𝒜nastasius von Weiss
138 lat (ur. 31.10) ——— lisz; przez swoją trupią aurę wzbudza niepokój, czasem strach, może przez krótki czas kontrolować duchy i używać magii, aby dopomóc sobie w domowych obowiązkach ——— mag nekromanta, z wykształcenia lekarz ——— w azylu dozorca cmentarza, grabarz; zajmuje się też przygotowaniem ciał do ostatniego pożegnania i organizacją pogrzebów ——— przez dwadzieścia lat w azylu dorobił się własnego, małego domu przy lesie, który ma charakterystyczny czerwony dach; obok domu Anastasius postawił szklarnię, w której hoduje kwiaty i zioła ——— ma naturę naukowca, więc część jego domu zajmują książki i notatki; często też szkicuje ——— wciąż przyzwyczaja się do nowego ciała i zdecydowanie nie zamierza zrezygnować ze starej mody; zazwyczaj ubrany elegancko, nie rozstaje się ze swoim srebrnym zegarkiem kieszonkowym, który niegdyś należał do jego pradziadka ——— opiekun Oggy’ego ——— ofiara bezsennych nocy i koszmarów ——— fan popołudniowych herbatek i jabłecznika, najlepiej z lodami waniliowymi ——— ...
𝖄𝖔𝖚 𝖒𝖎𝖌𝖍𝖙 𝖇𝖊 𝖙𝖍𝖊 𝖔𝖓𝖊 𝖙𝖔 𝖙𝖆𝖐𝖊 𝖆𝖜𝖆𝖞 𝖙𝖍𝖊 𝖕𝖆𝖎𝖓
𝕬𝖓𝖉 𝖑𝖊𝖙 𝖒𝖞 𝖒𝖎𝖓𝖉 𝖌𝖔 𝖖𝖚𝖎𝖊𝖙...
𝒰rodził się w rodzinie, w której karano za słabość i nijakość. Ród Weissów od pokoleń zajmował się nekromancją i badał granicę życia i śmierci. Powiadano, że jeśli ktoś miałby zagrozić Bogu i jego wyrokom, to tylko ktoś z Weissów. Anastasius nauczył się więc, że jest warty tyle, ile jego dokonania. Ostatecznie przekraczanie kolejnych granic przychodziło mu coraz łatwiej, nawet jeśli gdzieś po drodze przestawał mniej czuć, a więcej żądać.
Jego ojciec, Friedrich, miał talent do magii i twardą rękę, matka, Anna, zawsze wydawała się dogorywającym, zwiędłym kwiatem, ściętym przez ręce męża i wsadzonym do brzydkiego, zakurzonego wazonu, a młodszy brat, Augustus, wciąż gonił za dobrym słowem, przekonany o tym, że jest w stanie zdobyć uznanie rodziców, jeśli tylko dokona czegoś wielkiego, niepowtarzalnego.
Anastasius został lekarzem, podobnie jak ojciec, dziadek, pradziadek, dość znanym zresztą i rozchwytywanym, ale nigdy nie marzył o sławie wśród małomiasteczkowych rodzin, dlatego, gdy nadeszła I wojna światowa, zgłosił się jako sanitariusz frontowy. W okopach po raz pierwszy zetknął się z masową, bezsensowną śmiercią i zrozumiał, że ludzkie ciało jest kruchym naczyniem wypełnionym krwią, które pęka zbyt łatwo.
Potem włóczył się po Europie, trafiając do miejsc dotkniętych epidemiami, biedą i konfliktami. Pracował w szpitalach polowych, zakładach psychiatrycznych, prosektoriach. Z czasem jego zainteresowania nabrały konkretny kształt, a Anastasius, zafascynowany śmiercią, zaczął eksperymentować.
II wojnę światową spędził w obozie, gdzie został zmuszony do pracy przy sekcjach zwłok i selekcjach. Grzebał w trzewiach nie tylko ludzkich, ale i istot paranormalnych, które ginęły z rąk oprawców. To wtedy, być może ze strachu o własne życie i duszę, zdecydował się przekroczyć ostateczną granicę i zyskać coś, co wielu nazwałoby nieśmiertelnością. Jakże mylnie!
Po wojnie Weiss zniknął. Przez kolejne lata żył jak cień, posługując się fałszywymi tożsamościami. Rytuał, który ostatecznie uczynił go liszem, nie był spektakularny – był bolesny i samotny, przeprowadzony w opuszczonym, zimnym kościele.
Rok później odważył się wrócić do domu, rodzinnej rezydencji, która, jak się okazało, spłonęła. Ojciec skończył z pękniętą czaszką, matce odcięto głowę, a brat został powieszony. To wtedy Anastasius przekroczył granicę jeszcze raz. Wziął ciało Augustusa, oczyścił je, pieczołowicie oddzielił skórę i mięśnie od kości, a potem zabrał szkielet ze sobą. Tak, z łaską bogini Mors, narodził się Oggy – jego najwierniejszy kompan, który nie stał się obrońcą ani strażnikiem, a nieco niezdarnym pomagierem, jego jedyną rodziną.
W azylu pojawił się dwadzieścia lat temu. W nowym ciele, które opętał, bo stare zostało zbyt dotkliwie zranione podczas ucieczki. To nie był pierwszy raz, gdy Anastasius to zrobił, a jednak tym razem było… inaczej. Młode ciało, stary umysł, stare przyzwyczajenia. Nie czuje już bólu w palcach, nie ma drżenia rąk ani zaników pamięci. I być może by się cieszył, gdyby nie to, że jego nowe ciało w ogóle do niego nie pasuje; tatuaże, kolczyki w dziwnych miejscach, za szerokie ramiona, za dużo mięśni. Trudno to wszystko ukryć pod gustowną koszulą i frakiem.
Obecnie zajmuje się cmentarzem, dba o groby i dusze, odprawia modły i pilnuje, żeby martwe pozostało martwe. Najczęściej to Oggy wykonuje brudną robotę – z podniesioną czaszką szoruje najpierw swoje kości, a potem kamienne płyty, sycząc przy tym przyjaźnie. Oggy’ego da się porównać do dziecka, które zafascynowane jest wszystkim wokół, nawet zwykłym kamieniem. Raczej nie da się z nim porozmawiać o skomplikowanych rzeczach, bo umie jedynie syczeć, harkać i chichotać, ale parzy idealną herbatę, całkiem nieźle szoruje buty i uwielbia guziki.
Anastasius ściśle współpracuje z Radą i chętnie dzieli się swoją wiedzą oraz obserwacjami. Po godzinach przyjmuje chorych, którzy nieco niepewnie do niego zaglądają, licząc, że lekarz, nawet jeśli nieco ekscentryczny i uznawany za wcielenie kostuchy, nieco im ulży – i faktycznie, Anastasius pomaga, choć, przez ograniczenie mocy, jest to raczej pomoc doraźna i każdorazowo taka wizyta kończy się poleceniem odwiedzenia tutejszej apteki. Po cichu dogląda też rannych po walkach, które są organizowane na Arenie, choć zdecydowanie nie dlatego, że jest tak dobry i empatyczyny. Z zafascynowaniem bada naturę wszelakich istot paranormalnych, ale to jego mały, brudny sekret, który zabierze ze sobą do grobu.
KILKA SŁÓW ODE MNIE:
Anastasiusowi buźkę użyczył Ronnie Radke, w karcie przewijają się utwory Sleep Token i Falling In Reverse. Kreacja mojego lisza to przede wszystkim inspiracja Dragon Age, mitologią i miłością do dojrzałych bohaterów ze skomplikowaną historią. ♡ W karcie, gdy poklikacie, zobaczycie Oggy'ego i więcej hot Ronniego. :>
Lubię emocje i przemyślenia, retrospekcje i nieoczywiste konflikty. Pozwólcie mi się rozpisać o tym, jak bardzo Anastasius hejtuje dzisiejszą modę i jak „kiedyś to było, a teraz to nie ma”, a ukocham mocniutko. Przyjmiemy właściwie wszystko, ale oficjalnie ostrzegam, że Anastasius bywa nieco szorstki i trochę nie za bardzo umie w kontakty międzyludzkie, mimo że ogólnie to dżentelmen i zapewne rzuciłby marynarkę w błoto, żeby panienka nie pobrudziła sobie bucików. Listy można słać na: ayliri.lunah@gmail.com.
[Po pierwsze: hej – i tak, ten wizerunek jest obłędny.
OdpowiedzUsuńA po drugie, to nie byłabym sobą gdybym nie podglądała. Cała kreacja tego Pana wciągnęła mnie bez reszty i jest tak bardzo w moim stylu, że chyba zazdroszczę mu klimatu życia, haha. Piękna, gęsta karta.
Bezsenne noce i koszmary uznajemy jako zaproszenie, a w połączeniu z jego zdolnością do kontroli duchów widzę tu przestrzeń na coś głębszego niż przelotne przecięcie ścieżek snu. Jestem otwarta na skomplikowańce!
Asta lubi wszystko co straszne i nie do końca normalne... mogliby się dogadać ;>
Życzę pięknych, mrocznych wątków i pysznych jabłek w jabłeczniku (najlepsze ciasto, wiadomo). Baw się wspaniale. I przede wszystkim - zapraszam do Asty, bo trudno mi tu przejść obojętnie.]
Asta
[Cześć, fajnie że już jesteś :D
OdpowiedzUsuńTroszkę makabrycznie tak może mu się coś kilka razy w życiu przydarzyło... ale ogólnie kartę napisałaś w zaskakująco zgrabny sposób, jak na samotny, okrutny i wymagający los, jaki mu wymyśliłaś. Rodzina - szorstka i oceniająca, nie dająca ani okruszka ciepła. Doświadczenie - paskudnie obijające. No ale Oggy (poza tym jak i z kogo powstał) wydaje się takim uroczym stworzeniem, że marzy mi się, aby Noor darzyła go sympatią i dostawała serdeczne zadowolone syczenie na powitanie! Szczególnie w te bezsenne noce urozmaicone spacerami, gdzie nie wolno!
Bije tu chłód i samotność i to tak strasznie, aż przełamie chyba oziębłość i pozory Noor, bo w niej mimo wszystko jakaś troska i dobro siedzi, choć się dziewczyna wstydzi przyznać. No nie można go takim pozostawić do końca świata przecież! <3 Trzeba się naprzykrzyć, trzeba osłodzić każdą bezdźwięczną noc i zimny wieczór. No nie ma rady, czuję, że los nas tu wzywa, hahaha!
A już na serio, zbudowałaś tu kawał porządnej historii, smutnej, ciężkiej i pełnej pęknięć. Świetny klimat!]
Na skraju ukrytego azylu, gdzie cienie tańczą z delikatnym szumem liści, Noor odwiedzała cichy cmentarz co kilka nocy, choć nie spoczywał tu nikt jej bliski. To miejsce pełne tajemniczych nagrobków i często staroświeckich inskrypcji, które opowiadały historie sprzed lat, koiło ją ciszą. Gdy bezsenność dokuczała jej znów zbyt mocno, gdy wychylona lampka wina nie pozwalała zasnąć, a napary zielne nie przynosiły wyciszenia, po prostu opuszczała mieszkanie i jeśli nie miała umówionych odbiorów zamówień w aptece po zmroku, szła tam, gdzie nikt jej nie gonił i nie szukał. Tam gdzie mogła odrobinę się odsłonić i świadkowie jej nie zdradzą, bo śmierć rzadko wybiera słowa. W tej mistycznej scenerii, mrok nocy splatał się z delikatnym światłem księżyca, powietrze pachniało inaczej, wiatr śpiewał ciszej, a ona wiedziała, że nic jej nie dosięgnie. To właśnie tutaj, gdzie tak bardzo nie pasowała, czuła się niebywale swobodnie i kroczyła bez pozorów - kobieta o słodkiej urodzie, pełna życia i światła, której obecność zdawała się walczyć z przeznaczeniem cmentarza.
Noor była połączeniem dwóch światów i pogwałceniem natury, delikatna, niemal nieuchwytna, jakby wyrosła z samej magii, a jednocześnie nosiła w sobie coś mrocznego i nieuchwytnego. Jej skóra miała odcień ciepłego piasku, a jasne oczy błyszczały głębią, która zdawała się skrywać niewypowiedziane nigdy tajemnice. Była w połowie wiedźmą o łagodnym spojrzeniu i spokojnym uśmiechu, który koił nawet najdramatyczniejsze dusze, a w połowie istotą demoniczną, pełną zmysłowej siły i niebezpiecznego magnetyzmu. Ta sprzeczność przejawiała się w każdym jej ruchu i słowie. Z jednej strony były gesty delikatne, pełne szacunku, wyrażające starą mądrość w młodym ciele, a z drugiej pewne, pełne ukrytego napięcia i nieprzewidywalności. Jej aura tworzyła supeł sprzeczności i ci co znali ją dłużej mogli dostrzec, że to splątanie sięga głebiej i nie opuszcza jej nigdy.
W aptece była zorganizowana, precyzyjna, rzeczowa, nie pozwalając sobie na błąd, ani żadną miękkość. Tu była inna. Szła między nagrobkami, poprawiając z troską bukieciki zwiędniętych kwiatów i stawiając przewrócone znicze, jakby pragnęła przywrócić im choć odrobinę życia i pamięci. To działanie pełne czułości i empatii, nie pasowało do jej zimnego spokoju, jakby próbowała wynagrodzić samej sobie własne zagubienie w świecie, który nie do końca rozumiał jej naturę. Jakby dawała upust temu, co nieustannie w sobie więzi. Balansowała na cienkiej linii pomiędzy światłem a cieniem, szukając własnego miejsca w świecie i była już zmęczona.
UsuńJej lekkie, drobne kroki nie odbijały się echem po alejach, a tonęły jak melodia w szumie drzew. Jej obecność nie była natarciem, a ona nie czuła się jak intruz, choć wiedziała, że ten, który czuwa nad spokojem cmentarza, może mieć inne zdanie. Niespecjalnie, nieintencjonalnie, ale też wcale nieprzypadkowo zbliżała się do domu z czerwonym dachem i im była bliżej, tym częściej podnosiła głowę, pozwalając odbić księżyc zielonym tęczówkom na siarkową żółć, jakby ostrzegała, że jest z otchłani i cokolwiek znów chce jej powiedzieć, nie powinien przesadzać. Wcale się go nie bała.
Noor
[no w końcu cześć ;) Pan wyszedł interesujący i mroczny mający swój urok, szkoda braciszka, no ale jednak jest nieważne w jakiej formie. ;>
OdpowiedzUsuńBaw się dobrze i masy porywających wątków ;>]
Hotarubi
[Motyw igrania ze śmiercią kusi. O tyle, że sama zastanawiałam się nad postacią bezpośrednią z nią związaną, ale ostatecznie wylądowałam z wiedźmuchą i też mi dobrze. :D
OdpowiedzUsuńA jeszcze mi lepiej, jak patrzę na to, jak ponosi Was tutaj fantazja! ♥
Anastasius jest cudowny i szkoda, że jako lekarz z wykształcenia zajmuje się teraz grzebaniem ciał zmarłych, tak jakby... trochę nie po drodze, ale kto go wie, jak wcześniej się z nimi bawi. ;>
Ty za to baw się tutaj dobrze, masy wątków, jeszcze więcej weny i jeśli znajdziesz chęci, pomysł, to zapraszam.]
Rory Nielsen
[Ktoś kto lubi herbatę i ciasto musi być ostatecznie słodki ;> Posłałam list z wywodem.]
OdpowiedzUsuńAsta
[Hej, dzień dobry!
OdpowiedzUsuńUdało Ci się wykreować kogoś z niesamowitym potencjałem oraz bagażem historycznym! Zdradzasz nam dużo więcej na samym początku, co oczywiście doceniam, choć mam wrażenie, że nadal wolałabym czytać na jego temat. Ciągle mi mało! :D
Wpadłam na kilka pomysłów, aktualnie w gmailu zdradziłam ten wydaje mi się najciekawszy, aczkolwiek jeśli przyjdzie chęć oraz wena, to bardzo serdecznie zapraszam do pani von Lossow <3]
Klementyna
[Jakiż on jest interesujący! Podoba mi się wykorzystanie toposu szalonego naukowca, kogoś takiego bardzo tutaj brakowało.
OdpowiedzUsuńKlikając w link kierujący do zdjęcia Oggy'ego, myślałam, że zobaczę pieska — spotkało mnie coś znacznie lepszego. XDD W Last Salvation dobrze mieć jakiegoś towarzysza, inaczej naprawdę można oszaleć.
Mnie Anastasius bardzo się podoba, ale Morrigan zapewne unikałaby go jak ognia. Nie muszę chyba nawet za bardzo tłumaczyć, z jakiego powodu... Jeśli jest ochota na wspólne wymyślenie i napisanie jakiegoś wątku, to zapraszam! Tak czy siak, życzę Ci dużo zabawy i weny! <3]
Morrigan
Kochanka nocy, dryfująca gdzieś na granicy ludzkiego strachu i wyobraźni. Przygięta ku falom mroku, poruszała się miarowo, z lekkością niegodną cierpień. W ciszy, ledwie przerywanej krzykiem i szeptem, którego sama była źródłem, błądziła w poszukiwaniu przesmyku, który wyrzuci ją na brzeg. Tam, gdzie strach jeszcze nie nosił jej imienia, a myśli wciąż próbowały się bronić. W ucisku drżących ramion i spierzchniętych ust, ledwie majaczących w dusznej otchłani.
OdpowiedzUsuńZnała ten moment najlepiej, tę chwilę tuż przed snem, gdy człowiek był gotów oddać wszystko, by tylko przestać czuć.
Nie była karą ani wybawieniem. Pojawiała się bez pytania, ale z czułością chwytała za bolączki i niepokoje, tlące się pod skórą. Nie do końca określona. Nie do końca potrzebna, choć często była odpowiedzią na coś, co zbyt długo pozostawało bez odpowiedzi.
Nie potrzebowała zaproszenia. Wystarczało, że ktoś przestał wierzyć, że noc minie sama.
Zawsze tam, gdzie noc była najczulsza. Tam była ona.
Nocna mara.
Asta miała swoje ulubione koszmary. Takie, w których strach nie uciekał, a wyobraźnia jeszcze próbowała negocjować z rzeczywistością. Sunęły po nagich, kościstych ramionach jak miękki woal. Przemijały tym szybciej, im gwałtowniej buzowała krew w jej zapadniętych żyłach.
Gwałtowne i hałaśliwe dawały jej krótkie, ale wartkie nasycenie, zaś ciche i osiadające pod skórą kotwiczyły ją coraz mocniej w odmętach grząskich myśli.
Fakt, że traktowała cudze koszmary jako niewinną metodę poznania, nie wymagał w jej mniemaniu żadnego usprawiedliwienia. Zmartwienia same w sobie były uchylonymi wrotami, w które wsuwała się zwykle zupełnie niepostrzeżenie, by rozpanoszyć się w cieniu i strachu, będących wytworem obcej wyobraźni. Wzniecanie za jej sprawą bolesnych wspomnień było przecież moralnie szare, kwestią był tylko punkt widzenia.
Jego koszmary były na swój sposób wyjątkowe. Zaczytywała się w nich jak w wielotomowej powieści, powolnej, ciężkiej, spisywanej każdej nocy od nowa. Asta początkowo trzymała się z tyłu, ledwie majacząc w oparach stygnących ciał i lżejących ramion. Do czasu, aż bohater nie zhańbił jej bytu w sposób, którego nie mogła zignorować.
Podążała więc coraz śmielej, przybierając coraz to nowe twarze, zrywając firany kolejnych majaczących na wietrze wspomnień. Tak jak i tej nocy.
Wśród zimnych ciał i zapachu skrzepniętej krwi. Niewidoczna, choć jej rozmyte krawędzie drżały za sprawą obcego impulsu, który na krótką chwilę nadał jej kształt zbyt wyraźny, by wciąż mogła udawać, że jest tylko mrocznym zwierciadłem.
Męska dłoń zacisnęła się znikąd na jej szyi, a ona, rozciągnięta, poddawała się gęstniejącym połaciom jego snu. Jęknęła z zaskoczenia, a jej blada twarz nakryła się rumieńcem. Dobrze wiedziała przecież, kto był bohaterem przerażających snów.
– Spotkaliśmy się. I spotykamy się znów – mruknęła beznamiętnie, choć jej twarz, dziwnie ożywiona sytuacją, nakreśliła się wyraźniej wraz ze słodkim uśmiechem – I pewnie spotkamy się jeszcze wielokrotnie, bo koszmary nie są niczyją własnością.
Gdy cofnął dłoń, nabrała metalicznego powietrza w płuca. Oparła się plecami o srebrny stół, na którym jeszcze przed momentem leżało jedno z powstałych ciał. Nie mogła się ich bać, bo nawet mając na nią apetyt, nie mogły zrobić jej niczego złego. Była przecież duchem. Niewinną, drobną dziewczyną o wielkich, czarnych oczach i lichej, brudnej od krwi sukience. Patrzyła na niego z zadartą głową, ale dumna i pełna charakterystycznej dla siebie, niepokojącej ciekawości.
Czuła jednak, że mężczyzna panuje nad sytuacją bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wzrok był czujny, a jego obecność odciskała się na niej jak pełne świadomości piętno.
Drobne dłonie sunęły po plamach zaschniętej krwi, a czujny wzrok przebiegał po twarzy mężczyzny. Dobrze ją znała, choć przez te wszystkie lata snów zmieniła się nie do poznania.
– Zakłóciłam ci coś ważnego?
Asta
W ciemności, którą zdawało się rozświetlać jedynie subtelne migotanie cienia i oddechu, Noor zatrzymała się na chwilę, jakby słysząc echa własnej duszy w głębi mrocznej przestrzeni. Jej spojrzenie, choć słodkie i bezczelnie urokliwe, skrywało coś więcej - tajemnicę, którą tylko ona znała, wyczuwalną jedynie dla tych, którzy potrafili słuchać szeptów nocy. Była mieszańcem, miała nieczystą krew i uważała to nie tylko za grzech natury, ale własną ułomność. Nie godziła się z tym, czym była i sprzeczność, w jakiej się miotała z roku na rok utrudniała jej egzystencję. Rozejrzała się wokół, ale nie dostrzegając innej żywej duszy, ruszyła dalej przed siebie, muskając mijane nagrobki z czułością. Wierzyła, że ci którzy byli chowani z godnością, za życia musieli mieć bliskich, dla których byli drodzy.
OdpowiedzUsuńKiedy dotarła do azylu, mogła wreszcie odetchnąć. Tutaj odnalazła bezpieczeństwo i tylko tego szukała, nie oczekując niczego więcej i nie mając złudzeń, że otrzyma również spokój. Chciała się nie bać. Chciała móc oddychać bez lęku, że jej ciało jest przy tym zbyt głośne. Chciała móc w końcu zasnąć, bez zwracania uwagi i pilnowania, czy skierowana jest w stronę drzwi, na wszelki wypadek, by móc szybko uciekać, jak tylko dostrzeże lub wyczuje groźbę... Kiedy tu dotarła, szybko się odnalazła, dostosowując do narzuconych zasad, ale też budując własne granice.
Dostrzegła go, gdy wyszedł z domu. Nie zatrzymała się, uśmiechnęła jedynie delikatnie, jakby w odpowiedzi na słowa tego uroczego powitania, a jej spojrzenie prześlizgnęło się po jego stroju i zatrzymało na kaszkiecie, który jak zawsze niebywale ją zdumiewał. Noor nie umiała zrozumieć, dlaczego nogi niosły ją tutaj w te najokrutniejsze noce, ale wiedziała, że nie przychodzi na cmentarz.
choć była tak blisko, jakby zniknęła w cieniu, a jednocześnie była tuż obok, gotowa znowu się pojawić. Głos jej był miękki, lecz pełen ukrytej zmysłowości, jakby słowa wypowiadane z rozmysłem, by nie tylko informować, lecz i oczarować.
- Czasem, to nie noc jest bezsenna, a ja sama, jak zjawa, która nie potrafi znaleźć spokoju - wyszeptała miękko, a jej słowa zabrzmiały jak delikatny szum wiatru, który pieści stare drzewa i niesie ze sobą sekrety zmarłych.
Minęła go, nie przyjmując swetra i otarła się ramieniem o ramię, jakby chcąc go zaczepić i zachęcić, by podążał za nią równie ufny jej, jak ona swoim podszeptom. Nie szukała ucieczki, ani odpoczynku, nie chciała też obcować z mrokiem i tajemnicą. Tutaj po prostu czuła, że istnieje przestrzeń, która nawet w azylu mogła nazwać się niczyją. Miejsce, gdzie oddech nie boli, a myśli nie mąci żadna siła.
Jej oczy lśniły jak dwa kryształy, które odbijały światło księżyca, i choć jej słowa były pełne słodyczy, to kryła się w nich zaczepna nuta. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jakby dostrzegła coś, czego on nie mógł zobaczyć. Zatrzymała się dwa kroki za nim, przy domu i powoli obróciła w jego stronę, zaczesując luźny kosmyk z policzka w tył i jej ruch był płynny, pełen zmysłowej niewinności. W jej krwi płynęła siarka i ogień, nie musiał tego rozumieć i nie musiał nawet jej tego wybaczać, powinien za to przewidzieć, że Noor lubi chwytać się chwili.
- Nie przychodzę tu co noc... Ale co noc pan o mnie myśli, prawda? - jej usta rozciągnęły się apetycznie, a plecy wyprostowały z tą myślą - Czy to przeze mnie nie może pan w nocy spać, panie von Weiss? - zapytała słodko, unosząc dłoń jeszcze raz, jakby chciała dotknąć jego twarzy, lecz zatrzymała się w powietrzu, pozostawiając go z uczuciem, że jest tylko chwilą w jej nieuchwytnej grze pozorów. Zatrzymała jasne spojrzenie nieruchomo w jego oczach i cofnęła się krok w tył z bezczelną pewnością, że wie, na jak wiele może sobie pozwolić. - Noc jest rzeczywiście chłodna, ale nie potrzebuję swetra. Zaprosi mnie pan na herbatę?
UsuńJej głos uciekał gdzieś na granicy szeptu i delikatnych dźwięków, jakby czarująca melodia, którą tylko wybrani mogą usłyszeć. I w tej chwili mężczyzna mógł poczuć jak nikła magia Noor oblepia jego umysł, rozbudzając ukryte pragnienia i tajemnice, które dotąd były uśpione. Pozostawała spokojna, grzeczna, czarująca, ale wsiąkała głębiej. Sięgała po wszystko, co pozwalał jej wyciągnąć. Runa, jaką wypalano jej pod żebrami ograniczała magię, ale nie zmieniała tego, kim jest.
W tym ulotnym momencie, wydawało się, że przyszła specjalnie do niego, a wszystko co było, zanurzyło się w słodkim, lepkim mroku jej oddechu, który obiecywał więcej, niż można było zrozumieć i więcej, niż można było odważyć się wyśnić.
Noor ✨
[Jest i nasz pan zarządcza cmentarza! Dobry wieczór, kłaniam się nisko! :D Przyznam szczerze, że opadła mi szczęka w momencie, kiedy przeczytałam o Oggy'm - nie tak wyobrażałam sobie kostka, którego opisałaś nam w mailach, a na pewno nie spodziewałam się, że będzie miał taką historią... Porażający plot twist :D
OdpowiedzUsuńI wiesz, co mi się jeszcze podoba? Ten kontrast pomiędzy Twoją osobowością - tą bijąca z maili - a Anastasiusem. Jesteście chyba jak yin i yang, co? :D
Nie powinnam, naprawdę nie powinnam myśleć o wątkach, ale kiedy czytałam kartę, w mojej głowie zupełnie same zaczęły pojawiać się luźne pomysły... Bo Leviemu zdarza się chodzić z obitą gębą lub innymi urazami, bo ojciec Levi'ego jeździ na wózku i pewnie potrzebuje opieki, bo Ackermannowie mieszkają w Azylu juz 11 lat i pewnie Anastasiusa dobrze znają...
Także w razie ochoty, zapraszam do siebie, a tymczasem życzę udanej zabawy na blogu!]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[Jeśli będę miała jakieś pytania w tym zakresie, to już wiem, komu je zadać :D
OdpowiedzUsuńLevi trochę jest łobuzem, a przynajmniej mnie samej tak się wydaje, kiedy piszę odpisy, bo choć tworzę postać z pewnymi założeniami, to ostatecznie kształtuję ją w wątkach właśnie. Gdyby natomiast Levi usłyszał, że jest uroczy, to głośno by protestował :D
Oczyma wyobraźni widzę tę relację tak, że owszem, Anastasius mógłby trochę ojcować Leviemu, co pewnie samemu Leviemu by się nie podobało, bo jednego ojca już ma i to w dodatku upierdliwego, ale zgaduję, że Anastasius miałby u Leviego fory ze względu na to, że kiedy Thatcher wrócił do miasteczka już sparaliżowany, to pomógłby Leviemu jakoś tę ich nową rzeczywistość ogarnąć?
Natomiast zastanawiam się nad tym, co mogłybyśmy rozpisać dla nich tu i teraz. Najprościej byłoby jakoś uszkodzić Leviego, żeby Anastasius mógł się wykazać, ale co dalej? Poza tym mam już kilka takich wątków, w których Levi jest uszkadzany. Poratujesz jakimś pomysłem? :D
PS. Tak, tak i jeszcze raz tak! Nawet w dopisku odautorskim mam dodane, że kto wie, po kim mój Levi ma imię i nazwisko, dostaje wątek w gratisie ^^]
LEVI ACKERMANN
[Muszę przyznać, że Anastasius od razu przykuł moją uwagę. Karta jest tak pięknie dopracowana - od zdjęć, kodu, po charakter i historię postaci, że aż ciężko oderwać wzrok. Lubię, kiedy tekst od pierwszych zdań buduje atmosferę i zostawia mnie z poczuciem, że coś większego dopiero nadchodzi, a tutaj właśnie to dostałam, czytało się to z przyjemnością. Życzę dużo weny!]
OdpowiedzUsuńMalphas
Po ramionach dreptał jej nocny ziąb, ale nic nie robiła sobie z dreszczy, odnajdując nawet w czuciu zimna tę drobną przyjemność, która zakotwiczała ją w dzisiaj. Gdyby ktoś rozdarł jej myśli, pośród strzępów tego co widoczne, odkryłby wiele lęków i pęknięć w ślicznej powłoce, a najgłebsze dotykałoby jej istnienia. Uważała, że nie powinno się spełnić, skoro sprowadzało jedynie wątpliwości, ogromna niepewność. Sweter choć był miłym gestem, nie ukoiłby jej wnętrza i choć nigdy nie powiedziała tego głośno, chciała, aby Anastasius wreszcie to pojął.
OdpowiedzUsuńNie miał racji, a właściwie bardzo się mylił, dostrzegając w niej jedynie fałsz i na każdym jej kroku podejrzliwie czekając, na znak zdrady, czy kpin. Jej sztuczki musiały mieć miejsce, były jej częścią, nie miała mocy by przekreślić swoja naturę i się od niej odwrócić. Tak jak on miał swoje nawyki, które ciągnęły się wraz z nim przez kolejne lata, ona miała swoje przyzwyczajenia i silniejsze odruchy, niż zdrowy rozsądek. Wiedziała, że głębokie emocje, które ją nieustannie rozrywają, są bronią obusieczną, a nauczyła się już, że tam na zewnątrz, są jej największą słabością i to samo może się wydarzyć tu. Grała więc, nie pozwalając innym dotrzeć do samej siebie, choć z każdego umiejętnie wyciągała to, czego skrycie pragnął.
Powoli pokręciła głową, a te jeden niesforny kosmyk, który zaczesała w tył, znów opadł miękko na zarumieniony od chłodu miękki policzek. Mógł teraz spojrzeć głębiej w jej oczy, a nawet te nie miały jednoznacznie określonego koloru, bo na spokojnej zielonej tafli nieustannie majaczyły siarkowe ostre plamki. W Noor nic nie było jednoznaczne i ona sama była istotą nieokreśloną przez dwa światy. Te dwie natury nieustannie się przenikały, tworząc jej własny, zagubiony labirynt, w którym trudno było odnaleźć ścieżkę do prawdy o sobie samej.
Gdy Anastasius patrzył na nią z zimnym spojrzeniem, Noor uśmiechała się ciepło i czuła, jak jej własne emocje i motywacje zaczynają się mieszać. Z jednej strony była ciekawość, którą wywołał jego dystans i tajemniczość - jak zawsze, z drugiej siedział niepokój, że jego słowa trafiają celnie, jak ostrze przebijające maskę jej pewności siebie. Czuła, że jego spokój doprowadza ją do pragnienia, że pragnęła wykrzyczeć, kim naprawdę jest, ale jednocześnie bała się tej prawdy, której sama nie rozumie. W głębi serca czuła, że nie jest w stanie uciec od siebie samej, od tych sprzecznych impulsów, które nią targały. Była kusząca, ale jednocześnie zagubiona w własnej magii. W jej oczach błyszczało coś, co można by nazwać zarówno żądzą, jak i smutkiem, jakby próbowała znaleźć swoje miejsce w świecie, który jej nie rozumiał, i zarazem walczyła z własnym wewnętrznym demonem. I niepokoiło ją, że mężczyzna może do tego dotrzeć, a ona nawet właśnie może tego chcieć.
- Świeczka jest ciepła i jasna od płomienia, miękka, a wosk przyjemnie oblepia skórę, gdy się topi... czy tak właśnie pan o mnie myśli? - podchwyciła wciąż z łagodnym uśmiechem, jakby chciała przejrzeć jego skojarzenia i doszukać się czegoś jeszcze. Jakby chciała wyciągnąć z niego przyznanie się do czegoś. - To bardzo miłe, że uważa pan mój głosik za słodki, a ja dodam, że nie uważam, aby była w panu jakakolwiek podłość - powiedziała nawet weselej, posyłając mu kolejne urocze spojrzenie. Troszkę bawiła się tym, jak bardzo próbował ją od siebie odsunąć i jak bardzo nieudolnie to robił, bo ona wcale sie nie poddawała.
Kiedy Anastasius zaprosił ją do środka, Noor nie wahała się, od razu wkraczając do domu. Pragnęła bliskości którą dawał jej ten mrok tutaj, choć może dlatego, bo miała od początku niezwykle silną pewność, że jej nie dosięgnie. Tutaj uciekała przed samotną bezsennością, gdy nie miała już nic do załatwienia w aptece.
Usiadła w wskazanym fotelu, próbując ukryć , jak cieszy ją to udane wproszenie się i jak zadowolona jest sama z siebie. Łapała jego spojrzenia, gdy ją obserwował, a w końcu, gdy plecy znalazły wygodne wsparcie w fotelu, a od kominka zrobiło się dużo cieplej, zdjęła z siebie własny sweter, zostając w lżejszej bluzce, aby móc odetchnąć głębiej i nie czuć, że się dusi. Nie podwijała jeszcze rękawów, ale poprawiła drobne bransoletki przy nadgarstkach w tym cieniutką czerwoną wyblakłą już nitkę z kilkoma supełkami, jaką miała od zawsze.
Usuń- Czy tak bardzo przeszkadza panu moja obecność, że za każdym razem musimy się witać w ten sposób? Dlaczego zawsze mi pan ustępuje? - podniosła na niego jasne spojrzenie i zatrzymała na ciemnych oczach. - Nie lubię pana w tym kaszkiecie... to dopiero pana postarza - dodała szybko, jakby właściwie nie chciała znać odpowiedzi na wcześniejsze pytania. To mogłoby zbyt wiele zmienić, prawda?
Gdy Oggy wniósł herbatę, Noor uniosła dłoń na powitanie i przypomniała sobie, że oni obydwoje są podobni. Są jak istoty, które nieustannie balansuje na granicy światła i ciemności. Z tą różnicą, że ona próbowała odnaleźć swoje miejsce, a kostek... on po prostu był.
- Ja… nie jestem tym, za kogo mnie pan ma. Nie chowam się za sztuczkami. Wiem, że pan to potrafi odczytać, to jak moja własna natura próbuje mnie złamać - mówiąc to, spojrzała na Oggy'ego, którego kostki strzelały tak jak ogień w kominku i wyciągnęła dłonie, sunąc nimi po zziębniętych szczupłych udach. - Jeśli naprawdę poczeka pan dość długo, może być pan zaskoczony - dodała.
To była jej prawdziwa magia, to, że nie potrafiła się do końca określić, czy jestem zagubiona, czy też pełna siły. Jej głos brzmiał miękko, jakby wyznawała coś najskrytszego, ale to nadal nie było najbardziej osobiste. W oczach miała błysk, a na twarzy rumieńce i nie przyszła tu się tylko bawić.
Noor ✨
[Cześć, ja tego Pana uwielbiam, ale to już wiesz. Ach, ta szyja, w której tak przyjemnie będzie zatopić kły... Oczywiście wszystko za pozwoleniem, prawda? 🫦🩸 Jedno jest pewne, ta dwójka na pewno nie będzie się ze sobą nudzić... Ale podobno przeciwieństwa się przyciągają, ciekawe czy w tak skrajnych przypadkach to też zadziała.
OdpowiedzUsuńNiebawem przyjdę z początkiem! ♥️]
Minerva Cove
[A wiesz, że bardzo dużo jest tych chętnych na drapanie Leviego za uszkiem? Z tym że on to raczej z tych niedotykalskich kotów, które lubią być miziane tylko na własnych warunkach xD
OdpowiedzUsuńTo jest bardzo dobry pomysł, który można by było nawet nieco ubarwić. Mianowicie jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pomysł na wątek z klątwą (robię teraz rewatch Supernatural, nie wiem czy oglądałaś, ale mocną inspiracją był dla mnie odcinek z króliczą łapką ^^), w którym Levi dotknąłby rączkami jakiegoś przeklętego przedmiotu i miał przez to kłopoty. Myślę, że spokojnie można byłoby to połączyć z Twoją propozycją, bo klątwa mogłaby przejść z Leviego na Oggy'ego lub odwrotnie, lub obaj byliby nią dotknięci, do wyboru, do koloru.
Z tym, że... chciałam ten motyw z klątwą wykorzystać w innym wątku, ale współautorka nagle ucichła i na ten moment nie wiem, na czym stoję.
Stąd mam do Ciebie prośbę i propozycję jednocześnie - może zaczekamy do końca listy obecności z dalszymi ustaleniami? Chciałabym ten motyw z klątwą gdzieś wykorzystać, więc jeśli tamten wątek mi nie wyjdzie, to z chęcią wplotłabym go w nasz, ale najpierw muszę wiedzieć, czy autorka wpisze się na listę obecności, czy też nie ^^']
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Z uwagą wsłuchiwała się w słowa mężczyzny. Ich tembr, sens i ciągnąca się za nimi emocja były jej znane. Mara często musiała mierzyć się z niezrozumieniem.
OdpowiedzUsuńAsta zawsze wsłuchiwała się w to z cichym, pełnym rozbawienia zdumieniem. Ludzie mieli osobliwą potrzebę nazywania granic tam, gdzie od początku ich nie było. Wierzyli, że sen jest przestrzenią prywatną, bezpiecznym azylem, który tylko czasem wypaczał błędy, oblekając je koszmarną mgłą. Jakby strach był cudzym pokojem, a ona nieproszonym gościem, który nie pukał, ale wkraczał bez zapowiedzi.
Nie rozumieli, że koszmar nie potrzebował zaproszenia. Że mara nie musiała go mieć. Byli jednością.
Koszmar ją wołał, a ona, drżącą, nieokreśloną istotą swojego bytu, odpowiadała na wezwanie, karmiąc się brakiem kontroli, który uznawano za niesprawiedliwy osąd nocy.
Koszmar i ona nie istnieli osobno. Zlewali się w tej samej przestrzeni, gęstej i mglistej. Gdy ktoś śnił o upadku, ona już była w powietrzu. Gdy śnił o winie – ona już osądzała.
Dlatego nigdy nie pytała, czy może wejść. Pytanie zakładało przecież wybór.
Koszmary nie były wyborem. Oboje byli tylko konsekwencją dnia.
Znów wzruszyła ramionami, ale zręcznie przelała się w nowy obraz, który przygotował Anastasius. Rozsiadła się w miękkim fotelu, stając się jednocześnie kruchością pięknych filiżanek i ciepłem tlącego się kominka.
– Czyli jednak pamiętasz, gdzie się spotkaliśmy – syknęła słodko, wywracając czarnymi oczyskami. Mimo to, z wdzięcznością przyjęła filiżankę kawy, równie ciemnej co jej własne wnętrze. Jej ciepło zadrżało pod wpływem jej chłodnych dłoni i zlodowaciałego przełyku – Skoro przez tyle czasu nie okazałeś skruchy, wątpię w twoje intencje.
Przechyliła filiżankę łapczywie i znienacka podniosła się z fotela. Jej sylwetka, choć wciąż nienaturalnie drobna, ciosała wokół niepokojące cienie. Te miękko padały na wypełnione książkami regały, czyniąc z wiedzy jedynie kolejny rodzaj niepokojącego milczenia. Przestąpiła kilka kroków, po szorstkim, barwnym dywanie. Jej twarz, lekko rozmyta w tańczących cieniach, nie zdradzała się w pełni. Z mroku wyłaniały się tylko dwa żarzące się węgle, pobarwione wokół równie głęboką ciemnością. Niewielki nos, przeraźliwie biały, jak jej palce, którymi kreśliła w mroku swoje kolejne ruchy.
– Realny świat… – parsknęła lepko, krzywiąc się nieznacznie. Pochyliła się nad mężczyzną, a długie włosy niebezpiecznie opadły na jego, splatając się jak czarna, gęsta sieć – Realny świat jest zbyt pusty, by móc pokazywać się w nim w pełni. Ktoś taki jak ty powinien o tym wiedzieć.
Znikąd znalazła się u jego boku, wślizgując się na oparcie dużego fotela. Była mała, zwinna, przelewała się przez połacie wspomnień i win. Podciągnęła nogi pod brodę, wciąż kryjąc się za skrawkiem brudnej sukienki. Postać, w jakiej się ukazywała, nie miała dla niej większego znaczenia. Mogła być czymkolwiek – mogła podążyć za myślą śniącego albo kreować własny, niebezpieczny cień. Zawsze lubiła być gdzieś pomiędzy.
– Zamknięcie oczu to zaproszenie – uśmiechnęła się lekko, zupełnie szczerze. Oparła się ramieniem o brzeg fotela, równając spojrzenie z przepełnionym śmiercią mężczyzną. Jego bliska obecność była dla niej w jakiś sposób kojąca. Od Anastasiusa bił zapach trupów i druzgocących błędów. Mieszanka idealna na zimne noce – Nie myśl, że chcę wykorzystać coś przeciwko tobie – poprosiła, mocując spojrzenie w zmarszczkach, które skalały jego twarz – Wszystko, co przeżyłeś, to głębina, w której mogę się skąpać. Twój cień ciągnie się latami, przez wiele istnień. To piękny ból. Trzeba się w nim zabawić.
Chwyciła się za palce i energicznie strzeliła sinymi kostkami.
Dźwięk odbijał się echem, długo i niepokojąco. Był zbyt głośny jak na sen. Zbyt prawdziwy.
– Lubisz któryś ze swoich koszmarów?
koszmarny chochlik
[Cześć!
OdpowiedzUsuńAnastasius jest bardzo złożoną postacią z szeroko opisaną przeszłością. Dopracowałaś każdy detal tak, że wszystko spina się w logiczną całość. Mimo ogólnej mrocznej otoczki śmierci zarówno samego Anastasiusa, jak i jego historii wyczuwam w nim swego rodzaju miękkość. Szczególnie w zestawieniu z Oggim wesoło chichoczącym nad pyszną herbatką *.*
Życzę wielu świetnych wątków i przede wszystkim dobrej zabawy :)]
Faith Smith
[Levi na pewno bardzo ładnie mruczy, acz mogę zagwarantować, że jeszcze nikt w Azylu tego nie słyszał! ^^
OdpowiedzUsuńDziękuję za wyrozumiałość i w takim razie będę odzywać się po liście, pewnie wtedy od razu uderzę na maila, żeby już tam na spokojnie dogadać szczegóły :)]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
Azyl nie był jej bezpieczną przystanią, bardziej określiłaby je mianem więzienia, w którym ktoś całkiem sprytnie ją zamknął. Ona wciąż nie wiedziała kto za tym stał, choć miała kilka podejrzeń, to jej śledztwo nie przynosiło jej żadnych konkretów. Żadnych tropów. Żadnych poszlak. Nie miała tak naprawdę nic. Wciąż jednak nie straciła zapału by szukać. Każdy kto ją znał, wiedział, że porażka czy poddanie się nie leży w jej naturze. Być może jej problemem było to, że wcale nie chciała być bezpieczna. Ona uwielbiała wolność, adrenalinę i niebezpieczeństwo. Zastanawiała się czy osoba, która ją tu sprowadziła, także tu mieszkała a przede wszystkim jaki był jej motyw. Na szczęście dość szybko objęła funkcję Ściągającej, doprowadzając do Azylu inne, często zbłąkane i zagubione dusze, które w przeciwieństwie do niej zapragnęły stabilizacji, bezpieczeństwa i spokoju. To pozwalało jej na polowania, mniejsze bądź większe, dzięki którym zaspokajała swój apetyt i wracała do miasteczka usatysfakcjonowana i najedzona. W końcu Rada na pewno nie chciała, żeby głodny wampir krążył po okolicy. Dni mijały jej tu powoli, a noce szybko. Dniami często chowała się tam, gdzie nie dochodziły promienie słońca. Odkąd została wampirzycą, jakieś trzy lata temu, nienawidziła słońca. Promienie słoneczne często ją oślepiały i mimo posiadania pierścienia, który chronił ją przed ich działaniem, nie była skora do spędzania czasu w ciągu dnia na zewnątrz. W końcu nie bez powodu była nazywana Dzieckiem Nocy. Nocami często zaszywała się w lokalnych barach, pijąc Krwawą Mary i zastanawiając się kto wpadł na tak idiotyczny pomysł, żeby zamiast krwi dodać tam sok pomidorowy? Czasami była uczestniczką jakiejś rozróby, ale nigdy nie skończyło się to dla niej większymi problemami. Być może dlatego, że była w miasteczku stosunkowo krótko. Ale jak to mówią? Nie chwal dnia przed zachodem słońca?
OdpowiedzUsuńSiedziała właśnie w okolicznym barze, popijając aromatycznego, czerwonokrwistego drinka i nieco znudzona oglądała występ muzyczny jasnowłosej piękności. Włosy piosenkarki były jasne jak miód, pachniały równie apetycznie, Minerva siedząc na wysokim krześle przy barze, czuła jej zapach. Przegryzła wargę, spoglądając na jej włosy, odgarnięte przy szyi i spływające po ramieniu. Wpadła w delikatny trans, na końcówce języka czując jej zapach. Z odrętwienia wyrwał ją rosły, muskularny mężczyzna, który trącając ją barkiem, wręcz zepchnął ją z krzesła, a kieliszek z jej drinkiem wylądował tuż u jej stóp.
— Suń się. Pijawko. — mężczyzna mruknął pogardliwie, nawet na nią nie patrząc. Rudowłosa obdarzyła go złowrogim spojrzeniem, a do jej nozdrzy doszedł jego zapach, a raczej smród, który się za nim ciągnął. Obrzydliwy. Jakby… Psa? Nie trzeba było dużo, aby ją podpalić.
— Sam się suń. — warknęła i odepchnęła go na tyle mocno, że wypadł z baru, wraz z szybą. Cóż, gdyby była w pełni sił to chłopak najprawdopodobniej uderzyłby ciałem o ścianę sąsiedniego budynku, ale przez to, że energia miasteczka była zasilana także jej mocami, to miała znacznie mniejszą siłę, szybkość czy zwinność. Ale wciąż nie można było jej nazwać słabą. Młode wampiry były wyjątkowo potężne.
Zaraz przeszła przez okno, które przed chwilą rozbił wilkołak, wyrzucony przez nią z baru.
— Śmieci same się wyniosły. Nie ma za co. — mrugnęła zalotnie do chłopaka za barem, który był zszokowany i lekko wkurwiony spowodowanymi przez nią szkodami. Mimo wszystko nie chciał się chyba wtrącać w spór wampira i wilkołaka.
— Nigdy nie spotkałam wilkołaka, wiesz? — zwróciła się do chłopaka, leżącego w szkle. Ten jednak szybko stanął na nogi, a raczej skoczył zamiast się normalnie podnieść. — Nie wiedziałam, że takie z Was gbury… — westchnęła teatralnie, z nutą rozczarowania. — Wiesz, myślałam, że to, że wampiry i wilkołaki się nie lubią to tylko taki stereotyp. — zmarszczyła brwi. — Bo jesteś wilkołakiem, prawda? W końcu śmierdzisz jak pies… — kontynuowała swój monolog, a kiedy chłopak chciał się na nią rzucić, szybko wskoczyła na dach baru. — Jestem szybsza. — wyszczerzyła swoje kły w szerokim uśmiechu.
Z baru wyszedł umięśniony blondyn, ale on pachniał jakoś inaczej.
Usuń— Odpuść, stary. Zostaw tą… — urwał, patrząc na nią z pogardą.
— Tą? — zapytała, siadając na dachu niskiego budynku, zakładając nogę na nogę. — Dokończ, proszę. — ona wcale nie zamierzała odpuścić. Co prawda gdyby odeszli, to dałaby spokój. Ale wtedy to ona byłaby wygraną w tej konfrontacji. Pod barem pojawiało się więcej gapiów, a ich zapachy mieszały się ze sobą, doprowadzając Minervę do lekkiego szału. Była głodna. Ale mimo to nie tknęłaby wilkołaka. Jego krew na pewno była obrzydliwa. Nie sądziła, że ktokolwiek stanie po jej stronie w tym konflikcie. Niespodziewanie na drodze wyłoniła się kolejna postać. Ktoś, kogo jeszcze nie widziała. Jego zapach był… Intrygujący. Zwrócił on uwagę wilkołakowi, że nie należy tak traktować kobiet, co spowodowało szeroki uśmiech na twarzy Minnie. Zeskoczyła zgrabnie z dachu, stając tuż za plecami mężczyzny.
— Witaj, nieznajomy. Jesteś moim wybawcą? — szepnęła do jego ucha, zaciągając się jego zapachem.
Minerva Cove
Anastasius nie był mężczyzną, z którym gra była prosta, ale ona miała dużo cierpliwości i drążyła go jak kropla skałę. Dzień po dniu. Jedna bezsenna noc po kolejnej. Chwytała go za słówka i lawirowała w jego uprzejmościach, odnajdując tam sama dla siebie miejsce. Bo on nigdy dla niej nie zostawiał nawet skrawka. Musiała się rozpychać i mościć w jego rzeczywistości i z zaskakującą przyjemnością działała coraz śmielej od tych kilku lat. Nikt nie potrafił zatrzymać jej na dłużej, a jednak tutaj - w towarzystwie lisza, sama odnajdywała się przy nim z zaskakującą łatwością, pełznąc wśród mroku, którym się otaczał. I wracała nadal nienasycona.
OdpowiedzUsuńPustą przestrzeń między nimi wypełnił śmiech. Krystaliczny i piękny, melodyjny, wnikający w każdy zakamarek wokół foteli i za firany, dobiegający do Oggy'ego i z powrotem, osiadający na każdej powierzchni i spływający po ścianach, by wsiąknąć w dywany. Noor śmiała się wesoło, szczerze, jak ktoś kto cieszy się z słońca, a ten śmiech zapadał w pamięć na lata. Na zawsze. Ramiona jej zadrżały, gdy nabierała głęboko powietrza po tym ekspresyjnym wybuchu i aż z rozkoszą zwilżyła wargi koniuszkiem języka, patrząc na mężczyznę.
- To prawda, drzwi są liche, weszłabym bez zaproszenia - przyznała się z słodką niewinnością, jakby mówiła o drobnej psocie, a nie włamaniu. - I ja sama najlepiej wiem, czego nie powinnam równie mocno, jak na co mam ochotę - zauważyła jeszcze lekkim tonem.
Plotki to ostatnie, czym się przejmowała, powinien od dawna o tym wiedzieć. Powinien wiedzieć o wielu rzeczach, gdy na nią patrzył, a miała wrażenie, że zbyt dużo mu umyka, lub specjalnie odwraca wzrok w kluczowych momentach. Wiedział o tym, że jej serce przy nim zwalnia, ale nie rozumiał nic więcej i to w tym miejscu ją gubił.
Naruszyłaby jego przestrzeń i prywatność, gdyby po prostu weszła bez zapowiedzi, bez pukania i bez czekania na spotkanie przy progu? Oczywiście, z wielką chęcią. Przeszkodziłaby mu w czymś osobistym i intymnym? Oh, to aż wywoływało dreszcze rozkoszy na karku dziewczyny. Anastasius nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ją pociąga, a ona przecież zupełnie się z tym nie kryła, choć nie była wcale wulgarna i nachalna w swoim zainteresowaniu. I nie chodziło tylko o to, że ją fascynuje i że chciałaby go mieć. To siedziało głębiej pod skórą, przy samym rdzeniu, w kręgach.
Podparła łokieć na boku fotela i wsparła na dłoni drobny podbródek w bliźniaczym ruchu, co on. Uśmiechała się ciepło i serdecznie, z tym błyskiem w spojrzeniu, który zdradzał więcej, niż wesołość. Pożerała jego sylwetkę siarką na tęczówce i chłonęła obecność, jakby czerpała z niego siły, których nie potrafiłby ujarzmić. Bo taka właśnie była, cudownie dwoista i nieuchwytna. Ścierało się w niej światło z cieniem, była na granicy tych dwóch i choć wywoływało to jej wewnętrzny chaos, z którym nie potrafiła sie nigdy uporać do końca, dla kogoś tak ciekawego niezbadanego jak on, mogło być interesujące. Może ona sama w końcu była dla niego interesująca?
Zawiesiła spojrzenie na jego ustach, widząc ruch palców przy wardze i lekko zacisnęła dłoń na kubku z ciepłym napojem, po który sięgnęła dla ogrzania. Tym razem jej serce przyspieszyło i uderzyło tak głośno, że była pewna, że nawet Oggy to słyszy.
- Nie mówisz mi po imieniu - powiedziała ciszej, a jej spojrzenie zmiękło, oplatając jego oczy tak, jakby chciała je objąć i wyjąć z czaszki, by zostały tam tylko jej słowa. Gdy tak się rozluźniał, widziała w brązowych tęczówkach bursztynowe błyski, to było rzadkie. - Nie pokazałeś mi nigdy swoich tatuaży, choć o nie pytałam i prosiłam. Zbywasz mnie. Szczęk kości Ogg'yego jest cieplejszy niż twoje spojrzenie, gdy się widzimy, choć nigdy mnie nie przeganiasz - wymieniała, choć były to drobiazgi, może rzeczy, które jej się wydawały, a może właśnie takie, które sama sobie wymyśliła. Mogła mówić do świtu i jeśli starczyło im nocy.
UsuńPodniosła wzrok, gdy wstał z fotela i ufnie wyciągnęła w jego stronę dłoń. Tego tez nie lubiła... Że obchodził się z nią, jakby była cenna, a później odpychał. Było w nim więcej kontrastów, które jej podarowywał w gestach, niż które czuła przez swoją nieczystą krew. A jednak jej dłoń dobrze leżała w jego większej i podobało jej się uczucie bardziej szorstkiej skóry, którą czuła przy palcach. Poszła za nim bez żadnych wątpliwości i bez wahania.
Była tu wcześniej, znała ten charakterystyczny nieporządek i zapach książek i luźnych kartek z zapiskami z rozmazanego ołówka. Posłusznie spojrzała przez teleskop, pochyliła się nad stołem, ciekawa co dziś jej pokaże, a po chwili obserwacji, stanęła prosto i obróciła w jego stronę. Przesunęła się pół kroku, aby oprzeć o blat zasypany papierami za plecami i na moment w jej twarzy przebiło się zacięcie. Znów jej to robił... Jego słowa, choć pełne chłodnej szczerości, przenikały ją jak delikatny dotyk, który obiecywał coś więcej niż tylko naukowe wyjaśnienia.
Delikatnie odchyliła głowę, pozwalając, by kasztanowe włosy opadły na jedno ramię, i spojrzała mu prosto w oczy. Wiedziała, że Anastasius jest mistrzem w odczytywaniu emocji, ale też że jej własne intencje mogą się ukrywać w niepozornej grze spojrzeń i gestów. Nie była głośna, ani bezpośrednia, więcej umiała przekazać muśnięciem dłoni, samym spojrzeniem, lub uśmiechem, niż rozmową, bo w tych szczegółach tkwiła prawda, jaka nie potrzebowała słów.
- Czy to nie za mało...? - spytała niepewnie, tym razem szczerze odsłaniając pewną bezradność. - Czasami wydaje się, że światło, które próbujemy wykrzesać z siebie, jest zbyt słabe, by przebić się przez ciemność - przyznała szeptem, a potem odetchnęła głebiej i zadarła wyżej podbródek, łapiąc księżycowy blask w tęczówki. - Może pozwolisz mi kiedyś pokazać ci, że nie trzeba być gwiazdą, żeby świecić najjaśniej - szepnęła z subtelnością, która miała na celu tylko jego uszy.
Po tych słowach, lekko musnęła jego dłoń palcami, jakby chcąc przekazać mu coś więcej niż słowa. Czy zdawał sobie sprawę, że przed chwilą jej coś obiecał? Czy rozumiał, co sam mówi i daje jej do zrozumienia? Że to przez takie chwile, nie potrafiła nie wracać?
Pochyliła się i czuła, jak jej oddech miesza się z jego, ale to wciąż odległe i to wciąż zbyt mało. Wiedziała, że to wywoła w nim reakcję, ale nie zamierzała się wycofywać. Chciała, by poczuł to samo, co ona, to przyciąganie, które narastało z każdą chwilą, jak gwiazdy na nocnym niebie, które choć odległe, przyciągały wzrok i budziły zachwyt.
- Czasem wystarczy odrobina światła, by rozświetlić mrok, Nasti - dodała, pierwszy raz od dawna bezkompromisowo i szalenie słodko zdrabniając jego imię. Tak jak kiedyś, dawno temu, na co się tak oburzył, doprowadzając do tego, że kolejnej nocy nie mogła ani spać, ani wrócić na cmentarz niemal wystraszona.
Noor ✨
Widząc z jaką prędkością mężczyzna pozbył się wilkołaków, a raczej wilkołaka i jego ziomka, bo wciąż nie wiedziała kim był ten drugi, ale sądząc po jego zapachu, też jakimś zwierzem, była pełna podziwu, choć też trochę rozczarowana, zupełnie jak dziecko, któremu zabrano zabawkę. W Azylu rasy się ze sobą mieszały i przez olbrzymią różnorodność czasem trudno było jej odgadnąć, kto był kim. Szczególnie, że żyły tu stwory o istnieniu których wcześniej nie miała pojęcia.
OdpowiedzUsuń— Musisz wzbudzać respekt, skoro te zwierzaki się Ciebie posłuchały. Powiedz mi, w czym tkwi Twój sekret? Chodzi o ten spokój i opanowanie? — uśmiechnęła się szeroko, pokazując kły. — A może o te szykowne ciuchy? — chwyciła za skraj jego kamizelki, przyciągając go bliżej siebie. Zupełnie jakby badała reakcje jego ciała i sprawdzała gdzie leży granica bliskości, na którą może sobie pozwolić. — Twój zapach niewątpliwie jest ciekawy. Intrygujący. Jakbyś był blisko śmierci, ale jednocześnie nie mógłbyś jej dotknąć. — mruknęła, patrząc mu prosto w oczy. Jej tęczówki miały barwę intensywnej czerwieni. Kolor jej oczu zmieniał się w zależności od pragnienia, które czuła. Gdy była najedzona zmieniały się na błękit, taki też kolor miała tuż przed przemianą, tylko mniej intensywny, bardziej mętny.
Gdy usłyszała, że jest jedynie mieszkańcem, który chce wrócić do domu, a nie żadnym wybawcą, zaśmiała się krótko i słodko.
— Ale przecież… Nie stoję Ci na drodze, prawda? — odparła sunąc palcami wzdłuż rękawa jego marynarki i zaraz się odsuwając, opierając plecami o framugę drzwi baru.
Słysząc zaś, że do jego uszu dochodziły go same złe plotki na jej temat na jej czerwonokriste usta wpłynął kolejny uśmiech, tym razem nie odsłoniła kłów.
— Jestem znudzona i głodna. — wzruszyła obojętnie ramionami. — To może być zabójcze połączenie… — nakręciła na palec długi kosmyk kręconych, rudych włosów, które spływały wzdłuż jej ramion.
Wampirzyca ubrana była w czerwoną sukienkę z głęboko wyciętym dekoltem, sięgającą aż do jej stóp, obcisłą, podkreślającą każdy walor jej szczupłej figury. Na ramiona miała narzuconą pelerynę, długą i aksamitną, w odcieniu nieco ciemniejszej czerwieni. Póki co nie nałożyła kaptura. I oczywiście wysokie, czarne szpilki z czerwoną podeszwą, które stanowiły bazę jej każdej stylizacji. Nie było szans zobaczyć jej w butach, które nie miały wysokich obcasów. Czerń i czerwień były dominującymi kolorami w jej szafie, praktycznie nie nosiła innych kolorów.
— Alkohol pomaga uporać mi się z pragnieniem. Zabija to palące uczucie głodu. Na jakiś czas… — wyznała, wzrokiem omiatając jego sylwetkę. — Ale kiedy ktoś… — zmarszczyła z niezadowoleniem nos. — Przeszkadza mi w piciu, mogę być lekko… zirytowana… — wzruszyła ramionami, zerkając na rozbite szkło, leżące u jej stóp. — Zwłaszcza kiedy to jakiś śmierdzący kundel. — syknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego. Chyba zaczynała rozumieć nienawiść wampirów do wilkołaków.
— Ty wiesz kim jestem ja, ale ja nie wiem kim jesteś Ty… — zagaiła ze słodkim uśmiechem. — Chyba słucham za małej ilości plotek. — przejechała językiem po dolnej wardze. — Minerva Cove. — wyciągnęła ku niemu smukłą, bladą dłoń. — Miło mi poznać, Panie…? — przechyliła głowę, badawczo go obserwując. Skłamałaby mówiąc, że jego postać jej nie ciekawiła. — Może napijesz się ze mną? — zapytała, nie zwracając uwagi na nerwowe spojrzenie, które co jakiś czas rzucał im barman.
Minerva Cove
— Dobrze się rozumiecie? — zapytała wyraźnie w to powątpiewając. — Ty i oni.. — uśmiechnęła się, tworząc porównania w swojej głowie. Nie wyraziła jednak swoich wątpliwości na głos. Nie tym razem. — Tak, na pewno macie wspaniałą więź. — rzuciła z kpiącym uśmiechem. — Dozorcą cmentarza? — przyjrzała mu się dokładniej. Czyżby dlatego miał tak specyficzną aurę? Nie, chodziło o coś innego. Wampirzyca czuła to podskórnie. — Grabarz… — mruknęła pod nosem, próbując dopasować ten zawód do jakiejś rasy. Kilka przyszło jej na myśl, ale to nie było to. — To martwe jest całkiem żywe. — zaśmiała się, wskazując na swoje ciało. Mimo że jej serce biło, a krew płynęła (a raczej wrzała w jej żyłach) to była martwa. Była to nieunikniona część przemiany w wampira. Także śmierć nie była je obca. W końcu, niejednokrotnie odbierała też życie.
OdpowiedzUsuń— Ty i śmierć jesteście blisko… — powtórzyła cicho, pod nosem, właściwie znowu mówiąc bardziej do samej siebie niż do niego. — Więc kim tak właściwie jesteś? — zapytała, patrząc mu odważnie w oczy. Nie bała się go. Nie czuła strachu. Bardziej ciekawość i ekscytacje, która niczym dreszcz przebiegała po jej plecach.
— Nie potrzebuję nikogo po mojej stronie. Jestem indywidualistką. — przeciągnęła się leniwie.
Dopiero teraz dostrzegła stojącego za nim… kościotrupa? Kim był ten szkielet, w dłoniach trzymający kwiaty? Jego sługą? Opętanym przez niego szkieletem? Minerva obserwowała go przed krótką chwilę, lecz nie skomentowała ani słowem jego istnienia. To miasteczko było dziwniejsze niż jej się to wydawało.
— Nie piję krwi z torebek, jeśli o to pytasz — skrzywiła się mimowolnie na samą myśl. Gdyby ktoś z jej klanu zrobił coś takiego to chyba zostałby od razu skreślony. A nawet jeśli nie, to kara byłaby dotkliwa i bolesna. — W grę wchodzi tylko świeża. Jestem szczęściarą, bo mogę opuszczać miasteczko — uśmiechnęła się krzywo, mówiąc to z pewnym przekąsem.
— Tylko wilkołaki… — wzruszyła lekceważąco ramionami. — Nie pachną zbyt ładnie. Przynajmniej dla mnie… I to duże wilki. Czyli psy. — uśmiechnęła się szeroko, zupełnie jakby to było oczywiste. To było jej pierwsze starcie z wilkołakiem i być może dlatego ich nie doceniała ani nie miała względem nich ani grama pokory. A może po prostu taka była: butna, zbyt pewna siebie i nieokrzesana.
— To dla mnie przyjemność. — mruknęła, kiedy pocałował jej dłoń. Takie powitania nie były codziennością. To dawało jej pewność, że on był jakby wyrwany z innej epoki. I mimo młodego wyglądu, stary. Miał starą duszę. — Cześć, Oggy. — kiwnęła jego towarzyszowi.
Spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem, kiedy powiedział że nie pije. Myślała że każda istota lubi alkohol. Nawet ludzie go uwielbiali.
— Chcesz mi pomóc ukoić pragnienie? — na jej twarzy malowało się zaskoczenie zmieszane z ekscytacją. — Jesteś prawdziwym dżentelmenem… — nim się zorientował, już była przy nim. Była wyjątkowo szybka i zwinna. Odgarnęła jego włosy z szyi. Jej chłodne wargi dotknęły jego skóry. Ale nim zdążyła wbić swoje kły, mężczyzna odepchnął ją od siebie. Przez moment była nieco zdezorientowana, ale zaraz zrozumiała o co mogło chodzić. — Och, wybacz… Pewnie wolisz bardziej intymną atmosferę, prawda? — była strasznie nieokrzesana i jednak nie na miejscu było picie krwi na środku ulicy. — A więc prowadź… — nie przypuszczała, że mężczyzna miał na myśli zupełnie inną formę pomocy, bardziej w postaci jakiegoś dziwnego naparu.
Minerva Cove
Nie czuła jego irytacji, a niechęć była niewystarczająca, aby ją wypędzić. Magnetyczne przyciąganie kazało jej być blisko i z tym, jak i z wieloma innymi rzeczami, nie potrafiła walczyć. Nie była towarzyska, nie szukała uwagi i na pewno nie wychodziła pierwsza w nowe kręgi, pozostając bardziej uważnym obserwatorem niż otwartym rozmówcą, ale Anastasius... on jej nie oceniał. I czuła, że w niczym jej nie zagraża, więc trzymała się blisko. Tak blisko, jak tylko pozwalał jej podejść, choć za każdym razem, naciągała granice mocniej, bardziej pewna siebie i zuchwała. Jej obecność była jak nieustający impuls, jak iskra, która podsycała jego chłodny, zamknięty świat.
OdpowiedzUsuńUśmiechnęła się kącikiem, jakby wiedziała o czymś, czego on nie powinien wiedzieć. Lubiła mrok. Tak samo jak ciągnęło ją do światła, w którym oddychało jej się lżej, pociągała ją ciemność. I to nie była kwestia jej dwoistej natury lecz również jej samej. Niczym zjawa, widoczna zaledwie w półcieniach i półblasku lśnienia, odnajdywała się tam, gdzie rozmyte granice odbierały innym zmysły i mąciły w umysłach. Lawirowała płynnie i swobodnie między tym co pewne i niejasne, nie naruszając ani jasności, ani jej przeciwności. Noor miała w sobie ciepło, które koiło i odstraszający ziąb, który krzywdził, ale musiała taka być, by chronić samą siebie. By strzec tego co delikatnej i niezwykle trwałe jednocześnie.
Szeroki uśmiech rozciągnął jej miękkie wargi i ściągnęła łopatki, prostując się dumnie. W jej spojrzeniu błysnęło coś władczego, coś co nie współgrało z delikatną skórą jej ciała. Jego upomnienia brzmiały słodko, jak najbardziej wyszukane komplementy i może w tym również doszukiwała się tego, co chciała usłyszeć. Może tkała w swojej głowie obraz Anastasiusa stworzony z własnych iluzji i jedynie wydawało jej się, że panuje nad sytuacją... Może on zwyczajnie to wszystko tolerował, wierząc, że nigdy nie przyniesie to przykrych konsekwencji. Może, może, może... nie lubiła gdybać, nie lubiła tracić czasu na domysły. Chwytała dzień za dniem i noc za nocą takie, jakimi były, jakimi je czuła. I z nim nie było inaczej.
Pochyliła się jeszcze raz, zbliżyła i zatrzymała spojrzenie w jego oczach z nową intensywnością. Jej własne błyszczały od światła księżyca, a w powietrzu unosiła się napięta atmosfera, jakby czas się zatrzymał na moment, dając im obojgu chwilę na zastanowienie.
- I to właśnie podoba ci się najbardziej, prawda? - podchwyciła kolejny raz tonem słodkim i lepkim jak miód. - Bo nadal taka będę, a ty mnie nie wygonisz - wyszeptała to jak sekret, i cmoknęła ustami w powietrzu, posyłając mu z rozbawieniem zaczepnego całusa. Niby się bawiła, ale wcale nie żartowała. Mógł to potraktować jako obietnicę.
Oparła się wygodniej o kant biurka, czując jak krawędź wbija jej się w pośladki i wyciągnęła szyję, lekko się przy tym prężąc jak kot. Zupełnie świadomie i z pełną swobodą popisując się tym, jakie ma kształty. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, ile wyniosła z piekła i co podarowała jej krew ojca. Nie było mocy, która oderwałaby od niej wzrok i choć miało to swoją cenę i było często powodem zguby, potrafiła grać urodą tak, by zyskiwać, a nie tracić. Daleko jej jednak było do wprawnej uwodzicielki, bo zazwyczaj jedynie bawiła się zainteresowaniem i wodziła na pokuszenie, stawiając dostatecznie grube granice, by nikt jej nie dosięgnął. Anastasius nie był wyjątkiem, choć wydawał się szczególnie wytrwały, jeśli chodzi o walkę z jej urokiem.
Wraz z pytaniem o jej bransoletkę, choć to zdecydowanie zbyt wielkie słowo na czerwoną nitkę przy nadgarstku, spojrzała na supełki i uniosła dłoń w jego stronę. Wzruszyła niepewnie i wolno ramionami, nie rozumiejąc, do czego zmierza.
- Mam to od zawsze - przyznała jedynie i wyciągnęła rękę ku niemu, aby mógł przyjrzeć się z bliska. Nie dodała słowa w temacie amuletów i czy rozumie ich znaczenie, bo były to zbyt stare praktyki, by mogła być ich świadkiem.
UsuńNoor była wiedźmą w połowie i bardzo dużo czytała, aby zrozumieć magię, jakiej nigdy w pełni nie opanuje i nie posiądzie. Była ładniejsza od większości kobiet, w tym wiedźm i innych wyjątkowych stworzeń, ale była też od nich słabsza w wewnętrznej energii. Miała urok i powab, o których wiele może marzyć i szukać pomocy w zaklęciach, a jednocześnie nie miała dostatecznie własnej siły, by udały jej się cięższe rytuały. To co w sobie miała pozostawało niepełne i choć była w połowie demonem, była wciąż bardziej ludzka niż połowa mieszkańców azylu. Nie pasowała nigdzie. Nigdzie nie czuła się dostateczna.
- Dotknij, jeśli chcesz - zachęciła cicho, wyciągając rękę jeszcze bliżej w jego stronę.
Palce miała drobne, delikatne, niemal eteryczne, jakby zaraz miały odlecieć. Bez wyzwania już w spojrzeniu, zatrzymała je na linii ubrań przy jego szyi, gdzie ciemny tusz wydawał się najbardziej kontrastować z jej jasną skórą, gdy niemal dosięgła dłonią jego kamizelki. Ciekawa była tych tatuaży, co oznaczają i ile ich jest. Jej ciało nie imało się ran, tuszu, igieł, była nieskazitelnie gładka i jasna i choć nie mogła być tego pewna, to czuła, że Anastasius jest inny. Cały naznaczony. W nim mrok był wyrazistszy niż w niej, on nim niemalże oddychał przesiąknięty na wskroś, podczas gdy jej istotę ledwie muskał, z trudem dosięgając, gdy walczyła i opierała się tylko jednej sile.
Gdy jego palce zetknęły się z nitką, odczuła nagły przepływ energii - coś chłodnego i pulsującego, jakby niewidzialne impulsy przechodziły przez jej skórę. Zaniepokojona, a jednocześnie zaintrygowana ani drgnęła, zaciskając palce drugiej dłoni na krawędzi biurka, na którym wciąż siedziała. Była niepewna, znów się wahała. W głowie zaszumiało jej tak, jakby nagle znalazła się pośrodku lasu, a rozgniewane drzewa ostrzegały przed nadchodzącą zmianą, ale nie wiedziała, czy to wrażenie i co to w ogóle znaczy. Pobladła, tak jak wcześniej, gdy strach przed koszmarem zaciskał pętle na jej szyi i bezsenność przyprowadziła ją do tego domu.
Noor ✨
Gdyby jej matką była istota inna niż wiedźma, człowiek posiadający duszę, jej los nie byłby tak tragiczny i była o tym przekonana już od wielu lat. Gdy jeszcze jako dziewczynka nosiła rozpuszczone włosy, albo kolorowe krótkie sukienki, chłopcy chcący zwrócić na siebie jej uwagę, zamiast spojrzeć w jej stronę i przekonać się, kim sama śliczna Noor jest, kończyli na bójkach, pokazując swoje najbrzydsze oblicza. Obdzierała z złudzeń, zrywała maski, demaskowała i wystarczyło jedno jej spojrzenie, cień uśmiechu, lub muśnięcie ramieniem choćby przypadkowe, aby nieszczęśnicy się gubili w własnych pragnieniach i mrocznych zapędach. Nie chciała taka być, a przynajmniej nie chciała, aby to było wszystko, czym może być.
OdpowiedzUsuńAnastasius był przy niej spokojny i trzeźwy na psychice, jego opanowanie i wstrzemięźliwość pozwalały Noor odetchnąć swobodnie i nawet pozwolić sobie na drobne zaczepki i otwarty flirt, na słodkie spojrzenia i kuszące rozchylenie warg, nieprzypadkowe ruchy wzdłuż sylwetki i błahą zabawę włosami przy twarzy, od których w innym wypadku ktoś mógłby niemal oszaleć. Mogła być sobą, a nawet testować nie tylko jego granice, ale i swoje własne. Nie bała się konsekwencji, bo on przyjmował to wszystko z stoickim spokojem i tylko czasami zastanawiało ją, czy dłużej zatrzymane spojrzenie ciemnych brązowych oczu na jej ciele lub ustach to już uwaga, iskierka odwzajemnionej fascynacji, czy naprawdę jest wyjątkowo odporny na jej czar... Trwało to już kilka lat i choć wiedziała, że magnetyczną siłę czują oboje, to nadal tej relacji nie zamykali w żadnym szablonie. I ona nadal mogła czuć się nie tylko bezkarnie, ale i bezpiecznie. Przy nim mogła być sobą, nie pilnując sie i nie obawiając tego, że prowadzi do zguby.
Nosiła się klasycznie, w ubraniach skrojonych dobrze i prosto. To nie wyzywające stroje, krzykliwe kroje i odsłonięta skóra przykuwały uwagę. To wszystko było w niej i wiedziała, że nawet w najbardziej niepozornym, a nawet brzydkim swetrze, zawsze odwróci się za nia ktoś na ulicy. Dlatego opanowała do perfekcji swoją mimikę i mowę ciało, a każdy ruch był lekki, wyważony, płynny, lecz również bezpieczny dla tych, którzy są obok. Gdyby jej matka nie przekazała jej w krwi tej paskudnej ludzkiej wrażliwości, wszystko byłoby prostsze. Bo drzemał w niej ogień, siarka i pył i gdyby było tylko to, gdyby się zapomniała, mogłaby dokonać zbrodni i krzywdy i wcale się tym nie przejmować. Ale miała duszę, sumienie i emocje i one nie pozwalały jej być zbrodniarką. Nienawidziła za to swojej matki, a jeszcze bardziej za to, że nigdy nie pomogła jej zrozumieć, kim Noor tak naprawdę jest i porzuciła ją z chaosem samą.
Jej oczy z uwagą i czujnością ślizgały sie po twarzy Anastasiusa. Na tych idealnych palcach swojej ślicznej dłoni mogłaby policzyć razy, gdy jej dotknął. Zawsze uprzednio pytał. Popisywał się wyjątkowo starą galanterią i niektóre teksty miał wyświechtane, aż błyszczały z starości jak wypolerowane kości, ale... to idealnie do niego pasowało. Nie wiedziała o nim wiele, ale była pewna, że duszę ma parokrotnie starszą od niej, co nigdy jej nie odepchnęło. Może przeciwnie... Przyciągało tym bardziej. Patrzyła jak jego większa dłoń i dłuższe od jej własnych palce obejmują nadgarstek, jak zatrzymuje opuszki na nitce, a po chwili wrażenie, że coś ją szarpie w środku i drży w niej, nasiliło się. Wstrzymała oddech, pobladła i już nie tylko opierała się o biurko, ale na nim przysiadła, gdy nogi jej zasłabły.
Noor spojrzała na niego z lekko zmarszczonym czołem, jakby próbowała wyczytać coś z jego słów i z jego spojrzenia. Wciąż czuła na skórze jego dotyk, ledwie wyczuwalny ciężar dłoni i to pulsowanie pod skórą. Nie była pewna, czy to jej wyobraźnia, czy też coś więcej – ten niepokój, który w niej narastał, nie dawał spokoju.
Usuń- Co zobaczyłeś? - spytała cicho, czując, że nie mówi jej o czymś. Nie lubiła tajemnic, nie cierpiała kłamstw i zatajania prawdy.
Wyprostowała się, próbując ukryć niepewność, którą czuła. I niepokój, który był zbyt blisko uczucia, jakiego nigdy więcej w życiu czuć nie chciała i przed którym uciekła do azylu. On trzymał ją za ramię i zaproponował, że ją odprowadzi, a to było coś tak niezwykłego, że musiała go złapać, zanim zmieni zdanie i jej się wymknie. Coś przecież musiało się stać. Wyciągnęła dłonie i zacisnęła je na materiale kamizelki, dwa palce udało jej się wsunąć między guziki pod spód, gdzie przy koszuli zetknęła się z zaskakującą twardością ciała, której się domyślała i nigdy nie miała okazji poznać. Odetchnęła głęboko, czując nadal dziwne i obce mrowienie przy kościach i z wzrokiem wbitym w jego ciemne spojrzenie, wstała z biurka, przybliżając się. Wiedziała, że to, co się działo, wykraczało poza zwykłą relację, a to co zobaczył, lub co wyczuł dotyczy jej bezpośrednio. Po prostu to wiedziała.
- Chodźmy, nie chcę cię zatrzymywać - dodała miękko, nie nalegając na odpowiedź i starała się uśmiechnąć jak najładniej. Żeby nie wzburzać własnych lęków i nie niepokoić mężczyzny. - Pokażę ci, gdzie śpię - dodała jak wcześniej, z prowokującą słodyczą z niedopowiedzeniem tego, co tak naprawdę chciała mu pokazać.
Noor ✨
[W moim założeniu przy tworzeniu też przewinęła się myśl o nietypowej pani psycholog, więc chyba coś w tym jest! :) I wow, Anastasius jest bardzo tajemniczy, wręcz zagadkowy, tak samo jak cała jego historia. Musi być naprawdę interesujący w wątkach. Dziękuję bardzo za powitanie! :)]
OdpowiedzUsuńTove
Noor miała w sobie zbyt wiele uczuć, zbyt wiele emocji i zbyt mocno wpływała na to, co wokół niej znalazło się zbyt blisko. Chaos w jej wnętrzu rwał jej duszę każdego dnia na wszystkie kierunki świata, gdy nie zakotwiczała sie w rzeczywistości czymć, co pozwalało jej poczuć, że żyje i ma swoje granice. Ulegała pokusom, spełniała pragnienia i sięgała po doznania, które zatrzymywały w miejscu jej ciało i studziły pragnienia zmysłów. Jej demoniczna strona, choć silniejsza, była również słabością Była istotą o dwoistej naturze i skomplikowanej aurze i wyciszenie, które opanowała, sprawiało, że delikatnie lżej jej się szło przed kolejne dni, gdy nie narażała mijanych twarzy na obłęd. Nie musiała się starać, by zyskać uwagę, ale nie szukała jej dla własnego spokoju oraz cudzego bezpieczeństwa i to ratowało jej skórę. I nie było w tym nic szlachetnego, żadnej dobroci, zwyczajne pragnienie ciszy i wytchnienia półdemonicy.
OdpowiedzUsuńJej brwi w kształcie idealnych łagodnych łuków drgnęły ku górze, gdy usłyszała to zacięcie w jego głosie. Surowe, jakim nigdy jej nie częstował. On się cofnął, a ona zabrała dłonie zdumiona. Zwykle przekraczała każdą w wyznaczonych granic bezwstydnie z bezczelnie słodkim uśmiechem, ale taki ton... przypominał jej, z kim ma do czynienia. I że nie każdy żart może jej ujść płazem.
- Noor - powiedziała z naciskiem swoje imię, wbijając spojrzenie w jego twarz tak zaciekle, jakby chciała wryć mu się w skórę. - Przed chwilą, nazwałeś mnie Noor - przypomniała cicho, jakby w tej jednej chwili się zgubiła zbyt mocno i upadła zbyt ciężko. Sama była zmienna, raz psotna, raz miękka, a innym razem żarliwie kusząca, ale dzisiaj, w tej chwili szczególnie, Anastasius zaskakiwał ją zupełnie jakby... nie do końca był sobą. Lub pierwszy raz wahał się przy niej i wobec niej. - Nigdy nie przyszedłeś do apteki... a to moje prawdziwe miejsce - zauważyła krótko, pozwalając mu wyciagnąć się z pokoju.
Odetchnęła powoli, zbyt płytko, by poczuć ulgę. Gdy wychodzili z domu, znów miała na sobie swój sweter, ale to ramię męzczyzny chroniło ją przed nocnym chłodem. I mrokiem, który lepił się do jego ramion jak dodatkowy płaszcz, nie dosięgając jej drobnego ciała. Kroczyła w ciszy, próbując wyczuć jego nastrój, lecz był tak szczelnie przed nią zamknięty, że zaczynała czuć gorycz własnej porażki. Nie chodziło o grę, o kolejne spotkania, ani o tę tęsknotę, którą w niej gasił swoją obecnością. Był znów odległy i zostawiał ją samą, zatajał coś, a Noor wiedziała, że taki ton i takie spojrzenie, jakim obrzucił jej pobladłą twarz, to nie zapowiedź przyjemności. Szła więc równie milcząca, opierając sie na nim na tyle, na ile pozwalało jej tempo spaceru i choć nie słychać było ich kroków, a szelest i szum śpiącego azylu, mogłaby przysiąć, że oboje czują spokój i cisza im nie ciąży. A może w tym wypadku nawet odpowiada bardziej, niż jakiekolwiek rozmowy.
Zatrzymała się przy drzwiach sąsiadującymi z drzwiami do apteki. Charakterystyczny zapach leków i ziół niósł się aż tutaj, a Noor nabrała znów powietrza i pozwoliła tym razem ciału napełnić się po brzegi tym, co znało. Napięcie i oczekiwanie z jej twarzy stąpiło, a ramiona swobodnie opadły, gdy uśmiechnęła się do niego łagodnie i ciepło, pozwalając mu się przyzwoicie pożegnać, tak jak umiał i lubił, w staromodnym dżentelmeńskim stylu, który pasował do jego kaszkietu i nie pasował do jej jeansów. Odchyliła głowę w tył, odsłaniając jasną twarz i piekne oczy, a gdy Anastasius się odezwał, minęła sekunda, gdy pojęła znaczenie wyjaśnień. Pętla zacisnęła się na tej drobnej szyi, odsłoniętej i zbyt dleikatnej na mroźny wieczór, a gdy on postąpił krok, ona cofnęła się o jeden, aż poczuła klamkę wgniatającą jej się w plecy. Poczuła, jak serce jej przyspiesza, jak zaczyna dudnić w uszach i pod mostkiem, a dłoń automatycznie zbliżyła się do amuletu, jakby chciała go schować lub od niego odsunąć. Jej oczy szeroko się rozszerzyły, a na twarzy pojawił się cień niepokoju i nieufności.
- Coo...? - wydusiła krótko, mając wrażenie, że to pułapka. - Po co mi to mówisz? Teraz...?
UsuńPoczuła... zagrożenie. Anastasius tymi słowami osaczył ją. Oddech znów miała płytki, a oczy patrzyły na niego obco. Wiedziała, że mówił prawdę, ale to... Czy to wyjaśniało, czemu go szukała? Czy to amulet ją przyciągnął do mężczyzny? Czy to, w co uwierzyła, było jego grą? Zacisnęła drobne palce na nadgarstku, chowając nitkę przed cudzym wzrokiem i ściągnęła brwi. Poczuła się oszukana i schwytana w niewidzialne sidła, w imadło, które sama stworzyła. Nie słyszała już szumu wiatru między domami, nie dostrzegała blednącego półmroku w świetle latarni, gdy wpatrywała się w mężczyznę przytłoczona jego wyznaniem. Bała się, że jeśli Anastasius zbliży się jeszcze bardziej, to ona straci nad sobą kontrolę, a wszystko, co czuła, przerodzi się w panikę. Znał ją od zawsze, od początku i mówił to teraz... Po tych wszystkich spotkaniach, po tym ile razy przychodziła, dopiero dziś...
- Proszę, odsuń się - powiedziała cicho, ale stanowczo, próbując ukryć drżenie w głosie. - To mnie nie uchroniło przed niczym, co do mnie przyszło - zarzuciła mu z pretensją. Czułość jego słów, w ogóle do niej nie przemówiła. Noor czuła, że od zawsze jest sama, a on... on ją sprowadził.
W tym momencie zatrzymała się w bezruchu, próbując opanować oddech, i spojrzała na mężczyznę z mieszanką nieufności i lęku. Zacisnęła usta w zawodzie, złości i żalu i nie czekając na jego kolejny ruch, ani słowo odwróciła się, jednocześnie czując, że musi uciec i że nie może na niego już patrzeć. Przyjął ją na tym świecie i pozwolił do siebie przyjść. Pomógł jej matce dać jej pierwszy oddech i sprowadził na nią tę tułaczkę, której nie pojmowała i która niekiedy była tak ciężka i dusząca, że Noor chciała zniknąć.
- Dobranoc, panie von Weiss - rzuciła cicho, bezbarwnym szeptem, jak ostatnie tchnienie i ledwie musnąwszy palcami klamkę, już zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, cofając się i zapadając w sobie.
Stała jeszcze długo po drugiej stronie, niezdolna się ruszyć, gdy serce tłukło jej i galopowało zbyt mocno, aż czuła ból w ciele, a myśli... poplątane, skołtunione, doprowadziły ją do drżenia i dreszczy. Jej mocje były jak ogień, mogły ogrzać i mogły również spalić. Nie umiała ich ugasić, ani ukiełznać, zawsze znajdowała się na granicy, gdzieś pośrodku. Miała w sobie zarówno siłę, jak i słabość, ale teraz... teraz znalazła się na krawędzi. Anastasius dawał jej spokój, szła do niego po ukojenie, a teraz nie tylko odebrał jej to wszystko, ale zburzył jedną z cegieł podtrzymujących fundament, który pozwalał jej się w azylu zakotwiczyć. Gdy dotarła do mieszkania, jej oczy płonęły siarką i czuła, że jej własna zguba jest coraz bliżej.
Noor 💔
W milczeniu wysłuchała jego słów o pracy na cmentarzu. W końcu wskazała na Oggy’ego.
OdpowiedzUsuń— A on? Skąd się wziął? — ciekawiło ją skąd w miasteczku wziął się kościotrup. Czy Anastasius przybył wraz z nim? Czy nawiązał tą znajomość dopiero tutaj? Jaka była jego historia? Jak powstał? Na pewno przy pomocy magii, to było dość oczywiste, a jednak jego historia ciekawiła Minervę. Zresztą, jak wszystko co było dziwne, mroczne i makabryczne.
— Liszem? — zmarszczyła brwi, nie słysząc wcześniej tego określenia. Słyszała o wilkołakach, czarownicach, kitsune, aniołach, demonach, duchach i różnych innych dziwnych istotach na które się tu natknęła przez te kilka miesięcy swojej obecności, ale jego rasa była jej obca. Nie słyszała o niej w żadnej legendzie, ale stosunkowo krótko należała do świata istot nadprzyrodzonych. Zawsze też trzymała się swojego klanu, nie szukając przygód z innymi istotami. Widząc zielonawy cień, który przemknął przez jego oczy, jej na chwilę zabłyszczały. Znowu zapragnęła dotknąć jego twarzy, ale tym razem, o dziwo, się powstrzymała.
— Moim sprzymierzeńcem był mój ród. — westchnęła, czując ukłucie tęsknoty na samą myśl o wspólnych łowach i opowieściach o nich. — Ale ich tu nie ma. — zaśmiała się gorzko. — Zostali tam, gdzie krew płynie strumieniami… — syknęła z zazdrością, którą szło zobaczyć w jej rubinowych tęczówkach. Cholernie mocno brakowało jej wolności. Denerwował ją fakt, że na każde wyjście z miasteczka potrzebna była zgoda Rady, a jej działania na zewnątrz też były uważnie monitorowane.
Kiedy upomniał ją jak mogło się skończyć wyzywanie innych od psów, trochę jakby spokorniała.
— Masz rację… — przyznała, jakby nieoczekiwanie. Ktoś kto jej nie znał, mógł uwierzyć w tą skruchę. — Szkoda piesków. Chyba bardziej zasługują na miano kundli. — wyszczerzyła kły w szerokim uśmiechu.
Powoli szła za nim, a dźwięk jej wysokich obcasów odbijał się od asfaltu. Milczała przez całą drogę, a widząc czerwony dach, na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech.
— Ładny dom… — skomplementowała, choć jej spojrzenie zatrzymało się na dachu, który przykuł jej uwagę ulubionym kolorem.
Weszła do środka, kolejny raz przekonując się, że mężczyzna ma nienaganne maniery. Rozejrzała się po wnętrzu domu, zapamiętując każdy jego szczegół. Kiedy jednak usłyszała jego słowa i zobaczyła jak otwiera szkatułkę z różnymi ziołami skrzywiła się, próbując stłumić złość i rozczarowanie, które ogarnęło jej ciało i próbowało przejąć kontrolę.
— Jak to?! — warknęła niezadowolona. — Nic nie rozumiesz… — Minerva pokręciła gwałtownie głową, a rude włosy rozsypały się na jej twarzy. Ze złością zrzuciła pelerynę ze swoich ramion, ukazując nagą, aksamitną skórę i głębokie wcięcie także na plecach, sięgające niemalże do linii pośladków. — To nie… — urwała, zdając sobie sprawę, że nawet jeśli mu wytłumaczy, to on nie zrozumie. Nikt nie rozumiał, prócz wampirów z jej rodu. Chodziło o bliskość, o rytuał, o możliwość nasycenia pragnienia poprzez wypicie krwi z żywej istoty.
Z jednej strony miała ochotę rzucić to wszystko w cholerę, wyjść z tego domu i pieprznąć drzwiami tak mocno by wyszły z zawiasów, z drugiej strony miała ochotę rzucić wszystkim, co miała pod ręką, demolując mu dom, z trzeciej zaś chciała wpić się w jego szyję i wypić tyle ile chciała, bez jego zgody. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy, bo Anastasius intrygował ją na tyle, że postanowiła zostać i nie robić zbyt wielkich scen.
— Co to za wampir? — westchnęła zrezygnowana i niewyobrażalnie smutna. Usiadła na kuchennym blacie, naturalnym już dla siebie ruchem zakładając nogę na nogę. Wcięcie w jej długiej sukience ukazało jej jędrne udo. — I co to za eliksir? — wcale nie chciała tego pić, ale to nie oznaczało, że nie ciekawiło jej jak ów mikstura działała.
Minerva Cove
Gdy kąpała się, woda nie łagodziła jej drżenia. Gdy się kładła, potem przewracała kolejną noc po pościeli, ciągle czując, że twarz ma gorącą, a w jej ciele krew zaczyna wrzeć. Wyrzuciła to spotkanie z głowy, gdy kąciki oczu zaczynało zdradziecko piec, ale to nie uspokoiło jej zupełnie. Chaos się burzył, ogień budził, a Noor wiedziała, że tutaj gdzie panują klarowne zasady, nie może stracić kontroli. Miała w azylu stałe miejsce, zadomowiła się dostatecznie, by mieć ulubiony kubek, z którego codziennie rano piła kawę choć ta i tak nie działała pobudzająco, a jedynie parzyła ją w miękki, delikatny język. Miała swoje przyzwyczajenia, jak spacery po cmentarzu w stronę domu z czerwonym dachem i pielęgnowanie granic. Miała nawet swoje układy, jak ochrona za ukojenie i nocne dyżury w aptece. Budowała siebie powoli, ostrożnie i zaczynała ufać nie tylko swojej intuicji, ale samej sobie, choć wiedziała, że swobodna może nie będzie nigdy tak, jak inne istoty pogodzone z swoim przeznaczeniem. Powoli, bo po pięciu latach zdarzało jej się odsłaniać, szczególnie przed liszem, a teraz gdy zrzucił na nią taką informację... To jej kruche zaufanie, to głupie przyciąganie, kiełkujące ostrożnie poczucie bezpieczeństwa, to wszystko wydało jej się zwyczajną gierką, a może urokiem. I zabolało ją to nie dlatego, że zwykle zabawa czyimś kosztem była jej domeną przez paskudną naturę. Zabolało, wzburzyło gorycz i pretensje, bo przypomniało jej kim jest i że nie wie, jak smakuje bliskość i jej komfort. Pozwoliła samej sobie złapać się w iluzję jakiejś mrzonki i to... to dotknęło ją, bo nie była tylko demonem. Nadal była człowiekiem, którego serce bije niekiedy zbyt mocno.
OdpowiedzUsuńW kolejnych dniach pracowała uparcie, zbyt długo i zawzięcie, biorąc się znienacka nie tylko za inwentaryzację towaru w aptece, ale też przy okazji zabierając za pieczołowite szorowanie całego wnętrza, każdej półki w regale, każdej płyty w posadzce i każdego centymetra szklanej gabloty i blatu lady. Starsze kobiety, które kiedyś jako dziecko poznała, mówiły, że złość znajdzie ujście w pracy, a ciężar serca w zmęczeniu, które praca przyniesie. Ręce już robiły jej się nieprzyjemnie szorstkie i suche na kostkach, a twarz półprzezroczysta od zmęczenia i niewyspania, ale Noor nie ustępowała milknąc na powrót tak, jak to miało miejsce świeżo po jej przybyciu do azylu. Zraniona i nieufna. Póki jej krew nie przestanie wrzeć na samą myśl o cmentarzu, albo jego dozorcy, musiała mieć zajęcie, bo ciężar w piersi wciąż nie malał. Spędzała zatem nieprzerwanie dnie i noce w aptece, czasami tylko wracając do mieszkania, aby coś zjeść, przebrać się, wykapać. Spędzała tam każdą chwilę, czasami wpatrując się w drzwi, jakby jednak na kogoś czekała.
Za jego plecami bezszelestnie stanęła Noor, wciąż z oczami pełnymi niepokoju, jakby spodziewała się najgorszego. Ostatnie noce były dla niej coraz trudniejsze, brak snu odbijał się na jej kondycji i ogólnym samopoczuciu, choć nie było to jeszcze widoczne. Czuła negatywną siłę blisko siebie, niepokój, zaczynała być mniej uważna i drażliwa. Morfeusz się całkiem od niej odwrócił, a ona słabła po każdej nocy i zaczynała codziennie coraz bardziej marznąć, jakby ulatywało z niej życie. Pod powiekami czaiło się coś złego, co wyciągało po nią ręce i zaczynała myśleć, czy nie postarać się pomóc samej sobie w sposób, który może sprowadzić kłopoty... To nie był urok, bo to już sprawdziła, ale nie wiedziała, do kogo się zwrócić nie tyle po pomoc, co poradę i odpowiedzi. Potrzebowała odpocząć, zanim jej myśli zaczną błądzić w niepożądane strony, a zmysły miotać się jak wystraszone, dzikie zwierzę w klatce.
UsuńWidząc go z kwiatami, jej twarz stężała, a potem przemknął po niej delikatny uśmiech, jakby rozpoznała coś dawno utraconego. Wyciągnęła dłoń, by musnąć go po łopatce, zahaczyć palcami dłuższe kosmyki opadające na szerokie plecy i westchnęła, nadal nie wiedząc... nic.
- Anastasius... - wyszeptała imię, a jej głos zabrzmiał zupełnie bez kolorów, które mógł znać. - Nie musiałeś przychodzić - oznajmiła cicho, mijając go, nie zaczepiając ramieniem jak zwykle. Nie wiedziała, co tu robił, ale nie zapytała, bo nie miała na to sił. Nie była pewna, czy ma ochotę na spotkanie, a jednak jego obecność sprawiła, że poczuła się lepiej. Lżej. Ciszej w środku. Jednocześnie serce jej przyspieszyło, odzywając się bólem w drobnym ciele, ale teg jak lekko się skrzywiła, nie mógł dostrzec, gdy otwierała odwrócona drzwi.
Zamiast wpuścić go od razu, Noor odsunęła się nieco, oparła ramieniem o framugę i umożliwiając mu wejście do środka, gestem wskazała, aby postąpił te kilka kroków. Poczuła jego bliskość, jego ciepło, ruch, obecność, tak jak chciała. Kiedy przeszedł przez próg, mógł czuć na sobie jej badawcze, ale wciąż zagubione i zmieszane spojrzenie, które miało w sobie coś więcej niż tylko chłód. Intensywna zieleń dziś była bardziej żółta od piekielnej siarki. Dziewczyna zamknęła drzwi, zakluczyła tak, by dźwięk zgrzytu klucza w zamku obił się gościowi pod czaszką i zlustrowała uważnie jego strój, opierając się plecami o drewno. Był jak zawsze elegancki, choć dzisiaj wydawało jej się, że wygląda inaczej. Zacisnęła usta, czekając na to, co ma do powiedzenia i zawiesiła mętny wzrok na jego wargach, na kwiatach, gdzieś w obszarze tatuaży na szyi i na ramionach także, bo nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Nie chciała już kłamstw i nieprawdy.
- Tylko nie nazywaj mnie Dubois - ostrzegła, odzywając się raz, nim znów otuliła ich sylwetki gęsta cisza. Była jak w uśpieniu, czujna, gotowa do samozapłonu, lecz wciąż jeszcze spokojna. Była jak łąka, na której wiatr cichnie przed burzą pod ciemniejącym niebem i on powinien to przeczuwać, skoro tu dotarł.
Noor ✨
Anastasius nie znał jej przez całe jej życie, nie wiedział, że jeden jej uśmiech może sprowadzić na człowieka obłęd i ta siła, jaką w sobie miała, przerażała ją równie mocno, co pociągała. Noor znajdowała się w zawieszeniu, jak uwięziony byt nie mający ani materii, ani ujścia, choć posiadała ciało zakotwiczone w bieżących dniach i nocach. Panowała nad sobą, pozwalając jedynie czasami uciec pojedynczym emocjom, subtelnym gestom, czułemu spojrzeniu, lecz w gruncie rzeczy samą siebie trzymała na uwięzi, na bardzo krótkiej smyczy kontroli. Nie mogła pozwolić nikomu być zbyt blisko, bo nie ufała cudzym sercom, ani słowom. Nie mogły być szczere, jeśli jedna chwila jej uwagi doprowadzała krew do wrzenia, a zmysły do nieuczesania. Anastasius pozwalał jej się rozluźnić, pozwalał jej się bawić w ten słodki, beztroski sposób, który zdradzał, jak czasami jest kapryśna i bezczelna na próbę, badając nie tylko jego granice, ale i swoje własne. Uwierzyła, że on nie tylko może być przy niej wolny, ale pozwala jej smakować tej chwili razem w równym stopniu.
OdpowiedzUsuńPrzy nim mogła się śmiać, mogła zaczepiać, panoszyć się i czuć się bezpiecznie. Mogła nie obawiać się o jego zmysły, pozwalając wibrować własnym. Uwierzyła w to, naiwna. Ale teraz to wszystko wydawało się iluzją, jakby ta nitka, nie była tylko amuletem, ale związała w ich sposób, który deklarował ich porozumienie przez zaklęcie. Urok. A nie prawdę.
Noor słuchała jego słów z napiętym ciałem i zaciśniętymi pięściami, a jej oczy wyrażały tłumiony gniew, który nie dawał się ukryć. Gdy podniósł rękę z bukietem, ona zrobiła krok do tyłu, odwracając się jednocześnie, jakby próbowała się dystansować od tego gestu, od tego wszystkiego, co on reprezentował. Nie wierzyła mu, choć to... to było tak urocze, że znów gdzieś w środku zadrżała rozdarta. Kwiaty niestety były piękne.
-Dlaczego?- wykrztusiła, a jej głos drżał z emocji. - Dlaczego przynosisz mi kwiaty, kiedy wiesz, co się stało? Czy to dla ciebie tylko kolejny sposób, żeby się mną pobawić? Żeby udowodnić, że masz nad wszystkim kontrolę? - prychnęła i ruszyła szybkim krokiem wgłęb mieszkania, do kuchni.
Jej oczy zaszły łzami, a głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzała. Noor nie zamierzała już udawać, że jest spokojna. To, co czuła, przelało się jak gorąca lawa, rozpalając jej słowa i gesty.
- Nie chcę twoich ziół i kwiatów! - krzyknęła, kłamała. - Nie jestem głupia, Anastasius. Wiem, co próbujesz zrobić. Chcesz mi wmówić, że wszystko jest w porządku, że to tylko ochrona, a w głębi serca ja wiem , że to nieprawda. Że to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem! - zarzuciła mu. - Od jak dawna wiesz? - stanęła na chwilę i obejrzała się na niego przez ramię. Jej tęczówki były dzikie, żółte, pełne żalu.
Jej oddech przyspieszył, a ona wpadła do kuchni, zaczynając szukać jakiegoś wąskiego ostrza. Musiała się pozbyć tej nitki, a ta myśl uderzyła w nią tak nagle, że niemal poczuła, jak wybija ją z rytmu. Znalazła pełno łyżek, widelców i łopatek do mieszania. Dwie poleciały w gościa za jej plecami, gdy Noor walczyła z uczuciem pieczenia w piersi, pod sercem i w kącikach oczu. Zagryzła mocno wargi i poczuła, jak policzki jej płoną jeszcze mocniej, gdy powstrzymywała wybuch.
- Nie potrzebuję twojej „ochrony”, ani twojej magii, ani twoich słów, które brzmią jak zaklęcia! Nie jestem już tą dziewczynką! - podniesiony głos nawet jej samej dźwięczał ostro w uszach, gdy nachylała się i szukała uparcie noża w kuchni, którym przetnie bransoletkę i zerwie z nadgarstka. - Nigdy nie byłam niewinna, ja nie powinnam przyjść na ten świat! Więc odpuść sobie te sztuczki, bo nie zamierzam dać się znowu wciągnąć w twoje gry!
Noor odwróciła się gwałtownie, jej ciało drżało z emocji, a w głosie brzmiał już tylko rozczarowany i pełen gniewu ton. W dłoni miała mały, długi nóż, który wcisnęła pod nitki, hacząc i tnąc własną skórę. Zawahała się jednak, nie pociągnęła od razu... Bo on... on dawał jej spokój, za którym wiecznie goniła.
To w co uwierzyła, wydawało się oszustwem. I nabrała się tylko ona.
Noor
OdpowiedzUsuń— Informacja za informacje. Ty powiesz mi, kim jest lisz, żebym dalej nie była taką ignorantką, a ja opowiem Ci co nieco o mojej rodzinie. — ta propozycja wydawała jej się być całkiem rozsądna. Zresztą to jej Stwórca nauczył ją tego, że informacja to władza. Coś, co początkowo miało się za nieistotne, w przyszłości mogło się jej przydać.
Kiedy Oggy podał jej herbatę z maślanym ciasteczkiem, roześmiała się, wyraźnie rozbawiona. Był słodki. Mimo to nie mogła przyjąć jego poczęstunku, bo ludzkie jedzenie nie działało na nią zbyt dobrze. Chwyciła jednak filiżankę z herbatą, bo napoje nie zaliczały się do tej kategori.
— Dzięki. Ale możesz zjeść ciasteczko — wyciągnęła ku szkieletowi maślane ciastko. Cóż, on podobnie jak i ona pewnie też nie jadł takich rzeczy. Mimo wszystko ta scena była dość zabawna.
— Mogę zacząć… — mruknęła, zanurzając czerwonokrwiste wargi w herbacie. Była ciepła i ziołowa. Zdecydowanie do niej nie pasowała. Widok jej sączącej herbatę był dość abstrakcyjny, ale czego nie robi się, aby zdobyć przyjaciół? — Pochodzę od wampirów pierwotnych. Dzielą się na pięć różnych klanów, każdy utożsamia się z czymś innym… — zaczęła, odstawiając filiżankę tuż obok swojego uda. — Mój ród to Krwawi Łowcy. Uwielbiamy polować… Jesteśmy hedonistyczni i nie uznajemy beznamiętnych zabójstw. Krew, którą spożywamy, musi być naładowana emocjami: strachem, podnieceniem, ekscytacją albo nadzieją. Wtedy smakuje najlepiej. — uśmiechnęła się ze słodyczą. — Lubimy przenikać do życia i środowiska ofiary. Być jej przyjacielem, kochankiem, wybawieniem. — jej palce powoli przesunęły się wzdłuż szyi w dół. — Picie krwi z saszetki, kłóci się z naszą naturą. Wolę być głodna niż pić krew z worka… — skrzywiła się na samą myśl. — Zazwyczaj nie piję krwi w Azylu. Czasami… mam Łącznika, który dostarcza mi krew, naładowaną różnymi emocjami. — wzruszyła lekko ramionami. To nieco odbiegało od jej zasad, ale wciąż było lepsze niż picie krwi, nie posiadającej w sobie żadnych emocji. Oczywiście w całej tej historii pominęła Ród Cieni, do którego pierwotnie należała. Wspomnienia o nim były bolesne i wciąż żywe, a ona nie miała zamiaru przyznawać, że została odtrącona przez swojego Stwórcę. Było to bowiem upokarzające i całkowicie niepotrzebne.
— Wegetarianinem?! — krzyknęła, wyraźnie zszokowana. Początkowo myślała, że chodziło o picie zwierzęcej krwi (fuj), ale gdy okazało się, że nawet jej nie pił, była jeszcze bardziej wstrząśnięta. — Z czego to w ogóle jest zrobione? — prychnęła nieco pogardliwie. Cały ten eliksir wydawał jej się abstrakcyjnym rozwiązaniem. Była zbyt pierwotna i dzika, by to zrozumieć. — Masz dziwnych przyjaciół. — skwitowała.
Kiedy jej oczom ukazały się tatuaże, które mężczyzna miał na rękach zeskoczyła gwałtownie z blatu i stanęła tuż naprzeciwko niego. Przesunęła palcami po wzorach tatuaży, wpatrując się w nie, a później w jego oczy.
— To do Ciebie nie pasuje. — stwierdziła, opierając się biodrem o stół przy którym pracował. Obserwowała dokładnie jego ruchy i wdychała zapach ziół, które dodawał do mikstury. — Ja nie mam ani jednego. Pokazać Ci? — ciężko było stwierdzić czy żartowała, czy mówiła serio. Jej palce przesunęły się po ramiączku sukienki, pozwalając mu opaść w dół. Ewidentnie go prowokowała i badała granicę.
— Nie wiem. — zaśmiała się gorzko, będąc z nim całkowicie szczera. — Nie pamiętam swojego pierwszego dnia tutaj. Nie pamiętam, co mnie tu sprowadziło, czy raczej kto… — zmarszczyła brwi. — Ktoś wtrącił mnie do więzienia i myślał, że mnie tym zniszczy. — obróciła się do niego plecami, podchodząc do okna. Spojrzała na rozgwieżdżone niebo i księżyc w kształcie rogala. — Pewnego dnia dowiem się, kto za tym stoi. — zacisnęła dłonie w pięści, czując jak zalewa ją gorąca fala wściekłości, która tylko wzmagała jej głód. Odwróciła się do niego przodem, pośladkami opierając się o parapet. — Wtedy zabiję każdego z jego bliskich. Na jego oczach. Później zajmę się nim w odpowiedni sposób. Powoli. Będę rozkoszować się każdą chwilą jego cierpienia i bólu. Będę spijać ten ból, poczekam aż się uleczy, by zadać go ponownie. Na koniec poderżnę mu gardło. — w jej oczach błyszczała nienawiść i chęć zemsty. — Ale najpierw, muszę znaleźć tą osobę. — westchnęła, powoli uspokajając emocje. — A to cholernie trudne. Dla mnie. Dla osoby, która uwielbia łowy… Więc ta osoba doskonale mnie zna. Moje zwyczaje. Moje metody. Albo przez długi czas mnie obserwowała. A ja pochłonięta moim życiem i pędem za krwią, jej nie zauważyłam. Ona mnie upolowała — przegryzła swoją dolną wargę aż do krwi. To była niezła ironią losu. I przegrana, która godziła w jej olbrzymie ego. To wyznanie dużo ją kosztowało, emocji i złości, ale czy bez niego mogła odpowiedzieć na jego pytanie? — Ty zaś wydajesz się być tu całkiem zadomowiony. Ładny domek z ogródkiem. Przyjaciel szkielet. Chyba lubisz takie nudne, spokojne życie? — zapytała nieco zaczepnie.
UsuńMinerva Cove
Z perspektywy Noor, amulet wyjaśniał dlaczego od początku przychodziła na cmentarz i dlaczego Anatasius nigdy nie był w stanie jej odepchnąć. Nie miało to w sobie większej magii? Nie miało na nią wpływu? Nie mogła w to uwierzyć, bo tam gdzie się pojawiała, szła za nią zguba, jak cień nieszczęścia. Anasti był albo odporny, albo to wszystko wokół nich nie było prawdziwe. A ona bardzo, bardzo chciała, aby prawdziwe było i pozostało. Jak te kwiaty, od których się odwróciła, choć gest był wyjątkowo miły i drogi, szczególny.
OdpowiedzUsuńByła na rozdrożu, z jednej strony zmienna i trudna do zrozumienia, z drugiej zaś pragnęła akceptacji, choć do tego nie potrafiła się przyznać. Chciała, aby nie uciekał, gdy dojrzy jej światło i mrok i żeby zrozumiał, że w niej to jest jedność. Był od niej starszy, a na pewno dojrzalszy, umiał dostrzec w niej zarówno dziecięcą niewinność, jak i dorosłą zuchwałość, nie udawał, że jest inaczej, ale ona nie potrafiła od niego tego przyjąć. Uciekała i chowała się przed tym, kim jest, bo przecież nie niosła z soba nigdy nic dobrego. A teraz... wydawało jej się, że nitka zakłamała to, w co uwierzyła. I że jej szczególna słabość do dozorcy cmentarza to część tego, co sam zaklął w amulecie.
Znienacka oplotły ją silne, długie ramiona, a przy swojej drobnej sylwetce poczuła znajomy zapach i nieznane ciało. Silne i duże, twarde i stabilne. Takie, które daje dom, o którym ona nie ma pojęcia. Kiedy stanął tak blisko? Zadarła głowę, łapiąc oddech drżąco i z zdumieniem, a ostatnie nieprzespane noce i koszmary sączące się w nią każdą możliwą szczeliną nieprzespanych czasów, dobitnie dały o sobie znać, wbijając bolesne szpile pod czaszkę Noor. Zacisnęła usta, uderzyła go wolną dłonią w tors, a po chwili obydwie bezwiednie i machinalnie zakleszczyła na ubraniu Anastasiusa, ciągnąc czarny materiał do siebie jeszcze bliżej. Spojrzała na niego z mieszanką gniewu i zranienia, jej oddech był ciężki, a oczy pełne łez, które próbowała powstrzymać. Jej temperament, wybuchowy i pełen sprzeczności, dawał o sobie znać w tej chwili bardziej niż kiedykolwiek przez zmęczenie, ale przede wszystkim dlatego, bo miała przed sobą nie obcą, przypadkową osobę, ale jego. Z jednej strony chciała od niego uciec, od tej bliskości, od słów, które rozbijały ją na kawałki i w które nie wierzyła, a z drugiej strony pragnęła, by został, by ją trzymał i powiedział, że wszystko będzie dobrze i że może mu zaufać. I do żadnego z tych dwóch nie chciała się przyznać, kolejny raz milknąć w sobie.
- Puść! - rzuciła groźnie, gdy w jej oczach zabłysło siarkowe złoto, a długie, szczupłe palce objęły go w kontrze do słów mocniej. - Nie masz prawa! - Poruszyła się raz a później drugi, w dreszczach i spazmach z zaciśniętymi zębami mamrocząc przekleństwa, próbowała się uwolnić. Nagły i niespodziewany dotyk sprawił, że się spięła. To czego sama nie inicjowała, na co nie wyrażała zgody przypominało o najgorszych pęknięciach, jakie w sobie miała. Ale ustąpiła, gdy nie robił nic więcej, gdy dawał jej tylko czas i nie reagował na jej groźby czy krzyki.
- Przecież nie powinnam... Tacy jak ja umierają, nim się urodzą - wydusiła, próbując opanować drżenie głosu, próbując jeszcze się sprzeciwić, choć w głębi duszy wiedziała, że ta chęć odpychania jest tylko maską. I jest wycieńczająca. Bo już się urodziła i chciała żyć. Spojrzała na nadgarstek, na gołą skórę i przełknęła ślinę z obawą, że zaraz wszystko pęknie. Ich znajomość, nocne odwiedziny, strzępki rozmów i zawsze smaczniejsza niż pijana samotnie herbata.
UsuńJej temperament, który potrafił wybuchnąć z niczego, teraz był jak lawa gotowa wylać się na zewnątrz, ale jednocześnie była też tą samą Noor, która tęskniła za spokojem i zrozumieniem. Tą, która potrafiła dochować cudzych tajemnic i udając obojętność okazać troskę. Czasami czuła się, jakby była dwoma różnymi osobami, jedną, pełną ognia i niepohamowanej energii, drugą zaś, cichą i zagubioną, której nikt nie rozumiał i która sama nie potrafiła za sobą nadążyć. Jej emocje były jak burza, która nigdy nie zna granic, a ona bała się, że kiedy się w nią wplączę, to już nigdy nie wróci.
- Nie wychodź - powiedziała natychmiast wyraźnie, a jej dłonie jak dwa pająki, blade i szybkie, przebiegły po czarnym materiale marynarki w gorę. Noor objęła Anastasiusa za szyję, wplotła jedne z tych palców, które na sobie czuł, w długie kosmyki mężczyzny i zatopiła spojrzenie w ciemnych paciorkach jego oczu. Zadbane paznokcie oplotły jego kark i krótki oddech uciekł spomiędzy rozchylonych nadal drżących kobiecych warg, by musnąć jego twarz, gdy wspięła się na palce.
Nadał była zła, ale wystraszona również i szala się przechylała nadal. Nie próbowała opanować chaosu, który się w niej kotłował, przecież to była ona. Wiedziała, że jest jak wybuchowa mieszanka, której nie da się łatwo okiełznać gdy emocje biorą górę, ale to one ją tworzyły.
- Jestem jak ogień i woda naraz - powiedziała szeptem, pożaliła, a jej głos był cichy, gdy trzymała go przy sobie tak, jakby to nad nim trzeba było mieć kontrolę. - Chcę cię widzieć... Nie odchodź - powtórzyła, pozostając blisko na czubkach palców, czując jego skóre, jego oddech, jego bliskość.
W jej oczach pojawiła się iskra nadziei, choć jeszcze nie była pewna, czy chce, by on to dostrzegł. W głębi siebie wiedziała, że to właśnie w tych sprzecznościach tkwi jej prawdziwe ja, i choć czasem się bała, że ta natura ją zgubi, to jednocześnie nie chciała się jej pozbawiać.
Noor, już nigdy więcej panna Dubois
[Ja mam całą masę pomysłów i widziałabym wiele ciekawych wątków na linii Anastasius - Aurora, ale chwilowo tak się zakopałam w ich ilości, że nie podołam kolejnemu.
OdpowiedzUsuńObiecuję jednak, że jak się zrobi luźniej, to przybędę i będę walić drzwiami i oknami, żebyście mnie wpuścili. ♥]
Rory Nielsen
Nie oczekiwała od niego niczego, bo nie miała do niczego prawa ani obowiązku i to sprawiało, że na duchu czuła lekkość. Bo nigdy nic nie musiała, a chciała go widzieć, szła na cmentarz i do domu z czerwonym dachem swobodna, wolna, troszkę chcąc nagiąć ich grzeczne granice dla bliskości, a troszkę uwolnić sie od chaosu, który wzburzony kotłował się w niej każdego dnia. Koił ją, nie oceniał, akceptował i przyjmował taką, jaką się narodziła i stała. On był kimś, kto dawał jej chwile swobody i oddechu swoim towarzystwem, ale bała się w tym momencie, że to wszystko jest iluzją i efektem amuletu... magia żyła swoim życiem, nie nad każdy urokiem i zaklęciem można było przecież panować. On tego nie rozumiał i widziała, że nie rozumie jej w tej chwili.
OdpowiedzUsuńNoor spojrzała na niego z wyczerpaniem i rozdarciem w oczach. Jej oddech był nierówny, a ciało drżało w gorączce walki, jakby każda kolejna chwila przynosiła więcej ciężaru, niż była w stanie unieść. Spokój był kolejnym pozorem, którym sie otuliła. Wiedziała, że słowa Anastasiusa są prawdziwe, że nie chciał jej skrzywdzić, ale to nie zmieniało faktu, że odczuwała się jak rozszarpana na kawałki, pełna sprzecznych emocji i skołtunionych myśli. Ten wybuch i nieprzespane noce spijały z niej siły, których miała w sobie coraz mniej. Wszystkiemu winny był lęk, ta ogromnie niewdzięczna i trudna wrażliwość i poczucie, że samotność jest jej własną trucizną.
Oparła policzek na jego piersi, gdy poczuła jak obejmuje ją ramieniem. Zamilkła, pozwalając mu mówić i przewodzić. Odetchnęła głebiej jego zapachem, rozluźniając uchwyt palców i wypuszczając go z swych objęć. Nie zasłużył na to, by obejmowała go w lękach. Ciepła dłoń na wąskiej talii przez ledwie moment przyjemnie jej ciążyła, a Noor chwytała się tych chwil i doznań tak, jakby nie była demonem, a ofiarą piekielnych czarów. Wiedziała dlaczego i wciąż to odpychała. Potrzebowała, aby został z nią na zawsze. Nie powiedziała tego, nadal milczała. Przyjmowała jego dotyk, zaskakującą delikatność i czułość w gestach pełnych troski, ładne słowa i spojrzenie, które dotykało jej głebiej. Był dziś odmieniony, ale tak naprawdę dostrzegała to już wcześniej. Od dawna. Chłonęła jego obecność, czując że drży już odrobinę mniej, a powieki też już jej nie pieką. Policzki nadal rumiane i żywe paliły, ale poza tym gwałtowna burza emocji opadała, a Noor odzyskiwała równowagę.
- Wiem, że nie chcesz mnie zranić... - przyznała cicho, patrząc z uwagą i na powrót trzeźwością w zielonych oczach, jak zostaje w koszuli i jak mankiety opinają się nad nadgarstkami, gdy usiadł obok. Nie wiedziała, kto jeszcze życzy jej dobrze, ale w to mu wierzyła, on nie chciał jej krzywdy.
Przestał jej dotykać, więc tym razem ona dotknęła jego, bez nerwów, bez gwałtowności i świadomie. Wyciągnęła dłoń, a chłodne, delikatne, jasne palce musnęły jego kostki i Noor oparła opuszki na drobnym guziku, bawiąc się nim. Błyszczał jak kamyczek i łatwiej było jej się skupić na tym, niż na wyrazie oczu Anastasiusa, bo dziś się w nich topiła. Marynarka spoczywała na oparciu kanapy obok, wydawało się, że tu pasuje. Noor usiadła bokiem na krześle, aby mieć mężczyznę przed sobą, wsunęła smukłe długie nogi pod nie i jeszcze przez dwie długie sekundy zbierała słowa. Nazwał ją imieniem przed chwilą ledwie dwa razy, a czuła, jak delikatne ciepło mrowi ją przy mostki. Jakby był bliżej. Nie było jej wstyd za to, co zrobiła, ani jak się poczuła i co przez to powiedziała. Była autentyczna w swoim chaosie, nie udawała przed nim nigdy nikogo innego. Sądziła, że nie musi...
Usuń- Kiedy powiedziałeś, że to w twoich ramionach zapłakałam pierwszy raz, poczułam, że to czego chce, nie jest moje. Że to twoje czary nas związały i kazały się spotkać - przyznała, mając wrażenie, że w półmroku pokoju w którym nie zapaliła światła po tym gwałtownym wejściu ich oddechy migoczą, wiążąc ich w sieci wzajemnej szczerości. - Szukałam cię zawsze, gdy koszmary zaciskały mi pętle na szyi, bo potrafisz mnie ukoić, ale ten amulet... A co jeśli to nie ja i nie ty, tylko ta magia mnie przyciąga? Boję się, że to nie moje myśli i moje uczucia, ale zaklęcie mnie do ciebie prowadzi - wyznała tak cicho, że szept osiadł na ramionach Anastasiusa niemal bezdźwięcznie. Jej oczy błyszczały, jak dwa zimne szmaragdy, ale mógł słyszeć, jak głośne i gorące ma dziewczyna serce. Poniekąd już z wszystkiego mu się wyspowiadała.
Była pełna pasji, zanurzona w uczuciach, które rozświetlały jej codzienność, ale w tym wszystkim nadal przetaczał się mrok i coś co ozięble ślizgało się po jej kościach. Nie mogła od tego uciec, to ją tworzyło. Muskała drobny guziczek mankietu, docierając skórą po materiale do skóry Anastasiusa, a spojrzenie miała utkwione w ciemnym tuszu, którego skrawek widziała na nadgarstku i dłoni.
- Może jeśli zabierzesz tę nitkę, następnym razem przyjdę ja... a nie los, który dla mnie zakląłeś - powiedziała jeszcze, oddychając głebiej i prostując sie, by unieść spojrzenie i dotrzeć do jego oczu. - Nóż jest bardziej spektakularny od nożyczek, aby rozciąć bransoletkę - dodała, zerkając jeszcze na sekundę na swoją skaleczoną rękę. Nie zrobiłaby krzywdy sobie, jeśli o to się martwił, nie była przecież wariatką.
Czuła pod palcami jego skórę i tusz, ale nie odsuwała się, bo nie chodziło o dotyk, a o to, jakie to wszystko jest prawdziwe. Szczere. A ona tak bardzo się bała, że tylko ulega magii, że nie ma nic swojego, że zaczynała walczyć. Jako pół-demon, który syci się spełnionymi pragnieniami, nie priorytetyzowała cielesności, choć tymi ścieżkami szło jej się najłatwiej, gdy chciała poddać się swojej naturze. Ale nie poddawała się, pozostawała w półcieniu, otoczona świetlistymi iskrami dnia, nie ulegała nawet samej sobie i tym słabościom, które mogły doprowadzić do zguby.
- Martwisz się o mnie? - uniosła delikatnie brwi do góry i kącik jej ust zadrżał, bliższy dziś uśmiechu niż kiedykolwiek. Przesunęła się na skraj krzesła i lekko pochyliła, czując że uporczywe zmęczenie i niewyspanie nadal prowadzi do bólu w ciele i pod czaszką. - Chciałabym, abyś to był ty, a nie talizman... to co mnie do ciebie przyciąga, Anasti - przyznała miękko, lustrując to, jak chłonie jej słowa i jak bardzo dziś pozwala jej być tutaj swój.
Noor ✨
Był jej portem w morzu, które rozrywają huragany codzienności. Gdy ona sama nie umiała rozpostrzeć swoich żagli, czekał z nia na wiatr, pozwalał popełniać błędy i się odnaleźć, zgubić się i wrócić - lub nie. Był cierpliwy i wyrozumiały, przyjmował każde jej słowo i spojrzenie, pozwalał testować gesty i znosił słodycz, gorycz, bezczelność i nie tylko próby, ale świadome ruchy przekraczające granice, które dawno skruszały przy wspólnych nocach pełnych cichych rozmów i czystej obecności. Noor była odważna i nie wahała się iść w jego stronę, nie musiała uważać że go zrani tym, co w niej drzemie. Porzucała wstrzemięźliwość i niepewność, ostrożność w którą ubierała każdy gest przed innymi i była sobą w pełni, nawet jeśli to było niezrozumiałe i trudne. Powoli odkrywała, co oznacza odsłaniać się i ufać, a choć jednocześnie przebijała się przez jego gardę, trzymała momentami swoją wysoko dostatecznie, aby nie dostrzegł ile już mu dała. W jego niezrozumieniu odnajdywała ulgę. Uczyła się samej siebie z spokojem, że nic jej nie zarzuci. Bo niczego od niej nie oczekiwał i to zarazem ją drażniło, jak i koiło zmierzwione niepokoje.
OdpowiedzUsuń- Mówisz o uczuciach... - zaczęła i urwała w pół zdania. W ostatniej chwili, by nie wytknąć mu, że nie ma żadnych, bo to byłoby kłamstwo. Przecież był tu z nią. Trzymał ją za rękę, pozwolił wybuchnąć i przyjął na siebie całą tego siłę. Sprawiał, że jej własna burza się wyciszała, ale jednocześnie chaos się zapętlał w ciasny węzeł pod mostkiem. Rozgonił chmury i przynosił nowy wiatr, niespokojny i trudny. Miał uczucia, całą gamę i odsłaniał je również w niej.
Uparcie twierdził, że nie łączy ich magia i naprawdę chciała mu wierzyć, Ale chciała również się o tym przekonać, poczuć to i zaufać sobie ponownie. Zaufać swojej nadziei i temu, jak drobne marzenie w niej kiełkowało od dłuższego czasu, nieśmiało, ale jednak mocno się zakorzeniając. Słuchała go i nie mogła nie uśmiechnąć się delikatnie, bo ten jego upór... rzadko go takim widziała. Rzadko tyle razy się powtarzał. Był uroczy i naprawdę ją rozczulił, co dostrzec mógł w jej spojrzeniu, błyszczącym gdy na niego patrzyła, ale i wciąż zmęczonym.
- Wiele rzeczy jest prostszych, gdy się je nazwie... ale niekiedy nie istnieją odpowiednie słowa - powiedziała cicho, oddychając głębiej i patrząc jak skaleczenie znika, a długie palce Anastasiusa dotykają jej skóry. Nigdy jej tak nie dotykał, nie jak dzisiaj. Nie był to dotyk nachalny i nieprzyjemny, ale czulszy, uważniejszy. Noor miała wrażenie, że coś się zmienia, choć nieustannie wisi między nimi nieprzekraczalna linia i niewypowiedziane porozumienie. To, którego nie potrafiła pierwsza zburzyć, choć pragnęła tego tak mocno, aż czasami bolało ją całe ciało.
Wyciągnęła dłoń i musnęła opuszkami jeden dłuższy kosmyk Anastasiusa, który miała bliżej siebie. Jej gest był płynny, spojrzenie uważne, ale czaił sie w niej wciąż cień niezrozumienia i wahania.
- Mam nie dotykać noży? - przechyliła głowe, przesunęła się na brzeg krzesła i spojrzała z dołu w ciemne, przenikliwe oczy swoimi jasnymi jak kryształ z zaklętego dna jeziora. - Czy to znaczy, że mam do ciebie przychodzić częściej? Że będziemy razem gotować i jeść? Że otworzysz moje przesyłki? - nie nabijała sie i nie kpiła, złapała się jego troski jak swojej nadziei. Czy tonęła?
Na jej miękkich rysach położyło się zdumienie splątane z czułością, poczuła jak kolejne uderzenie serca odzywa się głośniej i wprawia jej ciało w ożywienie. Brwi się uniosły, w oczach coś drgnęło, rozchyliła usta, by złapać więcej powietrza. Zacisnęła palce nad jego nadgarstkiem, jakby już chciała go zatrzymać. Nadal tu był, siedział przed nią, nie wychodził, a Noor już gotowa była za nim wstać. Wstała. Podeszła jeszcze krok, jej kolana obiły się o jego, kiedy pochyliła się w kierunku lisza i zawisła przy jego twarzy. Szeroko otwarte oczy zatonęły w jego, sięgając pod spód, tam gdzie ukrył resztę.
Usuń- Nie boję się ciemności, śmierci ani zgnilizny - zapewniła cicho, czując że choć głos jej nie zadrżał, drży w niej wszystko. - Mam w sobie mrok, którego nie znasz i wiem, że ty masz w sobie światło, choć sam go sobie odmawiasz... Jest we mnie chaos, który mnie pochłania, ale ty... ty niesiesz spokój - powoli pokręciła głową, jakby nie wierzyła, że tak otwarcie i szczerze rozmawiają. Ona, wieczna uciekinierka prawdy i on, zamknięty przed innymi i o krok przed śmiercią.
Przygryzła wargę, niepewna i może nawet wystraszona tym, co chce powiedzieć. I tym co czuje. Uciekła spojrzenie w bok na zbyt krótko, by było to wahaniem, dostatecznie długo, by zrozumiał, jak jej ciężko nie uciekać. Spojrzała na jego dłoń, na swoje zaleczone skaleczenie, pogładziła jego skórę przez materiał koszuli i zahaczyła o ten malutki guzik w materiale przytrzymujący mankiet. Uniosła obydwie dłonie i objęła jego twarz, wciąż stojąc blisko, pochylona i słodko spokojna. Znów taka, jaką znał, bez szaleństwa i niepokoju, bez strachu i złości z niezrozumienia.
- Nie chciałabym nigdy zapomnieć ciebie - oznajmiła, nie rozumiejąc czemu ciągle mówi o sobie, że jest stary. I czemu wciąż ucieka. Widziała go przecież, znała, ciało było tylko naczyniem. - Nie musisz się bać, bo ja nie zniknę - zapewniła łagodnie i miękko, czując pod sercem miłe ciepło. To była jej obietnica.
Miękkie opuszki, chłodne i delikatne, musnęły go po policzkach, gdy cofnęła dłonie powoli, choć nie ruszyła sie o krok, a jej oczy zatrzymane w jego spojrzeniu nie już nie uciekały.
Noor ✨
Był trudny i zamknięty w sobie, nie ulegał innym, nie poddawał się pustym konwenansom, pozostawał wierny sobie, swoim przekonaniom i dbał o własny spokój, nie odpowiadał wedle oczekiwań, ignorując je. Te wysokie mury, który musiał wznosić wokół siebie latami nie wyglądały ani odpychająco, ani nie zniechęcały Noor. Przebijała się przez kolejny bariery uparcie, konsekwentnie, z swoim własnym urokiem i nieznaną motywacją. Nie musiał tego rozumieć, bo ona sama nie rozumiała, a teraz... teraz miała nadzieję, że amulet - ten drobny sznureczek wiele lat oplatający jej szczupły nadgarstek, że to nie miało z tym nic wspólnego. Nigdy się nie modliła, nie wierzyła w bogów, ani wielkie siły, ale może teraz zacznie... kto wie.
OdpowiedzUsuńBył naukowcem i na trzeźwo chciał wszystko mierzyć, badać i analizować. Noor była przeciwieństwem naukowego podejścia do życia, była niezbadaną, w niej samej dane zaistnienie były sprzeczne, nielogiczne a kierowała się niemierzalnymi uczuciami. Nieprzewidywalne, często nieuporządkowane i nieujarzmione, wymykały jej się z rak i targały nią bez kontroli o logiki. Noor to lubiła, nie walczyła z tym, choć często się w tym chaosie miotała, ale to pozwalało jej czuć, że żyje. I że wszystko wokół pozwala jej odbierać świat w wyjątkowy, intensywny, czasem dziwny sposób.
Wydawał się momentami nieśmiały, dopiero teraz to dostrzegała, choć nie oceniłaby go tak, mając za zadanie opisać charakter Anastasiusa. Możliwe, że to ona sama troszkę go peszyła, lub po prostu osłabiała tym, jak sobie z nim niekiedy igra, lub jak bardzo bawi się, pociągając za struny jego cierpliwości, albo jak dziś szamocze się trudna do okiełznania. Była dziś blisko, czuła jego dotyk, jego ramiona i dłonie, ciepły oddech nad uchem łaskoczący w policzek i może... może oczekiwała jeszcze czegoś więcej. Innej, wyjątkowej bliskości. Bo wiedziała, jak odbiera ją świat, wiedziała i czuła, jak potrafi złamać najsurowsze przyrzeczenia... Anastasius przy niej nigdy nie ulegał, nigdy się nie łamał, był stały, niezmienny... I to przynosiło jej ten spokój, o którym ostatnio mówił. Mogła mu ufać, bo nie działał na niego czar jej natury, a więc jeśli chciał być blisko, było to prawdziwe i wychodził od niego, a nie z jej wpływu.
Uśmiechnęła się, a coś ciepłego przebiło zieleń na jej tęczówkach, gdy dokładnie wyjaśniał kolejne tematy i tym razem zahaczył ten o jedzeniu. Jego dosłowność była zabawna i rozczulała ją. Skoro uznawał, że przychodziła wtedy, gdy sama miała na to ochotę, nic już nie mogło jej zatrzymać przed kolejnymi odwiedzinami, choć musiała i chciała naprawdę dać sobie czas. Chciała się przekonać, czy to nitka, czy to oni tworzą tą magnetyczną siłę przyciągania. I w środku bardzo się bała, że żyją w ułudzie... Ale nie poruszyła już tego tematu. Czas pokaże, dokąd idą.
Widziała jak drgnął, jak zacisnął szczękę i jak napiął ramiona, gdy dotknęła jego twarzy. To był ten moment, gdy burzyła jego granice bezczelnie i bez słodkiego, radosnego uśmiechu, gdy sięgała po niego tak, jakby już należał do niej. Z powagą i uwagą w spojrzeniu. Nie cofała się i nie wahała w tych ruchach.
- Nigdy nie zabroniłam ci się poznać... pozwalam ci na naprawdę wiele, to ty się wahasz i z tego nie korzystasz - zauważyła bardzo spokojnie, tonem tak opanowanym, jakby tylko to jedno zdanie studiowała przez rok. Wpatrywała się w jego oczy jeszcze chwilę, chcąc aby zrozumiał, że nie wiążę ich nic, żadna obietnica i żadne oczekiwania, ale to nie stawiało również żadnej ściany między nimi.
Zadarła głowe, gdy Anastasius podniósł się z kanapy i nagle nad nią zagórował. Lekko przechyliła ją w bok, aby poczuć na twarzy jego palce, aby nie tylko włosy ale i żywa tkanka skóry mogła poczuć to, jaką siłę ma w dłoni. Opuściła na chwilę powieki i odetchnęła głeboko, powoli, kontrolowanie. Gdy wspomniał o braku snu, wróciło do niej zmęczenie, a ramiona lekko jej opadły. Opuściła gardę do końca. Czuła, że maleje przy jego wysokiej sylwetce i nie ma się czego obawiać. Martwił się i pilnował jej... nie pamiętała, kto tak o nią dbał przez ostatnie lata.
- Chcesz herbaty... - podchwyciła, trochę tak jakby ją tym zawiódł, bo liczyła na coś innego. Nie było tu żadnych oczekiwań, nie takich które wypowiadali na głos, ale Noor od dłuższego czasu patrzyła na niego inaczej, a gdy on pozwalał sobie na więcej znaczących rozmów, słów i bliskości, granice między tym co wolno i co poprawne zaczynały się mocno zacierać, wkradała się nadzieja i dostrzegała jeszcze coś do tej pory nieuchwytnego, a nawet niewyobrażalnego. Nie była dobra w rysowaniu granic, a jeszcze gorsza w tworzeniu ich na nowo, więc pozwalała mężczyźnie odnaleźć się przy niej, choć to jak długo namyślał się nad każdą sytuacją i czego naprawdę chce... było irytująco powolne. Ale dziś powiedział wprost, że chce być obok, mimo obaw, które ona sama uważała za irracjonalne. To zmieniało więcej, niż mógł sobie wyobrazić i Noor wiedziała, że dla niej samej będzie to trudne... przez tę przeklętą nitkę i strzępki niepewności, jakie nadal truły ją od spodu.
UsuńChwyciła go za dłoń i musnęła palcami nieco szorstkie kostki nad palcami Anastasiusa. Poczuła, jak w jej sercu coś mięknie, jakby cały ten ciężar, który nosiła od dawna, nagle się rozpuścił, choć jeszcze nie potrafiła tego dokładnie nazwać. W jej głowie zrodziła się myśl, że może jednak nie jest sama w tym wszystkim, że ktoś ją rozumie, nawet jeśli nie potrafi wszystkiego wyrazić słowami. Pomyślała, że może Anastasius jest jej lustrem - tak jak ona odbija ludzkie pragnienia, on dostrzega i odzwierciedla jej, tym razem szczerze bez pozorów.
- Wstawię wody - powiedziała, cofając się do kuchni i pozostawiając go samemu sobie, aby mógł rozejrzeć się po jej mieszkaniu, w którym był przecież pierwszy raz.
Wiedziała, że nie zaśnie ani tej nocy, ani przez kilka kolejnych, a mimo to nie wyprowadziła go z błędu. Jeśli chciał poczekać, aż przyjdzie od niej Morfeusz, będą mogli spędzić razem więcej czasu. Wstawiła na kuchenkę czajnik, wyjęła dwa duże ceramiczne kubki z szafki nad głową. Uśmiechnęła się delikatnie do samej siebie, czując, że powoli odpuszcza część tego napięcia, które ją paraliżowało od dłuższego czasu, a szczególnie od ich ostatniej rozmowy. Wróciła do pokoju i zabrała kwiaty, które leżały porzucone na stoliku w przejściu, po czym od razu zanurzyła w nich twarz.
- Są cudowne, piękne, ładnie pachną. Dziękuję - odezwała się, mijając go kolejny raz, aby znaleźć zaraz w kuchni jakiś wazon, albo naczynie do wstawienia bukietu. Znalazła garnek, wysoki, spory, nalała więc do niego zimnej wody i w takim oto stanie kwiaty postawiła na środku pokoju w metalowym emaliowanym garnku, białym, w kolorowe kropki. - Piękne - powtórzyła i parsknęła śmiechem, odwracając się nagle do Anatasiusa, aby objąć go mocno i nie tylko się przytulić, albo schować się w jego sylwetce. Nigdy nie dostała kwiatów. Nie tak jak dzisiaj.
Zatrzymała dłonie na jego plecach, nie pozwalając ani jemu się ruszyć, ani siebie odsunąć. Wiedziała, że takie zrywy i spontaniczny dotyk znienacka to coś, czego nie lubił, ale zapiekły ją oczy i nie chciała, aby dostrzegł teraz zbyt wiele. I tak dostrzegał, ten jeden raz mogła mu uciec.
- Ty sie nie boisz niczego... ale ja się boję wielu rzeczy, Anastasiusie - powiedziała cicho, prosto w jego ciemne ubranie, o które ocierały się jej wargi z każdym słowem.- Boję się, że przestaniesz się kiedyś martwić. Boję się, że mylisz się w sprawie amuletu. I że jeśli ja nie zapomnę ciebie, ty zapomnisz mnie - wyszeptała już na końcu, mając wrażenie, że dzisiaj każde słowo jest zbyt intensywne, zbyt szczerze, za mocno nasączone uczuciem. A było to jednocześnie cudowne, oszałamiające, niema narkotycznie rozkoszne i słodkie.
UsuńGładził ją po włosach, obejmował, patrzył z bliska w oczy. Mieszał jej w głowie, ale dostrzegała w każdym ruchu ostrożność i powściągliwość. Gdyby to było spotkanie jak każde inne, droczyłaby się. Nie umiałaby powstrzymać samej siebie przed komentarzem i zaczepką, złapaniem go za słówko. Ale dzisiaj oboje odrobinę się odsłonili i nie chciała robić sobie z tego żartów.
Oderwał ją od niego i zarazem uratował Anastasiusa od jej niepokornej czułości gwizdek w czajniku. Gdy woda się zaczęła gotować, Noor niechętnie cofnęła się o krok, zabrała ręce i skierowała do kuchni, aby zalać aromatyczne herbaty wrzątkiem. Oczy nadal ją piekły, a policzki paliły, ale dłoń nie drżała, gdy chwytała za uszka kubków i wróciła do pokoju.
Noor ✨
Było zimno, wręcz mroźnie, a kiedy słońce zaczęło zachodzić, przenikliwy chłód już nie tylko próbował przedrzeć się wgłąb, pod zakamarki odzieży, ale osiadał na każdym odkrytym fragmencie skóry. Chciał przeniknąć w ciało i wszędzie szukał sobie drogi. Każdy wydech gęstniał pod nosem, każdy wdech chłodem drażnił gardło. Bez odpowiednich ubrań i przygotowania nie było co wychodzić z domu, ale właśnie to było teraz Élarze najbardziej potrzebne.
OdpowiedzUsuńMróz. Taki, który sięgnąłby kości, gdyby mu na to pozwolić.
Bez tego też by sobie oczywiście poradziła, robiła to już przecież wiele razy, jednak tak było o wiele łatwiej. Trochę przy tym marzła i okropnie szczypały ją policzki, ale nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo. Na pewno mniej, niż wyczerpanie, które by ją dopadło, gdyby nie zdecydowała się wyjść z Calebem na spacer po lesie. Bo i tak musiałaby jakoś załagodzić jego gorączkę.
Zewnętrzny chłód ułatwiał Élarze rozprowadzenie energii po odpowiednich ścieżkach i mogła się lepiej skupić, przez co nie wymagało to od niej takiego wysiłku. Dlatego, jeśli zachodziła taka potrzebna, wychodzili na spacer do lasu, bo otoczenie natury dawało jeszcze więcej korzyści. Zresztą rytuały Élary najlepiej sprawdzały się właśnie w takich miejscach. Im mniej cywilizacji dookoła, tym lepiej. Spacery więc były elementem rytuału, który znacząco poprawiał jego skuteczność, więc póki było jeszcze tak zimno, zamierzała z nich korzystać, choćby miały odmarznąć jej uszy.
Szła spokojnie przez las, z chłopcem przytulonym do jej piersi i ukrytym pod wełnianymi warstwami chusty i jej płaszcza. Na głowie miała obszerny kaptur, dłonie schowała w połach materiału i cicho nuciła, od czasu do czasu spuszczając spojrzenie na dziecko, by sprawdzić, czy przypadkiem nie ucina sobie drzemki. Zbliżała się pora późnego wieczoru, więc nie byłoby to nic dziwnego, gdyby sobie przysnął, ale wiedziała z doświadczenia, że dzisiaj ich codzienna rutyna może nie mieć już zastosowania. Caleb był zdecydowanie mniej nerwowy, niż parę godzin temu, jednak dużo bardziej ożywiony i z zainteresowaniem rozglądał się na boki, jakby w ogóle mógł dostrzec cokolwiek w tym mroku. To był dobry znak i choć oznaczało, że zapewne przesunie się jego pora spania, Élara była spokojniejsza.
Nim wyszli całkiem z lasu, coś ją tknęło, by na moment się zatrzymać i spojrzeć w ciemne niebo, na którym odznaczały się gdzieniegdzie jasne gwiezdne punkciki. Przypomniała sobie o miejscach, z których gwiazdy były widoczne niemalże jak na dłoni, i o kilku momentach, które w takich miejscach mogła z kimś dzielić, za nim świat skurczył się do jednego, małego azylu.
Caleb zaczął głośniej gaworzyć i wiercić się, najwyraźniej lekko podekscytowany. Czarownica uśmiechnęła się w rozczuleniu, jakby przypomniała sobie, że teraz też te momenty ma z kim dzielić i że tak naprawdę jest to najdroższa jej sercu istota. Dla niego sięgnęłaby gwiazd. Lub odmrażałaby sobie tyłek podczas wieczornych spacerów do lasu.
Zerknęła na niego, ciekawa, jaką minę robił i zamierzała też ucałować jego zaróżowiony nosek, ale wtem kątem oka coś dostrzegła po swojej lewej stronie. Odruchowo odwróciła się i na widok pochylającej się ku nim ludzkiej czaszki, cofnęła się gwałtownie. Jeden, dwa, trzy kroki, a po każdym czaszka wcale nie znajdowała się dalej od nich. Chwilę zajęło Élarze zorientowanie się, że czaszka przyczepiona była do reszty szkieletu, która poruszała się w ślad za nimi, ale na tym musiała zakończyć swoje obserwacje.
Piętą zahaczyła o jakiś wystający konar, przez co runęła do tyłu. Wyłożyła się na plecy, bo zamiast wyciągnąć ręce, by zniwelować upadek i złapać lepiej równowagę, objęła dziecięce ciałko, jakby chusta, którą byli szczelnie owinięci miała nie wystarczyć. Upadek oszołomił ją na kilka długich sekund, ale chyba nie uderzyła się w głowę, z której spadł jej kaptur, wystawiając na mroźne powietrze.
W pierwszej kolejności upewniła się, że z Calebem wszystko w porządku. Chłopiec w ogóle nie wydawał się przejęty zmianą perspektywy, która zaszła. No, może trochę przeszkadzało mu, że stracił widok na kościotrupa, przed którym jego matka nieskutecznie próbowała uciec. Odchylał się do tyłu, wyraźnie zaaferowany, próbując zobaczyć, gdzie zapodział się kościotrup.
UsuńNastępnie podniosła się do siadu, wspierając się jedną ręką o zaśnieżoną ziemię i sama szybko zlokalizowała napastnika. Stał z półtora metra dalej i choć się nie ruszał i miał puste oczodoły, Élara nie mogła oprzeć się wrażeniu, że straszydło bacznie im się przyglądało. Przełknęła ślinę, niezbyt pewna, co najlepiej byłoby zrobić w następnej kolejności. Tak się składało, że niecodziennie wpadała na chodzące szkielety.
Tak właściwie to był jej pierwszy raz i zupełnie nie wiedziała, czego się spodziewać. Z ostrożności, a może przez paranoję, jaką rozbudziło w niej macierzyństwo, zakładała, że osobnik nie ma przyjaznych zamiarów.
Caleb wydawał z siebie dźwięk przypominający zniecierpliwione bulgotanie. Szkielet poruszył się, a Élarę przeszedł dreszcz mrożący krew w żyłach bardziej niż obecna temperatura. Mocniej przycisnęła do siebie chłopca i zaczęła szurać nogami o ziemię, próbując wycofać się i podnieść w tym samym czasie, z zamiarem rzucenia się do biegu. Podnieść się nie zdążyła, ale jej plecy trafiły na jakąś przeszkodę, którą uznała za pień drzewa. O tym, jak bardzo się myliła, zorientowała się od razu, jak tylko sięgnęła dłonią, by się wesprzeć i zamiast twardej kory poczuła pod palcami materiał jakiegoś ubrania.
Élara Durant
Czyli był istotą nieśmiertelną, podobnie jak ona. Oczywiście o ile ktoś nie próbowałby odciąć jej głowy czy wbić kołka w serce; oczywiście z odpowiedniego drewna, bo na każdy z jej rodów działało coś innego, dlatego też gdyby chciał zabić ją jakiś wróg Rodu Łowców to by się zdziwił, bo jako że została przemieniona przez wampira, należącego do Rodu Cieni Nocy, a na nich działało jedynie drzewo Umbraelis — matowe, szaroczarne drewno, które nie rzuca cienia nawet w pełnym słońcu. Wydaje się puste w dotyku, jakby nie składało się z żadnej materii.
OdpowiedzUsuń— A to ciało… Też jest nieśmiertelne? — zapytała, zastanawiając się, czy Anastasius podobnie jak wampiry był cały czas w jednym ciele, czy może bardziej demon przejmował ciała innych ludzi. Tatuaże bowiem kłóciły się z jego wizerunku i jak powszechnie wiadomo, starsza istota nie mogłaby ich mieć.
— Jestem wiecznie młoda, piękna i seksowna, czego tu nie lubić? — zażartowała z leniwym uśmieszkiem. — Ale masz rację, lubię to kim się stałam. Jestem młodym wampirem, czyli jeszcze silniejszym, bardziej czułym na wszystko. To podwaja wszelkie doznania. — wyznała. — A Ty… Chciałbyś wejść ze mną w układ? — spytała bezpośrednio, zawieszając spojrzenie rubinowych oczu na tęczówkach mężczyzny. — Na pewno mam coś, czego pragniesz. — mruknęła dwuznacznie, siadając tym razem na blacie, na którym przygotowywał dla niej eliksir. Umościła się wygodnie tuż obok miski ze składnikami którymi się zajmował. Przesunęła ją swoim biodrem, przysuwając się jeszcze bliżej do niego. Nos wsunęła w jego włosy, zaciągając się jego zapachem. Był zabójczy, przyciągał ją niczym magnes. Przez jego zapach każde jego kolejne słowo stało się rozmyte i zamiast skupić się na rozmowie z nim, skupiła się na jego bliskości, zapachu, pragnieniu. Ona zaś kusiła go swoim, słodkim jak miód, a jednocześnie zmieszanym z metalicznym posmakiem krwi. To połączenie działało na śmiertelników odurzająco, nie wiedziała jednak do końca jak jest z istotami nadnaturalnymi. Nie obchodziły jej konwenanse społeczne, to że nie powinna była pozwalać sobie na taką bliskość. Robiła to co działa. Brała to czego pragnęła i nie pytała o zgodę. Była nieobliczalna i właśnie to było w niej najbardziej niebezpieczne.
— Popełniłam błąd, przychodząc tutaj. — szepnęła do jego ucha, kiedy jej uda objęły go, przyciskając do siebie jeszcze bliżej, tak by ich ciał nie dzieliła żadna odległość. Czuła jak kontrola opuszcza jej ciało i pragnęła się w tym zatracić. W nim. W smaku jego krwi. — Przepraszam, dłużej nie wytrzymam… — mruknęła niewyraźnie, prosto w jego skórę, którą musnęła wilgotnymi wargami. Jej kły wbiły się w jego szyję, a ona skosztowała jego krwi. Gdy spłynęła jej po języku, świat na moment zadrżał. Smak nie należał do żywych istot: był metaliczny, suchy, podszyty pyłem kości i czymś jeszcze… echem starej duszy. Jego krew była tak inna od tej, której dotąd próbowała, a jednak miała w sobie coś uzależniającego, co sprawiało, że pragnęła jej jeszcze więcej. Piła nieco zachłanniej, docierając do umysłu lisza i do jednego z jego wspomnień. Wojna Sekcje zwłok. to wspomnienie mignęło jej szybko przed oczami, jakby jego umysł próbował się zapieczętować i nie chciał jej wpuścić. A może to po prostu runy sprawiały, że jej zdolności przeżywania wspomnień innych i zagłębiania się w ich myśli i uczucia były dość mocno ograniczone.
Minerva 🩸
Noor była burzą żywiołów, targały nią silne skrajne emocje, wewnętrzne konflikty, duchowe rozdarcia, ale nie była głośna, gwałtowna, ani ekscentryczna. Balansowała na krawędzi w świadomym opanowaniu; jak pająk po swojej sieci, tak ona wędrowała między granicami, docierając do łączeń tego co pewne i niestabilne. Była opanowana, łagodna, miała bystre spojrzenie i delikatny uśmiech, chłodne dłonie i uprzejme słowo dla każdego. Były to bezpieczne ścieżki wędrowania między relacjami, niezbyt płytko i nigdy za głęboko. Nieufna, wrażliwa, starała się nie szkodzić i nie ryzykować. Pilnowała się... A Anastasius łamał ją jednym słowem i pozwalał przebijać się czułym gestem już od pewnego czasu, pogłębiając jej zagubienie. Nigdy nie chciałaby aby coś się zmieniło. On potrzebował chwili do namysłu, nie lubił się spieszyć, a ona to doceniała, chociaż... cierpliwość kurczyła jej się zdecydowanie szybciej, niż jemu. Bo gdy była pewna, czego chce, nie chciała już zwlekać i wtedy górę brały uczucia, te nienazwane i rozgrzewające od wewnątrz.
OdpowiedzUsuńJej prawdziwym językiem było spojrzenie, dotyk, gest i postawa. Wolała milczeć, niż rozmawiać, słuchać i patrzeć, niż angażować się słowem i to nie przez jej usta przechodziło to, co najbardziej skrywała, czego się wstydziła, albo przed czym uciekała. Zdradzały ją oczy, drobne dłonie, ściągniete łopatki i niekiedy zbyt mocno zadarty podbródek. To w jej uśmiechu i tym, jak za kimś podąża krzyczało oddanie, to w jej ciepłych spojrzeniach tkwiła ufność. Nie wymagała, aby ktokolwiek to rozumiał, a tak było nawet łatwiej wyrazić siebie, choć nie lubiła się tłumaczyć. Zwykle niewiele osób ją rozumiało, ale nie czuła się w obowiązku, aby wyjaśniać każdą chwilę i zwykle jej to nie obruszało. Kiedy on wyłapywał jej niuanse, była mu wdzięczna i czuła się swobodniej, lekko.
- Tak, jesteśmy na siebie skazani - powtórzyła z lekkim rozbawieniem czającym się w drżącym kąciku ust. Było to trafne podsumowanie tego, jak Anastasius zniósł dzisiaj dzielnie jej wybuch, a także kolejne targanie emocjami, nad którymi nie umiała zapanować i tę ufność, przez którą podważała wszystko.
Zajęła miejsce w fotelu, zostawiając mu kanapę. Nie budowała dystansu, a nie chciała go przytłoczyć, zdając sobie sprawę, ile granic już dziś pogwałciła. Przysunęła się nieco bliżej na krawędź, obejmując swój kubek dłońmi, by ogrzać chłodne palce i odetchnęła głęboko, próbując znaleźć właściwe słowa.
- Nie mam snów, nie mam koszmarów... nie mam nic. Czuję, jakby coś we mnie się zmieniło, jakby... jakaś część mnie została poruszona, chociaż nie potrafię tego do końca zrozumieć. To nie jest moja bezsenność - powiedziała wreszcie cicho, wędrując spojrzeniem powoli i w uwagą po jego twarzy, po rysach szczęki, policzkach, prostym nosie, od oczu do ust i z powrotem. - Próbowałam znaleźć przyczynę, sprawdziłam wszystko, nie ma żadnej klątwy ani uroku, niczego złego nie wyczuwam. Czuję jakby coś we mnie było przewrotnie nie tak, jakby zamykała się wokół jakaś ciemna mgła albo głęboka pustka, która mnie wykańcza od środka. To jakby moje własne myśli i emocje nie mogły znaleźć spokoju, a ciało odmawiało posłuszeństwa... - upiła łyk herbaty, a potem postawiła kubek na kolanie, aby przez materiał jeansów skóra się ogrzała, palce drugiej ręki przyłożyła do nasady nosa, aby zagrzanymi opuszkami pomasować delikatną skórę przy tych podkrążonych oczach, które dostrzegł. - Jestem wyczerpana... - przyznała jeszcze, nie podnosząc wzroku. Nie miała pojęcia co się dzieje, ale bała się.
Noor ✨
Od niezapomnianej nocy, gdy biegła przez las uciekając przed wymierzonymi w nią widłami i pochodniami, minęło wiele lat w trakcie których jedynym, co próbowała odnaleźć było swoje miejsce. Potrzebowała poczucia przynależności, przydatności i posiadania celu, nawet jeżeli miał on składać się z niewielkich koralików pozwalających przeżyć każdy następny dzień we względnym spokoju. Przy pomyślnych wiatrach — w szczęściu bądź jego złudnej fatamorganie.
OdpowiedzUsuńDamroka kolekcjonowała przeżycia z pieczołowitością, prowadząc dzienniki, które stanowiły jedyne świadectwo jej długowieczności i pozwalały jej pamiętać. W nieczęstych chwilach topienia się we własnych myślach, gdy rok mieszał się z miesiącem, stulecie z ćwierćwieczem, sięgała do nich i starała się przypomnieć układ zdarzeń, w których brała udział, a które zdawały się być przypadkowo rozrzucone na mapie czasu. Smak dojrzałych jabłek rosnących przy domu Starej Jaworowej pamiętała tak, jakby jeszcze chwilę temu wgryzała się w soczysty owoc, a nie była w stanie przypomnieć sobie smaku herbaty, chociaż wciąż czuła jej ciepło w ustach. Pamięć była zawodna, słowa spisane na papierze — już nie. Dlatego też, gdy tylko nauczyła się pisać, robiła to bez przerwy, do tej pory używając pióra i hołdując minionym latom.
Wielu mężczyzn poznała przez ten cały czas, wiele kobiecych imion przewinęło się przez jej usta, bo Damroka zbyt kochała ludzi, by ich unikać. Jej mroczna, nocna postać lubowała się w ich strachu, ale dziewczyna o urodzie rusałki wielbiła ich myśli — te przemilczane i te wypowiedziane — nerwowość gestów i roztaczany zapach. Szczerze uwielbiała niewinne flirty, jednak wrodzona romantyczność nakazywała jej zachowywać powściągliwość, w myśl zasady, że im cieniej pokrojone, tym na dłużej starczy. Głównym problemem tego podejścia było pożądanie ciała i krótki żywot jej wybranków, którzy szybciej zdążyli się zestarzeć, niż Damroka pozwoliłaby im choćby skraść niewinnego buziaka. Wiodła więc życie wstrzemięźliwe, ale pełne nadziei i niespełnionych żądz.
Gdy się poznali, pracowała jako guwernantka, wyjątkowo nie szukając swojego miejsca wśród najuboższych mieszkańców miasta, bo przykrym plusem nadchodzącej wojny była większa anonimowość i mniej pytań zadawanych tym, którzy posiadali jakiekolwiek umiejętności. W tamtym czasie cała Europa czuła, co niedługo ma się wydarzyć, bo atmosfera na kontynencie stawała się coraz gęstsza, lepka niczym słodka melasa, co zbliżało do siebie ludzi czujących, że wkrótce będą mieli już tylko mniej do stracenia.
Pierwszy list był dla niej zaskoczeniem, bo nie sądziła, by ten młody mężczyzna, niewinnie spoglądający na nią, gdy gościł w domu jej pracodawcy, był nią zainteresowany. Podejrzewała raczej, że jego zainteresowanie wynika z dżentelmeńskiej uprzejmości niż z poruszenia serca. Dlatego gdy otwierała pierwszą kopertę, robiła to ostrożnie, z brwiami ściągniętymi ku sobie. Każdą następną wiadomość przyjmowała z coraz większymi wypiekami na twarzy, mając nadzieję, że w końcu odnalazła w tym świecie kogoś równie uduchowionego, równie oddanego hołdowaniu spisywanym myślom i uczuciom. Do tej pory pamiętała treści, które jej przekazywał, bo czytała je po stokroć, pozwalając każdemu słowu wyryć się w pamięci jak tatuaż na skórze. Własne listy pamiętała równie dobrze, bo każdy odbijała na kalce notatnika, chcąc zachować wspomnienie romansu na zawsze — jeszcze długo po Anastasiusie, który jako człowiek miał dla niej wkrótce umrzeć i odejść równie szybko, co tłuszcz i słodycz wysyłanych przez niego czekoladek.
Z czerwonego szalika w słoneczniki ocalał jedynie fragment materiału, bo tylko tyle zdołała uratować z bombardowanego domu, w którym schroniła się podczas bombardowania Belgradu ponad dwadzieścia lat temu. Stanowił jednak dla niej nie mniejszą pociechę niż wtedy, gdy przyniósł go listonosz.
Damroka pamiętała wszystko dobrze, ale nie żyła tymi wspomnieniami codziennie. Powracały czasem, gdy patrzyła przez okno na ciężką mgłę opadającą na trawę, parzyła usta zbyt gorącą herbatą czy znajdowała zimą biedronkę, której kolor przypominał jej o podarku i o krwi, której na świecie przelano stanowczo zbyt wiele w tamtym czasie.
OdpowiedzUsuńOdkąd podjęła decyzję o porzuceniu pozycji Ściągającej, mierzyła się z problemem, który zdawał się jednocześnie stary i nowy. Głód towarzyszył jej całe życie, jednak odkąd nie miała dostępu do posilania się na istotach spoza Azylu, chudła w oczach. Nie dosłownie — jej ciało wciąż wydawało się mieć odpowiednio dużo tłuszczu i mięśni — ale nie miała już w sobie tyle radości i ciepła, a obojętność coraz częściej wyciągała ku niej swoje chłodne ramiona.
Zniechęcona do własnej osoby, spoglądającej na nią z lustra pochmurną miną, postanowiła udać się na spacer, by zabić czas i w końcu wyjść z domu, w którym swoją niechęcią do życia zdawała się obdarzać zarówno biedronkę, będącą jej współlokatorką od dwóch dni, jak i łazienkowe rybiki.
Problemem jej natury była zerojedynkowość. Głodna była zawsze, ale jedynie głód zbyt silny, by go opanować, wpływał na jej ciało i nigdy nie była pewna, kiedy znajdzie się na skraju. Oczywiście mogła pożywiać się mieszkańcami bez robienia im krzywdy — w końcu większość cierpiała na koszmary i bez jej pomocy — ale ze względu na swoją ludzką naturę starała się robić to tylko wtedy, gdy było to rzeczywiście konieczne, gdy znajdowała się na samym skraju upadku.
Tym razem źle oceniła swoją wytrzymałość, wciąż niedoświadczona w umiejętnym zarządzaniu „kalorycznością” odebranego szczęścia, i zasłabła w okolicach cmentarza. Zarządca tego miejsca wydawał się jej znajomy, ale w końcu mieszkała od lat w Azylu i po pewnym czasie każdy był jej znany, nawet jeśli nigdy nie zamienili słowa. Tak też było z mężczyzną i jego towarzyszem, którzy stanowili stały element jej codziennego funkcjonowania w miasteczku. Nigdy nie zastanawiała się głębiej, kim są ani kim byli kiedyś, bo była zbyt przejęta swoimi koralikowymi celami — ich zbieraniem, ratowaniem i nawlekaniem na sznurek społeczności TLS.
Z łapczywością pociągnęła łyk naparu, unosząc się na łokciach i rozglądając po pomieszczeniu spokojnie i pewnie. Nie było w niej zwierzęcej niepewności ani braku ufności, które towarzyszyły większości mieszkańców, bo była zbyt zaskoczona, by przywołać samozachowawcze instynkty. Zamiast tego wlepiła spojrzenie w mężczyznę siedzącego przy kominku.
— Długo byłam nieprzytomna? — zapytała, wierzchem dłoni sprawdzając temperaturę skóry policzków i czoła. Zbyt zimną dla żywego człowieka, ale w sam raz dla Zmory, której serce pompowało krew na kredyt od ponad dwustu lat.
Powoli spróbowała wstać, lecz poczuła ogromne przyciąganie mięśni do podłogi i miękkość kości, które nie chciały współpracować z jej wolą. Westchnęła głośno, opadając z powrotem na poduszki.
Damroka
Ostatnio w swojej delikatnej istocie, jakby zbudowanej z cienkiego szkła i mgły, czuła rosnący niepokój, który wkradał się powoli, jak cień na zachodzącym słońcu i oplatał ją od wewnątrz. Wysoka wrażliwość sprawiała, że każde drżenie powietrza, każdy szept, każda nieobecna w słowach nuta, dotykały jej głęboko, jakby dotykała samej duszy. To uczucie chaosu było jak niewidzialny wir, który buduje się wewnątrz niej coraz silniej, wywołując uczucie niepewności i zagubienia, choć nie potrafiła go do końca zdefiniować. Była zmęczona, cienie pod oczami miała ciemniejsze, skórę bledszą, a gdy trzymała coś w dłoni zbyt długo, palce zaczynały jej drżeć. Nie umiała skupić myśli, była bardziej kapryśna i nieprzewidywalna, a niekiedy powietrze ciążyło jej w płucach, jakby oblepiła ją smoła i traciła oddech na kilka sekund. W tym momencie, wszystko w niej zdawało się sypać, jakby jej własna ostrożność była krucha niczym porcelana, która pęka pod najmniejszym naciskiem. Czuła też, jak w jej ciele narasta bezsilność, jakby siły opuszczały ją powoli i nieubłaganie, a ona sama wciąż tkwiła w oczekiwaniu na sen, który nie przychodzi i to doprowadzało ją do złości.
OdpowiedzUsuńAnastasius miał swoją rację. Gdy ktoś znał własną naturę, potrafił skupić się nie na tym, by od niej nie uciekać, ale na niej polegać, nawet na wybiórczych cechach, tych mocnych, wokół których chciał budować swoją siłę i przyszłość. Noor jednak pewna była tylko tego niezrozumienia i że zwykle była niewystarczająca. Była piękna, to prawda, ale to piękno było tragedią a ona sama nigdy nie wiedziała, co znaczy być sobą, targana z różnych stron pragnieniami i niepewnością oraz strachem. Nie wiedziała kim jest w pełni, znała jednak te najmroczniejsze sekrety swojej natury i do przed nimi uciekała, bo nie chciała nikogo krzywdzić.
Bezsenność od wielu nocy stawała się dla niej obca jak zimne światło nieznanej gwiazdy, które nie rozświetla jej ciemnych myśli i nie ociepla wpatrzonej w niebo twarzy. To uczucie, gdy sen nie nadchodzi, było teraz jak obcy gość, który wtargnął do jej umysłu i nie chce odejść. Czuła, jakby zanurzała się w głębokiej, zimnej wodzie, z której nie ma ucieczki, a każdy kolejny dzień bez snu wyciskał z niej ostatnie siły, pozostawiając ją samą, zaś w kruchej delikatności całą wrażliwość stawała się jej przekleństwem. Świat się ciasno zamykał wokół niej, był zbyt głośny, zbyt jaskrawy, za szybki. Noor się gubiła w tym co jest i o czym chciałaby śnić, a niepokój jak obręcz zaciskał się na jej szyi.
Noor spojrzała na Anastasiusa z lekkim uśmiechem, choć jej oczy zdradzały wewnętrzny rozdarcie, gdy podniosła oczy do jego ciemnych pacioroków. Czuła się jakby drżała na granicy własnej świadomości, niepewna, czy to, co mówił, pomoże, czy tylko pogłębi jej niepokój, gdy nic się nie zmieni. Przez chwilę milczała, zastanawiając się, czy powinna w ogóle mu ufać, czy może to wszystko to tylko kolejna iluzja, którą sama sobie wmawiała, by przetrwać. Bo Noor nie chciała sama się z wszystkim mierzyć, choć tylko to znała.
- Noce są zimniejsze, cisza głębsza i coś jest inaczej, nie umiem tylko znaleźć źródła. W mojej bezsenności czułam się bezpiecznie, wiedziałam, kiedy mnie opuści, czuło to ciało i głowa, a teraz tak nie jest - przyznała. - Myślę, że runy mogą być rozwiązaniem... ale to boli - powiedziała powoli, opuszczając spojrzenie pełne mgły na swoje dłonie, na łądne zadbane paznokcie i szczupłe paluszki. - Nie jestem pewna, czy to jest to, czego tak naprawdę potrzebuję. Boję się, że jeśli zacznę się odcinać od tego, co czuję, stracę też część siebie, a tego nie chcę. Nie chcę żyć w lustrze, które jest pęknięte i odbija tylko wycinek prawdy - mówiła już szeptem, nieco drżąco, bo w całej swojej złości, chaosie i rozterkach, po prostu czuła się zagubiona i opuszczona.
UsuńPrzygryzła wargę, próbując opanować emocje, które zaczynały narastać i sprawiać, że szumiało jej w głowie. Nie chciała się poddawać, szukała sposobu na odzyskanie równowagi, a była przekonana, że sen który przyniesie odpoczynek i regenerację, sprowadzi też ukojenie. Zapadła się plecami mocniej w miękki fotel, przycisnęła do siebie ramiona, podwinęła nogi, wciskając pod siebie pięty, jakby chciała się skurczyć i upiła łyk gorącej herbaty z kubka.
- Mogłabym spróbować tego naparu, choć boję się, że i tak nie zasnę... Jak bardzo to do czegokolwiek zmusza? - spytała, patrząc na Anastasiusa z mieszanką zaufania i niepokoju. - Nie chcę zostać sama, gdy już spróbujemy - dodała jeszcze, bo wydawało jej się, że dostatecznie widać jej niepewność i to, jak zaczyna się stresować.
Wiedziała już, że nie chce jej krzywdy, a jednak nie do końca była pewna, czy chce się poddać jemu w roli pacjentki, mimo że w azylu go chwalono i był ceniony. Noor zwyczajnie nigdy nie chorowała, a teraz wydawało się, że coś chce ją po prostu rozłożyć.
- Nie sądziłam, że tak szybko przejdziemy do zabawy w doktora - przyłożyła dłoń do policzka, z rozbawieniem kręcąc głową. Musiała się rozpraszać, zmieniać temat i żartować, musiała uciekać od lęków, bo gryzły ją gorzej, niż wyrzuty sumienia grzesznika.
Noor ✨
Jego krew była tak aromatyczna i tak inna od tych, które Minerva miała okazję posmakować, że całkowicie zatraciła się w tym smaku. Był uzależniający, pomimo gorzkiego posmaku, który czuła na końcu języka. Moment oderwania jej od jego szyi spotkał się z głośnym syknięciem, pełnym niezadowolenia i złości. Wpatrywała się w jego twarz dzikimi oczami, rozochocona i nakręcona. Mógł zauważyć, że jej tęczówki lekko zmieniły kolor. Z rubinowych stały się bardziej bursztynowe, co oznaczało, że wampirzyca nieco się nasyciła. Wciąż jednak było jej mało. Nie znała bowiem umiaru. Zastanawiała się tylko jak dużo mogłaby wypić, żeby go nie zabić? Skoro to ciało było poniekąd śmiertelne to czy powinna była się hamować, żeby nie zrobić mu realnej krzywdy? Ta myśl jednak zniknęła niemal tak szybko, jak się pojawiła.
OdpowiedzUsuń— A co? Poskarżysz się Radzie? — warknęła z chrypką, którą powodowała jego dłoń zaciskająca się na jej szyi. Uśmiechnęła się rozkosznie, patrząc mu prosto w oczy.
Nie wyrywała mu się, zupełnie jakby jego ręka, która lekko ją dusiła sprawiała jej przyjemność, a nie ból. Wysunęła dłoń by dotknąć jego zakrwawionej szyi i sugestywnie oblizała swoje palce.
— Nie wiem czy zażywasz jakieś narkotyki, ale Twoja krew niesamowicie kopie. — zaśmiała się szaleńczo, zupełnie jakby była obłąkana. — I jest tak cholernie dobra. — rozmarzyła się, oblizując swoje wargi.
Gdy poluzował nieco swój uścisk, nie wiedziała czy zrobił to świadomie czy też nie, ale pchnęła go mocno do przodu, czując przypływ adrenaliny i swojej siły. Gdy upadł na ziemię, wskoczyła na niego, nie pozwalając mu wstać. Biodrami przycisnęła jego ciało do podłogi, pochylając się nad jego twarzą. Jej rude włosy musnęły jego policzek, a ona uśmiechnęła się szeroko, ukazując ostre kły. Nie ugryzła go jednak drugi raz, zamiast tego zlizała wciąż świeżą krew z jego szyi. Uniosła twarz, zwisając nad jego twarzą i ustami brudnymi od jego krwi wpiła się w jego usta. Pocałowała go namiętnie, zmysłowo i z pasją, którą nacechowane było całe jej istnienie.
— Przepraszam, jeśli byłam niegrzeczna. Wybaczysz mi? — wyprostowała się jak struna, patrząc na niego z góry. Poczuła silne zawroty głowy, jednak postanowiła zignorować ten fakt. Przesunęła dłonią wzdłuż jego torsu. — Jestem pewna, że mogę Ci to jakoś wynagrodzić… — uśmiechnęła się niewinnie, zatrzymując palce na pasku od jego spodni.
Minerva Cove
Moda przychodziła i odchodziła. Damroka pamiętała czasy, w których uchodziła za piękność ze swoimi słomkowymi, kręconymi włosami, zazwyczaj związanymi w gruby warkocz, i bladą skórą ledwie muśniętą słonecznymi piegami. Unikała pracy w polu, rzadko imając się zbierania plonów czy pielenia grządek, zamiast tego skrywając się w cieniu jabłonek i wiśni lub domowego zacisza, przez co jak na chłopkę prócz jasności lica mogła pochwalić się gładkimi, niemal pańskimi dłońmi. Po ucieczce z wioski zrzuciła lnianą koszulę, spódnicę i wyszywaną zapaskę, obiecując sobie, że mimo mieszczańskiego od tamtej pory ubioru pozostanie wierna swej urodzie. Lata mijały, kobiety nosiły włosy różnej długości, stroje o różnych krojach, ale Damroka wciąż wyglądała w jakiś sposób podobnie do tej dziewczyny, która biegła boso przez las.
OdpowiedzUsuńJako wieczna uciekinierka nauczyła się nikogo nie oceniać, w szczególności po czymś tak przyziemnie próżnym jak ciało, które przecież nie mówiło nic o skrywającej się w nim duszy. W trakcie swych podróży poznała wiele pięknych osób o charakterach paskudnych, przesiąkniętych zgnilizną i smrodem zepsucia, złych niekiedy do szpiku kości. Co im było po gładkiej skórze i gęstych włosach, gdy w sercu była tylko pleśń? Znacznie bardziej doceniała towarzystwo kobiet o spracowanych dłoniach, mężczyzn z bliznami po ospie, starców bez zębów czy dzieci o brudnych twarzach, jeśli ci gotowi byli posłać w jej stronę chociażby życzliwe spojrzenie. Stojący przed nią mężczyzna musiał być miły, skoro zdecydował się sprowadzić ją do swojego domu, okryć ciepłym kocem i przygotować ciepły napój – a to było nawet bardziej atrakcyjne niż szerokie ramiona czy skóra pokryta zagadkowymi wzorami.
Z wieczną samotnością i brakiem możliwości zbudowania rodziny Damroka pogodziła się, gdy jej najpewniej dawno zmarły mąż odjechał zostawiając za sobą jedynie list, informujący ją, że już nigdy nie wróci swą decyzję tłumacząc niemożnością utrzymania przez nią dziecka pod sercem. A przecież głównie do tego nadawały się niegdyś chłopskie żony; nieświadomy Dobromir wyświadczył jej przysługę, biorąc na swoje barki odpowiedzialność za jej upadek. Najpewniej, gdyby owej pamiętnej nocy był przy niej, jego życie zakończyłoby się znacznie tragiczniej niż życie Damroki, bo on nie byłby w stanie uciec w cień na długie godziny.
Nie oszukiwała się, że kiedykolwiek będzie mogła podarować szczęście budowania wspólnego życia Anastasiusowi, ale przez te kilka miesięcy intensywnego wymieniania korespondencji była niemal gotowa do wyjawienia mu prawdy o swej naturze. Chciała mu się wyspowiadać z wyrządzonych innym krzywd, ale nie jak księdzu na spowiedzi, z bogobojną gotowością przyjęcia pokuty, a raczej przyjacielowi gotowemu słuchać szeptanych wprost do ucha tajemnic. Możliwe, że odwagi dodawała jej wisząca nad karkiem wszystkich wizja rychłego końca, potęgowana coraz poważniejszymi doniesieniami z międzynarodowej polityki, szeptanymi plotkami o poborach do wojska wśród mieszkańców wiejskich obszarów i coraz większymi maszynami żyjącymi wśród robotników jak słonie wśród mieszkańców Syjamu. Szybkie zmiany, rozwój i przewidywany rozlew krwi sprawiały, że i Damroce wydawało się, że nie ma już nic do stracenia, stąd w każdej następnej wiadomości do mężczyzny pozwalała sobie na coraz więcej szczerości i otwartości, którą sama przyjmowała od niego z wdzięcznością. Może nawet pozwoliłaby mu całować kiedyś swoje dłonie?
Zaskoczona jego dotykiem odczytała go jako wyraz opiekuńczej troski, trwającej może o ułamek sekundy zbyt długo, ale nie widziała w tym geście niczego nieodpowiedniego. Cienki, niemal przezroczysty kaszmir swetra okrywającego jej ramiona pozwolił jej wyczuć jego ciepło, delikatność dłoni, ale nic poza tym i dopiero jego przeprosiny skłoniły ją do myśli, że może w jego ruchu było faktycznie coś nieodpowiedniego, a przynajmniej nieprzemyślanego. Skinęła lekko głową, przyjmując jego krótkie wyrażenie skruchy.
W uroczystości jego ruchów była dziwna teatralność, obca czasom, w których się znajdowali, co stanowiło dla Damroki potwierdzenie jej wcześniejszych przypuszczeń o wieku nieznajomego. Dzisiaj raczej nikt nie obchodziłby się z nią w tak subtelny, delikatny sposób, ba! Pewnie ona sama, od dawna rozbierana ze swojej wrodzonej uprzejmości przez brutalność otaczającej ją rzeczywistości, też nie wykazałaby się takim taktem.
Usuń— Anastasius von Weiss — powtarza za nim powoli, przeciągając samogłoski, pozwalając cicho wybrzmieć literce „s”. Przecież to niemożliwe, nie ma mowy o tym, by był to „jej” Anastasius, piszący pięknie okrągłe „o” i łączący w szlaczek podwójne „s” swojego nazwiska. On już nie żyje — jeśli nie zginął w trakcie wojny, która ich rozdzieliła, to przecież był zwykłym śmiertelnikiem — była o tym przekonana, przecież dotknął kiedyś jej skóry na przywitanie, a ona nie poczuła tego, co czuła teraz. Dziwnej, obcej nuty, która towarzyszyła wszystkim paranormalnym w Azylu.
— Damroka Bogorja — skinęła głową, na chwilę spuszczając na niego wzrok w wyrazie szacunku, ale bardzo szybko wróciła do niego zaciekawionym spojrzeniem bystrych oczu. — Znałam kiedyś kogoś o tym samym imieniu co ty. Nie nosisz go może po jakimś dalekim krewnym? Może jesteś potomkiem kogoś, kto się tak nazywał? Osoba, którą znałam… Wydaje mi się, że nawet całkiem dobrze znałam, miała brata, może to on był twoim dziadkiem albo pradziadkiem? — zapytała, czując, jak serce przyspiesza swe bicie, a wcześniejsza ociężałość zostaje przykryta dziecięcą wręcz ekscytacją.
Nie czułaby się zdradzona, gdyby w ciągu tych lat Anastasius zakochał się w innej i założył z nią rodzinę — w końcu Damroka sama nie mogła mu jej dać, a domyślała się, o ile łatwiej żyje się, mając u boku drugiego człowieka. Możliwość poznania kogoś, kto zdawałoby się, że nosi w sobie część dawno utraconego uczucia, była jednak niepokojąco wręcz podniecająca, powodująca wystąpienie na jej twarzy dziwnego rodzaju zadowolenia. Uśmiechała się szeroko, choć spojrzenie wciąż miała zmęczone, wyczekując jego odpowiedzi.
-zdezorientowana Damroka
Jej pytanie o Radę było bezczelną zaczepką i nie sądziła, że jego odpowiedź będzie twierdząca. Jego potwierdzenie, wypowiedziane tak obojętnie było jak sól posypana na otwartą ranę. Nie dlatego, że się bała konsekwencji, bo nie bała się niczego, co miało imię i strukturę, ale dlatego, że śmiał ją wydać. Potraktował ją jak niesforne zwierzę. Jak młodą, nierozumną kreaturę, którą trzeba trzymać na smyczy. Nie zrozumiał niczego, co mu wcześniej tłumaczyła.
OdpowiedzUsuń— Jak śmiesz — syknęła ze złością, podszytą głębokim rozczarowaniem. — Śmiało, zgłoś mnie. Ale nim zdążą mnie dopaść i zakopać na Twoim cmentarzu, najpierw rozszarpię Ci gardło. Spoczniemy w jednej trumnie — warknęła wściekle. Jej oczy błysnęły czerwienią, nie odruchowo, nie instynktownie, ale świadomie. Jakby pozwalała bestii wychylić się na moment, żeby Anastasius dobrze widział, z kim rozmawia.
Minerva roześmiała się krótko, szorstko, śmiechem pozbawionym wesołości. Bardziej przypominał warknięcie drapieżnika niż reakcję istoty humanoidalnej. Cień czaszki, ziejące pustką oczodoły, gęstniejące powietrze: wszystko to zdawało jej się być jedynie teatrem. Efektownym, być może imponującym dla słabszych, delikatnych i kruchych istot, ale nie dla niej. Zresztą, ją zamiast to odstraszyć to tylko jeszcze bardziej do niego przyciągało. Słuchając jego gróźb nie czuła strachu. Uważała, że strach był luksusem dla żywych, dla tych, którzy mieli coś do stracenia. A ona nie miała do stracenia nic.
— Mówisz jakby śmierć była karą — starała się mówić spokojnie, jednak w jej głosie pulsowała agresja. — Ale chyba zapomniałeś, że ja ją przeżyłam? Że umarłam? W bólu, w rozdarciu, w krzyku, którego nikt nie słuchał. Myślisz, że możesz mi pokazać coś gorszego? — pokręciła lekko głową, a jej oczy wciąż płonęły ogniem.
Zrobiła krok w jego stronę. Jeden, powolny i wyzywający. Nie po to, by go dotknąć, skoro tego nie chciał i nie sprawiało mu to przyjemności, nie zamierzała więcej splamić sobie dłoni. Zrobiła to tylko po to, by zaznaczyć przestrzeń. Swoją obecność. Swoją dominującą, drapieżną naturę.
— Nie boisz się mnie — jej wargi wykrzywiły się w ostrym uśmiechu — Ale nie łudź się, że to nie działa w dwie strony.
To, co ją naprawdę rozwścieczyło, nie było jego mroczne objawienie ani groźby. To była jego pogarda. Sposób w jaki na nią patrzył, to ją właśnie najbardziej ubodło. Odwróciła się gwałtownie, nie czekając na odpowiedź. Gniew buzował w niej jak lawa i gdyby nie fakt, że Azyl tłumił jej moce to już dawno wpadłaby w Krwawy Szał, zostawiając jedynie za sobą sznur opróżnionych z krwi zwłok. Wiedziała jednak, że musi wyjść, bo inaczej rozszarpałaby go pazurami, nawet nie używając do tego kłów. Nie pamiętała kiedy ostatnio ktoś ją tak źle potraktował, jego zachowanie niczym ostrze odcisnęło się na jej dumie. Każdy krok w stronę wyjścia był świadomy, ciężki i pełen napięcia. Wyszła bez słowa, bo uznała to miejsce za chwilowo niegodne swojej obecności. Trzasnęła z impetem drzwiami, drewno jęknęło, a jeden z zawiasów się najprawdopodobniej uszkodził. Na ganku zatrzymała się na moment, wciągając nocne powietrze głęboko w płuca. Poczuła kolejne zawroty głowy i to jak obraz zamazuje się przed jej oczami.
— Cholera — syknęła, chwytając się poręczy. Kolana ugięły się pod nią nagle, zdradliwie. Świat kolejny raz zawirował, jakby noc pochyliła się nad nią zbyt blisko. Upadła na deski ganku z głuchym uderzeniem. Była nieprzytomna. Jej twarz, nawet w omdleniu, miała wyraz dzikiej determinacji. Brwi ściągnięte, szczęka zaciśnięta, jakby nawet bez świadomości nie zamierzała ustąpić.
Minerva Cove
Ufała mu, myślała, że wie o tym równie dobrze jak o wielu innych rzeczach, których nigdy nie wypowiedziała na głos. Mógł to wyczuć po tym, jak uspokajało sie jej serce, gdy był blisko, gdy do niego przychodziła po ukojenie zmęczenia i wyciszenie skłębionych trudnych myśli. Po tym jak niespokojne mgły tańczące wokół jej stóp podczas nocnych spacerów, rozpływały się, gdy tylko go widziała. Po tym jak w jej spojrzeniu pojawiało się światło, gdy na niego patrzyła i siarka ustępowała błyszczącym iskierkom, które mówiły więcej niż słowa. Było wiele znaków, które mówiły jak się przy nim czuje i dlaczego szuka jego towarzystwa... czy teraz te chwile zagubienia, ta trwoga i zmęczenie, które tak agresywnie nią szarpały prowadziły go do zwątpienia? Wydawało jej się, że ją zna, więc... skąd te wątpliwości w doktorze?
OdpowiedzUsuńUniosła spojrzenie znad dłoni na twarz Anastasiusa, a jej brwi lekko drgnęły. Nie zrozumiała pytania, a może bardziej nie zrozumiała jego zdumienia.
- Runy... bolą. Gdy je nakładają, są wyryte w skórze to... sam proces pali skórę - wyjaśniła z skupieniem i lekko ściągniętymi w konsternacji brwiami, trochę nie do końca rozumiejąc, dlaczego musi to wyjaśniać. - Nie obawiam się, że namieszają mi w głowie, one zamykają przede mną jakąś część mnie. Nie jestem pewna, czy wtedy potrafię być kompletna - dodała.
Milczała chwilę, a później upiła kolejny duży łyk ciepłej herbaty. Odstawiła kubek na niską ławę między fotelem a kanapą i wstała, sięgając po materiał bluzki przy biodrze. Podwinęła białą bawełnę, pokazując kawałek płaskiego brzucha i żebra, na których pod gładkim, beżowym stanikiem widniały znaki, wyraźne, klarowne, niezatarte i trwałe. Ta zapieczętowana runa, choć bolesna podczas wyrywania, stała się częścią niej samej, symbolizując jej trudną, ale wyjątkową i dwubiegunową naturę. Ból i cierpienie, które odczuwała przy tworzeniu wiązania mocy, były jak znak jej odmienności i siły, a jednocześnie przypomnieniem o cenie, jaką trzeba zapłacić za pobyt i bezpieczeństwo w azylu.
- Ciebie nie boli? Gdzie masz runy? - spytała, muskając lekko palcami delikatną, miękką skórę przy talii, poprawiając znów ubranie, aby się zakryć.
Nie mógł rozumieć, jak się czuje i z czym się mierzy. Od zawsze, od samego początku widziała, że nigdzie nie pasuje i jest wszędzie niewystarczająca. Lubiła te chwile, gdy mówił, że jest pełna życia, że ją akceptuje, że dostrzega w niej światło i mrok i obie te strony tworzą jej całość i dzięki nim jest kompletna. Nie była szalona, po prostu łatwo się gubiła, lawirując krętymi ścieżkami życia. Nie była tak ułożona, spokojna jak on. Polegała na intuicji, prowadziły ją uczucia, a to było żywe, nieokiełznane i zmienne. Jak ona. Lubiła to w sobie, to było jak tchnienie wiatru, który w każdej chwili może zmienić kierunek. Ale teraz przez zmęczenie i niepokój, gromadził się w niej doszczętnie niszczący chaos i z tym poradzić sobie nie umiała.
Uśmiechnęła się, wdzięczna że kolejny raz chce otoczyć ją opieką. I naprawdę nie wiedział, że mu ufa? A później, gdy wspomniał o morderstwie, zaśmiała się krótko rozbawiona i usiadła tym razem bliżej niego, bo na kanapie. Złapała ponownie za swój kubek, aby ogrzać chłodne dłonie i zerknęła na niego kątem oka.
- Nie o takie zabawy mi chodziło, ale jesteś tak dosłowny i naiwny, że zawsze mnie rozczula ten twój rzeczowy i dokładny ton - przyznała z dziwną miękkością, opierając się wygodniej o kanapę.
Zjechała nieco w dół i odchyliła głowę mocno, aby położyć potylicę z tyłu i pozwolić wygiąć się łabędziej szyi tak, jakby potrzebowała nie tylko rozciągnąć sztywne od zmęczenia kręgi, ale nieco je połamać. Nie zdziwiło jej, że ani aluzja, ani zaczepka się go nie ima, ale chyba dzisiaj nie dawała z siebie wszystkiego przez to uporczywe i denerwujące zmęczenie. Było to jednak tak typowe do ich rozmów, że aż dziwnym byłoby, gdyby wyłapał, jakie niegrzeczne rzeczy miała na myśli.
Wpatrywała się w swój sufit, widząc nierówne pociągnięcia farby i jedno malutkie pęknięcie miedzy płytami w konstrukcji budynku.
Zdała sobie sprawę, że to było tak niecodziennie, siedzieć z nim przy herbacie w świetle dnia, że po chwili lekko obróciła głowę, poczuła na policzku szorstki koc, którym przykrywała kanapę i patrzyła na mężczyznę. Był wyjątkowym gościem. Chciała zapamiętać go takiego, z podwiniętymi mankietami, z rozpuszczonymi włosami i bez tego dziwnego kaszkietu. Z jej kubkiem w dłoni, w jej małym mieszkanku nad apteką. Herbata stygła, a ona badała jak czarne ramiona odbijają się od bladych brązowych starych mebli i jak materac ugina się pod zaskakującym ciężarem dwóch ciał.
Usuń- Kiedy możemy się umówić? Dzisiaj? Teraz? - spytała , bo jeśli sama sobie nie radziła, szukała pomocy i wsparcia u tych, którzy mogli zdziałać więcej, lub po prostu znali inne metody. Nie miała problemów z proszeniem o wsparcie, jeśli kogoś znała i ten ktoś nie był obcy.
Noor ✨
Przez te wszystkie lata, gdy los trzymał ich daleko od siebie Damroka wielokrotnie znajdowała się na skraju życia i… W jej przypadku ciężko byłoby powiedzieć śmierci, bo od kilku stuleci znajdowała się w dziwnym zawieszeniu pomiędzy. Blisko było jednak jej do utracenia ciała, które wytrwale służyło jej od dziecka, ale nie z rąk tępicieli a zwykłych, nieświadomych niczego ludzi.
OdpowiedzUsuńJako guwernantka w tamtym czasie nie zarabiała wiele - ot tyle, by nie brakowało jej na drobne przyjemności i starość, która miała nigdy nie nadejść. Przez lata swej tułaczki po świecie Damroka nauczyła się jednak, że pieniądze przychodzą i odchodzą, a ona i tak zawsze miała ich zbyt wiele by wydać wszystko. Doceniała jednak jego podarunki odwdzięczając się przesłaniem książki, czy paczuszką kandyzowanych pomarańczy. Raz jeden wysłała mu własnoręcznie haftowaną chustę, bardzo wtedy ciekawa, czy rozpozna na niej kurpiowskie wzory i odnajdzie wśród nich skryte swoje imię wraz z nazwiskiem. Wyjątkowo użyła wtedy czarnego kordonka, bo ten wydawał się lepiej pasować do Anastasiusa i jego ciemnych strojów.
— Oh… — ciche westchnięcie wydobyło się nieproszone z jej piersi, gdy usłyszała, że skądś znał jej imię, zaś kąciki ust tylko wyżej powędrowały do góry.
Słuchała go z uwagą czując, jak wcześniejsze podniecenie opada, nieuchronnie przeistaczając się w głębokie niezrozumienie. Szeroki uśmiech, który do tej pory zdobił jej twarz uleciał, jak dym ze świeczki zgaszonej przez rozhulany wiatr. Zmarszczyła mocno brwi, przyglądając się twarzy, którą przecież widziała już wielokrotnie, której widok przecież nie był jej obcy. Teraz jednak zdawała się obserwować tego młodego mężczyznę pierwszy raz, jak wtedy, gdy dopiero przybyła do Azylu i każdy wzbudzał jej zaciekawienie.
— Wyglądam też dokładnie tak samo, jak wyglądam od przeszło trzynastu lat — powiedziała cicho, nie panując nad krzyżującymi się na piersi rękoma których dłonie wsunęła pod pachy, jakby próbując ukryć je przed jego spojrzeniem — Listy pisałeś piękne, ale gdy zobaczyłeś mnie w Azylu nawet nie podszedłeś się przywitać! Nie poznałam Cie w tym ciele, twoja energia też zupełnie się zmieniła, ale ty mnie poznałeś… Czy zawiniłam Ci czymś tak okrutnym, byś przez tyle lat chował urazę i nie raczył nawet podejść? Wiem, że wymienialiśmy korespondencję dawno, nie byłeś ani nie jesteś mi nic winien, ale… Ale to było prawdziwie paskudne, Anastasiusie! — westchnęła głośno uświadamiając sobie, że przy czarnowłosym nagle zmieniła używany przez siebie język, jakby cofając się do czasów sprzed pierwszej wojny, która ogarnęła cały świat. Wywróciła oczami sama do siebie, uświadamiając sobie idiotyczność własnego spostrzeżenia, które przecież absolutnie nic nie wnosiło do ich wymiany zdań.
— Skoro byłam Twoją Gwiazdą, to mogłeś… Myślałam, że już Ciebie nie ma po tej stronie. Pochowałam Cie Anastasiusie dawno temu — wyznała szczerze, bo Damroka przez długie lata swojego życia nauczyła się, że kłamstwo było dobre do zabawy, nie do rozmowy. Śmierć zaś Bogorja postrzegała inaczej niż większość, uznając ją za stan, nie za wyrok i przyjmując do siebie, że nikt zbyt o niej za dużo nie wie. Najwyraźniej nikt poza jej rozmówcą.
Gdy padł u jej stóp zapragnęła momentalnie pomóc mu wstać, jednak jedynie wyciągnęła w jego kierunku dłoń, którą równie szybko cofnęła. Słuchała go uważnie, starając się wyczytać z każdego słowa nie tylko jego sens, ale i towarzyszącą mu emocje. Jego wątpliwość odnośnie własnej przemiany spowodowało, że miała ochotę pocieszyć tego mężczyznę, którego jeszcze chwilę wcześniej beształa za niesprawiedliwe zachowanie.
Damroka
— Wstań proszę, pokaż mi się — powiedziała cicho, nieśmiało muskając palcami jego plecy. Nauczona wcześniejszym zawahaniem nie próbowała wstać z łóżka, by pomóc mu się podnieść, ale tym gestem próbowała przekazać mu możliwie dużo wsparcia i mocy — Więc jesteś liszem. Wyjątkowo to musiała być bolesna droga do nieśmiertelności, prawda? Co porzuciłeś prócz ciała? Czy chcesz o tym mówić? — zapytała, jakby zupełnie zapominając o wcześniejszej urazie i zmęczeniu, od którego jej skóra była blada jak wapienna ściana
UsuńByła zaciekawiona a i coś wiedziała na temat nie odstępującego na krok tworu - w jego wypadku była to Śmierć, w jej Mrok, chociaż on nie należał do zbyt rozmownych.
Momentalnie odwróciła głowę, zadzierając brodę, by spojrzeć na górującego nad nimi mężczyznę. W pierwszej chwili przestraszyła się jeszcze bardziej, aczkolwiek nie dlatego, że mężczyzna zrobił na niej takie wrażenie, a po prostu nikogo więcej się nie spodziewała. Strach miał to do siebie, że na początku piętrzył się niczym odwrócona piramida i w tym Élara padła tego ofiarą.
OdpowiedzUsuńTak naprawdę mężczyzna nie wyglądał przerażająco. Nie oznaczało to, że nie był niebezpieczny i może była uprzedzona, ale jego widok nie wywoływał aż takich skoków ciśnienia, jak w przypadku chodzącego szkieletu. Gdyby miała teraz czas, żeby się nad tym zastanowić, na pewno doszłaby do jeszcze innych wniosków. Bądź co bądź kościotrup stanowiłby na pewno mniejsze zagrożenie w porównaniu do kogoś, kto mógł je animować.
Strach nie gościł jednak długo w jej wnętrzu. Uległ naturalnemu rozproszeniu, jakim była dłużąca się chwila, w trakcie której Élara zdążyła przyjrzeć się mężczyźnie. Zauważyła, że jego spojrzenie wydawało się nie należeć do oczu, z których się wydobywało. Nie wydarzyło się nic więcej poza tym, że mróz zaczął boleśnie podszczypywać jej uszy, a więc i strach mógł ustąpić zdrowemu rozsądkowi i innym, mniej wybuchowym instynktom Élary.
Roześmiała się cicho i krótko, pozwalając nerwom całkowicie ujść z ciała i w kilku ruchach pokiwała głową, jakby mówiła do siebie pobłażliwie, że to przecież oczywiste, kim jest mężczyzna, kim jest szkielet i dlaczego tak tu na siebie wpadli. W azylu, ale przecież i nie tylko, nic nie było oczywiste, ale Élara z doświadczenia wiedziała, że tak podchodząc do sytuacji, można było uniknąć wielu niepotrzebnych nieprzyjemności.
To, w jaki sposób przedstawił siebie oraz szkielet, tak oficjalnie i nienachalnie, trochę ją rozbawiło, co również pozwoliło ostudzić nerwy. Z każdą sekundą nabierała coraz większego przekonania, że nie tylko jego spojrzenie nie należy do oczu. Nie umiała dokładnie określić, o co jeszcze mogło chodzić, zakładała jednak, że to tylko takie jej własne wrażenie.
— Élara. Élara Durant — przedstawiła się, co prawda nie takim oficjalnym tonem, i chwyciła zaoferowaną dłoń. Poczuła za uszami charakterystyczne mrowienie, sygnał, że to coś nieznanego. Nieznajomy, czy właściwie Anastasius, nie był więc zwykłym człowiekiem, choć ta energia wydawała się jej całkiem ludzka. Nic jednak nie budziło w niej niepokoju, więc uznała to za ciekawy niuans, dość powszechne zjawisko, od kiedy przybyli do miasteczka.
Podniosła się z pomocą Anastasiusa, dziękując uprzejmie i w międzyczasie obrzuciła spojrzeniem czającego się za nim kościotrupa. Rzeczywiście, wyglądał niegroźnie. Wydawał się nawet zawstydzony całym tym zajściem, choć ciężko było jej cokolwiek stwierdzić na pewno. Nie miała zbytniego doświadczenia w odczytywaniu zachowania chodzących szkieletów.
— I mały Caleb — dokończyła introdukcję, uśmiechając się łagodnie, kiedy poprawiała poły płaszcza wokół chłopca, który wyciągał zaciekawiony szyję, chcąc wszystko lepiej widzieć. Mimochodem, bardzo szybko i właściwie niezauważalnie przyjrzała się jego oczom, sprawdzając, czy wszystko z nimi w porządku, czy wyglądają normalnie. Dopiero wtedy stanęła bokiem, żeby mógł swobodnie obserwować rozmówców.
Chłopiec był bardzo zaaferowany chodzącym szkieletem, czego nie dało się ukryć, choć cała ta ekscytacja nie była ubrana w żadne słowa. Prężył się na tyle, na ile pozwalała mu bliskość matki i chusta, oraz otwierał szeroko buzię, odsłaniając bezzębne dziąsła i wydając z siebie ciche okrzyki. Odwracał co jakiś czas głowę, by spojrzeć na doprowadzającą się prędko do porządku Élarę, ale zaraz wracał spojrzeniem do Oggy’iego.
— To tylko ja się przestraszyłam — naprostowała, jakby rzeczywiście trzeba było to tłumaczyć, bo reakcja chłopca nie mówiła już wystarczająco dużo. — Też się nikogo tu nie spodziewałam, choć nie znam jeszcze okolicy za dobrze. Lubimy jednak spacery po lesie, a ten dopiero poznajemy — wyjaśniła spokojnie, otaczając jedną ręką Caleba, jakby w obawie, że z emocji zaraz wyskoczy z wiązania. Popatrzyła jeszcze raz na Oggy’iego i uniosła dłoń, machając do niego lekko. — Hej — rzuciła łagodnie, uśmiechając się delikatnie. — Przepraszam, jeśli cię uraziłam. — Nie miała pojęcia, czy szkielet w ogóle rozumie, co się do niego mówi, ale w sumie nie miało to dla Élary większego znaczenia.
UsuńÉlara Durant
Noor była jak tajemniczy ogród, którego ścieżki wiedziały tylko nieliczni, a każdy, kto próbował wejść bez wyczucia, mógł się zgubić w jej zawiłych zakamarkach. W tym świecie, pełnym sprzeczności i nieuchwytności, ona sama była jak klucz - delikatny, ale nie do podważenia, gotowa otworzyć drzwi do własnej duszy tylko tym, którzy potrafili odczytać jej subtelne sygnały. Lub tym, którzy wytrwale dawali jej czas, pozwalali odsłonić własną wrażliwość i głębię, skrywaną pod grubym płaszczem rozwarstwionych pozorów. To prawda, że była trudna, że nie można jej było zrozumieć, że igrała, nigdy jednak nie szkodziła i w jej intencjach nie kryła się premedytacja, aby mu utrzeć nosa i się z niego nabijać. Nawet wtedy gdy droczyła się z Anastasiusem, nie chciała wyrządzić mu nic złego i wydawało jej się, że jej zaczepki go nie bolą, tylko irytują i niecierpliwią.
OdpowiedzUsuńW jej obecności można było odczuć, że jest jak strumień, który płynie tam, gdzie chce, nie zważając na przeszkody, a jednocześnie potrafi się zatrzymać, by dać innym oddech i chwilę wytchnienia. Noor nie była osobą, którą można by zamknąć w schematy, bo jej natura była zbyt nieuchwytna, by sprowadzić ją do prostych ram. Ona sama była jak tajemnicza melodia, którą słyszy się tylko w najcichszych zakątkach własnej duszy, a mimo to, kiedy już ją usłyszysz, nigdy nie zapominasz tego dźwięku. Jej urok, czar, uroda, wyjątkowość spojrzenia i dotyku, to czym potrafiła obdarzyć było niezwykle i mogło zostać na zawsze... trzeba było tylko jej pozwolić.
Jej twarz zmieniła się i rozjaśniła, gdy pogodny, nowy uśmiech rozciągnął słodko kobiece usta. On lubił w niej miękkość, a tego nigdy w niej przy nim nie brakowało, odrzucała kolce, tępiły się wszelkie krawędzie i Noor odsłaniała się jeszcze bardziej. Przy liszu jej wysokie fasady osuwały się w dół, a od pewnej dłuższej chwili działo się to już szybciej i bardziej, zupełnie jakby zacierały się wszelkie jej granice u mury.
- Nie wiem... ale moja bezsenność i to zmęczenie, to nie jest związane z runami - stwierdziła po chwili zastanowienia, muskając brzegiem palca uszko swojego kubka. Nowe runy, silniejsze, mocniejsze, może mogłyby temu wszystkiemu zaradzić, ale... co jeśli nie? Czy rozpadnie się któregoś dnia i zamieni w niknącą przed obudzeniem dnia mgłę?
Nigdy nie myślała o runach dłużej, niż było to konieczne. Azyl dawał jej bezpieczeństwo i spokój od tego, co zostawiła na zewnątrz, a sposób zapłaty za to nigdy nie był przez nią negowany. Zgodziła się na wszystkie warunki i wszystkie zasady panujące wewnątrz w dniu przybycia tu pięć lat temu, bo wszystko było lepsze od dławienia się własnym strachem. Poza tym wypalanie run w jej gładkiej skórze na żebrach zaraz nad biodrem bolało jedynie przez czas ich tworzenia, chwilę w porównaniu z tym, jak długo mogła tu żyć.
Z zainteresowaniem patrzyła na lśniące tatuaże i połyskujące runy. Wysunęła dłoń, ale nie dosięgła jego skóry, choć opuszek zatrzymał się ledwie milimetr od ciała mężczyzny. Czuła jego energię, ciężką siłę wibrującą przy postaci lisza. To również było zdumiewające i niezwykłe. U niego wyglądało to pięknie, a tusz który zdobił mu skórę... podobało jej się to. Bardzo, więc kiedy spojrzała mu w twarz znowu, zieleń była soczysta, a iskierki na tęczówce błyszczały jasno.
- No wiesz, takie trochę bardziej romantyczne, z nutką tajemnicy i odrobinką pikanterii - odpowiedziała z uśmiechem, próbując być poważna, wyjaśnić mu cierpliwie że trochę się z nim droczy i też flirtuje. W chwilach jak ta, wydawał się jeszcze bardziej staroświecki, a jej aż opadały ręce. Jak można nie wyłapać aluzji, gdy właściwie jest ona oczywista? Zaczynała już rozumieć, że Anastasius jest typem słodkiego i nieco nieporadnego poety, ale... wierzyła, że jest w nim też nieco głębi i ognia. Gdzieś, gdzie sama chciałaby dotrzeć.
UsuńWstała w ślad za nim i odprowadziła go do drzwi. Podała mu marynarkę i kiwnęła głową na znak zgody i zrozumienia, gdy chwycił w palce przecięty amulet. Mieli się zobaczyć jutro i w ostatniej chwili, gdy sięgał po klamkę, poczuła przejmujący, zimny, śliski dreszcz na karku. Nie był to dobry znak, ale nie rozumiała jeszcze, co znaczy.
- Do zobaczenia i dziękuję - powiedziała cicho, odprowadzając go wzrokiem nim nie zniknął jej z oczu, schodząc schodami w dół klatki do wyjścia na ulicę. Gdy została sama i zamknęła drzwi, zasuwając zamek, poczuła że chciałaby mieć towarzystwo dłużej. Teraz, w tym stanie, nie służyło jej jej własne. Pomagał jednak widok kwiatów, pachnących, kolorowych, pełnych życia i świeżości, które odmieniły wystrój jej mieszkanka.
Nie dotarła do domu z czerwonym dachem. W drodze na cmentarz, który miałaby minąć schodząc dalej od głównej drogi, jej ciało nagle, samo z siebie, bez wcześniejszego sygnału czy uprzedzenia, odmówiło posłuszeństwa. Upadła przy bramie cmentarza, z skronią ledwie kilka centymetrów od wystającej starej cegły o stępionych krawędziach, która jak wiele innych cegieł wykańczała ozdobnie brzegi ścieżki. Wcześniej w ciągu dnia ręce mocniej jej drżały i niezbyt jaskrawe światło w aptece raziło, jakby wrażliwość zmysłów wydawała się szczególnie jej przeszkadzać. Teraz, gdy zapadał już zmierzch, Noor leżała w ziemi. Dokładniej w dole przysypana świeżą porcją czerni, ale to jak się tam znalazła i kto ją tam wpakował, to inna historia.
Czuła jak wilgoć gruntu ją sobie zabiera, jak zgnilizna wsiąka w ubranie i zaczyna ciążyć, gnieść i rwać ją do siebie. Było jej zimno, ale nie drżała, pozostawała jedynie przytomna, choć i świadomość gasła, jakby z Noor nie zostawało już nic. Była wystraszona tak, jak sądziła, że nigdy już nie będzie. Została wrzucona jak coś niechcianego w ten dół, z nienawiścią i pogardą, zasypana ziemią dostatecznie, by ta przykryła jej sylwetkę. Nie miała sił, ani żadnej mocy by się ruszyć, by się podnieść, ani jej ręce, ani nogi, ani głowa nie reagowały na myśl o wstaniu. Oddychała powoli, niezbyt głeboko, czując ziemię w nosie w ustach, musiała więc uważać, aby się nie zadławić... bo to już byłby koniec. Czuła grudki i drobne kamyczki na odkrytych dłoniach, na twarzy, przy szyi i w uszach, czuła jak wszystko ją drapie, drażni, jakby chciało rozerwać, pochłonąć i pożreć, wedrzeć się pod podwinięty szeroki sweter i dostać się do jej wnętrzności. Grube, ciężkie ślady przy skroniach zdradzały zbyt wiele, bo Noor nie płakała, rzadko się śmiała, a to... to zdradzało, że wciąż żyje, gdy ziemia tworzyła na jej twarzy malowidła, zmieszana z łzami.
Musiała to przetrwać, musiała poczekać, aż może siła jej wróci i wstanie. Potrzebowała pomyśleć o czymś dobrym, miłym, przyjemnym, co sprawiało, że niepokój malał. Szła do Anastasiusa, chciała z nim rozmawiać, szukać rozwiązania na jej kłopoty i słabość bezsenności, chciała aby otoczył ją opieką, nawet jeśli traktował jak królika doświadczalnego. Zacisnęła powieki mocniej, mając wrażenie że piach chce przeniknąć jej w czaszkę i myślała o nim. O tym jak przystojnie wczoraj wyglądał, jak bardzo potrafił być wobec niej cierpliwy. Jak ją rozumiał i jak brakowało jej tasiemki na nadgarstku, który skaleczony piekł teraz niemiłosiernie, gdy brud haczył o niewielką ranę. Myślała o nim i o tym, jak lubi te wspólne bezsenne noce spędzane w jego domu, gdy otacza ich cisza i rozmowy są wypowiadane półszeptem, jak ich wspólne sekrety.
Noor ✨ 🖤
[Dziękuję bardzo za docenienie mojej karty! Bardzo się starałam, żeby pod płaszczykiem niewinności i delikatności ukryć makabrę, grozę i jej osobistą tragedię. Masz ochotę na wątek? Chętnie stworzę jakąś zapierającą dech opowieść z Anastasiusem. Jest niezwykle intrygującą i wartą poznania postacią]
OdpowiedzUsuńLilija Hollow
Noc była czarniejsza, ziemia cięższa i zimniejsza z każdą chwilą, a Noor po pewnym czasie już nie walczyła. Nie wiedziała również, kiedy do jej ciała wróciły siły, bo tak długo ani ręka, ani nogi nie reagowały na polecenia świadomości, że w tym dole po prostu... leżała. Czy mogła umrzeć? Czy mogła po kilku dniach dać ostatnie tchnienie, czy Grimm by po nią wrócił? Nie wiedziała nawet tego, czuła tylko wilgoć, ocieranie się drobin piachu po skórze, to jak jest jej coraz ciężej złapać kolejny oddech. Jeśli miała zasnąć i się już nie obudzić, skupiła się na tym co dobre, co miłe i co przywoływało ciepło w sercu.
OdpowiedzUsuńNie zorientowała się na początku, że ktoś naprawdę jej pomaga. Wyciszyła się na wszystko wokół, próbowała zapanować nad dudniącym z przerażenia sercem, które aż bolało. Głuche uderzenie łopaty wprawiło to co było wokół w drżenie, ale ona się nie poruszyła. Dopiero gdy długie, silne ramiona sięgnęły po nią z ziemi, uchyliła powieki i zaczęła kaszleć, łapiąc oddech i wypluwając piach. Drżała z zimna, wszystkie ubrania miała przemoczone, ciążyły jej, a ona sama była bledsza niż zwykle.
Gdyby poznała jego myśli, tę wątpliwość, że wszystko co zastał jest jej kolejną sztuczką... chciałaby się rozpaść. Wiedziała, że Anastasius jest ostrożny i nie szuka komplikacji, ale takie nie były nigdy jej celem. Jeśli choć przez ułamek chwili podejrzewał ją o jakieś nieczyste zagrania, to czy w gruncie rzeczy naprawdę się o nią troszczył, martwił się, albo w ogóle cokolwiek o niej wiedział? Czy nie był po prostu uprzejmy i szarmancki? Była w niej tkliwość, była nieufna, krucha w nieco inny sposób niż szkło, ale nie bawiła się innymi i nie było w niej złośliwości. Nigdy nie wyrządziła nikomu nic złego, a nawet ich rozmowy prowadzone nocą, te których świadkami były jedynie gwiazdy i Oggy siedzący niedaleko i to droczenie się, nigdy nie miało to nikomu zaszkodzić i nie dlatego to robiła. Gdyby wiedziała, jakie ma o niej zdanie, nie chciałaby od niego ani bransoletki, ani nic innego już nigdy, ale teraz widok jego twarzy i to uczucie, że ją trzyma, przyniosło ulgę i ucieszyła się, że to on. Na nikogo innego nie mogłaby się tak ucieszyć. Może była naiwna, a może wydarzyło się już coś, z czego jeszcze sama nie zdawała sobie sprawy.
Poddała się mu we wszystkim, ufając i polegając na nim. Słuchała poleceń, szeroko otwartymi oczami obserwując jego twarz, gdy łapała kolejny raz głodny haust powietrza bez piachu drapiącego gardło. Oparła policzek na jego ramieniu i drżała, gdy niósł ją do mieszkania, próbując poruszać palcami, które zdrętwiałe i sztywne nie słuchały jej do końca. Wiedziała, że padną pytania i nie miała nic przeciwko odpowiedziom, miała jednak wrażenie, że nie jest jeszcze na to gotowa. Czuła się tak, jakby ziemia chciała wyciągnąć z niej życie. To jak się tam znalazła było proste, to uczucia które pojawiły się potem, ją przygniatały.
- Poczekasz....? - spytała z jakimś lękiem, że się nie pożegna, jeśli wszystko zajmie jej zbyt długo. Może prosiła by został po swojemu w ten niejasny, zawiły sposób, nie chcąc powiedzieć, ile to dla niej znaczy.
W mieszkaniu Noor panowała cisza, przerywana jedynie cichym szumem wody z kranu, gdy zamknęła drzwi łazienki. Kobieta, jeszcze przerażona i zziębnięta, powoli opuściła się na podłogę, z trudem łapiąc oddech. Serce łomotało jak oszalałe, a ona walczyła z cisnącymi się łzami. Nie chciała płakać. Nie mogła już. W jej oczach wciąż malowało się to samo przerażenie, które wcześniej zatruwało każdy jej ruch i którego nikt nie widział. Wiedziała, że Anastasius był obok, ale... ten wieczór miał wyglądać inaczej. Byli umówieni i wszystko przepadło.
UsuńZaczęła zdejmować z siebie ubrania. Ruchy miała powolne i bardzo niezgrabne jak na nią, brakowało tej płynności, która pochwycała uwagę. Czuła piach w zębach, w uszach, we włosach, pod paznokciami, a gdy kolejne sztuki odzieży lądowały na posadzce, wokół sypały się zimne, mokre grudki które nie chciały jej puścić, które osiadły przy szwach, pod guzikami, wcisnęły się do kieszeni i w każdą szczelinę. Kiedy weszła do wanny wypełnionej ciepłą wodą, drżenie ustępowało powoli. Sięgnęła po gąbke i szorstką stroną, aż do czerwoności szorowała gładkie wyziębione ciało, chcąc zmyć z siebie nie tylko brud, ale również lepki strach.
Nie chciała siedzieć w łazience za długo, bała się, że Anastasius wyjdzie bez słowa i coś miedzy nimi się popsuje. Wiedziała, że musi odpocząć, choć w głowie wciąż słyszała echo własnego kaszlu i oddechów, które jeszcze nie wróciły do normy. Oczy ją piekły, a choć nie była już pod ziemią, miała wrażenie, że wszystko wokół jest ciemne, jak... przysypane nadal nieubłaganie ciężkim gruntem zwiastującym koniec i zgniliznę. Woda, w którą zanurzyła się w wannie, wydawała się być jedynym spokojem w tym chaosie.
W końcu wyszła z wanny i zorientowała się, że nie zabrała tu rzeczy na zmianę. Stojąc przed lustrem w puchatym ręczniku zasłaniającym piersi, talię, biodra aż do niemal połowy ud, poprawiła włosy z których kapała woda mocząc ramiona i plecy miękkiego ciała - dziś się przekonała jak łatwo to stracić. Powoli uniosła wzrok i spojrzała na swoje odbicie - była wyblakła, z podkrążonymi oczami i zmęczonym wyrazem twarzy. W jej głowie pojawiła się myśl, że musi się jeszcze bardziej postarać, by wrócić do siebie i to co miało miejsce dziś, nie może się powtórzyć. Czuła, że jedna kąpiel to za mało i wciąż czuje zimno pod skórą. Podpierając się o ścianę, sięgnęła klamki, nadal milcząc.
Z ciężkim oddechem zadrżała, gdy ziąb z mieszkania wdarł się do zaparowanej łazienki a odkryte ramiona, dekolt i nogi ubrały sie po swojemu w dreszcze.
- Anasti...? - odezwała się cicho, niepewnie, nasłuchując, czy faktycznie czekał.
Czuła, jak napięcie powoli opuszcza jej ciało, ale nadal coś ciężkiego dusi ją w klatce. W głowie jeszcze rozbrzmiewały jej rozszalałe myśli, ale obecność Anastasiusa, który zaraz do niej podszedł, dawała jej poczucie, że nie musi się już sama mierzyć z tym wszystkim, co ostatnio się dzieje i wydaje się kumulować wokół w nieszczęściu. Powoli zacisnęła dłonie na ręczniku przytrzymując go przy sobie, próbując odzyskać choć odrobinę kontroli nad własnym życiem. Spuściła wzrok na smukłe palce, teraz czerwone od gąbki, gdzie widziała jeszcze niedomytą ziemię. Nabrała oddech drżąco, jakby płaszcz walczył z nią w piersi i zawiesiła wzrok na czarnych spodniach przed sobą. Nie wiedziała, co może powiedzieć.
Noor ✨ 🖤
Na delikatnej twarzy piegi malowały się teraz wyraźniej, cynamonowe krople wybijały się na niemal alabastrowym pergaminie skóry, a usta odcinały jakby jadła z smakiem maliny zerwane prosto z leśnego krzaka i chętnie chciała się podzielić rozkoszną słodyczą. Włosy oblepiły mokry kark, a na drobnych ramionach stworzyły unikalne wzory odcinając się przy ciele głębokim kolorem. Ostatnie nieprzespane noce wyciskały z niej piękno w ten okrutnie kpiący sposób, podkreślając wszystko to, co stanowiło o jej przekleństwie tym mocniej, im gorzej się czuła. Nigdy nie będzie wyglądać tak bezbronnie i kusząco jak teraz, a on nigdy jej już takiej nie zobaczy.
OdpowiedzUsuńNie zdążyła go zawołać, ani wyciągnąć za nim ręki, gdy zawrócił. Zostawił ją samą w korytarzu, nim padło jakieś słowo i coś zimnego ścisnęło ją pod sercem, gdy zdała sobie sprawę, że nie chciał nawet na nią spojrzeć. Miała wrażenie, że całe niezrozumienie sytuacji obraca się przeciwko niej, a choć jej pomógł i ocalił ją, był zły że to wszystko się wydarzyło również przez nią.
Przytrzymując przy sobie coraz mniej wygodny ręcznik, opierając się o mijane meble poszła do sypialni. Potrzebowała chwili, aby odcisnąć włosy i przebrać się w miękki szary sweter i szerokie granatowe spodnie luźno opadające przy biodrach mimo związania sznurkami na supełek. Choć czuła uciążliwe drapanie splotów wełny w swetrze na piersiach, brzuchu i łopatkach, nie szukała żadnej gładkiej koszulki, nie przebrała się kolejny raz, bo nie chciała aby Anastasius był sam. I nie chciała też być sama, kiedy był obok.
Rysy jej twarzy, do tej pory napięte, jakby pozostawała czujna, roztopiły się jak lodowce i złagodniały, gdy poczuła jedzenie. Noor nie była wzorem, jeśli chodzi o dbanie o siebie, jadła nieregularnie, czasami pomijała posiłki, lubiła najbardziej surowe warzywa i owoce, może też zupy, ale choć w jej kuchni zwykle było masę produktów do przygotowania prawilnego posiłku, nie pasjonowała się gotowaniem. Prawie nie piekła i rzadko kiedy obrabiała mięso. Prowadzenie apteki i dbanie o klientów, którym nie wystawiała standardowych paragonów mocno ją pochłaniało. Jedzenie po prostu nie było najważniejsze, za to w szafkach Anastasius mógł dostrzec mnogość słoiczków z ziołowymi i herbacianymi mieszankami do tworzenia naparów tych mniej i bardziej zwyczajnych.
Usiadła naprzeciw niego i wlepiła jasne, coraz bardziej przytomne spojrzenie najpierw w talerz. Cisza była ciężka, zgrzytała czymś nieprzyjemnym, a Noor z każdą chwilą czuła się bardziej przytłoczona, jakby była tu winna. Pominęła widelec i złapała w palce truskawkę, wsuwając czerwony kawałek w usta. Trzymała chwilę opuszki wsparte na wargach i odetchnęła głeboko, gdy przyjemny, znany smak rozszedł się na podniebieniu. Sięgnęła po kubek z herbatą i podnosząc go, by ostrożnie upić łyk, przelotnie obrzuciła twarz mężczyzny spojrzeniem. Czujnym, uważnym, badawczym. Ostrożnym. Wydawał się napięty jak struna, twardszy niż skała. Bardziej nieprzystępny niż zwykle.
- Anastasiusie, dziękuję - wyszeptała; od tego chciała zacząć, nie dlatego że wypadało, a dlatego, że to co zrobił pozwalało im teraz rozmawiać. A jej oddychać nadal.
Chwyciła za sztućce i po pierwszym kęsie już wiedziała, że nigdy nikt nie zrobił jej naleśników tak słodkich jak on. Były wybitnie słodkie i kolejne kawałki, które znikały w jej ustach wraz z dodanymi owocami sprawiały, że ramiona drżały jej mniej.
Usuń- Grimm, ten z piekarni - wypowiedziała to imię równie szeptem, nie podnosząc wzroku, gdy mocniej nabiła borówke na ząbki widelca, aż metal zgrzytnął o porcelanowy talerz. Nienawidziła go, ogar był kimś, kto nie szanował ani życia, ani śmierci, której służył i chyba tylko raz spotkała kogoś, kto potrafił w sekundę przywołać cały mrok, jaki się tlił w Dubois. Żeby wszystko jednak wyjaśnić, musiałaby odsłonić swój koszmar, traumę, którą zakopała dawno temu tak głeboko, że nawet w snach nie była w stanie tam dobrnąć. A jeśli mu powie... mógł już nie chcieć w ogóle na nią patrzeć i nie była pewna, jak sobie z tym poradzi.
Odstawiła sztućce, przełknęła i oparła się o krzesło, chwytając kubek, aby ogrzać zziębnięte dłonie.
- Byliśmy dziś umówieni, szłam do ciebie po pracy - zapewniła, bo nie zapomniała o nim, nie wzgardziła ich ostatnim spotkaniem i rozmową, nie chciała, aby myślał, że go w jakikolwiek sposób pominęła, lub że cokolwiek było dla niej zabawą. On nie był grą. - Nadal nie spałam i gdy byłam przy bramie cmentarza, moje ciało po prostu upadło - wyjaśniła, patrząc mu w oczy z spokojem i prawdą, którą mógł w niej dostrzec. Opowiedziała, jak znalazł ją Grimm, podniósł, przeniósł, wykopał dół tak, jakby tylko na to czekał i wrzucił w ziemię jej ciało jak szmacianą kukłę. A potem przysypał, nie marnując chwili nawet na to, by ją pożegnać godnie.
Głos jej nie drżał, ale był bezbarwny, panowała nad tym, jedynie przy ostatnich zdaniach załamał się odrobinę i Noor zamilkła. Upiła łyk gorącej, słodkiej herbaty i lekko osunęła się w krześle. Zawiesiła spojrzenie na dłoniach Anastasiusa, ciekawa czy teraz od gorącej herbaty w kubku, który obejmował, są cieplejsze niż zwykle. Nie zapytała. I dziś nie miała śmiałości tego sprawdzić.
- Spotkałam go kilka lat temu, jeszcze zanim przybyliśmy oboje do azylu - podjęła się wyjaśnień, a jej zielone tęczówki drgnęły, gdy spojrzała Anastasiusowi w oczy z ostrożnością. - Uciekałam z domu, od rodziny, która była moim oprawcą i wbiegłam w pole jego polowania, przeszkodziłam mu. Nie zrozumiał, nie pomógł mi uciec, ani się ukryć. Schwytał mnie, upolował jak zwierzynę i oddał tam, gdzie mogłam nadal być tylko nikim - mówiła cicho, głosem który mógł zdradzić tylko tyle, że to zbyt trudne, by odkryć wszystko na raz.
Bała się, wtedy gdy leżała w ziemi i teraz przywołując przeszłość, ale ufała lekarzowi i wierzyła, że nie popełnia błędu. Jej palce ześlizgnęły się po gorącym naczyniu, gdy odstawiła kubek na stół przed sobą. Spuściła wzrok nie z wstydu przez to, co zaszło, a dlatego, bo nigdy nie życzyła sobie aby Anastasius znalazł się w takiej sytuacji.
-Dlaczego jesteś na mnie zły, przecież nie planowałam dla ciebie takiego wieczoru...? - spytała wreszcie wprost, opierając dłonie na krawędzi blatu i obrusa i lekko hacząc paznokciami jego jasny brzeg obszyty błyszczącą nitką. - Ja... nie byłam nawet pewna, czy mnie usłyszysz - przyznała. Stwierdzenie, że musiał wykopywać ją z dołu sprawiło, że czuła jakby go do czegoś zmuszała. Czy kiedykolwiek tak robiła?
przestająca walczyć Noor ✨ 🖤
[Burza mózgów jak najbardziej wskazana! Pierwsze co mi wpadło do głowy, skoro Anastasius był lekarzem to może pomógłby Lilce, kiedy ta wpadła w kłopoty? Widzę to tak, że znajduję ją nagą i poharataną w lesie (może po starciu z jakimś silniejszym bytem?) i jej pomaga.]
OdpowiedzUsuńLilija
Miodowe promienie słońca wślizgnęły się przez stare okna i osiadły na jej powiekach niezmiernie irytując swoim blaskiem. Poczuła miękkie ciepło, które sprawiało jej niemal fizyczny ból. Instynktownie sięgnęła ku swojej szyi i czując chłód rubinowego naszyjnika odetchnęła cicho z ulgą. Wciąż go miała, nikt go nie odebrał. Choć gdyby Anastasius miał świadomość jaka moc drzemie w środku kamienia, być może wykorzystałby jej dość wątpliwy stan i po niego sięgnął. Skrzywiła się i poruszyła dłonią, zasłaniając twarz, a przede wszystkim swoje oczy. Zaraz do jej nozdrzy doszedł aromatyczny zapach kawy, intensywny, mocny i gorzki. Parzona najprawdopodobniej przez Oggy’ego, bowiem jak zdążyła zauważyć wszelkie obowiązki domowe spoczywały właśnie na nim. Przynajmniej te proste czynności, które umiał wykonać. Uniosła powieki powoli, jakby były z ołowiu. Świat zafalował, sufit wydał jej się zbyt wysoki, a kominek zbyt bliski. W ustach czuła suchość i metaliczny posmak, jak po źle przespanej nocy i jeszcze gorszych decyzjach. W głowie pulsowało tępe, nieprzyjemne wspomnienie wczorajszego wieczoru. Zbyt wiele emocji i zbyt wiele wypowiedzianych słów. Zamrugała gwałtownie powiekami, zdając sobie sprawę, że wciąż jest w domu mężczyzny. Usiadła gwałtowniej, niż powinna i natychmiast tego pożałowała. W skroniach pulsował jej ogień, a światło wdarło się pod powieki jak ostrze. Oparła się o oparcie kanapy i zacisnęła palce na jej brzegu, próbując złapać równowagę. Jej ciało, zdradziecko żywe, przypominało jej, że nawet wampirzyca może zemdleć jak zwyczajna, krucha dziewczyna. Wspomnienia zeszłego wieczoru wracały do niej fragmentami. Przesunęła dłonią po twarzy. Była o wiele spokojniejsza niż wczoraj. To chyba zaskoczyło ją najbardziej. Gniew, który kipiał w niej jeszcze kilka godzin temu, gdzieś się rozpłynął. Zostało po nim jedynie zmęczenie. Usłyszała delikatny stukot porcelany i cichy, charakterystyczny zgrzyt kości. Odwróciła delikatnie głowę. Oggy stał przy stoliku, przechylając czaszkę w jej stronę. W pustych oczodołach nie było oczu, a jednak czuła na sobie jego spojrzenie.
OdpowiedzUsuń— Dzień dobry, czy zły dzień? — mruknęła z ponurym uśmiechem w kierunku kościotrupa. — Skoro Twój Pan jeszcze nie rzucił na mnie klątwy to chyba całkiem niezły… — przeciągnęła się leniwie, prężąc przy tym swoje ciało jak kociak.
Kościotrup przekrzywił głowę jeszcze bardziej, jakby rozważał jej słowa, po czym skinął niemo i wrócił do swoich obowiązków. W tej dziwnej posiadłości to on zdawał się najbardziej ludzki. Dotknęła skroni. Pamiętała, jak wychodziła. Pamiętała chłód powietrza i to upokarzające uczucie, gdy świat zaczął wirować. A potem już tylko ciemność. Oparła stopy o podłogę i powoli wstała. Kolana miała miękkie, lecz utrzymały ją bez protestu. Podeszła do okna, mrużąc oczy przed słońcem. Miodowe światło zalewało ogród i kamienne ścieżki, nadając temu miejscu niemal sielankowy charakter. Azyl. Jakże przewrotne słowo. Mocno ściągnęła zasłony, blokując dostęp światła do domu. Oggy syknął, ale dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie.
— Wampiry nienawidzą światła, Oggy. Nikt Cię nie uprzedził? — wyjaśniła z dziwnym, wręcz nienaturalnym dla siebie spokojem. Niespodziewanie drzwi domu otworzyły się z cichym skrzypnięciem, do środka wszedł właściciel tego przybytku, a Minerva obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Przez krótką chwilę mierzyli się spojrzeniami. Wczoraj szukałaby w nim słabości. Dziś dostrzegała tylko dystans.
— Witaj, Panie Śmierci i Mroku. — uśmiechnęła się nieco krzywo. — Wyjdę. — oznajmiła, opierając się pośladkami o parapet. — Kiedy zajdzie słońce. — dodała, wygładzając sukienkę. Słońce dopiero co wzeszło, więc istniał tu pewien impas.
Minerva Cove
Cisza, gdy ona jeszcze milczała, rosła w pokoju i gęstniała, Noor miała wrażenie że zaczyna osaczać ją i przyklejać się niczym ciężka mgła do jej skóry i włosów, choć niewidoczna to niemożliwa do uniknięcia. Chwyciła widelec, nabrała owoce na ząbki i wsunęła do ust, kolejny kawałek ciasta, znów owoc i po chwili jej policzki zaokrągliły się od jedzenia. Nie czuła się dobrze, była słaba, niewyspana, wciąż zmęczona, dodatkowo wszystko wokół zaczynało ją przytłaczać: dźwięki były nieprzyjemne, zbyt ostre, światło rażące, każda faktura niewygodna, drapiąca, niedelikatna. Na domiar złego bała się tego braku kontroli i kolejnych wypadków, które mogą się wydarzyć. Wszystko ją drażniło, a Anastasius... wydawał się martwić jedynie cmentarzem.
OdpowiedzUsuńBył tak skupiony na faktach, tak rzetelnie chciał dopilnować swojej własnej powinności, czyli strzeżenia porządku na cmentarnej ziemi, że w jakimś stopniu poczuła się odtrącona. Był tu, nie maszerował już do ratusza, aby zgłosić pogwałcenie zasad, ale... gdzie ta troska o nią, którą deklarował ostatnio? Nie umiała jej poczuć. Przygotował jej posiłek, przyszedł po nią, a potem mówił inne rzeczy. W takich chwilach miała wrażenie, że wszystko co się dzieje między nimi, to drżenie energii, te ciche podszepty, dłuższe spojrzenia, wolniejsze ale pewniejsze bicie serca to iluzja i sama chce dostrzec coś, co się nie dzieje naprawdę.
- Grimm jest psem śmierci, jego polowanie to nie rozrywka, więc gdy mu przeszkodziłam stałam się kimś znienawidzonym - oznajmiła nagle beznamiętnie, odkładając widelec na stół nieco zbyt mocno, metal zabrzęczał o porcelanę, a Noor wbiła spojrzenie w twarz mężczyzny. - Ja też go nienawidzę i to co się stało, nie przejdzie mu płazem - zapewniła z głęboką złością, która objęła bez czułości jej głos jak coś gorzkiego, lepkiego, coś, co nie znika. Coś co tkwi ciągle w trzewiach i truje, karmiąc się najgorszym.
Nie chciała mówić nic więcej, bo to nie miało znaczenia. Grimm uznał, że przypadek wystarczy, aby obrać sobie Noor za cel do zniszczenia, choć nią gardził, a ona? Ona nie miała zamiaru być ofiarą. Nieważne, że uciekała od krzywdy, od najgorszych koszmarów i liczyła że ogar śmierci jej pomoże. W momencie gdy przeciął jej ścieżkę i zwrócił ją jak zgubioną własność oprawcy, tym samym znów umieszczając ją w miejscu, gdzie każdy oddech smakował jak kara, poprzysięgła zemstę.
Wizyty w ratuszu na razie nie będzie, bo Noor miała zamiar dojść do siebie i pójść do tego piekarza sama, aby doprowadzić do konfrontacji. Najpierw jednak musiała odzyskać siły, być znowu sobą, wyspać się, opanować niespodziewane drżenia rąk, chwile gdy się zawieszała gubiąc poczucie istnienia, napady dreszczy, czy jak to się stało na cmentarzu - utratę kontroli nad ciałem. Nie liczyła, że Anastasius ją zrozumie.
Siegnęła po kubek, upiła kilka łyków, a rozgrzewający napar przyjemnie rozlał się po jej gardle i spłynął w dół. Odetchnęła głeboko i spojrzała na niemal pusty talerz. Zacisnęła mocniej usta, i zmrużyła powieki, gdy poczuła że na rzęsach zbiera się wilgoć. Było jej teraz przykro, tak zwyczajnie przykro, że zmarnowała umówiony wieczór i poczuła, że jest mała, że jej krzywda i problemy okazywały się mniej istotne niż ogólny porządek w azylu. Czy nie mogło to być choć tak samo ważne, liczące się po równo?
Odchyliła się na krześle, mokre kosmyki przylgnęły do policzków, szyi i ramion, a krople spadały na jej sweter; ciemne plamy na ramionach i dekolcie były coraz wyraźniejsze.
Usuń- To sie nie może powtórzyć - przyznała mu rację, powoli sunąc niespokojnym spojrzeniem po liniach na obrusie w jego stronę, aż spojrzała mu znów w oczy. - Muszę się wyspać, muszę znaleźć źródło tej bezsenności, to co się dzieje, to wysysa ze mnie życie. Chodźmy do ciebie, chcę spróbować naparu - poprosiła, wstając powoli, podparta o stół.
Nie musieli biec, mogli iść powoli, nie pogardziłaby wsparciem jak nadstawione ramię, albo ramię, które ją obejmie, nie musiał jej już nawet nosić. Dobrze było czuć jego bliskość, ta stabilność, spokój i siła Anastasiusa pomagały jej uciszyć niepokoje. Poza tym podobało jej się to, gdy ją obejmował, a gdy ją niósł z cmentarza, miała wrażenie, że ramiona owinięte wokół jej sylwetki nawet nie odczuwają wysiłku. To tez było przyjemne.
- Nie chcę czekać, aż stanie się coś gorszego i nie zdążysz, gdy cię zawołam... Nie chcę w ogóle musieć znów o tobie myśleć w najczarniejszej chwili, jak o ostatniej dobrej, tylko się z tobą cieszyć każdą - przyznała szczerze, otwarcie, może zdradzając zbyt wiele, ale kto wie, czy to w ogóle go obchodziło.
Noor ✨🖤
Damroka była zwyczajnie zawiedziona i trochę poirytowana. Listy, których treść znała na pamięć i piękne wyobrażenie tamtego trudnego czasu, nagle zdawały się tracić na wartości z każdym wypowiedzianym przez niego słowem. W tamtym czasie czuła się ważna, zauważona i doceniona, a teraz poczuła się zwyczajnie rozbita - wpierw przez jego wyznanie, teraz przez bolesną szczerość. Zawiedziona była jednak nie różnicą podejść, jakie oboje reprezentowali - to normalne, każdy w końcu był inny, miał inną wrażliwość i podejście do minionych lat. Zawiedziona była tym, że zachował się jak wielu mężczyzn przed nim i pewnie wielu jeszcze po nim i podjął decyzję sam, jakby jej ona wcale nie dotyczyła, zaś w jej wspomnieniach figurował jako mężczyzna o wysokiej empatii, który wiedziałby jaką przykrość może jej tym sprawić. Poirytowana była, bo zwyczajnie nie rozumiała, czemu tak postąpił i nagle poczuła ogromną ochotę wyjść z tej chaty, pomimo osłabienia i tego, jak przyjemnie ciepło w niej było.
OdpowiedzUsuń— Chciałabym powiedzieć, że rozumiem, ale nie rozumiem wcale i nie mam zamiaru kłamać, że jest inaczej — odpowiedziała szybko, trochę nerwowo, ale gdy już wyrzuciła z siebie te kilka słów, jej twarz ponownie złagodniała, a usta wykrzywił delikatny uśmiech — Miło byłoby mieć tu przyjaciela z dawnych lat… Może z czasem, mimo powziętej wcześniej decyzji o braku kontaktu, moglibyśmy umówić się na herbatę, albo spacer?
Z zaciekawieniem patrzyła na nieznajomego mężczyznę. Chociaż znała jego imię, kiedyś nawet i myśli, to przecież przez te lata mógł nie tylko zmienić się raz, w lisza, ale zrobić to wielokrotnie, stając się nie tylko innym bytem, ale istotą zupełnie innego charakteru, czy natury. Ona sama zmorą była już wtedy, gdy z czułością składała pocałunki na ozdobnej papeterii, skropionej jej najdroższymi perfumami przywiezionymi z dalekiego Orientu i nie umiała sobie wyobrazić, jak spotyka kogoś kto znałby ją jako Damrokę-chłopkę, nieumiejącą czytać ani pisać, mającą za swe osiągnięcie jedynie zamążpójście, a w nim… W nim zaszło więcej zmian, zaczynając chociażby od ciała, po stanie życia i śmierci kończąc.
Skinęła w milczeniu głową na jego odpowiedź dotyczącą przemiany w myślach ganiąc się za to, że spytała, prowadzona przez zwodniczą ciekawość. Azyl pełen był istot o zgoła odmiennej od Damroki naturze - przemienionych przez innych, urodzonych wśród mgieł i czarów, ale samodzielna przemiana była czymś na tyle rzadkim, że najzwyczajniej chciała usłyszeć jego historię, dowiedzieć się, jak to jest gdy ma się wpływ na własny los. Jej nikt nie pytał o zdanie, kiedy posoka spływała po udach i umierając w samotności, została przeklęta przez samo swoje przyjście na świat, który odpłacił jej się wiecznym życiem i makabrycznym obliczem, które domagało się ludzkiego bólu i strachu. Choćby próbowała za wszelką cenę odmienić swoje istnienie, to musiała przyznać, że rzeczywistą panią swojego losu jedynie bywała, częściej pozwalając Losowi prowadzić się za rękę w stronę coraz to ciekawszych przygód.
— Nie Anastasiusie, ja… — zawahała się przez chwilę i ułożyła dłonie na swoich kolanach, wpatrując się w krótko obcięte paznokcie i delikatne zmarszczki, dzielące palce na paliczki — Ja nie jestem chora. Jestem silnie osłabiona — wyjaśniła i podniosła na niego spojrzenie, z całych sił walcząc z zawstydzeniem.
— Jestem zmorą, Anastasiusie. Żywię się bólem, strachem i koszmarami innych, zmieniam wtedy swoją postać i w niczym nie przypominam… — na jej policzkach zaczął wypływać rumieniec zawstydzenia, bo mimo złudnego pogodzenia się z własną naturą nadal czuła zażenowanie, gdy o tym opowiadała, starając się przy tym zachować kronikarską dokładność — Nie przypominam osoby, którą znałeś kiedykolwiek. Pozwolę sobie pominąć część o tym, jak do tego doszło, ale skoro wiedziałeś o moim pobycie w Azylu to zapewne wiesz również, czym się zajmowałam. Jako Ściągająca żywiłam się na zewnątrz, ale odkąd zmieniłam profesję nie jest to już możliwe i muszę żywić się na mieszkańcach, przez runy mogę brać tyle, ile inni dają, ale przez przyzwoitość… — westchnęła cicho, w myślach ganiąc się za własną głupotę, zażenowana swoim brakiem umiejętności przewidywania — Testuję granice, jak długo jestem w stanie wytrzymać bez posilania się. Wiem, że po tylu latach powinnam już dobrze to znać, ale nigdy nie musiałam takich rzeczy sprawdzać, a teraz… Nie mam możliwości sprawdzenia tego z zachowaniem odpowiedniej dbałości o dokładność pomiarów, bo za każdym razem jestem w stanie przyjąć inną porcję energii, której kaloryczności nie da się przecież zbadać, a kiedy próbuję przedłużyć stan bez posilania się, to okazuje się, że kończy się to właśnie w ten sposób. To pierwszy raz Anastasiusie, nigdy wcześniej głód zmory nie przekładał się aż tak znacznie na zmęczenie ludzkiego ciała. Przepraszam Cie bardzo za kłopot — powiedziała szybko, czując duże zmęczenie wywołane tak długą wypowiedzią, na którą zwyczajnie brakowało jej teraz sił — Ściemnia się powoli, więc niedługo pierwsi mieszkańcy pójdą spać, obiecuję, że możliwie szybko uzupełnie swoje braki i opuszczę twoje domostwo. Nie chcę ani tobie, ani twojemu towarzyszowi nastręczać więcej kłopotów — uśmiechnęła się przepraszająco, okrutnie zakłopotana położeniem, w jakim się znalazła.
UsuńDamroka
Chaos, zmęczenie i zagubienie, które ogarniały Noor, stopniowo zatruwały jej umysł, wprowadzając zamęt i niepokój wewnętrzny. W jej myślach pojawiały się nieustające sprzeczności, wątpliwości i niepewność, co sprawiało, że trudno jej było odnaleźć stabilność i spokój, które przecież w sobie miała i umiała to pielęgnować. Zaczynała tracić pewność siebie, podważała własne wybory i przekonania, a jej myśli stawały się coraz bardziej chaotyczne i nieuporządkowane.
OdpowiedzUsuńZamiast ufać swoim instynktom i relacjom, zaczynała się ich obawiać i podważać ich wartość, co narażało ją na utratę cennych więzi. Bała się coraz bardziej tego, co ją pochłaniało i naprawdę... widziała również, jakie to zgubne, a bezsilność sprawiała, że była nerwowa i niecierpliwa.
Zastygła w bezruchu, a zdumione spojrzenie zatrzymała w brązowych oczach. Poczuła się odsunięta, a jego nie trafiło ją gdzieś między żebra. Kolejny raz. To było tak typowe dla niego, wiedziała już, że to sposób Anastasiusa na okazanie troski, ale... Nie rozumiała. To było trudne, aby wyłapać granice tych przemian między ciepłem i akceptacją , a nagłym chłodnym kalkulowaniem faktów i logicznym podejściem do sytuacji, jaką tkały jej emocje.
Kiedy zabrał naczynia i poszedł do kuchni, usiadła z powrotem na krześle, ułożyła chłodne dłonie pod blatem na szczupłych udach i zwiesiła głowę. Musiała odetchnąć, musiała uspokoić rozszalał mętlik, który podsuwał jej coraz mroczniejsze scenariusze. W ciszy, która wypełniła pokój, Noor z zaskoczeniem zorientowała się, że na dłoń opadła jej ciężka łza. Zacisnęła powieki, zatrzymując kolejne i wypuściła powietrze drżąc. Czuła po chwili, jak mięśnie się rozluźniają, choć myśli nadal wirowały w niej niczym burza. Jej serce biło szybciej, a oddech był płytki, ale słowa Anastasiusa powoli docierały do niej, jak cichy głos rozsądku w tle chaosu, który ją ogarniał. Wiedziała, że ma rację, że potrzebuje odpoczynku, chwili wyciszenia, a nie kolejnych prób walki z czymś, co wydawało się nie do pokonania, bo nie mogła tego ani zrozumieć, ani złapać.
Przypomniała sobie moment, gdy ostatni raz pozwoliła sobie na zatrzymanie się, na oddech, na odczuwanie tego, co naprawdę się dzieje... To było niedawno i wydawało się niezwykle odległe. To było na ganku domu z czerwonym dachem w obecności dwóch mężczyzn, jednego z ciemnym kaszkietem, drugiego z samych kości. Wiedziała, że znów tego potrzebuje, choć tak trudno było jej odpuścić, dać sobie czas, uspokoić się. Zżerał ją chaos, ale i jej własny strach.
Podniosła się powoli, łapiąc głęboki oddech, i spojrzała na Anastasiusa, który wrócił do pokoju. Chciała widzieć, że jego spojrzenie było pełne troski, choć ukrytej pod twardą powierzchnią spokoju i logiki. Zdecydowała, że zrobi to, co powiedział, posłucha go, spróbuje się wyciszyć, choćby na chwilę. A jutro spróbują naparu, albo pójdzie do Grimma, albo zgłosi incydent w urzędzie... zrobi coś, ale z głową i bez zgubnej gorączki.
- Dziękuję, Anastasius - powiedziała cicho z lekkim uśmiechem na zmęczonej twarzy, podchodząc do niego kilka kroków.
Zbliżyła się do niego, choć jeszcze niepewnie i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu. Przesunęła palcami po ciemnym materiale eleganckiego ubrania od barku do kołnierzyka ciemnej koszuli; zawsze ubierał się wyjątkowo i zawsze ją tym fascynował. Dziś z kolei znów nie ubrał kaszkietu. Nacisk opuszków był znikomy, ale chciała poczuć gładki materiał na skórze. To była jej mała, niewinna próba podziękowania, przypomnienie, że mimo wszystko, ceniła jego troskę i obecność, nawet jeśli traciła cierpliwość i nie umiała zrozumieć jego gestów i tego, co chciał wyrazić.
UsuńZadarła lekko podbródek, aby móc mu się przyjrzeć. Górował nad nią o głowę i podobało jej się to, budziło poczucie, że nie musi się aż tak martwić wszystkim sama. Chciał ją poznać, ale jej nie dawał tej szansy do końca... I choć przebijała się przez kolejne fasady, jakimi sam otoczył się zapewne dawno temu, wciąż nie potrafiła się do niego zbliżyć bardziej. A może to właśnie tego potrzebowała, aby odzyskać równowagę. Nie grała z nim, nie bawiła się jego kosztem, pozwalała sobie teraz i wcześniej odsłonić te wrażliwe warstwy siebie, by mógł ją zobaczyć. Była delikatna, pełna sprzeczności, troskliwa, ale lubiła się też droczyć, tyle że jej zaczepki nigdy nie miały mu zaszkodzić, czy czegoś odebrać. Nigdy też nie burzyła jego murów gwałtem, nie przebijała się przez żadne granice na siłę. Była tak blisko, jak sam ją dopuścił i chyba nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Chciałabym się położyć... - przyznała, cofając dłoń i obejmując się ramionami, po których przebiegł dreszcz z wyczerpania. - Jesli rozłożymy kanapę, zostaniesz obok? - zaproponowała. - Do mojej sypialni nie wkroczysz z powodów własnej przyzwoitości, prawda? - dopytała, choć chyba znali oboje odpowiedź. - Szkoda, tamto łóżko jest stokroć wygodniejsze - mruknęła, powoli odchylając głowę w tył i pozwalając strzelić rozciągniętym kręgom pod czaszką dwukrotnie.
Noor ✨🖤
Damroce pomimo wieku udawało się utrzymywać młodzieńczą wręcz pogodę ducha, tylko czasami zakrywaną widmem wspomnień i życiowym doświadczeniem nabytym przez te wszystkie lata - daleko jej jednak było do mądrości, którą kojarzyła ze starszymi kobietami. Może to dlatego, że sama nigdy nie miała i nie miała mieć, okazji zauważyć na swoim czole choćby jednej zmarszczki, jednego siwego włosa między tymi w kolorze słońca, czy nawet nowego piega na nosie? Już na zawsze miała mieć tylko dziewiętnaście lat i jej dusza, chociaż starsza od duszy Anastasiusa, zdawała się próbować do tego nagiąć, poddać, aby móc egzystować w zgodzie z samą sobą. Chociaż było jej trochę przykro, że przez tyle lat mijali się jak obcy, z każdą minutą coraz łatwiej było jej zrozumieć jego milczenie — może niektóre historie naprawdę powinny pozostać w przeszłości?
OdpowiedzUsuńBrakowało w jej życiu kogoś, kto tak jak i ona podchodził do uczuć ostrożnie, nie myląc ich z emocjami, którymi rządziły częściej reakcje chemiczne w mózgu, niż zdrowy rozsądek i serce. Bo gdyby to emocji Damroka posłuchała się ponad sto lat temu, to szukałaby go pewnie po całej Europie, zamiast pielęgnować w sobie zasiane przez niego ziarenko, które wykiełkowało wraz z pierwszym listem, aż w końcu urosło i zakwitło, leniwie rozchylając swoje płatki, kiedy napisał o czułych pocałunkach na jej dłoniach. Róże z tego krzewu trzymała nadal, patrząc na nią z utęsknieniem, jakby było w niej znacznie więcej niż tylko wymiana korespondencji, bo w Damroce faktycznie było wtedy więcej - była gotowa pierwszy raz komuś zaufać, opowiedzieć o swej naturze i wystawić się na jego ocenę. Podskórnie czuła, że ten nieśmiały lekarz jest pierwszym żywym, którego poznała do tamtej pory, który nie uciekłby w popłochu na widok jej mrocznej postury, bo już wtedy jego zainteresowanie mistycyzmem, magią, czy śmiercią samą w sobie, zdawało się przebijać przez zapisywane myśli. Szkoda jej niekiedy było, że Anastasius nie miał szans żyć w erze wiktoriańskiej nieco dłużej, bo była przekonana, że zakochałby się w tym co miała do zaoferowania ludziom o podobnym hobby.
— Anastasiusie, ale to znaczy, że musiałbyś je śnić. Koszmary. Ja musiałabym na nie patrzeć i… Kiedy jestem zmorą jest to przyjemne, ale moja ludzka forma pamięta każdy z takich koszmarów, jakby był moim własnym. Ja… Ja bardzo boję się twojego cierpienia — — powiedziała cicho, uciekając przed jego spojrzeniem, szczelniej okrywając się kocem i wzrok wlepiając w trzaskające w kominku drewno, z jakimś dziwnym wzruszeniem uświadamiając sobie, że płomień w swej ulotności był jedną ze stałych, towarzyszących jej całe życie.
— Oboje wiemy, w jakich czasach przyszło nam żyć, co każde z nas musiało widzieć, nie chcę, żebyś musiał do tego świadomie wracać tylko dlatego, że byłam tak idiotycznie nierozważna — wyznała i gdy wspomniał o tym, że nie jest to dla niego kłopot z zakłopotaniem wygładziła drobne zmarszczki, które pojawiły się na wełnianej tkaninie, przyjemnie ciążącej w tej chwili na całym jej ciele.
— To będzie bardzo intymny początek przyjaźni, Anastasiusie — uśmiechnęła się, ośmielona przez jego uniesione wargi. W swojej obecnej postaci musiała przyznać, że z takim grymasem było mu do twarzy, jednak bardzo szybko zganiła się za to spostrzeżenie, a na jej policzkach pojawił się nieśmiały, blady rumieniec.
— Musisz wiedzieć, co chcesz mi pokazać. Runy ograniczają moje możliwości, więc nie będę mogła wejść nigdzie, gdzie nie będziesz mnie chciał, ale wciąż możesz się bać, czuć obrzydzenie, okrutny niepokój, a ja nie będę mogła Ci pomóc… Zmora nie będzie chciała Ci pomóc — wyjaśniła, odważnie patrząc mu w oczy, za wszelką cenę chcąc by zrozumiał jej obawy — Czy chcesz mi pokazać Anastasiusie, czego boisz się najbardziej? — zapytała, pozwalając, by zaszła w jej obliczu częściowa przemiana ze słonecznej, pogodnej Damroki w jej mroczne, zimne oblicze.
Skóra zwykle jasna, stała się wręcz porcelanowa, cienka jak pergamin spod którego wypływały cienkie wstęgi żył, wijących się po przedramionach, dekolcie i szyi, zdobiące cieniutką siateczką policzki i czoło. Zwykle gładka buzia pokryła się pajęczyną płytkich zmarszczek, które przy pełnej przemianie przypominały głębokie doliny, wyślizgane przez łzy i czas, który i na rogówkach oczy odcisnął swoje piętno, w postaci bladoszarego bielma.
Usuń— Jeśli się wahasz, powiedz tylko słowo, a obiecuję zniknąć, gdy tylko zaśnie pierwsza osoba.
Damroka
Coś w jej oczach się zmieniło, gdy męskie wargi musnęły z wyczuciem chłodną skórę kobiecej dłoni. Rysy jej twarzy wygładziły się miękko, a usta zadrżały z czułości, jakiej nie mogła mu dać. Anastasius potrafił być czarujący, gdy na moment okazywał coś więcej niż zainteresowanie faktami. Znała go już kilka lat i wiedziała, że wszystkie ich wzajemne spotkania, nie były tylko uprzejmością, choć wciąż to co pod spodem, to co mozolnie wkradało się między spojrzenia i gesty, wydawało się umykać nieuchwytne i nieosiągalne. Pięć lat... znała go pięć lat, od kiedy przybyła do miasteczka i tak samo jak pozwalał jej się czuć z sobą swobodnie i bezpiecznie, równie zaciekle bronił się przed nią. Nie rozumiała, czemu uparcie trzyma się twierdzeń, że nie jest dla niej odpowiednim towarzystwem, podczas gdy ona próbowała mu przekazać, że nie widzi dla siebie lepszego... Czy nie rozumiał, że czuła się dość dorosła, aby samej wybierać i wydeptywać własne ścieżki? Odmawiał jej tego, czego nawet nie pozwolił spróbować i dziś chyba już nie miała na to sił. Nie chciała znów go przekonywać, że nie jest zły i że dla niej, nie jest wcale kimś, kogo powinna unikać. To było jego zdanie, jej brzmiało inaczej i nie chciała go w tej materii słuchać. Nigdy zresztą tego nie robiła, w swojej słodyczy łamiąc wszelkie jego zakazy i ignorując upomnienia.
OdpowiedzUsuńUłożyła się na kanapie, poprawiła poduszki, jedną niżej, drugą tak by mogła się wygodniej podeprzeć, a koc podciągnęła na siebie po piersi. Szary sweter nie ogrzewał jej dostatecznie, lekko się nawet wzdrygnęła. Obróciła się na bok, aby być twarzą do mężczyzny, nie lubiła spać na plecach z obawy przed marami, które kradną sny... i wtedy na tę myśl spojrzała czujnie w stronę okna. Nie pomyślała o tym wcześniej. Może atakowało ją coś, co już przebywało w miasteczku, lub ktoś kto nie potrafił nad sobą zapanować po otrzymaniu świeżych run. Postanowiła, że gdy zbierze siły, sprawdzi to z tej strony, ale chciała również spróbować naparu Anastasiusa.
Położyła dłoń pod policzkiem i odetchnęła głeboko, wsłuchując się w jego słowa. Obserwowała jak gładkie włosy opadają na jego ramiona, jak wędruje po niej ciemnym spojrzeniem i jak ucieka nim w drugą stronę we własnym zamyśleniu. Wysunęła drugą dłoń ku niemu w potrzebie dotyku i wsparcia i pozostawiła w na brzegu kanapy, ale nie dotknęła go, pozostawiając otwarte palce na krańcu materaca. Pozwalała mu zdecydować, czy odpowie na te gest, a przecież wiedział, że to właśnie tak Noor rozmawiała najbardziej szczerze.
- Ja nie umrę - zapewniła cicho, łagodnie, ale z pewnością, że nie pozwoli aby zabrała ją śmierć, cokolwiek teraz sprowadzało na nią to osłabienie i bezsenność, która mogła doprowadzić do szaleństwa. - Dlaczego zostałeś lekarzem? - spytała, bo pierwszy raz się tak na nią otwierał i nie chciała, aby zaraz im to uciekło.
Mogli sobie nawzajem ufać, mogła i chciała, słuchać jego głosu i snutych opowieści, lub wspominanych poprzednich żyć. Ona w swej czarciej naturze czuła jego energię, nietypową, starą, domyślała się, że to nie jego pierwsze wcielenie, choć nigdy o tym nie mówił i nigdy sie nie przyznał, jak stał się tym, kim jest dziś. Miała wnikliwe spojrzenie, wrażliwe serce i duszę, która wydawała się dużo starsza nić przeżyte dwadzieścia pięć lat. Była młodziutka, ale widziała świat takim, jakim nie widzieli inni i czuła, że potrafiłaby zrozumieć Nastiego, gdyby ją do siebie wpuścił.
W ciszy, która zapadła po tych słowach, Noor poczuła, jak delikatne fale spokoju zaczynają przepływać przez jej myśli, a ciało powoli się rozluźnia. Wydawało się, że obecność Anastasiusa gasi jej gorączkowe poszukiwania rozwiązania. Zamknęła oczy na chwilę, pozwalając sobie na oddech, który był jak powrót do własnej esencji. Otaczająca ich cisza była kompletna, w mieszkaniu Noor nie tykał zegar, nie było przedmiotów, które zburzyłyby coś hałasem. Gdy po chwili spojrzała znów na mężczyznę, uniosła sie nieco na łokciu, tę dłoń z policzka opierając przy poduszce.
Usuń- Muszę spytać jeszcze o coś... - uprzedziła, wyjątkowo grzecznie i niezwykle lojalnie, jakby dawała mu czas aby się przygotować, choć nigdy nie pozwalała mu na to, by uciekł od zaskoczenia, z jakim go atakowała. - Zastanawiam się, dlaczego tak bardzo się o mnie troszczysz. To coś więcej niż zwykłe współczucie, prawda? - była w tym nadzieja, może złudna, może naiwna, godna młodej osoby, która uciekała od świata i nie zaznała jego smaku.
W jej oczach malowało się zmęczenie i ciekawość, ale też i odrobina niepewności. Nie chciała, by to zabrzmiało oskarżycielsko czy niegrzecznie, raczej jak delikatne pytanie, które pozwalało jej zrozumieć, co kryje się za jego gestami i słowami, bo to wciąż jej uciekało. Wiedziała, że Anastasius, choć wydawał się chłodny i powściągliwy, miał w sobie coś, co przemawiało do niej subtelniej niż słowa, tę troskę, którą trudno było odczytać od razu, ale która wyrażała się w jego czynie.
Noor ✨🖤
Jej chłodne, szczupłe palce ufnie utonęły w większej dłoni, a Noor z zainteresowaniem patrzyła, jak odcienie ich skóry komponują się razem. Słuchała tego, co mężczyzna ma do opowiedzenia, czując w środku rosnące napięcie. Tak mało o nim wiedziała, tak bardzo się przed nią bronił, tak nieudolnie, a jednak uparcie ją od siebie odsuwał... W pewnym sensie musiała go męczyć i ta świadomość uderzyła w nią na tyle silnie, że kolejny oddech złapała, znów lekko drżąc.
OdpowiedzUsuń- Lubiłeś to? A może dzisiaj obrałbyś inną ścieżkę? - podchwyciła, mając na myśli bycie lekarzem. Czując na swojej twarzy jego czujne, badawcze spojrzenie, uniosła wzrok i jasne oczy spotkały te ciemne. Zastanawiała się, czy aby na pewno rozumie, co tak naprawdę czuje, czy może jest po prostu zakładnikiem własnych przekonań i doświadczeń, albo uległ rodzinie.
Objęła mocniej jego palce, czując muśnięcie przy knykciach jak i to że jego uchwyt stał się bardziej pewny. Przysunęła się bliżej i znów ułożyła na kanapie, przykładając policzek do jego dłoni. Jej spojrzenie się zmieniło, oczy zaszkliły, a przygaszona, jasna zieleń zaczęła przypominać głebię jeziora, coś nieuchwytnego, dalekiego, co kryje zbyt wiele i zbyt daleko. Była teraz słaba, wystraszona i bardziej zagubiona niż zwykle, ale wciąż była kimś, kto czuje świat za bardzo i to niekiedy sprawiało, że trudniej jej było zakotwiczyć się w trwającej chwili. Noor była utkana z emocji, jej wrażliwość i dwoista natura wirowały mocno splecione, a ona sama jak układanka smug światła i cieni, obracała sie coraz szybciej, tracąc punkt zaczepienia.
- Nie, nie przeszkadza mi twoja troska - odparła cicho, choć jej głos drżał lekko, jakby walczyła z własnymi emocjami. - Ale boję się, że przez nią zatracę się w tym, co czuję. Że zapomnę, kim jestem naprawdę i cię skrzywdzę, albo że to, co mi dajesz, będzie tylko kolejnym cieniem, który przykryje to, co powinnam wykuć sama. Od dawna chciałam być dla ciebie Noor, a nie panną Dubois, chciałam mieć cię bliżej, Nasti - przyznała cicho, może odrobinę speszona tym bezpośrednim wyznaniem, ale odpowiadała na jego spojrzenie własnym bez wahania, choć ta rozmowa wydawała się trudna, bo szczerość o własnych uczuciach szczególnie tak poplątanych i nigdy nienazwanych, była kosztowna.
To było o tyle trudniejsze, przecież nigdy nie padła żadna obietnica i nie było między nimi żadnych oczekiwań, ale Noor to czuła... czuła, że kiełkuje coś, co odpychała z obawy, której nigdy nie nadała kształtu i nazwy.
Uniosła drugą dłoń i delikatnie odgarnęła kosmyk włosów z twarzy, gdzie przemykały na przemian nadzieja i lęk. Noor wpatrywała się w jego oczy, próbując odczytać, co kryło się za tym spokojnym, a jednocześnie nieco zimnym spojrzeniem. W głębi duszy czuła, jak chaotyczne emocje zaczynają się w niej kotłować, niepewność, tęsknota, a także pogardliwa nuta dla własnej słabości, którą próbowała ukryć od dawna nawet przed samą sobą. To prawda, że powinien w końcu wziąć odpowiedzialność za to, co zrobił - pozwolił jej się przyzwyczaić, zaufać i nigdy jej nie odepchnął tak, by naprawdę nie wracała po więcej.
Rozluźniła palce, ale nie cofnęła ich, przesunęła delikatnie opuszkami po jego palcach, zapamiętując fakturę i miękkość skóry. Przyjęła ten dotyk z ulgą, ale słysząc to wszystko, zaczęła wątpić. Chciał ją poznać i akceptował, ale jednocześnie to że wciąż przychodziła, nie pozwalając mu nakreślić granic, było trudne i niewygodne... czy przesadzała?
Usuń- Czy... chcesz, żebym przestała... być obok? Chcesz się uwolnić? - spytała z wahaniem tak cicho, że szept mógłby zbezcześcić cisze zbyt okrutne, zbyt krwawo i agresywnie. Ostatnie tchnienie w tym pytaniu było niemal bezszelestne, a Noor wydała się opadać teraz głębiej w poduszkę, jakby przygniotło ja coś gorszego od brudnej ziemi, jaka przykryła ją, chowając niemal żywcem.
Wpatrywała się w doktora niemal wystraszona, bo przecież była obok, chcąc, aby on również był przy niej. Poprawiła kolejny raz krótszy kosmyk, który uciekał zza ucha na policzek i zatrzymała spojrzenie niżej, na jego ustach.
- Pytam, bo potrzebuję jasnej odpowiedzi. Pytam, bo nie chce tylko przyjacielskiej troski. Dbasz o mnie o wiele bardziej, niż ja dbam o bliskich, mącisz mi w głowie - oznajmiła lecz bez żalu czy pretensji, opuszczając powieki, tylko po to, by uciec od karcącego spojrzenia, jakiego się spodziewała. Nie miała dziś sił na pouczenia. Ale może teraz, pierwszy raz, gotowa była go posłuchać, jeśli ją odsunie. Ona też miała swoje granice wytrzymałości i cierpliwości.
Noor ✨🖤
Obecnie Damroka skupiała się na możliwie konformistycznym podejściu do swojego pobytu w Azylu, pielęgnując te pozory z najwyższą uważnością. Jak większość mieszkańców w jakiś sposób starała się naginać zasady dla niej niewygodne, jednocześnie długi czas będąc jedną z najbardziej oddanych i wierzących w sprawę mieszkanek a zapytana o swoją ocenę Azylu odpowiedziałaby, że jest to chyba najlepsze miejsce, jakie mogłoby zostać stworzone dla takich jak oni, jednocześnie przyznając, że nie ma ideałów - podobnie do pewnego polityka, wypowiadającego się na temat demokracji. Damroka pozostawała dla większości obojętna, co bardziej ciekawscy powtarzali zasłyszane na jej temat plotki - o tym, że ma burzliwy romans z jednym z Łączników, czy że to dla Bożątka postanowiła porzucić lukratywną pozycję Ściągającej na rzecz urzędniczej posady, za którą średnio przepadała.
OdpowiedzUsuńSentymentalna natura Damroki była widoczna we wszystkim, co Damroka robiła. Od kolekcjonowania listów, uczenia się ich na pamięć, po uczynienie ze swojego małego mieszkania prawdziwego składowiska różności wszelakich. Od różnego rodzaju naczyń, przez zanurzone w żywicy stworzonka, po chociażby pamiętny szal w żółte kwiaty, którego kawałek wciąż trzymała w szkatułce pod łóżkiem, wraz ze wszystkimi słowami napisanymi przez Anastasiusa. Żyjąc w teraźniejszości, kurczowo zaciskała pięści na przeszłości, wyciskając z niej ile tylko miłych wspomnień mogła, wciąż czując na ustach pocałunki, których nigdy nie było i te wszystkie obietnice, których sobie wzajemnie nie dotrzymali. Wartość ich korespondencji i związanych z nią uczuć, jedynie rosła w Damroce z czasem, stając się czymś, co w jakiś przedziwny sposób stanowiło maleńką część tego, kim w zasadzie była.
Czując na ramieniu jego dłoń podniosła na niego wzrok, ufne spojrzenie wręcz wklejając w jego oczy, niby obce, ale jednak mające w sobie coś przyjemnie znajomego i westchnęła cicho, za wszelką cenę próbując się skupić na deseniu koca. Nieprzyzwoicie bardzo, mimo tragikomicznej sytuacji w której się znajdowała i towarzyszącemu temu dyskomfortu, spodobał jej się dotyk i zapach, który poczuła gdy się do niej zbliżył. Gdyby ktokolwiek ją spytał, to cały jej się podobał, bo to przecież był on, ten przy którym w końcu nie musiała walczyć z własną nieśmiałością i delikatnością, mogąc całkowicie być sobą.
Słuchając jego wyznań i zapewnień uśmiechnęła się delikatnie, czując już nie ciepło, a prawdziwy żar w piersi, jakby ktoś zaświecił w nim małe słońce, rozpraszające żal, który pojawił się gdy wyznał, że celowo jej unikał. Ponownie uniosła wzrok, kiedy użył zdrobnienia, którego do tej pory nie użył nikt inny i nim zdążyła się nad tym zastanowić sięgnęła drobną dłonią w stronę jego, tej dotykającej jej ramię, ledwie muskając jej wierzch gładkimi opuszkami palców. Była zbyt zawstydzona własną śmiałością, by pozwolić sobie oparcie policzka o jego rękę, chociaż to na to miała w tym momencie ochotę, czując wzruszenie tym, jak łagodnie przyjął informację o jej naturze i tym, kim w rzeczywistości była. No i chciał jej pomóc.
— Odnaleźliśmy… Odnaleźliśmy się Anastasiusie — wyszeptała bezdźwięcznie, gdy tylko od niej odszedł, ponownie wygładzając wełniany koc, jakby w jego drapaniu pragnęła odnaleźć poczucie kontroli, które wyszarpało jej się z dłoni wraz z chwilą omdlenia tuż koło jego domu.
UsuńZachęcona jego gestem, a następnie słowami, które powtórzyła jeszcze kilka razy w głowie, by nigdy ich nie zapomnieć, pozwoliła powoli postępować przemianie, gdy on sam trwał tuż obok, czekając na działanie eliksiru. Chwilę obserwowała jego zamknięte oczy, spokojnie unoszącą się klatkę piersiową i z niechęcią odsunęła się od niego, by zniknąć w mroku w którym ostatecznie pożegnała Damrokę, a przywitała Zmorę. Jej palce się wydłużyły, nagle stały się jeszcze chudsze, przypominające pajęcze odnóża zakończone długimi, zaokrąglonymi jak u kota, pazurami i zupełnie posiwieć włosom, które zamiast przyjemnej bieli nabrały koloru niedopalonego, węglowego popiołu. Zazwyczaj różowe usta zsiniały, a spomiędzy nich zionęła czarna pustka, jakby Zmora nie miała ani zębów, ani języka.
Odnalazła go na polu bitwy od razu i zmarszczyła brwi, strach czując u jego kompanów, czując ich przyspieszone serca i słodkawy zapach rozkładu, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Od samego Anastasiusa też go czuła, ale znacznie słabiej, chociaż był to przecież jego koszmar… Z zaciekawieniem mu się przyglądała, rozpoznając człowieka, któremu była gotowa oddać martwe od dawna serce, jednak widziała jedynie reakcje dyktowane przez gadzi mózg, nie ten rodzaj strachu, który był najsmaczniejszy. Ten, który wychodził prosto z trzewi, rozlewając się po całym ciele niczym trucizna, bo go zobaczyła dopiero, kiedy poczuła zimno na pergaminowej skórze.
Rozejrzała się po prosektorium, wolnym krokiem obchodząc zakrwawiony stół dookoła. Widziała w swoim życiu wiele takich miejsc, na podobnym stole zdarzyło jej się nawet leżeć, gdy naukowcy przed którymi nie zdążyła się schować, pragnęli poznać naturę zjawiska, którym dla nich była. Krótki epizod życia, którym gdyby śniła jako Damroka, mogłaby nakarmić wiele sobie podobnych - całe szczęście, jako Zmora nigdy nie czuła strachu.
Przejechała długim paznokciem wzdłuż zakrwawionego stołu i przekrzywiając głowę sięgnęła do jego ręki, której wierzch musnęła pazurem, po którym ściekała czerwona ciecz.
— To twoje dzieło? — zapytała niskim głosem starej kobiety, która w swoim życiu wiedziała wiele, wiele wypiła wódki i wypaliła papierosów — Kim byli? — zakręciła wkoło pazurem, pozwalając by jedna z kropli krwi spadła na jej policzek, inna zaś znalazła swoje miejsce na jego ubraniu — W końcu się udało?
Damroka, życzy smakowitych snów