nagłówek

15.12.2025

[KP] "Better to burn than to rot.” — Paul Russell

NOOR DUBOIS
urodzona 6. maja 2001 roku pod Paryżem · młode ciało i stary duch · Alu-bies · mieszana krew · nieprzespane noce · niewyjaśnione lęki · wysoka wrażliwość · brak uśmiechu · brak łez · determinacja · duma bez uprzedzeń · gra na fortepianie przekazaną pasją od matki czarownicy · sokolnictwo obowiązkiem wobec (tego znanego) ojca · właścicielka apteki z wielobranżowym zapleczem · wyśmienita szablistka
Muśnięta słońcem skóra obsiana piegami na drobnym nosie jest ciepła i rumiana, ale magnetyzujące spojrzenie powstrzymuje od zaczepek chłodem jak kostki lodu, które uwielbia przegryzać o każdej porze roku. Subtelny uśmiech byłby kluczem do sukcesu, gdyby nie cięte riposty i gorąca krew, gdy zabraknie cierpliwości. Lotny umysł, elokwencja i słodka aparycja otworzyłyby niejedne drzwi, gdyby nie milczenie budujące wokół niej grube mury, które wybiera częściej niż głośną odpowiedź na pytanie. Słucha i zapamiętuje, nie walcząc o uwagę, bo zna swoją wartość. Bardziej ceni suchy niedosyt, niż duszący przesyt. Preferuje noc od dnia, mimo że jej imię oznacza światło.

Chowa w sobie zbyt wiele emocji, nie potrafiąc ich wyrazić, ani zrozumieć. Ukrywa gamę nieodkrytych kolorów, nosząc beże i szarości. Długie kasztanowe włosy zwykle nosi rozpuszczone, aby gęstą kaskadą zalały jej drobne ramiona i plecy, pobudzając poczucie własnej wartości. Jest niepozorna, śliczna i wie więcej, niż się wydaje. Spojrzeń pełnych podziwu, pytań, pożądania i zazdrości nigdy nie ma dość, chociaż nic nie znaczą. Opinie na swój temat ma w głębokim poważaniu, nie czując potrzeby prostowania niesłusznych ocen i wyłapuje z uniesionym podbródkiem cudze spojrzenia w tłumie. Gardzi złośliwymi plotkami i tymi, którzy je rozsiewają.

Zbyt łatwo obcy zanurzają się w jej jasnym spojrzeniu, zbyt szybko w nim toną, lecz jej zbyt łatwo przychodzi to wszystko ignorować, by odwrócić się i odejść. Nigdy nie brakowało jej ambicji, od dziecka udowadniała na każdym kroku jaka jest chciwa wobec codzienności, bystra, jak wielkie ma pragnienia i ile oczekuje od życia. Nie należy jednak do tych osób, które oczekują, aż wszystko zrobi się samo i sukces sam do niej przyjdzie. Chwyta każdy dzień garściami, wymagając od innych, ale przede wszystkim od samej siebie. Dlatego prędzej, czy później zawsze osiąga to, co sobie zamierzy i jest w stanie ustrzelić każdy wcześniej obrany cel. Uparta i zdeterminowana żałuje tylko tego, że nie potrafi innych zarazić tą wewnętrzną zawziętością i odwagą do podejmowania wyzwań. Zbyt łatwo się irytuje tylko wobec tych, którzy są dla niej ważni; nie ma problemu z kłamaniem prosto w twarz, a póki sama nie jest krzywdzona, potrafi wiele wybaczyć. Dba o innych tak, by nie dopuścić ich zbyt blisko, a tu w Azylu, w którym jest od kilku lat, niemal wszystkich traktuje z szacunkiem i bez przesadnej serdeczności.

Nie musisz wiedzieć, jaka byłam kiedyś, aby nauczyć się mnie rozumieć. Jesteśmy tu i teraz, na tym się skupmy, bo to co nas czeka, jest ważniejsze od tego, co skończyło się wczoraj. Nic nas nie definiuje, prócz tego, co sami chcemy nakreślić na swej drodze.

Nie lubi się powtarzać, nie prosi zbyt gorąco i nie przeprasza zbyt wylewnie. Pozuje na osobę, która się nie waha, a własnej prywatności strzeże niezwykle starannie. Jest córką czarownicy bez sabatu, która nie spełniła oczekiwań swoich rodziców, oraz dwóch ojców, ale nikt o tym prawdziwym nie mówi. Ostrą i wyczuwalną niechęć czuje tylko ponad piętnaście lat starszego wobec brata, twardego i okrutnego czarownika, który niezwykle rzadko utrzymywał z nią kontakty, a od kiedy znalazła się tutaj, czuje się bezpieczniej nie mając z nim żadnego. Byłaby może oczkiem w głowie drugiej strony rodziny, gdyby nie spalone mosty i jakiekolwiek dojścia do informacji o nich. Kiedyś, tylko raz, słyszała od ojca, który ją wychowywał, że pochodzą z miejsca, do którego można zejść tylko raz.

Nie powie, że uczucia nie są ważne, bo zwykle wpływają na szybkość i trafność dokonywanych wyborów, ale wierzy, że to nie serce poprowadzi przez życie w górę i do przodu. Odwzajemnia każdą surowość w ocenie innych, bo sama tylko z taką się spotyka, potykając wciąż o stereotypy. Niedobrze reaguje na cudzą głupotę, brak kwalifikacji, kultury i obycia, szczególnie w fatalnym połączeniu z zuchwałością. Nie jest naiwna, tylko trochę romantyczna, a marzenia po prostu spełnia, zamiast nad nimi dumać. Chce czuć, że żyje i nie godzi się na aranżowanie jej życia w żadnym aspekcie, choć plotki o jej pochodzeniu dawno rozeszły się po kątach, tak samo jak gadanie o tym, że blizny sprzed dwóch lat na jej prawym nadgarstku nie są jedynymi, jakie nosi, tylko teraz wybiera bardziej dyskretne miejsca na skórze.

Jeśli czegoś pragniesz, chwyć to. Kiedy będziesz już to mieć, zobaczysz i przekonasz się, czy jest ci rzeczywiście potrzebne.

Nigdy nie pamięta swoich snów, za mało sypia. Może obawiać się jedynie tego, czego nie zna, lecz nie zdarza jej się skupiać nad własnymi lękami. Ucieka od nich. Żyje teraźniejszością, bo powrót do przeszłości mógłby ją złamać. Widziana jest w wykreowanej niezłomności i odwadze, której inni od niej oczekują, trzyma się tego jak ostatniej deski ratunku. Nie płacze, nie uśmiecha się też za często, nie tęskni, pokazując raczej ograniczoną gamę emocji, choć serce ma żywe i gorące. Pełne niewygojonych blizn.

Jesteś sam na świecie. Zawsze jesteś tylko ty sam i na sobie jedynie możesz i musisz polegać. Nic się samo nie zrobi, nic się nie zmieni, nikt nic za ciebie niczego nie osiągnie. Nikt za ciebie nie przeżyje kolejnego dnia.

Cześć, zapraszamy po wątki, dramy i intrygi. Przygarniemy wszystko, szukamy niechcianego brata i kogoś, kto ją ukoi, też stałych klientów tej drugiej strony apteki. Wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole :3. Wizerunek nieznany.

9 komentarzy:

  1. Kosztowało ją to znacznie więcej energii, niż była w stanie przyznać. Nigdy wcześniej nie czuła aż takiego kłopotu z wciągnięciem kogokolwiek do krainy snów, ale obawiała się, że było to spowodowane nie tylko ograniczeniami spowodowanymi przez bariery i runy, ale przez coś innego. Coś znajomego z jednej strony, a z drugiej obcego, jak kształt widziany przez zaparowaną szybę, który okazuje się być błędnie rozpoznanym obiektem. Było to coś z jej świata, tego, który przyszedł do niej wraz z klątwą, zmieniając ją na zawsze i czyniąc nieśmiertelną. A skoro nie bało się to coś śmierci, to znaczyło tylko tyle, że miały problem jeszcze większy, niż Damroka początkowo zakładała.
    Czuła, jak runy nieprzyjemnie palą jej skórę, jak perłowa poświata pełza po kształtach na jej klatce piersiowej i plecach i nawet jęknęła z bólu, ale na jej szczęście przemiana dokończyła się, zanim zdążyła z tego bólu zemdleć. Zmora bólu nie czuła, była nim w końcu przesycona, a po ostatnich nocach żerowania, wręcz pękata z przejedzenia, ku wyrzutom sumienia Damroki, ale także jej uldze. Od bardzo dawna nie czuła się tak dobrze, bo żerowanie na mieszkańcach Azylu, z reguły bardzo ograniczane przez Zmorę, poszło lepiej niż myślała, a wcale nie musiała nikomu w koszmarach pomagać. W Last Salvation było stanowczo zbyt dużo samotnych, upodlonych, przestraszonych i doświadczonych przez życie (lub śmierć), a z każdą wędrówką po cudzych snach, Damroka coraz dobitniej uświadamiała sobie, że nigdy nie będzie tu głodować. Chyba, że znowu uprze się, że nieetycznie jest zaglądać do głowy sąsiada.
    Drgnęła lekko, kiedy szczupła, delikatna dłoń jej dotknęła, ale nic nie powiedziała. Wpatrywała się w Noor z tępym, obojętnym wyrazem twarzy, jeśli to, co zdobiło głowę Zmory można było właściwie twarzą nazwać. W istocie, Zmora powstała przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który dotknął Damrokę jeszcze w łonie matki, a któremu siłę do ziszczenia złowrogich przepowiedni, dołożyła ludzka wiara. Siódma córka, urodzona w noc przesilenia letniego, do tego krnąbrna i jak na chłopkę leniwa, nie miała prawa uchronić się przed złośliwymi plotkami i przekleństwami, które inne kobiety z wioski podrzucały jej bez większego zastanowienia, a które ona zwyczajnie ignorowała. Nie nosiła czerwonych wstążek, chociaż jej mama wciąż próbowała takowe wplatać jej we włosy, nie modliła się zbyt żarliwie i do tego wszystkiego, za nic miała wszelkie przesądy. Według Starej Jaworowej, sama na siebie sprowadziła swój los, za który po wielu latach samotności, Damroka była wdzięczna.
    Dzięki temu zobaczyła brutalny, ale piękny świat, poznała ludzi i istoty magiczne, spróbowała rzeczy, o których jej rodzina nigdy nie słyszała. I chociaż kochała życie na swojej wsi, jabłka wprost z jabłoni, słodką marchew umytą w pobliskiej rzece, czy chodzenie boso po łąkach, to z czasem pokochała i klątwę. Chociaż, gdyby ktokolwiek ją zapytał, kim chciałaby być, chyba wolałaby być wampirem, bo krew była czymś namacalnym, mniej intymnym niż sny i energia - niestety nikt nie pytał.
    Obserwowała ze skupieniem Noor, kiedy ta rozglądała się po korytarzu, który dla niej samej był zupełnie obcy, ale podobny do wszystkich, które widziała do tej pory.
    Weszła za Noor przez pierwsze drzwi, nie czując nic z tego, co dotknęło wyraźnie zmarzniętą kobietę. Rozejrzała się z obojętnością po pomieszczeniu, patrząc bez cienia obrzydzenia, ale też zainteresowania, bez cienia czegokolwiek, na obrazy zawieszone na ścianach. Czyżby rodzina ojca? Nie byli zbyt podobni do miękkiej, kojarzącej się Damroce z czymś miłym Noor - przypominali raczej jej przeciwieństwo, kanciaste i chłodne.
    P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przystanęła przy kobiecie, gdy dotarły do wysokich, ciemnych drzwi z mosiężną klamką, a kiedy przekroczyła ich próg, nie odsunęła się od niej nawet na krok.
      Złapała kobietę za nadgarstek, zbyt mocno, boleśnie wręcz i przyciągnęła ją do siebie blisko, zamykając w szczelnym uścisku. Od Zmory, prócz przejmującego chłodu mogła wyczuć zapach rozkładu, zmieszanego z metalicznym zapachem krwi, spalenizny i wszystkiego tego, co mogło się kojarzyć z ludzkim wyobrażeniem piekła.
      — Noor, to nie on… — wycharczała, rozglądając się dookoła — Masz pasożyta. Coś żeruje na Twoich snach, ale to nie zmora… Powinnaś być słabsza! Co tu robisz?! Gdzie Twoje runy?! —zaskrzeczała Zmora, starając się chronić Noor przez tym, co stało w rogu pokoju i nie miało prawa mieć wpływu na Zmorę, ale mimo to, ta poczuła, jak ją samą dopada strach. Delikatny, jedynie muskający starcze dłonie. Ale jako Zmora, nie mogła przecież go czuć, przecież sama była z niego zbudowana.

      Damroka 🛌

      Usuń
  2. Nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, pozwolił Noor dojść do siebie. Nie chciał, aby czuła się osaczona albo żeby pomyślała, że to wszystko go przerosło, bo tak nie było – sądził, że dobrze zrobił, pomagając jej w ten sposób, bo przynajmniej mogła zasnąć i dać sobie trochę więcej czasu, aby znaleźć rozwiązanie swojego problemu.
    — Kilka godzin — odpowiedział, słysząc jej pytanie.
    Sen nie trwał długo, ale miał nadzieję, że tyle wystarczy, aby Noor odzyskała część sił. Od samego początku wątpił w to, że uda mu się pomóc, ale zrobił, co mógł, żeby jakoś odmienić los dziewczyny. Czuł się za nią odpowiedzialny, tym bardziej że Noor poprosiła go o pomoc i mu zaufała, a to było wiele warte w takim miejscu jak to.
    Baldwina nie odzywała się, a jedynie obserwowała to wszystko. Była tutaj gościem, nie znała Noor tak blisko jak lisz i raczej nie miały okazji, aby dłużej ze sobą porozmawiać.
    Noor wciąż była dla niego wyjątkowa i znaczyła więcej – nie mógł jej jednak dać tego, czego od niej oczekiwała, bo ona pragnęła uczuć, romansu, śpieszyła się i gnała, zaczepiała i dobrze się bawiła, i miała do tego, oczywiście, prawo, Anastasius jednak był ostrożny, podchodził do tego wszystkiego z rezerwą i był pewien, że Noor ostatecznie zrozumie, że nigdy nie był zbyt dobrym kandydatem, aby ulokować w nim swoje uczucia.
    — Noor… — zaczął, ale nie pozwoliła mu dokończyć, bo podniosła głos, coraz bardziej rozgniewana.
    Baldwina wstała z miejsca, obserwując całą tę sytuację, której chyba nie chciała być świadkiem. Przyszła tutaj po to, aby pomóc, a nie być oskarżaną o rzeczy, których nie zrobiła, bo Heart nigdy nie robiła niczego, co wykraczałoby poza jej stanowisko. Była urzędniczką, widziała wiele i wiele też rozumiała, i sądziła, że Noor ma prawo się wściekać, skoro nie miała pojęcia o tym, że Anastasius ją tutaj wezwie.
    — Pomyślałem, że przyda nam się pomoc Baldwiny. Nie wiedziałem, jak zareagujesz po miksturze i czy sen nie będzie początkiem jakiejś katastrofy. Co miałbym zrobić, gdybyś straciła swoje runy? Albo gdybyś straciła panowanie nad swoim ciałem? — Anastasius mówił spokojnie, rzeczowo, nie denerwował się ani nie dawał się wciągnąć w gniew Noor.
    — Uspokój się i usiądź, oddychaj głęboko — polecił jej, starając się nie naciskać ani nie spowodować kolejnego wybuchu. — Przygotuję coś wzmacniającego.
    Gdy to powiedział, opuścił salon i ruszył korytarzem, aby zrobić dla Noor mieszankę, która szybciej pozwoliłaby jej dojść do siebie. Nie chciał, żeby wyszła stąd w takim stanie – mogła uważać, że był okrutny i najgorszy, ale nie był jej wrogiem i nie chciał dla niej źle.
    — Noor… — Baldwina zbliżyła się o krok. — Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym sprawdzić twoje runy.
    Heart była odpowiedzialna i zawsze myślała najpierw o swoich obowiązkach, szczególnie teraz, gdy to wszystko działo się poza Ratuszem. Gdyby dostrzegła coś nieodpowiedniego, byłaby zmuszona zgłosić to Radzie, a wtedy zaczęłoby się dochodzenie. Wolała więc upewnić się, że runy Noor były w porządku i że nie ma powodów do obaw.

    Anastasius i inspektorka ds. run

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie chciała jej dawać złudnych nadziei, bo jeśli było to coś, o czym Damroka myślała, to uchronienie się przed tym wcale nie było takie trudne. Było najwyżej średnio wygodne, ale nie było czymś, czego Noor nie mogłaby zrobić sama. Były to stare, ludowe sposoby, ale tak jak wydawały sie banalne, tak były prawdziwie pomocne i nawet dla Damroki potrafiły stanowić wyzwanie. Tak przynajmniej było kiedyś – teraz to coś, co normalnie byłoby znacznie słabsze od niej w krainie snów, wydawało jej się dużo groźniejsze, bardziej niebezpieczne.
    Damroka była z natury raczej bardziej ostrożna, niż nieufna – wolała wychodzić z założenia, że większość ludzi i istot jest dobra, ale nie była w tym naiwna. Zwyczajnie przez większość życia miała to szczęście, że potrafiła swoją aparycją, może też prostą bezpośredniością przyciągać do siebie tych, którzy byli raczej mili. Należało pamiętać, że to raczej było w tym wypadku najważniejsze. W końcu, zaraz po przemianie ludzie z jej wioski chcieli ją ukamienować, przekonani, że to cokolwiek może zmorze zrobić – pewnie by zrobiło, ale wystarczyła noc, by Damroka wróciła do swojej dawnej formy, pozostając niezmiennie dziewiętnastoletnią dziewczyną, która przeżyła ponad dwieście lat. Prawda była taka, że gdyby ktoś uciął jej palec, to wystarczyła jedna przemiana, by znalazł się on na swoim miejscu, co niestety sprawdzili źli ludzie, których spotkała na swojej drodze.
    Damroka patrzyła na obraz przed sobą, ale jako zmora nie czuła tego, co czułaby jako człowiek. Widok strachu, bólu i lęku był jakby poza nią, pachniał nęcąco, ale nie miała potrzeby się pożywić, więc jedynie trwała, z całych sił w jakikolwiek wpłynąć na Noor, bo jedynie z nią mogła począć cokolwiek. Prawda była taka, że nawet gdyby bardzo chciała uratować dziewczynę na łóżku, to nie mogła, ponieważ runy skutecznie jej to uniemożliwiały. Damroka mogła być w tej chwili jedynie świadkiem walki.
    Gdy Noor wygoniła byt, zmora spojrzała na nią pokrytymi bielmem oczami i gdyby miała usta, prawdopodobnie byłaby w stanie uśmiechnąć się w upiorny sposób, ale teraz jedynie wlepiała wzrok w młodą kobietę. Przesunęłą długim pazurem po jej policzku i bez słowa, ale też bez cienia zawahania podała jej niewielki flakon, który do tej pory nosiła u szyi.
    — Noor, spróbuj trochę tego wchłonąć… Powinno zadziałać jak ładowanie baterii, przez jakiś czas powinnaś się lepiej czuć. Po przebudzeniu Ci wszystko wyjaśnię — wycharczała zmora i grzecznie poczekała, aż kobieta wykona jej prośbę.

    Damroka

    OdpowiedzUsuń
  4. — Kiedy już będzie z tobą lepiej — powtórzył za Noor, a nacisk w tonie jego głosu sugerował, że w tym momencie kierowała nim troska nie o nią, a o Thatchera. Jeśli chodziło o zdrowie starego Ackermanna, Levi ufał tylko Anastasiusowi z tej prostej przyczyny, że to właśnie on zajął się nim, kiedy Thatcher wrócił do azylu z pogruchotanym kręgosłupem i to wrócił w kociej postaci, podratowany przez weterynarza na zewnątrz. W stanie, w jakim wtedy znajdował się Thatcher, przemiana była ryzykowna – była ona ryzykowna zawsze, kiedy ciało czy to w jednej, czy to w drugiej formie zostało w jakikolwiek sposób uszkodzone, ponieważ nigdy nie wiadomo było, jakie przełożenie dany uraz będzie miał na tę drugą formę. Zazwyczaj ludzkie ciało potrafiło znieść więcej, prawdopodobnie ze względu na swój rozmiar, jednak jeszcze z czasów sprzed Last Salvation Levi znał przypadki kotołaków umierających po przemianie w człowieka, kiedy sam uraz nie wskazywał, że coś podobnego mogłoby mieć miejsce.
    Thatcher nie musiał ryzykować, z powodzeniem mógł dożyć sędziwego wieku jako kot, a jednak zdecydował się to zrobić i przeżył, przebywając wtedy pod czujnym okiem von Weissa, który gotów był zareagować. W tym, że ta ostatnia w życiu Thatchera Ackermanna przemiana nie skończyła się tragicznie, Levi dopatrywał się znacznego udziału uzdolnionego lisza.
    To, że nie prychał i nie uciekał, podczas gdy Noor wpatrywała się w niego jak w obrazek bynajmniej nie oznaczało, że przestało mu to przeszkadzać. Przeszkadzało mu to nadal, z tą jednak różnicą, że kiedy był nietrzeźwy, nie zwracał na to najmniejszej uwagi i przez to Dubois mogła patrzeć na niego do woli. Dla niej mógł być przystojny, dla kogoś innego w ogóle. Miał lekko spiczaste uszy i garbaty nos, co z łatwością można było dostrzec, kiedy patrzyło się na niego z profilu, obojętnie którego. Zawsze bardziej zależało mu na tym, żeby jego ciało było sprawne, niż ładne.
    — Mogę się zamknąć — stwierdził i wyprostowawszy się na krześle, uniósł ręce ni to w niewinnym, ni to w obronnym geście. Mógł nie pytać o nic. Mógł po prostu przyjąć zlecenie, sprowadzić dla niej kryształ, o który go poprosiła i na tym poprzestać, traktując Noor wyłącznie jako partnerkę w interesach, jednakże to, że dotąd nie mieli okazji poznać się od innej strony nie oznaczało, że Levi się przed tym wzbraniał. Może trochę, bo łatwiej było prowadzić interesy bez prywatnych zażyłości, on jednakże nie był mistrzem w nieprzekraczaniu tej granicy. Widział przecież, że z właścicielką apteki było źle, a skoro było to po niej widać, musiało być nie tylko źle, a bardzo źle. I być może dlatego Noor zwróciła uwagę na to, że kotołak zadawał dużo pytań, bo pytania te dotykały bezpośrednio jej słabości, a to, że przyznawała się do niej niechętnie, potrafił zrozumieć. Sam przecież zawsze twierdził, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, prawda?
    — Prawie dwa tygodnie — przekalkulował. — Wow — sapnął zaraz. — Jestem przekonany, że pobiłaś jakiś rekord — rzucił, a potem popatrzył, jak Noor sięga do kieszeni. W następnej chwili jego uwagę przyciągnęła tocząca się po blacie, w jego stronę, fiolka. Nakrył ją szybko dłonią, przyszpilając ją do stołu, czyniąc to w zupełnie koci sposób, jakby unieruchamiał ofiarę i wykazał się przy tym zwinnością niepodobną do zwykłego człowieka. Sekundę po tym, jak cichy brzęk toczącego się szkła ucichł, powoli odjął dłoń od blatu, co najmniej jakby spodziewał się, że fiolka na niego skoczy. Nic podobnego nie miało miejsca, więc Levi ujął ją w palce i podniósł pod światło, na wysokość wzroku.
    — W porządku — oznajmił niczym znawca krwi demonów, który sprawdzał, czy nie ma do czynienia z fałszywką i schował fiolkę do kieszeni. Mając znowu wolną dłoń, złapał za kieliszek, który prędko i sprawnie opróżnił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie działa na ciebie, co? — westchnął, patrząc nieco posępnie, ale też z cieniem rozbawienia na Noor. — Sposób stary jak świat nie działa. Szkoda. Jesteś nieekonomiczna, jeśli chodzi o picie — zawyrokował i kompletnie niezrażony tym werdyktem, który sam ogłosił, przejął od niej butelkę i polał im znowu, bo przecież nic nie stało na przeszkodzie, by flaszkę opróżnili i tak, a miało im starczyć jeszcze na kilka kolejek.

      LEVI ACKERMANN 🐈‍⬛

      Usuń
  5. Być może były bardziej podobne niż się pozornie mogło wydawać. Jedna i druga chciała pozostać w cieniu, tylko jedna z nich miała to o tyle ułatwione, że sama wyglądała jak cień, a druga – Noor – musiała postarać się z tym bardziej. Obydwie musiały uciekać, przynajmniej z tego, co zrozumiała Aurora. Nie naciskała jednak, nie wyciągała ze swojej klientki kolejnych opowieści.
    Miały czas, skoro obie utknęły tutaj, w Azylu, w miejscu, które powinno być dla nich bezpieczne, ale nie do końca takiego były. Dawno mury, stabilne, wysokie mury, za którymi mogły się ukryć, choć pozostawały one niewidoczne dla wielu oczu z zewnątrz. Jednak tutaj nie mogły zniknąć. Nielsen nie mogła zniknąć. Musiała tutaj pracować, pojawiać się za barem, wychodzić z mieszkania, zaglądać do sklepów, meldować się w ratuszu. Zniknęła dla świata zewnętrznego, ale nie mogła zniknąć ze świata, który wykreowała Rada.
    Spojrzała na Noor, gdy ta mówiła. Posłała kobiecie delikatny, blady uśmiech, który w żadnym wypadku nie sięgał jej oczu. Nie pamiętała, kiedy uśmiechała się tak naprawdę, nie pamiętała, kiedy mogła się beztrosko z czegokolwiek cieszyć. Wydawałoby się, że tutaj wszystko powinno być dla niej łatwiejsze, ale wcale tak nie było.
    Nie była w stanie ustalić odpowiedniej hierarchii wartości, nie wiedziała, czy wolność powinna być stawiana ponad bezpieczeństwo, czy samotność nie była lepsza niż życia w grupie. Bała się. Okropnie bała się wszystkiego, a choć tutaj w końcu spała w miarę spokojnie, w ciepłym mieszkaniu, na wygodnym łóżku, to nadal się bała.
    — Tutaj też cię przesłuchiwali? — spytała, bo Rory przebywała w miejscach, gdzie przesłuchanie wiązałoby się z więzieniem, z przymusową współpracą albo śmiercią. Dlatego się nie godziła na to, aby być złapaną, dlatego po jedenastu latach ucieczki dała się złapać tym, którzy reprezentowali sobą mniejsze zło.
    — To jest wyczerpujące — przyznała. — Było wyczerpujące i zostaje z człowiekiem nawet wtedy, kiedy jest już… bezpieczny — odparła. — Wiesz, jeśli przez kilka lat jest w ciągłym trybie czuwania, nie przełączysz się nagle na ten tryb komfortu — wyjaśniła poniekąd skąd brał się jej bunt. Westchnęła ciężko i dostrzegając kieliszek Noor nachylający się w jej stronę, sięgnęła po butelkę tequili, ale tym razem napełniła tylko szkło Noor.
    — Można tutaj komuś odrąbać łeb? — zapytała widocznie zaintrygowana tym pomysłem, nie żeby miała kogoś na celowniku, a już na pewno nie żadnego z funkcjonariuszy, którzy wpadali tutaj, aby zaprowadzić porządek. Uniosła brew. Sądziła, że nad życiem i śmiercią w tym miejscu czuwają członkowie rady, ale jeśli wydarzyło się coś, co wymykało się spod ich reguł… Aurora w tej chwili rozważała bycie buntownikiem z wyboru.

    Rory Nielsen

    OdpowiedzUsuń
  6. Przede wszystkim, on nie postrzegał śmierci w tak ludzki sposób, w jaki przedstawiała to Noor, bo on nie mógł w taki sposób umrzeć. Trwał na tym świcie ponad sześćset lat nie dlatego, że skutecznie przed śmiercią uciekał, a dlatego, że nigdy nie miał tak naprawdę możliwości zostać skutecznie zgładzonym. Dla niego śmierć nie była nagłym końcem, tylko czymś bardziej odległym i warunkowym, zależnym od konkretnych okoliczności, których w zwykłym świecie po prostu nie dało się spełnić. Ludzkie ciało było jedynie powłoką, którą mógł stracić, porzucić albo wymienić, ale to, co istotne, trwało dalej, niezależnie od tego, co działo się z materią. To nie było życie zawieszone na cienkiej granicy, którą można było przerwać jednym błędem. Jego istnienie kończyło się dopiero wtedy, gdy ktoś wiedział dokładnie, jak je zakończyć i miał do tego odpowiednie warunki. Dlatego nie myślał o śmierci w kategoriach strachu czy nieuchronności, a bardziej jak o czymś, co teoretycznie istnieje, ale w praktyce rzadko kiedy ma szansę się wydarzyć tu w materii. Dopiero świat astralny zmieniał zasady gry, odsłaniając jego prawdziwą naturę i odbierając mu tę przewagę, którą dawało ludzkie ciało, bo tam stawał się podatny na to, co w innych warunkach było poza zasięgiem. Tutaj mógł się spalić i trwać bez ludzkiej powłoki jako cień przez kolejne setki lat. I właśnie tak to działało do tej pory cały czas. To ciało, które miał obecnie, było jednym z wielu, dlatego zupełnie nie przywiązywał się do własnego wyglądu.
    Nie wiedział jednak, jak działało to u takich bytów, jak Noor. Czy dla niej ciało też było tylko powłoką, którą mogła zmieniać, czy jednak brak ciała był równoznaczny z odejściem z tej materii już na zawsze? Nie rozmawiali o tym, bo ich relacja skupiała się na cielesności i nigdy nie wychodziła poza te ramy, ale skoro była pół demonem, to możliwe, że nie była wcale zależna od ciała tak w stu procentach. Ale może faktycznie mogła umrzeć tak po ludzku, skoro rozmyślała o śmierci w taki sposób.
    — Nigdy nie myślałem o nikim w ten sposób, Noor — przyznał, prostując ciało, gdy Noor zaczęła smarować jego klatkę piersiową lekiem. Nie zamierzał kolorować sytuacji, po prostu nie patrzył na to istnienie przez pryzmat śmierci, bo spotykał się z wieloma bytami później w innych ich wcieleniach, więc to nie było jednokolorowe w jego przypadku. Nie przywiązywał się też do istot na takich zasadach, żeby warunkować ich trwaniem albo jego brakiem. Relacje były dla niego czymś, co istniało w danym czasie, w konkretnym układzie okoliczności, a potem naturalnie się rozmywało, zmieniało formę albo wracało po latach pod zupełnie inną postacią. Nie traktował tego jako straty w ludzkim rozumieniu, a jako element ciągłości, która rzadko kiedy kończyła się tak definitywnie. Ktoś znikał, żeby potem pojawić się gdzieś indziej, czasem nieświadomy tego, kim był wcześniej, czasem tylko z cieniem dawnej tożsamości. I właśnie dlatego też nie budował więzi w oparciu o trwałość, tylko o moment, bez potrzeby zabezpieczania tego na przyszłość. Bo przyszłość i tak rzadko kiedy wyglądała tak, jak można by ją sobie wyobrazić. W jego przypadku przyszłość była tak na dobrą sprawę teraźniejszością.
    — A planujesz umrzeć, że o tym myślisz? — dopytał więc, zaciekawiony takim tokiem myślenia, i popatrzył uważniej na jej twarz. Skądś się to wzięło w jej głowie, a nie brzmiało jak czysta teoria ani przypadkowa refleksja, tylko jak coś, co zdążyło się w niej ułożyć i może nawet zagnieździć. Takich pytań zwykle nie zadaje się bez powodu.

    Zayden Ward

    OdpowiedzUsuń
  7. Anastasius nie za bardzo rozumiał jej reakcję, ale nie zamierzał tego komentować ani próbować rozmawiać, gdy widział, że Noor jest w emocjach. Wiedział, że być może ją zranił i zapewne gdyby mógł, to by nigdy do tego nie doprowadził, jednak znikanie i zostawianie wszystkiego bez rozwiązania nie było czymś, co chciał zrobić. Był kimś, kto lubił doprowadzać sprawy do końca i nie kierował się emocjami w momencie, w którym ewidentnie owe uczucia byłyby złymi doradcami. Noor była jednak młoda, temperamentna i miała prawo wyrzucić z siebie wszystko, co tylko chciała, szczególnie teraz, gdy mierzyła się z bezsennością.
    Baldwina nie zrobiła żadnego ruchu, po prostu tam była, pozwalając emocjom opaść. Nie wiedziała, co łączyło lisza z Noor, ale też nie miała zamiaru się tego dowiadywać – w Azylu istniało wiele różnych relacji, często takich, które polegały na wymianie korzyści, i było to normalne. Ostatecznie każdy decydował o tym, z kim rozmawiał, przyjaźnił się czy wiązał.
    Nie chodziło o to, czy Baldwina odważy się podejść, czy nie – nie była istotą, która zrobiłaby coś wbrew zasadom, więc jeśli podejrzewałaby, że runy Noor zostały naruszone, sporządziłaby stosowny list i zaprosiła dziewczynę do Ratusza, a gdyby to nie zadziałało, musiałaby to zgłosić funkcjonariuszom porządkowym.
    — To nie moja kontrola, ja niczego nie kontroluję, a jedynie trzymam się zasad, które do tej pory pozwalają nam żyć w zgodzie — odpowiedziała rzeczowo. Jej porcelanowa twarz nie miała żadnych konkretnych emocji. — Nie zamierzam cię zmuszać.
    Baldwina nie używała siły wobec mieszkańców ani nigdy nie zrobiła niczego, co mogłoby zagrozić jej pozycji jako urzędniczki. Każdy jej czyn był podyktowany dbałością o szczegóły i panujące w Azylu prawo, ale to nie oznaczało, że samodzielnie podejmowała skomplikowane decyzje, bo żeby coś naprawdę się zmieniło i nikt nie czuł się pokrzywdzony, należało zadbać o wszystko wokół. To, że Baldwina sprawdziła runy Noor, było wpisane w jej obowiązki – urzędniczka mogła myśleć, że zostały one naruszone, szczególnie gdy Anastasius opowiedział jej o problemach aptekarki. Nie patrzyła Noor w oczy – nikomu nie patrzyła, ale gdy Limnar wyczuł zmianę energii, pająk z zainteresowaniem przyglądał się sytuacji, gotowy do tego, aby zareagować, gdyby Baldwina znalazła się w niebezpieczeństwie.
    Heart kiwnęła krótko głową i podeszła ostrożnie, żeby Noor widziała każdy jej ruch, a potem pochyliła się, aby obejrzeć runy. Nie dotknęła znaków, wystarczyło, że je zobaczyła. Wyglądały idealnie, nie były naruszone.
    — Dziękuję, Noor, doceniam współpracę — odezwała się, a potem cofnęła się o krok. — Runy wyglądają w porządku — dodała.
    Zerknęła w stronę Anastasiusa, który wrócił do salonu z mieszanką wzmacniającą dla Noor oraz z filiżanką herbaty dla Baldwiny. Kościeja przyjęła napar i potarła palcami krawędzie porcelany.
    — Jak się czujesz? — spytał von Weiss, stojąc przy kominku. Wiedział już, że lepiej zachować dystans, niż pozwolić, aby Noor znów wybuchła i próbowała wstawać. To nie doprowadziłoby do niczego dobrego. Miał jednak nadzieję, że będą w stanie porozmawiać.

    Anastasius i inspektorka ds. run

    OdpowiedzUsuń