Ja... - zaczęła i zaraz przygryzła wargę, chcąc dać mu dobrą odpowiedź. Szczerą i taką , której nie będzie się wstydzić żadne z nich. Nie chciała być w jego oczach słaba, nie po tym, co przeszła i w jakim stanie ją widział. Nigdy więcej.
Jej dłonie drżały lekko, gdy przesunęła nimi po jego ramieniu i oparła na torsie, a potem jedną z nich wyciągnęła do ściany, próbując odczytać jej nieregularne kształty, które w rzeczywistości nie istniały. Obrzuciła spojrzeniem wnętrze ich pułapki, unikajac oczu demona jeszcze przez kilka chwil. Nie znała zasięgu jego magii, ale była przekonana, że to jedna z tych, przed którą należy uciekać. Oparła się o ścianę za sobą pewniej, czując, że to miejsce choć jest stworzone z iluzji i jego myślokształtów, daje im odrobinę bezpieczeństwa i prywatności. Spojrzała mu w końcu w oczy, próbując znaleźć w nich choć odrobinę zrozumienia, które mogłoby ją uspokoić i pomóc jej wyjaśnić, dlaczego tu przyszła. Nie znalazła tego. Zamiast tego ciężar, surowa ocena i przestroga. Spięła ramiona, stanęła pewniej i cofnęła dłonie.
- Szukałam czegoś, co przypomina mi dom - wyszeptała cicho, nie odrywając od niego wzroku. - Wiem, że to nie jest prawdziwe, ale... W azylu pojawił się mieszaniec. Ktoś z taką energią, jak moja - szeptała dalej, nie licząc na zrozumienie, ile to dla niej znaczy. Dzieci jak ona się nie rodziły, to dlatego było ich... Nie było ich praktycznie. W jej przeznaczeniu zapisana była samotność i Noor czuła się teraz kompletnie rozbita. Ktoś taki jak ona... Spotkanie było wręcz niemożliwe. Ten mężczyzna, a spotkała go raz w miejscu i porze, o której wolała nie wspominać, przyciągał ją. Sprawiał, że burzyło się w niej wszystko jeszcze mocniej, aż chciała odkrywać swoje pochodzenie i przeznaczenie, by nie czuć się tak obco.
Przygryzła wargę, obserwując demona. Zastanawiała się, czy powinna mu ufać, czy raczej odsunąć się i uciec, zanim będzie za późno. Czy był nadal jej przyjacielem? Kiedy jej nie pozwalał, nie potrafiła nic odczytać z jego zimnej maski, a przecież nigdy mu się nie sprzeciwiła i nigdy nie zrobiła nic wbrew niemu. Wiedziała, że azyl, choć pełne iluzji, jest jedynym miejscem, w którym może być sobą, bez maski, bez udawania, a ograniczenie magii runami to mimo wszystko niewielka cena.
Usuń- Czułam, że on tu szedł i poszłam za śladami - dodała po chwili, unosząc głowę jakby szukała w nim czegoś znajomego. - Co ty tu robisz? - spytała zaraz, orientując się, że jego też nie powinno tu być. Lub powinien? Nie wiedziała przecież coś to za miejsce i jakie jest jego przeznaczenie. Nie była zresztą pewna, czy chce wiedzieć. Nie zamierzała kłamać, ani nic zatajać. Najwyżej miało się okazać, po której stronie naprawdę stoi Zayden.
Zrobiła krok bliżej, czując, jak jego obecność działa na nią kojąco, mimo że wiedziała, że to miejsce i oni sami, są pełni tajemnic. I nigdy do końca się nie poznają. W tym momencie zamknęła oczy na chwilę, próbując opanować oddech i zebrać myśli.
- Ja się zgubiłam... Ale ty nie - zauważyła, czując że tylko jej oddech jest głośny, a serce szybkie.
Otworzyła ręce lekko, jakby prosiła go o zaufanie i pokazywała, że nic nie ukrywa, choć sama nie była pewna, czy to jej się uda. Wiedziała jedno, musi stąd wyjść, uniknąć ryzyka kary i poznać, czy Zay jej zaszkodzi. Uniosła powoli jedną z dłoni i musnęła jego dłoń przy nadgarstku, a potem delikatnie, badawczo, wsunęła szczupłe chłodne palce pod rękaw jego kurtki, aby dotyk dosięgnął czarnych żył ukrytych pod ubraniem. Prosiła o zrozumienie i chciała aby poczuł, że nie kłamie. I że naprawdę się teraz boi.
- Powiedz coś, Zay - poprosiła jeszcze, gdy milczał, a to jak nigdy zaczynało ciężko jej osiadać przy piersi i na ramionach.
Noor ✨
Przepiękna karta - treściowo i wyglądowo - to Twoja! Świetnie oddaje charakterystykę rasy i nastrój, jaki towarzyszy życiu Zaydena. KP skradła moje serce, bo czytało się ją z przyjemnością, także tym bardziej biorę sobie Twój komplement do serduszka. Dziękuję za powitanie i również udanej zabawy!
OdpowiedzUsuńIshaan
Piękna buzia Aurory Nielsen była oblana kłamstwem, nie tylko nim skalana. Sama Aurora była skażona wieloletnim łgarstwem, z których kreowała wiele osobowości, aby móc przeżyć. Prawda była tym, co przez ponad jedenaście lat omijała szerokim łukiem. Zwłaszcza w towarzystwie innych ludzi oraz nie-ludzi, którzy zamieszkiwali razem z nią ten przeklęty azyl. Czarownica nie siliła się na przesadną grzeczność, to prawda, ale nie siliła się też na to, aby być celowo niemiłą, nadwyraz pewną siebie i po prostu buńczuczną. Taka była. Po prostu. Zewsząd i zawsze stawiając wokół siebie mur obronny, który miał nie dopuszczać do niej obcych. W każdym, nawet w znajomym demonie, dostrzegała zagrożenie. Po prostu. Bała się, ale przecież nie mogłaby tego przyznać, nie na głos. Łatwiej więc było pozorować, czarować i łgać.
OdpowiedzUsuńObie brwi Rory skoczyły do góry, gdy Zayden wspomniał o jej bezpieczeństwie, a właściwie jego braku. Zassała jeden z policzków od środka, robiąc minę naburmuszonej księżniczki. Prawda była taka, że Aurora nie była dobrą aktorką. Nigdy. Zwłaszcza, gdy chodziło o emocje, a właściwie o ich sedno, źródło. Ward trafił i Rory nie potrafiła tego ukryć, choć zwykle, w rozmowach ze znacznie głupszymi od siebie, nie miewała z tym problemu. Dlatego mogli obserwować ją, stojącą za barem jako dość ponurą, bez cienia uśmiechu, wiedźmuchę. Rory nie dowcipkowała, choć potrafiła. Nie wybuchała słodkim śmiechem, choć mogłaby.
Westchnęła ciężko, spoglądając na Zaydena.
— Każdy w końcu przekracza granicę, za którą strach tłumi oddech, czyż nie? — spytała tylko, a potem już zamilkła. Przynajmniej w temacie własnego bezpieczeństwa, bo inaczej musiała przy jednym z funkcjonariuszy porządkowych przyznać się, że nie czuła się w Last Salvation bezpiecznie.I nie chodziło tutaj wcale o ład i porządek, bo ten panował tutaj, mogłoby się wydawać nieprzerwanie, a jedynym odstępstwem zdawały się być właśnie barowe sprzeczki.
— Czym mogłabym zaskoczyć kogoś takiego, jak ty, hm? — spytała jednak, nie rezygnując z tego wyzywającego tonu. I nie miała do czego wracać, bo Ward sam mógł się zorientować, że ich pojawienie się i jego krążenie wokół barowej lady odstraszało klientów, którzy siedzieli już z pustymi kuflami lub szklankami.
Przy kolejnych słowach mężczyzny, również i to wielokolorowe, nieokreślone spojrzenie Rory padło w kierunku stolika. Mało brakowało, a mlasnęłaby niezadowolona. Właściwie to zrobiła to, o czym uświadomiła sobie po fakcie. Potrząsnęła głową, nie wiedząc nawet po co i dla kogo nalewa teraz piwo z kranika. Prawie litrowy kufel z uchem wypełniał się powoli, a Rory skupiona była na tym, jak złoty trunek spływa po szklanej ściance.
— Nie radzę sobie? — spytała cicho, bo co jak co, ale barmaństwo miała opanowane. To przecież nie był pierwszy bar, za którym stała. Westchnęła, unosząc głowę i spojrzenie ogniskując na Wardzie. — Mogę poznać konkrety? Czy mam zgadywać, który z nich coś wymyślił?
Rory Nielsen
Zazdrościła mu wielu rzeczy. Czystej krwi zamiast mieszanki, która trąci zmysły i kołtuni myśli. Pewności w każdym nowo stawianym kroku. Zasad, których potrafił nie łamać. Wierności samemu sobie. Znała go już trochę, obserwowała i wiedziała, że jego siła tkwi w tym, czego ona nigdy nie osiągnie. Był spokojny i stały, konsekwentny, ale nie znała ceny jaką płaci i mogła się jedynie domyślać co oznacza popiół, który czasami dostrzega w jego oczach, gdy pozwalał jej się zbliżyć.
OdpowiedzUsuńPoszła z nim na układ, świadoma, że jeśli złamie słowo i nadwyręży jego zaufanie, sama straci najwięcej. Ona ulegała impulsom, wiodły ją wraz z losem emocje, czasami niechciane uczucia, jednak nie cofnęłaby czasu i złożonej spojrzeniem obietnicy. A on mógł być pewny jej lojalności, bo wyznawała ją równie mocno, jak on.
Popatrzyła jeszcze w cienie, które ich otaczały, próbując je rozpoznać, znaleźć coś znajomego. Te korytarze zaklęte w iluzji może nie były całkiem nielegalne, ale ona wiedziała, że jeśli na coś nie ma oficjalnej zgody, to najlepiej odwrócić wzrok. Nie powinno jej tu być, ale jeśli padnie pytanie, jeśli Zayden zechce dociekać, nie było powodu, dla którego nie miałaby wyjaśnić więcej. Liczyła, że tak się nie stanie, to oczywiste. Nie kłamała, to powinno być ważne i wystarczające, ale on jej nie zrozumiał. Dostrzegła to i jakiś uszczypliwy podszept odezwał się w jej głowie. Szła za kambionem bez pociągu, jego czar nie działał na nią w ten sposób, w jaki motał innych. On budził w niej coś głebszego, coś z czym żyła jak sięga pamięcią i co nie gasło nawet wtedy, gdy traciła dech i rzeczywistość się załamywała w ekstazie.
Noor uśmiechnęła się lekko kącikami ust, słodko, jakby nie do końca była pewna, czy chce wyjść, czy może jeszcze trochę się pobawić w tych podziemnych czeluściach. Teraz gdy obok stał Zayden, zagubienie i niepokój cichły, odzywała się za to ciekawość. Umiała ją słtumić, pójść za rozsądkiem, ale... czy musiała? Jej spojrzenie błysnęło sprytem i pewnym wyczuciem, jakby już odczytywała szablony iluzji i tajemnice tego miejsca i czuła, że właśnie teraz ma okazję się wymienić nie tylko informacjami, ale i czymś więcej. Jeśli ona tu dotarła, nie mogła być pierwsza i choć świadomość, jak to nierozsądne igrać z wysłannikami Rady dzwoniła w jej głowie głośno, nie wycofała się od razu. Popatrzyła na demona, powoli cofając dłonie z jego torsu, o który się opierała. Jej oddech się wyrównał, uspokoił, a kiedy zaczesała kosmyk z policzka w tył, kwiatowy zapach wzniósł się między nich.
-Wiesz, Zayden - zaczęła cichutko, z nieodłącznym uśmiechem, który rozpraszał nawet najbardziej poważnych słuchaczy - czasami wydaje mi się, że ściany tutaj nie tylko mają uszy, ale jeszcze bardziej, że mają swoje własne sekrety. I ja właśnie tutaj, w ich cieniu, szukam tego, czego nie da się znaleźć na powierzchni - przyznała, chcąc mu wyjaśnic, że nie przyszła tu skuszona tym, co założył, a co wyczytała z jego twarzy. Chciała, aby miał w nią więcej wiary.
Lekko musnęła jego nadgarstek dłonią, w której trzymała odrobinę ciepła. Potrafiła się dzielić tym w każdej chwili, jeśli tylko się na to zdecydowała. To że dzielili się nim oboje tam, gdzie ani oczy ani uszy innych, nie mogły ich dosięgnąć, to inna sprawa. Ufała mu, chciała, aby się nie niepokoił i nie odsuwał od niej.
Serce Noor powoli wracało do normalnego rytmu. Zmysły już nie oszołomione, dostrzegały, czuły, chwytały zakłamany porządek rzeczywistości i wiedziała, że jest w stanie wyjść stąd sama. Jeśli się nie wystraszy znowu... jeśli się nie nabierze. Tej pewności mieć nie mogła. Nie mogła też przyznać się do strachu i słabości i akurat on powinien pamiętać dlaczego.
Usuń- Nie potrzebuję pomocy - powiedziała miękko, bez pewności jednak, jakby zostawiała mu miejsce na podjęcie decyzji, czy ją wyprowadzi. Czasami mówiła do niego spojrzeniami, ale teraz... jeśli ktoś słuchał, jeśli ktoś miał możliwość, by ich tu odnaleźć, tak jak on ją, nie chciała kłopotów i nie chciała takich dla Zaydena.
Zawsze była nieumyślnie pociągająca, jej słowa i spojrzenia przyciągały jak magnes, a jednocześnie wywoływały dreszcz oczekiwania. Noor wiedziała, że jej słowa mogą rozpraszać, że potrafi manipulować emocjami, a to czyniło ją jeszcze bardziej niebezpieczną w tym miejscu pełnym niedopowiedzeń. Runy odejmowały jej magii, ale uroku, który nosiła w żyłach nie potrafiły zgasić i choć nie wykorzystywała tego z premedytacją ani na demonie, ani na nikim innym tutaj, sięgała po swoje czary wtedy, gdy czuła się niespokojna. Była półdemonem, w jej naturze zasiany został sprzeciw. W jej oczach błysnęła jaśniejsza iskra, coś lepkiego jak kwiatowy nektar nęcący z oddali, a jednocześnie z głębią, którą znały tylko nieliczni. Noor była nie tylko kusicielką, ale i mistrzynią ukrywania prawdy w słowach i gestach, a jej obecność tutaj była nie tylko przypadkowa, musiała teraz stać się częścią gry, którą sama sobie narzuciła, wiedząc, że każdy ruch musi być precyzyjny i pełen ukrytych znaczeń.
- Czy... - odezwała się znowu, ale pytanie zawisło niezadane, a usta pozostały rozchylone w pół słowa, gdy gdzieś daleko, przez iluzje i cienie przebił się pojedynczy, ostry, urwany hałas. Zastygła, wstrzymała oddech i wysunęła dłoń, przesuwając opuszkami chłodnych palców po nadgarstku przy krawędzi kurtki demona. Może jednak nie byli tu bezpieczni?
Noor ✨
[Tak, zakończenie poprzedniego rozdziału życia dla Damroki okazało się całkiem sympatyczne :) Postać Zaya zdaje się też być w miarę pogodzona z miejscem, w którym się znajduje w życiu (albo to tylko pozory?) Bardzo dziękuję za przywitanie, ochotę na wątek oczywiście mam - wolisz szczegóły ustalać pod kartą, czy mailowo? ]
OdpowiedzUsuńDamroka
Levi nie pierwszy raz miał być przyłapany na gorącym uczynku, zawsze jednak miał to szczęście w pozornym nieszczęściu, że przyłapywały go osoby, które niewiele mogły zrobić, a często też po prostu nie chciały robić niczego. Levi był przydatny dla Azylu na dwojaki sposób – był przydatny dla Rady, będąc dobrym Łącznikiem, który bez zająknięcia wykonywał powierzone mu zadania i był przydatny dla mieszkańców, którzy nie znajdowali tego, czego potrzebowali w zasobach Azylu, ale znajdowali to w rękach Leviego. Młodemu Ackermannowi nie chciało się wierzyć, że Rada nie zdawała sobie sprawy z jego szemranej działalności, bo nie on pierwszy, nie ostatni i nie jedyny szmuglował do Last Salvation, co popadnie. Osobiście uważał, że Rada wiedziała, ale trzymanie w ryzach mieszkańców było dla niej tak samo ważne, jak dbanie o ich zadowolenie i morale, a ułuda swobody i niezależności płynąca z możliwości posiadania przedmiotów zakazanych niepisanym regulaminem dawała zarówno zadowolenie, jak i poczucie znikomej niezależności, mocno ograniczonej przez nakładane na ciało runy i barierę, przez którą nie można było przejść, chyba że było się Łącznikiem lub Ściągającym.
OdpowiedzUsuńStąd z działalności Leviego jawne i niejawne korzyści czerpały obie strony, a Levi, choć bywał lekkomyślny, nie był głupi i rozumiał, na co i przy kim może sobie pozwolić.
Przy Harrisie, którego rozpoznał w zbliżającym się do nich mężczyźnie, nie mógł pozwolić sobie na wiele, bo ten był jak wierny pies na krótkiej smyczy Rady. Nie wydawało mu się jednak, że Harris był tutaj ze względu na niego, nim jednak zdążył się nad tym zastanowić, Zayden wykręcił mu rękę i wcisnął go w śnieg, co bez wątpienia było przekonujące dla drugiego Funkcjonariusza i w stu procentach bolesne dla kotołaka.
Levi słyszał co nieco o umiejętności Harrisa i jeśli Zayden musiał przed nim udawać, to Levi nie wysilał się ani trochę. Wykręcone nienaturalnie ramię bolało, śnieg był mokry i zimny, a kolano wbite pomiędzy łopatki skutecznie wyciskało powietrze z płuc i nie pozwalało na wzięcie pełnego oddechu. Jedynym, co Levi zdołał zrobić, było obrócenie głowy w bok, bo Zayden zdołał wcisnął mu twarz w śnieg, wyplucie tegoż śniegu i rozkaszlenie się w sposób tak duszący, że po policzkach, już i tak mokrych od śniegu, pociekły mu łzy.
Zresztą kotołak uważał, że cokolwiek się teraz działo, z powodzeniem mogło to być najszczerszą prawdą, a nie odgrywanym na potrzeby oszukania Harrisa teatrzykiem. Zayden miał pełne prawo chcieć chronić własną skórę, ponieważ jako Funkcjonariusz Porządkowy przyjmujący od Łącznika coś, czego przyjmować nie powinien, wypadał o wiele gorzej, niż szmuglujący jakąś drobnostkę Łącznik. Prościej było zrobić z Leviego kozła ofiarnego, prawda? A Levi poniekąd przywykł do tego, że tym kozłem ofiarnym był, bo co miał zrobić? W Azylu nie mógł nawet się przemienić, co umożliwiłoby mu wywinięcie się, ugryzienie Zaydena w rękę i przeoranie pazurami jego twarzy.
— Dobry wieczór, panie Harris — wycharczał, kiedy w polu jego widzenia mignęła twarz drugiego Funkcjonariusza. Tak jak nagle się pojawiła, tak szybko zniknęła i Leviemu pozostało wpatrywanie się w przestrzeń. Jednocześnie poczuł, jak Zayden wyłuskuje z jego zaciśniętej dłoni zawiniątko. Miał przewrotną ochotę utrudnić mu to zadanie, bo dzięki temu też wypadłby bardziej wiarygodnie, prawda? W tej pozycji jednak, kiedy ledwo oddychał i sapał z bólu, po prostu rozwarł palce i pozwolił przejąć Wardowi problematyczny przedmiot.
Ackermann podniósł się, w czym zdecydowanie pomogło mu szarpnięcie Zaydena, bo z rękoma założonymi na plecy nie było to proste. Podkulił pod siebie nogi i jęknął, a potem stanął na nich nieco chwiejnie. W głowie zakręciło mu się od nagłej, solidnej dawki tlenu, bo w końcu mógł wziąć pełen, acz świszczący oddech. Pchnięty przez kolegę, wyrzucił nogę w przód, by złapać równowagę i zaczął iść, przed sobą mając Harrisa, a za sobą Warda.
— Przecież właśnie szedłem do Ratusza — wymruczał w proteście, cichym, bo wiedział, że protest ten będzie bezowocny. — Musiałem wstąpić do domu. Ojciec pana pozdrawia, panie Harris — rzucił, zwracając się do pleców drugiego Funkcjonariusza i pijąc do tego, że ten znał Thatchera. A skoro znał, to wiedział, że Thatcher jeździł na wózku i chodź radził sobie doskonale, to należało go doglądać, prawda? Na Zaydena nawet nie spojrzał, nie obrócił głowy. Nie dlatego, że miał do niego pretensje, a dlatego, że właśnie próbował urobić Harrisa na tyle, aby Zayden aż tak bardzo nie musiał wchodzić w rolę, bo Leviemu, czy było to udawane, czy nie, nie uśmiechało się spędzić nocki w celi.
UsuńLEVI ACKERMANN 🐈⬛
Noor stała przez chwilę w miejscu, nieruchoma, blada, z chłodną skórą i szeroko otwartymi oczami spoczywającymi na twarzy demona. Wpatrywała się w ciemne spojrzenie, pełne popiołu i cieni, a gdy jego iluzja została cofnięta, rozejrzała się i drgnęła zdumiona... ile tu jasności. Widziała nie raz, jak działa moc Zaydena, ale nigdy nie użył jej na niej, choć wiedziała, że mógłby ją skrzywdzić, lub chociaż nastraszyć ku przestrodze... Nie chciała jednak próbować i testować ani własnej wytrzymałości, ani jego cierpliwości. Odpowiadało jej to, jak do tej pory wyglądała ich znajomość i jak niewiele sobie nawzajem szkodzili.
OdpowiedzUsuńZostała sama, słuchając echa kroków Zaydena, które powoli zaniknęły w głębi podziemnego labiryntu. Czuła, jak napięcie w niej narasta ponownie, jakby powietrze wokół niej gęstniało od niewypowiedzianych słów. W głębi siebie wiedziała, że Zayden nie powiedział wszystkiego, ani nie spytał o więcej. Nigdy jednak nie potrafiła zrozumieć, czy chronił siebie, czy ją. To, czego nie powiedział, było jednak równie wymowne i to właśnie ta niepewność, ta niewidzialna linia podziału między tym, co jawne, a tym, co ukryte, trzymała ją przy nim cały czas zbyt blisko i niedostatecznie daleko.
Poczuła, jak jej dłonie zaciskają się w pięści, choć na zewnątrz starała się zachować spokój, gdy zawróciła. Wiedziała, że w tym miejscu, gdzie iluzje mogą ją znów schwytać i zmanipulować, najbardziej niebezpieczne są tajemnice i lęki. Ona sama może być tu swoim największym wrogiem, więc przyspieszyła kroku, by się wydostać. A gdy wyszła... chłodny wieczór od dawna nie smakował jej tak dobrze.
Sekrety, które mogą wywołać lawinę zdarzeń, jeśli tylko zostaną odkryte to coś, co zasłaniała za słodkim uśmiechem. Pojawienie się kambiona w azylu tylko na jeden dzień i jeden wieczór powstrzymały ją od dopilnowania interesu po zmroku w aptece, ale świat się nie zawalił. Nikt najwidoczniej też tego nie zauważył, bo apteka działała bez zarzutu w godzinach zaakceptowanych przez Radę, a właścicielka pilnie pilnowała godzin otwarć, zamknięć oraz obsługi klientów. Nawet jeśli była chwilowo nieobecna. Jej iluzją była doskonałość, a w tej nie miała sobie równych.
Podążała ciężkim wzrokiem za sylwetkami poruszającymi się wieczorem ulicami do domów, kiedy znów poczuła to, co dopadało ją od ponad tygodnia. Czuła, jak w jej wnętrzu narasta mieszanka bólu i niepokoju przez bezsenność, która od kilku ostatnich nocy była szczególnie dokuczliwa. I okrutna. Nie była tu przypadkiem, choć od początku czuła, że to miejsce da jej tyle samo co odbierze, ale po nałożeniu run nawet sen przychodził chętniej i już nauczyła się z tym obchodzić prostymi naparami... Osłabienie jej mocy i ujarzmienie natury sprowadzało chwilami ulgę, jakiej się nie spodziewała, gdy Morfeusz tulił ją czulej w ramionach niż kiedykolwiek. Lecz nie ostatnio... i nie wiedziała, czy to nie ma związku z pojawieniem się kogoś tak podobnego do niej, ale innych podejrzeń nie miała.
UsuńWeszła głębiej do apteki, ostrożnie zebrała z jednego a potem drugiego słoiczka na zapleczu wysuszone płatki i nasiona pewnych ziół, starając się nie naruszyć obecnej ciszy. Nie miałaby nic przeciwko, gdyby do zamknięcia nikt się nie pojawił, bo była to ledwie chwila, gdy zbliżała się dziewiętnasta. Wróciła na przód lokalu z parującym naparem i miała wrażenie, że cienka linia dzieli ją od czegoś, co może zmienić zbyt wiele, a ją przyciągnąć do prawdy i koszmaru, które ukrywa pod powierzchnią, a do których nie chciała nigdy wracać. Z każdym krokiem czuła, jak jej spojrzenie pochmurnieje a twarz blednie, choć na zewnątrz starała się wyglądać spokojnie. Wiedziała, że nie może pozwolić, by emocje nią zawładnęły, bo wtedy wszystko mogłoby się pogubić. A ktoś to dostrzec.
Przysiadła za ladą, oparła łokieć o szklaną gablotę i zwiesiła głowę, próbując poczuć już tę moc mieszanki, która ma ją wyciszyć, uspokoić i przyciągnąć sen. Potrzebowała tego, musiała kiedyś odpocząć. Jej poduszka od trzech nocy była zimna i Noor wiedziała, że z każdą kolejną będzie gorzej. Że bedzie wracało to nieuniknione, od czego chciała się odciąć i zapieczętować to za sobą, poza granicami azylu.
Kiedy drobny dzwonek zamontowany przy progu obwieścił cudze przyjście, lekko ściągneła łopatki, odetchnęła głeboko parą znad kubka i podniosła jasne spojrzenie przed siebie. Zsunęła się z niskiego taboretu płynnie i stanęła prosto z rozłożonymi ramionami, posyłając przyjemny uśmiech... Zaydenowi. Twarz jej zastygła bez emocji, ale była zaskoczona i mógł to wyłapać w tym, jak przetrzymała oddech w piersi.
- Przyszedłeś....? - niezadane do końca pytane badało intencje. Rzadko kiedy był klientem apteki w tym dosłownym i prostym znaczeniu. Zawdzięczała mu dużo więcej, niż pieniądze za leki, czy opatrunki i nawet nie była pewna, czy on jakichkolwiek potrzebuje.
Noor
[Witam, dzień dobry!
OdpowiedzUsuńPora się przyznać, że Zayden był moją inspiracją w kwestii wyboru mocy - ot, wyobraziłam sobie, co mogliby razem zmalować w miasteczku, gdyby "przypadkiem" wpadli na taki pomysł :D Dziękuję bardzo za miłe powitanie w Azylu i z pewnością coś skombinuję dla mojej pani von Lossow! Wam również życzymy dużo weny, bo wątki są bardzo ciekawe!]
Klementyna
[Bardzo dziękuję za powitanie i miłe słowa! Przyjmuję je z duuuużą ulgą ^^]
OdpowiedzUsuńS.