Melanie Miroki
Mieszaniec anioła z Drugimi ludźmi
23 lata
Pieczęć odnawiana zależnie od ilości wypitej krwi
Kontrola krwi
Pracownik lokalnego sklepu Ferment
Pomieszkuje u brata
Szaleństwo bywa dziedziczne.
Dostrzegała to, metodycznie porównując wszystkich członków rodziny.
Sięgając do Gabriela, który w anielskich zastępach szerzył idee wyższości, umniejszając wszystkim innym, którzy nie mieli w sobie jego krwi. Nie chodziło o sam fakt posiadania anielskiej krwi, a o sam fakt bycia Jego, zniżając wszystkich innych i traktując ich jak coś mniej ważnego. Umniejszając innym rasom, od wampirów po nimfy, przechodząc do kwestii idei, a w końcu religii. Fanatycznie przekazywał jej wiedzę o świecie, zaznaczając potrzebę rasizmu wobec wszystkiego, co nie łączyło się z niebem, przyćmiewając zdrowy rozsądek treścią własnych, chorych pobudek.
Melanie nie słuchała tego długo. W przerwach, gdy Ojciec schodził z zastępów niebieskich, co jakiś czas objawiając w jej życiu kolejne prawdy oświecone. Zresztą, ile z tego mogła zrozumieć kilkuletnia dziewczynka? Nie przyswoiła żadnej z jego nauk, głównie ze względu na własne sumienie, które i tak zostało nadszarpnięte przez rzeczy, które robiła.
Melanie nie słuchała tego długo. W przerwach, gdy Ojciec schodził z zastępów niebieskich, co jakiś czas objawiając w jej życiu kolejne prawdy oświecone. Zresztą, ile z tego mogła zrozumieć kilkuletnia dziewczynka? Nie przyswoiła żadnej z jego nauk, głównie ze względu na własne sumienie, które i tak zostało nadszarpnięte przez rzeczy, które robiła.
Matka objawiała zupełnie inny odłam. Wielkość była dla niej tematem nadrzędnym, nie ze względu na pobudki rasowe, a władzę i wpływy, jakie rozsiane miała po wszystkich wyspach Japonii przez unikalne walory własnej rasy. Nie dziwnym było, że próbowała wpoić jej dyscyplinę w każdej z dziedzin życia, skoro pod władzą miały coś tak niebezpiecznego jak kontrola jedynej życiodajnej cieczy.
Melanie pamiętała treningi, wywody o pochodzeniu i ślęczenie nad drzewem genealogicznym, słuchając o głupocie poprzedników, o zbyt mocno eksploatowanej energii i buncie w czasach drugiej wojny przez ich rodzinę. Być może tak duży nacisk nakładała na naukę, powściągliwość złączoną z megalomanią przez fakt, że w trakcie II wojny światowej większość ich rodu została eksterminowana?
Naukę złączoną z treningiem, który w humanitarnym świecie nie miał prawa istnieć — nie przez rodzaj mocy, jaką dysponowały, lecz dlatego, że jedynym narzędziem, jakie miały do dyspozycji, były ich własne ciała.
Najgorszą z postaci szaleństwa objawiał jej brat. Przyrodni.
Gabriel zaszczepił w nim wiele własnych opinii, lecz najbardziej dojmujący był fakt, że jego zachowanie rzeczywiście można było określić jako przejaw szaleństwa. Schizofrenia paranoidalna.
Żyjąc pod jego opieką, wielokrotnie bywała świadkiem głosów, które słyszał, i cieni, które widywał na ścianach. Co gorsza, ciężar własnej choroby przerzucał nie na siebie, lecz na innych. To społeczeństwo uważał za chore, jakby to nie on, lecz wszyscy wokół niego nie pasowali do ram tego, co uznawano za zdrowe.
Objawiał to głośno, dobitnie, manifestując swoje jestestwo poprzez niepokojące zachowania, chociaż nie można było odmówić mu osobistego uroku, przebojowej postawy i talentu . Zawsze głośny, nieuznający sprzeciwu, uwięziony między okowami choroby a światem, który uznawał go za charyzmatycznego, wręcz kobieciarza, który uwodził i porzucał coraz to kolejne dusze, doprowadzając je do zguby.
Prawdziwy nefilim, z krwi i kości.
Ostatni powód, dla którego kobieta odwróciła się, wchodząc na ścieżkę, która przysporzyła jej rodzinnych konfliktów.
Długo zastanawiała się, czy rzeczywiście można
uciec od własnej rodziny. Im bardziej próbowała odciąć
się od tego, czego ją nauczono, tym wyraźniej widziała,
że pewne rzeczy pozostawały w niej na zawsze.
Nie chodziło wyłącznie o krew, nazwisko czy odziedziczone zdolności. Chodziło o wspomnienia, których nie dało się wymazać, oraz o ludzi, których wpływ pozostawał obecny nawet wtedy, gdy dawno zniknęli z jej życia.
Mogła zmienić miejsce, pracę, sposób życia.
Nie mogła jednak zmienić tego, kim była.
A przynajmniej jeszcze nie wiedziała, czy rzeczywiście chciała to zrobić.
Nie chodziło wyłącznie o krew, nazwisko czy odziedziczone zdolności. Chodziło o wspomnienia, których nie dało się wymazać, oraz o ludzi, których wpływ pozostawał obecny nawet wtedy, gdy dawno zniknęli z jej życia.
Mogła zmienić miejsce, pracę, sposób życia.
Nie mogła jednak zmienić tego, kim była.
A przynajmniej jeszcze nie wiedziała, czy rzeczywiście chciała to zrobić.
Czasami zastanawiała się, czy wszystkie decyzje, które podjęła, rzeczywiście należały do niej.
Czy może były jedynie kolejnymi konsekwencjami tego, co przez lata wpajali jej rodzice.
Gabriel nauczył ją patrzeć na świat przez pryzmat podziałów.
Matka nauczyła ją kontroli.
Brat nauczył ją, że granica pomiędzy tym, co rzeczywiste, a tym, co wyobrażone, potrafi być niezwykle cienka.
A Melanie?
Melanie musiała nauczyć się wszystkiego od nowa.
I właśnie dlatego odeszła.
Nie od rodziny.
Od tego, kim miała według nich zostać.
[Dzień dobry, cześć i czołem ☺️ Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się do nas dołączyć ☺️ Zdążyłam już wspomnieć, że moc Melanie bardzo mi się podoba i nadal nie zmieniłam zdania, to bez wątpienia bardzo ciekawa umiejętność, a już na pewno miło mi się kojarzy.
OdpowiedzUsuńJestem ciekawa, jak Melanie odnajdzie się w Azylu, bo choć to azyl, to mimo wszystko dość specyficzny. W razie chęci, oczywiście zapraszam do Leviego, na wspólną burzę mózgów. Pomysłu jeszcze żadnego nie mam, bo też dopiero zaczęłam wlewać w siebie kawę i ta jeszcze nie działa 😉]
LEVI ACKERMANN 🐈⬛
[Cześć, miło widzieć świeżą duszyczkę na pokładzie. :)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej. Czytając projekt rasy byłam zaciekawiona - jest to dla mnie coś oryginalnego. Nie polecam do picia krwi mojej Aurory, zostawmy ją może w spokoju, ale może uda się wymyślić coś innego. :D]
Rory Nielsen
[Z tym mógłby być problem - Aurora w pracy nie pije, a raczej nie ma powodu, by póki co przychodzić do Bruderschaftu po pracy. A i nieczęsto sięga po takie ilości alkoholu, aby być pijaną. Jest w wiecznym trybie ucieczki ze względu na swoją przeszłość, więc upicie się w niczym jej nie pomoże.
OdpowiedzUsuńPrędzej widziałabym opcję, w której to Aurora pomaga Melanie, kiedy ta będzie pijana. ;P]
Rory Nielsen
[lisfarbowany - discord, zapraszam. ;-)]
OdpowiedzUsuńRory Nielsen
Niewiele znajdowała przyjemności w Azylu. Pobyt tutaj nie był tak przyjemny, jak sobie wyobrażała. Oczywiście, że dostała mieszkanie. Małe, ładne, odświeżone, ciepłe. Z osobną sypialną, z zaskakująco wygodnym łóżkiem i już to powinno być dla Aurory przyjemne, ale nie było. Była tutaj od kilku miesięcy i nie tyle szukała przyjemności, co przed nią uciekała. Była świadoma tego, co robiła, jak bagatelizowała wszystko, co dobre, byleby czuć się tutaj, jak najgorzej.
OdpowiedzUsuńWmawiała sobie, że jest jej tu źle – bo było, ale nie fizycznie. Jej ciało tutaj odpoczywało od większości negatywnych bodźców, od stanu wiecznego czuwania i nieustannej ucieczki. Tutaj przed nikim nie uciekała, nie musiała. Dręczyły ją jedynie nieprzyjemne sny, ale i na to znajdowała lekarstwo – odpowiedni zielny wywar potrafił uśpić ją na całą noc i pozwolić śnić bez snów. Było jej tu źle psychicznie. Poczucie, że jest się zakładnikiem nie odpuszczało, męczyło młodą kobietę, gniotło i sprawiało, że szukała drogi ucieczki. Poszukiwała wolności.
Żałowała, że dała się tutaj przyprowadzić. Być może lepiej byłoby umrzeć na zewnątrz, ale jako czarownica. Tutaj była tak w zasadzie pustą powłoką, czuła się wydrenowana z magicznego pierwiastka, który za murami Azylu czynił ją kimś wyjątkowym. Celem. Ludzkie rządy chciały pozbyć się mutantów/obdarzonych/istot. Określali takich, jak Nielsen, na różne sposoby.
Kolejny wieczór spędziła w Bruderschafcie. W miejscu, w którym czuła się najlepiej, w którym zapominała o tym, że podobnie zresztą jak inni, była więźniem. Nie zachęcała swoją miną do rozmów. Nie dzisiaj, więc klientela trzymała się na bezpieczny dystans i tylko nieliczny maruderzy siedzieli przy samym barze. Większość gości rozsiadła się przy stolikach, a te w Bruderschafcie były różne. Okrągłe, mieszczące do czterech osób. Podłużne i ciężkie, biesiadne stoły, ale i te krótsze, najczęściej ustawione po środku pomieszczenia. Większe i mniejsze grupki znajdowały tutaj miejsce dla siebie. Całe szczęście, że nie było dzisiaj wieczoru karaoke, bo ból głowy Aurory nabrałby tylko na sile i pewnie zrujnowałby wieczór nie tylko wiedźmie.
Queen było dobrym repertuarem, na przemian ze Scorpionsami i The Door. Muzyczne klasyki przyjemnie pieściły słuch kobiety, która wydawała napoje i przekąski zgodnie z życzeniami klienteli. Od dłuższego czasu przy barze siedziała ciemnowłosa kobieta. Rory nie poświęcała jej szczególnej uwagi, ale spostrzegła jej onyksowe, niemal nieprzeniknione oczy i pomalowane na czarno paznokcie. Przez obecność kobiety przy barowej ladzie, Nielsen nie miała jak porządnie jej zdezynfekować i wytrzeć, więc patrzyła tylko na lepkie okręgi po szklankach z różnych alkoholami.
— Jasne — odparła kobiecie, nie dostrzegając póki co żadnych objawów upojenia alkoholowego. Nie miała powodu, aby jej odmawiać. Zresztą, będąc szczerą, musiałaby przyznać, że nie odmawiała właściwie nikomu. Jedynie tym, którzy – jak mogła przypuszczać – nie mieliby czym zapłacić. Zdołała już zauważyć, że w Last Salvation tylko nieliczni się upijali w tempie podobnym do zwykłych ludzi. Nieliczni, tacy, jak Aurora, bo ta z ograniczoną, magiczną mocą, była najbliższa zwykłemu człowiekowi w całym Azylu.
Sięgnęła po czystą, niewysoką szklankę. Wrzuciła do niej dwie kostki lodu i zalała porcją whisky. Podsunęła ją pod dłoń kobiety, zabierając przy okazji tę pustą. Pozwoliła na to, aby ich spojrzenia się teraz skrzyżowały. Westchnęła cicho. Jej nie do końca niebieskie, właściwie wielobarwne, dzisiaj pochmurne oczy spoglądały w bezkresną otchłań oczu klientki.
— Może coś do pochrupania? — dodała jednak, nie z troski, ale z ciekawości.
Rory Nielsen
O tym, że Levi trudnił się szmuglowaniem do Azylu przedmiotów oraz dóbr, które nie były w nim powszechnie dostępne, wiedziało sporo mieszkańców. W tym przypadku poczta pantoflowa działała wyśmienicie, w niespotykany sposób idąc w parze z dyskrecją. Było to możliwe prawdopodobnie wyłącznie dlatego, że klienci młodego Ackermanna doskonale zdawali sobie sprawę z tego, ile mieli do stracenia, gdyby którykolwiek z nich puścił parę z ust lub postąpił w nieostrożny sposób, przez co Rada dowiedziałaby się o poczynaniach kotołaka. Choć Levi był zdania, że Rada i tak wiedziała, ale przymykała oko na działania tak jego, jak i innych Łączników, którzy wprawili się w przemytnictwie, czerpiąc z niego całkiem spory zysk. Przez te jedenaście lat, które spędził w Azylu, Levi nauczył się, że rada posiadała oczy i uszy tam, gdzie było to niezbędne i gdyby jej członkom przeszkadzało to, że do Last Salvation trafiają przedmioty, które ich zdaniem nie powinny się w nim znaleźć, bez wątpienia zrobiliby z tym porządek. Ackermann uważał, że dopuszczali do tego, ponieważ dbali w ten sposób o morale mieszkańców. Dawali im złudne poczucie, że coś może dziać się poza ich kontrolą – dawali im złudne poczucie, że wciąż są wolni, mimo że po przekroczeniu ochronnej bariery otaczającej Azyl, wolność stawała się pojęciem względnym.
OdpowiedzUsuńA Levi czerpał z tego zysk. Świadczył swoje skromne usługi zarówno za pieniądze, jak i za przysługi, które mógł wykorzystać w odpowiednim czasie. Być może w zwyczajnym świecie, tym funkcjonującym za barierą, rozliczanie się wyłącznie w gotówce byłoby bardziej rozsądne, ale tutaj dobra przysługa potrafiła być na wagę złota, dlatego Levi nie kręcił nosem, kiedy w zamian za przekazany drobiazg ktoś mówił mu, że odwdzięczy się później. Levi wiedział, że tak będzie i że będzie miało to miejsce w najbardziej odpowiednim do tego momencie.
Miał dziś wolne. Ledwo wczoraj Łącznicy wrócili z wyprawy po zapasy, mieli więc prawo do jednego dnia odpoczynku przed kolejną. Skrzywił się na myśl, że już o godzinie szóstej rano będzie musiał stawić się w Ratuszu, dlatego dziś spał niemal do południa i przez to zaczął plątać się po miasteczku dopiero we wczesnych godzinach popołudniowych. Wyszedł za sprawunkami, jak to mówiło się kiedyś. Musiał zrobić zakupy, wstąpić do apteki i odwiedzić sklep zielarki Mokseo, gdzie miała czekać na niego specjalnie przygotowania mieszanka ziół, które później on i Thatcher spalą w spokoju, każdy w zaciszu swojej sypialni, bo rzadko kiedy robili to razem.
Przemierzając Azyl, wymieniał pozdrowienia z tymi, którzy go znali bądź chociaż rozpoznawali. Niektórzy korzystali z jego usług regularnie, inni zrobili to raz i dotąd nie odezwali się ponownie. Każdy miał inne potrzeby i Levi to rozumiał, a że miał dobrą pamięć do twarzy, to nie zapominał nawet tych, którym wyświadczył przysługę ten jeden, jedyny raz.
Wyszedł z apteki. Do plecaka wcisnął siatkę z lekami, głównie przeciwbólowymi, dla Thatchera, upychając ją pośród zakupów spożywczych, po czym zarzucił plecak na plecy i ruszył w stronę sklepu zielarskiego. To wtedy przypomniało mu się, że Thatcher prosił o jeszcze dwie flaszeczki czystej do nalewki, którą chciał zrobić. Westchnął, a że bardziej po drodze było mu najpierw zahaczyć o Ferment, a dopiero później o sklep zielarski, to wyjął z kieszeni paczkę papierosów, odpalił jednego i przeciął rynek, by następnie skręcić w jedną z głównych ulic. Niedopałek zdusił pod butem tuż przed wejściem do sklepu, po czym wszedł do środka i rozejrzawszy się pobieżnie po wnętrzu, stanął przy ladzie, przed kasą, za którą nikogo nie było.
— Dzień dobry? — rzucił więc w eter, chcąc możliwie szybko załatwić to, co miał do załatwienia.
LEVI ACKERMANN 🐈⬛