Prawda, Szatanie, jesteś tylko Durniem I nie odróżniasz Ludzi od Odzieży: Dziewicą każda kurwa kiedyś była, Ale nie zmienisz Czystą w zwykłą kurwę. Mimo, że jesteś Czczony pod Imieniem Boga: Jezusa i Jehowy, to jesteś jedynie Synem Poranka wśród mijania Nocy I snem zagubionego pod Zboczem Wędrowca.
FIONNTÁN Ó CUANÁIN
27 lat, dżinn z rodzaju ifritów, właściciel antykwariatu Trzecie życzenie. U nogi zawsze Cŵn Mamau; jeżeli nieobleczona w iluzję czarnego wilczura, zapewne się narzucasz.
Zrodzony z bezdymnego ognia na pustynnych terenach między Nilem a Eufratem w czasach dawidowych pod stertami kurzu, piachu, minionych tysiącleci i dziesiątkach przybranych zakopałeś to prawdziwe z imion. Każda z religii abrahamowych przywdziewa cię w inne zgłoski i nie sposób dojść do ich oryginalnego brzmienia, choć deskrypcja spośród nich przeziera jednoraka: jesteś okrutny, w naszyjniki z ludzkich zębów zdobisz szyję i sycą cię jedynie skowyty tych najdotkliwszych z rozpaczy. Łudzisz i mamisz, by pogruchotać serca dotkliwiej niż kości, trwogę wyryć w mimikach i wiary wyzbyć najwierniejsze z dusz. Ponieważ z natury jesteś złem wcielonym.
Podania milczą jednak o tym, co istotne. O człowieku, najplugawszej z istot, jaką nosił ten świat. Milczeli i twoi pobratymcy, kiedy ty od zarania dziejów mówiłeś o obrazie ukazanym przez zalane bielmem oczy. O odwróceniu ról i konieczności wydłubania felernych plew. Cena jasnowidzenia zebrała jednak swoje żniwo niemożności ingerencji w nadchodzące, pozostawiając ciebie z brzemieniem wiedzy odosobnionego. Począłeś więc dłubać sam, na każdym z odpadków skrupulatnie realizując wszelkie zaczerpnięte z kiedyś, pewnego dnia tortury, zastosowane na pokrewnych tobie stworzeniach. Zakorzeniłeś się w ludzkim świecie niby chwast nie do wytępienia, pociągałeś za sznurki zza sceny, by zwłoki człowiecze zalały pola bitewne krwią w odwecie, którego źródło nie zdążyło się jeszcze zrodzić. Owocnie zdławiłeś w trzewiach wszelkie drgnienia ducha, oddałeś się w całości kapryśnej naturze płomienia, który cię spłodził ku pochwale skrajnych emocji, a spośród nich przez wieki dominować poczęły dwie: żądza i furia. Upadł jednak Rzym, poległy wyprawy krzyżowe, czarownice przestały płonąć, a ty wiedziałeś, że niechybne jutro nadal nadchodzi.
Wówczas jednak miast jutra magicznych ras nadeszło twoje własne, a walka światów straciła jakąkolwiek wagę. Lędźwie ludzkiej kobiety wbrew wszelkim prawom wypchnęły na świat niebieskookiego chłopca o włosach w kolorze słomy, a ty, najokrutniejszy z okrutnych, pokochałeś go od pierwszego spazmatycznego wdechu w jego słabe płucka. Zdawać by się mogło, że przeżyłeś wszystko. Jednego jednak nie potrafisz: żałoby. Dlatego półtorej wieku temu dobrowolnie zrzekłeś się części własnej potęgi i zapieczętowałeś samego siebie w ledwie dwudziestosiedmioletnim ciele śmiertelnego syna, by zahamować jego proces umierania. Dziesięciolecia poszukiwań nie przyniosły odpowiedzi na pytanie jak powstrzymać nieuniknione, a fizyczna powłoka ukochanego dziecka obdarzona nieprzystosowaną dla siebie mocą poczęła się rozpadać.
Mówią, że przed pięcioma laty pojawiłeś się w miasteczku ze strachu. Że przeraźliwa, wiecznie martwa tkanka sięgająca od prawego ucha przez zawias żuchwy i ramię po sam łokieć, ta jedyna skaza na twoim doskonałym w swej urodzie wizerunku to wynik bestialskiego eksperymentu, wreszcie dorywającej cię karmy. I mają rację. A ty nie ujawniasz przyczyny lęku i nie naprostowujesz, że w resztkach ostatniej, urojonej w lamencie nadziei to ty doświadczalnie wyryłeś pieczęć Salomona na ukochanym ciele wypowiadając własne imię pierwszy raz od tysiącleci, po czym odnalazłeś drogę do tego miasta, które pożre twoją magiczną potęgę nim ona pochłonie jedyne, co po chłopcu pozostało.
Wówczas jednak miast jutra magicznych ras nadeszło twoje własne, a walka światów straciła jakąkolwiek wagę. Lędźwie ludzkiej kobiety wbrew wszelkim prawom wypchnęły na świat niebieskookiego chłopca o włosach w kolorze słomy, a ty, najokrutniejszy z okrutnych, pokochałeś go od pierwszego spazmatycznego wdechu w jego słabe płucka. Zdawać by się mogło, że przeżyłeś wszystko. Jednego jednak nie potrafisz: żałoby. Dlatego półtorej wieku temu dobrowolnie zrzekłeś się części własnej potęgi i zapieczętowałeś samego siebie w ledwie dwudziestosiedmioletnim ciele śmiertelnego syna, by zahamować jego proces umierania. Dziesięciolecia poszukiwań nie przyniosły odpowiedzi na pytanie jak powstrzymać nieuniknione, a fizyczna powłoka ukochanego dziecka obdarzona nieprzystosowaną dla siebie mocą poczęła się rozpadać.
Mówią, że przed pięcioma laty pojawiłeś się w miasteczku ze strachu. Że przeraźliwa, wiecznie martwa tkanka sięgająca od prawego ucha przez zawias żuchwy i ramię po sam łokieć, ta jedyna skaza na twoim doskonałym w swej urodzie wizerunku to wynik bestialskiego eksperymentu, wreszcie dorywającej cię karmy. I mają rację. A ty nie ujawniasz przyczyny lęku i nie naprostowujesz, że w resztkach ostatniej, urojonej w lamencie nadziei to ty doświadczalnie wyryłeś pieczęć Salomona na ukochanym ciele wypowiadając własne imię pierwszy raz od tysiącleci, po czym odnalazłeś drogę do tego miasta, które pożre twoją magiczną potęgę nim ona pochłonie jedyne, co po chłopcu pozostało.
[Ogólnie nie współczujcie mu przesadnie, to wredny kutas jest. Przypadkiem taki smutas wyszedł. Na zdjęciu Niclas Gillis, powyżej niego wiersz Williama Blake'a o tytule jak w tytule. Fionntán przyjmie romanse z obojgiem płci, a jego antykwariat ma do zaoferowania różne magiczne artefakty z całego świata, które zdobywa przy współpracy z łącznikami i ścigającymi, także zarówno ich, jak i każdego, kto ma jakieś życzenie serdecznie do wątków zapraszamy.
brak.morfeusza@gmail.com]
brak.morfeusza@gmail.com]

[cześć.
OdpowiedzUsuńŁadne psisko nie ma co - daj mi namiary na hodowcę hehe
A ja właśnie chciałam się nad nim trochę politować, so well... mogę czyż nie?
Dużo wątków i dobrej zabawy ;)]
Hotarubi
[Chciałabym mu współczuć, ale jedynie współczuję jego synowi, który - z tego, co zrozumiałam - został pozbawiony własnego, ludzkiego ja i możliwości przeżycia swojego życia, a nawet i śmierci.
OdpowiedzUsuńNie odejmuje to jednak temu, że mamy niesamowicie ciekawie wykreowaną postać, mam wrażenie, że Fionntán targany jest może nawet wyrzutami sumienia?
Jestem zachwycona sposobem, jakim w karcie ukazujesz nam swoją postać i choć powinnam narzucić sobie wątkową wstrzemięźliwość, to chętnie zaproszę Cię i Fionntána do mojej Rory. Mogę obiecać, że i ona nie będzie mu przesadnie współczuć. A może nawet i wcale. ;-)
Baw się dobrze i zostań z nami jak najdłużej!]
Rory Nielsen
[Ja - podobnie jak lisek - współczuć Fionntánowi nie będę, ale jego synowi już tak. Z jednej strony mogę sobie wyobrazić, co kierowało Fionntánem, z drugiej postąpił wyjątkowo samolubnie, a przy tym okrutnie i pomyśleć, że to wszystko z miłości.
OdpowiedzUsuńTo z kolei czyni go złożoną, a przez to też ciekawą postacią i nie mogę się doczekać, aż dowiemy się, jak potoczy się jego życie w Azylu.
Levi namiętnie szmugluje, co tylko się da, więc w razie chęci zapraszam na burzę mózgów nad wątkiem, aczkolwiek oczyma wyobraźni już widzę, jak Cŵn Mamau i Levi żyją sobie jak przysłowiowy pies z kotem lub przeciwnie, są tym wyjątkiem potwierdzającym tę regułę xD]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[O, tak. Przepiękna wiedźmucha mi się trafiła. Nadal się zachwycam i cieszę się, że nie tylko ja! ♥
OdpowiedzUsuńChętnie się piszę na każdy z tych pomysłów, łącznie z powiązaniem ifryta z sabatem, o ile pasuje Ci to, że sabat, do którego przykleiła się Rory z matką i ciotką był w Coventry, choć wcześniej się tułały po różnych miejscach, więc zawarcie znajomości gdziekolwiek nie musiało być wcale trudne.
Z racji tego, że pomysły padły z Twojej strony, postaram się niebawem podesłać rozpoczęcie! ;-)]
Rory Nielsen
[Świetna historia, rzucająca też trochę światła na usposobienie Fionntána. Myślę, że ciężkie brzemię nosi, bo jasnowidzenie w połączeniu ze świadomością, ile złego mogłoby spotkać śmiertelnego syna w tym świecie, to nic lekkiego. I te wybory, których trzeba dokonać, wybierając w zasadzie między mniejszą a większa przejebką, to na pewno dodatkowe obciążenie.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że uda Ci się w pełni rozwinąć tutaj historię dżina. Nie mam na razie żadnego sensownego pomysłu na wątek, ale życzę dużo dobrej zabawy na blogu i wielu wciągających wąteczków! :)]
Zayden Ward
[ Hej!
OdpowiedzUsuńCudowna postać – tragiczna w swoim rodzaju, bo sam na wszystko zapracował, a pycha lubi odwracać kota ogonem.
Nie mogę się jednak wyzbyć wrażenia podobieństw do Faith: on zrodzony z ognia, ona nie potrafi nad swoim zapanować.
Życzę świetnej zabawy i w razie chęci zapraszam do nas! :)]
Faith Smith
[ Cześć! Bardzo ciężki klimat, bardzo dobrze skrojona skóra! Mega, mega wciągająca i zarówno makabryczna, jak i wspaniała historia. Jest tu tyle wątków, aż ciężko mi powiedzieć, który chwyta mnie najbardziej! Nie współczuję, to jasne, ale uciekać też nie będę! Smutasem nie nazwalabym dżinna, za to skurczybykiem i silną bestią, jak najbardziej! 😎
OdpowiedzUsuńWspaniałych historii do rozpisania! Jeśli jakieś tam miejsce się jeszcze znajdzie, zapraszam do Noor. Może któryś łącznik podrzucił jej nie to zamówienie...?]
Noor
[ Wszystko by mi jak najbardziej odpowiadało, aczkolwiek jej niekontrolowana moc ognia pojawia się naprawdę bardzo rzadko i to napędzana burzą emocji, tłumionej magii itp. Dodatkowo przy runach nie ma możliwości, aby jej moc wybuchła, także ciężko byłoby zrealizować ten pomysł w Azylu.
OdpowiedzUsuńAczkolwiek miałam w głowie już wcześniej pomysł, gdzie Faith właśnie przez taki wybuch mocy spaliła wioskę w swojej przeszłości. Mogli poznać się dawno temu (30 parę lat temu, przed jej przybyciem do Azylu) , on mógł chcieć jej pomóc okiełznać tę moc (nie za darmo xD), aczkolwiek wyszło całkowicie na opak i konsekwencją tego była masakra. ]
Faith Smith
Bruderschaft był całkiem popularnym miejscem. A nawet bardzo popularnym wśród dorosłych mieszkańców azylu. Przychodzili tutaj w ciągu dnia, czasami przed pracą, czasami po nocnej zmianie, czasami po ciężkiej dniówce, bardzo często pod wieczór i niemal w każdy weekend. Wśród klienteli byli stali bywalcy, co Rory zdołała zauważyć już podczas piątej zmiany. Poznawała twarze, uczyła się ich imion, choć raczej z przypadku, bo prawda była taka, że niespecjalnie miała ochotę na to, aby zawierać z kimkolwiek bliższe znajomości.
OdpowiedzUsuńNie podobało jej się tu. I nie chodziło o sam bar, który architektonicznie stanowił ładny budynek, z — wbrew pozorom — uporządkowanym wnętrzem. W wystroju lokalu przeważało drewno, ciemne aksamity, ryte w drzewie ornamenty, myśliwskie atrybuty, zdobyczne trofea i ciężkie meble. Było tu ładnie, klimatycznie, w powietrzu unosił się dym z fajek, cygar i papierosów, mieszając się z zapachem alkoholu.
Nie podobało jej się w azylu. Last Salvation było niczym innym, jak złotą klatką. Więziło ich, w zamian oferując bezpieczeństwo. Poniekąd. Podobno. Aurora nie mogła powiedzieć, aby cokolwiek jej tu groziło. Nie czuła niepokoju, który towarzyszył jej nieustannie w ciągu ostatnich jedenastu lat. Ciągła ucieczka po prostu ją zmęczyła, więc przekroczenie tego spokojnego miejsca, pojawienie się w miasteczku, które zdawało się być odcięte od tego, co działo się na całym świecie, przyniosło spokój. Podszyty był jednak wątpliwościami i podejrzeniami. Nielsen, która nauczyła się żyć tak, aby nie wchodzić nikomu w drogę, zmieniając co rusz tożsamość, uciekając, kryjąc się i matacząc, nie czuła się tutaj dobrze. Wiedziała, że nic co tak piękne, nie może być prawdziwe. I coś było nie tak. Wisiało w powietrzu. Elektryzowało je choćby przed burzą. Czuła to. W każdym oddechu, w opuszkach palców, gdy dotykała tutejszych przedmiotów.
Nie podobało jej się tu, ale wiedziała, że musi się przyzwyczaić, że musi ochłonąć i zaakceptować pewne fakty. Między innymi to, że zabrali część jej mocy. A jej moc bazowała na energii i na intuicji. Czuła się tutaj niekompletna i nieprawdziwa.
Praca w barze była jedynym, co pomagało jej się odnaleźć w Last Salvation. Robiła to nie pierwszy raz, to nie był pierwszy bar, w którym podjęła zatrudnienie, choć pierwszy, w którym pojawiła się pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Pierwszy raz od dłuższego czasu, od jedenastu lat, zrobiła to z pełną świadomością, jakby żyjąc nadzieją, że może spotka kogoś tutaj, kto znał ludzi z jej sabatu, znał jej matkę, ciotkę i towarzyszących im kotołaków. Nie myliła się. I był to kolejny czynnik, który pozwolił jej się tu zatrzymać, pomagał dostosować się do miejsca, które oddychało w innym tempie niż świat, jaki znała do tej pory.
Weekendy, nawet w tak ograniczonej społeczności, miały to do siebie, że przyciągały tłumy do miejsc, gdzie można było napić się alkoholu, pograć w darta, wykrzyczeć się w fatalnym występie karaoke i zjeść coś, co przyrządził ktoś inny. W weekendowe popołudnia pracowali we dwoje. Zawsze. Bez wyjątku i choć była tutaj krótko, zawsze stawiała się na miejscu o wyznaczonej godzinie. Dzisiaj otwierała bar, a pod wieczór miał dołączyć do niej drugi barman — Clarke.
Nie miała pojęcia, czy to kwestia śnieżycy, która opanowała właśnie Last Salvation, czy wydarzyło się coś innego, ale jej współpracownik nie dotarł. Aurora zdołała jednak zauważyć, że nagłe załamanie pogody nie powstrzymywało klientów. Każdy kolejny wpuszczał do wnętrza baru podmuch chłodnego, zimowego powietrza. Otrzepywali ośnieżone buty i szukali wolnych miejsc. W dwóch kominkach nieustannie palił się ogień, ogrzewał wnętrze i dodawał klimatu. Z głośników podwieszonych pod sufitem płynęła spokojna muzyka, gwar rozmów wypełniał wnętrze, brzdęk szkła stanowił tło dla wszystkiego, co się działo.
Rory nie mogła jednak delektować się atmosferą tego miejsca. Nie wyrabiała. Klienci tłoczyli się przy długiej, barowej ladzie, a ona nalewała piwo z kraniku, orientując się nagle, że beczka jest pusta, a ona nie znajdzie czasu, żeby wyjść na zaplecze po nowego kega. Musiała więc podawać piwa w butelce, które były ciepłe, bo nie miał kto wrzucić ich do lodówki. Kuchnia o tej porze była już nieczynna, ale nie zwalniało to czarownicy z podawania przekąsek, które przechowywane były w ciemnej i chłodnej piwnicy.
Usuń— Ruszaj dupę, chudzielcu! — Rosły, szeroki w barach, ale z ewidentnie pustym łbem, jegomość górował nad większą częścią klienteli. Rozpychał się, przesuwając co słabszych, aby ostatecznie oprzeć się o wysoką ladę.
Rory tylko podniosła głowę znad dwóch szklanek z dziwnym drinkiem, które właśnie postawić na ladzie. Spojrzenie oczu, których kolor był trudny do określenia, spłynęło po sylwetce jegomościa. Widziała go tutaj pierwszy raz. Podała kolorowe drinki dwóm panienkom, które szybko uciekły do swojego stolika. Nielsen nie była lękliwa, zniewagę puściła mimo uszu, uwagę kierując jednak na klientów, którzy czekali dłużej i byli mniej… agresywni.
Rory Nielsen
[No i cudownie! A skoro ustalone, to mam nadzieję, że wstęp się nada. ;-)]
[A gdyby tak zamiast skupiać się na ogniu jako mocy magicznej, skoncentrować się wokół ognia emocjonalnego Faith, który jest ściśle powiązany z tą fizyczną niszczycielską powłoką w Azylu skutecznie tłumioną?
OdpowiedzUsuńFaith nosi w sobie rozpacz związaną z wizjami Ragnaroku, wewnętrzny gniew i winę za rzeczy, które zniszczyła w przeszłości. To nie jest coś, co można kontrolować runą – to żyje w niej niezależnie od mocy. Fionntán dostrzega, że rozpada się pod ciężarem tego, co czuje, i proponuje jej pracę nad życiem z tym ogniem, a nie jego tłumieniem. Wewnętrzny ogień Faith to jej rozpacz, pewność o nadchodzącej ruinie świata, jej nienawiść do siebie za to, że ma moc, która rani innych.
To, czego może nauczyć ją Fionntán, to nie kontrola mocy, ale akceptacja, że może żyć ze swoim bólem i działać mimo niego. Swoją drogą może mieć w tym swój interes, może doznał wizji, w której zobaczył Faith i jej utratę kontroli w przyszłości, która zniszczyła jego syna?
Daj znać co myślisz :)]
Faith Smith
[Nie wydaje mi się, żeby ona sama komukolwiek postronnemu zdradziła boleści serca: w tym przypadku pragnienie okiełznania wewnętrznego ognia.
OdpowiedzUsuńAczkolwiek myślę, że mogli nawiązać współpracę już jakiś czas temu: Faith dostarczała mu różnego rodzaju przedmioty (tylko nie wiem jakie mogłaby mieć w tym korzyści, w zasadzie mam wrażenie, że mogłaby to robić nawet for fun), a Fionntán mógł ją sprawdzać, czy podoła - tak jak wspomniałaś długofalowy plan. Jak udało jej się przemycić coś co w zasadzie graniczyło z cudem był pewny, że mogłoby jej się udać tego zaginionego boga odnaleźć. Finalnie wykorzystuje fakt, że odczuwa jej pragnienie. Sam mógłby jej wyrzucić w twarz, że może jej w tym pomóc. W zamian za małą przysługę. ]
Faith Smith
[O, bardzo ładnie czasowo się to zgrywa, więc współpraca naszych panów jak najbardziej mogła wywiązać się w opisany przez Ciebie sposób. Fionntán mógł być jednym z pierwszych, dla których Levi coś szmuglował :)
OdpowiedzUsuńNatomiast co do tego, co tu i teraz, będę już rozpisywać jeden wątek oparty na tym właśnie motywie i niekoniecznie chciałabym pisać drugi, podobny, ale to nic nie szkodzi, bo mam pomysł! Co powiesz na to, by jakiś z przedmiotów, sprowadzony przez Leviego dla Fionntána był przeklęty i klątwa spadłaby na kotołaka? Czy Fionntán byłby skłonny pomóc mu w uporaniu się z klątwą?
Akurat robię sobie rewatch Supernaturala, uśmiałam się na odcinku z króliczą łapką, więc nie miałabym nic przeciwko, żeby uderzyć w podobny, nawet komediowy deseń i zrobić z Leviego ofiarę klątwy tak samo groźnej, co upierdliwej.
Mam ochotę zrobić na przekór zamysłowi na Cŵn Mamau - niech ona i Levi się nie lubią, a co. Mogą nie znosić nawzajem swoich zapachów, a to mógłby być wystarczający powód do tego, żeby byli drażliwi w swoim towarzystwie ^^]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
I do uszu młodej czarownicy dotarły komplementy, którymi nowo przybyły zasypywał Erika. Nie sposób było się nie uśmiechnąć, nawet jeśli tylko półgębkiem, co w zasadzie stanowiło przecież popisowy uśmiech Aurory Nielsen. Nie uśmiechała się szerzej, bo to bolało. Nie uśmiechała się promiennie, bo nie była słoneczkiem, o którego towarzystwo mógłby zabiegać ktokolwiek. Ale uniosła lewy kącik ust w grymasie, jaki świadczył o tym, że kobieta poczuła się rozbawiona.
OdpowiedzUsuńErik zdecydowanie był ćwierć mózgiem, ale mało kto zdobywał się na odwagę, by mu to przypomnieć. Z prostej przyczyny — jego gabarytów. Bo tak, jak Rada ograniczała mieszkańców, pieczętując ich moce, tak Erik nie stracił przesadnie na swojej sile, która wynikała przede wszystkim z jego budowy, a nie specjalnych zdolności. Odważnym było więc wdawanie się z nim w polemikę, czego Rory raczej nie robiła, czasami jedynie pozwalając sobie na to, aby się z nim droczyć, podając mu z opóźnieniem piwo albo odmawiając sprzedaży ze względu na stan nietrzeźwości, w którym się znajdował.
Poza uniesieniem kącika ust, jedyną reakcją kobiety było to, że pokręciła głową. Czy to z bezradności wobec sytuacji, czy z politowaniem dla tego, który odważył się zaczepić olbrzyma — ciężko stwierdzić, Rory wszelkie myśli pozostawiła w swojej głowie i uznała, że to nie jej sprawa. Dopóki nie zaczną obijać sobie mord, nie zamierzała interweniować, a świadomość, że przy pierwszych zamieszkasz, szybko pojawią się tutaj funkcjonariusze porządkowi, pozwalała jej zachować spokój.
Z którego ciężko było ją wytrącić. Zbyt pochmurna, żeby się rozweselić i zbyt stłamszona we własnej samotności, żeby wyjść z jakąkolwiek inicjatywą. Była jednak dobrą barmanką i nikt nie mógł temu zaprzeczyć. Nikt nie próbował, nie jawnie, bo w końcu składano na nią wyimaginowane, anonimowe donosy, o których dowiedziała się zupełnym przypadkiem.
I pewnie zachowałaby ten spokój na dłużej, gdyby nie fakt, że w wymianie zdań, a właściwie w monologu jednego z gości pojawiła się informacja o kegu.
Uniosła wtedy brew, spojrzeniem omiotła salę, dostrzegając towarzyszące mężczyźnie zwierzę. Wzdrygnęła się, ale wydawało jej się to naturalnym odruchem i pozostawało jej wierzyć w to, że psisko nie podejdzie zbyt blisko. Zdecydowanie wolała koty.
Podawała butelki z piwem i mieszała kolejne drinki. Mimo biernej obserwacji całego zajścia, nie przerywała pracy. Skupiała się na tym, aby wydawać kolejne napoje jak najszybciej, przeganiając przy tym tych, którzy otrzymali napitki, do stolików. Było ich zbyt wielu. Po prostu.
— Hej! — Krzyknęła niespodziewanie, kiedy wielkie cielsko Erika znalazło się za barem i zmierzało w kierunku zaplecza. — Hej! — Cisnęła w ćwierć olbrzyma ścierką, którą miała przerzuconą przez ramię. Nie zatrzymał się, a ona na jego szczęście, albo swoje własne, nie mogła za nim pobiec. I gdy tylko zwróciła się z powrotem w stronę lady, obok niej stał mężczyzna. Ten sam, który zechciał prowokować olbrzyma, a potem mu rozkazywać. Ten sam, który z uporem maniaka nazywał ją Śnieżką.
Już otwierała usta, by cokolwiek mu powiedzieć, ale nie zdążyła, dostrzegając, jak ten sprawnie rozlewa whiskey i podaje szklaneczki tym, którzy chcieli zakosztować akurat ten konkretnego trunku. I mówił do niej. Dokładnie tak, jakby siedział w jej głowie.
Zatrzymała się. Przestała sięgać po kolejne butelki, zamierając z jedną z nich w drobnej dłoni. Dlatego widziała to, jak sam sięgnął po alkohol, jak zrobił jego łyk. Przechyliła głowę, ignorując żądania dobiegające do niej zza drugiej strony baru.
— Nie wyglądasz na kogoś bezinteresownego — odezwała się nagle. Niezbyt głośno, ale jednak z przekonaniem, że mężczyzna ją usłyszy. Jej wielobarwne spojrzenie uwiesiło się jego twarzy, śledząc kolejno każdy jej centymetr. Bez skrępowania i bez zbędnej nieśmiałości, której w niej po prostu nie było. — Nie znam bajki o czarownicy Śnieżce — zauważyła, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Nie wiedziała, dlaczego ją tak nazywał. Dlaczego widział w niej albo chciał widzieć postać z kolorowej bajki.
Usuń— Piwo w butelce to połowa ceny whisky — dodała nagle, wykładając dwie butelki na ladę i zgarniając banknot zostawiony przez klienta. A potem odwróciła się, kopnęła skrzynkę z butelkami i zaczęła wykładać je do lodówki, korzystając bezczelnie z obecności mężczyzny za swoim barem.
Zastanawiającym było, dlaczego znał jej pragnienia i śmiał w ogóle o nich wspomnieć. I w tym zastanowieniu, kucając przed wysoką lodówką, aby zapełniać jej najniższe półki, zerknęła na niego przez swoje ramię, widocznie marszcząc brwi.
— Czytasz w myślach? — To pytanie padło w momencie, kiedy pusta skrzynka, kopnięta przez wiedźmę, wpadła na zaplecze, co wywołało tylko niezadowolone warknięcie Erika, który przed sobą niósł kega z piwem. Postawił je na podłodze przy Aurorze, która skupiła się na odłączeniu pustej beczki i podpięciu tej.
Rory Nielsen
[Hej. Przede wszystkim pięknie dziękuję za powitanie i miłe słowa. Próbowałam nieidealnie pokazać tę lepkość nocy i obrazów, które lubią z nami igrać. Może trochę przestraszyć?
OdpowiedzUsuńOh, jak ja uwielbiam takich zajebańców. Tekst zachwycający, a kreacja postaci jest ujmująca.
Jak najbardziej jestem chętna na wątek. Wpadło mi do głowy coś bliżej nie sprecyzowanego - Asta z ciekawością zerka w cudze koszmary, chociażby żeby poznać mieszkańców Azylu. Mogłaby trafić na moment Jego zawahania i wedrzeć się do snu. A, że pewnie niespecjalnie by mu się to spodobało, jako dżinn mógłby zadziałać na nią iluzją, tak personalnie, i zacząć manipulować jej ukochanymi pokojami (backrooms), w których oboje mogliby w końcu zbłądzić.
Możemy też zacząć handlować bimbrem. Jestem totalnie otwarta. ]
Asta
[Jako że wywód wyszedł przydługi, odezwałam się na maila w sprawie dalszych ustaleń :)]
OdpowiedzUsuń[Klątwa jak najbardziej mogłaby zadziałać z opóźnieniem :)
OdpowiedzUsuńW przypadku tej króliczej łapki, o której wspominałam w swoim pomyśle działało to tak, że posiadacz łapki miał niesamowite szczęście tak długo, jak długo miał łapkę, kiedy natomiast przeszła ona w inne ręce, to szczęście natychmiast zamieniało się w pecha tak potężnego, że ten finalnie prowadził do śmierci.
Jeśli postawimy na tę króliczą łapkę - a byłabym za, żeby za daleko nie szukać pomysłu na klątwę ^^ - to Levi mógłby nie wiedzieć, że nie wolno jej dotykać gołą skórą - to właśnie wtedy klątwa się aktywuje. On raczej nie jest zainteresowany działaniem tych wszystkich magicznych artefaktów, które szmugluje, bo nic mu po nich, przez co pozostaje radośnie nieświadomym ignorantem, także jak najbardziej zgadza się to z tym, że dopiero Fionntán powie mu, co i jak.
Chyba mniej więcej to mamy? :) Mogę napisać dla nas rozpoczęcie, tylko będę potrzebowała na to chwili czasu, bo jeszcze nie do końca jestem na bieżąco z wątkami po chorobie ;)]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[Cześć! <3 Przychodzę Cię przywitać na blogu — co prawda ze sporym opóźnieniem, ale także szczerym zachwytem. Karta jest wspaniale napisana ( zwłoki człowiecze zalały pola bitewne krwią w odwecie, którego źródło nie zdążyło się jeszcze zrodzić? Po prostu niesamowite), ale chyba najbardziej podoba mi się historia Fiontanna. Pomysł na zamknięcie siebie w ciele syna? To już wiele mówi o jego stabilności psychicznej i tym, jak w jego długowiecznych oczach wygląda egzystencja człowieka. (Rozbawiło mnie też to, że opisany jest jego żal, a potem: "to wredny kutas jest" XDDDDDDD).
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci dużo zabawy i weny! <3 Na pewno będę podglądać, bo jestem ciekawa, jak ten wredny, rozpadający się kutas odnajdzie się w Last Salvation!]
Morrigan